Rozdział 2
East Hall był to ciężki, jednopiętrowy budynek o białych murach, który dziwnie nie pasował do tego rozległego pejzażu. Jego raczej odpychający wygląd łączył się w pewien sposób z wysoko umieszczonymi okienkami o szczelnie zapuszczonych żaluzjach. Albo z panującym powszechnie przekonaniem, że to rodzaj więzienia, które ma uważać, że nim nie jest. Spiczaste krzewy pyracantha obrzeżające trawnik przed budynkiem robiły wrażenie raczej ogrodzenia niż ozdoby. Trawa wydawała się przygnębiona, nawet w czasie deszczu.
Podobnie wyglądali chłopcy rzędem wchodzący przez drzwi frontowe, w chwili kiedy nadszedłem. Chłopcy w różnym wieku, od dwunastu do dwudziestu lat, chłopcy różnej budowy i wzrostu, z jedną tylko wspólną cechą: wszyscy maszerowali jak niedobitki armii. Przypominali mi tych młodziutkich żołnierzy, których wzięliśmy do niewoli nad Renem w ostatnich dniach drugiej wojny.
Dwaj uczniowie utrzymywali pewien porządek w szeregu. Wszedłem za nimi do obszernej sali, której umeblowanie wykazywało ślady zniszczenia. Dwaj nadzorujący uczniowie poszli prosto do stołu pingpongowego w rogu, chwycili rakietki i natychmiast przystąpili do gry piłeczką, którą jeden z nich wyjął z kieszeni wiatrówki. Sześciu czy siedmiu chłopców zaczęło im się przyglądać. Czterech czy pięciu zasiadło czytać komiksy. Większość pozostałych stała bezczynnie dokoła, obserwując moją osobę.
Młodzieniec z obrośniętą twarzą, który powinien zacząć się już golić, podszedł do mnie z uśmiechem. Uśmiech był żywy, ale pierzchł w mgnieniu oka, jak złudzenie optyczne. Stanął tak blisko, że niemal otarł się o mnie ramieniem. Czasem psy się tak ocierają, żeby okazać swoją przyjaźń.
- Pan jest nowym nadzorcą?
- Nie. Myślałem, że pan Patch ma nad wami nadzór.
- Nie na długo.
Kilku młodszych chłopców zachichotało. Włochaty młodzian odpowiedział jak aktor, którego oklaskano:
- To jest oddział furiatów. Nikt tu długo nie wytrzymuje.
- Nie wydaje mi się taki groźny. Gdzie jest pan Patch?
- Po drugiej stronie w stołówce. Za chwilę tu będzie. Potem mamy rozrywki zorganizowane.
- Jak na swój wiek to jesteś dość cyniczny. Ile masz lat?
- Dziewięćdziesiąt dziewięć. - Jego audytorium wydało zachęcające pomruki. - Pan Patch ma dopiero czterdzieści dziewięć. Trudno mu występować w roli mego ojca.
- Może mógłbym porozmawiać z panią Mallow.
- Jest w swoim pokoju i pije obiad. Pani Mallow zawsze tylko pije posiłki. - Wesoła złośliwość w jego oczach zaprawiona była goryczą. - Czy pan jest ojcem?
- Nie.
W głębi sali rozlegał się odgłos piłeczki pingpongowej, niby obojętna rozmowa.
Jeden z przysłuchujących się chłopców przemówił:
- On nie jest ojcem.
- Może jest matką? - rzekł owłosiony chłopiec. - Pan jest matką?
- Nie wygląda na matkę. Nie ma biustu.
- Moja matka nie ma biustu - rzekł trzeci chłopiec. - Dlatego czuję się wyalienowany.
- Przestańcie, chłopcy! - Najgorsze było, że oni pragnęli, żebym był ojcem, a nawet matką jednego z nich, i pragnienie to wyrażało się w ich oczach. - Nie chcecie chyba, żebym i ja czuł się wyalienowany, prawda?
Nikt nie odpowiedział. Włochaty chłopak uśmiechnął się do mnie. Trwało to jednak dłużej niż pierwszy uśmiech.
- Jak pan się nazywa? Ja jestem Frederick Tyndal Trzeci.
- A ja Lew Archer Pierwszy.
