O, znam je dobrze, bardzo dobrze je znam. Sam przecie, chociaż
niedługo byłem małem dzieckiem. Pamiętam, że nosiłem wtedy
niesłychanie długie ubrania. Dlaczego to dzieci ubierają zawsze w
kilkołokciowe sukienki? Chciałbym doprawdy raz wreszcie tego się
dowiedzieć. W żaden sposób nie mogę zrozumieć, dlaczego malutkie
dzieci zmuszone są nosić tak długie ubrania? Może dlatego, że
rodzice wstydzą się małego wzrostu dziecka i chcieliby, aby
wydawało się większe, niż jest rzeczywiście? Pewnego razu
zainterpelowałem w tej kwestji znajomą niańkę. - Ach, mój Boże! - odpowiedziała. - Przecież dzieci zawsze ubiera
się w długie sukienki i niech im to idzie na zdrowie! A kiedy wytłómaczyłem, że odpowiedź ta przynosi zaszczyt jej
uczuciom, ale niewiadomości mej bynajmniej nie rozstrzyga, rzekła: - Mój Boże, sir! Czyż naprawdę chce pan, żeby kochane maleństwa
chodziły w krótkich ubrankach? A powiedziała to tonem, świadczącym, że wyrządziłem jej jakąś
straszliwą krzywdę. Od tej pory krępowałem się już pytać, a znaczenie długich sukienek
- jeżeli wogóle mają one jakiś sens - nazawsze pozostało dla mnie
tajemnicą. Wogóle wydaje mi się absurdem ubierać malutkie dzieci w
jakiekolwiek ubrania. Bóg jeden wie, że na świecie tyle razy trzeba
się ubierać i rozbierać, iż niema racji rozpoczynać tego wcześniej,
niż wymaga konieczność i że możnaby uwolnić od tych męczarni ludzi,
którzy leżą w łóżku. Po co budzić zrana biedne maleństwa i
zdejmować z nich cały stos jednego ubrania, aby włożyć stos
drugiego i ułożyć zpowrotem do łóżeczka, a wieczorem znowuż je
podnosić, aby raz jeszcze zmienić ubranie? A gdy to wszystko jest
już dokonane, powiedzcie mi, proszę, jaka zachodzi różnica pomiędzy
nocną koszulką niemowlęcia, a tem odzieniem, które nosi we dnie? Bardzo prawdopodobne wszakże, iż swojemi pytaniami wystawiam się
tylko na śmieszność, - twierdzę iż zdarza mi się to zbyt często, -
dlatego też nie będę już mówił o sukienkach, zwrócę zaś jedynie
uwagę, że byłoby bardzo wygodnie, gdyby zaprowadzono modę,
pozwalającą odróżnić chłopca od dziewczynki. Teraz kwestja ta przedstawia niesłychane trudności. Ani włosy, ani
ubranie, ani rozmowa nie dają najmniejszej możności rozwiązania
zagadki, którą jednak niejednokrotnie rozwiązać jest się zmuszonym.
Skutkiem jakiegoś tajemniczego prawa natury zgadujesz zawsze
naodwrót, dzięki czemu wszyscy krewni i przyjaciele uważają cię za
głupca i impertynenta. Straszliwa zbrodnia - gdy się powie o
niemowlęciu rodzaju męskiego "ona" - może się równać jedynie
okrucieństwu powiedzenia "on" o dziecku płci żeńskiej. Płeć, do
której nie należy dany egzemplarz rodu ludzkiego, uważana jest za
godną pogardy, a wspominanie o niej rodzina poczytuje za rozmyślną
obrazę. Jeżeli dbasz o swoją opinję, to nie próbój nigdy wywinąć się z
ciężkiej sytuacji, mówiąc o niemowlęciu "ono". Wiele rzeczy na
świecie może cię okryć wstydem i hańbą: wymordowawszy z zimną krwią
całą liczną, szanowaną rodzinę i rzuciwszy trupy do rezerwuaru
wodociągowego, staniesz się w okolicy wielce niepopularnym, również
ograbiwszy kościół, wzbudzisz ku sobie powszechną nieprzyjaźń,
zwłaszcza ze strony pastora. Jeśli jednak pragniesz wypić do dna
największą czarę gniewu i nienawiści, jaką tylko podać ci może
druga ludzka istota, powiedz wobec młodej matki "ono" o jej
ukochanem "dzidzi." Najlepiej już nazwać tego członka rodziny "kochanym aniołkiem".
