Z ukrycia - Tony Manieri

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Je­śli cho­dzi o ge­nezę na­zwy dziel­nicy Pis­se­ren­den, czyli "Szczalni", miesz­czą­cej się mię­dzy Jorck's Pas­sage a Norre Vold­gade - to wśród miesz­kań­ców krą­żyło wiele róż­nych teo­rii, ale z odro­biną chęci ła­two można było oczami wy­ob­raźni zo­ba­czyć tych bie­da­ków i pi­ju­sów szwę­da­ją­cych się po oko­licz­nych rynsz­to­kach w cza­sach, kiedy to wła­śnie tu roz­cią­gała się mroczna strona mia­sta, gdzie ża­den sza­nu­jący się ko­pen­ha­ski ku­piec nie za­pusz­czał się do­bro­wol­nie. No, chyba że chciał so­bie ulżyć.

Dziś wy­glą­dało tam zu­peł­nie ina­czej. W ma­low­ni­czej sta­rej dziel­nicy w cen­trum mia­sta mie­ściły się pra­wie wy­łącz­nie nie­wiel­kie bu­tiki na par­te­rze lub w su­te­re­nach ka­mie­nic i lu­kra­tywne firmy kon­sul­tin­gowe na pię­trach, a krzy­kliwe szyldy i re­klamy na­jem­ców ze wszyst­kich sił sta­rały się przy­cią­gnąć za­ku­po­wi­czów snu­ją­cych się po głów­nym dep­taku - Str?get - za­le­d­wie prze­cznicę da­lej. Czyn­sze po­szy­bo­wały w górę wraz z ko­lej­nymi re­no­wa­cjami, ale jesz­cze gdzie­nie­gdzie zda­rzały się pewne wy­rwy w grun­tow­nie od­świe­żo­nej i uno­wo­cze­śnio­nej sie­dem­na­sto­wiecz­nej za­bu­do­wie.

Jed­nym z ta­kich miejsc było Che­etah Stu­dios. Ele­wa­cja tego pięk­nego sta­rego domu na prze­cię­ciu Stu­die­str?de i Lars­bj?rns­str?de kilka prze­cznic da­lej nie zdra­dzała, co działo się w środku prak­tycz­nie każ­dego wie­czoru, sie­dem dni w ty­go­dniu, przez cały rok. I wszyst­kim to pa­so­wało, po­nie­waż, gdyby sprawa wy­szła na jaw, stróże mo­ral­no­ści i rzą­dzący Ko­pen­hagą praw­do­po­dob­nie po­łą­czy­liby siły, żeby jak naj­szyb­ciej ukró­cić łaj­dac­two. Od strony ulicy wy­tarty bla­szany szyld su­ge­ro­wał je­dy­nie, że klub mie­ścił się tam praw­do­po­dob­nie od dawna, a dwie za­ma­lo­wane na czarno szyby pod­kre­ślały pry­watny cha­rak­ter tej po­dej­rza­nej dzia­łal­no­ści. Ten, któ­remu udało się przejść przez dę­bową bramę, za­li­czał się do kręgu wta­jem­ni­czo­nych i z pew­no­ścią nie był roz­cza­ro­wany bo­gatą i zróż­ni­co­waną ofertą usług.

Lupo Kor­hin­sky był osobą z całą pew­no­ścią na­le­żącą do naj­ści­ślej­szego grona. Stał te­raz w nie­wiel­kim przed­po­koju i cze­kał. Są­dząc po do­bie­ga­ją­cych z są­sied­niego po­miesz­cze­nia od­gło­sach, ocze­ki­wa­nie nie po­winno być dłu­gie. Za­pa­lił ko­lejną cy­ga­retkę i wolną ręką po­tarł po­draż­nione przez gry­zący dym oczy. Na ścia­nie, na wprost jego oczu, ktoś przy­bił gru­bymi gwoź­dziami starą ta­blicę ogło­szeń, cał­kiem pu­stą, je­śli nie li­czyć ma­łej żół­tej kar­teczki z piz­ze­rii na placu Bi­spe­to­rvet. Wy­krzy­wił twarz w krót­kim gry­ma­sie na wi­dok pęk­nię­tej li­stwy w pięk­nej bo­aze­rii. Co za po­zba­wione wraż­li­wo­ści świ­nie. Czort z nimi. Naj­waż­niej­sze, że ge­ne­rują zy­ski. Po­mi­ja­jąc ta­blicę ogło­szeń, w przed­po­koju nie było żad­nych sprzę­tów. Na­wet krze­sła, na któ­rym można by usiąść. Zer­k­nął po­now­nie na ze­ga­rek i zdu­sił nie­do­pa­łek w szcze­li­nie mię­dzy lam­pe­rią a ścianą. Przez mo­ment roz­wa­żał uchy­le­nie drzwi, żeby spraw­dzić, czy nie zdąży cza­sem wy­sko­czyć na lunch przed spo­tka­niem, ale po­sta­no­wił w końcu za­cze­kać, aż ko­bieta wyj­dzie. Wes­tchnął z iry­ta­cją. Le­piej mieć już to za sobą.

Kar­sten, ol­brzymi męż­czy­zna sto­jący w wej­ściu, bez słowa śle­dził każdy ruch Kor­hin­sky'ego, ale nie re­ago­wał, na­wet wtedy, kiedy nie­wy­soki biz­nes­men zdu­sił nie­do­pa­łek i do­ga­sił tlący się jesz­cze żar cel­nym strzyk­nię­ciem śliny, która po­woli spły­nęła za pa­nel ścienny. Kar­sten de­cy­do­wał o tym, kto mógł prze­stą­pić próg Che­etah Stu­dios. Nie było cię na li­ście - rów­nie do­brze mo­głeś tu nie za­cho­dzić. Na pierw­szy rzut oka zda­wał się gruby i zwa­li­sty, a na­wet ospały, ale o jego gwał­tow­nym tem­pe­ra­men­cie krą­żyły liczne i nie­zbyt przy­jemne opo­wie­ści. Lupo sam kie­dyś nie­mal zo­stał po­wa­lony na zie­mię, kiedy po­ja­wił się nie­za­po­wie­dziany w stu­diu. Z na­głym dresz­czem przy­po­mniał so­bie, jak się bał, za­nim z wnę­trza bu­dynku nie do­biegł zbaw­czy roz­kaz.

W jed­nej chwili roz­mowa w stu­diu znacz­nie się wy­ci­szyła i po chwili w drzwiach uka­zała się młoda blon­dynka, na oko dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nia. Ude­rzyło go, że wciąż za­chwy­cała urodą, choć od razu było wi­dać, że ży­cie mocno ją do­świad­czyło. Jej spoj­rze­nie było zimne, mar­twe, a po­stawa wy­ra­żała re­zy­gna­cję, jak u śmier­tel­nie cho­rego czło­wieka, któ­remu zo­stało już nie­wiele mie­sięcy. Jed­no­cze­śnie w jej wzroku było coś jesz­cze, co tro­chę go prze­ra­żało, coś nie­bez­piecz­nego i nie­zde­fi­nio­wa­nego. Coś, co go przy­cią­gało. Jak zwy­kle na jej wi­dok po­czuł, że się ru­mieni, więc ob­szedł po­kój do­okoła, jakby chcąc pod­kre­ślić, że ma waż­niej­sze sprawy na gło­wie niż cze­ka­nie na nią przez całą go­dzinę w zim­nym, nie­go­ścin­nym lo­kalu w Ko­pen­ha­dze.

Po­ko­chał ją od pierw­szego wej­rze­nia i mimo że za­wsze trak­to­wała go z mie­sza­niną wstrętu i po­gardy, on w głębi du­szy ży­wił na­dzieję, że pew­nego dnia spoj­rzy na niego ina­czej. Dla niej był pew­nie tylko ma­łym, tłu­sta­wym po­lacz­kiem w śred­nim wieku, który za­sad­ni­czo zaj­mo­wał się ja­kąś inną dziwną branżą i w żad­nym ra­zie nie po­sia­dał ni­czego, co by chciała mieć. Wie­dział, że po­tra­fiłby się nią do­brze za­opie­ko­wać. Je­śli tylko do­stałby taką szansę. A przy­naj­mniej oka­zję, żeby po­ło­żyć ją na ło­patki, my­ślał, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak wije się pod jego dłońmi ni­czym wąż. Ale przede wszyst­kim musi się do­wie­dzieć, co ta­kiego ro­biła w Malmö. Pew­nie ja­kieś gów­niane in­te­resy, to było ja­sne.

Ko­bieta owi­nęła się cien­kim szla­fro­kiem i ski­nęła głową gru­ba­sowi przy drzwiach. Ten za­piął skó­rzaną kurtkę i otwo­rzył bramę.

- Ile tych pizz? - za­py­tał po duń­sku.

Ko­bieta wzru­szyła ra­mio­nami, a kiedy pro­mie­nie po­po­łu­dnio­wego słońca wdarły się do środka, Kor­hin­sky za­uwa­żył, że jej twarz błysz­czy od potu.

- Nie wiem. Spy­taj ko­goś in­nego. I za­mknij te drzwi, do dia­bła. Za­mar­znę tu na śmierć!

Gru­bas wy­mam­ro­tał coś i za­mknął za sobą bramę.

- Masz fajkę?

Kor­hin­sky z uśmie­chem po­krę­cił głową.

- Cie­bie też miło wi­dzieć, Ma­rio. Nie­stety nie. Ale mam coś in­nego. - Wy­cią­gnął z kie­szeni bla­szane pu­de­łeczko i po­czę­sto­wał ją par­ta­gásem.

- O kurwa, ale syf. Nie­ważne. Czego chcesz?

- Mo­żemy wejść do środka i usiąść? Za­czy­nają mnie bo­leć nogi.

- Nie ma jak. Prze­me­blo­wa­nie. Czego chcesz? Nie mam czasu.

Kor­hin­sky przyj­rzał się ko­bie­cie i wy­cią­gnął rękę, by po­gła­dzić ją po wło­sach. Szarp­nęła głową i od­su­nęła się o krok.

- Spo­koj­nie, Ma­rio. Nie bój się. Je­stem twoim przy­ja­cie­lem, prze­cież wiesz, prawda?

- Ja­sne. Wiem o tym, Lupo. Naj­lep­szy kum­pel.

Męż­czy­zna ro­ze­śmiał się i za­pa­lił nową cy­ga­retkę.

- Uparta jak zwy­kle. No nic. Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję. - Wy­jął z kie­szeni płasz­cza pla­sti­kowe pu­de­łeczko. - Wiesz, co to jest?

Ko­bieta za­wią­zała cia­śniej szla­frok i szyb­kim ru­chem prze­cze­sała pal­cami mo­kre włosy. Te­raz już była na­prawdę po­iry­to­wana.

- Nie mam po­ję­cia. Mów, co to jest, do cho­lery, Lupo. Cze­kają na mnie w środku!

- Aha, ro­zu­miem. Jaki plan na dzi­siaj? Dwóch fa­ce­tów, ko­bieta i pro­siak? A może pies?

Ma­ria spoj­rzała pra­wie o głowę niż­szemu męż­czyź­nie pro­sto w oczy i na­gle zła­god­niała. Po­woli prze­su­nęła dłoń po brzegu ko­lo­ro­wego je­dwab­nego pe­niu­aru i roz­wią­zała wę­zeł pa­ska. Jej ręka kon­ty­nu­owała swoją po­dróż w dół brzu­cha, a kiedy roz­chy­liła poły szla­froka, ko­bieta po­chy­liła się, aż jej wargi mu­snęły jego ucho. Kor­hin­sky za­marł, wstrzy­mu­jąc od­dech. Pach­niała cie­płem, a le­dwo wy­czu­walna nuta potu spra­wiła, że męż­czy­zna prze­łknął z tru­dem ślinę. Kiedy prze­mó­wiła, jej głos był tak ci­chy, że z tru­dem poj­mo­wał słowa za­głu­szane przez ryt­miczne dud­nie­nie w skro­niach.

- W każ­dym ra­zie nic dla cie­bie, Lupo. Dziś też nie.

Drgnął i od­su­nął ją na bok.