Odciągnąłem go od jego audytorium. Wyrwał mi się, ale poszedł za mną i usiadł obok na sponiewieranym, obitym skórą tapczanie. Któryś z młodszych chłopców nastawił zdartą płytę na gramofonie. Dwaj inni zaczęli z sobą tańczyć w takt piosenki śpiewanej ochrypłym głosem, jakby parodiowanej.
- Fred, znałeś Toma Hillmana?
- Trochę. Pan jest jego ojcem?
- Nie. Powiedziałem, że nie jestem niczyim ojcem.
- Dorośli niekoniecznie mówią prawdę. - Wyrywał sobie włoski na brodzie, jakby złościły go te oznaki dorastania. - Mój ojciec powiedział, że mnie wysyła do szkoły wojskowej. Jest grubą rybą w rządzie stanu - dodał obojętnie, bez akcentu dumy, a potem innym tonem: - Tom Hillman też nie mógł dojść do ładu ze swoim ojcem. Więc kolej przyniosła go tutaj. Jednotorowa Kolej do Czarodziejskiego Królestwa. - Wyszczerzył zęby w dzikim, ekstatycznym i beznadziejnym grymasie.
- Czy Tom mówił ci coś o tym?
- Trochę. Niedługo tu był. Pięć dni. Sześć. Przyjechał w niedzielę wieczorem i dał nogę w sobotę wieczorem. - Wiercił się niespokojnie na pękającej skórze. - Pan jest gliniarzem?
- Nie.
- Właśnie byłem ciekaw. Bo zadaje pan takie pytania jak glina.
- Czy Tom zrobił coś, co mogłoby interesować gliny?
- Wszyscy coś takiego robimy, czy nie? - Jego gorące i chłodne na przemian spojrzenie obiegło salę i zatrzymało się na rozpaczliwie dziwacznych wyczynach tańczących chłopców. - Do East Hall kwalifikuje się tylko młodocianych przestępców. Ja sam byłem występnym organizatorem machlojki. Podrobiłem nazwisko jakiegoś dygnitarza na czeku na pięćdziesiąt dolarów i pojechałem na weekend do San Francisco.
- A co zrobił Tom?
- Ukradł samochód, zdaje się. To było jego pierwsze przestępstwo, mówił, i łatwo dostałby zawieszenie. Ale jego ojciec nie chciał rozgłosu, dlatego wpakował go tutaj. Przypuszczam, że doszło do starcia między nim a ojcem.
- Rozumiem.
- Dlaczego pan się tak przyczepił do Toma?
- Mam go odnaleźć, Fred.
- I sprowadzi go pan z powrotem tutaj?
- Wątpię, czy go przyjmą.
- Szczęściarz z niego. - Mniej czy bardziej nieświadomie znów się do mnie przysunął. Czułem zapach jego zaniedbanych włosów i ciała, a także jego smutek. - Sam bym stąd prysnął, gdybym miał się gdzie podziać. Ale Gruba Ryba zawróciłaby mnie do tej przystani dla zbłąkanej młodzieży. Zresztą w ten sposób może zaoszczędzić forsy.
- A Tom miał się gdzie podziać?
Gwałtownie zadarł głowę i spojrzał mi w oczy z ukosa.
- Tego nie powiedziałem.
- Pytam się o to.
- Nie powiedziałby mi, gdyby miał.
- Z kim w szkole trzymał się najbliżej.
- Z nikim się nie trzymał. Był taki wzburzony, kiedy tu przyjechał, że go umieścili samego, w osobnym pokoju. Wszedłem tam któregoś wieczora i zagadałem do niego, ale niewiele mi powiedział.
- Nie mówił, dokąd zamierza się udać?
- Nic nie zamierzał. Próbował zorganizować bunt w sobotę wieczorem, ale reszta nas stchórzyła. No więc spłynął. Wydawał się bardzo rozdrażniony.
- Miał jakieś zaburzenia psychiczne?
- Czy każdy z nas ich nie ma? - stuknął się w skroń i zrobił minę idioty. - Powinien pan zobaczyć mój test.
- Innym razem.
- Zapraszam pana.
- To ważna sprawa, Fred. Tom jest bardzo młody i rozdrażniony, jak sam powiedziałeś. Nie ma go już od dwóch dni i mógł się wpakować w porządną kabałę.
