ROZDZIAŁ 1
RODZI SIĘ DZIECKO |A CHILD IS BORN
Ojca spotkałem tylko raz. Miałem sześć lat i mieszkałem z mamą w Brownsville w Nowym Jorku, dosłownie ulicę od jej sióstr i moich kuzynów. Ojciec mieszkał we wschodniej części Brooklynu, ze swoją matką i kilkoma innymi członkami rodziny. Te dwie dzielnice znajdowały się tuż obok siebie, ale i tak nigdy nas nie odwiedził. Odszedł od nas krótko po moich narodzinach i nie miałem okazji go poznać, ale kuzyni, którzy w tamtym czasie mieli po 11 lat, wiedzieli, gdzie mieszka. Wiedzieli, kim jest, i co więcej, obiecali mi, że kiedyś też go zobaczę. Pewnego dnia, kiedy się bawiliśmy, powiedzieli nagle: "Zgadnij, co dzisiaj będziemy robić? Zabieramy cię, żebyś poznał swojego tatę".
Nie wiedziałem, co o tym myśleć, po prostu poszedłem za nimi do małego domu oddalonego o jakieś 15 minut od miejsca, w którym mieszkałem, nie mając pewności, czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy to raczej głupi żart.
Ze spotkania z nim zapamiętałem, że był czerwony. Miał czerwoną skórę, czerwone włosy i twarz pokrytą czerwonym zarostem. W jego żyłach płynęła krew Indian Cherokee, a ja nigdy wcześniej nie widziałem człowieka, który by tak wyglądał. Wyszedł z domu, przywitał mnie, przytulił i przez jakiś czas rozmawiał ze mną i z moimi kuzynami. Później zapytał, czy chciałbym poznać jego matkę, czyli moją babcię. Poszliśmy do jej domu, który był tuż za rogiem, i rozsiedliśmy się w kuchni. Ojciec zostawił nas na chwilę, żeby pójść do łazienki. Nigdy więcej go nie zobaczyłem. Wyślizgnął się tylnymi drzwiami albo oknem na piętrze, na zawsze znikając z mojego życia.
Mamuśka poznała go w późnych latach 60., kiedy miała zaledwie 19 lat. Opowiadała mi, że ojciec był miłym gościem, zawsze dobrze ubranym, i że świetnie tańczył. Twierdziła, że był dobrym człowiekiem i że się w nim zakochała, ale już wtedy ciągle wpadał w kłopoty, wiodąc życie ulicznego gangstera. Czyli rabując i kradnąc. Mówiła, że ojca wszyscy szanowali i że to coś znaczyło. Szacunek na dzielnicy jest jak namacalny towar. Od niego zależy, jak jesteś traktowany przez swoich ludzi i sąsiadów. Poza tym szacunek przekazuje się dalej - z pokolenia na pokolenie. Kiedy mama wspominała ojca, zawsze powtarzała: "Synu, jedyne, co ci dał, to twoje nazwisko i szacunek na ulicy". I miała rację.
Naprawdę go kochała. Była dobrą dziewczyną, a kiedy się poznali, nadal chodziła do szkoły, trzymała się z dala od kłopotów i próbowała ułożyć sobie życie. Ale się zakochała. Opowiadała, że mu zależało, że przychodził do niej, rozmawiali i spędzali razem czas. Ale bez względu na to, jak dobrze o nim mówiła, fakty były takie, że zawsze trzymała go z dala od swojej mamy. Mam przeczucie, że babcia zrobiłaby z nim porządek. Nawet kiedy odszedł, po samym sposobie, w jaki mamuśka o nim opowiadała, mogłem przysiąc, że nadal jej na nim zależy. Mimo że nie kiwnął nawet palcem, żeby nam pomóc, kiedy wychowywała mnie jako nastolatka i ledwo wiązała koniec z końcem.