- Świet­nie, Ma­rio. Do­brze wiesz, że nie lecę na ten szajs. - Zda­wał so­bie sprawę, że przej­rzała jego ża­ło­sne kłam­stwo, i po­sta­no­wił za­koń­czyć roz­mowę jak naj­szyb­ciej. Po­ma­chał jej przed no­sem pla­sti­ko­wym pu­de­łecz­kiem i mó­wił da­lej: - To, co tu­taj mam, Ma­rio, to sto ty­sięcy ko­ron pro­sto do two­jej kie­szeni. Albo ra­czej maj­tek. - Uśmiech­nął się za­do­wo­lony z wła­snego żartu i wsu­nął pu­dełko z po­wro­tem do kie­szeni.

- Nie je­stem za­in­te­re­so­wana. Skoń­czy­łeś?

- Na­wet nie wiesz, co to.

- I mam to gdzieś. Nie je­stem za­in­te­re­so­wana. - Po­de­szła do drzwi i po­ło­żyła dłoń na klamce. - Do zo­ba­cze­nia.

Lupo Kor­hin­sky, czu­jąc na­ra­sta­jące zde­ner­wo­wa­nie, ode­zwał się ostrzej­szym to­nem:

- Abel na pewno w to wej­dzie. Mam do niego za­dzwo­nić, jak tylko wrócę do biura.

Za­trzy­mała się i od­wró­ciła w jego stronę.

- Abel? Jaki znów cho­lerny Abel?

- Eriks­son. Brat Ka­ina, wiesz prze­cież.

- Ach, tak.

- To ła­twe pie­nią­dze.

- Nie wy­daje mi się.

- Nie wiesz na­wet, o co cho­dzi. Sto ty­sięcy, Ma­rio. To w cho­lerę wię­cej, niż je­steś w sta­nie uzbie­rać w stu­diu!

- To nie gra roli. Wy­daje mi się, że jak zwy­kle pie­przysz bez sensu, Lupo.

- Le­piej, że­bym po­szedł z tą pro­po­zy­cją do Bengta?

Po raz pierw­szy w cza­sie trwa­nia ich roz­mowy się za­wa­hała. Pu­ściła klamkę i przyj­rzała mu się. Kor­hin­sky jak zwy­kle się uśmie­chał, minę miał taką, jakby po­czuł zwy­cię­stwo. Co za du­pek.

- Jesz­cze le­piej, jak wsa­dzisz so­bie swoją pro­po­zy­cję w dupę.

Męż­czy­zna ski­nął z wolna głową i ru­szył ku wyj­ściu. Gruby ochro­niarz znowu się po­ja­wił i mi­nął ich, nio­sąc cztery kar­tony z pizzą. Przed wyj­ściem Kor­hin­sky rzu­cił jesz­cze Ma­rii ostat­nie spoj­rze­nie. Parę mi­nut po jego wyj­ściu znów po­łoży się w stu­diu, by pod­da­wać się naj­bar­dziej po­ni­ża­ją­cym prak­ty­kom, a on nic nie może na to po­ra­dzić. Na tę myśl wró­ciło dud­nie­nie w skro­niach i mu­siał parę razy głę­boko za­czerp­nąć po­wie­trza, żeby nie wy­krzy­czeć na głos swo­jej roz­pa­czy. Te­raz wresz­cie miał szansę za­ro­bić duże pie­nią­dze, po­ka­zać jej, że jest kimś, z kim na­leży się li­czyć, i skoń­czyć z tą nisz­czącą du­szę ha­rówką w Malmö. Rok za ro­kiem ty­rał jak wół przy ty­siącu róż­nych pro­jek­tów, a mimo to za każ­dym ra­zem pie­nią­dze tra­fiały do ko­goś in­nego. Zwłasz­cza do tego pie­przo­nego ad­wo­kata. Te­raz z tym ko­niec. Oczy­wi­ście ona nie była mu nie­zbędna do prze­pro­wa­dze­nia planu, rów­nie do­brze mógł po pro­stu dać jej pie­nią­dze. Ale je­śli uda­łoby mu się ją na­mó­wić, skoń­czy­łaby przy­naj­mniej z Che­etah, no i może zmie­ni­łaby o nim zda­nie. Może by z nim wy­je­chała. Cho­ciaż na chwilę. Za­ci­snął dło­nie w kie­sze­niach tak mocno, że pra­wie do­stał skur­czu, i zro­bił je­dyną słuszną rzecz. Utrzy­mał nie­wzru­szony wy­raz twa­rzy. Zde­ma­sko­wa­nie się w tej chwili było zbyt ry­zy­kowne. A już zwłasz­cza pod no­sem Kar­stena.

- Nie za­po­mnij, Ma­rio, czyją je­steś dziwką. I nie za­po­mnij, kto płaci za twoje drobne "eks­cesy".

Ma­ria ro­ze­śmiała się gło­śno i otwo­rzyła drzwi do stu­dia.

- Sama świet­nie daję so­bie radę. Twój czas mi­nął, Lupo. Wie­czo­rem jadę znów do Ber­lina. Bez two­jej "po­mocy". Zjeż­dżaj, za­nim po­pro­szę Kar­stena, żeby dał ci w łeb.

Lupo Kor­hin­sky wzru­szył lekko ra­mio­nami.

- Jak so­bie chcesz, Ma­rio. Ale nie mów po­tem, że nie do­sta­łaś szansy.

Scho­dząc te dwa stop­nie w dół do bramy, czuł taki ból w sercu, że z tru­dem utrzy­my­wał pion.

Ma­ria stała jesz­cze przez chwilę, aż dał się sły­szeć od­głos za­my­ka­nych wrót, a po­tem szyb­kim kro­kiem wbie­gła po skrzy­pią­cych scho­dach do biura na dru­gim pię­trze. Przez brudną szybę ma­łego okienka pa­trzyła, jak Lupo prze­py­cha się przez tłum prze­chod­niów na wą­skim chod­niku. Duża grupa ha­ła­śli­wych na­sto­lat­ków za­wo­łała coś za nim, kiedy ode­pchnął z drogi star­szą ko­bietę, żeby nie stra­cić roz­pędu. Gdy znik­nął za ro­giem przy Ve­ster­gade, Ma­ria po­de­szła do sterty swo­ich ubrań i wy­grze­bała z niej zmiętą paczkę pa­pie­ro­sów. Pu­sta. Z iry­ta­cją ci­snęła nią o pod­łogę i przy­kuc­nęła, by prze­szu­kać to­rebkę. Co ten Kor­hin­sky wy­ra­biał? Czy to moż­liwe, że jej biały ry­cerz rze­czy­wi­ście był za­mie­szany w in­te­resy tego od­ra­ża­ją­cego typa?

Po chwili prze­stała szu­kać i ze zło­ścią kop­nęła to­rebkę. Le­piej mieć na niego oko. Nic nie mo­gło sta­nąć na prze­szko­dzie te­raz, kiedy byli już tak bli­sko.

2

Nie­wielki lo­kal miesz­czący się w piw­ni­cach bu­dynku na po­łu­dnio­wych przed­mie­ściach Malmö wy­peł­niony był po brzegi in­stru­men­tami mu­zycz­nymi, wzmac­nia­czami, wiel­kimi gło­śni­kami i sta­ty­wami mi­kro­fo­nów. Przy ścia­nie pod ma­leń­kim oknem stały oprócz tego dwa wy­tarte fo­tele obite we­lu­rem w brud­no­brą­zo­wo­po­ma­rań­czowe wzory, wci­śnięte każdy w swój kąt po obu stro­nach wą­tłego sto­lika ka­wo­wego. Na sto­liku, obok sta­rych fi­li­ża­nek, pa­czu­szek ze stru­nami do gi­tar, tek­stów pio­se­nek i od­twa­rza­cza ka­se­to­wego w ko­lo­rowe plamki, stał pod­nisz­czony eks­pres do kawy. Więk­szą część ścian po­kry­wały wy­tła­czanki po jaj­kach, a na pod­ło­dze roz­ło­żono wy­strzę­pione dy­wa­niki ze szma­tek o przy­pad­ko­wych ko­lo­rach i wzo­rach. Za­sad­ni­czo w pla­nach było też wy­tłu­mie­nie su­fitu, ale że znaj­do­wał się na wy­so­ko­ści nie­ca­łych dwóch me­trów, po­rzu­cono ten po­mysł.

To była sala prób grupy Re­vo­lver. Trudno po­jąć, jak im się udało po­zno­sić to wszystko do piw­nicy. Jesz­cze więk­szą za­gadką było to, ja­kim cu­dem to wszystko wy­tasz­czyli po roz­chy­bo­ta­nych scho­dach przed każ­dym kon­cer­tem. Fakt fak­tem, że tych kon­cer­tów nie mieli znów aż tak wiele, ale wszy­scy w ze­spole zga­dzali się co do tego, że to tylko kwe­stia czasu, za­nim Re­vo­lver się prze­bije i sta­nie się sławny, a wtedy sala prób bę­dzie drob­nostką, która spad­nie na głowę ja­kie­goś me­na­gera. Więc jak na ra­zie ta była wy­star­cza­jąca.

Abel sie­dział za per­ku­sją i cze­kał, Pet­ter zaś kom­bi­no­wał coś przy efek­tach. Był rów­nie świetny w grze na gi­ta­rze, kiedy sprzęt dzia­łał, co upier­dliwy, je­śli cho­dzi o spraw­dza­nie aku­mu­la­to­rów, po­łą­czeń i za­kła­da­nie no­wych strun do za­pa­so­wego in­stru­mentu. Upie­rał się, żeby za­wsze mieć dwie gi­tary go­towe do uży­cia, w ra­zie jakby któ­raś struna pę­kła w po­ło­wie pio­senki. Co było dość mało praw­do­po­do­bne, gdyż wy­mie­niał je przed każdą próbą.

Kurde, musi prze­pusz­czać z ty­siaka mie­sięcz­nie na same struny, po­my­ślał Abel w chwili, gdy Pet­ter dał mu znać, że wszystko go­towe. Po­zo­stali człon­ko­wie ze­społu ze­rwali się z fo­teli, kiedy Abel za­czął wy­stu­ki­wać pa­łecz­kami w po­wie­trzu rytm pierw­szego ka­wałka.

- KRISS­STOF­FORR! TEL­LI­FE­OON!

Cały ze­spół za­ję­czał zgod­nie. Dzia­dek miał nie­sa­mo­wite wy­czu­cie czasu. Ale co zro­bić? To w końcu jego piw­nica. Na szczę­ście był głu­chy jak pień, dzięki czemu nie prze­szka­dzała mu gło­śna mu­zyka. Wręcz prze­ciw­nie, uśmie­chał się z apro­batą, kiedy cza­sem scho­dził na dół, żeby ich po­słu­chać. Szybko się jed­nak na­uczyli, żeby wtedy nie pa­trzeć na niego, bo miał zwy­czaj ki­wa­nia głową do rytmu. Z tym że ni­gdy do tej pio­senki, którą aku­rat grali, i dla­tego ła­two było zgu­bić wła­ściwy rytm, je­śli się za długo pa­trzyło na to hip­no­ty­zu­jące ko­ły­sa­nie głową.

- JUŻ IDĘ, DZIADKU!

Po kilku mi­nu­tach Krisse zbiegł, po­ty­ka­jąc się na scho­dach. Był tak na­krę­cony, że nie dało się zro­zu­mieć, o czym mówi. Nie tylko dla­tego, że scho­dząc, dwa razy rąb­nął ko­la­nem w ba­rierkę, ale też dla­tego, że naj­wy­raź­niej roz­mowa zro­biła na nim wra­że­nie.

- O co cho­dzi? Uspo­kój się.