- Gorszą niż ta?
- Wiesz dobrze, bo inaczej sam byś był po drugiej stronie płotu. Czy Tom wspomniał coś, dokąd się wybiera?
Chłopiec nie odpowiedział.
- Przypuszczam więc, że coś ci mówił.
- Nie. - Ale unikał mego spojrzenia.
Pan Patch wszedł do sali i zmieniła się beztroska atmosfera. Tańczący chłopcy udawali, że się mocują, komiksy znikły jak pliki skradzionych banknotów. Grający w ping-ponga odrzucili piłeczkę.
Patch był mężczyzną w średnim wieku, o przerzedzonych włosach i byczym karku. Dwurzędowa brunatna marynarka ciasno opinała jego korpulentny tors. Przez twarz przebiegała fałda szyderczego i władczego grymasu, który nie pasował do zmysłowych małych ust. Kiedy rozglądał się po sali, zauważyłem przekrwione białka jego oczu.
Wielkimi krokami podszedł do adaptera i wyłączył go.
- Pora obiadowa nie jest porą na muzykę, chłopcy - rozległ się jego głos wśród grobowej ciszy. - Muzyka jest po kolacji od siódmej trzydzieści. - Zwrócił się do jednego z grających w ping-ponga. - Zapamiętaj to sobie, Deering. Żadnej muzyki w dzień. Jesteś za to odpowiedzialny.
- Tak jest, proszę pana.
- Graliście w ping-ponga?
- Właśnie zaczęliśmy, proszę pana.
- Skąd wzięliście piłeczkę? O ile mi wiadomo, piłeczki są zamknięte w moim biurku.
- Jak najbardziej, proszę pana.
- Więc skąd wzięliście tę, którą graliście?
- Nie wiem, proszę pana. - Deering grzebał po kieszeniach wiatrówki. Robił wrażenie głupkowatego, a wystająca grdyka wyglądała jak ukryta piłeczka pingpongowa. - Chyba ją musiałem znaleźć.
- Gdzie znalazłeś? W moim biurku?
- Nie, proszę pana. Pewnie gdzieś była na podwórzu.
Pan Patch podszedł ku niemu melodramatycznie skradającym się krokiem. Kiedy przechodził przez salę, chłopcy za jego plecami zaczęli się wykrzywiać, machać ramionami, podskakiwać i kręcić się w kółko. Jeden z tych, którzy tańczyli, bez hałasu opadł na podłogę i naśladując gest podrzynania sobie gardła, przybrał pozę umierającego gladiatora na jedną mrożącą krew w żyłach sekundę, po czym wstał.
Patch mówił tonem człowieka przytłoczonego wszystkim, co przecierpiał:
- Kupiłeś ją, prawda, Deering? Wiesz, że przepisy zabraniają wychowankom przynosić prywatne piłeczki pingpongowe z własnej inicjatywy. Wiesz o tym, prawda? Jesteś przewodniczącym Zgromadzenia Prawodawczego East Hall, sam pomagałeś układać te przepisy, prawda?
- Tak, proszę pana.
- No, więc oddaj mi ją.
Chłopiec wręczył Patchowi piłeczkę. Patch schylił się, żeby położyć ją na podłodze (w tym czasie jeden z chłopców za jego plecami udawał, że go kopie) i rozgniótł obcasem. Podał Deeringowi nieszczęsną piłeczkę.
- Przykro mi, Deering. Muszę przestrzegać przepisów, tak jak i ty. - Zwrócił się do chłopców w sali, którzy pod jego spojrzeniem co prędzej przybrali potulny wygląd, i powiedział łagodnie: - No, chłopcy, co tam teraz jest w programie?
- Myślę, że ja - powiedziałem wstając z tapczanu. Przedstawiłem mu się i spytałem, czy nie mógłbym z nim porozmawiać na osobności.
- Ależ naturalnie - powiedział z nerwowym uśmieszkiem, jakbym rzeczywiście miał być jego następcą - niech pan pozwoli do mego gabinetu, jeśli go można tak nazwać. Deering i Bronson, zostawiam chłopców pod waszym nadzorem.