Rzeczownik "anioł" może być zarówno męskiego, jak i żeńskiego
rodzaju, daje się najzupełniej zastosować w danym wypadku i
zpewnością będzie przychylnie przyjęty. Dla rozmaitości można użyć
- "ślicznotka" i "pieszczotka", ale wyrażenie "aniołek" przyniesie
zaszczyt twemu rozsądkowi i sercu. Słowo to winno poprzedzić
krótkotrwałe roztkliwienie, okraszone możliwie jaknajdłużej
trwającym uśmiechem. A nie zapomnij dodać, że dziecko ma nos ojca.
Rodzice najłatwiej "łapią się" na tę wędkę. Zpoczątku będą udawali,
że to ich śmieszy, powiedzą nawet: "Ach, co za głupstwa!" Wtedy
powinieneś się oburzyć i obstawać przy swojem. Nie krępuj się
przytem wyrzutami sumienia, ponieważ nos małego stworzenia jest
rzeczywiście podobny do nosa ojca, t. j. jeżeli wogóle może być do
czegoś podobny, stanowiąc jedynie plamę. Nie lekceważ sobie tych wskazówek, mój przyjacielu. Może i na
ciebie przyjść chwila, kiedy, mając mamusię po jednej ręce, babcię
- po drugiej, gromadkę zachwycających się (ale nie tobą) panienek z
tyłu i łysego przedstawiciela człowieczeństwa przed sobą, będziesz
niewypowiedzianie szczęśliwy za każde słowo, jakie przyjdzie ci na
myśl. Mężczyzna - t. j. nieżonaty mężczyzna - nie bywa nigdy w
bardziej niekorzystnej sytuacji, jak wówczas, gdy podlega męczarni
"oglądania dzidzi". Na samą już tę propozycję zimny dreszcz
przebiega mu po kościach, a bolesny uśmiech, mający wyrażać jego
zachwyt, powinienby wzruszyć nawet serce matki, gdyby (jak
przypuszczam) żony nie robiły tego wszystkiego w tym jedynie celu,
by odpędzić od domu nieżonatych przyjaciół męża. Bądź co bądź jednak, jest to zbyt okrutny fortel. Dzwonią i
posyłają po mamkę, aby zeszła z "dzidzi" do salonu. Jest to sygnał
dla kobiet; wszystkie obecne istoty płci żeńskiej poczynają mówić o
"dzidzi", pozostawiając cię na pastwę posępnych rozmyślań, czy nie
możnaby przypomnieć sobie naraz, że masz jakąś nieznoszącą zwłoki
sprawę i czy ci uwierzą. W tej samej właśnie chwili, kiedy już
wymyśliłeś jakąś idjotyczną nieprawdopodobną historię o
przyjacielu, który czeka przed domem, drzwi się otwierają i do
pokoju wkracza olbrzymia niewiasta z niesłychanie poważną miną. W
ręku niesie coś, co na pierwszy rzut oka wygląda, jak niesłychanie
cienka poduszka, z której w jednym końcu wyłazi pierze. Instynkt
wszakże mówi ci, że to właśnie jest "dzidzi", skutkiem czego
zrywasz się z krzesła z nędzną imitacją zachwytu na twarzy. Kiedy
ucichł już nieco pierwszy wybuch entuzjazmu kobiet, przyjmujących
owacyjnie przedmiot, o którym mowa, a liczba pań, mówiących naraz,
spada do zwykłej normy czterech, lub pięciu, koło rozwianych
spódniczek roztwiera się, robiąc miejsce dla ciebie. Wychodzisz na
środek z taką miną, jakbyś zbliżał się do ławy oskarżonych, poczem
uroczyście wpijasz się oczami w "dzidzi", czując się wciąż
niewypowiedzianie nieszczęśliwy. Następuje martwa cisza, tobie zaś
wiadomo, że wszyscy czekają, co powiesz. Ze wszystkich sił starasz
się coś wymyśleć i z przerażeniem spostrzegasz, że zdolność
myślenia całkowicie cię opuściła. Chwila to jest rozpaczliwa, a