- Kurwa, nie uwie­rzy­cie. Udało się! Ja­kiś fa­cet, pro­du­cent czy coś, firma na­zywa się Tan Scuba albo ja­koś tak, i on chce się z nami spo­tkać, po­ga­dać o przy­szło­ści i tak da­lej. Kon­ski, czy jak on się tam na­zywa. Kon­trakt na płytę, wy­jazd do Sztok­holmu, spo­tka­nie z ludźmi z branży, kurde, ro­zu­mie­cie, co to zna­czy?! I jesz­cze py­tał, czy mo­gli­by­śmy przyjść do jego biura po po­łu­dniu i po­ga­dać, je­śli mamy czas. Je­śli mamy czas?! Do­ciera to do was?! - Chra­pli­wie ła­pał od­dech, spo­glą­da­jąc na po­zo­sta­łych, któ­rzy sie­dzieli i ga­pili się na niego z roz­dzia­wio­nymi ustami.

Abel jako je­dyny zdo­łał co­kol­wiek wy­krztu­sić:

- Nie­wia­ry­godne.

Biuro Trans Glo­bal Ma­na­ge­ments mie­ściło się na naj­wyż­szym pię­trze wą­skiego otyn­ko­wa­nego na biało bu­dynku na rogu ulic Norra Val­l­ga­tan i Mäster Jo­hans­ga­tan, na sta­rym mie­ście w Malmö. Ele­gancka mie­dziana ta­bliczka przy wej­ściu in­for­mo­wała, że firma dzie­liła nie­ru­cho­mość z sied­mioma in­nymi przed­się­bior­stwami z róż­nych branż: ma­kler­stwa mor­skiego, kon­sul­tingu wil­goci, re­le­asingu nie­ru­cho­mo­ści i z in­nych nie­zna­nych dzie­dzin. Wtło­czyli się do ma­leń­kiej windy i wci­snęli piątkę.

- Co to jest "kon­sul­ting wil­goci"? - za­sta­na­wiał się John, po­pra­wia­jąc fry­zurę w za­mglo­nym lu­strze.

- Może sza­ma­nizm? - Krisse za­śmiał się i od­tań­czył mi­ni­ma­li­styczny ta­niec desz­czu.

- A re­le­asing nie­ru­cho­mo­ści? Elvis Pre­sley się prze­bran­żo­wił i uwal­nia z za­świa­tów bu­dynki od róż­nych ob­cią­żeń praw­nych?

- Ple­ase, re­le­ase me, let me gooo! - za­wyli chó­rem i w tej sa­mej chwili winda się za­trzy­mała z lek­kim szarp­nię­ciem.

Wy­szli na klatkę scho­dową i uj­rzeli ogromne, dwu­skrzy­dłowe szklane drzwi z ma­syw­nymi klam­kami z mo­sią­dzu. Kilka me­trów da­lej do­strze­gli pół­ko­li­stą ladę z ja­kie­goś ciem­nego drewna, dys­kret­nie ozdo­bioną ele­men­tami z su­ro­wego że­laza.

Uff, po­my­ślał Abel. Przy­po­mina mi to inne biuro, tu, w mie­ście.

Za zie­lon­ka­wymi drzwiami, za kon­tu­arem, sie­działa mocno uma­lo­wana ko­bieta około czter­dziestki, a na ścia­nach wi­siały prze­różne gi­gan­tyczne ob­razy przed­sta­wia­jące hi­po­po­tamy we wszyst­kich moż­li­wych i naj­dziw­niej­szych sy­tu­acjach.

- Co to wła­ści­wie za miej­sce? - wy­szep­tał John.

- Nie­ważne. Je­ste­śmy tu. Rów­nie do­brze mo­żemy wejść do środka - stwier­dził Abel i po­cią­gnął za jedną z kla­mek.

Grube szklane drzwi uchy­liły się z ci­chym szme­rem i w tej sa­mej chwili ko­bieta pod­nio­sła wzrok.

- Tak?

- No... mie­li­śmy, yyy, spo­tkać się z kimś, kto się na­zywa Kon­sky - za­czął Krisse.

- Nie je­ste­śmy pewni na­zwi­ska. Kon­ski albo ja­koś po­dob­nie - do­dał Abel. - Je­ste­śmy z Re­vo­lvera.

Ko­bieta unio­sła jedną brew, a po­tem swo­imi nie­praw­do­po­dob­nie czer­wo­nymi pa­znok­ciami wy­stu­kała we­wnętrzny nu­mer te­le­fonu.

- Lupo Kor­hin­sky, jedną chwilę. By­li­ście umó­wieni?

- Oczy­wi­ście, o... - za­czął Krisse.

- Jest za­jęty, na spo­tka­niu. Pro­szę usiąść i za­cze­kać.

- Ach, tak. Świet­nie. Dzię­kuję.

Ro­zej­rzeli się po prze­stron­nym lo­kalu i do­strze­gli w jed­nym rogu śmieszne me­ble z zie­lo­nej skóry. Uznali, że to po­cze­kal­nia. Wszę­dzie były ko­ry­ta­rze i drzwi, ale ani śladu czło­wieka. Je­dyne, co za­głu­szało dys­kretny szum kli­ma­ty­za­cji, to mu­zyczne tło są­czące się z wolna z nie­wi­docz­nego od­twa­rza­cza, o nie­przy­jem­nie sto­no­wa­nej gło­śno­ści. Usie­dli, a Abel za­uwa­żył, że kom­plet wy­po­czyn­kowy był za­mszowy. Na pewno wło­ski. I cho­ler­nie drogi.

John i Krisse ostroż­nie za­jęli miej­sca na brzegu ka­napy, pod­czas gdy Pet­ter pod­szedł pro­sto do sto­ją­cego obok sto­lika ze szkla­nym bla­tem.

- Pa­trz­cie! Be­olink! - syk­nął, bio­rąc do ręki czar­nego pi­lota z co naj­mniej pięć­dzie­się­cioma przy­ci­skami. - To coś ste­ruje ca­łym pie­przo­nym do­mem.

Abel rzu­cił szyb­kie spoj­rze­nie w stronę re­cep­cji, ale ko­bieta nie za­re­ago­wała.

Za­nim się zdą­żył od­wró­cić, po­czuł nie­sa­mo­wi­cie silną falę ude­rze­niową i cof­nął się gwał­tow­nie na fo­tel. Zda­wało się, jakby cały bu­dy­nek za­raz miał eks­plo­do­wać, i do­piero kiedy zo­ba­czył, jak po­zo­stała dwójka wle­pia wzrok w Pet­tera, po­jął, co się stało.

Gi­ta­rzy­sta sie­dział na pod­ło­dze ple­cami oparty o ścianę i jak za­cza­ro­wany wpa­try­wał się w pi­lota, który le­żał przed nim na dy­wa­nie. Z gło­śni­ków grzmiał Burt Ba­cha­rach tak gło­śno, że gro­ziło to roz­sa­dze­niem sprzętu i błon bę­ben­ko­wych.

W tym sa­mym mo­men­cie z im­pe­tem po­otwie­rały się drzwi róż­nych biur, wy­pa­dli z nich ja­cyś lu­dzie i roz­le­gły się krzyki, żeby wy­łą­czyć tę pie­kielną ma­chinę. Re­cep­cjo­nistka mu­siała chyba prze­sko­czyć ladę obu­nóż, bo udało jej się do­paść Pet­tera przed in­nymi, mimo że miała naj­da­lej. Bły­ska­wicz­nym ru­chem dłoni zdu­siła ste­reo. Re­vo­lve­rowi gro­ziły cztery zgło­sze­nia na po­li­cję, dwa po­zwy i obiet­nica la­nia, kiedy ja­kiś nie­wy­soki ciem­no­włosy męż­czy­zna prze­pchnął się przez tłu­mek, sta­nął po­mię­dzy ze­spo­łem a sta­dem wil­ków i pod­niósł ręce.

- Przy­ja­ciele, przy­ja­ciele! - Za­re­cho­tał. - Ten mały wy­pa­dek mo­żemy chyba za­ła­go­dzić bez po­su­wa­nia się do tak nie­przy­jem­nych środ­ków. Ci mło­dzieńcy przy­szli się ze mną spo­tkać. - Wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu i z za­do­wo­le­niem stwier­dził, że jego ko­le­dzy przy­jęli to wy­ja­śnie­nie, choć z pew­nym wa­ha­niem, i za­częli się roz­cho­dzić.

Kiedy po­miesz­cze­nie opu­sto­szało - nie li­cząc ko­biety w re­cep­cji, która naj­wy­raź­niej nie miała za­miaru drugi raz po­peł­nić tego sa­mego błędu i spu­ścić ich z oka, do­póki byli na jej te­ry­to­rium - ni­ski męż­czy­zna od­wró­cił się do człon­ków ze­społu i przyj­rzał im się z apro­batą.

- Cześć, chło­paki! Je­stem Lupo Kor­hin­sky. Mo­że­cie do mnie mó­wić po pro­stu Lupo. A wy to Re­vo­lver, jak mnie­mam. Na­zwa tra­fiona w punkt, ha, ha, ha...

Kiedy Abel za­mknął za sobą drzwi do ga­bi­netu Kor­hin­sky'ego i ze­spół za­siadł na fo­te­lach dla go­ści usta­wio­nych wo­kół gi­gan­tycz­nego owal­nego stołu kon­fe­ren­cyj­nego, ogar­nęło go to samo uczu­cie, co po wyj­ściu z windy. Ten sam splen­dor. Ten sam prze­pych, który wi­dział już tyle razy wcze­śniej.

Ostroż­nie po­ma­cał dło­nią pod krze­słem. Do­kład­nie. Gra­we­ro­wany, wy­raźny wzór. Ko­lek­cja Pa­ra­mo­unt. Krze­sła za po­nad pięć­dzie­siąt ty­sięcy. Ten ja­sny na­rożny po­kój urzą­dzony był wy­łącz­nie eks­klu­zyw­nymi, de­si­gner­skimi me­blami, ze ścian wy­ra­stały be­to­nowe półki, a po­nad sto­łem kon­fe­ren­cyj­nych pysz­niła się ste­ro­wana pi­lo­tem lampa FLOS. Ze swymi pa­ste­lo­wymi pa­skami i skom­pli­ko­wa­nym pod­wie­sze­niem na sta­lo­wych lin­kach przy­po­mi­nała zep­pe­lina. Też dia­bel­nie droga. Także i w tym po­miesz­cze­niu na ścia­nach wi­siały wiel­kie ob­razy z gro­te­sko­wym mo­ty­wem hi­po­po­tama. Ale ni­g­dzie żad­nych pa­pie­rów. Żad­nych se­gre­ga­to­rów na pół­kach, czy ksią­żek. Nic. Tylko hi­po­po­tamy i kosz­towne me­ble. Nie miał na­wet kom­pu­tera. W każ­dym ra­zie nie na biurku, na któ­rym stały tylko dwa te­le­fony. Tro­chę ży­cia wno­sił tu je­dy­nie kra­jo­braz. Ogromne okno ofe­ro­wało fan­ta­styczną pa­no­ramę we­wnętrz­nego portu, wi­dok na ka­nał i bu­dy­nek Bör­shu­set - wa­ni­lio­wo­żółte ciastko na sa­mym środku. Abla prze­szedł lekki dreszcz. Tu jest pies po­grze­bany. Wielki, tłu­sty do­ber­man ze śliną ka­piącą z py­ska. Trzeba być ostroż­nym.

- Aha, no to za­czy­namy. Na­pi­je­cie się kawy, chłopcy? Jedną chwi­leczkę. - Zo­sta­wił ich na mo­ment i na­ci­snął przy­cisk in­ter­komu. Re­cep­cjo­nistka ode­brała na­tych­miast. - Ma­de­le­ine, czy bę­dziesz tak do­bra i za­ła­twisz nam pięć café au lait i ja­kieś ciastka?

- Ciastka się skoń­czyły - od­parła krótko i prze­rwała po­łą­cze­nie.

Kor­hin­sky się za­śmiał.

- It's hard to get de­cent help these days.

Nikt nie prze­ła­mał się na tyle, by sko­men­to­wać. Kiedy ci­sza za­częła sta­wać się nie­zno­śna, Kor­hin­sky usiadł i mó­wił da­lej:

- W każ­dym ra­zie. Pro­wa­dzę mię­dzy­na­ro­dową firmę me­ne­dżer­ską spe­cja­li­zu­jącą się w branży roz­ryw­ko­wej i kul­tu­ral­nej.

Bul­l­shit, po­my­ślał Abel.