Gabinet był klitką bez okna, w której stało zaśmiecone biurko i dwa zwykłe krzesła. Zamknął drzwi przed hałasem, jaki napływał korytarzem z sali, zapalił lampę na biurku i usiadł z westchnieniem.
- Trzeba ich trzymać w ryzach - powiedział jak człowiek odmawiający swoje modlitwy. - Pan chciał porozmawiać o jednym z moich chłopców?
- O Tomie Hillmanie.
Zmieszał się na dźwięk tego nazwiska.
- Czy pan występuje z ramienia jego ojca?
- Nie. Przysłał mnie do pana doktor Sponti. Jestem prywatnym detektywem.
- Ach tak - wydął wargi z pewnego rodzaju niezadowoleniem - przypuszczam, że doktor Sponti winę zwalił na mnie, jak zwykle.
- Powiedział coś na temat niepotrzebnej gwałtowności.
- Nonsens! - zaciśniętą pięścią uderzył w biurko stojące pomiędzy nim a mną. Twarz jego nabiegła krwią. Potem zbladła przerażająco, jak nie wywołana fotografia. Jedynie czerwonawe białka zachowały swoją barwę. - Sponti nie ma tu do czynienia ze zwierzętami. To moja rzecz wiedzieć, kiedy jest potrzebna dyscyplina fizyczna. Mam dwadzieścia pięć lat praktyki z młodzieżą.
- Widzę, że na pana działa przygnębiająco.
Zapanował nad sobą, z wysiłkiem, od którego skurczyła mu się twarz.
- O, nie, bardzo lubię tę pracę, jestem jej szczerze oddany. Zresztą to jedyna rzecz, której się nauczyłem. Lubię chłopców i oni mnie lubią.
- Mogłem się o tym przekonać.
Puścił mimo uszu moją ironię.
- Byłbym w dobrej komitywie z Tomem Hillmanem, gdyby wytrzymał.
- A dlaczego nie wytrzymał.
- Uciekł. Wie pan o tym. Ukradł ogrodnikowi sekator i przeciął nim kratę w oknie sypialni.
- Dokładnie kiedy to było?
- W sobotę w nocy, jakoś tak pomiędzy moim obchodem o jedenastej i apelem rannym.
- A co się stało przedtem?
- Ma pan na myśli sobotni wieczór? Podburzał innych chłopców, namawiał ich do napaści na personel. Wyszedłem z jadalni po kolacji i stąd słyszałem go, jak przemawiał. Usiłował przekonać chłopców, że zostali pozbawieni swoich praw i powinni o nie walczyć. Na niektórych, bardziej podatnych, zrobiło to wrażenie. Ale kiedy kazałem Hillmanowi zamilknąć, tylko on jeden rzucił się na mnie.
- Uderzył pana?
- Ja pierwszy go uderzyłem - powiedział Patch. - Nie ukrywam tego. Musiałem utrzymać mój autorytet wobec innych. - Potarł pięści. - Rozłożyłem go lekko. Trzeba zademonstrować męską siłę. Kiedy poczują, że dostali po skórze, stają się potulni. Trzeba ich nauczyć szacunku.
- Co się stało potem? - zapytałem, żeby mu przerwać.
- Pomogłem mu wrócić do jego pokoju i poinformowałem Spontiego o zajściu. Uważałem, że chłopca powinno się trzymać w izolatce. Ale Sponti odwołał moje polecenie. Hillman nie uciekłby, gdyby Sponti pozwolił mi zamknąć go w pokoju obitym materacami. Między nami mówiąc, Sponti popełnił błąd. - Przerwał nagle i powiedział cichym głosem: - Niech mu pan tego wszystkiego nie powtarza.
- Dobrze.
Zaczynałem tracić nadzieję, że uda mi się wyciągnąć z Patcha jakieś szczegóły pożyteczne. Był to człowiek w stanie ruiny, nie lepszym niż meble w sali rekreacyjnej. Hałas dochodzący stamtąd stawał się coraz głośniejszy. Patch wstał ociągając się.
- Muszę wrócić, zanim rozniosą salę.
- Chciałem jeszcze zapytać, jak pan przypuszcza, dokąd mógł się stąd udać Tom Hillman?
Patch zastanowił się nad moim pytaniem. Zdawało się, że trudno mu sobie wyobrazić świat zewnętrzny, w którym znikł chłopiec.
