Padwa, to pierwsza stacja w moim pośpiesznym kursie po
Włoszech. Przyjechałem w nocy i roztrzęsioną dorożką bez latarń, z
drzwiczkami, które ustawicznie wylatywały, wlokłem się przez miasto
ciemne, uliczkami czarnemi i cichemi, rozświetlanemi gdzie niegdzie
po rogach lampkami płonącemi przed Madonną lub św. Antonim. Hotel "pod Białym Krzyżem", to już hotel w czysto włoskim
charakterze - o izbach sklepionych i niskich, niby kazamaty, o
posadzkach kamiennych, kratach w oknach niedomykających się,
łóżkach familijnej szerokości i braku najzupełniejszym wszelkiego
komfortu. Cóż robić rano, jeśli nie iść na włóczęgę po mieście, bez
cicerona, bez innego przewodnika nad instynkt i Baedeckera! Niema w
podróżach przyjemności szczerszej nad taką włóczęgę bez planu po
mieście nieznanem. Idzie się, gdzie oczy i ulice lub drogi
prowadzą, bo zawsze się dojdzie i zobaczy rzeczy piękniejsze i
godniejsze uwagi, nad te, urzędownie w przewodnikach zalecone.
Wszystkie wykrzykniki zachwytów i superlatywy katalogów nie stają
pomiędzy mną i przyrodą lub dziełem sztuki. Idzie się i patrzy: tam
na wysmukły kontur arkady jakiejś napół zwalonej, na architekturę
pałacu, podobnego do twierdzy obronnej, na szczególny połysk
marmurów w słońcu, na twarz charakterystyczną, na szczegół życia
codziennego; spotyka się ogród jakiś, dyszący zielenią i wiosną, a
niespodziewanie wyłaniający się z obramowania zrudziałych zaułków:
kawał placu białego, strugi mieniącej się w słońcu wody, kościół,
pełen rzeźb i malowideł przepięknych, jakiś kawał murów, dyszących
średniowiecznością - i oczy mają dosyć, zatrzymują się z przyjemnem
zdziwieniem i wchłaniają, malując w głębi jakieś tło, na którem
później wytworzy się pewna całość wrażeń.*** Słońce tak raziło, że z przyjemnością szedłem pod cień arkad,
biegnących z obu stron wszystkich prawie ulic. Imponujące wrażenie
wywiera ten, zda się, nieskończony szereg tęgich pilastrów
kolońskich, poprzeplatanych gdzie niegdzie, niby trzcinami,
wysmukłemi kolumienkami werońskiemi. Wszędzie pełno śladów Wenecji, od której ta Padova la dotta (Padwa
uczona, jak ją zwano dawniej) długo zależała zupełnie. Można
jeszcze znaleźć lwy weneckie, poprzyczepiane do ścian, tak, jak
pełno jest tego czysto weneckiego stylu w niejednej arkadzie, w
oknach, w balkonach, wiszących nad ulicami i pełnych rzeźb
koronkowych, a czasami spotyka się dom, jakby żywcem przeniesiony z
nad Wielkiego Kanału. Miasto piękne, ale jakby wymarło, taka cisza
wieje pod arkadami i na ulicach. Czasami przejedzie dwukołowy
wózek, zaprzężony w osła, czasem kobieta jaka z koszem jarzyn lub
pomarańcz na głowie przejdzie prostym automatycznym krokiem, niby
kanefora grecka, z głównej ulicy dojdzie turkot tramwaju, lub
okrzyk pijących w tratorjach i cicho się robi tak, że echa własnych
kroków, rozbrzmiewające donośnie w ciszy - denerwują nieprzyjemnie. Domy stoją zamknięte, ciche i posępne; przez bramy ażurowe czasami
błyśnie ogródek pełen drzew i kwiatów i znowu tylko mur i szarość.