- Tej wio­sny za­an­ga­żo­wa­li­śmy się mię­dzy in­nymi w pro­duk­cję MTV w Mo­nako. Może to wi­dzie­li­ście? Mamy rów­nież pod­pi­saną współ­pracę za­równo z Me­ga­Star In­ter­na­tio­nal w Los An­ge­les, jak i Ro­cEu­rope w Pa­ryżu, a obec­nie pra­cu­jemy nad około dzie­się­cioma pro­duk­cjami w Eu­ro­pie. Na przy­kład po raz trzeci spro­wa­dzamy tu Johnny'ego Sca­rina...

- Ja­kiego Johnny'ego? - prze­rwał mu Pet­ter.

- Sca­rina. Nie­sa­mo­wity ma­gik, pełna wi­dow­nia na każ­dym przed­sta­wie­niu w Las Ve­gas. Wielka po­stać w Sta­nach.

- Cza­ro­dziej?

- Coś w tym ro­dzaju. Jak Cop­per­field, no, wie­cie. Spra­wia, że sa­mo­loty zni­kają i ta­kie tam. Poza tym utrzy­mu­jemy kon­takty ze wszyst­kimi wiel­kimi wy­twór­niami w Eu­ro­pie, a ja oso­bi­ście przy­jaź­nię się z wie­loma pro­du­cen­tami, któ­rzy z całą pew­no­ścią zwrócą na was uwagę.

Bul­l­shit od po­czątku do końca, po­my­ślał znów Abel. O co mu cho­dzi?

- Jak pan nas zna­lazł? To zna­czy, skąd miał pan nu­mer te­le­fonu do dziadka Kris­sego?

Kor­hin­sky wstał i się za­śmiał. Pod­szedł do okna, uda­jąc, że po­dzi­wia wi­doki.

- Mam swoje ka­nały. Drob­nych agen­tów sie­dzą­cych w krza­kach i śle­dzą­cych wszystko, co się dzieje w mie­ście. - Wy­szedł na­prze­ciw Ma­de­le­ine, która sta­nęła z tacą w drzwiach. - Dzięki, ser­deńko. No do­brze, mó­wiąc szcze­rze, to od dłuż­szego czasu was ob­ser­wo­wa­łem. Ma­cie szansę się prze­bić na sce­nie mię­dzy­na­ro­do­wej, chło­paki. Ta mu­zyka, ten styl, a naj­waż­niej­sze - ten me­ne­dżer! - Po­sta­wił tacę z kawą na stole i za­re­cho­tał z wła­snego żartu. - Trans Glo­bal i Re­vo­lver to kom­bi­na­cja nie do po­bi­cia. Już otrzy­ma­łem sy­gnały od lu­dzi z Eu­ropy, że ga­tu­nek, jaki gra­cie, to bę­dzie na­stępny hit. Mó­wimy tu o wiel­kich rze­czach, chło­paki. Parę do­brych demo przez zimę, na­gra­nie pierw­szej płyty w marcu, pro­mo­cja na wio­snę - TV, talk­showy, MTV i tak da­lej, a po­tem, je­sie­nią, mocne to­ur­née po Eu­ro­pie. Brzmi sen­sow­nie? - Kor­hin­sky dał im chwilę na wchło­nię­cie in­for­ma­cji o fir­mie, a po­tem zmie­nił kurs. - Swoją drogą, w środę mam uro­dziny. Może ma­cie ochotę wpaść na im­prezę?

3

Główny ma­ga­zyn Waco Im­ports znaj­do­wał się przy Jäm­ka­jen w środ­ko­wym por­cie. W se­zo­nie lo­kale tęt­niły ży­ciem, a kil­ka­na­ście wóz­ków wi­dło­wych krę­ciło się po te­re­nie, roz­wo­żąc pełne pa­lety mię­dzy gi­gan­tycz­nym sys­te­mem pó­łek. Po­nie­waż ma­ga­zyn mie­ścił się mniej niż trzy­dzie­ści me­trów od wody, roz­ła­du­nek przy­bi­ja­ją­cych ło­dzi to­wa­ro­wych od­by­wał się pro­sto z na­brzeża, tym sa­mym oszczę­dza­jąc cenny czas. Główny ma­ga­zyn był su­per­no­wo­cze­sny, wy­po­sa­żony we wszystko, co moż­liwe, w za­kre­sie lo­gi­styki, prze­cho­wy­wa­nia, trans­portu i ko­mu­ni­ka­cji. Ale fak­tem było, że w ostat­nich la­tach tra­ciło się na nim co­raz wię­cej pie­nię­dzy. Wpraw­dzie za­po­trze­bo­wa­nie na de­sko- i łyż­wo­rolki gwał­tow­nie wzro­sło, ale jed­no­cze­śnie kon­ku­ren­cja stała się bez­li­to­sna. Nie tylko ze strony wiel­kich syn­dy­ka­tów do­mów to­wa­ro­wych. Złoty wiek Waco mi­nął kilka lat wcze­śniej, a wła­ści­ciele stop­niowo za­częli zer­kać ku in­nym, bar­dziej lu­kra­tyw­nym ob­sza­rom biz­ne­so­wym. Może prze­ro­bią lo­kale na miej­sca roz­rywki, te­atr, re­stau­ra­cję, bary i klub nocny. Albo sprze­da­dzą atrak­cyjne po­miesz­cze­nia ja­kie­muś start-upowi z branży IT.

W każ­dym ra­zie wszystko było chwi­lowo nie­czynne. Więk­szość pó­łek świe­ciła pust­kami, cię­ża­rówki wy­naj­mo­wano gdzie in­dziej, a lo­kale opu­sto­szały. Pra­wie.

W nowo wy­re­mon­to­wa­nym kan­torku bry­ga­dzi­sty w głę­bo­kim sku­pie­niu nad lap­to­pem sie­dział Dic­kens. Nie­bie­skawa po­świata bi­jąca z mo­ni­tora spra­wiała, że wy­glą­dał jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jąco niż nor­mal­nie, a prze­cież i tak był im­po­nu­jącą górą mię­śni, miał grube rysy twa­rzy i oczy jak u dra­pież­nego ptaka. Gę­ste czarne jak smoła włosy do­peł­niały ob­razu praw­dzi­wego wo­jow­nika. In­dia­nina. Pod­łą­czył się do sieci przez ISDN Waco i w tej chwili był już pra­wie w środku bazy da­nych firmy ad­wo­kac­kiej Eriks­son & He­im­feldt. Jego szorstka skó­rzana kurtka skrzy­piała, kiedy wy­da­wał nowe ko­mendy kom­pu­te­rowi i po paru mi­nu­tach za­mru­czał z za­do­wo­le­niem.

- Za­raz będę.

Z cie­nia za jego ple­cami wy­ło­nił się inny męż­czy­zna. Mimo że znacz­nie szczu­plej­szy, spra­wiał wra­że­nie rów­nie groź­nego co Dic­kens. Było coś w jego wzroku, coś zim­nego i ciem­nego, co ostro kon­tra­sto­wało z białą skó­rzaną kurtką. Na­chy­lił się nad biur­kiem i za­czął czy­tać z ekranu kom­pu­tera. Pro­gra­mik tra­fił na fi­re­wall firmy ad­wo­kac­kiej i cze­kał te­raz na sy­gnał do ataku. Wkrótce oba kom­pu­tery zo­staną po­łą­czone i Dic­kens bę­dzie mógł za­cząć. Po upły­wie do­kład­nie trzech mi­nut, coś za­mru­gało na ekra­nie.

- Sprawdź roz­kład jazdy. I wy­puść Betsy.

- Hej, to ja. Bę­dziesz ju­tro, zga­dza się?

Mi­nęła je­de­na­sta i Abel wła­śnie wró­cił z pralni w su­te­re­nie, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon.

- Sam nie wiem, Pet­ter. Może by wy­pa­dało.

Pet­ter wes­tchnął ciężko w od­po­wie­dzi.

- "Może by wy­pa­dało"? Abel, do dia­bła. Prze­cież wła­śnie o tym cały czas ga­da­li­śmy. Kor­hin­sky zna masę lu­dzi, mo­żemy z tego sko­rzy­stać. Wy­twór­nie mu­zyczne, pro­du­cenci i tak da­lej. O tym co­dzien­nie roz­ma­wia­li­śmy w sali prób! To oczy­wi­ste, że mu­simy tam iść!

- Ja­sne. Tylko... - Abel umilkł.

- Tylko co? Znowu cho­dzi o pie­nią­dze?

- Po pro­stu to wszystko wy­daje mi się tro­chę po­dej­rzane. Skąd się o nas do­wie­dział? My­ślisz, że zaj­rzał do domu kul­tury w Oxie i zo­ba­czył, jak gramy? A może w ja­kiś ta­jem­ni­czy spo­sób po­tknął się o na­sze demo?

Abel opadł na ka­napę i wyj­rzał przez okno. Okno. Co naj­mniej rów­nie wiel­kie jak u Kor­hin­sky'ego. Je­śli się za­sta­no­wić, to cała jego pra­cow­nia urzą­dzona była w tym sa­mym prze­dziale ce­no­wym co ga­bi­net agenta. Z tym, że on wy­rzu­cił już swoje de­si­gner­skie krze­sła Starcka. Nie dało się na nich sie­dzieć.

- Mam to gdzieś - oświad­czył z na­ci­skiem Pet­ter. - Reszta ze­społu też. Nie bądź taki po­dejrz­liwy, wska­kuj w por­tki i przyjdź do mnie, strze­limy so­bie piwko przed wyj­ściem. Swoją drogą, strasz­nie gło­śno pusz­czasz mu­zykę. Czy to jak zwy­kle Tito Ro­dri­guez?

- Pu­ente. Za­cze­kaj se­kundę, ktoś dzwoni do drzwi.

Prze­cho­dząc obok wieży ste­reo, skrę­cił nieco gło­śność i zbiegł po krót­kich schod­kach, prze­ska­ku­jąc po kilka stopni.

Uch... to pew­nie mama przy­szła po­zrzę­dzić, po­my­ślał, sze­roko otwie­ra­jąc drzwi.

Pani de la Croix-Eken­stierna pra­wie do­stała nimi w twarz. Kiedy otrzą­snęła się z szoku, wy­gła­dziła koł­nie­rzyk bluzki i otwo­rzyła usta, żeby roz­po­cząć ty­radę.

Abel był szyb­szy.

- Dzień do­bry, Pani D.

- Dla cie­bie, młody czło­wieku, pani de la Croix-Eken­stierna. A dzień by­naj­mniej nie jest do­bry. Czy w tym domu nie można już za­znać chwili spo­koju? A może ku­pił pan cały bu­dy­nek i wpro­wa­dził lo­ka­tor­ski obo­wią­zek kultu sza­tana?

- My­śla­łem...

- Jak już kil­ka­krot­nie pod­kre­śla­łam, w moim miesz­ka­niu leży chory czło­wiek, a jak pan Eriks­son być może wie, moje miesz­ka­nie znaj­duje się po prze­kąt­nej pod wa­szym. A po­nie­waż pan oczy­wi­ście nie...

- Pani de la......

- ...za­mie­rza tego usza­no­wać, zmu­sza mnie pan do skon­tak­to­wa­nia się z pań­skim oj­cem, aby ukró­cić tę nad wy­raz uciąż­liwą...

- Za chwilę tu na tych scho­dach bę­dzie le­żał chory czło­wiek.

- ...hi­sto­rię. I pro­szę po­tem nie mó­wić, że nie ostrze...

Chyba wy­jąt­kowo tym ra­zem za­re­je­stro­wała ostat­nie słowa Abla, choć z pew­nym opóź­nie­niem. Efekt był dru­zgo­cący. Ko­bieta nie­zde­cy­do­wa­nie po­ki­wała głową, a po­tem, mam­ro­cząc pod no­sem, po­wę­dro­wała z po­wro­tem w dół scho­dów.

- Mi­łego dnia, pani de la K.

Wszedł do miesz­ka­nia i pod­niósł słu­chawkę, jed­no­cze­śnie od­ru­chowo po­gła­śnia­jąc mu­zykę do nor­mal­nego dla niego po­ziomu. W sam raz. Ran Kan Kan, co za fan­ta­styczna pio­senka. Pu­ente jest naj­lep­szy.