Mama nie była naiwna. Wiedziała, że jego pomysł na życie to nic dobrego, ale to nie dlatego go wykopała. Nie dlatego go odprawiła i zabroniła mu się ze mną spotykać. Powodem była heroina. Przez jakiś czas ukrywał przed nią, że bierze, ale jak każdy ćpun w końcu wpadł. Tak naprawdę nie miała problemu z tym całym ulicznym życiem i przemocą - nawet jej siostra ze swoją paczką siała zamęt na dzielnicy, zgrywając twardzielkę i wdając się w bójki. Mama nie chciała jednak pozwolić, żeby przy jej dziecku kręcił się narkoman. Rozpieprzyło ją to emocjonalnie, ale zrobiła to. Zamknęła ojcu drzwi przed nosem, bo przeczuwała, że nigdy nie przestanie brać.
Miała złamane serce. Powycinała go ze wszystkich fotografii i pozbyła się wszelkich pamiątek, które mogły się z nim kojarzyć. Nie mam nawet jednego jego zdjęcia. Wiedziałem, że miał brata i siostrę, ale nigdy ich nie poznałem. Nadal pamiętam jego twarz, choć z upływem lat coraz bardziej zaciera się w moich wspomnieniach. Czasami żałuję, że nie mam nawet jednej fotografii, żeby spojrzeć w oczy człowieka, który po dziś dzień żyje wewnątrz mnie, a którego nigdy nie miałem szansy poznać.
Tak naprawdę sytuacja mojej rodziny wcale nie była wyjątkowa. W całym sąsiedztwie brakowało ojców. Byliśmy ich pozbawieni. Ja i wszyscy moi przyjaciele. A jeżeli nawet czasami było inaczej - mam na myśli może trzy procent przypadków - to i tak starzy nie mieli kontaktu z własnymi dzieciakami, bo byli w ten czy inny sposób zagubieni albo pochłonięci przez ulicę. W tamtych czasach, czyli w późnych latach 70., wszystko kręciło się wokół zarabiania kasy, obracania lasek, brania narkotyków i wokół różnych gangów, które rozpierdalały się po całym Brooklynie. Na ulicach ludzie uprawiali hazard, obstawiali, grali w kości, a w tle, z radia, leciała muzyka Sama Cooke'a, Ala Greena, Marvina Gaye'a, The O'Jays, Donny'ego Hathawaya, The Gap Band, Teeny Marie i The Spinners.
Moja ciocia Priscilla za młodu była w takie życie mocno wkręcona. Mamuśka i jej siostry były brązowe, ale Priscilla różniła się od nich pod każdym względem. Miała jasną karnację i była totalnie dzika. Jej ekipa nie przypominała Bloodsów czy Cripsów[1], raczej The Warriors. To były niezrzeszone koalicje ulicznych ekip, a jej paczka chroniła wszystkich, których uważała za przyjaciół, podobnie jak niektóre interesy kręcone na dzielnicy. Wdawali się w bójki i jestem przekonany, że załatwili kilka osób tu i tam, aż w końcu ciotka wpadła w poważne gówno. Była twarda, a jednak to ona jako pierwsza w rodzinie wyprowadziła się z Brownsville i przeniosła na Staten Island, gdzie, jak sama mówiła, było bezpieczniej.
Mimo że mamuśka była od niej młodsza, zawsze miałem wrażenie, że to cioci Priscilli bliżej do osób w moim wieku. Czułem, że mnie rozumie, a ja rozumiałem ją. Nawet po tym, jak wyrosła z dzikich młodzieńczych lat i stała się odpowiedzialną, pracującą kobietą, w zestawieniu z mamą zawsze sprawiała wrażenie młodszej, bo mamuśka była poważniejsza, nawet kiedy pozwalała sobie na odrobinę luzu. Rozumiałem to. Miała ciężkie życie i równie ciężko pracowała, żeby mnie wychować. Ciocia też robiła to, co do niej należało, ale zawsze wydawało się, że bardziej korzysta z życia. Były kompletnie różne, ale jednocześnie bliższe sobie niż pozostałe siostry. Kiedy więc pewnego dnia wróciliśmy do domu i zobaczyliśmy, że ktoś wyłamał drzwi i ukradł wszystkie nasze najcenniejsze rzeczy, stało się oczywiste, że pojedziemy za ciocią na Staten Island.