twój zły duch, korzystając z niej, podpowiada ci najidjotyczniejsze
wyrażenie, jakie kiedykolwiek wyszło z ust ludzkich. Oglądasz się
dokoła z głupim uśmiechem i mówisz wesoło: - Nie wiele ma włosów, prawda? Przez chwilę nikt ci nie odpowiada, aż wreszcie imponująca
piastunka odzywa się z godnością: - Pięciotygodniowe dzieci nie miewają zazwyczaj długich włosów. Poczem następuje powtórne milczenie, czujesz, że pozwalają ci
naprawić swoją opinję. Korzystasz więc z tego, by zapytać, czy
"dzidzi" umie chodzić i czem się je karmi. Wówczas wszyscy już zaczynają się domyślać, że brak ci piątej
klepki i żałują cię z całego serca. Ale piastunka nie chce
dopuścić, abyś się wykręcił niczem, bez względu na to, czy jesteś
warjatem, czy też nim nie jesteś, i postanawia torturę doprowadzić
do końca. - Niech pan ją weźmie na ręce, sir, - powiada tonem najwyższej
kapłanki, przewodniczącej jakiemuś religijnemu mysterjum, podając
ci zawiniątko. Jesteś zbyt przygnębiony, aby stawić opór, z pokorą więc
przyjmujesz "słodki" ciężar. - Niech pan położy rękę trochę poniżej pleców, sir, - mówi
najwyższa kapłanka, poczem wszyscy się cofają, pilnie cię
obserwując, jakbyś miał pokazywać jakie sztuki żonglerskie. Ty zaś sam nie wiesz, co masz robić, tak samo, jak przedtem nie
wiedziałeś, co masz mówić. Jasnem jest wszakże, że coś robić
trzeba, zaczynasz więc podrzucać w górę nieszczęsne dziecko,
przyśpiewując "luli, luli", albo coś w tym samym rodzaju, równie
mądrego. - Jabym na pańskiem miejscu nie podrzucała jej tak wysoko, -
powiada karmicielka, - od byle głupstwa robi się jej niedobrze. Postanawiasz momentalnie przestać ją podrzucać, żywiąc nadzieję,
że nie zaszedłeś jeszcze zbyt daleko. W tej samej chwili dziecko, spoglądające dotychczas na ciebie z
wyrazem najwyższego przerażenia, pomieszanego ze wstrętem, kładzie
kres wszystkiemu, poczynając drzeć się na całe gardło. Kapłanka
rzuca się na ciebie i porywa je z okrzykiem. - Szsz... szsz... szsz!... Co wuj zrobił dzieciątku? - Zdumiewające, - odzywasz się uprzejmie, - czemu to ono naraz tak
zapłakało? - O, zapewne pan jej coś zrobił, - mówi z oburzeniem matka, -
dziecko bez racji nigdy nie krzyczy. Myślą widocznie, że wbiłem dziecku igłę. Niemowlę cichnie wreszcie i niewątpliwie całkiemby się uspokoiło,
gdyby nie to, że jakaś wszędobylska osoba pokazuje mu ciebie,
pytając: "Kto to, maleńka?" wobec czego mądre dziecko, poznawszy
cię, zaczyna drzeć się nanowo. Na to jakaś niemłoda, tłusta dama odzywa się: - Zadziwiające, jak dzieci czasem nie lubią kogoś od pierwszego
spojrzenia. - O, one mają instynkt, - odpowiada tajemniczo druga. - Tak, to zadziwiające, - dodaje trzecia. Poczem wszyscy spoglądają na ciebie zukosa, jak na zatwardziałego
zbrodniarza. Rozkoszują się myślą, że właściwy twój charakter,
którego nie domyślali się nawet twoi bracia - ludzie, został
odsłonięty dzięki zdumiewającemu instynktowi małego dziecka. Mimo wszakże wszelkie swoje występki i błędy, dzieci do pewnego
stopnia przynoszą korzyść. Zapewne nie są one też bezużyteczne, gdy
zapełniają czyjeś puste serce, gdy wywołują słoneczne promienie
miłości na zachmurzone od trosk oblicza, gdy drobne paluszki ich
wygładzają zmarszczki, zamieniając je w uśmiechy. Dziwne, dziwne stworzonka! Są one nieświadomymi aktorami na
olbrzymiej scenie świata. Wprowadzają nutę komizmu do zbyt
tragicznego dramatu życia. Każde z nich stanowi małą, lecz
stanowczą opozycję przeciw ustanowionemu porządkowi rzeczy, robiąc
wiecznie to, czego robić nie należy, w niewłaściwej porze, nie tam,
gdzie należy i nie tak, jak należy. Dziecko - niańka, posyłając
Jenny, aby zobaczyła, co robią Tommy i Totty i każąc "powiedzieć
im", żeby nie ważyły się "tego robić", musiała znać doskonale
dziecięcą naturę. Pozwólcie przez chwilę normalnemu dziecku robić,
co samo zechce, a jeżeli nie zrobi czegoś, czego robić nie
należało, posyłajcie czemprędzej po doktora. Posiadają one specjalną zdolność dokonywania najśmieszniejszych
rzeczy z zachowaniem absolutnej, głębokiej powagi. Mądre,
uduchowione miny, z jakiemi biorą się za ręce i na złamanie karku
pędzą na zachód, podczas, gdy starsza siostra krzyczy z całych sił,
by szły za nią na wschód, są niesłychanie zabawne, chociaż, może,
nie dla starszej siostry. Obchodzą ze wszystkich stron żołnierza, z
największem zaciekawieniem przyglądając się jego nogom i szczypiąc
go dla przekonania się, czy jest "prawdziwy". Nie zwracając uwagi
na protesty i zakłopotanie ofiary, twierdzą uporczywie, iż
nieśmiały młodzieniec, siedzący w kącie tramwaju, jest to ich
"tatus". Róg ulicy, zatłoczony przechodniami, wydaje się im
najwygodniejszem miejscem do pogawędki o sprawach domowych,
prowadzonej podniesionymi, piskliwymi głosikami. Przy przejściu
przez plac ogarnia je naraz niezwalczona ochota potańczenia, a
stopień przed sklepem, do którego wchodzi najwięcej kupujących,
jest ulubionem miejscem, aby siąść i zdjąć trzewiczki. W domu uważają, że największa laska, albo parasol - a zawsze
otwarty ma pierwszeństwo przed zamkniętym - niezmiernie pomaga przy
wchodzeniu na górę. Dochodzą do wniosku, że kochają bardzo Marysię,
albo Joasię nieodmiennie wtedy, gdy wierna służąca kręci się koło
komina i pragną koniecznie uczucia te przypieczętować pocałunkami.
Huśtają kotka głową w dół, a przywiązanie swoje do pieska
wypowiadają, ciągnąc go za ogon. Sprawiają mnóstwo kłopotu, robiąc w domu zamęt i nieład, a
utrzymanie ich kosztuje bardzo drogo, mimo to jednak niedobrze
jakoś bez nich w domu. Brak czegoś, gdy nie słyszy się ich
niemilknących języczków, gdy się nie czuje obecności ich psotnych
rączek. Pokoje takie są posępne bez ich tupoczących nóżek, a
rozeszlibyście się z pewnością w dwie przeciwne strony, gdyby nie
łączyły was gwarne ich głosiki. I tak być powinno, a jednak czasem malutka rączka staje się
przyczyną rozejścia. Zapewne, brutalnością jest powstawać przeciw
temu najczystszemu z ludzkich uczuć, tej najlepszej pociesze w
życiu kobiety, przeciw miłości macierzyńskiej. Święte to uczucie
niezupełnie zrozumiałe jest dla nas, brutalnych mężczyzn, mam też
nadzieję, że nie zostanę oskarżony o brak szacunku, jeżeli powiem
tylko, że nie powinno ono pochłaniać wszelkich innych uczuć.
Dziecko nie powinno wypełniać całego waszego serca, nakształt
bogacza, który ogrodził źródło. Czyliż w pobliżu niema drugiego,
spragnionego wędrowca? W pięknem dążeniu być dobrą matką, nie zapominajcie być dobrą
żoną. Nie należy całej uwagi, wszystkich starań poświęcać jednemu
wyłącznie. Kiedy biedny Edwin proponuje przechadzkę, nie
odpowiadajcie z oburzeniem: "Jakto? Zostawić "dzidzi" samo"? Nie
spędzajcie całych wieczorów na górze, w pokoju dziecinnym i nie
ograniczajcie swojej rozmowy wyłącznie do kokluszu i odry. Moja
kochana, mała kobietko, dziecko niezawsze umiera, gdy kichnie, dom
nie spala się do szczętu, a niańka nie ucieka z żołnierzem,
zaledwie wyjdziecie za próg domu, kot zaś niezawsze skacze do
gardła ukochanemu dzieciątku, zaledwie odejdziecie od jego
łóżeczka. Zbyt się zamęczacie tem kurczątkiem, ale nie zamęczajcie
też innych. Pomyślcie trochę o innych obowiązkach, a wasze miłe
twarzyczki nie będą wiecznie zachmurzone, w salonie zaś będzie wam
również wesoło, jak i w pokoju dziecinnym. Pomyślcie trochę o
swojem dużem dziecku. Niech i ono czasem się zabawi, niech i ono
będzie popieszczone, niech i ono niekiedy z wami się pośmieje.
Tylko pierwsze dziecko zabiera kobiecie wszystkie chwile. Pięcioro,
albo sześcioro nie wymaga tyle starań, co jedno. Ale złe już się
stało. Dom, gdzie dla niego zabrakło miejsca, a żona zbyt jest
zajęta, by o niem myśleć, traci wszelki urok dla waszych
nierozsądnych mężów, którzy nauczyli się już gdzieindziej szukać
spokoju i rozrywki. Ale dosyć, dosyć. Jeżeli będę mówił dalej w tym tonie, pozyskam
opinję nieprzyjaciela dzieci. Bogu zaś wiadomo, że nim nie jestem.
Czyż można uczuwać nienawiść, patrząc na niewinne ich twarzyczki,
tak bezradnie zwrócone w stronę olbrzymich wrót, wiodących na
świat? Świat, maleńki, ziemski światek! Jaki tajemniczy i olbrzymi
wydawać się musi dziecięcym oczom! Jakże niezmierzonym i nieznanym
lądem wydaje się im ogród przy domu! Jakichże cudownych odkryć
dokonywują w składzie pod schodami! Z jakiem przerażeniem
spoglądają na ulicę, zastanawiając się (tak, jak my, dorośli,
patrząc na gwiazdy), gdzie jest jej koniec. A jakiem poważnem, niedziecięcem spojrzeniem obrzucają najdłuższą
ulicę - długą, mglistą ulicę życia, rozściełającą się przed ich
oczyma. Jakie te spojrzenia bywają niekiedy smutne, wystraszone!
Pewnego wieczoru widziałem maleńkie dziecko, siedzące na stopniu,
przed drzwiami pewnego odrapanego domu i nie zapomnę nigdy jego
oczu, spoglądających z wychudzonej twarzyczki, oświetlonej światłem
gazowej latarni, - oczu, pełnych przerażenia i rozpaczy. Jakby
widok nędznego podwórza wywołał przed jego oczyma straszliwą
perspektywę nędznego życia i śmiertelnym przestrachem napełnił jego
serduszko. Biedne, małe nóżki, wstępujące zaledwie na kamienistą drogę! My,
starzy wędrowcy, którzy daleko już, daleko zaszliśmy na drodze,
możemy przystanąć po to tylko, by was powitać. Wy wychodzicie
dopiero z ciemnej mgły, my zaś oglądając się za siebie, widzimy was
w oddaleniu takie maleńkie, widzimy, jak, stojąc na szczycie góry,
wyciągacie do nas rączki. Niechaj Bóg was prowadzi! Pragnęlibyśmy
wrócić i ująć wasze maleńkie rączki w swoje dłonie, ale przed nami
rozlega się szum wielkiego morza - zatrzymać się nie możemy. Musimy
pospieszać, czas zejść z góry, albowiem tajemnicze okręty za chwilę
już rozwiną posępne, czarne żagle.