- O co cho­dzi? Ja­kaś awan­tura?

- Ech, to tylko są­siadka, ma pro­blemy ze słu­chem.

- Że jak? Głu­cha jest?

- Nie, wręcz prze­ciw­nie. A, w du­pie tam. Pój­dziemy. Nie po­win­ni­śmy ogar­nąć mu ja­kie­goś pre­zentu?

- Pew­nie tak... Ale co na przy­kład? On chyba ma już wszystko.

Może i tak, po­my­ślał Abel. A może na­wet za dużo.

- Wy­myśl coś - do­dał Pet­ter. - Idzie mój szef. Zdzwo­nimy się.

Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie Mi­chael Sta­nic za­koń­czył in­ten­sywny tre­ning szybką se­rią ude­rzeń w głowę cięż­kiego ma­ne­kina wy­peł­nio­nego pia­skiem. Łań­cu­chy za­skrzy­piały lę­kli­wie, kiedy lalka za­ko­ły­sała się z wolna w przód i w tył w bla­dym świe­tle po­łu­dnia. Męż­czy­zna opadł na matę i wy­cią­gnął ręce nad głową. Nie zo­stało mu ani grama siły. Kwas mle­kowy prze­ni­kał mię­śnie ra­mion, a serce zda­wało się bić we­wnątrz czaszki.

Po ja­kiejś mi­nu­cie Mi­chael po­woli uniósł głowę i spoj­rzał na wielki ze­gar ścienny. Ide­al­nie. Zo­stało dwa­dzie­ścia mi­nut. Choć w za­sa­dzie nic go nie go­niło. I tak przez ostatni mie­siąc nie miał nic mą­drego do ro­boty. Męż­czy­zna opu­ścił z po­wro­tem głowę i wes­tchnął ciężko. Za­zwy­czaj lu­bił swoją pracę w wy­dziale kry­mi­nal­nym, ale ostat­nie ty­go­dnie wy­peł­niało mu ślę­cze­nie przy biurku i za­bój­cze dla du­szy spo­tka­nia, i miał już tego ser­decz­nie dość. Tak na­prawę tej je­sieni pro­wa­dził tylko jedno sen­sowne śledz­two, a i tak je­dy­nie w roli wspar­cia dla ko­le­gów z Hel­sing­borgu. Coś musi się wkrótce wy­da­rzyć, w prze­ciw­nym ra­zie rów­nie do­brze mógłby się za­trud­nić w piz­ze­rii.

Wstał z mo­zo­łem i się­gnął po ręcz­nik wi­szący na dra­bin­kach. Słone kro­ple potu za­pie­kły go w oczy i za­ma­rzył o dłu­gim, lo­do­wato zim­nym prysz­nicu.

Gdyby tylko wie­dział, co go czeka, pew­nie już by sie­dział w sa­mo­cho­dzie.

4

Ulica Söder­ga­tan pełna była lu­dzi i Abel z tru­dem prze­ci­skał się przez tłum. Kiedy do­tarł do skrzy­żo­wa­nia ze Sko­ma­ka­re­ga­tan, skrę­cił w stronę Ma­łego Rynku w sa­mym cen­trum, ale za­trzy­mał się przy gru­pie lu­dzi słu­cha­ją­cych ulicz­nej ka­peli. Kiedy prze­ci­snął się tro­chę do przodu, mógł zo­ba­czyć mu­zy­ków. To było to samo trio co zwy­kle, z tym dziw­nym per­ku­si­stą. Fa­cet, który po­dob­nie jak jego kum­ple wy­glą­dał na Ame­ry­ka­nina albo ko­goś po­dob­nego, grał na ku­rio­zal­nym wła­sno­ręcz­nie skle­co­nym dzi­wo­lągu, skła­da­ją­cym się z pu­szek po kon­ser­wach, ron­dli i bla­sza­nych pu­de­łek przy­krę­co­nych do ja­kie­goś za­si­la­cza. Na opuszki pal­ców miał na­ło­żone spe­cjalne na­kładki pod­łą­czone do za­si­la­cza cien­kimi ka­bel­kami. Cała ma­szy­ne­ria pod­pięta była wresz­cie do wzmac­nia­cza, a z ma­łych gło­śnicz­ków do­bie­gały po­ry­wa­jące rytmy per­ku­sji. Naj­dziw­niej­sze, że to brzmiało na­prawdę do­brze.

Cie­kawe, co mu sie­dzi w gło­wie, za­sta­na­wiał się Abel. Jaki był jako dziecko? Młod­sze wy­da­nie pro­fe­sora Bal­ta­zara w tran­sie roz­kła­da­ją­cego tran­zy­story na mi­lion czę­ści, pod­czas gdy ko­le­dzy grali w ko­sza i wal­czyli o miej­sca w szkol­nej dru­ży­nie? Chudy na­sto­la­tek o zie­mi­stej ce­rze, który oku­po­wał salę do bio­lo­gii przez całe week­endy, pró­bu­jąc wy­ho­do­wać mu­chy lu­do­jady za po­mocą in­ży­nie­rii ge­ne­tycz­nej? Dla­czego po pro­stu nie ku­pił so­bie per­ku­sji? Zło­że­nie tego dia­bel­stwa mu­siało mu za­jąć z dzie­sięć lat!

Już miał iść da­lej, kiedy po­czuł czy­jąś dłoń na le­wym ra­mie­niu.

- Abel, przy­ja­cielu! Przy­sze­dłeś po­słu­chać?

Kor­hin­sky. Cho­lera. Że też mu­siał się te­raz na­tknąć wła­śnie na niego.

- Lupo.

Męż­czy­zna od­cią­gnął go na stronę.

- I jak, wpad­nie­cie ju­tro?

- Och. Tak. Oczy­wi­ście.

- Świet­nie! Bę­dzie wy­strza­łowa im­preza z mnó­stwem faj­nych lu­dzi. I spora grupa ta­kich, co mogą, jak to mó­wią, pchnąć cię we wła­ści­wym kie­runku.

Abel zmu­sił się do uśmie­chu. Ty szczu­rze. Kiedy za­mie­rzasz wy­pu­ścić bombę? Kiedy za­mie­rzasz po­wie­dzieć, o co ci tak na­prawdę cho­dzi? Zde­ma­sko­wa­nie cię bę­dzie praw­dziwą przy­jem­no­ścią, po­my­ślał.

- Wspa­niale! Już się na to cie­szymy - po­wie­dział, ki­wa­jąc głową.

Kor­hin­sky uto­ro­wał so­bie drogę przez zgro­ma­dze­nie, wciąż za­ci­ska­jąc palce na ra­mie­niu Abla.

- Chodź. Po­mo­żesz mi.

Ru­szyli w stronę rynku i po chwili skrę­cili w za­ułek pro­wa­dzący do par­kingu przy domu han­dlo­wym ?h­léns.

- No bo wiesz, za­mó­wi­łem furę bą­bel­ków na wie­czór, a ci idioci z mo­no­po­lo­wego nie po­tra­fią za­ła­twić trans­portu, no i mu­szę ja­koś do­star­czyć kar­tony do domu. Sto czter­dzie­ści cztery bu­telki, ro­zu­miesz? Bę­dzie tego parę kilo, ha, ha!

- Sto czter­dzie­ści cztery bu­telki?! Spora im­preza.

- E, czy ja wiem. Tylko dla naj­bliż­szych przy­ja­ciół. I paru zna­jo­mych z branży.

Czarny wy­ła­do­wany pod su­fit skrzyn­kami z szam­pa­nem sa­mo­chód wy­to­czył się na Re­ge­ments­ga­tan, a stam­tąd ru­szył w stronę Hel­la­svägen. Po­nie­waż Kor­hin­sky uparł się wy­prze­dzić wszyst­kie auta, ja­kie przed nimi je­chały, ten krótki od­ci­nek był dla Abla pewną tor­turą. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że trzy­mał na ko­la­nach trzy kar­tony, z któ­rych je­den gro­ził prze­bi­ciem mu płuc przy każ­dym ha­mo­wa­niu.

- Mo­żemy tro­chę zwol­nić? - wy­ję­czał po tym, jak Kor­hin­sky wy­ko­nał sza­lony ma­newr, w któ­rym brały udział dwa au­to­busy i mały, czer­wony ja­poń­ski sa­mo­chód.

- Ha, ha, ha! Chyba się nie stre­su­jesz, chło­pie? Wy­lu­zuj. Pod ma­ską chowa się dwu­na­sto­cy­lin­drowa be­stia o mocy ty­sięcy koni. To cacko stwo­rzone przez sa­mego sza­tana!

- Świet­nie. Po pro­stu nie mam w tej chwili ochoty zo­stać dawcą or­ga­nów.

Kor­hin­sky par­sk­nął gło­śnym śmie­chem.

- Dawcą or­ga­nów! Kurna, to było do­bre! Może po­wi­nie­neś zo­stać ko­mi­kiem, ha, ha!

Daj spo­kój, po­my­ślał Abel. Aż ta­kie śmieszne to nie było.

Zmie­rzali wą­skimi ulicz­kami dziel­nicy Fri­dhem i po paru mi­nu­tach Kor­hin­sky wje­chał na pod­jazd ogrom­nej se­ce­syj­nej willi. Im dłu­żej Abel ob­ser­wo­wał Kor­hin­sky'ego i jego oto­cze­nie, tym więk­szy czuł do niego wstręt. Ile razy trzeba za­pro­sić ilu­zjo­ni­stę z Las Ve­gas, żeby mieć kasę na taką chatę? Albo no­wiu­sień­kie bmw? Bar­dzo in­te­re­su­jące.

Jed­no­cze­śnie nie mógł się po­zbyć wra­że­nia, że to wszystko może dzieje się na­prawdę. Kor­hin­sky może nie był po­dej­rza­nym ty­pem. Może za­słu­żył na szansę. W rze­czy­wi­sto­ści to wcale nie było ta­kie nie do po­my­śle­nia, że Kor­hin­sky to tro­chę śmieszny, ale od­no­szący suk­cesy gracz w branży peł­nej prze­gra­nych i spłu­ka­nych pa­sjo­na­tów. Zda­rzało się już spryt­nym hochsz­ta­ple­rom zbu­do­wać for­tuny, wy­ko­rzy­stu­jąc mniej lub bar­dziej uta­len­to­wa­nych ar­ty­stów. Poza tym inni człon­ko­wie ze­społu ku­pili ten po­mysł. Wszy­scy wie­rzyli w Kor­hin­sky'ego i jego sieć kon­tak­tów, dzięki któ­rej Re­vo­lver zna­la­złby się w świe­tle re­flek­to­rów.

Jak by nie było, Abel nie mógł po­wstrzy­mać uśmie­chu na myśl o ab­sur­dal­no­ści tej sy­tu­acji. Wszystko zda­wało się ide­al­nie wy­re­ży­se­ro­wane. Jakby on sam ma­czał w tym palce.

- Kawy?

Kor­hin­sky wszedł pierw­szy do prze­stron­nej kuchni. Po­środku stała ogromna ku­chenka AGA, taka, która działa za­równo na prąd, gaz, jak i drewno. Znowu kasa, po­my­ślał Abel i prze­cho­dząc obok, prze­cią­gnął dło­nią po przy­ci­skach. Kor­hin­sky na­sta­wił kawę i ge­stem za­pro­sił go­ścia do stołu.

- Usiądź, przy­ja­cielu. Sto­krotne dzięki za po­moc. Sam już roz­ła­duję.

- Nie ma sprawy.

Abel usiadł i od razu zwró­cił uwagę na wy­peł­nioną do po­łowy po­piel­niczkę, która stała na brzegu stołu. Już same stare pety wy­star­czyły, by zro­biło mu się nie­do­brze, ale jego wzrok przy­cią­gnęło coś in­nego. Wśród resz­tek ty­to­niu le­żał zu­żyty kon­dom.

- Mleka? Cu­kru?

- Co? Och, odro­binę mleka, je­śli masz... dzię­kuję.