Sklepów, a raczej kramów z tandetą wenecko-wiedeńską, dosyć, a
jeszcze więcej pustych zwykle tratoryj, w których można dostać wina
wprost za bezcen. Tutaj, wpośród tej ciszy uliczek, podobnych do kanałów głębokich,
pod cieniami, rzucającemi posępny mrok, wpośród domów z XIV, XV i
XVI-go stulecia, mocnych, obronnych i ponurych, domów, które służą
za mieszkania, więzienia i twierdze - można doskonale cofnąć się w
średnie wieki Padwy. Człowiek bez trudu przenosi się do czasów
podesty Ezzelina, kata dzieci, do wojen ulicznych szlachty z ludem,
do bojów i awantur Carrarów, patrycjuszów miejscowych. Do tych scen
pełnych mordów i tortur, w których ofiary wyrywały się z rąk katów,
zębami i pazurami darły twarze swoich sędziów i zwycięzców, do tych
procesyj uroczystych, podczas których zrywały się namiętności
przytłumione, niby orkan, i mordowano się na ulicach, aż krew
obryzgiwała księży, niosących monstrancje, i jęki chrapliwe
konających mieszały się z hymnami i śpiewami pobożnemi, z głosami
dzwonów, z krzykami wściekłości i ze szczękiem oręża - do tych
wojen ulic, domów, ba - okien z oknami. Trochę skupienia w sobie, i
widzi się to i słyszy. Chodzi się z jakiemś uczuciem ulgi, że to
już przeszło, a jednocześnie czuje się jakby pewien żal, "że
przeszło zupełnie". Ci Włosi, których widzę leżących po ulicach, sprzedających w
sklepach, chodzących, wydają się rasą upadłą w stosunku do swoich
przodków, rasy bohaterskiej i silnej. Ciągną mnie wprost do swoich
kramów, z uśmiechem uniżonym, z gestykulacją aktorów, ze śmieszną
patetycznością zachwalają swoje towary - i dąsają się, kiedy nic
nie kupię. Kto tylko może i jak może, wyciąga ręce po soldy.*** Przez wąskie uliczki, czysto średniowieczne, idę do św.
Antoniego. Niebo bez chmur, ciepło wiosenne. Z wielkich murów
zwieszają się zielone gałęzie pnączów kwitnących, a z głębi
wychylają się głowice pinij obciętych, pokręconych, narosłych
guzami, a miejscami bzy, całe fioletowym kwiatem pokryte, lub
wysmukłe korpusy magnolij, całe różowe. Przed samym kościołem, na placu prawie pustym wznosi się
posąg konny, słynnego pogromcy Sforzów, kondotjera Gattamelaty,
przez Donatella, z r. 1443, a pierwszy jaki był odlany we Włoszech.
W pancerzu z mocnych blach, z głową odkrytą, z rodzajem maczugi w
ręku, siedzi mocno na koniu silnym, zwykłem bydlęciu od pracy;
wielki miecz wisi nisko, koń się nieco wypręża, jakby w gotowości
do skoku na nieprzyjaciół. Zielonawy kolor bronzu ani czas nie
osłabiły mocnych i realnych szczerze rysów konia i człowieka, który
wydaje się na tle tego dziwnego kościoła i tych domów wąskich,
okratowanych, tych arkad mocnych, słupów potężnych, balkonów,
osłoniętych stalowemi siatkami, jakby żywy - gotowy do boju. Czeka
się, rychło Gattamelata podniesie obuch do góry, zepnie konia - i
obaj runą na nieprzyjaciela. Kościół ma fasadę włosko-gotycką,
odartą, prawie dziką przez surowość, a kopuły bizantyjskie,
dzwoneczki ostrołuk najczystszy - obłąki balkonu podtrzymują
filarki cienkie, wysmukłe, jakby zrobione przez weneckich złotników
i z Wenecji przywiezione. Wchodzę w olbrzymią nawę środkową, pełną kolorowych,
dziwnych refleksów okien. Szereg długi ołtarzy migoce z naw
bocznych marmurami i mozaikami. W kaplicy po lewej stronie leży
patron miasta, ś-ty Antoni, jeden ze wzniosłych przedstawicieli
XII-go stulecia, dusza mistyczna, za której głosem leciały ptaki,
zwierz dziki biegł z gór i lasów, ryby z wód - rozmawiał z niemi i
rozumiały go, tak jak ś-go Franciszka w Assyżu. Kaplica jest jego imienia. Fasada piękna z białego marmuru, o wnękach z marmurów
kolorowych, oprawiona, niby w ramy z agatu, w czarny polerowany
marmur, podobna jest do starożytnych łuków rzymskich. Kolumny
marmurowe, pokryte płaskorzeźbami i nadbrusia pełne liści, koni,
ludzi nagich, łabędzi, ryb, amorków rozbawionych - tworzą wejście
wspaniałe. Tłumy całe figurek rzeźbionych pokrywają mury i filary i
zapełniają białe pola marmurów zgiełkiem życia swobodnego, z całem
rozpasaniem póz i wyrazów. Pomiędzy kolumnami wiszą, jak kwiaty, złote i srebrne
lampy i płoną krwawemi blaskami, za niemi wznosi się sarkofag
grobowy świętego, a za tym ołtarz, pokryty złotemi blachami. Ściany
w głębi i po bokach pokryto płaskorzeźbami w marmurze,
wyobrażającemi uzdrowienia i wskrzeszenia, szereg cudów, jakie
zdziałał ś-ty Antoni. Na bokach i ścianach sarkofagu i kaplicy błyszczą
niezliczone wota, jakie wciąż napływają ze wszystkich stron świata.
Są ze złota, srebra, wysadzane drogiemi kamieniami: wyszywane
perłami modlitwy dziękczynne, proste wykrzykniki, westchnienia
głębokie przez prostotę i zaledwie utrwalone włóczką na kanwie,
oprawnej w czarne, zwyczajne ramki, a w kącie jednym stoi pęk
szczudeł, pozostawionych za sprawą świętego. Przed ołtarzem
odprawiano nabożeństwo - biskup młody, o wspaniałej, rzymskiej
twarzy, celebrował z namaszczeniem, otoczony licznym orszakiem
duchowieństwa; chór poważnych głosów, doskonale zharmonizowanych,
śpiewał jakąś pieśń uroczystą i niezmiernie prostą, a całą
przestrzeń przedkapliczną zalegał lud - pielgrzymi, z różnych stron
Europy zebrani. Potem nastała chwila ciszy, w której białe szeregi
księży odpływały i ginęły w cieniach naw, a tłum zaczął się czołgać
na kolanach wokoło sarkofagu, tonącego w białawych dymach kadzideł
i w złotej glorji świateł. Przy płycie marmurowej, osłaniającej
trumnę świętego, podnosili się, dotykali płyty ręką, opierali na
niej skronie, modlili się chwilę w skupieniu i przechodzili z
twarzami rozpromienionymi, z jakąś cichością w oczach załzawionych.
Długo snuł się ten łańcuch, i szmer modlitw, oddechów i westchnień
rozbrzmiewał, to echa łkań rwały się z cieniów naw i płynęły
otwartą kolumnadą pod sklepienia. Odchodzi się i powraca - odchodzi się wprost zgnębionym
nadmiarem piękna, pomysłowości i powraca, aby jeszcze raz duszę i
oczy napaść widokiem tych arcydzieł. Świeczniki Riccia wysokie są
co najmniej na dwa sążnie i mają ze cztery stopy u podstawy.
Piętrzą się na nich w spiralnej procesji całe tłumy ludzkie: sceny
z ewangelji, sceny ze współczesnego życia, sceny z mitologji:
korowód dusz, ciał, nastrojów i krajobrazów - pochowanie Chrystusa
wśród krzyków przejmujących rozpaczy tłumu, wśród bólów rzeszy
całej i łez - Chrystus w otchłani, Chrystus na górze Tabor,
Chrystus prowadzony na miejsce kaźni - tłum uczniów i wyznawców,
oprawcy, rzymianie, żołnierze, krajobrazy, kobiety rozpłakane,
twarze mściwe i zadowolone faryzeuszów; rozmaitość wyrazów,
nastrojów, cała gama uczuć dusz ludzkich, a wszystko takie żywe,
takie realne, takie natężone i pochłonięte akcją, miłością, bólem,
nienawiścią, takie indywidualne i z taką potężną szczerością
wypowiedziane, że się stoi i patrzy ze zdumieniem i pokorą, że aż
ta wielość, ten rój ciał i dusz - staje się jakąś mistyczną
jednością, olbrzymieje i zasłania sobą wszystko, co się działo
gdziekolwiek.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.