O dwie mile od Próżnowa, między
pięknemi sosnowemi lasami, stał dwór państwa Żytowskich. Dom
jedno-piętrowy, drewniany, gankiem na czterech słupach opartym
patrzał na zielony dziedziniec i wybiegającą z niego, wijącą się
wśród lasów, drogę. W koło dziedzińca, drewniane, szare
zabudowania, wyglądały z poza krzewów rosnących gęstemi klombami, z
za włoskich topoli, wysoko strzelających ku niebu. Ogród nie
wielki, przerznięty kilku cienistemi alejami, dotykał także lasu, w
którym, na ciemném tle jodeł i sosen, jak dziewice w białych
sukienkach, stały białą korą ubrane brzozy. Poza lasami dopiéro
odkrywały się pola żyzne, pszeniczne, sławne obfitością urodzajów.
Mnóztwo dróg i dróżek, najeżonych korzeniami drzew i wijących się
między kolumnadą gładkich, grubych i wyniosłych sosen, wyprowadzało
z lasu na równinę otwartą, széroką, jak okiem zajrzéć, usianą
zbożem, albo pokrytą kwiecistą barwą łąk. Daleko na krańcu
widnokręgu, szare wioski strzelały ku niebu wysokiemi krzyżami, a
wązki pas lasów i sine wzgórza rysowały na tle obłoków nierówne
zęby.
Piękne są podobne zakątki, ciche, milczące, wonne zapachem
łąk i owiane szumem lasów. Przejeżdżając przez Żytów, podróżny z
miłém wrażeniem mógł wsłuchywać się w tajemniczy szept sosen,
ścigać okiem białe sukienki brzóz i oddychać wonném lasów
powietrzem. Zdawało się, iż echo nawet od świata walk i ludzi nie
może doleciéć do téj wiejskiéj ustroni, że w niéj życie powinno
płynąć cicho i słodko, między błękitem niebios i zielenią drzew.
Do zupełnéj piękności natury w Żytowie brakło tylko rzeki,
jeśli nie szerokiego koryta Niemna, to przynajmniéj jednéj z tych
wązkich a bystrych rzeczek, które, wijąc się w wężowe zakręty, z
szumem spadają ze wzgórz, albo, płynąc po równinach cichemi falami,
zielone łąki opasują wstęgą błękitu, pożyczonego od nieba.
O tym braku jednak nie myślał właściciel litewskiéj ustroni,
był to bowiem człowiek całkiem nie poetycznych usposobień i
marzeniami niesięgający ideału.
Traf, figlarz wielki, często ludziom dziwne wyrządza psoty.
Wśród prześlicznych wzgórz i lasów, w okolicy pełnéj uroku i
poezyi, osadza czasem człowieka z ołowianą myślą i kamienném
sercem, który nietylko nie uwielbi tych otaczających go piękności,
ale ich nawet nie dojrzy. Ludzi zaś, z duszą pragnącą piękna, z
myślą pojętną i żywą, ludzi, którzy tęsknią za ideałem, a w piękném
otoczeniu podnoszą się i doskonalą, rzuca na piaski i wydmy jałowe,
na błota i płaskie, nudne równiny.
Ten-to właśnie traf figlarny osadził w pięknym Żytowie
wysokiego i chudego, z długą, żółtą twarzą i małemi, czarnemi,
złośliwemi oczkami, pana Jana Żytowskiego. Syn okolicznego
szlachcica, p. Żytowski nauczył się u wiejskiego proboszcza czytać,
pisać i rachować, póżniéj z ekonoma wyszedł na komisarza i ciemnemi
drogami, których źródła i rozmaite kierunki kryją się przed ogółem,
zebrał znaczne pieniądze. Handelek końmi, ciche zmowy i spółki z
przemyślnymi Żydkami, czasem przechowanie kontrabandy, wzięcie
porękawicznego za korzystną dla nabywcy, a niekorzystną dla
dziedzica, sprzedaż albo dzierżawę, - oto były elementa składowe
sum, za które pan ex-ekonom nabył Żytów. Dodać do tego trzeba
wyrachowane, wytrwałe, niczém niedające się zrazić skąpstwo i
mnóztwo środków i środeczków zbierania pieniędzy, które, jak
podziemne płazy, kryją się w najgłębszą ciemność, unikając
słonecznych promieni.
W kilka lat po nabyciu Żytowa, kupił pan Jan piękny i duży
majątek Bławacin, od zrujnowanego pana, który go musiał sprzedać za
bezcen. Pozostał jednak w Żytowie, a 80 chat poleskich wydzierżawił
za 5,000 rs. rocznie.
Kiedy mu dzierżawca corok odwoził pieniądze, pan Żytowski,
po przerachowaniu ich, wołał do żony:
- Duszko! śliczny będzie posażek dla Lolki! Złapiemy jéj
jakie hrabiątko na męża, będzie wielką panią dziewczyna!...
Pani Żytowska, blada i powolna kobiéta, z krzyżem na piersi
i różańcem na ręce, odpowiadała zawsze na te wykrzykniki mężowskie:
- Będzie tak, jak Bóg zechce, mój Jasiu.
To: "jak Bóg zechce" i: "dla miłości Pana Boga," było
osnową, wolą i myślą całego życia pani Żytowskiéj. Z ubogiego
szlacheckiego domu, młodą będąc i dość ładną, wyszła pani Magdalena
za komisarza Żytowskiego, bo jéj rodzice powiedzieli, że taką snadź
była wola Pana Boga.
Po ślubie kochała męża, choć ją często łajał i skąpstwem
męczył, bo myślała, że nie kochać go, było-by to obrażać Pana Boga.
A kiedy biédaczka poczuła żal do małżonka za niesprawiedliwe i
przykre obejście się, albo, zmęczona życiem ciężkiéj pracy i
odmawiania sobie wszystkiego, pomyślała, że mogłaby szczęśliwszą
być z p. Ignacym albo Antonim, którzy się ongi do niéj adresowali,
- to wnet, po rachunku sumienia, szła piechotą o mil kilkanaście do
cudownego miejsca i na klęczkach po kilkadziesiąt razy obchodziła
ołtarz, błagając Boga o przebaczenie ciężkich popełnionych
grzechów. Po przeniesieniu się do Żytowa, z razu zakłopotana nieco
była nowém położeniem, ale wkrótce oswoiła się z niém, przybrała
układ naturalny i poważny, a blada, powolna, zimna, w białym
czépeczku i ciemnéj wełnianéj sukni, niczém nie raziła.
Kiedy jedyna córka państwa Żytowskich dorosła lat 10-ciu,
pan Jan osądził, że trzeba wychować ją
po obywatelsku; ale że koszt utrzymania nauczycielek
uważał za zbyt znaczny, pozostał środek oddania jéj na pensyą.
Pani Żytowska o innym zakładzie, jak o klasztornym, i
słuchać nie chciała, a to pragnienie matki zgadzało się i z wolą
ojca Loli.
Pewnego więc dnia pani Żytowska wyjechała z córką do
Warszawy, i za dni kilka wprowadziła ją na uczennicę do klasztoru
panien Wizytek. Gdy powierzyła jedynaczkę opiece zakładu i
pożegnała ją uśmiechem, raz jeszcze zwróciła się ku przełożonéj i
ze złożonemi błagalnie rękoma prosiła, aby wychowano jéj dziécię
przedewszystkiém pobożnie. Przełożona, kobiéta wysokiego
wykształcenia, przyrzekła gorliwéj w wierze matce, że w serce jéj
córki wszczepioną będzie religia, ale że przytém i innych środków
wykształcenia dziewczynki nie zaniedbają. Furta klasztoru zamknęła
się za panią Żytowską, a zakonnica z bladą i łagodną twarzą,
przytuliła do piersi płaczącą Lolę, pocałowała ją w czoło i przez
długie kurytarze zawiodła do sali, w któréj poleciła nowoprzybyłą
opiece nauczycielek i przyjaźni towarzyszek.
Sześć lat zbiegło Loli w klasztornych murach. Obdarzona
żywém pojęciem i gorącą wyobraźnią, kształciła, stroiła umysł. A
kiedy wesołe towarzyszki biegły od pracy do zabawy, lekkie i
swawolne, trudno było nie odróżnić między niemi zadumanéj
dziewczynki, choć wesołéj, ale zawsze jakby marzącéj.
Do ciemnookiéj Loli często zbliżała się zakonnica,
przełożona zakładu, brała ją za rękę i wiodła ze sobą przez
kurytarz i ogrody, miękką dłonią pieszcząc lice dziewczynki,
nauczając ją długo a słodko. Wysokie sklepienia długich, niknących
w cieniu kurytarzy, odgłosy śpiewów pobożnych, posępném echem wśród
ciszy nocnéj dochodzące do sypialni dziewczynek, blade lica i
czarne zasłony zakonnic, słodkie a smętne rozmowy przełożonéj,
rozbudzały gorącą z natury wyobraźnią Loli, poetyzowały ją i
rozmarzały. Nauki zwracały wprawdzie jéj umysł od marzeń ku
myśleniu, ale świat rzeczywisty, świat ludzi i życia pozostawał dla
niéj zagadką tajemniczą i ciekawą, którą jéj wyobraźnia stroiła w
uroki i cuda zaczarowanych, bajecznych krain.
Kiedy po 6-ciu latach, pani Żytowska przywiozła córkę z
Warszawy do Żytowa, podziwiano wiadomości i piękną mowę dziewczęcia
i z zachwyceniem słuchano jéj czystéj, cichéj a miękkiéj muzyki.
Drobnéj postaci, ciemnych, dużych oczu i bladego lica, Lola
nie była piękną, ale uroczą jakoś i wdzięczną. Było to dziécię
słodkie, uległe i marzące, z żywém pojęciem, z sercem gorącém, ale
słabe, poddające się wpływom, potrzebujące wsparcia, nauki życia,
kierunku.
Gdy przybyła do Żytowa, pan Jan z dumą słuchał jéj płynnéj,
czystéj mowy i harmonijnéj muzyki, a patrząc na drobną postać,
blade lice i małą, zgrabną rękę córki, wołał do żony:
- Duszko! arystokratka dziewczyna, dalibóg arystokratka!
Mówiłem, że będzie z niéj wielka pani.
Pani Żytowska spoglądała na córkę i odpowiadała:
- Jak będzie wola Pana Boga. Wychowało się dziecko w
klasztorze, powinno być pobożne.
Pobożną téż była Lola. Poważne śpiewy zakonnic, wspaniałe
celebry biskupie i długie nauki kapłanów tchnęły w jéj duszę gorącą
wiarę. Żywa wyobraźnia ukazywała jéj Boga, odzianego purpurą
wszechmocy, oblanego światłem mądrości i łaski. Lubiła myśléć o
jasnych i pięknych aniołach, którzy zstępują z nieba, aby stróżami
zostać ziemskich, ludzkich dróg, - i gdy zamykała do snu oczy,
nieraz jéj się zdawało, że czuje na licach wonne tchnienie anioła
stróża, i że, jak niegdyś w kolébce, tak na jego miękkiém skrzydle
kołysana usypia. Modliła się rzadko i krótko, ale gorąco, i
słowami, które żywemi potoki płynęły z jéj serca. Religia
dziewczęcia była miłością i poezyą, jak całe jéj czyste a gorące
serce.
W piérwszych dniach pobytu w rodzicielskim domu, bawiła się
Lola nowością położenia, powagą dorosłéj panny, swobodą
rozporządzania się czasem. Ale im bardziéj oswajała się z nowém
życiem, tém więcéj odkrywała sprzeczności między tém, co ją
otaczało, a marzeniami swojemi. Będąc w zakładzie, mało pamiętała
rodziców; gdy ich opuszczała, dziesięcioletni umysł nie zdawał jéj
sprawy z niczego. Marzyła więc o ojcu poważnym, rozumnym,
nauczającym, o matce słodkiéj, kochającéj, pojmującéj każdą jéj
myśl i uczucie. Przykro uderzyły ją gospodarskie krzyki pana
Żytowskiego, jego grube obejście się z domownikami i wykrzykniki
podziwu nad jéj arystokratyczną powierzchownością, których
niedorzeczność całą pojmowała. Zimne obejście się pani Żytowskiéj
mroziło serce młodéj dziewczyny; długie litanie i koronki,
odmawiane wspólnie, nudziły ją i więziły. W krótce poczuła się w
otoczeniu zimném, jakoś nie swojém, i smutek, piérwszy smutek
życia, owiał jéj serce.
Pan Żytowski po pewnym czasie przestał podziwiać córkę i
oddał się nanowo gospodarstwu. Pani Żytowska, jak zwykle, powoli
przesuwała się przez pokoje, odmawiając różaniec, albo dzwoniąc
kluczami; cicho więc i smutnie płynęły dni dla Loli. Gość rzadko
zawitał do domu pana Jana, a chociaż dwóch czy trzech konkurentów
zjawiło się w cichéj ustroni, że byli to ludzie niebogaci i
skromnych imion, pan Jan zrażał ich odrazu przyjęciem, gorzéj niż
zimném i odprawiał z niczém, - bo powiedział sobie, że córka jego
musi być wielką panią, a on teściem arystokraty z rodu.
Nudno było młodéj dziewczynie, samotno jakoś i tęskno. Latem
wybiegała do lasu, siadała na wzgórzu i zadumana patrzyła na drogę,
biegnącą w dal, myśląc, że ona wiedzie w świat széroki, piękny,
nieznany. Zimą, tęsknie schylona nad krosienkami, myślą odbiegała
od barwnéj roboty daleko, albo, rozgrzewając tchnieniem zamarzłe
szyby okien, patrzała na drogę, czy nie dojrzy jakiego gościa,
który-by przywiózł echo od ludzi i przerwał nudną, ciężką
jednostajność dnia. W Żytowie były książki, bo pan Jan,
kwalifikując się na porządnego człowieka, uznał za konieczne
sprowadzić kilka romansów francuzkich i polskich powieści, aby
leżały na stole. Czytała więc Lola, co znalazła w domu rodziców, a
czytanie to bardziéj ją jeszcze zaciekawiało do świata i zrażało do
otaczającéj rzeczywistości. Grała wiele, w tę grę wlewała tęsknotę
swoję i marzenia; a nieraz, przy dźwiękach pieśni Szopena albo
Schuberta, kilka łez, piérwszych łez życia, spadło z jéj oczu na
białe klawisze fortepianu. Tak upłynął rok cały; Lola skończyła lat
siedmnaście.
W r. 1857, w połowie czerwca, nazajutrz po przybyciu do
Próżnowa pana Michała Starskiego, na drodze, prowadzącéj do
żytowskiego dworu, szybko toczyły się dwa powozy. W piérwszym
jechała wystrojona i drzémiąca pani Swatowska, a obok niéj
znudzona, co chwila wyglądająca przez okno karety, Zofia. Daléj, w
małym i lekkim koczyku, siedział rozparty, z cygarem w ręce, pan
Andrzéj, a przy nim barczysty i bladooki, zasępiony myślami o
zadłużonéj Jałówce, pan Michał. Kiedy z jasnéj, zalanéj słońcem i
falującéj zbożem, równiny, wjechali w chłodny, cienisty i pachnący
las, pan Swatowski wyprostował się, rzucił cygaro, zmierzył okiem
wysokość sosen, a wychylając się nieco z powozu i rozglądając po
lesie, zawołał:
- Co za sosny! masztowe drzewo, panie. Każda kłoda najmniéj
5 rs. warta, bo i spław niedaleko. Śliczny las! a takiego włók ze
20 w Żytowie. Cóż ty na to, Michasiu?
To mówiąc, zwrócił się do towarzysza. Pan Michał, znużony
jazdą i myślami o Jałówce, zamknął był przed chwilą oczy i,
kołysany lekkim ruchem powozu, zdrzémnął się. Na głos pana Andrzeja
przetarł oczy i spytał:
- Co mówisz, panie Andrzeju?
Pan Swatowski ruszył ramionami i rzekł z niecierpliwością:
- A rozbudź-że się, Michasiu! co za nieszczęśliwe
przyzwyczajenie do drzémania! Jak się zaspany pokażesz, panna
najpewniéj da ci harbuza. Przypatrz się lasom, które, jak się
spodziéwam, będą twoją własnością.
Michał przeciągnął się, przetarł oczy, ziéwnął szeroko i
rzekł:
- Dyabelnie gorąco jechać! Nim przyjdzie do małżeństwa,
człowiek porządnie się umęczy. Gdybyż przynajmniéj co z tego
było!...
Po chwili, na ganku żytowskiego domu, pan Jan nizkiemi
ukłonami witał gości.
- Witam, witam szanownego sąsiada dobrodzieja! kopę lat nie
widziałem! do nóżek ścielę się pani dobrodziéjki! rączki całuję
panny Zofii! Królewna, panie, coraz piękniejsza! A gdzież to moja
żona i córka?... musiały wyjść do ogrodu, ale wnet wrócą. Nie
spodziewały się dzisiaj szczęścia powitania tak szanownych gości.
Proszę do salonu, proszę tymczasem do salonu!...
Przy tych wszystkich wykrzyknikach, uniżony gospodarz
ściskał ręce pana Swatowskiego, pomagał paniom zdejmować w
przedpokoju okrycia i kapelusze, a rzucając na wszystkich
biegające, złośliwe spojrzenia małych czarnych oczu, z ciekawością
zwracał je na Michała, któremu, jako nieznajomemu, tylko się był
ukłonił.
Pan Swatowski z nieco dumną grzecznością przyjmował uniżone
ukłony ex-ekonoma, a wskazując mu Michała, rzekł:
- Przedstawiam tobie, panie Janie, pana Michała Starskiego.
Przybył wczoraj z Wołynia i chce zaznajomić się z tutejszém
sąsiedztwem. Przywiozłem go najprzód tutaj, aby się przyjemnie
zabawił.
Na dźwięk imienia Starskiego, słodko przymrużyły się oczki
pana Jana; zgiął się wpół nizkim ukłonem, w obie dłonie pochwycił
dużą rękę pana Michała, a trzęsąc nią i zmrużonemi oczkami patrząc
w twarz gościa, wołał:
- Pan Starski w mojéj chatce! co za honor! Wdzięcznym,
wdzięczny nieskończenie! Witam pana Starskiego dobrodzieja, polecam
się łaskawéj znajomości! Niech pan raczy wejść, niech państwo
wejdą!...
I otwierał drzwi salonu, i kłaniał się, i zapraszał.
Salon w Żytowie nosił na sobie cechę usposobień właściciela.
Wszystko w nim tchnęło pretensyą do wykazania bogactwa, a razem
skąpstwem i brakiem smaku. Kosztowne obicie różowo-ceglastego
koloru pokrywało ściany; u drzwi i okien rozpościerały się ciężkie,
adamaszkowe firanki, żółtą barwą kłócące się z obiciem; zielone
sztory wlewały trzeci, sprzeczny żywioł w mieszaninę kolorów. Meble
starannie pokryte były płóciennemi zasłonami, na posadzce leżały
dywany duże, ale w najgorszym gatunku. Fortepian, przywieziony z
Lolą z Warszawy, ukazywał tylko palisandrowe nogi, całą postać
mając oszytą płótnem; krzesła stały w porządku, równo, pod
ścianami, jak żołnierze na musztrach; wchodzący mógł myśléć, że
nigdy poruszanemi nie bywały. Na stolikach między oknami leżały
książki, stykając się z sobą równo, porządnie i symetrycznie.
W tym sztywnym i kłócącym się barwami salonie, w kilka chwil
po przybyciu państwa Swatowskich znaleźli się zebrani gospodarze i
goście. Pani Żytowska, w swoim białym czépeczku i ciemnéj sukni,
powolną rozmową bawiła strojną i dumną panią Leokadyą; gospodarz
opowiadał gościom o urodzajach i zapytywał pana Michała o grunta,
lasy i spławy wołyńskie; panienki, ująwszy się pod ręce, wybiegły
do ogrodu.
Lola samotna, stęskniona do towarzyszek młodych, z radością
spotkała Zofią, którą już wprzód widziała kilka razy. Zofia,
światowa i dumna, mało znajdowała przyjemności w towarzystwie
dziewczyny, wychowanéj w klasztorze, nieznającéj świata,
nieśmiałéj. Wdzięczna jednak i sympatyczna powierzchowność Loli
pociągała ją nieco; zresztą pochlebiała jéj żywa radość, jaką młoda
rówieśniczka okazała z jéj przybycia, i spojrzenie uwielbienia,
którém ją przy powitaniu okryła. Gdy więc ręka w rękę wyszły do
ogrodu, żywa między niemi zawiązała się rozmowa.
Nigdy przyjaźń nie zawiązuje się tak szybko, ufność nie
obudza tak łatwo, jak w bardzo, bardzo młodym wieku. Zaledwie
rozkwitające serce nie zna ciemnych stron ludzi, pragnie ukochania,
nie przypuszcza fałszu, oddaje się szczerze i ślepo. Wprawdzie owe
przyjaźnie młode, krótkie są najczęściéj i nietrwałe. Doświadczenie
dojrzalszego wieku zdziéra zasłonę z oczu, ukazując niedostatki
tych, których młoda wyobraźnia okryła pięknością bez skazy. Zrywają
się więc łatwo, łatwo zawiązane zamłodu, stosunki; - ale po nich
nazawsze, jak tęcza duszy, zostaje w głębi serca pełne młodego
uroku wspomnienie.
Dwie młode panienki chodziły szybko po cienistéj alei.
Promienie słoneczne, przedzierając się przez splecione gałęzie
drzew, ozłacały niekiedy ich czoła. Zofia, w śnieżnéj,
przezroczystéj sukni, z purpurowym kwiatem w jasnych włosach,
słuszna, śmiała i dumna, była wspaniale, przedziwnie piękną. Lola
niższa, drobnych i delikatnych kształtów, z dużém, ciemném okiem, w
lekkiéj, błękitnéj sukience i z białą różą w czarnych warkoczach,
mniéj piękna, bardziéj była słodka, urocza. Patrząc na piérwszą,
trzeba było klęknąć w podziwie, albo szaléć żądzą i namiętnością;
drugą można było ukochać słodko a głęboko i w rozkoszném
rozmarzeniu przytulić do piersi.
- Czy wiész, Lolciu, - mówiła Zofia, - że za tydzień
wyjedziemy z mamą do Warszawy?
- Doprawdy? - zawołała Lola - Jakaś ty szczęśliwa, Zosiu, że
tam będziesz! Mnie tak tęskno do Warszawy! tyle tam moich
towarzyszek. A tu... tu...; dodała ciszéj, - tak smutno!..
- Prawda, że ci smutno być musi w Żytowie. Ale pewnie
wkrótce wyjdziesz za mąż, to się i nudy skończą.
A propos, zgadnij, poco jadę do Warszawy?
- Aby się dobrze zabawić?
- Niezupełnie dlatego.
- Więc dla podróży tylko?
-
Non pas, ma toute belle.
- Może chcesz widziéć teatr?
-
Non pas.
- A więc uczyć się jeszcze?
-
Fi donc!
- To już doprawdy nie wiem, poco jedziesz.
- Zgadnijże, zgadnij!
- Nie zgadnę.
Zofia mocniéj oparła się na ręku towarzyszki, spojrzała jéj
figlarnie w oczy i rzekła:
- Po wyprawę!
- Po wyprawę! - zawołała Lola, - więc idziesz za mąż?
- Za kilka miesięcy,
ma mignonne. Wczoraj oświadczył mi się pan Warzecki i
przyrzekłam mu.
Lola uścisnęła Zofią i mnóztwo zadała jéj pytań.
- Jak wygląda twój narzeczony? czy dobry, czy rozumny, czy
piękny? Czy bardzo go kochasz?
- Mądry, jak Salomon, - odpowiadała narzeczona, - piękny,
jak Apollo, mówią, że bardzodobry, - a czy go kocham?
entre nous soit dit, il m'embete
quelquefois. Strasznie poważny! Ale, jak mama zwykle mówi:l'amour vient apr?s le mariage.
I długo, długo opowiadała Zofia młodéj towarzyszce o
wszystkich błyszczących marzeniach swoich. Lola słuchała; obrazy
ludzi i świata, tego świata, którego była tak spragniona i ciekawa,
jak w magicznéj latarni przesuwały się przed jéj oczyma w słowach
Zofii.
I długo, długo jeszcze młoda narzeczona mówiła o pięknéj
wyprawie, jaką będzie miała, o ślubnéj sukni, wieńcach, brylantach,
koronkach, a Lola szła obok niéj ze schyloném czołem, zadumana; -
Któż mnie ukocha, kto mi da to wszystko, kto mnie wprowadzi w
ciepły, jasny świat? O, gdyby prędzéj!....
Gdy wreszcie zawołano na herbatę i młode towarzyszki weszły
do salonu, pan Michał piérwszy raz uważnie spojrzał na Lolę. Lubił
on słuszne, silne, o żywych rumieńcach i wydatnych kształtach
kobiéty; drobna więc, blada i jakby smutna dziewczyna, wydała się
mu prawie brzydką. Ale gdy przypomniał sobie wołającą o ratunek
Jałówkę, ośmdziesiąt chat stanęło mu w oczach na miejscu, gdzie
siedziała Lola i, udając zajęcie, blademi oczyma zaczął się w nią
wpatrywać.
Gdy zmrok zapadł, powozy państwa Swatowskich toczyły się
drogą, wiodącą do Próżnowa, a pan Andrzéj, wypuszczając z ust dym
cygara, pytał Starskiego:
- Cóż, panna nieszpetna, nieprawdaż?
- Blada jakaś i nikła, at, stworzenie Bozkie! Ja! panie,
lubię dziewczynę jak piwonią, kiedy krew tryska z twarzy, uroda w
sosnę, a wesołą. Ta panna Żytowska zamyślona jak rabin, a blada jak
suchotnica.
- To cóż? Może nie chcesz się z nią żenić? z niezadowoleniem
zapytał pan Swatowski.
- A cóż to ma jedno do drugiego? - przerażony pytaniem
zawołał pan Michał. - Gdybyś, szanowny panie Andrzeju, znalazł na
drodze woreczek brzydki, ale pełen pieniędzy, wziąłbyś go sobie i
schował do kieszeni, nieprawdaż?
Wpół złośliwie, wpół z zadowoleniem, uśmiechnął się pan
Andrzéj i odpowiedział:
- Niezawodnie, gdybym szczególniéj, jak ty, miał zadłużoną
Jałówkę.
Księżyc srebrnemi promieńmi zalewał drogę; po łąkach,
daleko, biała mgła rozlała się, jakby wielkie jezioro; wśród cichéj
i pięknéj natury, potworną sprzecznością brzmiała rozmowa dwóch
porządnych ludzi.
W salonie żytowskim, po wyjeździe góści, pan Jan mówił do
żony:
- Duszko, tęgi ten Starski! Jaki to być musi gospodarz! Całą
godzinę opowiadał mi o wołyńskich pługach. Starscy, to wielka
familia, panie! A jaki popularny! tak się ze mną na ganku całował,
aż mi gęba zabolała. A zaraz znać, że pan z panów, bo u nich
wszystkich myśliwstwo, to rzecz konieczna, - a on tylko o polowaniu
mówi.
Zamilkł po monologu pan Żytowski, włożył ręce w kieszenie i,
z widoczném zadowoleniem na twarzy, przechadzał się po salonie. Po
chwili stanął przed żoną i rzekł:
- Duszko! a gdyby ten Starski pomyślał o naszéj Lolce?
Na to pytanie Lola, która dotąd stała oparta o okno, patrząc
w zamyśleniu na piękną noc letnią, drgnęła i zwróciła się ku ojcu.
- Duszko, a gdyby on pomyślał o naszéj Lolce? - powtórzył
pan Jan, patrząc na milczącą żonę.
Pani Żytowska poprawiła na głowie czépeczek i rzekła powoli:
- Zdaje się, że to jest bardzo porządny człowiek,, Zresztą,
będzie tak, jak Pan Bóg zechce, mój Jasiu.
Dalszego ciągu rodzicielskiéj narady nie słyszała Lola.
Wychyliła się przez okno, patrzała w głęboki szafir nieba i
myślała.....
Myślała... któż opisze myśli rozmarzonego dziecka które
sobie własnych pragnień wyraźnie określić nie umié, a którego dusza
cała rwie się ku miłości, swobodzie i światu? Kto określi myśli
młodziuchnéj, tęskniącéj a niedoświadczonéj dziewczyny, gdy jéj po
raz piérwszy powiedzą: oto człowiek, który cię ukocha i wywiedzie z
samotności, tęsknoty i chłodu, na światło, na radość, na
promienie!...
W parę dni potém pan Michał sam jeden zjawił się w Żytowie
i, w imieniu swoich krewnych, zaprosił państwa Żytowskich do
Próżnowa. Tym razem zbliżał się do Loli, zapytywał ją, jak czas
przepędza? czy bywa w sąsiedztwach? zauważył, że dnie czerwcowe są
bardzo długie, nareszcie prosił ją, żeby zagrała. Dziewczyna, z
lekkim rumieńcem na bladéj zawsze twarzy, usiadła do fortepianu.
Śliczny walc Schulhoffa rozległ się po salonie i kilka chwil czyste
nuty szalały walcowym wirem. Potém łagodnym spadem żywa muzyka
spłynęła w coraz poważniejsze tony, i fortepian zaśpiewał pełną
gorącego uczucia aryą z Łucyi; - nareszcie śpiéw miłosny zmieniał
się powoli w coraz pełniejsze akordy i z pod palców grającéj
zabrzmiała pieśń rycerska, marsz tchnący energią i męztwem.
Państwo Janowstwo w czasie muzyki córki wysunęli się do
przyległego pokoju; Michał siadł na fotelu, wsparł głowę na dłoni,
układając się w zadumaną postawę.
Z razu nuta walca bawiła go nieco; potém początek miłosnéj
aryi wprowadził go w stan blizki drzémania; na trzecim takcie
ziéwnął, na piątym zamknął oczy i w samym środku przekleństw
Edgara, miła drzémka ogarnęła go całkiem. Dłoń, jakby w zamarzeniu
zsunięta na oczy, pokrywała jego stan istotny. Głośny, rycerski
marsz nie rozbudził go jeszcze; dopiéro kiedy zabrzmiały huczne
akordy finału, drzémiący ocknął się nagle, a przestraszony myślą,
że ktokolwiek mógł spostrzedz jego stan senny, roztworzył: szeroko
oczy, gwałtownie zerwał się z krzesła i, jednym susem przesadziwszy
cały salon, stanął przy fortepianie. Lola przelękła się gwałtownego
skoku, ale, widząc wprzód marzącą postawę Michała, sądziła, że
muzyka pogrążyła go w poetyczną zadumę, a niespodziewany sus z
fotelu do fortepianu naiwna dziewczyna przypisała w myśli
gwałtowności wrażenia, jakie jéj gra wywarła na młodym człowieku.
Gdyby ta katastrofa, wydarzona w żytowskim salonie, mogła
być znajomą w świecie, posłużyłaby za naukę konkurentom
nie-melomanom, aby muzyki swoich wybranych nie słuchali w miękkich
fotelach i z dłonią na oczach, bo mogą uledz pokusie snu; - a
młodym i naiwnym dziewczynom, aby zbyt nie ufały marzącym postawom
pretendentów, bo pod niemi kryje się często bezmyślny i bezwładny
sen.
Z Próżnowa Lola wracała do domu, zamyślona i marząca.
Zofia, chodząc z nią po salonie, rzekła półżartem:
- Moja miła, zdobywasz serca! Mój kuzynek Michał tak się w
tobie zakochał, że nie chcę wracać do domu.
Tu n'as qu'a vouloir, et tu seras M
me Starski.
A pan Michał, usiadłszy przy niéj, powiedział półgłosem, że,
wróciwszy ostatni raz z Żytowa, śnił niebo i piekło, i że w jéj
mocy było dać mu jedno, albo pogrążyć go w drugiém. Ten
katechizmowy komplement zasłyszał był gdzieś w wołyńskiém
sąsiedztwie i w naglącéj okoliczności zużytkował dla siebie.
Dziéwczę więc, jadąc do domu, marzyło: Może on mnie bardzo
kocha, może on mnie tak kocha, jak pan Warzecki Zofią! Ciekawam,
kiedy się oświadczy!... I myślała: co tu robić? wyjść za niego, czy
nie wyjść? Wprawdzie on mi się nie bardzo podoba, najpewniéj nie
kocham go... o nie, co za myśl!... nie kocham go najpewniéj....
ale.... nie mam téż do niego wstrętu.... W Żytowie tak nudno, tak
smutno, a on mnie powiedzie w świat daleki, na Wołyń; tam podobno
są góry piękne i ludzi wesołych wiele... Tak mi teraz zimno na
świecie, tak tęskno ciągle... On mnie musi bardzo kochać... on mnie
upieści, do serca przytuli!....
Patrzała w niebo pełne gwiazd, ścigała okiem cienie drzew, -
i znowu myślała: Ależ ja go nie kocham! co tu robić? co tu
robić?...
Czemuż wówczas jaki mądry i dobroczynny głos nie szepnął do
ucha Loli zbawczéj rady? Czemu jaka kochająca ręka nie zdjęła z jéj
ocz zasłony niedoświadczenia i błędu? Czemu ten anioł-stróż, o
którym, usypiając, marzyć lubiła, nie starł wtedy z jéj myśli
obrazu pana Michała?.... Niestety! Ojciec Loli, wsparty na
poduszkach powozu, chrapał, śpiąc snem głębokim; matka odmawiała
różaniec, - a anioł-stróż?... Aniołowie przemawiają do ludzi tylko
w poetycznych bajkach dziecinnych!....
Zaledwie dwa tygodnie upłynęły od przybycia pana Michała do
Próżnowa, gdy w okolicy głośno mówiono o konkurach pana Starskiego
do panny Żytowskiéj. Niektórzy przebąkiwali, że to zrujnowany
człowiek, niemający nic, oprócz pańskiego imienia i odłużonéj
wioszczyny; rozsądniejsi zwracali uwagę na to, że podobno bardzo
zaniedbane otrzymał wychowanie i zanadto lubi jarmarczki i
handelki; byli i tacy, którzy szczerze żałowali ładnéj i
sympatycznéj dziewczyny, dla rubasznego i ciężkiego karyerowicza.
Wszystkie te nagany i pożałowania były jednak ciche i nie
dochodziły do mało nawiedzanego Żytowa; a gdyby doń i doszły,
niewieleby pomogły, bo panu Janowi bardzo się podobał popularny i
całujący, że aż gęba bolała, Starski, a pani Żytowska w przybyciu i
zamiarach młodego człowieka widziała wyraźną wolę Pana Boga. Byli
téż sąsiedzi, którzy połączenie się ze Starskimi uważali za bardzo
zaszczytne dla Żytowskich, i winszowali ex-ekonomowi świetnéj
perspektywy małżeństwa córki. Po każdém z podobnych powinszowań pan
Żytowski prostował się, brał się w boki i wołał do żony:
- Duszko! czy śniło się kiedy tobie, że będziesz miała
zięcia Starskiego? Dalibóg, szczęśliwa dziewczyna! Ależ-bo, panie,
stworzona na wielką panią; blade to i delikatne, jak hrabiątko! Cóż
ty na to duszko?
Duszka, przechodząc powoli przez pokój z kluczami w ręku,
poprawiała na głowie biały czepek i odpowiadała mężowi:
- Snadź taka była wola Pana Boga, mój Jasiu! Niech będą Jemu
dzięki za wszystko!
Pan Michał często przyjeżdżał do Żytowa, a nauczony
doświadczeniem, nigdy już nie rozpiérał się w fotelu w czasie
muzyki Loli, o którą prosić miał sobie zawsze za obowiązek. Zato
stawał naprzeciw grającéj przy oknie i, blado-błękitnemi oczyma
ścigając po niebie obłoki, myślał jakby najprędzéj skończyć na
kobiercu nudne konkury, - albo machinalnie liczył włoskie topole
ogrodu, ponad innemi drzewami rysujące się na tle nieba.
Lola, grając, ukradkiem rzucała nań spojrzenia i myślała:
Jak on lubi moję muzykę! zawsze mnie o nią prosi. A jak się
zamyśla, kiedy gram! tak się zawsze we mnie wpatruje! O, on mnie
bardzo kocha!
W szybkim pasażu drobną rączką przebiegała klawisze i,
kształtnemi paluszkami wydobywając miękkie akordy ukraińskiéj
pieśni, znowu spoglądała na Michała. - Jakie on ma nieładne włosy,
- myślała, - jakieś rude! Nie podoba mi się, że on tak groźnie mówi
i takich nieładnych używa wyrażeń. To brzydkie przyzwyczajenie!
Tu wypadała jakaś trudność muzyczna; grająca zwracała uwagę
na nuty i przestawała myśléć o niezupełnie miłych stronach swojego
pretendenta. A po jego wyjeździe, z główką pełną zmieszanych myśli,
biegła do lasu na wzgórek i tęskno patrzyła na drogę. Serce jéj nie
rwało się wcale ku temu, co nią pojechał przed chwilą; ale od ciszy
i samotności domowéj biegło w świat inny, wesoły, wymarzony. Długo
siedziała na wzgórzu, z głową o dłoń opartą, ze wzrokiem utwionym w
dalekie zakrety drogi, a wstając i zwracając się ku domowi,
myślała:
- Pójdę za niego! dosyć już nudnego i zimnego życia!
Wprawdzie nie kocham go, ale on mnie kocha, więc go uszczęśliwię, a
przecież Zosia mówi:
l'amour vient apr?s le mariage!
Pewnego pięknego lipcowego dnia, przed ganek w Żytowie
zajechał znów koczyk pana Swatowskiego. Pan Andrzej, chociaż
spocony i zmęczony lipcowym upałem, więcéj był ożywionym i
grzeczniejszym niż zwykle; ściskał pana Żytowskiego, panią Janową
pocałował w rękę, a kłaniając się Loli, patrzał na nią z
dobroduszną czułością. Pan Michał uroczyście jakoś wyglądał,
wyświeżony, wyperfumowany, z szerokim krawatem w kraty ponsowe i
zielone, zawiązanym na ogromną kokardę.
Odrazu usiadł przy Loli, trzymającéj wzrok na rozpoczętym
hafcie; wydobył z piersi głębokie, trzypiętrowe westchnienie, a
schyliwszy okrągłą i rumianą twarz ku blademu licu dziewczęcia,
zaczął mówić zniżonym głosem:
- Są chwile w życiu człowieka......
Tu zabrakło konceptu. Spojrzał na sufit, spojrzał na piec i
myślał: co u licha!..
Lola zwróciła oczy na zakłopotanego pretendenta, a
przewidując oświadczyny, których się spodziewała, przypisała jego
zmieszanie się silnemu wzruszeniu, i z taktem nadała inny kierunek
rozmowie, zapytując o Próżnów, o Zosię. Tymczasem pseudo-zakochany
młodzieniec, lepiéj obmyśliwszy formułę wypowiedzienia swoich
quasi-uczuć, wypalił ją jednym tchem, poczém znowu
głęboko, trzema coraz cichszemi spadkami, westchnął.
Po kilku chwilach Lola zarumieniona wybiegła z salonu, a pan
Michał wstał z krzesła, tryumfująco poprawiał ogromną kokardę swego
krawatu.
Tymczasem pan Swatowski, wziąwszy pod rękę gospodarza,
przechadzał się z nim po przyległym pokoju.
- Porządny chłopiec, - mówił, prowadząc daléj rozpoczętą
rozmowę, - złote serce i z pięknéj familii.
Pan Jan czule przymrużył złośliwe oczki i rzekł:
- A już to, łaskawy sąsiedzie dobrodzieju, znajoma wszystkim
familia Starskich; panowie z panów; toż to podobno z hrabianki S.
rodzi się nasz kochany pan Michał.
- A tak, - odpowiedział, siadając i rozpierając się w
fotelu, pan Andrzej. - To téż kuzyn jego po matce, hr. S., swata mu
swoję córkę. Jak róża dziewczyna i 100,000 rs. posagu daje mu z nią
zaraz. Może-by co z tego i było, gdyby nie przyjechał tutaj i nie
zakochał się w twojéj córce, panie Janie.
Tu dobrodusznie rozśmiał się pan Andrzej i dodał, kiwając
głową:
- Tak to młodzi, zwyczajnie, łatwi do zakochania.
Panu Janowi błyszczały zmrużone oczki; złożył ręce,
uśmiechnął się czule, zgiął do ukłonu i zawołał z udaném
zdziwieniem:
- Być-że to może! poczciwy, panie, chłopiec! Wpadła mu w oko
moja Lolka, a ja ani spostrzegłem tego! Zwyczajnie, panie, stary,
zapomniałem już jak za młodu bywa. Ależ bo złota, panie,
dziewczyna! Jak gra! znać, że po dukacie brała lekcye muzyki w
Warszawie.
- To téż mój kuzynek, - odparł pan Andrzej - bardzo się
zapatrzył na śliczną rzeczywiście twoję córeczkę, panie Janie, i
zobowiązał mnie, abym w jego imieniu prosił cię dzisiaj o jéj rękę.
Chociaż nie lubię się wdawać w podobne sprawy, ale, jeżeli potrzeba
mojego słowa do uszczęśliwienia porządnego chłopca, wstawiam się za
nim do ciebie, panie Janie, i ręczę słowem honoru, że w przyszłym
mężu twojéj córki znajdziesz porządnego człowieka, w całém
znaczeniu tego wyrazu. Nie gra w karty, nie pije, pobożny, skromny
i poczciwy, a złote serce!
To mówiąc, pan Andrzej powstał, wziął rękę pana Jana,
uściskał ją silnie i, jakby w rozczuleniu, opuścił się na krzesło.
Pan Jan zgiął się uniżonym ukłonem, jeszcze czuléj przymrużył oczki
i mówił:
- Z całéj duszy, łaskawy sąsiedzie, z całego serca rad
jestem, że Lolka podobała się tak porządnemu człowiekowi, jak pan
Michał. Trzeba się tylko zapytać o zdanie mojéj żony i jéj saméj.
Co do mnie, zgadzam się i błogosławię, a kochanego swata ściskam i
całuję.
I pochwycił w objęcia pana Swatowskiego, i całował go z
całéj siły.
Pan Andrzej, z trudem wysunąwszy się z uścisku ex-ekonoma,
rzekł:
- Kiedy tak, to jestem pewny, że sprawa Michasia wygrana.
Młode serce łatwo się oddaje, a za wolą córki pójdzie i zgodzenie
się matki. Twoje veto, panie Janie, było najważniejsze, a gdy
kładziesz afirmatywę, pomówmy o innych rzeczach.
Pan Jan przysunął krzesło, usiadł, szerzéj otworzył oczy i
rzekł:
- Pomówmy, pomówmy, łaskawy sąsiedzie dobrodzieju. O cóż
idzie?
- Bo to widzisz, panie Janie, - mówił pan Swatowski, bębniąc
palcami po stole, - młodzi, zwyczajnie jak zakochani, mało myślą o
powszednim chlebie; nam więc starszym za nich myśléć o tém
potrzeba. Michałowi zdarzały się świetne partye, mógł wziąć
półmiliona i milion złp. posagu. Ale poczciwy chłopiec bez miłości
nie chciał się żenić. Teraz, gdy już kobierzec niedaleki, ja za
niego myślę o pieniądzach, i ot tak otwarcie zapytuję ciebie, panie
Janie: jaki posag dasz córce?
Pan Jan uśmiechnął się złośliwie, szybko jednak powściągnął
uśmiech i zawołał:
- Masz słuszność! piéniążki przedewszystkiém, nic bez nich!
Otóż-to kiedy rozumny człowiek! A nie powstydzę się posagu.
Bławacin dam Lolce, 80 chat, panie, 50 włók lasu, złote jabłko!
- To dobrze, - odpowiedział pan Andrzej; - ale na nową
gospodarkę cośby gotówki potrzeba. Dasz, panie Janie, w dodatku ze
sto tysiączków złp.?
- Sąsiedzie dobrodzieju, żałosnym głosem zawołał ex-ekonom,
dalibóg nie mam! jak cię z serca kocham i szanuję, tak nie mam!
Nic, oprócz Żytowa, nie zostawiam sobie, a przecież i nam starym
trzeba kawałka chleba do śmierci. Ależ przecie i kochany pan Michał
musi miéć swoje dobra, albo kapitały; alboż to świat nie wié o
bogactwie familii Starskich?...
I śmiał się dobrodusznie ojciec Loli, kiwając głową i
patrząc zmrużonemi oczkami w twarz pana Andrzeja.
- Ma ona majątek, - odpowiedział pan Andrzej, mocniéj bębnąc
palcami, - piękny i duży majątek, żyzny i leśny. Ale trochę to...
trochę zadłużone, no, niewiele... ale jest troszkę grzeszków. Nie
jego grzechów, broń Boże! to chłopiec skromny, jak panienka, a
wyrachowany, jak stary; ale tak... ojcowskich... Wieczny jemu
pokój, nieboszczyk Starski lubił pohulać.
Pan Jan posmutniał i zamyślił się. Widocznie ojcowskie
grzeszki nie bardzo mu się podobały. Ale imię Starskiego brzmiało w
uszach ex-ekonoma nieopisanym urokiem; osnuł już był sobie całą nić
marzeń, jak będzie nazwiskiem zięcia imponował sąsiadom, którzy,
zdawało mu się, pamiętali początek jego zawodu.
Wstając więc z krzesła, rzekł:
- Zobaczymy, panie Andrzeju, zobaczymy; może się i znajdzie
jeszcze grosz jaki. Wszakże to jedynaczka; wszystko, co nasze,
będzie jéj własnością.
- Ale musisz dla młodéj pary dom urządzić w Bławacinie, -
dodał jeszcze pan Andrzej, poufale uderzając gospodarza po
ramieniu. - W majątku Michała dom, choć piękny, ale tak...
nadrujnowany. Ojciec jego, zwyczajnie jak wielki pan, w jednych
dobrach mieszkał, a inne folwarki opuszczał. Trzeba przecież
urządzić ładne gniazdo dla takich ślicznych ptasząt. Nie prawdaż?!
I rozrzewniony czułą metaforą, pan Swatowski wydobył chustkę
z kieszeni i otarł zwilżone łzami oczy.
W niespełna miesiąc po dniu, w którym Wacław Warecki,
szczęśliwy i rozkochany, opuścił Próżnów po przyrzeczeniu Zofii, -
z żytowskiego dworu wyjeżdżał około północy pan Michał, z
rozwiązaną od radości kokardą kraciastego krawatu, przyjęty także i
szczęśliwy.
O, jakże różne od siebie są serca ludzi, jak różne źródła
ich radości!
Za bramą narzeczony Loli rzucił się w otwarte objęcia pana
Swatowskiego.
- Niechże ci powinszuję, Michasiu, - wołał pan Andrzej, -
oto partyą robisz nielada! Wielu ci pozazdrości.
- Wdzięcznym ci, wdzięcznym do śmierci, - mówił Michał,
dusząc się w uścisku swego swata. - Otóż o takich krewnych daj Boże
miéć każdemu poczciwemu człowiekowi!
I znowu duże chustki, wyciągnięte z kieszeni, ocierały dwie
pary oczu.
W salonie żytowskim pan Jan mówił do żony:
- Duszko! coś, widzi mi się, przyszły nasz zięć goły, jak
święty turecki. Źle panie. Nie chciałem córki wydać za hołysza.
Jednak, zawszeć to Starski. I cóż robić, stało się!
- Mój Jasiu, - odpowiedziała cicho i powoli pani Żytowska -
przecież Lola ma, chwała Panu Bogu, własny fundusz. Pan Starski
porządny człowiek, i kiedy się już tak złożyło, snadź taką była
wola Pana Boga. Dla kobiéty, która powinna zająć się domem,
gospodarką i chwałą Bozką, niewiele potrzeba.
W czasie téj rozmowy państwa Żytowskich, Lola w cichym
pokoiku, oświeconym bladą lampką, klęczała przed swojém dziewiczém
łóżeczkiem, twarz ukryła w obie dłonie i z oczu płynęły jéj łzy
gorące. Smutno było biédnemu dziecku w tym dniu stanowczym życia,
bez serdecznéj rady i pieszczoty; - czuła się dziwnie samotną i
słabą, bardzo słabą, zostawiona swojéj woli, tak niepewnéj jeszcze,
chwiejnéj i dziecinnéj.
Zresztą, któż wypowiedziéć zdoła smutne przeczucia, te
wieszczby złowrogie, które żelazną obręczą bólu ściskają pierś
wtedy, gdy nieszczęście ukryte jeszcze pod tajemniczą zasłoną
przyszłości!
Biédna Lola łzami smętnego przeczucia płakała w przeddzień
godów weselnych!...
Śluby dwóch młodych par w Próżnowie i Żytowie odbyły się w
przeciągu jednego tygodnia. Na konieczne żądanie pana młodego,
państwo Warzeccy brali ślub cichy, w obecności rodziców panny
młodéj i kilku świadków.
Inaczéj było w Żytowie. Pan Jan, pragnąc całemu sąsiedztwu
przedstawić zięcia Starskiego, zaprosił na wesele córki wszystkich
znajomych. Lola tak była spragniona świata i ludzi, tak mało
zajmował ją przyszły małżonek, że szczerze cieszyła się nadzieją
weselnéj zabawy. W kilka więc dni po ślubie państwa Warzeckich, w
parafialnym kościele Żytowa, oświeconym
a giorno, organista z całéj siły cisnął organy, śpiewając
Veni Creator; pan Swatowski, uroczyście wygolony i
wyfrakowany, w białych rękawiczkach i bielszym jeszcze krawacie, z
wielką pompą, wśród tłumu znajomych i ciekawych, prowadził od
ołtarza młodziuchną panią Starską, a potém w stubarwnym salonie
Żytowa noc całą tańczono.
Wyrzeczone przysięgi ślubne, skończone weselne obchody, a
więc i dramat skończony, - nie prawdaż?
Tak, - przysięgą ślubną i tańcem weselnym kończy się zwykle
dramat w powieści, ale nie w życiu. W tém dziwaczném, figlarném a
psotném życiu dramat najczęściéj zaczyna się właśnie wtedy, gdy
najmniéj spodziewany, a boleści i łzy jego nie dają się odegnać i
stłumić, ani stułą kapłańską, ani skocznemi akordy weselnéj
orkiestry.
Śluby Zofii i Wacława, Loli i Michała nie zakończyły dramatu
ich życia; owszem, rozpoczęły go, i dlatego opis dróg, jakiemi szli
oni wzajem ku sobie, jest tylko "początkiem powieści". Dalszy ciąg
i koniec powieści téj rada-bym z serca opowiedziéć wam, czytelnicy;
ale wiécie zapewne sami, że na tym biédnym świecie, dla różnych i
przeróżnych powodów, wiele niekiedy przemilczéć trzeba. Złośliwe
demony, rojami unosząc się około człowieka, zamykają mu usta i
wołają: tego nie mów! tego nie mów! wstrzymują mu rękę, krzycząc
hałaśliwie: o tém nie pisz! o tém nie pisz! I, chcąc nie chcąc,
człowiek usta zamyka, pióro odrzuca, i myśl jego niedopowiedziana w
świat ulatuje.
Tymczasem, czytelnicy, jeżeli chcecie uzupełnić w myśli
swojéj to, czegom nie dopowiedziała wam tutaj, okiem badawczém
wpatrzcie się w głębie otaczających was istnień. Tam, gdzie huczą
burze niezaspokojonych pragnień, gdzie pod wpływem goryczy krzywią
się dobre istynkta, a w prochu zagasłego rodzinnego ogniska, jak
zjadliwe żmije, roją się i wiją bóle i grzechy - tam szukajcie
dalszego ciągu powieści mojéj. A gdzie znajdziecie jasną myśl
ludzką, przyświecającą w najgłębszych nawet przepaściach, gdzie
ujrzycie pracę wytrwałą - tam będzie powieści téj koniec.
Spójrzcie więc uważnie wokoło siebie i w istnieniach
otaczających ludzi dojrzyjcie dalszego ciągu historyi bohaterów
moich; a nim historyą tę kiedyś, kiedyś dopowiedziéć wam sama będę
mogła, żegnam was tymczasem, czytelnicy, słowem: do zobaczenia.
Koniec.