Po upły­wie kilku mi­nut Kor­hin­sky po­dał kawę i za­siadł na­prze­ciwko Abla. Spoj­rzał na niego, za­pa­lił cy­ga­retkę, za­cią­gnął się głę­boko i uśmiech­nął.

- To bę­dzie do­piero coś, nie?

- Co? Im­preza?

- No, to z pew­no­ścią też, ale mia­łem na my­śli nasz mały pro­jek­cik. Mam silne prze­czu­cie, że zaj­dzie­cie na­prawdę da­leko. To za­szczyt dla nas, w Trans Glo­bal, to­wa­rzy­szyć wam w zdo­by­wa­niu świata.

- Prze­sa­dzasz. Aż tacy do­brzy to nie je­ste­śmy. Ale faj­nie by było na­grać choć jedną płytę.

- Jedną płytę? Zro­bimy co naj­mniej sześć, mój drogi.

- Okej, su­per. Sześć płyt. - Abel wziął łyk kawy i pod­niósł wzrok na ze­gar ku­chenny. Czas się zbie­rać.

- My­śla­łem, że twój brat też jest w ze­spole. Ale on może nie gra na żad­nym in­stru­men­cie? - Kor­hin­sky za­cią­gnął się jesz­cze kilka razy, a po­tem odło­żył cy­ga­retkę na po­piel­niczkę i za­czął grać na wy­ima­gi­no­wa­nej gi­ta­rze.

- Mój brat? Co o nim wiesz?

- Ech, nie­wiele. Sły­sza­łem tylko, że masz brata o imie­niu Kain. Abel i Kain, od­lo­towe imiona. I ja­kiż smaczny ką­sek dla na­szej ba­beczki z PR-u. Ha, ha.

Abel już otwie­rał usta, żeby sko­men­to­wać nie­mą­drą wy­po­wiedź Kor­hin­sky'ego, kiedy po­czuł, że dławi go ja­kiś obrzy­dliwy odór. Zaj­rzał do po­piel­niczki i zo­ba­czył, że to pre­zer­wa­tywa za­częła się tlić. Cienka biała za­słonka dymu unio­sła się z ohyd­nej kupki śmieci i aż mu­siał od­su­nąć krze­sło, żeby zła­pać od­dech. Już miał po­pro­sić Kor­hin­sky'ego, żeby za­koń­czył jego męki, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon. Go­spo­darz, któ­remu naj­wy­raź­niej nie prze­szka­dzał smród pa­lo­nego la­teksu, wstał i po­gwiz­du­jąc, pod­szedł do apa­ratu.

- Halo, tu Lupo... Cześć, ko­cha­nie! Gdzie je­steś? Na lot­ni­sku Ka­strup? Okej. Któ­rym pro­mem przy­pły­niesz? Dzwo­ni­łaś? Cu­dow­nie. Okej. Oczy­wi­ście, przy­jadę po cie­bie. Do zo­ba­cze­nia wie­czo­rem! Ca­łuję!

Abel wstał w chwili, w któ­rej Kor­hin­sky od­kła­dał słu­chawkę.

- Mu­szę le­cieć. Zo­ba­czymy się ju­tro wie­czo­rem.

- Świet­nie. Mamy mnó­stwo do ob­ga­da­nia. I jesz­cze raz dzięki za po­moc, Abel.

- Ech, to nic ta­kiego. - Zwró­cił się w stronę stołu i so­lid­nie już bu­zu­ją­cego ogni­ska. - Swoją drogą, co ty pa­lisz w tych swo­ich "chi­cos"? Ku­bań­ski as­falt?

5

- No do­brze, to te­raz cze­kamy tylko na dys­kietkę. Usiądź­cie, mamy dużo czasu. Prom od­pływa do­piero o wpół do trze­ciej.

Hans Eriks­son ge­stem za­pro­sił go­ści do nie­wiel­kiego stołu kon­fe­ren­cyj­nego i prze­cho­dząc koło drzwi, za­mó­wił u se­kre­tarki trzy kawy. Kan­ce­la­rię ad­wo­kacką Eriks­son & He­im­feldt dzie­liły już tylko dwa dni od ubi­cia naj­więk­szego in­te­resu w pięć­dzie­się­cio­let­niej hi­sto­rii firmy. Wła­ści­wie to można po­wie­dzieć dzie­się­cio­let­niej, po­nie­waż do­piero pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych kan­ce­la­ria wię­cej ener­gii po­świę­ciła biz­ne­sowi niż ad­wo­ka­tu­rze.

Mniej wię­cej wtedy, kiedy umarł Oscar He­im­feldt, po­my­ślał Eriks­son i mi­mo­wol­nie się uśmiech­nął. Cze­kał pra­wie pięt­na­ście lat na ten dzień. Pięt­na­ście lat by­cia gry­zi­piór­kiem. Od­wo­ły­wa­nia się do wy­pa­czo­nego po­czu­cia mo­ral­no­ści i etyki sta­rego. "Do­bro klienta", tak koń­czył każde upo­mnie­nie. Do­bro klienta. To brzmiało jak źle za­cy­to­wane ha­sło wy­bor­cze ja­kie­goś dzie­więt­na­sto­wiecz­nego mo­nar­chy.

Te­raz było ina­czej. Firma mocno się roz­wi­nęła, kon­cen­tru­jąc się wy­łącz­nie na dzia­łal­no­ści biz­ne­so­wej, i obec­nie mie­ściła się w jed­nym z naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nych biu­row­ców w Malmö przy Rynku Głów­nym. Stary, trzeba mu to przy­znać, my­ślał per­spek­ty­wicz­nie i za­in­we­sto­wał swoje pie­nią­dze w parę in­nych lu­kra­tyw­nych dzia­łal­no­ści, a po­nie­waż nie miał ani dzieci, ani żony, Hans wspa­nia­ło­myśl­nie pod­jął się za­rzą­dza­nia rów­nież i tą czę­ścią spadku. Co z tego, że to ani tro­chę nie po­pra­wiło jego i tak zszar­ga­nej opi­nii.

Kie­dyś, przy ja­kiejś oka­zji, po­ja­wiły się gorz­kie opi­nie na te­mat mo­ral­nie wąt­pli­wej de­cy­zji o za­an­ga­żo­wa­niu się w inne branże niż ta je­dyna i naj­lep­sza, i to wy­łącz­nie dla mar­nego zy­sku. Na wspo­mnie­nie śmiesz­nej re­pry­mendy, któ­rej udzie­lił mu wy­słan­nik związku, kiedy przed ośmiu laty ku­pił udziały w ko­lej­nych pię­ciu fir­mach, na twarz wy­pełzł mu szy­der­czy gry­mas. Do­prawdy, mieli na niego oko, i je­śli ten szał za­ku­pów się na­tych­miast nie skoń­czy, to za­mie­rzali po­waż­nie roz­wa­żyć ode­bra­nie Eriks­so­nowi ty­tułu ad­wo­kac­kiego, i niech so­bie pro­wa­dzi swój kon­glo­me­rat jako pro­sty "ma­gi­ster".

Sam Hans Eriks­son już od ja­kie­goś czasu miał na pry­wat­nym kon­cie ośmio­cy­frową kwotę. To się li­czyło.

A te­raz czas uko­ro­no­wać swe dzieło. Po za­war­ciu tej umowy za­mie­rzał po­rząd­nie zwol­nić. Wię­cej golfa, wię­cej czasu na że­glo­wa­nie - i przede wszyst­kim - wię­cej Ge­newy. Na myśl o Be­atrice po­czuł lek­kie ukłu­cie. Od ostat­niego razu mi­nęło po­nad trzy ty­go­dnie. Spo­tka­nie było go­rące i in­ten­sywne, jak zwy­kle. Te dwie noce w Le Ri­che­mond prze­wyż­szały wszystko, czego do­tąd do­świad­czył. Be­atrice. Wkrótce bę­dziesz tylko moja.

Ze snu na ja­wie obu­dziło go dys­kret­nie kaszl­nię­cie za ple­cami. To Jo­han, nowy asy­stent, który po­zy­tyw­nie go za­sko­czył w cza­sie tych sze­ściu prze­pra­co­wa­nych w kan­ce­la­rii mie­sięcy. Młody praw­nik wy­ka­zał nie­by­wałe ta­lenty w za­kre­sie ko­mu­ni­ka­cji da­nych i sa­mo­dziel­nie zbu­do­wał bazę da­nych firmy Eriks­son & He­im­feldt. Na ich in­tra­ne­to­wej stro­nie, oprócz bazy spraw i prze­pi­sów praw­nych, znaj­do­wały się in­for­ma­cje o wszyst­kich klien­tach i ich hi­sto­rii. Strona była oczy­wi­ście pil­nie strze­żona i do­stępna tylko dla za­ufa­nych, któ­rym po­wie­rzono cztery nie­zbędne ha­sła. Stała się nie­od­zow­nym na­rzę­dziem w co­dzien­nej pracy wszyst­kich pra­cow­ni­ków kan­ce­la­rii - nie tylko se­kre­ta­rek i asy­sten­tów w nie­koń­czą­cym się po­szu­ki­wa­niu in­for­ma­cji, ale też sa­mych ad­wo­ka­tów. W pew­nym mo­men­cie na­wet Eriks­son wszedł do bazy, choć tylko po to, żeby zna­leźć nu­mer te­le­fonu do pew­nego baru w Ko­pen­ha­dze.

- Jo­han. Wejdź.

- Tu jest dys­kietka. Roz­miar do­ku­men­tów prze­kra­czał po­jem­ność zwy­kłej, więc za­pi­sa­łem je na tej. To zip. Taka stu­me­ga­baj­towa dys­kietka. Za­dzwo­ni­łem i roz­ma­wia­łem z Ge­newą. Mają zip drive'a, więc nie bę­dzie pro­ble­mów z prze­nie­sie­niem do­ku­men­tów.

- I nikt nie wi­dział, jak to ro­bi­łeś? Nikt nie prze­czy­tał do­ku­mentu?

- Nikt.

- I ska­so­wa­łeś go z twar­dego dysku?

- Tak. By­łem bar­dzo do­kładny. Cho­ciaż... nie do końca ro­zu­miem...

- Do­sko­nale. Dzię­kuję.

Młody praw­nik ski­nął nie­pew­nie głową swo­jemu prze­ło­żo­nemu i jego dwóm go­ściom, a po­tem opu­ścił ga­bi­net. W drzwiach pra­wie zde­rzył się z se­kre­tarką, która nio­sła kawę.

Eriks­son usiadł przy sto­liku i po­dał dys­kietkę jed­nemu z męż­czyzn.

- By­łoby do­brze, że­by­ście do­brze o nią dbali - po­wie­dział z uśmie­chem.

- Ro­zu­miem - od­po­wie­dział męż­czy­zna i scho­wał dys­kietkę do obi­tej alu­mi­nium ak­tówki.

- Nie zwy­kli­śmy za­nie­dby­wać na­szych zle­ceń, pa­nie Eriks­son - do­dał z ka­mienną twa­rzą.

- Do­sko­nale. Ru­szajmy.

Dic­kens sie­dział w au­cie za­par­ko­wa­nym na­prze­ciwko ter­mi­nala w Lim­hamn i cze­kał. Do­cho­dziło już dwa­dzie­ścia po dru­giej, a ich wciąż nie było wi­dać. Smu­kły mło­dzie­niec na tyl­nym sie­dze­niu za­czął się de­ner­wo­wać i bez prze­rwy tar­gał się za ja­skra­wo­czer­woną czu­prynę.

- Prze­stań.

- Ale, kurna, już za­raz wpół do. Może to nie ten prom? - Dic­kens zer­k­nął na niego we wstecz­nym lu­sterku.

- Oczy­wi­ście, że to ten prom. Siedź spo­koj­nie i się przy­mknij.

W tej sa­mej chwili przed ter­mi­nal za­je­chała tak­sówka.

- Te­raz - rzu­cił krótko Dic­kens.