Patrząc na to z perspektywy czasu, Brownsville było strefą wojny. Eskalacja przemocy była tak duża jak pomiędzy kartelami w dzisiejszym Meksyku. Gdy byłem dzieckiem, widziałem ciała wiszące na słupach, poderżnięte gardła, zwłoki porzucone na ulicach jako ostrzeżenie dla wszystkich na dzielnicy, że gang, który to zrobił, nie pierdoli się w tańcu. Kiedy gangi w latach 70. w Brownsville odwalały numery, były w tym bezwzględne.
Pamiętam, jak pewnego razu jechałem samochodem z babcią i kiedy zatrzymaliśmy się na światłach, zobaczyłem faceta, który dostaje w głowę podnośnikiem samochodowym. Nie odkręconą żelazną rączką, ale całym urządzeniem, które wsuwało się pod auto, kiedy chciało się wymienić oponę. Samochody w latach 70. były ciężkie jak diabli, więc podnośniki, które szły w zestawie, to był duży kaliber. Spoglądałem przez tylne okno, śniąc na jawie, gdy nagle znikąd pojawił się jakiś facet i dosłownie ukoronował drugiego. Typ, który oberwał, był łysy, więc wyraźnie widziałem, jak pękła mu czaszka. Brooklyn nie brał jeńców.
Kiedy przenieśliśmy się na Staten Island, miałem osiem lat. Mamuśka chciała nowego życia, a zanim podjęła decyzję o przeprowadzce, zrobiły to już dwie z jej sióstr, więc miało to sens. Chodziłem do szkoły i nie widywałem się z nią często, bo dużo pracowała, żeby nas utrzymać. Jeździłem tam i z powrotem do Queens, żeby pomieszkiwać z babcią w trakcie wakacji albo zawsze wtedy, kiedy nie miał się mną kto zająć. Tak wyglądało moje życie - trochę w jednym, trochę w drugim miejscu.
Mimo że mamuśka była wiecznie zajęta, kiedy już spędzaliśmy razem czas, robiła wszystko, żeby mi to wynagrodzić. W każde wakacje z okazji moich urodzin zabierała mnie na Manhattan do kina. Nigdy nie zapomnę, jak wybraliśmy się na seans Czarnoksiężnika z krainy Oz na Times Square. Diana Ross jako Dorotka, Michael Jackson w roli Stracha na Wróble, całość współprodukowana przez Berry'ego Gordy'ego - tak, ten film to arcydzieło. To było jak sen, siedzieć tam i oglądać to na wielkim ekranie.
Nawet teraz, z pięćdziesiątką na karku, pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj.
Uwielbiałem spędzać czas z mamą, ale to u babci, Prince, którą zawsze nazywałem Bunią, czułem się jak w domu. Kiedy jest się dzieciakiem, babcie wydają się stare, ale moja w tamtym czasie mogła mieć z 55 lat. Pamiętam, jak przyjeżdżała po mnie z Far Rockaway w Queens aż na Staten Island. Pociąg, później prom - podróż powrotna u jej boku zawsze zdawała się trwać cały dzień. Ale nie miałem nic przeciwko, bo kiedy pociąg wyłaniał się z tunelu w Queens, miałem wrażenie, jakbyśmy wkraczali do innego świata. W końcu kupiła duże zielone chevy i to w nim woziła mnie wte i wewte, pozwalając siedzieć na tylnym siedzeniu, z nosem przyklejonym do szyby, podczas gdy krajobraz zmieniał się na moich oczach.
Matka miała cztery siostry i dwóch braci, więc pierwsze męskie wzorce zapewnili mi wujkowie, Orrie i Lenny. Orrie zaciągnął się do armii i to był jego sposób na życie, więc rzadko bywał na miejscu. Podróżował po całym świecie i ostatecznie osiadł w Karolinie Północnej, niedaleko Fort Bragg, gdzie stacjonował. Wpadał przejazdem i dawał Buni pieniądze. Z najdalszych miejsc przywoził jej zastawę stołową, którą mogła eksponować na półkach. Kiedy byłem dzieciakiem, zabawki G.I. Joe to było coś, wszyscy kochali to gówno, więc zawsze podziwiałem Orriego w wojskowym mundurze. Drugi wujek był typem introwertyka, był naprawdę spoko i siedział po uszy w muzyce. Zawsze, kiedy wpadał z wizytą, dzieliłem z nim pokój, ale niespecjalnie mi ufał i raczej ze mną nie rozmawiał. Nie pamiętam, jak zarabiał pieniądze, ale miał ich wystarczająco dużo, żeby kupić zestaw stereo, który zostawił u babci, zabroniwszy mi go dotykać. Być może już się tego domyślacie, ale od małego byłem twardogłowy, a ponieważ miałem wtedy już dziesięć lat, to kiedy tylko Lenny znikał za drzwiami, od razu zaczynałem naciskać przyciski i włączać coś, czego nie potrafiłem później wyłączyć. Raz musiałem poprosić Bunię, żeby wszystko naprawiła, ale gdy wujek znów się pojawił, i tak mocno się wkurzył.
Co kilka miesięcy babcia zabierała mnie do parku rozrywki Rockaways' Playland. Chodziliśmy tam z osiedla Hammels, w Queens, gdzie mieszkaliśmy, oddalonego o jakieś dziesięć kilometrów. Choć Bunia miała prawie sześćdziesiątkę, robiła to, żeby dać mi trochę radości - była silną i kochającą kobietą. Jej dzielnica była tak przesiąknięta przestępczością, że babcia nie pozwalała mi się szwendać po ulicach z innymi dzieciakami, tylko trzymała mnie blisko siebie. Mogłem się bawić tylko przed naszym domem albo z tyłu, tak aby mogła zawsze mnie widzieć. Nie miałem z tym problemu. Wizyty w Rockaways' Playland to były jedne z najlepszych chwil w moim życiu. Latem, kiedy pomieszkiwałem w Queens, mamuśka wysyłała tyle pieniędzy, ile tylko mogła. Nie było tego dużo, jakieś dziesięciocentówki i ćwierćdolarówki. Koniec końców mogło się z tego zebrać około 18 dolarów, ale dla dzieciaka to mnóstwo forsy. Najlepsze było to, że Bunia pozwalała mi kupować w sklepie słodycze i przekąski. Brałem 50 centów i kupowałem chipsy, zawsze te pikantne w czerwonej torbie, albo krążki cebulowe i napój za 25 centów. Chrupki Wise Onion Rings, chipsy Bon Ton Bar-B-Q i sok. Niczego więcej od życia nie oczekiwałem. Chociaż w sumie uwielbiałem też ciastka.
Miałem 11 lat, a hip-hop zaczynał rozkwitać. To była muzyka, którą puszczano z gramofonów w parkach i do której tańczono. Oczywiście nie mogłem chodzić w takie miejsca, ale okna mojego pokoju w mieszkaniu babci wychodziły akurat na park, więc widywałem ludzi rozkładających sprzęt i puszczających muzę. Na głowach mieli czapki Kangol, do tego koszulki i bluzy z wysokim kołnierzykiem, a także jeansy firmy Lee albo profilowane luźne spodnie z francuskim cięciem. Wtedy też pierwszy raz zobaczyłem adidasy hard shell. Były totalnie odlotowe. Pragnąłem tych butów i chciałem być jak ci kolesie. W tamtych czasach porządna para adidasów kosztowała 32 dolary, a para marki PRO-Keds 18, więc pewnie się domyślacie, które nosiłem.
Tego roku uświadomiłem sobie również, że muzyka jest czadowa. Nie spałem, tylko czatowałem przy oknie, tak długo, jak to było możliwe, żeby obserwować imprezy pod blokiem. Bunia zamykała okno i zaciągała zasłony, zanim do czegokolwiek dochodziło - napadu, strzelaniny, walki na noże. Czyli do czegoś, co zawsze wydarzało się nocą, kiedy ludzie balowali.
Babcia mnie rozumiała, bo sama kochała muzykę. Podobnym uczuciem darzyła baseball. Pamiętam, jak raz zabrała mnie na mecz. Przez resztę dnia śmiała się na samo wspomnienie tego wypadu, bo tłum na trybunach skandował:
- Dalej, Metsi!
A ja krzyczałem:
- Dalej, Retsi!
Odwracała się wtedy do mnie i mówiła:
- Chłopcze, oni tak się nie nazywają. To są Metsi.
- Dobrze, to Metsi - odpowiadałem, a później znowu skandowałem to samo: - Dalej, Retsi!
Nie pytajcie dlaczego. Nadal nie wiem.
Na tym etapie opowieści powinienem wspomnieć, że w tamtym czasie, po serii różnych związków, babcia ożeniła się z moim przyrodnim dziadkiem, Charlesem, którego wszyscy nazywali Cheese. Był dobrym gościem, ale raczej zamkniętym w sobie. Popijał swoje bacardi i popalał czerwone pall malle, które były również papierosami wszystkich OG, Original Gangsta. Również kochał baseball i dyskutował ze mną o meczach, które razem oglądaliśmy. Dzięki niemu i babci wkręciłem się w ten sport.
Po tym, jak Bunia kupiła mi na urodziny rękawicę, pozwoliła mi się bawić z dzieciakami z budynku, które również miały zajawkę na sport. Zaczęliśmy od rzucania kamieniem w narysowane na ścianie X, a skończyło się na ulicznej wersji baseballu, czyli stickballu. Odkryłem, że mam dobrą rękę i potrafię rzucać. I tak między gapieniem się każdej nocy przez okno na rozwój muzyki a popadaniem w obsesję na punkcie baseballu okazało się, że mam kilka poważnych zainteresowań.
Niestety, jakiś czas później miałem wypadek podczas meczu - kiedy nurkowałem, żeby przechwycić piłkę, wylądowałem na wyszczerbionej blaszanej puszce. Trafiłem do szpitala, gdzie założono mi szwy. Po tym moje kolano nigdy nie było już takie jak wcześniej, więc większość czasu zacząłem spędzać w mieszkaniu, oglądając sport w telewizji, zamiast grać z kumplami. I wtedy najważniejsza stała się muzyka, a ja zacząłem wymykać się nocami do parku, żeby na własne oczy zobaczyć, co się tam dzieje. To było niesamowite: rodzice dzieciaków, widywani przeze mnie do tej pory za dnia, tańczyli, palili i bynajmniej nie zachowywali się, jak przystało na rodziców. Była tam też pewna szalona babka, która mieszkała w tym samym budynku co ja i zawsze coś kombinowała. Miała ze sobą stertę przedmiotów i śmieci, które próbowała sprzedawać ludziom. Czasami rozmawiała sama ze sobą albo zupełnie bez powodu zaczynała krzyczeć na kogoś przechodzącego obok i iść za nim, jakby próbowała coś oprotestować. Ja i moi kumple zaczęliśmy robić totalne głupoty, na przykład zwisać w szybie pod windą, kiedy ktoś nią jeździł, albo kopać w drzwi mieszkań i uciekać.
Bunia nie była w ciemię bita. Zauważyła, że zaczynam się taplać w gównie, i sprawiła mi porządne lanie. W tamtym czasie mama zdążyła się już ustawić na Staten Island i ustabilizować nieco swoje życie. Weszła w nowy związek i uznała, że to dobry moment, żebym przestał skakać pomiędzy nią a babcią - co działo się nieustannie od 8. do 11. roku życia - i zamieszkał z nią na stałe. Nadszedł czas, żeby zapuścić korzenie.
Spośród czterech sióstr i dwóch braci moja mama, Andrea, była tą najbardziej odpowiedzialną, tą, która dobrze sobie radziła w szkole i planowała zdobyć dobrą pracę, tą, którą chroniono przed ulicami. Przez lata była zatrudniona w instytucji finansowej Bankers Trust, mieszczącej się w World Trade Center, a część tego okresu przepracowała z ciocią Priscillą. W jej żyłach jednak płynęła gangsterska krew. Kiedy byłem starszy, powiedziała mi, że nawet Bunia za młodu była w gangu. Kompletnie mnie to zaskoczyło, bo postrzegałem babcię jako przemiłą, uroczą kobietę, a jednak nie zawsze taka była. W czasach jej młodości rzadko używano broni palnej, popularnością cieszyły się noże. Jak się okazało, dźganie ludzi nie było jej obce. Mama opowiedziała mi, jak babcia się dowiedziała, że dziadek (nie Cheese, który był moim przyrodnim dziadkiem) zdradzał ją z kobietą z tego samego budynku. Pewnego razu, gdy na śniadanie robiła mu rybę z kaszą kukurydzianą, wspomniała o tym. Wywiązała się kłótnia i od słowa do słowa poparzyła mu dupsko, rzucając w niego gorącym garnkiem kaszy.
Zanim przejdę dalej, muszę wam powiedzieć, że ryba z kaszą kukurydzianą była w naszej rodzinie ważnym posiłkiem i do dzisiaj jest jednym z moich ulubionych dań. Na dno talerza wykładacie gorącą kaszę z serem, na to smażoną rybę, posypujecie wszystko czarnym pieprzem, a na wierzchu rozbijacie surowe jajko, pozwalając, żeby się ścięło, aż całość nabierze idealnego, słonecznego koloru. Później wszystko razem mieszacie. Tak moja rodzina przygotowywała kaszę kukurydzianą. Spróbujcie, nie pożałujecie.
Puentą całej historii jest to, że jako dziecko mama była świadkiem wielu kłótni oraz przemocy w domu i poza nim. I choć nie walczyła na ulicy, była wojowniczką. Mogłem tego doświadczyć, kiedy zamieszkałem z nią na Staten Island. Była wtedy z gościem o imieniu Glen, za którego ostatecznie wyszła, a z tego związku narodził się mój młodszy brat Kareem, którego drugie imię, Kente, było zainspirowane serialem Korzenie. Glen był w porządku - całkiem miły, dość pokorny i potrafił się wspaniale uśmiechać. Nie był częścią ulicy, miał niezłą pracę w firmie zajmującej się tranzytem. Tak naprawdę nigdy za dobrze go nie poznałem, bo od początku w ogóle nie poświęcał mi uwagi. Był też trochę szemranym typem - miał czarny motocykl i podjeżdżał do mnie, cwaniacko się uśmiechając, jakby chciał powiedzieć: "Właśnie tak! Rucham twoją mamę!".
Oboje byli nadal dość młodzi i słuchali każdego rodzaju disco, jak choćby Mama Used to Say Juniora, Ladies' Night Kool and the Gang, Love Hangover Diany Ross czy I Will Survive Glorii Gaynor, a także wszystkiego od The Jackson 5 i wczesnych solowych rzeczy Michaela. W tamtych czasach to były wielkie hity, mama je kochała i puszczała nieustannie. Po pewnym czasie zorientowałem się, że wyśpiewuję te wszystkie kawałki razem z nią i kocham je równie mocno. Mama była bardzo towarzyską, rozrywkową dziewczyną, a Glen był bardziej wycofany, co w końcu stało się problemem. Robiła w domu imprezy, przyrządzała smażoną rybę i zapraszała wszystkich przyjaciół, żeby pograć w karty, spalić kilka jointów i prawdopodobnie wciągnąć trochę koki. Tak to właśnie wyglądało w czasach disco, kiedy hip-hop dopiero raczkował. Mamuśka chciała być częścią tego na tyle, na ile mogła, jednocześnie pozostając dobrą matką dla dwóch synów.
W końcu mama i Glen zaczęli się ostro kłócić i to również, obok disco, stało się częścią ścieżki dźwiękowej mojego życia. Na początku, kiedy słyszałem, że krzyczą, sprawdzałem, co się dzieje. Mama kazała mi zawsze "wracać do mojego cholernego pokoju" i zamykać drzwi - i wtedy robiło się źle. Kiedy krzyki i walenie w końcu ustawały, a Glen wypadał z mieszkania, trzaskając za sobą drzwiami, wychodziłem zapytać, co z nią. Miała siniaki albo jej dłoń krwawiła, ale zawsze odpowiadała, że wszystko w porządku. "Nie przejmuj się tym, synu - mówiła. - Zabieraj tyłek do łóżka i kładź się spać". Oczywiście, że nic nie było w porządku. Była wściekła i zraniona, ale nie miałem innego wyjścia, jak tylko wrócić do swojego pokoju.
W tamtych czasach faceci byli bezwzględni. Potrafili bez zastanowienia przywalić kobiecie w twarz. Jak wspomniałem, mamuśka była wojowniczką, więc za każdym razem oddawała. Ponadto miała niewyparzony język i nie bała się stanąć we własnej obronie. Była typem osoby, która dokładnie mówi swojemu facetowi, co ma robić i co ma przynieść na stół. Z tego, co wywnioskowałem z ich rozmów, właśnie to rozpoczęło regularne kłótnie. To był cykl, który zawsze kończył się przemocą. Zazwyczaj zaczynało się, kiedy pili bacardi albo smirnoffa, palili jointy i omawiali wszystko, co mieli do przegadania, aż do momentu, w którym mama wytykała Glenowi, że potrzebuje z jego strony większego wkładu w domowe finanse. I jeśli ta rozmowa nie toczyła się tak, jak ona tego chciała, bez wahania potrafiła wyskoczyć z tekstem: "Jeżeli mi nie pomagasz, skurwysynu, to po chuj tu jesteś?".
Niektórzy ludzie, gdy piją mocny alkohol i przepalają go ziołem, stają się nerwowi, kłótliwi i rozpętują piekło. Mama tak żyła. Nigdy nie zaczynała bójek, ale je prowokowała. Za każdym razem słyszałem z mojego pokoju, jak sytuacja się rozwija, a z czasem te epizody eskalowały. Tak się dzieje, kiedy macie niewyjaśnione sprawy, drążycie ten sam temat i go nie rozwiązujecie. Talerze się tłukły, pięści szły w ruch i stało się to dla mnie normalnością. Jedyne, co mogłem robić, to gapić się we wstawiony do mojego pokoju przez mamę mały telewizor, z nosem przyciśniętym do ekranu i podkręconym dźwiękiem, i próbować ignorować to, co i tak nadal słyszałem. Kłótnie stawały się coraz gorsze, więc niedługo po pierwszych urodzinach mojego brata, kiedy mama po raz kolejny powiedziała Glenowi, żeby wypierdalał z jej domu i nigdy nie wracał, on w końcu posłuchał. Potem wzięli rozwód, a mama zaczęła radzić sobie ze wszystkim sama, wychowując 12-letniego mnie i mojego 18-miesięcznego brata.
Chciałbym powiedzieć, że to był koniec jej przemocowych związków, ale to nieprawda. Nadal wybierała facetów, których swędziały pięści, i nigdy nie pozostawała im dłużna. To było dla mnie bardzo ciężkie, bo chciałem ją chronić i jej pomagać, ale ona zawsze mi mówiła, żebym się nie mieszał, bo nie chciała, żeby stała mi się jakaś krzywda. Kochałem w niej to, że potrafiła się o siebie zatroszczyć, ale jednocześnie za każdym razem czułem się bezradny i słaby.
Po narodzinach mojego brata mama wróciła na chwilę do pracy. Trudno jej było utrzymać wszystko w ryzach, nawet z pomocą sióstr i mną w roli opiekunki do dziecka. Każdego dnia po szkole siadałem z młodszym bratem i oglądaliśmy razem kreskówki, najczęściej Toma i Jerry'ego, Scooby Doo, Flintstonów i Woody'ego Woodpeckera. Uwielbiałem Toma i Jerry'ego, byli zajebiści.
Po odejściu Glena mama wrzuciła na luz, ale szybko znowu zaczęła mieć partnerów i wykłócała się z nimi za każdym razem, kiedy nie chcieli pomagać jej w utrzymaniu rodziny. Nienawidziłem tych wszystkich kłótni, ale rozumiałem to - jeżeli koleś miał być dodatkowym obciążeniem finansowym, to go nie potrzebowała. Sama ledwo wiązała koniec z końcem. Następny poważny związek miała z gościem, którego poznała w barze. Pete, bo tak miał na imię, był przeciwieństwem Glena. Imprezowicz i naprawdę fajny koleś, który wyglądał jak członek zespołu Kool and the Gang.
Poleciała na niego, bo byli do siebie podobni: kochali muzykę, taniec, imprezowanie i uwielbiali się spotykać z ludźmi. Chodzili po barach albo urządzali imprezy w domu. Patrząc na to z perspektywy czasu, mogę się założyć, że wciągali koks. Mama bardzo szybko znowu zaszła w ciążę, a na świat przyszła moja siostra Simoné. Mama skończyła wtedy 32 lata. Pete był dobrym gościem i tworzyli razem fajny związek, ale facet był zarozumiały. Kiedy sam stałem się mężczyzną, zrozumiałem, że był typem, który biegał tu i tam i obracał panienki na boku. Znając mamę, na pewno przyłapała jego dupsko na gorącym uczynku.
Kiedy Pete robił się nerwowy i zaczynał krzyczeć, jego głos stawał się cholernie donośny. Mama nigdy nie odpuszczała, więc zaczynali się wydzierać i kłócić, tak że zagłuszali wszystko wokół. Stało się to dla nich normą. Zupełnie nie rozumiałem, jak potrafią się kłaść spać, a następnego dnia budzić i zachowywać jak gdyby nigdy nic. Jednego wieczoru jednak tak się nie stało. Mama przywaliła mu czymś tak mocno, że złamała mu rękę. Wcale nie zakończyło to ich związku, bo jakkolwiek dziwne się to może wydawać, tych dwoje naprawdę się kochało. Pete był kobieciarzem, ale kochał matkę. Kochał też to, że miał z nią córkę, więc wytrzymał w tej relacji aż pięć lat.
Ich związek był dysfunkcyjny, ale w tamtych czasach mieścił się w normie, bo to, że mężczyźni tłukli kobiety, nie było niczym niezwykłym. Nie postrzegali swojego zachowania jako czegoś złego, widzieli w nim raczej "prostowanie swojej suki". Mama dorastała, widząc, jak jej rodzeństwo prowadzi właśnie takie życie, więc w pewnym sensie jechali na tym samym wózku, choć zdecydowanie nie był on właściwy. Na pewno nie nauczyła się tego od mojej babci i przyszywanego dziadka. Z tego, co wiem, w ich domu nie było przemocy, ale mogę was zapewnić, że się kłócili. Babcia zachowywała się tak, bo to ona wykładała jedzenie na stół i opłacała rachunki, więc wydaje mi się, że w mamie ten obraz się zakorzenił. Przywykła do przemocy, która definiowała kobiety i mężczyzn w jej świecie, i uważała, że w odrobinie kłótni i bójek nie ma nic złego, jeżeli facet zapewnia byt rodzinie. Jeżeli opłacał rachunki, należało się go trzymać, a jeżeli tego nie robił, musiał odejść.
Kiedy urodziła się moja siostra, mama przestała pracować i czuła, że ktokolwiek będzie od teraz w jej życiu, powinien się nią zająć. I Pete to zrobił. Kiedy miał na zbyciu parę dolarów, zabierał nas na jakieś jedzenie. Chodziliśmy do Beefsteak Charlie's na Czterdziestej Drugiej Ulicy i dla mnie to było zajebiste. Odwiedzaliśmy też Tad's Steaks, gdzie można było zamówić stek za dziesięć dolarów, a później obejrzeć film. Dobre czasy - to wtedy najbardziej zbliżyliśmy się do wyobrażeń normalnej rodziny - ale nie zdarzały się zbyt często.
Ze wszystkich mężczyzn w moim życiu Pete najbardziej przypominał postać ojca, choć nigdy się tak wobec mnie nie zachowywał. Miał własne dziecko w naszej małej rodzinie i to na nim był przez cały czas skupiony. A ja naprawdę nie miałem nic przeciwko, bo jak już wspomniałem, nawet nie wiedziałem, czego mi brakuje. Biologiczny ojciec był dla mnie tylko duchem, tajemnicą z pogranicza życia i śmierci. Kiedy dorastałem i stawałem się mężczyzną, ludzie z sąsiedztwa opowiadali mi o nim różne historie. Że przedawkował, że zmarł na AIDS, że wyjechał z miasta albo że trafił do więzienia. Prawda jednak była taka, że zadźgano go na Brooklynie. Wisiał pieniądze jakiemuś gangsterowi i ich nie oddał, więc ten ściągnął dług w inny sposób. Ulica dopadła ojca tak samo, jak dopada każdego, kto pozostaje na niej zbyt długo.
[1] Crips i Bloods to jedne z najsłynniejszych afroamerykańskich gangów działających na terenie Los Angeles. The Warriors to fikcyjny gang z filmu o tym samym tytule (Wszystkie przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumacza).