Z. Powieść o Zeldzie Fitzgerald - Therese Anne Fowler

Reflow text when sidebars are open.
Strona tytułowa
Redakcja stylistyczna
Anna Tłuchowska
Korekta
Renata Kuk
Hanna Lachowska
Barbara Cywińska
Projekt graficzny okładki
Olga Grlic
Zdjęcie na okładce
? Sasha/Hulton Archive/Getty Images/Flash Press Media
Tytuł oryginału
Z: A Novel of Zelda Fitzgerald
Copyright ? 2013 by Therese Anne Fowler.
All rights reserved.
For the Polish edition
Copyright ? 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 978-83-241-4726-7
Warszawa 2013. Wydanie I
Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.
02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63
tel. 620 40 13, 620 81 62
www.wydawnictwoamber.pl
Publikację elektroniczną przygotował
Prolog
Prolog
Montgomery, Alabama
20 grudnia 1940 r.
Drogi Scotcie!
"Ostatni z wielkich"[1] to znakomity tytuł dla twojej powieści. A co mówi Max?
Od jakiegoś czasu myślę, że może zaryzykowałabym samolot i wpadła do ciebie na Nowy Rok. Przyślij mi telegraficznie pieniądze, jeśli możesz. Czy nie dobrana będzie z nas para? - ty ze swoim kiepskim sercem, a ja ze swoją kiepską głową. Mimo to oboje możemy coś z tego mieć. Ja przywiozę ci trochę tych ciasteczek serowych, za którymi tak zawsze przepadałeś, a ty będziesz mógł mi przeczytać to, co dotychczas napisałeś. Wiem, że to będzie znakomita powieść, najlepsza z dotychczasowych.
Piszę krótko, żeby zdążyć to wysłać jeszcze dziś, zanim zamkną pocztę. Odpisz szybko.
Twoja oddana
Z~
Gdybym tak mogła przecisnąć się przez szparę w skrzynce, powędrowałabym w ślad za listem aż do Hollywood, do Scotta, wprost pod drzwi do naszej następnej przyszłości. Przecież zawsze jest jakaś następna i nie ma powodu, żebyśmy jej nie mogli rozpocząć właśnie teraz. Gdyby tylko ludzie mogli przemieszczać się równie łatwo jak słowa. Czy nie byłoby to wspaniałe? Gdyby tylko można nas było równie łatwo przepisać na nowo.
Poczmistrz podchodzi z brzękiem kluczy, by zamknąć urząd.
- Jak się pani ma, panno Sayre? - pyta, choć wie, że od roku 1920 jestem panią Fitzgerald. Alabamczyk z krwi i kości z tego Sama; "Sayre" brzmi w jego ustach jako "Seja", gdy ja, mieszkając tak długo poza rodzinnym stanem, nauczyłam się z czasem w jakimś stopniu wymawiać te przeciągłe miękkie spółgłoski.
Wkładam ręce do kieszeni swetra i ruszam do drzwi.
- Jestem zdrowa jak rydz, Sam, dziękuję. Mam nadzieję, że pan też.
Przytrzymuje mi drzwi.
- Bywało gorzej... No to miłego wieczoru.
I ze mną bywało gorzej. O wiele gorzej, i Sam o tym wie. Wszyscy w Montgomery wiedzą. Widzę, jak na mnie patrzą na rynku, na poczcie czy w kościele. Szepczą, że zwariowałam, i ja, i mój brat, i jakie to smutne, że dzieci sędziego Sayre'a zmarnowały jego spuściznę. Wszystko to przez matkę, szepczą, choć mama, której główną zbrodnią jest to, że pochodzi z Kentucky, jest równie zdrowa i rozumna jak każdy z nich - choć to określenie, gdy teraz o tym myślę, być może niewiele znaczy.
Na zewnątrz słońce zapadło już za horyzont, zmęczone tym dniem, zmęczone tym rokiem, gotowe jak ja, by zacząć od nowa. Jak prędko Scott dostanie mój list? Jak prędko dostanę od niego odpowiedź? Gdybym mogła, to pierwszą rzeczą, jaką zrobiłabym jutro, byłby zakup biletu lotniczego. Czas, żebym dla odmiany to ja się nim zaopiekowała.
Czas.
To dobro, niegdyś występujące tak obficie, że marnowaliśmy je na trwające cały dzień kace czy bezsensowne wyjścia z ludźmi, których dawno temu zapomniałam, stało się cenniejsze, niż sobie wyobrażałam. Tylu naszych bliskich jest obecnie w ruinie albo odeszło. Nic prócz szczęścia nie chroni nas przed katastrofą. Ani miłość. Ani pieniądze. Ani wiara. Ani czyste serce i dobre uczynki - czy złe, skoro już o tym mowa. Każdy z nas może zostać powalony na ziemię, pomniejszony, zniszczony.
Weźmy chociażby mnie. Zanim przeprowadziłam się tu w kwietniu zeszłego roku, żeby zamieszkać z mamą, przetrwałam sześć lat w rozmaitych zakładach, naprawiając mój popsuty mózg i złamanego ducha. Scott tymczasem włóczył się po hotelach i zajazdach, żeby być blisko mnie - dopóki nie wezwano go znowu do Hollywood, a ja nagliłam go do wyjazdu. Nie poszczęściło mu się bardziej niż dawniej: już trzy lata walczy z alkoholem i szefami studia filmowego. W tym miesiącu miał lekki atak serca.
Choć podejrzewam, że kogoś tam ma, cały czas do mnie pisze i zawsze kończy list słowami: "Całuję cię najczulej..." A ja piszę na zakończenie: "Twoja oddana..." Nawet teraz, gdy od sześciu lat nie mamy wspólnego adresu, gdy najprawdopodobniej olśniewa swym blaskiem jakąś młodą wielbicielkę, która pewnie myśli, że go uratowała, oboje mówimy prawdę. Tyle mamy teraz, gdy jesteśmy tym, czym jesteśmy. To nawet w przybliżeniu nie to, co było kiedyś między nami - mam na myśli to, co dobre - ale i nie to, co było kiedyś między nami, w sensie tego, co złe.
Mildred Jameson, która uczyła mnie szycia w gimnazjum, zawołała z ganku, kiedy przechodziłam:
- Kiedy ten twój chłop znowu do ciebie przyjedzie, Zeldo?
Scott i ja jesteśmy w tym mieście znakomitościami. Ludzie cały czas śledzą, jak nam idzie, wycinają z gazet artykuły o nas, powołują się na zdarzenia i przyjaźnie, które są tak samo fikcyjne jak każda proza, którą stworzyliśmy, czy Scott, czy ja. Nie da się raczej powstrzymać plotek ani ich zwalczyć, człowiek uczy się z nimi współdziałać.
- Pisze nowy scenariusz - odpowiadam, co jest bardziej seksowne niż prawda: Scott dał sobie spokój ze studiami filmowymi - raz na zawsze, jak powiada - i pracuje tylko nad książką.
Mildred podchodzi do poręczy ganku.
- Nie możesz spędzić kolejnych świąt bez niego! - Siwe włosy ma podpięte spinkami i okryte cieniutkim szalem. - Powiedz mu, żeby się pospieszył, na litość boską... i powiedz, żeby włączył do filmu tego przystojnego Clarka Gable'a. Ojejku, ja po prostu uwielbiam Rhetta Butlera!
Kiwam głową.
- Powiem.
- Pamiętaj! - nalega. - I powiedz mu, żeby się pospieszył. Nikt z nas nie jest coraz młodszy...
- Z pewnością pracuje najszybciej, jak się da.
W 1928 roku w Paryżu, podczas kolacji na cześć Jamesa Joyce'a, Scott biadał nad niezbyt intensywną sprzedażą Wielkiego Gatsby'ego[2] i nad tym, że tak trudno mu się zabrać do pisania następnej książki. Joyce powiedział na to, że jemu też powoli idzie praca nad następną powieścią i że ma nadzieję skończyć ją za trzy albo cztery lata.
- Lata! - powtarzał potem Scott, nie mając pojęcia, że pomiędzy Gatsbym a jego następną książką upłynie tych lat aż dziewięć, dziwnych i burzliwych. A teraz znowu sześć... Ale jestem przekonana, że wkrótce skończy tę powieść. Po tym wszystkim, co przeszedł, po wszystkich rozczarowaniach, wszystkich zniewagach, ta książka przywróci mu dawną pozycję - nie tylko w oczach czytelników, ale i własnych.
Przedwczoraj napisał do mnie:
Wymyśliłem tytuł: "Ostatni z wielkich". Jak ci się podoba?
W międzyczasie skończyłem "Komu bije dzwon" Ernesta. Książka nie jest tak dobra jak ostatnia, co tłumaczy, dlaczego Hollywood daje mu za nią ponad sto tysięcy. Jeśli doliczyć pięćdziesiąt kawałków, jakie dostał za pierwsze miejsce w plebiscycie na Książkę Miesiąca, to naprawdę tarza się w forsie, jak nigdy nie tarzaliśmy się my (choć stwarzaliśmy niezłe pozory). Spora różnica w stosunku do czasów, gdy jedyne, na co mógł sobie pozwolić, to te okropne pokoje nad tartakiem w Paryżu, prawda?
Ernest... Scott uważa, że jesteśmy teraz wszyscy na równej stopie: on, Hemingway i ja. Nowa książka przyszła do niego, jak pisze, z dedykacją: "Scottowi - z czułością i szacunkiem". Strasznie był zadowolony. Nie odpowiedziałam mu, choć mogłam, że Hemingway może sobie pozwolić na wspaniałomyślność; czemu nie, skoro - zgodnie z jego miarą - wszyscy znajdujemy się teraz w miejscu, które się nam należy.
Właśnie wpadła mi w ręce - pisze dalej Scott - moja karta członkowska Country Clubu w Montgomery z roku 1918, na nazwisko por. F.S. Fitzgerald... pamiętasz tego gościa? Zuchwały, pełen fantazji, romantyczny... Biedaczysko. Tak szaleńczo kochał pisanie, życie i pewną debiutantkę z Montgomery, którą mniejszego kalibru faceci uważali za niemożliwą do zdobycia. Dotąd nie do końca się z niej wyleczył.
Zastanawiam się, czy jesteśmy całkiem skończeni, ty i ja. Taka jest przeważająca opinia, ale ty przecież masz za sobą osiem zupełnie dobrych miesięcy, odkąd wyszłaś ze szpitala, a i moje widoki się polepszają. Od zimy nawet nie tknąłem kieliszka, możesz to sobie wyobrazić?
Ale Zeldo... czego by człowiek nie dał, żeby móc cofnąć się do początków! Żebyśmy znowu stali się tamtymi ludźmi i mieli przed sobą przyszłość tak świeżą i obiecującą, że pobłądzenie wydaje się wprost niemożliwe...
Boże, zmiłuj się... Tęsknię za nim.
Chciałabym powiedzieć wszystkim, którzy sądzą, że się skończyliśmy, którzy uważają, że Scott dawno osiadł na mieliźnie, a ja mam kuku na muniu: przyjrzyjcie się dokładniej.
Przyjrzyjcie się dokładniej, a zobaczycie coś niezwykłego, zagadkowego, coś rzeczywistego i prawdziwego. Nigdy nie byliśmy tacy, jak się na pozór wydawało.
Część I
Jeśli nie sięgasz wysoko, skąd możesz wiedzieć, na co cię stać?
T.S. Eliot
Rozdział 1
Rozdział 1
Wyobraź sobie koniec maja roku 1918, porę, kiedy w Montgomery nosiło się najpiękniejsze wiosenne suknie i używało najsubtelniejszych kwiatowych perfum - takich, jakich i ja miałam użyć tego wieczoru. Nasz dom, przestronny wiktoriański budynek na Pleasant Avenue, spowijały chmury białego kwiecia jaśminowców i przepyszne fioletowe kielichy powoju. Był sobotni ranek, wczesny jeszcze i pochmurny. Ptaki na wielkim drzewie magnolii śpiewały na cały regulator, jak gdyby ćwicząc przed występem w roli solistów w niedzielnym chórze.
Przez okno tylnej klatki schodowej dostrzegłam wolno człapiącego konia, który ciągnął rozklekotany wóz. Za nim szły dwie czarnoskóre kobiety, wykrzykując nazwy warzyw.
- Buraaaki! Zielony groooszek! Rzeeepa! - wołały śpiewnie, głośniej niż ptaki.
- Cześć, Katy - powiedziałam, wchodząc do kuchni. - Bess i Clara się zjawiły, słyszałaś? - Na obszernym stole stał przykryty ściereczką półmisek. - Zwykłe? - spytałam z nadzieją, sięgając pod przykrycie po ciasteczko.
- Nie, serowe... no, no, nie krzyw się tak - odparła i otworzyła drzwi, żeby pomachać znajomym. - Dzisiaj nic! - zawołała, po czym odwróciła się do mnie. - Nie możesz przez całe życie dostawać co dzień konfitur z brzoskwiń.
- Stara ciocia Julia mówi, że tylko dzięki konfiturom jestem dość słodka, żeby mnie diabeł nie porwał. - Ugryzłam ciasteczko i z pełnymi ustami spytałam: - A państwo jeszcze śpią?
- Oboje są w salonie. Podejrzewam, że dobrze o tym wiesz, skoro zeszłaś tylnymi schodami.
Odłożyłam ciastko, żeby podwinąć spódnicę w talii jeszcze raz, ujawniając kolejne dwa centymetry nóg powyżej gołych kostek.
- No, nareszcie.
- Może dam ci jednak tych konfitur - powiedziała Katy, kręcąc głową. - Włóż chociaż pantofle!
- Za gorąco... a jak będzie padać, to przemokną, palce mi się pomarszczą, zacznie złazić skóra i będę musiała chodzić bez butów, a nie mogę, wieczorem mam solówkę w balecie.
- Moja mama by mnie wychłostała, gdybym się tak pokazała między ludźmi. - Katy cmoknęła z przyganą.
- Nie wychłostałaby, masz trzydzieści lat.
- Myślisz, że się tym przejmuje?
Pomyślałam, że i moi rodzice kontrolują i pouczają moje trzy siostry i brata, starszych ode mnie o co najmniej siedem lat, w pełni dorosłych, mających własne dzieci - oprócz Rosalind. Tootsie, jak ją nazywaliśmy, i John, który walczył obecnie we Francji, podobnie jak mąż naszej siostry Tilde, zwlekali na razie z rodzicielstwem - a może to rodzicielstwo zwlekało na razie z nimi. Przypomniałam też sobie, że babcia Musidora, kiedy mieszkała jeszcze z nami, nie mogła się powstrzymać od udzielania tatusiowi rad w każdej sprawie, od strzyżenia włosów do wyroków, jakie wydawał. Chodzi więc o to, żeby odejść od rodziców i trzymać się od nich z daleka.
- A zresztą nieważne - powiedziałam i ruszyłam ku tylnym drzwiom, pewna, że uda mi się zwiać. - O ile nikt mnie tu nie widzi...
- Baby! - rozległ się za nami głos mamy.
Podskoczyłam z wrażenia.
- Na litość boską - rzekła mama, stając w drzwiach - gdzie są twoje pończochy i pantofle?
- Ja tylko idę...
- ...z powrotem do swojego pokoju, żeby się ubrać - dokończyła za mnie. - Chyba nie sądzisz, że pójdziesz tak do miasta.
- Prz'aszam - wtrąciła Katy - właśnie sobie przypomniałam, że kończy się nam rzepa. - I wyszła.
- Nie do miasta - skłamałam. - Do ogrodu. Miałam zamiar poćwiczyć przed dzisiejszym wieczornym występem. - Wyciągnęłam ramiona i wykonałam pełne wdzięku plié.
- Ślicznie - powiedziała mama. - Mimo to jestem pewna, że na ćwiczenia nie ma czasu; czyż nie mówiłaś, że spotkanie w Czerwonym Krzyżu zaczyna się o dziewiątej?
- A która godzina? - Odwróciłam się i spojrzałam na zegar; była dziewiąta za dwadzieścia. Minęłam mamę i rzuciłam się po schodach na górę. - Biorę pantofle i znikam! - krzyknęłam.
- Powiedz, proszę, że masz na sobie gorset! - zawołała.
W holu na górze stała Tootsie, jeszcze w nocnej koszuli, rozczochrana, z zaspanymi oczyma.
- Co się dzieje? - spytała.
Kiedy John wyjechał jesienią do Francji, żeby walczyć pod dowództwem generała Pershinga, Tootsie wróciła do domu, by mieszkać tu, dopóki mąż nie wróci.
- Jeśli wróci - powiedziała wtedy ponuro, inkasując surowe spojrzenie ze strony tatki, którego wszyscy, jako że był członkiem Sądu Najwyższego, nazywaliśmy Sędzią.
- Okaż trochę dumy - pouczył ją. - Bez względu na rezultat, służba Johna przynosi zaszczyt Południu. A ona odparła:
- Tatusiu, mamy XX wiek, na litość boską.
- Brak mi jednej warstwy, jak twierdzi Jej Wysokość - wyjaśniłam jej teraz.
- Naprawdę, Baby, jeśli wyjdziesz bez gorsetu, mężczyźni pomyślą, że jesteś...
- Niemoralna?
- Tak.
- Może mnie to nie obchodzi. A zresztą, wszystko się teraz zmieniło. Rada Przemysłu Wojennego powiedziała, żeby nie nosić gorsetów...
- Powiedzieli, żeby nie kupować. - Ruszyła w ślad za mną do mojej sypialni. - Nawet jeśli nie dbasz o towarzyskie konwenanse, pomyśl o sobie; jeśli Sędzia się dowie, że wyszłaś z domu na wpół naga, złoi ci skórę.
- Właśnie próbowałam pomyśleć o sobie - powiedziałam, zrzucając bluzkę - i wtedy wszyscy zaczęliście się wtrącać.
Kiedy zbiegłam ze stukotem na dół, mama wciąż była w kuchni.
- Teraz lepiej. Jeszcze spódnica. - Wskazała na moją talię.
- Mamo, nie... Przeszkadza mi, kiedy biegnę.
- Zapnij normalnie, proszę. Nie mogę pozwolić, abyś naraziła na szwank dobre imię Sędziego tylko po to, by dotrzeć gdzieś tam trochę szybciej.
- Tak wcześnie poza służbą nikogo nie ma w mieście, a w ogóle to odkąd tak się mama przejmuje drobiazgami?
- To kwestia tego, co wypada. Masz siedemnaście lat...
- Osiemnaście, za dwadzieścia sześć dni.
- To prawda. A więc tym bardziej - powiedziała. - Za duża jesteś, żeby wciąż zachowywać się jak urwis.
- W takim razie niech mnie mama nazwie modnisią. Rąbki poszły w górę, widziałam w "McCall's".
- Nie aż tak. - Mama wskazała moją spódnicę.
Pocałowałam ją w więdnący policzek. Żaden krem ani puder nie były w stanie ukryć żniwa, jakie zbierał na maminej twarzy Czas. Niedługo miała skończyć pięćdziesiąt siedem lat i wszystkie te lata widać było w jej zmarszczkach, w zaczesanym wysoko koku, w edwardiańskich, zapinanych na rząd drobnych guziczków bluzkach i sięgających podłogi spódnicach, jakie z uporem nosiła. Jakież byłyśmy z niej dumne wraz z Tootsie, kiedy na Nowy Rok dała sobie spokój z tiurniurą!
- To na razie, mamo - powiedziałam. - Nie czekajcie na mnie z kolacją, zjem razem z dziewczętami.
Gdy tylko zniknęłam jej z oczu, usiadłam na trawie i zrzuciłam pantofle i pończochy. Jaka szkoda, pomyślałam, że moja wolność osobista nie może być osiągnięta równie łatwo.
Kiedy zmierzałam w stronę Dexter Avenue, szerokiej ulicy wiodącej do nakrytego kopułą, pełnego kolumn gmachu kapitolu stanowego, najokazalszej budowli, jaką kiedykolwiek widziałam, w oddali zagrzmiało. Nucąc Dance of the Hours, melodię, do której miałam dziś tańczyć, szłam w podskokach przed siebie pośród woni przystrzyżonej trawy, wilgotnego mchu i opadłych, więdnących kwiatów katalpy.
Balet był wtedy moją jedyną prawdziwą miłością, począwszy od dnia, gdy w dziewiątym roku życia mama zapisała mnie do szkoły tańca profesora Weisnera - w chybionej próbie utrzymania mnie z dala od drzew i dachów. W baletowej muzyce i ruchu była radość, dramat, namiętność i romantyzm, wszystko to, czego pragnęłam od życia. Były kostiumy, opowieści, role do zagrania, szanse, by stać się czymś więcej niż tylko najmłodszą z panien Sayre - ostatnią w kolejce, zawsze marzącą o tym, by wreszcie być dość dużą na to, aby być dość dużą.
Byłam na Mildred Street, tuż za skrzyżowaniem z Sayre Street - nazwano tę ulicę nazwiskiem mojej rodziny, a jakże - kiedy poczułam kroplę na policzku, potem na czole, a potem Pan Bóg odkręcił kurek na całego. Podbiegłam do najbliższego drzewa i schroniłam się pod jego koroną, choć marne to było schronienie. Wiatr miotał liśćmi, chlastał strugami deszczu i w mgnieniu oka przemokłam do suchej nitki. Bardziej mokra już być nie mogłam, ruszyłam więc w swoją stronę, wyobrażając sobie, że drzewa to kołyszące się z gracją tancerki, a ja - sierotka, wyzwolona wreszcie spod władzy potężnego czarownika. Nawet jeśli zabłąkam się w lesie, to - jak we wszystkich najlepszych baletach - wkrótce z pewnością pojawi się jakiś książę.
Przy dużej okrągłej fontannie, w miejscu gdzie Court Street łączy się z Dexter Avenue, oparłam się o poręcz i pokręciłam głową, by otrząsnąć włosy z wody. Przejechało z warkotem parę spływających deszczem samochodów, przetoczył się z przeraźliwym dzwonieniem jeden i drugi tramwaj, a ja zastanawiałam się, czy wciągać mokre pończochy i pantofle, czy raczej cisnąć je do fontanny. Wreszcie pomyślałam: Osiemnaście lat, za dwadzieścia sześć dni, i włożyłam przeklęte ciuchy z powrotem.
Ubrana mniej więcej jak należy, ruszyłam ulicą w stronę nowego biura Czerwonego Krzyża, ulokowanego w rzędzie sklepów po południowej stronie Dexter. Choć padało coraz mniej, chodniki były niemal puste - mało kto zobaczy mój nieporządny wygląd, mama byłaby uszczęśliwiona. Jakimi ona dziwnymi rzeczami się przejmuje, pomyślałam. Podobnie jak wszystkie kobiety. Tyle było prawideł, do których my, dziewczęta, powinnyśmy się stosować, taki nacisk kładziono na to, co wypada... Wyprostowane plecy. Okryte rękawiczkami dłonie. Nieumalowane (i niecałowane) usta. Wyprasowana spódnica, skromna mowa, spuszczone oczy, czyste myśli. Same absurdy, moim zdaniem. Chłopcy mnie lubili, bo rzucałam oślinionymi papierowymi kulkami, opowiadałam śmiałe dowcipy i pozwalałam się im całować, jeśli ładnie pachnieli i jeśli miałam na to ochotę. Moje zasady bazowały na zdrowym rozsądku, nie na logice lemingów. Wybacz, mamo, pomyślałam. I tak jesteś lepsza niż większość z nich.
W Czerwonym Krzyżu zebrało się ze dwadzieścia wolontariuszek, w większości moich przyjaciółek, które na mój widok zaledwie uniosły brwi. Tylko moja starsza siostra Marjorie, krzątająca się wokół z broszurkami i ciastami, zagderała:
- Jak ty wyglądasz, Baby! Nie wzięłaś kapelusza? - Spróbowała przygładzić mi włosy, ale po chwili zrezygnowała. - To na nic. Masz - podała mi ściereczkę do naczyń. - Wytrzyj się. Gdybyśmy tak strasznie nie potrzebowali wolontariuszek, odesłałabym cię do domu.
- Nie przejmuj się - powiedziałam, wycierając włosy.
Ale i tak będzie się przejmować, wiedziałam; miała czternaście lat, kiedy się urodziłam, i dopóki nie wyszła za mąż i nie zamieszkała o dwie przecznice dalej, była praktycznie moją drugą matką - a do tego czasu, rzecz jasna, nawyk się zakorzenił. Zarzuciłam jej ścierkę na szyję i poszłam poszukać miejsca.
Eleanor Browder, moja najlepsza przyjaciółka w owym czasie, zaklepała dla mnie krzesło w rzędzie przed sobą. Po prawej stronie miałam Sarę Mayfield - Drugą Sarę, jak ją nazywałyśmy. Bo była też Sara Pierwsza, inna nasza koleżanka, łagodna Sara Haardt, która uczęszczała obecnie do college'u w Baltimore. Druga Sara przyjaźniła się z Livye Hart, która miała błyszczące, ufarbowane na odcień mahoniu włosy, takie jak moja przyjaciółka Tallulah Bankhead. Tallu ze swymi lśniącymi puklami zwyciężyła w konkursie piękności magazynu "Picture-Play", kiedy miałyśmy po piętnaście lat, a teraz zamieniła to zwycięstwo w karierę aktorską w Nowym Jorku. Prowadziła życie pełne podróży i przepychu, których, pomimo całego uwielbienia dla Montgomery, jej zazdrościłam; Tallu z pewnością nikt nie mówił, jak długie ma nosić spódnice.
Czekając na rozpoczęcie spotkania, my, dziewczęta, wachlowałyśmy się w dusznym pomieszczeniu. Jego wysokie, pomalowane na odcień brzoskwini ściany były pokryte plakatami Czerwonego Krzyża. Jeden z nich przedstawiał wiklinowy kosz wyładowany włóczką i druty do robótek; podpis wołał do oglądających: "Nasi chłopcy potrzebują SKARPET. Wydziergaj swój wkład". Na innym widniał jaskrawy czerwony krzyż, a na prawo od niego pielęgniarka w powiewających szatach, jak najdalszych od jakiejkolwiek praktyczności. Pielęgniarka piastowała w ramionach zgięte pod kątem nosze, na których spoczywał ranny żołnierz, owinięty wraz z noszami ciemnym kocem. Perspektywa była taka, że siostra zdawała się olbrzymką, żołnierzowi zaś groziło, że lada moment zsunie się z noszy nogami do przodu, jeśli pielęgniarka nie zwróci utkwionego w dal spojrzenia na to, czym powinna się w danej chwili zajmować. Napis głosił: "Największa Matka na świecie".
Szturchnęłam Sarę i wskazałam plakat.
- Jak myślisz? Czy to znaczy, że ona jest matką dziewicą?
Sara nie zdołała odpowiedzieć. Rozległ się stukot laski o podłogę i wszystkie zwróciłyśmy się w stronę krępej pani Baker w stalowoszarym, przepasanym paskiem kostiumie. Była wspaniałą kobietą, przyjechała z Bostonu, by pomóc w instruktażu wolontariuszek, i sprawiała wrażenie, jakby sama była w stanie wygrać wojnę, gdyby tylko pozwolono jej wsiąść na statek do Francji.
- Dzień dobry wszystkim - powiedziała przeciągłym, nosowym głosem. - Widzę, że nie miałyście kłopotu z odnalezieniem naszego nowego lokalu. Wojna trwa, a więc i my musimy kontynuować, a raczej podwoić, nasz wysiłek na rzecz udziału i efektywności.
Parę dziewcząt wzniosło okrzyki entuzjazmu. To te najmłodsze, którym właśnie pozwolono do nas dołączyć.
Pani Baker skinęła głową, co sprawiło, że podbródek na chwilę schował jej się w szyi, i podjęła:
- A zatem, część z was zajmowała się już zwijaniem bandaży; zasada jest taka sama w przypadku bandaży do kończyn i bandaży do korpusu. Istnieją jednak pewne istotne różnice, które musimy uwzględnić. Na użytek tych z was, które jeszcze nie przeszły tego typu szkolenia, rozpocznę lekcję od początku. Najpierw bierzemy kawałek niebielonego płótna...
Wyżęłam mokry dół spódnicy. Pani Baker opowiedziała o szerokości, długości i napięciu bandaża, po czym przeszła do demonstracji. Podała najbliżej siedzącej dziewczynie pasek płótna.
- Wstań, moja droga. Jedna z was trzyma materiał i poluzowuje go w miarę potrzeby, ta osoba nosi nazwę podającej. Osoba rolująca kładzie kciuki na wierzchniej stronie tkaniny, a palce wskazujące na spodniej, o tak. W trakcie zwiania palce wskazujące mocno podtrzymują rolkę, a kciuki wysuwają się, aby uzyskać maksymalne napięcie. A teraz wszystkie wstajecie i zaczynamy.
Wzięłam z jednego z koszyków, stojących rzędem na podłodze, luźno związany zwój płótna. W tej chwili było czysto białe, rzecz jasna, ale wkrótce okryje ciało jakiegoś mężczyzny, przesiąknie krwią, zaskorupieje z brudu, będzie przyciągać muchy... Widziałam takie zdjęcia żołnierzy wojny secesyjnej, w książce, która opisywała to, co tatko nazywał "okropnościami, jakie wyrządziła nam Unia".
To mojego brata Tony'ego, starszego ode mnie o siedem lat, a obecnie służącego we Francji, zamierzał tatko edukować za pomocą książek i dyskusji. Mimo to nigdy nie przepędzał mnie z salonu. Przywoływał mnie gestem ręki z kąta, gdzie wybierałam palcem pojedyncze dźwięki na pianinie, i pozwalał, bym przysiadła mu na kolanie.
- Rodzina Sayre odegrała ważną rolę w historii Montgomery - mówił, przewracając kartki jednej z książek. - O. To rezydencja mojego wuja Williama, w której wychowywał młodszego brata Daniela, twojego dziadka. Stała się później pierwszym Białym Domem konfederatów.
- To Sayre Street została nazwana na naszą cześć, tatusiu? - spytałam z całym zadziwieniem moich siedmiu czy ośmiu lat.
- Na cześć Williama i mojego ojca. To oni dwaj uczynili to miasto tym, czym jest, dzieci.
Tony zdawał się przyjmować historię rodziny Sayre jako oczywistość. Ja jednak byłam zafascynowana wszystkimi tymi nieżyjącymi już krewnymi i nadal zadawałam pytania - co który z nich zrobił i kiedy. Pragnęłam opowieści.
Dowiedziałam się od tatki, że jego ojciec, Daniel Sayre, założył w Tuskegee gazetę, potem wrócił do Montgomery, żeby wydawać "Montgomery Post", który stał się wpływowym głosem w lokalnej polityce. Opowiedział mi też o bracie swojej matki, "wielkim generale Johnie Tylerze Morganie", który dawał łupnia oddziałom Unii, ilekroć nadarzyła się okazja, a później stał się wybitnym senatorem. Dzięki mamie poznałam historię jej ojca, Willisa Machena, senatora z Kentucky, którego przyjaźń z senatorem Morganem sprawiła, że na sylwestrowym balu u senatora Morgana w roku 1883 poznali się moi rodzice. Dziadek Machen kandydował kiedyś na prezydenta.
Tego dnia w Czerwonym Krzyżu zastanawiałam się, czy przypadkiem historia naszej rodziny nie jest dla Tony'ego trudna do udźwignięcia, może nawet przytłaczająca. I być może to dlatego poślubił Edith, której rodzice byli dzierżawcami, po czym opuścił Montgomery, aby mieszkać i pracować w Mobile. Być w rodzinie jedynym synem, który przeżył - i to nie pierwszym synem, nie tym, który miał imię po dziadku, na którego barkach spoczywał niegdyś los Montgomery, nie tym, który umarł na zapalenie opon mózgowych, gdy miał półtora roku - cóż, to było ciężkie brzemię.
Rozwiązując zwój płótna, zmieniłam kierunek myśli i podałam luźny koniec Eleanor.
- Dostałam wczoraj list od Arthura Brennana - powiedziałam. - Pamiętasz go z naszego ostatniego wyjazdu do Atlanty?
Eleanor ściągnęła w skupieniu brwi, próbując rozpocząć zwijanie.
- Czy to kciuki miały być pod spodem, czy palce wskazujące?
- Wskazujące. Rodzina Arthura robi w bawełnie jeszcze od czasów sprzed rewolucji. Dotąd mają starych niewolników, którzy absolutnie nie chcą odejść, co, jak twierdzi tatko, jest dowodem, że prezydent Lincoln zrujnował Południe nie wiadomo po co.
Eleanor wykonała z sukcesem parę obrotów i podniosła wzrok.
- Arthur to ten chłopak, który ma taki zielony samochód, dorta? Taki błyszczący, jechaliśmy nim?
- Tak, to ten. Prawda, że rozkoszny? Arthur mówi, że dort kosztuje dwa razy tyle co ford: tysiąc dolarów, może więcej. Sędzia prędzej by zatańczył na golasa przed gmachem sądu, niż wydał na samochód taką kupę pieniędzy.
Rozbawił mnie ten obraz; popuszczając materiał, który zwijała Eleanor, wyobraziłam sobie, jak tatko wysiada z tramwaju w swoim garniturze w prążki, ze złożonym parasolem i skórzaną teczką w ręce. Przed gmachem sądu, u stóp szerokich marmurowych schodów, parkuje zielonego dorta, o gładkim, lśniącym w słońcu dachu i rozjarzonych lakierowanych stopniach. Mężczyzna w cylindrze i fraku - jakiś wysłannik diabła, niewątpliwie - kiwa na ojca palcem, zapraszając do samochodu; następuje wymiana zdań; tatko kręci głową, marszczy brwi, gestykuluje parasolem; unosząc palec wskazujący, peroruje o wartości względnej i etyce nadmiernych wydatków; człowiek w cylindrze zdecydowanie kręci głową, nie pozostawiając tatce innej możliwości, niż rozebrać się na miejscu i zatańczyć.
Pozwoliłam w tej wizji ojcu, by znajdował się z dala od mojego punktu obserwacyjnego i był odwrócony tyłem, zachowując w ten sposób nieco godności. Po prawdzie to nie widziałam dotąd mężczyzny bez ubrania... choć widywałam małych chłopców i renesansowe rzeźby, które, jak sądzę, były dość obrazowe.
- Skoro mowa o nagości - rzekła Eleanor, przechylając się nad stołem, by wziąć ode mnie koniec bandaża - wczoraj wieczorem w kinie pewien lotnik... kapitan Wendell Haskins, jak się przedstawił... spytał mnie, czy prawdziwa jest plotka, że paradujesz wokół basenu w kostiumie kąpielowym w kolorze ciała. Był na filmie z May Steiner, a pytał o ciebie, czy to nie urocze? May podeszła wtedy do stoiska, więc nie słyszała. Przynajmniej zachował się jak dżentelmen.
- Chciałabym być tamtego dnia na basenie - wtrąciła Sara. - Po prostu żeby zobaczyć twarze starszych dam.
- A byłyście na tańcach zeszłej zimy, kiedy Zelda przypięła sobie jemiołę z tyłu spódnicy? - spytała Livye.
- To powinnaś być z nami w środę - podchwyciła Eleanor. - Zelda poprowadziła tramwaj, kiedy motorniczy stał na rogu i kończył papierosa. Oczy mało mu z głowy nie wypadły, jak zostawiłyśmy go tam i pojechały Perry Street!
- Słowo daję, Zeldo, ty to masz wesoło - zauważyła Sara. - I zawsze ci się upiecze!
- Każdy boi się jej tatki, więc tylko pogrożą jej palcem i puszczają - powiedziała Eleanor.
Skinęłam głową.
- Nawet moje siostry się go boją.
- Ale ty nie - zauważyła Livye.
- On więcej szczeka niż gryzie. No więc, El, co odpowiedziałaś kapitanowi Haskinsowi?
- Powiedziałam: "Proszę nikomu nie mówić, panie kapitanie, ale ona w ogóle nie miała na sobie kostiumu".
Livye parsknęła.
- To właśnie w tobie lubię, El - stwierdziłam. - Rób tak dalej, a wszystkie matrony zaczną i o tobie mówić "postrzelona".
Eleanor sięgnęła do miseczki ze szpilkami i przypięła koniec bandaża.
- Pytał, czy masz ulubionego wielbiciela, z jakiej rodziny pochodzisz, co robi twój tata i czy masz rodzeństwo...
- Może po prostu szukał jakiegoś pretekstu, żeby porozmawiać z tobą, Eleanor - zauważyła Sara.
- W takim razie mógłby pomyśleć o tym, by zadać jedno czy dwa pytania dotyczące mnie - odparła Eleanor. Uśmiechnęła się czule do Sary. - Nie, z całą pewnością miał w głowie pannę Zeldę Sayre z Six Pleasant Avenue, tę, co nosi baletki i anielskie skrzydła.
- I diabelski uśmiech - wtrąciła Livye.
- I czyste serce - uzupełniła Sara. Udałam, że zbiera mi się na wymioty.
- Powiedział, że z May to nic poważnego - podjęła Eleanor. - I że zamierza do ciebie zadzwonić.
- Już zadzwonił.
- Ale jeszcze nie powiedziałaś "tak".
- Jestem zajęta aż do jesieni - poinformowałam i była to prawda; pomiędzy chłopcami z college'u, którzy uniknęli jak dotąd służby wojskowej, i zalewem oficerów, przyjeżdżających do Montgomery, by wypróbowywać nowe wojskowe urządzenia, miałam tyle uwagi ze strony mężczyzn, że nie wiedziałam, co z nią zrobić.
Sara wzięła mnie za rękę.
- Jeśli ci się podoba, nie powinnaś czekać. Mogą odpłynąć lada dzień, wiesz o tym.
- Tak - podchwyciła Eleanor. - To może być teraz albo nigdy.
Wyszarpnęłam rękę z dłoni Sary i wzięłam ze stojącego za nami koszyka następną porcję płótna.
- Jest wojna. Może się skończyć na "teraz, a potem już nigdy". Więc jaki to ma sens?
- Ale dotąd nie powstrzymywało cię to przed spotykaniem się z wojskowymi - zauważyła Eleanor. - Jest strasznie przystojny...
- Jest. Jeśli zadzwoni jeszcze raz, to może...
- Ploteczki potem, dziewczęta - upomniała nas pani Baker, przechodząc obok ze splecionymi z tyłu dłońmi i piersią podaną naprzód niczym dziób okrętu wojennego. - Wasze sprawy na pewno są bardzo ważne, niemniej nasi dzielni młodzieńcy będą wdzięczni, jeśli dla ich dobra zdobędziecie się na większą uwagę i tempo.
Kiedy pani Baker przeszła, zwiesiłam głowę i zakryłam oczy ramieniem, jęcząc niczym sama Mary Pickford:
- O! Co za wstyd!
Koniec wersji demonstracyjnej