Rudy wy­sko­czył z sa­mo­chodu i po­woli prze­szedł przez ulicę. Kiedy tak­sówka od­je­chała, aku­rat zna­lazł się obok trzech męż­czyzn sto­ją­cych na chod­niku. Z kurtki wy­cią­gnął pałkę te­le­sko­pową, kła­dąc dłoń na ra­mie­niu jed­nego z męż­czyzn. Ten od­wró­cił się, a bły­ska­wiczny cios pałką przez szyję po­wa­lił go nie­przy­tom­nego na zie­mię. Jed­no­cze­śnie drugi z męż­czyzn zro­bił szybki wy­pad, żeby po­wa­lić sza­lo­nego pun­kowca. Nie dość szybki. Rudy od­sko­czył, za­krę­cił się w miej­scu i z im­po­nu­jącą siłą wy­mie­rzył mu kop­niaka w klatkę pier­siową. Po­tęż­nie zbu­do­wany ku­rier za­to­czył się do tyłu i wpadł pra­wie na Hansa Eriks­sona, który z prze­ra­że­niem pa­trzył, jak chudy sza­le­niec bły­ska­wicz­nie po­chyla się nad le­żą­cym. Krótki cios pałką za­koń­czył atak, a kiedy mło­dzik się wy­pro­sto­wał, w ręku trzy­mał ak­tówkę. Z trium­fu­ją­cym uśmie­chem po­ma­chał Eriks­so­nowi przed no­sem. Po­tem prze­biegł przez ulicę i wsko­czył na tylne sie­dze­nie sta­rego kombi, auto ru­szyło z pi­skiem opon i znik­nęło na dro­dze pro­wa­dzą­cej do mia­sta.

Wszystko trwało może mi­nutę, a je­dy­nymi świad­kami ca­łego wy­da­rze­nia była grupka eme­ry­tów, któ­rzy po­spie­szyli do ter­mi­nala, żeby za­wia­do­mić po­li­cję.

Eriks­son był w zbyt głę­bo­kim szoku, żeby co­kol­wiek zro­bić, stał tylko, ga­piąc się na obu nie­przy­tom­nych męż­czyzn.

- O ja pier­dolę... - wy­mam­ro­tał pod no­sem.

Kiedy dwa­dzie­ścia cztery mi­nuty póź­niej po­li­cja do­tarła na miej­sce po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa, Eriks­son zdą­żył już za­mó­wić tak­sówkę do cen­trum mia­sta i wsiąść na ka­ta­ma­ran pły­nący na lot­ni­sko w Ko­pen­ha­dze. W jego czar­nej teczce znaj­do­wały się do­ku­menty, na które cze­kali Ma­xi­mi­lian i Grüner. Za­mó­wił fi­li­żankę kawy oraz drinka i roz­siadł się wy­god­nie w prze­dziale bu­si­ness class. Jedna noc w ho­telu, a po­tem po­ranny lot do Ge­newy. Wspa­niale. Be­dzie na­wet tro­chę czasu na za­kupy, po­my­ślał z uśmie­chem.

W tym aku­rat mo­men­cie ze­spół Re­vo­lver nie przy­po­mi­nał gwiazd rocka. To, co roz­gry­wało się przed ich oczami, było tak nie­praw­do­po­do­bne i sur­re­ali­styczne, że Abel przez chwilę miał wra­że­nie, jakby się zna­lazł w ja­kimś dziw­nym śnie. Prze­stronny ja­sny po­kój pe­łen był dzi­wacz­nych lu­dzi. Wo­kół baru, wiel­kiego jak w re­stau­ra­cji, tło­czyli się go­ście, któ­rzy zda­wali się sku­piać w wiel­kie grupy. Wszy­scy trzy­mali w rę­kach kie­liszki i prze­ry­wali pi­cie tylko po to, by za­czerp­nąć po­wie­trza i wy­du­sić z sie­bie sztucz­nie brzmiący śmiech. Po­środku stało inne to­wa­rzy­stwo, na­boż­nie wsłu­chane w słowa pięć­dzie­się­cio­latka o rzad­kich wło­sach, wy­gła­sza­ją­cego ja­kąś mowę po an­giel­sku. Dwie mocno nie­trzeźwe ko­biety w ta­kich sa­mych su­kien­kach ze wszyst­kich sił sta­rały się spra­wiać wra­że­nie, jakby ro­zu­miały, o co cho­dzi, mimo że naj­wy­raź­niej zu­peł­nie co in­nego cho­dziło im po gło­wie. Jedna z nich stała tak bli­sko męż­czy­zny, że z tru­dem uda­wało jej się pod­nieść kie­li­szek do ust, nie wy­le­wa­jąc na niego za­war­to­ści.

Człon­ko­wie ze­społu wci­snęli się parę me­trów w głąb po­koju i za­trzy­mali przy gi­gan­tycz­nej mie­dzia­nej ba­lii peł­nej bu­te­lek szam­pana za­nu­rzo­nych w kru­szo­nym lo­dzie.

- Sto czter­dzie­ści cztery, tak mó­wi­łeś? - Pet­ter wy­cią­gnął jedną z bu­te­lek i przyj­rzał się ety­kie­cie.

- Dwa­na­ście pro­cent, w sam raz.

Abel otwo­rzył usta i już miał sko­men­to­wać po­wód, dla któ­rego czło­wiek wy­biera Bol­lin­ger La Grand An­née Brut 1990 za­miast cze­goś in­nego, co też ma dwa­na­ście pro­cent, kiedy Kor­hin­sky ode­rwał się od stada lu­dzi i pod­szedł do nich z otwar­tymi ra­mio­nami. Miał na so­bie fio­le­towy ak­sa­mitny gar­ni­tur, białą ko­szulę i ja­skra­wo­zie­lony je­dwabny kra­wat, a jego czarne włosy ukła­dały się na czole w wil­gotne pa­sma. Przy­po­mi­nał pol­skiego dy­rek­tora cyrku.

- Och! Wspa­niale! Do­tar­li­ście! Pa­nie i pa­no­wie, chciał­bym przed­sta­wić - moje dzieci!

Pod­szedł pro­sto do nich i po­ca­ło­wał Pet­tera w usta. Kro­pelki potu na gór­nej war­dze i błysz­czące oczy Kor­hin­sky'ego wzmo­gły jesz­cze bar­dziej po­czu­cie, że da­wali się wcią­gnąć w coś, czego nie chcieli. Pet­ter cof­nął się z taką miną, jakby za­raz miał zwy­mio­to­wać.

Kor­hin­sky ob­jął Johna ra­mie­niem i za­go­nił resztę w stronę baru. W domu było z pew­no­ścią z pięć­dzie­siąt osób, a z ogrodu do­cie­rały śmie­chy i po­ry­ki­wa­nia, które świad­czyły o ko­lej­nej, jesz­cze więk­szej gro­ma­dzie go­ści.

- John Be­recq. Fan­ta­styczne na­zwi­sko. Po­cho­dzisz może gdzieś ze wschod­niej Eu­ropy? Bo­śni czy tam tej Ma­ca­do­nii? Nie­cie­kawa hi­sto­ria z tą wojną tam i w ogóle, co nie? Tam to, za czorta, nie po­je­dziemy z trasą kon­cer­tową, ha, ha, ha!

Mu­zyka przy ba­rze była tak gło­śna, że Kor­hin­sky czuł się zmu­szony krzy­czeć Joh­nowi pro­sto do ucha. W świe­tle re­flek­to­rów nad ba­rem drobne roz­bry­zgi jego śliny przy­wo­dziły na myśl ataki plu­ją­cej ko­bry.

- Ka­nada.

- Co? - Kor­hin­sky już zdą­żył ob­ró­cić się w stronę Abla na ko­lejną po­ga­wędkę bez sensu, kiedy John mu od­po­wie­dział:

- Mój tata po­cho­dzi z Ka­nady. Z Qu­ebecu. Fran­cu­skiej czę­ści, wiesz.

- Aha... no tak, tak. Miło. Ka­nada jest piękna. Cho­ler­nie bli­sko Sta­nów, wiesz!

Mó­wiąc to, zni­żył głos i zmru­żył oczy, jakby zdra­dzał im wielką ta­jem­nicę biz­ne­sową. Przy­wo­łał męż­czy­znę sto­ją­cego za ba­rem i za­mó­wił szam­pana dla wszyst­kich, a po­tem znów zwró­cił się w stronę Abla.

- Zo­rien­to­wa­łem się, że znam two­jego sta­ruszka! - Ro­ze­śmiał się, uba­wiony dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści, i po­dał Ablowi kie­li­szek.

- Na­prawdę?

- Ja­sne. On też prze­cież robi in­te­resy za gra­nicą. Choć nie do końca w tej sa­mej branży, co? Ha, ha, ha.

Abel są­czył drinka, cze­ka­jąc na na­stępny ruch.

- Po­zna­łem go w Mo­nako na wiel­kiej im­pre­zie cha­ry­ta­tyw­nej. No wiesz, w związku z tą pro­duk­cją MTV, którą ogar­nia­li­śmy.

- Ach, tak. Mo­nako. Ram­po­ldi's czy Le Péri­go­rin? Le Lo­uis XV?

- Yyy... co?

- Gdzie się spo­tka­li­ście? W ja­kiejś re­stau­ra­cji? A może w ka­sy­nie?

Abel roz­ko­szo­wał się, ob­ser­wu­jąc za­kło­po­ta­nie Kor­hin­sky'ego. Da­lej drą­żył z sa­tys­fak­cją:

- A może w pa­łacu?

Dy­rek­tor cyrku wy­cią­gnął chu­s­teczkę z kie­szonki na piersi i osu­szył nią skórę wo­kół ust. Kiedy znów się ode­zwał, ton miał bar­dzo po­ważny:

- Ablu, przy­ja­cielu. Już od­ga­dłeś, co tu się roz­grywa, prawda?

- Co masz na my­śli? Co się roz­grywa? Twoja czter­dziestka i przy oka­zji pod­pi­sy­wa­nie kon­traktu. Co nie?

- Mój ga­bi­net mie­ści się na dru­gim pię­trze. Dru­gie drzwi na lewo, za bi­blio­teką. Spo­tkajmy się tam do­kład­nie za go­dzinę.

- Z ca­łym ze­spo­łem?

- Tylko ty, Ablu. Chcę z tobą o czymś po­roz­ma­wiać. Cho­dzi o pewną... pro­po­zy­cję biz­ne­sową. - Wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu i po­ka­zał ge­stem, że cho­dzi o kasę.

- Brzmi in­te­re­su­jąco. Ale skąd ta ta­jem­ni­czość?

Kor­hin­sky spo­waż­niał w jed­nej chwili.

- Ro­zu­miem, że nie do końca je­ste­ście... naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi w tym ze­spole. A więc moja pro­po­zy­cja z pew­no­ścią cię za­cie­kawi, Ablu. Za go­dzinę. - Kor­hin­sky ro­ze­śmiał się gło­śno z wy­ima­gi­no­wa­nego żartu, uści­snął chło­paka i znik­nął w tłu­mie.

Kiedy się od­da­lił, pod­szedł Pet­ter.

- O czym ga­da­li­ście? Wy­glą­dało na coś waż­nego.

- Ech, on... py­tał tylko, czy mamy ko­goś, kto chciałby prze­czy­tać kon­trakt, za­nim go pod­pi­szemy. Ja­kie­goś ad­wo­kata czy ko­goś ta­kiego.

- Wow! To pa­piery są już go­towe? Szybka ak­cja, nie ma co!

- Mmm. Co prawda to prawda.

