PROLOG
Oto historia, którą opowiedział mi przyjaciel. Jej bohaterem jest Carlos. Zdrobniale wołano na niego Carlinhos. Nie istniały wtedy jeszcze przenośne telefony, więc ludzi się wołało. Ściślej mówiąc, było to w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym, kiedy Portugalia prowadziła swoje wojny kolonialne, a młodzież na całym świecie buntowała się przeciwko władzy. W Portugalii, gdzie wciąż panowała dyktatura, jedną z najprostszych form obywatelskiego nieposłuszeństwa była dezercja. Mój przyjaciel poznał Carlosa w pociągu, gdy uciekali przed powołaniem do wojska wraz z paroma rówieśnikami, których wejście w dorosły wiek przypadło na ten sam niefortunny moment. Osią wspomnianej historii nie jest jednak polityka, lecz pieniądze, zatem warto przytoczyć pewne liczby.
Carlinhos dostał bilet kolejowy od ojca, a do tego czterysta tysięcy escudo na utrzymanie się przez pewien czas za granicą. Owe czterysta tysięcy stanowiło równowartość dzisiejszych dwóch tysięcy euro. Trudno powiedzieć, czy to duża suma, lecz z pomocą odrobiny szczęścia oraz przyjaciół, którzy czekali na naszego bohatera w Holandii, powinna wystarczyć na kilka miesięcy. Tymczasem cała grupa uciekinierów miała umówione spotkanie w określonym miejscu w Lizbonie. Problem w tym, że Carlos najwyraźniej nie zapamiętał adresu tego miejsca, a telefony, jak zaznaczyłem, nie były czymś powszechnym, więc połowę kwoty podarowanej przez ojca wydał na prywatny samolot z Lizbony do Faro, by tam po raz kolejny zasięgnąć informacji. Mając na uwadze, jak cenna była każda minuta, Carlos z lotniska wziął taksówkę, a następnie wrócił do Lizbony wynajętym wcześniej samolotem. Z racji tego, że lot pochłonął niemal wszystkie posiadane przezeń środki, zapożyczył się dodatkowo u ojca mojego przyjaciela.
Wkrótce, zapewne po wielu perypetiach i z jeszcze bardziej nadwątlonym budżetem, nasz bohater dotarł do Holandii. Co stało się z pozostałymi pieniędzmi, które Carlinhos dostał na wyjazd?
Omówmy to po kolei. Pierwszym poważnym zakupem Carlinha był motocykl. Trochę nim pojeździł, po czym stwierdził, że stan jego portfela niebezpiecznie się kurczy. Motocykl po paru dniach został sprzedany i nasz Carlinhos wpadł na pomysł, by odkuć się finansowo, grając muzykę w klubach. Potrzebował do tego instrumentu, a jego wybór padł na elektroniczne pianino. Warto wspomnieć, że elektryczne instrumenty tego typu istniały już nieco wcześniej, podczas gdy elektroniczne, inaczej zwane syntezatorami, były nowym wynalazkiem, hitem sezonu. Jeśli pamięć mojego przyjaciela nie myli i był to w istocie instrument elektroniczny, musiał on kosztować również sporą sumę. Niestety nie przyniósł Carlosowi spodziewanego sukcesu, zatem wkrótce trzeba było go sprzedać, ale dzięki temu udało mu się odzyskać część zainwestowanych pieniędzy. O ile jednak nadzieje Carlosa na muzyczną karierę przeminęły bezpowrotnie, nie można powiedzieć tego samego o jego zamiłowaniu do muzyki, czego dowodem był kolejny zakup - gramofon. Mimo to Carlos, jako człowiek pełen pasji i o wszechstronnych zainteresowaniach, nie mógł ograniczać się wyłącznie do jednej dziedziny i w związku z tym, gdy coraz bardziej pochłaniała go sztuka fotografii, postanowił sprawić sobie aparat. Jak wiemy, szastanie pożyczonymi pieniędzmi nie jest rzeczą godziwą moralnie, poza tym nie zawsze wykonalną, dlatego w celu nabycia aparatu Carlos zdecydował się pozbyć gramofonu. Ów aparat, drogi polaroid, był jego ostatnią dużą inwestycją, którą zapamiętał mój przyjaciel. Potem ich ścieżki się rozeszły. Wspomnianych transakcji Carlinhos dokonał w odstępie dwóch tygodni. Wszyscy także pamiętają, że w owym czasie często używał dzwoneczka, który w holenderskich barach oznaczał chęć postawienia drinka dla całej klienteli.
Ponowne spotkanie Carlinha z moim przyjacielem miało miejsce również w pociągu. Było to wiele lat później. Carlinhos posiadał już rodzinę i dzieci, ale nie był zbyt wylewny w rozmowie o tym, czym aktualnie się zajmował. Napomknął coś o handlu nieruchomościami - kupno, sprzedaż, tego typu sprawy. Jakie nieruchomości bądź nieruchomość miał na myśli, niestety nie powiedział. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuścić, że chodziło o jego własną.
Carlinhos był więc dezerterem. Był też trochę maminsynkiem. Był jednocześnie nieudacznikiem i człowiekiem, który czerpał z życia pełnymi garściami. Dla mnie przede wszystkim był artystą, po którym nie pozostanie żadne dzieło.
Tak samo jak mój przyjaciel Paulo.
ROZDZIAŁ III
Wypłata poszła na kwiaty i szampana,
Jazdę za dnia i tańce do białego rana.
Życie było jak marzenie
W moim starym volkswagenie.
- Martin Sexton "Gypsy Woman"
7
W celu przybliżenia czytelnikom postaci mojego przyjaciela Paula, najłatwiej będzie przytoczyć pewną anegdotę. Otóż, przyjechawszy do Portugalii, nie dysponowałem żadnym adresem, a nadal potrzebne mi było kilka przedmiotów, których nie mógłbym dostać w stacjonarnym sklepie. Oprócz tego rodzice mieli wysłać mi dokumenty od samochodu, bo nie zdążyłem ich odebrać w kraju. Pomyślałem więc, że najlepszym sposobem będzie skorzystanie z adresu przyjaciela, gdyż tak czy inaczej zamierzałem go odwiedzić.
Zdając sobie sprawę z niefrasobliwości Paula, w dzień przed nadejściem pierwszej paczki poinformowałem go, że łącznie ma się spodziewać trzech - dwóch ze sklepów internetowych oraz jednej od mojego taty. Napisałem również, by dał znać, gdy je otrzyma, co pozwoliłoby mi ustalić odpowiedni moment wyjazdu do Algarve, rejonu w południowej części Portugalii, w którym Paulo mieszkał. Śledząc paczki w internecie po numerze nadania, zauważyłem, że dwie z nich już nadeszły, lecz mój przyjaciel wciąż się nie odzywał. Zaniepokoiło mnie to. Poza tym zbliżał się wolny od pracy weekend, podczas którego mogłem odbyć planowaną podróż na południe, więc ponowiłem moje zapytanie do Paula, czy część paczek dotarła, czy jeszcze nie. Odpowiedź była następująca:
Cześć, Daniel! Poprzez słowo parceiro (po portugalsku partner) zrozumiałem, że chodzi o twoich znajomych. Owszem, przyszły dwa tajemnicze zamówienia pocztą: jedno ze szkłem do telefonu i jedno z miniaturowym telefonem. Jedno ze Szwecji a drugie z Hiszpanii, lecz nie miałem pojęcia, czemu je dostałem. Szkło jest u mnie, ale telefon dałem Xavierowi, który z kolei sprzedał go swojemu szefowi. Poproszę go o zwrot. Powinieneś był podać przy zamówieniu swoje nazwisko zamiast mojego. Do zobaczenia wkrótce, P.
Napisałem do Natalii, co skomentowała słowami:
- Oto cały Paulo.
To właśnie był Paulo, a moja pierwsza styczność z jego osobą miała miejsce w równie zadziwiających okolicznościach, jak ta ostatnia. Było to dziesięć lat temu. Zakończyłem pracę na stacji paliw w mieście, w którym studiowałem, czyli w Poznaniu, wyruszyłem za zarobione pieniądze w dwumiesięczną podróż i po powrocie zacząłem szukać nowego zajęcia. Mój wybór nie ograniczał się do Polski, więc rozsyłałem zgłoszenia także do innych krajów, choć ani razu nie przemknęło mi przez myśl, że odezwie się ktoś z Portugalii.
Portugalia to jednak kraj, który zajmował nie tylko moje myśli, ale również sny. Zdarzyło mi się raz, po obejrzeniu filmu Lisbon Story, dojechać autostopem do samego krańca kontynentu, na Przylądek Roca. Parę nocy spędziłem pod gołym niebem pośród wąskich lizbońskich uliczek, gdzie budziło mnie słyszane jeszcze wówczas pianie kogutów. Gdy zobaczyłem czerwony most, podobny do mostu z San Francisco, nie mogłem oderwać od niego wzroku. Mimo to obraz Portugalii, który powracał do mnie w snach, najczęściej nie przypominał widoków ujrzanych tam własnymi oczyma, lecz scenę z plakatu, wiszącego w toalecie poznańskiego pubu. Scena ta przedstawiała człowieka siedzącego z opuszczoną głową pod jakimś murem, być może w trakcie sjesty, która niegdyś istniała w Portugalii. Nad nim wisiał znak ze strzałką i napisem LISBOA. Właśnie ten obdarty mur, te odcienie, które nawet w czerni i bieli wydawały się mieć kolor, i ten spokój, były scenerią wielu moich marzeń sennych, a ów drogowskaz nieustannie kierował moje myśli w tamte strony. Chciałem kupić plakat, ale po pewnym czasie zniknął, zastąpiony reklamą filmu Jima Jarmuscha.
Pośród rozlicznych ogłoszeń, na które odpisałem, znalazło się jedno z Portugalii. Treść była nietypowa i dzięki temu do dziś potrafię zacytować niemal słowo w słowo przynajmniej jedno kluczowe zdanie. Brzmiało ono tak: "Ekscentryczny artysta poszukuje wspólnika do prowadzenia antykwariatu i nielegalnej restauracji". Wysłałem swój nieskomplikowany wówczas życiorys i wertowałem kolejne oferty z nadzieją, że znajdę cokolwiek, co położy kres mojemu studenckiemu życiu oraz da niezależność. Dwadzieścia trzy lata niejako zobowiązywały mnie do tego, by odciąć się finansowo od rodziny. Czekałem parę dni, albo i tygodni, bez żadnego odzewu, po czym na elektronicznej poczcie pojawiła się wiadomość od człowieka o imieniu Paulo. Kliknąłem, żeby ją odczytać i okazało się, że to on był "ekscentrycznym artystą", a zarazem jedyną osobą, jaka odpisała na mój email. Jeden z dziesiątek, które porozsyłałem. Napisał, że oferta jest jak najbardziej aktualna i zapytał, kiedy mogę przyjechać. Wyszukując za pomocą imienia, nazwiska oraz adresu dodatkowych informacji na temat tego tajemniczego człowieka, natrafiłem na internetowy profil ze zdjęciem, w którym wymieniał Lou Reeda i Davida Bowie jako swoich ulubionych wokalistów, a siebie samego określił jako "ekstrawertycznego mizantropa" i socjalistę. Miał pięćdziesiąt sześć lat. Pomyślałem, że biorąc pod uwagę wspólne zainteresowania, mogę być z nim szczery, więc napisałem, że przyjadę autostopem i, licząc od bieżącego dnia, dotarcie zajmie mi około tygodnia. Z poprzednich doświadczeń wiedziałem, że taka podróż trwa od dwóch do czterech dni, ale chciałem złożyć wizytę u rodziców, spotkać się ze znajomymi i załatwić parę spraw przed wyjazdem. Dlatego oszacowałem, że pojawię się prawdopodobnie za tydzień.
Jedną ze spraw do załatwienia było kupno telefonu. Rok wcześniej wybrałem się autostopem do Chin bez telefonu i tylko niekiedy pisałem listy z kafejek internetowych, informując rodzinę, gdzie aktualnie się znajduję. Długość podróży ograniczały mi wówczas terminy egzaminów na studiach, więc opuściłem granicę Polski pierwszego lipca, a pierwszego września przekraczałem ją z powrotem. Był to mój najdłuższy pobyt poza krajem. Ten zapowiadał się na jeszcze dłuższy, ponieważ nie zdałem egzaminów poprawkowych i musiałem powtarzać cały rok, praktycznie bez obowiązku uczęszczania na zajęcia. Nie wiedziałem, kiedy wrócę, dlatego rodzice nalegali, żebym kupił telefon. Z drugiej strony pomyślałem, że będzie on pomocnym narzędziem w skontaktowaniu się na miejscu z Paulem. Szybko odwiedziłem rodziców na Śląsku, wróciłem do Poznania z telefonem i stanąłem na wylotowej drodze z kartonową tabliczką z napisem BERLIN. Berlin był najbliższym dużym miastem, więc jego nazwa dla kierowców wyglądała bardziej znajomo niż na przykład Lizbona i lepiej rzucała się w oczy. Dalej był Paryż, Bordeaux, San Sebastian oraz Salamanka, i po kilku dniach znalazłem się na południu Portugalii.
Pod adresem, który zostawił mi przyszły pracodawca, pojawiłem się późnym wieczorem. Mieścił się tam biało-niebieski domek, jeden z wielu stojących w szeregu na bardzo wąskiej uliczce, a przed bramą garażową zaparkowany był srebrny fiat w wersji kombi. Był początek lutego. W kraju panowały jeszcze przymrozki, natomiast tutaj temperatura spokojnie pozwalała na spędzenie nocy na świeżym powietrzu. Powędrowałem więc wzdłuż biegnącej przez miasto drogi przelotowej i tuż za rondem, za którym stał znak z przekreślonym napisem OLH?O, odnalazłem wąską gruntową ścieżkę prowadzącą gdzieś w pole i ułożyłem się tam pod jedną z palm, nastawiwszy budzik na siódmą rano. Wstałem, zjadłem śniadanie i zdążyłem pozwiedzać nieco okolicę, zanim zegar na telefonie wskazał przyzwoitą godzinę na to, by wyrywać kogokolwiek z porannego snu. Usiadłem wtedy na ławce przy promenadzie w centrum miasteczka i wysłałem esemesa z informacją, gdzie jestem oraz zapytaniem, czy mam podejść, a właściwie wrócić pod podany adres, czy też powinniśmy spotkać się gdzieś indziej. Szybko dostałem odpowiedź od mojego pracodawcy, że zaraz tam będzie i mam poczekać. Przede mną rozciągał się widok na dziesiątki łódek przycumowanych do nabrzeża, a w oddali było widać coś w rodzaju wysp z małymi domkami. Miało się okazać, że Olh?o, podobnie jak i okoliczne miejscowości położone bliżej granicy z Hiszpanią, pozbawione jest bezpośredniego dostępu do otwartego oceanu, gdyż oddziela je od niego szereg niewielkich wysepek. Aby dostać się na plażę, należało wziąć prom na wyspę i tam dopiero można było poczuć się jak turysta w wakacyjnym kurorcie. Nie to jednak było moim zamiarem, więc cieszyłem się, że zamiast tłumów na ręcznikach plażowych mogę pooglądać łódki i żaglówki.
Obok mnie stało dwóch świadków Jehowy rozdających książki i nakłaniających ludzi do zmiany wiary. Po chwili pojawił się Paulo. Gdyby stał tam już wcześniej i nie znałbym jego twarzy ze zdjęcia, trudno byłoby mi odgadnąć, który z całej trójki to on. Jego aparycja sprawiała wrażenie dziwnego połączenia nowego mesjasza ze społecznym wyrzutkiem stojącym w kolejce po darmowy posiłek. Przypominał niesamowite postaci z książek, które wówczas czytałem, choć może nie jest to zbyt pochlebne określenie, zważając na to, że ich wspólną cechę stanowiło to, że były stare. On pomimo gęstej szaroczarnej brody, ciemnej karnacji i równie gęstych szaroczarnych włosów nie wyglądał staro, ale z pewnością przywoływał na myśl dawniejsze epoki niż ta, w której ludzkość znajdywała się obecnie.
Kiedy wsiadłem do samochodu, ostrzegł mnie od razu, że będzie z nami jego przyjaciel, gdyż niedawno zmarła ich wspólna znajoma i spotkali się, by powspominać minione czasy. Zaparkował auto pod tym samym garażem, który zapamiętałem z poprzedniego wieczoru, i otworzył bramę. W środku było ciemno, trochę brudno i zewsząd sypał się kurz, ale natychmiast rzuciły mi się w oczy porozstawiane wszędzie półki z rozmaitymi przedmiotami. Wywnioskowałem, że to właśnie jest sklep opisany w ogłoszeniu. Naprzeciwko wejścia stał masywny drewniany stół, a za nim widać było kuchnię. Wtedy zaświtała mi myśl, że może to być również restauracja, o której wspominał i nietrudno było w tej sytuacji zgadnąć, dlaczego miała pozostać nielegalna.
Przy stole siedział mężczyzna. Paulo przedstawił nas sobie i zaczęliśmy rozmawiać o polityce, podróżach oraz bardziej ogólnych tematach. Część zdań padała po angielsku, a część wymieniali między sobą po portugalsku. Czułem się odrobinę nieswojo, ale było to przyjemne uczucie, bo zwiastowało nową przygodę. Paulo w pewnym momencie sięgnął do kieszeni i zaczął w niej czegoś szukać. Ów drugi mężczyzna zapytał go o jakąś rzecz w portugalskim języku, a Paulo odpowiedział mu, po czym dalej grzebał w kieszeni, aż wyciągnął woreczek z ziołami. Po paru latach wspominaliśmy tamto spotkanie i Paulo wyjaśnił mi, że ich dialog przebiegał następująco:
- Może nie wyciągaj tego, skoro on ma z tobą pracować. Żeby chłopak się nie wystraszył - powiedział mężczyzna.
- Trudno, jak mu się nie będzie podobać, to najwyżej wróci - zripostował Paulo.
Istotnie podkreślało to mizantropiczną naturę Paula, ale od razu odezwał się w nim także ekstrawertyk.
- Chcesz się poczęstować? Paliłeś kiedyś haszysz? - zapytał mnie.
- Nie, haszyszu nie próbowałem. Jeśli jest to coś podobnego do marihuany, to chętnie się poczęstuję.
W podobnie miłej atmosferze toczyła się dalsza część mojej "rozmowy kwalifikacyjnej". Haszysz wprawił nas w lekkie znużenie, więc Paulo pożegnał kolegę, a mnie zaprowadził do pomieszczenia obok, pokazując, gdzie jest moje łóżko oraz prysznic, dał klucze i zapowiedział, że wróci potem, albo jutro, bo jest już zmęczony. Przez okno widziałem, jak jego postać przemyka po schodkach znajdujących się na zewnątrz obok wejścia do garażu i zacząłem rozpakowywać plecak.
[1] Luis Bu?uel Moje ostatnie tchnienie. Świat Literacki 2006.
[2] 2046, reż. Wong Kar-Wai. Chiny, Francja, Hongkong, Niemcy, Włochy 2004.
[3] Preppers (ang.) - określenie ludzi, którzy przygotowują się na mającą nastąpić w nieokreślonym momencie katastrofę.
[4] The Pilgrim and the Stars (ang.) - pielgrzym i gwiazdy.
[5] Propriedade privada (port.) - własność prywatna.
[6] Jack Kerouac Big Sur. Wydawnictwo W.A.B. 2011.
[7] Hard science fiction (ang.) - "twarda" fantastyka, podgatunek nie wykraczający treścią poza ramy wiedzy podpartej nauką.
[8] Oficerowie, którzy doprowadzili do rewolucji w 1974 roku.
[9] Kultowy polski serial emitowany w latach siedemdziesiątych.
[10] Layoff (ang.) - tymczasowe zawieszenie działalności gospodarczej.
[11] Według internetowych źródeł możliwe, że już ich tam nie ma.
[12] Franciszek Encyklika Laudato si'. W trosce o wspólny dom. Wydawnictwo M 2015.
[13] Liberdade, igualdade, fraternidade (z port.) - wolność, równość, braterstwo.