POKORNI RODZICE, ULICZNE PORACHUNKI, WŁOSZCZYZNA I KAROL MAY
Płynie w Panu tylko polska krew?
Nie do końca. Dawno temu stryjowie opowiadali mi, że mój prapradziadek był Węgrem, który ożenił się z panną z Kresów Wschodnich. Choć płynie we mnie węgierska krew, to niestety nie znam ani jednego słowa po węgiersku! Wiem za to, że niedaleko Warszawy jest położona wioska, w której żyją same Pokory. Niestety nigdy w niej nie byłem, ponieważ stryjowie nie wiedzieli, jak tam dojechać.
Może ze znajomością historii dziadków będzie lepiej?
Dzisiaj sam jestem już dziaduniem! Wiem, że jeden z ojców moich rodziców miał na imię Mikołaj. Prawdopodobnie był oficerem Legionów Polskich utworzonych z inicjatywy Józefa Piłsudskiego w 1914 roku, które były oddzielną formacją Armii Austro-Węgier i podczas pierwszej wojny światowej brały udział w walkach z armią rosyjską. Niestety dziada Mikołaja nie mam prawa pamiętać - zmarł kilka lat przed moimi narodzinami w 1934 roku.
Pozostały po nim pamiątki...
Moją ulubioną był piękny mundur koloru stalowego. Razem z nim babcia trzymała w szafie szablę, której mogłem dotykać. Do tego zestawu dochodziła jeszcze czapka. Szkoda, że wszystko spłonęło razem z mieszkaniem w 1939 roku. To był wyjątkowo piękny zestaw! Ojcu również bardzo się podobał.
Skąd pochodzili Pańscy rodzice?
Mama pochodziła z kresów. Jej panieńskie nazwisko brzmiało Bakalarz. W bardzo młodym wieku straciła rodziców i wychowywała ją jedna ciotka, a jej siostrą Marią zajmowała się inna. Później mama, razem z opiekunką, zamieszkała w Jarosławiu, pięknej miejscowości położonej nad morzem. Ojciec natomiast był rodowitym warszawiakiem, najstarszym spośród pięcioosobowego potomstwa. Pracował w ZWAR-ze, czyli w Zakładach Wytwórczych Aparatury Wysokiego Napięcia, założonych przez Kazimierza Szpotańskiego.
Mówimy o tym Kazimierzu Szpotańskim, który zaczynał od Fabryki Aparatów Elektrycznych, mieszczącej się w dwupokojowym warszawskim mieszkaniu przy ulicy Mirowskiej?
Tak, Szpotański założył tę fabrykę w listopadzie 1918 roku, zaraz po przyjeździe do Warszawy. Zaczął od zatrudnienia dwóch osób i wytwarzania włączników światła. Przedsięwzięcie rozrosło się do tego stopnia, że stało się w przedwojennej Polsce największym zakładem produkującym aparaturę elektryczną: liczniki i podobne urządzenia. Szpotański świetnie by się odnalazł w dzisiejszej korporacyjnej rzeczywistości. Pamiętam, że ojciec często wspominał jego słowa: "Pracujmy według systemu IEEN!".
Czyli?
IEEN oznaczało jakość, estetykę, ekonomię i nowoczesność.
Gdzie pracowała matka?
Tak się złożyło, że ona również zatrudniła się w tej fabryce. Przed wojną podobno pracowało w niej ponad tysiąc osób. Inżynier Szpotański organizował im nawet szkolenia i wczasy.
Moi dziadkowie z - niestety! - nieznanymi mi osobami.
A więc rodzice poznali się w jego zakładach?
Nie wiem, nigdy z nimi nie rozmawiałem na ten temat. Na pewno matka przyjechała ze swoją siostrą do Warszawy z nadzieją na zrobienie kariery. Tu znalazła pracę i poznała przyszłego męża. Później zauroczyli się sobą, pobrali, aż wreszcie urodził się przeuroczy mały Wojtuś, który zaraz po wyjściu z brzucha mamy zaczął rozrabiać.
Po pracy w fabryce produkującej liczniki elektryczne przyszedł czas na własny interes?
Rodzice prowadzili własny stragan z włoszczyzną, ale o tym opowiem później. Na razie nie mogę sobie przypomnieć żadnych szczegółów z tamtych czasów. Proszę dać mi nieco czasu, muszę rozgrzać pamięć!
Moi dziadkowie na ślubnym kobiercu.
Co było po włoszczyźnie?
Mieszkaliśmy na Grochowie. W pobliżu domu przebiegała trakcja kolejowa. Ojciec z tego korzystał - wskakiwał do pociągu z torbami szmuglowanego mięsa i nim handlował. Zdarzało się, że w drodze powrotnej, kiedy wyskakiwał z niesprzedanym schabem na pole w okolicach domu, strzelano do niego. Na szczęście nigdy wystarczająco celnie.
Hanna Pokora: Kotku, czy dałeś już panu zdjęcia?
Nie...
A mamy jakieś?
Tak. Zadzwoniłem do mojej jedynej siostry i powiedziałem, że pan zamierza popełnić ze mną książkę, ale nie mam zdjęć sprzed wojny, na co ona: "Przyjeżdżaj Wojciechu. Coś się znajdzie!".
Ojciec Wacław (z lewej) z bratem Stanisławem, z którym utrzymywał najbliższy kontakt spośród rodzeństwa, a wybór miał duży, ponieważ był jednym z pięciu braci.
Pani Hanna przynosi kopertę pełną starych zdjęć.
Och, jakie zabytkowe fotografie!
Nie wiem, jakim cudem Marysia wybawiła te przedwojenne zdjęcia. To pewnie moja mama je uratowała, a siostra później zaopiekowała się tym cennym skarbem.
W takim razie zacznijmy je oglądać. Kto to jest?
Nie mam pojęcia. To jakieś starożytne zdjęcie. Ooo, ale na tym drugim to jestem ja i jakiś koleżka (foto ze str. 19).
Na kolejnym widzę malutką Pańską mamę i jej siostrę. Która jest która?
A skąd ja to mogę wiedzieć? Poproszę prostszy zestaw pytań!
Wojciech Pokora był skłonny do bójek?
Byłem spokojnym chłopakiem, który strasznie bał się despotycznego ojca. Dopiero później zacząłem rozrabiać... Może to zabrzmi dziwnie, ale żona do dzisiaj uważa, że kiedy poznała swojego teścia, sprawiał wrażenie bardzo łagodnej osoby, za to despotyczna była matka. Najwyraźniej te proporcje w którymś momencie się zamieniły.
Który z rodziców pełnił rolę obrońcy małego Wojtusia?
Jak tylko nabroiłem, to biegłem do mamy błagać o pomoc. Niestety raz obrona przed pasem taty nie zakończyła się sukcesem. W trakcie upalnego lata powiedziałem rodzicom, że idę zbierać kwiatki. W rzeczywistości poszedłem z kolegami kąpać się do niebezpiecznej glinianki. W "nagrodę" za łgarstwo dostałem takie lanie, że więcej już nie miałem odwagi tego robić... Byłem wtedy jedynakiem, ojciec strasznie się o mnie martwił.
Ktoś musiał o wszystkim uprzejmie donieść rodzicom.
Pewnie chłopaki się wygadali. Zresztą wydało mnie coś jeszcze: po powrocie do domu miałem mokre slipy, które nijak nie pasowały do historii o zbieraniu kwiatków. Mokrymi majteczkami to ja te piękne rośliny mógłbym co najwyżej podlać, gdybym zaczął je energicznie wykręcać. Muszę jednak z dumą przyznać, że mimo różnych późniejszych ekscesów, mama skutecznie mnie wybraniała.
Zwykle matki są miłosierne, ale gdy trzeba, to wiedzą, jak przylać ścierą po uszach.
Często, kiedy wołała mnie przez okno na obiad, bawiłem się z chłopakami w najlepsze. Zazwyczaj odpowiadałem: "Już idę, już idę!" i kontynuowałem moje przyjemności. Raz, pamiętam, minęło pięć minut, dziesięć, piętnaście. Matka w tym czasie zdążyła już trzy razy mnie zawołać: "Wojtek, obiad!". Wreszcie się zebrałem, wbiegam do domu i nagle - trzask! Na mojej twarzy ląduje ścierka. "Co ty, nie słyszałeś, co do ciebie mówiłam?". Tak, tak... To była miłość miłościerna! Mimo wszystko uważam, że ta ścierka, w porównaniu z pasem, nie była nawet taka zła. Koledzy mieli gorzej.
Jeszcze ich Pan pamięta?
W dzieciństwie miałem kilku kumpli: Ludwika, Tadka i Rysia. Mieszkaliśmy wszyscy w tym samym domu. Tworzyliśmy wesołą czwórkę, która w odpowiednich momentach wzajemnie się wspierała. Przypominaliśmy trochę czterech muszkieterów.
Pewnie graliście w piłkę.
Sięgam do wspomnień i widzę duże boisko, które do dzisiaj mieści się przy dawnym warszawskim Zakładzie Wychowawczym Braci Albertynów na Grochowie. Jako mały chłopiec kibicowałem starszakom, wśród których był mój brat cioteczny. Pamiętam, że grali w siatkówkę i w piłkę nożną, a kilkuletni Wojtuś stał za bramką i tylko im kibicował. Później wszystko się zmieniło.
Mama Janina, zapewne dwudziestoparoletnia.
Nadszedł okres buntu, typowy dla nastolatków?
Nie było czasu na takie młodzieńcze ekscesy. Podczas okupacji, w 1943 albo 1944 roku, urodziła się moja siostra. Rodzice pracowali, a ja musiałem zostawać z tą malutką Marią i się nią nieustannie zajmować. Miałem wtedy jakieś dziesięć lat. Chłopaki biegali po podwórku, podchodzili pod moje okno i się ze mnie zgrywali: "Idź, przewiń pieluchy!", albo: "Wojtek, no co ty, niańka jesteś? Chodź, gramy w piłkę!". Na szczęście zdarzały się dni, kiedy po powrocie rodziców do domu miałem wolny czas i wtedy zabawa była na całego! Na przykład strzelaliśmy z karbidu. Pan pewnie nawet nie wie, jak to się robi...
Ja nawet nie wiem, co to jest!
Karbid jest surowcem, z którego wydobywa się dym, jak się go poleje wodą. Braliśmy puszkę, szczelnie ją zatykaliśmy, później dziurawiliśmy z jednej strony i napełnialiśmy karbidem. Dalej trzeba było delikatnie polać ją wodą, hermetycznie zamknąć i podpalić dym, który się z niej wydobywał przez dziurkę, a wówczas nakrętka zatykająca otwór strzelała!
Huk, wystrzały... Klimat, prawie jak na wojnie.
Na wojnie to my prawie byliśmy. Chodziliśmy na poligon za Grochowem, gdzie mieściły się kiedyś niemieckie bunkry. Zazwyczaj stałem na czatach. W tym czasie starsi koledzy rozkręcali pociski, by wyciągnąć z nich laski prochu. Później podpalało się te znaleziska i rzucało w górę. Strasznie to syczało, na szczęście nie na tyle głośno, by dowiedzieli się o tym rodzice.
To i pewnie w samą wojnę wypadało się bawić.
Ależ oczywiście. Przypominam, że Grochów przynależy do Pragi. Tam zabawa w wojnę była nie na żarty. Razem z chłopcami z mojej ulicy tłukliśmy się z kolegami z innych ulic. Do zadania podchodziliśmy nadzwyczaj poważnie, nierzadko wracałem do domu z limem, tłumacząc się rodzicom, że przed momentem potknąłem się o kamień albo wywróciłem na krzywym chodniku.
I oni niby w to wierzyli?!
Musieli, nie mieli innego wyboru. Wiem, że to może brzmieć jak bajka, ale tak było. Ja zresztą nigdy nie czułem się na siłach, by wymyślać jakieś rozbudowane niestworzone opowieści.
Ulubiony pisarz z tamtych lat?
....
Wielu chłopców lubiło wtedy Karola Maya.
Chyba od jego powieści zacząłem swoją przygodę literacką. Później wszystko wyglądało nieco inaczej. Mama z zawodu była nauczycielką języka polskiego, dlatego starała się, by moja edukacja literacka przebiegała właściwie. Rodzice czytali mi na głos Trylogię. To mi się tak bardzo spodobało, że zostawiłem już tamte bestsellery i zakochałem się w Henryku Sienkiewiczu. Czytałem go w każdej wolnej chwili, choć zbyt wiele ich nie miałem, szczególnie podczas wojny.
Mieliśmy wrócić do tematu włoszczyzny...
W czasie okupacji moim rodzicom było okropnie ciężko. Na bazarku mieli budkę, w której handlowali włoszczyzną. Ja im w tym oczywiście pomagałem, chociaż, znając życie, jako mały chłopiec pewnie robiłem tylko szum i zamęt. Ale chęci miałem, jak najbardziej. Pamiętam, jak zachwalałem cebulę, byle tylko przywabić potencjalnych klientów. To był dla nas szalenie trudny czas.
Na tyle trudny, że nie starczało go na naukę?
Szkoły wtedy nie funkcjonowały. Na szczęście w okolicy mieszkał nauczyciel z podstawówki, który we własnym domu organizował naukę dla dzieci w różnym wieku, w tym dla mnie. Nawet jego nazwisko pamiętam, nazywał się Pytlak. Dopiero po okupacji rodzice wysłali mnie do normalnej szkoły podstawowej.
Ślubne zdjęcie rodziców - matka Janina i ojciec Wacław.
Poza pracą i nauką był czas na zainteresowania?
Kiedyś fascynowały mnie samoloty. Wszystko przez to, że jeden z moich kolegów miał ojca kolejarza, który chodził w pięknym mundurze i od czasu do czasu przywoził prezenty. Pewnego razu wręczył nam trzy ogromne drewniane samoloty. W tym momencie rozpoczęła się przednia zabawa.
Później pewnie wypadało kupować modele do sklejania.
Nie ze mną te numery, Brunner! Ta pasja nie miała w moim przypadku długiego żywota. Jak na dziecko przystało, wygasła tak samo szybko, jak się pojawiła. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że pewnie nie miałem na to czasu. Później, szczególnie w wakacje, byłem bardzo zajęty.
Czym?
Kiedy chodziłem do Państwowego Liceum Techniki Teatralnej, byłem bardzo biedny. Pamiętam, że razem z Krzyśkiem Jędrą, z którym się kolegowałem, poszedłem do taty i zapytałem, czy nie znalazłby dla nas jakiejś pracy na budowie, gdzie pracował jako cieśla. "Przychodźcie, na ile chcecie. Będziecie gwoździe wyjmować z desek".
Po budowie była praca dorywcza w fabryce.
Jeden z moich stryjów miał fabrykę, którą bezprawnie zabrali mu Niemcy. Drugi założył warsztat mechaniczny i produkował części do parowozów. Pracowałem wtedy na Żeraniu i miałem jakąś wiedzę na ten temat. Wuj postanowił to wykorzystać. Stawałem przy maszynie i robiłem gwintowane nakrętki używane przy budowie lokomotyw. Wszystko odbywało się w dość dużej tajemnicy - wieczorami i w nocy, kiedy w warsztacie nie było pracowników. Czasem również w Święta Bożego Narodzenia.
Jak wyglądały te ostatnie?
Było bardzo uroczyście. Ubogo, ale odświętnie, na miarę naszych skromnych możliwości. Zawsze w pokoju stała choinka, choć pod nią na próżno było szukać prezentów, a jak już się pojawiały, to równie ascetyczne, jak cała uroczystość. Nie pamiętam nawet, czy ktoś przebierał się za Świetego Mikołaja. Najważniejsze, że wszyscy siedzieli przy jednym stole.
Pamięta Pan imprezy w rodzaju "u cioci na imieninach"?
Trudno je zapomnieć! Takie uroczystości odbywały się u babci Józefy w dużym mieszkaniu na Grochowie. Babcia miała pięć córek i pięciu synów. Czterech przy niej zostało; jedynie mój ojciec się od niej wyprowadził, zaraz po tym, jak się ożenił. W tym mieszkaniu co roku hucznie obchodzono imieniny babci 19 marca.
Zamknijmy temat dzieciństwa. Czego Wojciech Pokora żałuje z tego okresu?
Żałuję, że w czasie okupacji miałem tak mało lat. Gdybym był starszy, na pewno poszedłbym na front wyzwalać Warszawę. Do dzisiaj sobie to wypominam, bo mam świadomość, że każde ręce skore do pomocy były wówczas na wagę złota. Bolesne uczucie. Co gorsza, nic tej niemocy nie jest już w stanie zmienić...
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
PIERWSZE SPOTKANIE
CHCĘ OGLĄDAĆ TWOJE NOGI!
DZIECIŃSTWO W CIENIU WOJNY
POKORNI RODZICE, ULICZNE PORACHUNKI, WŁOSZCZYZNA I KAROL MAY
MATURALNE SŁOWO, KTÓREGO NIGDY NIE ZAPOMNĘ
AKTOR Z TECHNIKUM BUDOWY SILNIKÓW SAMOLOTOWYCH
SZKOŁA AKTORSKA. ZAJĘCIA Z HANKĄ BIELICKĄ I IRENĄ KWIATKOWSKĄ
PIERWSZY RAZ Z NINĄ ANDRYCZ
WIESŁAW GOŁAS - CZŁOWIEK, KTÓRY PRÓBOWAŁ MNIE ROZŚMIESZYĆ
PODRYW NA KOREPETYCJE
JA PRZEMYŚLAŁEM WSZYSTKO. HANIA ZOSTANIE MOJĄ ŻONĄ
GUSTAW HOLOUBEK I PENSJE PRZEGRYWANE W KARTY
SZKLANY EKRAN - POCZĄTKI TELEWIZJI
POSZUKIWANY, POSZUKIWANA
WAKACJE W BUŁGARII
BIMBER STASIA BAREI
MARIA CZUBASZEK O WOJCIECHU POKORZE
KABARET STARSZYCH PANÓW, DUDEK I OWCA
PRZYGODY NIE TYLKO PSA CYWILA
REJS POD PRĄD
ZA KULISAMI KABARETU OLGI LIPIŃSKIEJ
Z ŻONĄ W DOMU, Z ŻONĄ W PRACY
PODRÓŻE DO AMERYKI - W ODWIEDZINACH U POLONII
JAKIEGO PANA? CHAMA, NIE PANA! PANEM TO JESTEM TU JA!
"A" JAK ALTERNATYWY 4, "B" JAK BRUNET WIECZOROWĄ PORĄ, "C" JAK C.K. DEZERTERZY
CZTERDZIESTOLATEK, KRYZYS WIEKU ŚREDNIEGO I MIŚ
PRL - PROBLEMY Z CENZURĄ, ALTERNATYWAMI 4 I CÓRKĄ
ŻYCIE TOWARZYSKIE, CZYLI JAK TO BYŁO NAPRAWDĘ
KRYSTYNA JANDA O WOJCIECHU POKORZE
W GOŚCINIE U KRYSTYNY JANDY
CEZARY ŻAK O WOJCIECHU POKORZE
NIE SAMYM AKTORSTWEM CZŁOWIEK ŻYJE - REŻYSERIA
MAM TAK SAMO JAK TY MIASTO MOJE, A W NIM...
MAGICZNE KAMIENIE
WALIZKI ZA DRZWIAMI - PRZEPIS NA UDANE MAŁŻEŃSTWO
LICENCJA NA KIEROWANIE
RODZINA - NAJWIĘKSZY SKARB
ACH, TE WNUCZĘTA
JEDNĄ NOGĄ NA TAMTYM ŚWIECIE
KAŻDA DZIAŁKA UZALEŻNIA
GÓRALE, BOAZERIA I DZIAŁKOWY ZLOT SZAMANÓW
POLSKIE SERIALE
AKTORSTWO? JA SIĘ DO TEGO NIE NADAJĘ!
OSIEMDZIESIĄT LAT MINĘŁO JAK JEDEN DZIEŃ
JAN KOBUSZEWSKI O WOJCIECHU POKORZE
POKORNY DO TERAZ
ARTUR BARCIŚ O WOJCIECHU POKORZE
EPILOG
OD AUTORA
PODZIĘKOWANIA
SPIS RÓL