- Los Angeles - rzekł w końcu. - Zwykle kierują się na Los Angeles. Albo do San Diego i w stronę granicy.
- Albo na wschód?
- Jeśli ich rodzice mieszkają na wschodzie, czasem obierają ten kierunek.
- Albo na zachód, przez ocean - drażniłem się z nim.
- I tak bywa. Jeden z chłopców ukradł łódź i popłynął na wyspy.
- Dużo ich musi stąd uciekać.
- Z biegiem lat uzbierało się tego sporo. Sponti jest przeciwny ostrym środkom bezpieczeństwa, jakie stosowaliśmy w Juvenile Hall. Przy tej liczbie ucieczek dziwię się, że z tą jedną robi tyle szumu. Chłopiec wróci tu, prawie zawsze tak bywa.
Mówił tak, jakby go to bynajmniej nie cieszyło.
Ktoś zastukał do drzwi za moimi plecami.
- Pan Patch? - odezwał się zza ścianki głos kobiecy.
- Tak, pani Mallow.
- Chłopcy się rozbrykali. Nie chcą mnie słuchać. Co pan tam robi?
- Rozmawiam. Sponti mi przysłał pewnego człowieka.
- Świetnie. Potrzebujemy człowieka.
- Tak? - potrącił mnie otwierając drzwi. - Proszę, niech pani schowa dla siebie swoje dowcipy, pani Mallow. Wiem o paru rzeczach, które Sponti także bardzo chciałby wiedzieć.
- I ja tak samo - odpowiedziała kobieta.
Mocno uróżowana, z rudymi włosami uczesanymi w grzywkę na czole, miała na sobie ciemną, wizytową suknię, która wyszła z mody dziesięć lat temu, i kilka sznurków sztucznych pereł. Twarz jej była dość miła, mimo oczu, których blask zgasiły przeżywane i oglądane cierpienia.
Rozpromieniła się na mój widok.
- Hello.
- Nazywam się Archer - powiedziałem. - Doktor Sponti polecił mi zbadać sprawę zniknięcia Toma Hillmana.
- Wyglądał na bardzo przyzwoitego chłopca - powiedziała - przynajmniej dopóki nie zajął się nim nasz miejscowy Markiz de Sade.
- Działałem w obronie własnej - zawołał Patch. - Bicie nie sprawia mi żadnej przyjemności. Moja osoba jest autorytetem w East Hall i kiedy mnie ktoś zaczepia, to tak, jakby podniósł rękę na swego ojca.
- Dałby pan lepiej spokój temu autorytetowi, ojcze. Ale jeżeli w tym tygodniu skrzywdzi pan jeszcze któregoś, wyrwę panu żywcem serce z piersi.
Patch spojrzał na nią tak, jakby wierzył, że mogłaby to zrobić. Potem odwrócił się na pięcie i wielkimi krokami poszedł w stronę huczącej sali. Wrzask ustał raptownie, jak gdyby zamknął za sobą dźwiękoszczelne drzwi.
- Biedny, stary Patch - rzekła pani Mallow. - Za długo już jest tutaj. Biedni my wszyscy starzy. Za wiele lat kontaktu z młodocianym umysłem - jeśli umysł jest właściwym słowem - i w końcu wszyscy dostaniemy fioła.
- Po co na to czekać?
- Coś takiego robi się z nami, ze nie potrafimy już żyć w świecie na zewnątrz zakładu. I to jest właśnie najgorsze.
- Wszyscy tu niezwykle chętnie zwierzają się ze swoich problemów.
- To jest atmosfera chorych umysłowo.
- Ale - ciągnąłem - niewiele mówią mi o tym, co chciałbym wiedzieć. Czy pani może powiedzieć mi coś konkretnego o Tomie Hillmanie?
- Mogę panu przekazać moje własne wrażenia.
Miała nieco trudności z wymową tego słowa i wydawała się zbita z tropu. Weszła do gabinetu Patcha i oparła się o jego biurko, stając na wprost mnie. Jej twarz, na wpół oświetlona padającym z góry światłem lampy, przypominała oblicze Sybilli.
- Tom Hillman jest bardzo miłym chłopcem. Nie tutaj było jego miejsce. Szybko to odkrył. Toteż uciekł.
- Dlaczego nie było to miejsce dla niego?
- Chce pan, żebym wytłumaczyła to dokładniej? East Hall zasadniczo jest zakładem dla chłopców obciążonych problemami osobowości i charakteru albo niezdolnych przystosować się do społeczeństwa. Młodzież z poważniejszymi zaburzeniami, zarówno chłopców jak i dziewczęta, trzymamy w West Hall.
- A Tom należał do tamtych?
- Bynajmniej. Nie powinni go byli w ogóle przysyłać do Laguna Perdida. To tylko moja opinia, ale powinna być coś warta. Byłam w swoim czasie całkiem niezłym psychologiem. - Popatrzyła w dół na światło.
- Doktor Sponti uważa, że Tom cierpiał na pewne zaburzenia.
- Doktor Sponti nigdy nie myśli inaczej, kogokolwiek by to dotyczyło. Wie pan, ile płacą rodzice tych dzieci? Tysiąc dolarów miesięcznie plus ekstra wydatki. Lekcje muzyki. Terapia grupowa. - Roześmiała się cierpko. - A tymczasem w połowie przypadków to rodzice powinni znaleźć się tutaj. Albo w jakimś gorszym miejscu. Tysiąc dolarów miesięcznie - powtórzyła. - W ten sposób tak zwany doktor Sponti może wyciągnąć swoje dwadzieścia pięć tysięcy rocznie. To przeszło sześć razy tyle, co mi płaci za prowadzenie tych dzieci za rękę.
Miała do niego osobistą urazę. Czasem taka uraza skłania do mówienia prawdy, ale nie zawsze.
- Co pani ma na myśli mówiąc "tak zwany" doktor Sponti?
- Nie jest doktorem medycyny ani żadnym innym prawdziwym doktorem. Tytuł ten uzyskał w dziedzinie administracji w jednej z fabryk dyplomów gdzieś tam na południu. Wie pan, na jaki temat pisał pracę doktorską? Wytyczne dla kuchni w średniej wielkości internacie.
- Wracając do Toma - powiedziałem - dlaczego ojciec oddał go tutaj, jeśli chłopiec nie wymagał leczenia psychiatrycznego?
- Nie wiem. Nie znam jego ojca. Prawdopodobnie dlatego, że chciał się go pozbyć.
- Dlaczego?
- Chłopiec wpadł w jakieś tarapaty.
- Tom pani coś powiedział?
- Nie chciał rozmawiać na ten temat. Ale ja umiem czytać pewne znaki.
- Słyszała pani o tej historii z kradzieżą samochodu?
- Nie, ale to by mogło coś wytłumaczyć. Ten chłopak jest bardzo nieszczęśliwy i czuje się winny. To wcale nie jeden z waszych zatwardziałych młodocianych przestępców. Jeżeli w ogóle któryś z nich jest nim naprawdę.
- Zdaje się, że pani lubiła Toma Hillmana.
- Mało go widywałam. Przez ten tydzień, kiedy tu był, nie chciał mówić, a ja nigdy nie próbuję się narzucać. Oprócz godzin lekcji większość czasu spędzał w swoim pokoju. Myślę, że próbował nad czymś pracować, obmyślał jakiś plan.
- Na przykład plan rewolucji?
Oczy jej zajaśniały wesoło.
- Ach, widzę, że słyszał pan o tym. Chłopiec był sprytniejszy, niż przypuszczałam. Niech pan się tak nie dziwi. Jestem po stronie chłopców. Po cóż innego byłabym tutaj?
Zaczynałem nabierać sympatii do pani Mallow. Wyczuwając to, podeszła do mnie i dotknęła mego ramienia.
- Mam nadzieję, że pan też. To znaczy po stronie Toma.
- Poczekam, aż go poznam. Zresztą to nie ma znaczenia.
- Przeciwnie. To zawsze ma znaczenie.
- Co właściwie zaszło między Tomem a panem Patchem w sobotę wieczorem?
- Naprawdę nie wiem. Sobotni wieczór mam zwykle wolny. Może pan to zanotować, jeśli pan chce, panie Archer.
Uśmiechnęła się, a ja dostrzegłem na chwilę sens jej życia. Troszczyła się o innych. Nikt nie troszczył się o nią.