Pet­ter za­czął roz­glą­dać się za dam­skim to­wa­rzy­stwem i zda­wało się, że jego spoj­rze­nie przy­cią­gnęła opa­lona ko­bieta w czar­nym ko­stiu­mie bez rę­ka­wów z wę­żo­wej skóry. Stała, ko­ły­sząc się, lekko wpa­trzona w ob­raz wi­szący obok baru, Abel nie miał pew­no­ści, czy po­chło­nął ją mo­tyw, czy po pro­stu była pi­jana. Są­dząc po roz­mia­rze jej kie­liszka, sta­wiał ra­czej na to dru­gie. Od­wró­ciła się i do­strze­gła Pet­tera, który na­tych­miast wy­szcze­rzył się w uśmie­chu. Ko­bieta od­wza­jem­niła uśmiech, uka­zu­jąc gar­ni­tur kre­do­wo­bia­łych zę­bów z czer­wo­nym ran­tem od szminki. Pet­ter spło­nął ru­mień­cem i pu­ścił oko do ko­le­gów z ze­społu. John i Krisse utknęli przy ja­kichś wy­stro­jo­nych ty­pach w po­wy­cią­ga­nych ko­szu­lach i za du­żych ma­ry­nar­kach. Naj­wy­raź­niej in­te­re­so­wali się mu­zyką i Kris­semu usta się nie za­my­kały na te­mat prze­wagi gi­tar Fen­der oraz wzmac­nia­czy lam­po­wych nad cy­fro­wymi pu­dłami z pla­stiku i pro­gra­mami sam­plu­ją­cymi.

Pet­ter ze­brał się na od­wagę i te­raz stał tuż przy swo­jej wy­brance, która z za­chwy­tem re­cho­tała z jego dow­ci­pów. Pewną ręką trzy­mała go za ty­łek i po­woli pchała w kie­runku wyj­ścia do ogrodu. Nie mieli da­leko, ale udało jej się po dro­dze prze­wró­cić dwa kie­liszki z wi­nem ba­lan­su­jące na roz­kle­ko­ta­nym sto­liku. W efek­cie za­lała buty szczu­płego męż­czy­zny w ty­pie księ­go­wego. Ten do­stał pra­wie za­wału, kiedy się oka­zało, że odłamki szkła za­dra­pały też la­kier na obu­wiu. Za­czął go­rącz­kowo po­le­ro­wać buty czer­woną pa­pie­rową ser­we­tką, a wtedy ko­bieta po­chy­liła się i cmok­nęła go gło­śno w ły­sinę. Pet­ter nie mógł prze­stać się śmiać, ale cią­gnął ją da­lej, na świeże po­wie­trze.

Abel prze­mę­czył się go­dzinę w od­móż­dża­ją­cym gwa­rze, a po­tem uto­ro­wał so­bie drogę w głąb domu. Oka­załe schody przy­wo­dziły na myśl stary film z lat czter­dzie­stych. Wiel­kie, sze­ro­kie, z rzeź­bio­nymi ba­lu­stra­dami. Chło­pak wszedł na górę i skrę­cił w lewo. Rów­nie do­brze mógł mieć to już za sobą. I tak dzieci z tego nie bę­dzie. Przy­naj­mniej je­śli o niego cho­dzi.

Tra­fił do praw­dzi­wie kla­sycz­nej, sta­rej bi­blio­teki z cięż­kimi skó­rza­nymi fo­te­lami i umo­co­wa­nymi do ścian pół­kami z ciem­nego drewna. Przy dal­szej z dłuż­szych ścian pysz­nił się im­po­nu­ją­cych roz­mia­rów ko­mi­nek. A więc to tu trzy­mał swoje książki. Ani jed­nej w pracy, ale za to setki w domu. Cie­kawe, czy cza­sami siada tu i czyta. Nie wy­gląda na ta­kiego, po­my­ślał Abel z uśmie­chem i ru­szył da­lej. Ostroż­nie za­pu­kał w dru­gie, uchy­lone, drzwi.

- Halo! Lupo?

Nie było od­po­wie­dzi, więc pchnął je lekko. Ni­kogo. Może utknął na par­te­rze. Dźwięki do­cho­dzące z dołu osią­gnęły już nie­praw­do­po­dob­nie wy­soki po­ziom i trudno było co­kol­wiek roz­róż­nić w tym ryku. Abel za­wo­łał znowu i nie­pew­nie wszedł do po­koju. Wi­dok, jaki tam za­stał, pra­wie ode­brał mu dech. Po­miesz­cze­nie było za­sad­ni­czo cał­ko­wi­cie białe, nie li­cząc gi­gan­tycz­nego ob­razu przed­sta­wia­ją­cego ko­lej­nego hi­po­po­tama. Białe me­ble, ściany też białe, po­dob­nie jak wszyst­kie dy­wany. Pra­wie wszyst­kie. Na środku, na pod­ło­dze, za­le­d­wie kilka me­trów przed Ablem le­żał Kor­hin­sky, cał­kiem nagi. Krew roz­le­wała się wo­kół niego ciem­nymi pla­mami na gruby dy­wan. Ale nie to było naj­gor­sze.

Z jego twa­rzy ster­czała wbita głę­boko bu­telka po szam­pa­nie. Zęby żu­chwy lśniły na tle zie­lo­nego szkła, two­rząc gro­te­skowy uśmiech, który koń­czył się aż na oczach, na brzegu bla­do­sza­rej rany. Abel cof­nął się o kilka kro­ków i po­tknął o krze­sło. Upa­da­jąc, po­cią­gnął za sobą co­kół z ciężką rzeźbą z brązu, która grzmot­nęła o pod­łogę z głu­chym ło­sko­tem. Po­czuł na­ra­sta­jące pa­nikę i mdło­ści i na mięk­kich no­gach wy­padł z po­koju.

Pię­cioma su­sami zna­lazł się z po­wro­tem na dole i prze­ci­snął się do drzwi wy­cho­dzą­cych na ogród. Pet­tera ni­g­dzie nie było wi­dać. Ani po­zo­sta­łych. Wy­szedł na ze­wnątrz i prze­biegł obok ba­senu do nie­wiel­kiej ozdob­nej al­tany na końcu ogrodu. Na pod­ło­dze Pet­ter ob­ści­ski­wał swoją nową ko­chankę, która na wi­dok Abla wy­dała z sie­bie krótki wrzask.

- Och! Prze­pra­szam! Pet­ter, chodź, i to, kurwa, szybko. Mu­simy spa­dać. On nie żyje. Ktoś go za­mor­do­wał!

- Co? Ale kogo? O czym ty bre­dzisz? - Pu­ścił pierś ko­biety, wstał nie­zdar­nie i pod­cią­gnął spodnie.

- Kor­hin­sky! Ktoś go za­bił w jego ga­bi­ne­cie!

Wy­cią­gnął ze sobą Pet­tera do ogrodu, a po­tem prze­cze­sał wzro­kiem tłum w po­szu­ki­wa­niu Johna i Kris­sego. Ko­bieta, na wpół naga, usia­dła i ze zdzi­wie­niem pa­trzyła na swo­jego od­da­la­ją­cego się ko­chanka. Była tak pi­jana, że na­wet nie do­tarło do niej, co się stało. A tym bar­dziej, co po­wie­dział Abel.

- Mu­simy stąd znik­nąć, za­nim przy­jadą gliny! Gdzie jest reszta?

Do Pet­tera za­czy­nało do­cie­rać, że Abel mó­wił po­waż­nie. Wy­trzeź­wiał w se­kundę. Na­chy­lił się, by na­brać odro­binę wody z ba­senu i opłu­kać twarz.

- Już się stąd zmyli. Mieli dość tego ga­da­nia. - Wstał z mo­zo­łem i prze­cią­gnął dłońmi po mo­krych wło­sach. - Co ci się ubz­du­rało? Kor­hin­sky nie żyje?

- Jak dia­bli. Chodź.

- Stój, na chwilę. A nie le­piej za­cze­kać na po­li­cję? Może będą chcieli za­dać py­ta­nia i... A w du­pie to mam. Idę.

Ru­szyli wzdłuż ulicy Grönv?ngs­ga­tan przez modne wil­lowe osie­dle, mi­nęli ko­ściół nie­miecki i po­bie­gli da­lej, w stronę Erik­slu­stvägen. Ża­den się nie ode­zwał, do­póki nie zna­leźli się w dziel­nicy Slot­ts­sta­den.

- Je­steś pewny? - za­py­tał Pet­ter, kiedy w końcu zwol­nili i te­raz szli mię­dzy wie­żow­cami w stronę parku.

- W ży­ciu nie wi­dzia­łem cze­goś tak kosz­mar­nego. Krew na ca­łej pod­ło­dze. A on po pro­stu tam le­żał, cały goły, zimny trup. Ktoś mu... - Abel prze­łknął ślinę i za­czął jesz­cze raz. - Ktoś mu wbił w łeb roz­bitą bu­telkę od szam­pana. Pro­sto w twarz... W ży­ciu nie wi­dzia­łem cze­goś tak kosz­mar­nego - po­wtó­rzył.

Pet­ter za­trzy­mał się, wle­pia­jąc w niego wzrok.

- Chcesz po­wie­dzieć, że ktoś go za­mor­do­wał w tym tłu­mie go­ści? I nikt ni­czego nie za­uwa­żył? Nikt nie za­dzwo­nił po po­li­cję?

- Nie wiem. Zwia­łem stam­tąd od razu.

Przez długą chwilę szli w mil­cze­niu. Kiedy prze­mie­rzyli park Rön­ne­holm i po­now­nie zna­leźli się w świe­tle la­tarni, Pet­ter znów przy­sta­nął.

- Ale... Co ro­bi­łeś w jego ga­bi­ne­cie? To zna­czy, skąd mo­głeś wie­dzieć, że tam bę­dzie?

- Umó­wi­łem się z nim na spo­tka­nie. Chciał mi coś po­ka­zać. Nie wiem co.

- Umó­wi­łeś się na spo­tka­nie?

- No, wiesz. Wtedy, jak ga­dał ze mną przy ba­rze.

- Po­wie­dzia­łeś, że cho­dziło o ja­kichś tam ad­wo­ka­tów czy coś.

Abel pod­niósł wzrok na la­tar­nię. Wes­tchnął głę­boko.

- Wiem. Nie chcia­łem kła­mać. Cho­dziło tylko o to, że Kor­hin­sky pro­sił, że­bym przy­szedł sam. Nie py­taj dla­czego. Po­wie­dział tylko, że ma mi do po­ka­za­nia coś in­te­re­su­ją­cego. - Abel prze­rwał. - Coś, co do­ty­czyło mo­jego ojca.

Pet­ter usiadł na jed­nej z par­ko­wych ła­wek, ale nie spusz­czał oczu ze swo­jego przy­ja­ciela.

- Ale że co? Bo jest ad­wo­ka­tem? Znają się? - Abel po­krę­cił głową. - O co cho­dzi, Abel?

- Nie wiem. Słowo, Pet­ter. Nic nie poj­muję. Oj­ciec za­zwy­czaj ob­raca się w in­nych krę­gach niż Lupo Kor­hin­sky. W każ­dym ra­zie o ile wiem. Bo w su­mie nie bar­dzo się też in­te­re­suje tym, czym ja się zaj­muję.

Pet­ter pod­niósł się i spoj­rzał na świa­tła w cen­trum mia­sta.

- Kurna, nie wiem, Abel. To jest... kosz­marne i... i dziwne. Co te­raz zro­bimy?

- Nie wiem. Chcę tylko zna­leźć się już w domu i spać.

Szli da­lej przez osie­dle. Kiedy do­tarli do wiel­kiego skrzy­żo­wa­nia przy cen­trum han­dlo­wym Kron­prin­sen, za­trzy­mali tak­sówkę i wsko­czyli na tylne sie­dze­nie.

- Park Ma­gi­stracki. Może się pan za­trzy­mać przy Rön­ne­holm­svägen.

Długą chwilę je­chali w mil­cze­niu, przy­glą­da­jąc się sza­rym do­mom i par­kowi, które mi­gały im wzdłuż głów­nej ar­te­rii. Na rogu, przy szkole imie­nia Świę­tego Pe­triego, za­trzy­mali się i prze­pu­ścili stado pod­rost­ków idą­cych chwiej­nym kro­kiem środ­kiem ulicy.

- Nie­złe gówno, nie? Pi­jani jak de­bile! - Kie­rowca tak­sówki za­koń­czył zda­nie w ja­kimś arab­skim ję­zyku, za­trą­bił prze­cią­gle i w końcu udało mu się wy­ko­nać skręt w prawo na ulicę Fer­sena.

Parę mi­nut póź­niej Abel biegł truch­tem przez nie­duży park przy te­atrze miej­skim w stronę domu. Mu­siał wy­ko­nać ważny te­le­fon.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki