Z piekła do nieba - Merlin Carothers

-
Proszę czekać

Czym jest uwielbienie?

Na temat aktu uwielbienia Boga piszę i wykładam już od siedmiu emocjonujących lat i powoli uzmysławiam sobie, jak niewiele na ten temat wiem. To nie jest fałszywa skromność. Codziennie utwierdzam się w przekonaniu, że przede mną jeszcze bardzo długa droga. Odkrywam właśnie, że uwielbienie jest - w rzeczy samej - jedną z najważniejszych praktyk duchowych dostępnych tutaj na ziemi. Uwielbienie, którego On od nas oczekuje, angażuje każdy aspekt mojego życia. Akt uwielbienia powinien być centralnym punktem naszej relacji z Bogiem.

W ciągu tych wszystkich lat miałem okazję obserwować tysiące ludzi próbujących zgłębić istotę uwielbienia Boga. W przypadku niektórych było to doświadczenie mające wymiar rewolucji, dla innych nie znaczyło nic. Podobny kontrast zaobserwowałem w swoim własnym życiu. Czasem uwielbienie przynosi owoce, innym zaś razem moje słowa osuwają się w banał.

Co decyduje o różnicy? Przede wszystkim uwielbienie nie może się przeistoczyć w pusty rytuał. Nie chodzi tu o codzienne powtarzanie słów "Chwalmy Pana". Chodzi raczej o coś, co wypływa z samego jądra istnienia. Jest to zarazem coś, co spotyka się z natychmiastową reakcją ze strony Bożego Serca.

Tym czymś jest "prawdziwe uwielbienie". Co się na nie składa? Jakie warunki należy spełnić, by uwielbienie miało taki charakter? Jakie zaś okoliczności będą to utrudniać? Mam nadzieję, że nawet jako stulatek wciąż będę poszerzał swoją wiedzę na ten temat.

Poza tą "mechaniką" znajduje się żywa, duchowa praktyka uwielbienia Pana i zarazem punkt, w którym niebo styka się z piekłem. Niczego innego nie pragnę równie mocno jak tego, by zrozumieć, jaka forma uwielbienia jest najmilsza Bogu. Niczego nie pragnę bardziej niż tego, by moja miłość popłynęła wartkim strumieniem uwielbienia dla Boga.

Cierpienie zbliża ludzi. Jeśli cierpisz i uważasz, że jesteś w tym odosobniony, możesz żywić przekonanie, że nie spotkasz się ze zrozumieniem. Jeśli wskutek lektury moich książek dojdziesz do wniosku, że ich autor nie doświadcza cierpienia, a Bóg błyskawicznie odpowiada na jego modlitwy, raczej nie uwierzysz, że mógłbym ci w jakikolwiek sposób pomóc. A jednak zdarza się, że cierpię, a Bóg niejednokrotnie pozwala mi długo czekać, zanim pozwoli mi odczuć efekty mojego zaufania. Postawiono mi kiedyś zarzut sprzeniewierzenia funduszy kościelnych. Oskarżenie pochodziło od kogoś, kogo kochałem i darzyłem zaufaniem. Nie było najmniejszych podstaw do sformułowania tego rodzaju zarzutu ani choćby najsłabszego dowodu, by go potwierdzić. Sędzia przez kilka minut przyglądał się treści przedłożonego mu aktu oskarżenia. "Co on tutaj robi? Nie znajduję tutaj żadnego dowodu, który podważałby zeznanie pozwanego". Lawina jednak ruszyła. Moja reputacja została nadwerężona, a dokładnie na to liczył oszczerca. Znaleźli się ludzie, którzy skorzystali z okazji, by podzielić się swoimi "wątpliwościami". "Cały czas miałem wrażenie, że coś jest nie tak", "Oto dowód, że uwielbienie przynosi wymierne korzyści - w dolarach". Sens tego wszystkiego? Pragnę się nauczyć posłuszeństwa, skoro i On musiał. "I chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał" (Hbr 5, 8)*.

Modlę się o to, by wiedza, którą się z wami dzielę, okazała się dla was impulsem do intensywnego rozwoju i otwarcia serca na bezustanne uwielbienie Boga, który objawia nam swoją miłość i potęgę.

* Wszystkie cytaty biblijne podano za Biblią Tysiąclecia, wyd. V, Poznań 2012 [wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza].

Upadek

Masywne stalowe drzwi zatrzasnęły się ze szczękiem. Więzień znalazł się w niewielkiej podziemnej celi. W uszach wciąż dzwoniły mu słowa strażnika. "Do środka, ważniaku! Do zobaczenia za pięćdziesiąt lat".

To nie był zły sen. Za murami cieszył się opinią wziętego adwokata od spraw karnych, mającego władzę i opływającego w luksusy, jakie zapewniały mu koneksje i pieniądze. W dotychczasowym życiu kierował się dewizą: "Jeśli masz na coś ochotę - zrób to. Jeśli czegoś pragniesz - sięgnij po to".

Głód adrenaliny doprowadził go do najgłośniejszych spraw: handlu bronią i materiałami wybuchowymi, przemytu narkotyków, napadów na banki oraz oszustw ubezpieczeniowych. Wyrobił sobie znajomości w kręgach zorganizowanej przestępczości. Miał czterdzieści lat, jego kariera nabierała rozpędu. I właśnie wtedy został przyłapany na sprzedaży narkotyków. Wszystko przepadło. Za murami więzienia zostawił żonę i dwójkę małych dzieci. Został skazany na pięćdziesiąt lat, i to pomijając kilka pomniejszych, wciąż ciążących na nim zarzutów, które zostałyby doliczone do zasądzonej kary, gdyby zdołał dożyć chwili, w której mógłby się ubiegać o zwolnienie warunkowe.

Ściany celi były wymazane krwią i ekskrementami. Nieszczęśnicy, którzy trafili tu przed nim, za pomocą ołówka rejestrowali powolny upływ czasu. Dziesięć - dwadzieścia - trzydzieści lat. Żadnej nadziei na ucieczkę. Wszechobecną ciszę ciemnego, wilgotnego pomieszczenia przerywały jedynie odgłosy zamykanych drzwi oraz pojękiwania więźniów, którzy powoli pogrążali się w odmętach szaleństwa.

Odcięty od blichtru świata zewnętrznego, odarty z sukcesów, jakie w nim odnosił, odtąd całkowicie bezbronny, zapomniany i opuszczony przez wszystkich, doświadczył udręki człowieka pogrzebanego żywcem w cuchnącym grobie. Rozbity, osunął się na zimną podłogę.

"Boże, nawet nie wiem, czy istniejesz - szlochał jak dziecko. - Jeśli jednak gdzieś tam jesteś i słuchasz, to wiedz, że przepraszam za wszystko, co zrobiłem. Proszę, wybacz mi. Ten jeden, ostatni raz. Oddam Ci całe moje życie. Bez wyjątków. Na zawsze".

W otaczającym go mroku panowała cisza, ale coś zaczęło się dziać. Lęk ustąpił, a miejsce przerażenia zajęło wszechogarniające poczucie przebaczenia i miłości. Po policzku więźnia spłynęły ciepłe łzy wdzięczności. Poczuł się jak chłopiec, który zwraca się do swego ojca z prośbą o wybaczenie, by po chwili znaleźć się w jego silnych ramionach. Cela, jeszcze przed momentem budząca odrazę, przestała być źródłem rozpaczy. Nie odczuwał nawet pragnienia opuszczenia tego miejsca. "Jeszcze nigdy nie czułem się tak wolny i tak szczęśliwy - napisał do mnie. - Z całego serca dziękowałem Bogu za to, że sprowadził mnie do tej małej śmierdzącej dziury, bym mógł się z Nim spotkać".

Tym więźniem okazał się doktor Gene Neill. O jego istnieniu dowiedziałem się, gdy zwrócił się do mnie po otrzymaniu egzemplarza Mocy uwielbienia*. Po tym, jak zawierzył Bogu własne życie, oddał się lekturze Biblii, której egzemplarz ktoś przemycił do jego celi. Odtąd nic nie interesowało go tak mocno jak rady i wskazówki zawarte w Piśmie. Wczytując się w Moc uwielbienia, utwierdził się w przekonaniu, że Bóg oczekuje od niego wdzięczności w każdych okolicznościach.

Dziękował więc Bogu za wszy i karaluchy, był również wdzięczny za krzywdy, jakich doznawał od strażników. Dziękował za wszechobecny brud i odór uryny. Wielbił Boga z wdzięczności za swojego pięcioletniego syna, który miał osiągnąć wiek średni jeszcze przed zwolnieniem ojca z więzienia. Odczuwał nawet wdzięczność za własną chciwość i bezwzględność, które ściągnęły katastrofę na jego rodzinę.

Uwielbienie, jakim Gene Neill obdarzył Boga, radykalnie odmieniło jego życie. Radość, jakiej odtąd stale doświadczał, stała się również udziałem innych - współwięźniów oraz strażników, którzy zwrócili się ku Bogu. Już wkrótce Gene został przeniesiony z więzienia o zaostrzonym rygorze do zakładu położonego w bagnistej Florydzie. Niemal pożarty przez moskity, dziękował Bogu za miejscowe insekty. A te szybko przestały go kąsać. Współwięźniowie, początkowo przekonani, że to zasługa jakiegoś wyjątkowo mocnego preparatu, który zdołał przemycić do celi, już wkrótce sami zwrócili się ku Bogu, którego obecność dostrzegli w życiu Gene'a.

Po dwóch latach Gene wyszedł na wolność. Ułaskawienie nadeszło prosto z Waszyngtonu. Mógł dołączyć do rodziny, która w tym czasie wiodła skromne życie w okolicy. Wspólnie dziękowali Bogu za nową szansę, a dzięki serii szczęśliwych przypadków byli w stanie związać koniec z końcem. Pewnego dnia nieznajomy przechodzień wręczył mu na ulicy pewną sumę pieniędzy, tłumacząc jedynie, że polecił mu to Bóg. Innym razem, gdy Gene wraz z żoną dziękował za spożywany właśnie skromny posiłek, rozległo się pukanie do drzwi starego, przerobionego autobusu, który służył im za "mieszkanie". Tajemniczy gość wręczył im paczkę z dużą ilością steków.

Dlaczego w przypadku Gene'a Neilla praktyka uwielbienia "zadziałała"? Czym dokładnie było to, co miało swoje źródło w jego sercu i spotykało się z natychmiastową odpowiedzią ze strony Boga?

Kluczem jest jedno słowo - przebaczenie. Gene poprosił o przebaczenie i zawierzył swoje życie Bogu, a On bezzwłocznie odpowiedział. Zawsze tak czyni. Autentyczne uwielbienie jest naturalnym odruchem serca w reakcji na przebaczenie, które stanowi jego fundament. To tutaj znajduje się klucz do naszych relacji z Bogiem.

Nikt nie zna natury ludzkiej lepiej od naszego Stwórcy. On wie, że jesteśmy nieposłuszni i że nasze nieposłuszeństwo oddala nas od Niego. Pragnie odnowienia naszych relacji. Ma zarazem świadomość, że nie może w pełni na nas polegać, więc dawno temu postanowił, że zacznie od samego siebie. Nasze nieposłuszeństwo zasługuje na śmierć, więc Bóg pozwolił, by Jego własny Syn, Jezus Chrystus, umarł dla nas. Tym samym nasz dług został spłacony. To kluczowy element systemu Bożego miłosierdzia.

Przebaczenie zakłada rezygnację z dążenia do uzyskania rekompensaty ze strony winowajcy. Wszyscy jesteśmy winowajcami. Ale dzięki misji Jezusa Bóg zrezygnował z wszelkich "roszczeń" w stosunku do człowieka. Nie ma wobec nas żadnych pretensji. Brzmi to banalnie, ale jest rzeczą pewną, że nie pojmujemy w pełni sensu tych słów. Gdyby było inaczej, przez resztę życia przepełniałyby nas wdzięczność i radość. Większość z nas nie docenia skali Bożego miłosierdzia. Możemy być jedynie wdzięczni, że sam Bóg nie ma z tym problemu.

Celem odkupienia jest odnowienie relacji z Bogiem. Jego realizacja pozostaje poza naszym zasięgiem, o ile w pełni go nie zaakceptujemy. Można byłoby przypuszczać, że już sama idea wyzwolenia od winy powinna przyprawiać nas o dreszcze, tymczasem stawiamy jej opór - tak silna jest ludzka niechęć do przyznania, że żyjemy w błędzie. W mojej ocenie najtrudniejszym zadaniem jest zaakceptowanie faktu, że niczego nie jesteśmy w stanie zrobić właściwie. Stajemy na głowie, by ratować własną dumę, broniąc się przed uznaniem Bożych zamiarów wobec nas.

Po części wynika to stąd, że od dzieciństwa wpaja się nam nakaz szukania "własnej drogi" - wykuwania własnego losu. Odczuwamy dumę ze statusu self-made mana, komplementujemy się wzajemnie, mówiąc: "Spójrz na Joe, spójrz na Susie - osiągnęli coś własną pracą". Duma z własnych osiągnięć oddziela nas od Boga. Pragniemy radzić sobie na własną rękę i miotamy się dopóty, dopóki nie skapitulujemy wobec bólu i piętrzących się problemów. Nawet wówczas wzdragamy się jednak przed uznaniem drogi wskazanej nam przez Boga. "To wstyd płaszczyć się przed Nim jak żebrak. Poczekam, aż sam zdołam to wszystko poukładać".

Niektórzy zatrzymują się w połowie drogi. Deklarujemy skruchę, choć nasze słowa wciąż pozostają w sprzeczności z działaniem i już po chwili powracamy do dawnej postawy. Brakuje w tym wszystkim kluczowego elementu - bezgranicznego poddania się Bożej woli. Sens tego gestu sprowadza się do całkowitego oddania się w Jego władzę - nie mniej. Niecałkowite oddanie w relacjach z Bogiem jest równoznaczne z samooszukiwaniem się. Prawdopodobnie znaczyłoby to, że żałujemy nie tyle naszych błędów, ile faktu, że zostaliśmy na nich przyłapani.

Prawdziwe przebaczenie, które prowadzi do odnowienia naszej więzi z Bogiem, nierozerwalnie wiąże się z poddaniem się Jego woli. W przeciwnym razie będziemy niczym zbiegły z domu nastolatek, który zdecydował się do niego wrócić, gdy sprawy przybrały zły obrót. "Przepraszam, że uciekłem, chciałbym wrócić" - mógłby powiedzieć. "Nie podobają mi się jednak panujące tu zasady. Chcę być niezależny, zamierzam się czesać i ubierać, jak chcę, i robić, co mi się podoba".

Czy zdarza ci się odnosić do Boga w taki sposób? "Cierpię, Boże. Wybaw mnie od tych problemów, a nie będę już postępował jak dawniej". Jeśli twoje wyznanie nie będzie szczere, Bóg przejrzy myśli, które skrywasz. "Lubię to, co robię, i nie zamierzam tego zmieniać, dopóki udaje mi się utrzymać na powierzchni". Przy takiej postawie nie zdołamy utrzymać bliskiej relacji z Bogiem. Niepokorny uciekinier również nie zabawi długo pod jednym dachem z rodzicami.

Biblia, dla odmiany, zawiera przypowieść o pomyślnie odbudowanych relacjach ojca z synem, który opuścił dom z przynależną mu częścią majątku. W odległej krainie chłopak wiódł życie pełne wygód, przynajmniej do czasu, gdy skończyły mu się pieniądze. Głodny, samotny, pozbawiony przyjaciół, którzy go opuścili, wybłagał u rolnika pracę w charakterze świniopasa. Żywił się tym, czego nie zjadły świnie, spał ze zwierzętami. Nie było to łatwe życie. Pewnego dnia uświadomił sobie, że trwał w błędzie. Przypomniał sobie, że w domu ojca nawet sługom niczego nie brakowało i że zawsze mieli co jeść. Głęboko żałował swojej postawy. Wiedział, że roztrwonił swój majątek i że nie zasługuje, by traktowano go jak syna. Postanowił jednak poprosić ojca o pracę w gospodarstwie. Gotów był się podjąć najbardziej podłej roboty. Z taką myślą ruszył do domu, a kiedy na spotkanie wyszedł mu ojciec, wykrzyknął: "Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Niebu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem [...]" (Łk 15, 21). Przepełniony radością ojciec, zamiast zganić syna, wziął go w ramiona, odział w nowe szaty i podarował mu pierścień na potwierdzenie statusu pełnoprawnego dziedzica i syna. Następnie rozkazał zabić utuczone cielę i wydał wielką ucztę z okazji powrotu dziecka.

Dokładnie w ten sam sposób Bóg oczekuje powrotu każdego z nas z krainy nieposłuszeństwa. Gdy przyznamy, że żyliśmy w błędzie, wyrażając jednocześnie gotowość do podporządkowania Bogu własnego życia, Jego odpowiedź będzie podobna do reakcji ojca z przytoczonej przypowieści. Będzie się radował z naszego powrotu do domu, odzieje nas w nowe szaty i wyda wielką ucztę, ponieważ Jego syn "zaginął, a odnalazł się" (Łk 15, 24).

Ojciec jest gotowy nam przebaczyć - ale nie każdy gotów jest powrócić do domu, by to przebaczenie przyjąć. Co by się jednak stało, gdyby syn marnotrawny, przepełniony żalem za swoje zachowanie, nigdy nie odważył się wrócić i poprosić ojca o wybaczenie? Są wśród nas bardzo nieszczęśliwi ludzie, którzy gorzko żałują swoich wyborów i zmagają się z silnym poczuciem winy, ale nigdy nie zwrócą się do Boga z prośbą o przebaczenie.

Kimś takim był Judasz. Żałując, że zdradził Jezusa, próbował zwrócić trzydzieści srebrników, które otrzymał w zamian. Gdy to się nie powiodło, poczucie winy doprowadziło go do samobójstwa. Nigdy nie dotarły do niego wypowiedziane na krzyżu słowa Jezusa: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią" (Łk 23, 34).

Czy ciężar twojej winy prowadzi cię ku samozatracie? Psychiatrzy twierdzą, że nieukojone poczucie winy może skutkować pragnieniem autodestrukcji. Karzemy się, popadając w alkoholizm, obżarstwo, narkomanię, wkraczając na drogę przestępstwa.

Może się nam wydawać, że nie zasługujemy na przebaczenie - że nasze grzechy są zbyt odstręczające w oczach Boga. Niektórzy z nas mogą nie rozumieć, że Bóg pragnie nam przebaczyć, ale to nasza własna duma nie pozwala nam przyjąć Bożej woli. Na własną rękę wymierzamy sobie karę i nie przyjmujemy do wiadomości, że Boże przebaczenie to jedyne remedium na dręczące nas poczucie winy.

Są i tacy, którzy zatrzymują się po wykonaniu pierwszego kroku: wyznajemy nasze błędy przed Bogiem i prosimy o przebaczenie, ale z pewnych względów nie dopuszczamy do siebie wiary, że tego przebaczenia faktycznie dostąpiliśmy. Raz po raz deklarujemy nasz żal, nie wierząc jednak w to, że zostaliśmy wysłuchani. Spróbujcie wyobrazić sobie teraz syna marnotrawnego, który staje przed ojcem ze słowami: "Zgrzeszyłem, tato, proszę, przebacz mi". Nie czekając na odpowiedź, powtarza: "Zgrzeszyłem, proszę, przebacz mi". Każdego dnia ponawia swoją prośbę, i tak bez końca, nie przyjmując do wiadomości, że jego ojciec wybaczył mu już na samym początku.

Napisał do mnie więzień, który większą część życia spędził za kratami. Jego życiorys obejmował pobyty w pięciu domach poprawczych, jedenastu zakładach karnych oraz niezliczoną ilość wizyt w areszcie policyjnym. Na wolności po prostu nie potrafił trzymać się z dala od kłopotów, więc wyrobił w sobie przekonanie, że w ten właśnie sposób Bóg karze go za zepsucie. Z czasem doszedł do wniosku, że jedynym sposobem na utrzymanie się na powierzchni będzie skorygowanie własnego zachowania, tak by zaskarbić sobie Bożą przychylność. W więziennej celi bez reszty oddał się lekturze Biblii, poświęcając jej codziennie od dziesięciu do dwunastu godzin. "Każdego dnia po tysiąckroć zwracałem się do Boga z prośbą o przebaczenie i tyle samo razy zmagałem się ze Złym - pisał do mnie. - Myślałem, że Bóg jest rozgniewanym sędzią, i byłem pewien, że nie kocha takiego grzesznika jak ja".

Gdy ktoś podarował mu egzemplarz Mocy uwielbienia, uznał, że autor książki musi być wariatem, bo tylko szaleniec radziłby dziękować Bogu za pobyt w więzieniu. W dalszym ciągu zabiegał więc o to, by stać się godnym Bożego przebaczenia, ale pewnego dnia po prostu skapitulował ze zmęczenia. Szlochając w poczuciu beznadziei, uznał swoją klęskę. "Panie, będziesz musiał mi wybaczyć, bo zupełnie opadłem z sił. Jeśli podobam Ci się taki, jaki jestem, przyjdź i zrób ze mną, co tylko chcesz. Tylko, proszę, nie miej do mnie żalu, że nie jestem już w stanie zabiegać o Twoje względy".

Choć jego poduszka była mokra od łez, tej nocy spał jak dziecko. "Pan i ja żyjemy teraz w świetnej komitywie - pisał dalej w liście. - Nie mógłbym prosić o lepszego towarzysza w celi. Słowa "chwalmy Pana" przychodzą do mnie nawet we śnie. Jezus jest w porządku. Kocha mnie. Potrafi być prawdziwym przyjacielem, gdy obdarzamy Go zaufaniem za to, co zrobił dla nas na krzyżu".

Próbując na własną rękę spłacić dług za swoje grzechy, cofamy Jezusowi ten kredyt zaufania. Pragniemy Bożego przebaczenia na naszych własnych warunkach. Nasza wina staje się wówczas zbędnym ciężarem, dźwiganym wyłącznie dlatego, że jesteśmy zbyt dumni, a zarazem zbyt uparci, by złożyć ją w Bożych rękach. Bóg Ojciec całym swoim sercem tęskni za nami. "Moje dziecko, wiem, co zrobiłeś - mówi nam. - Znam każdy twój grzech, każdą występną myśl. Zgrzeszyłeś przeciwko Mnie i innym, ale wybaczam ci. Wróć do domu. Pozwól Mi odziać cię, nakarmić i obsypać wszelkimi dobrodziejstwami. Pozwól Mi miłować cię, uleczyć twoje rany i zbolałe serce".

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

* M.R. Carothers, Moc uwielbienia, Częstochowa 2013.