Z okruchów nadziei - Anna Siedlecka

Kup ebooka

46.90 zł
38.93 zł (38,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

~ 1 ~

Obec­nie

Łzy pły­nęły mi po po­licz­kach na wspo­mnie­nie wy­da­rzeń sprzed mie­siąca. Wy­cie­raczki nie ra­dziły so­bie z je­sienną ulewą, czu­łam się tak, jakby cały świat pła­kał ra­zem ze mną. Kro­ple desz­czu nie­po­ko­jąco dud­niły o dach sa­mo­chodu. Na prze­mian sły­sza­łam to deszcz ude­rza­jący o bla­chę, to wy­cie­raczki. Deszcz. Wy­cie­raczki. Za­ci­snę­łam dło­nie na kie­row­nicy. Mu­sia­łam tam do­je­chać. Mia­łam na­dzieję, że gdy do­trę na miej­sce, prze­sta­nie bo­leć.

Za­wsze jeź­dzi­łam w góry z wielką ra­do­ścią, z pla­nem na zdo­by­cie szczytu, po­zna­nie no­wego szlaku, zro­bie­nie nie­sa­mo­wi­tych zdjęć, by po­tem wró­cić do sza­rej, zwy­kłej rze­czy­wi­sto­ści z uczu­ciem speł­nie­nia. Dziś je­cha­łam z zu­peł­nie in­nym na­sta­wie­niem. Czy chcia­łam uciec? Może schro­nić się, scho­wać przed tym, co zna­jome... przede wszyst­kim przed zna­jo­mymi twa­rzami, współ­czu­ją­cymi, cie­kaw­skimi spoj­rze­niami, nie daj Boże - przed osą­dami. Je­cha­łam już trze­cią go­dzinę bez przy­stanku, wie­czorna pora da­wała się już we znaki i or­ga­nizm do­ma­gał się ko­fe­iny. Zje­cha­łam z głów­nej trasy, po­pu­larne M za­chę­cało do zro­bie­nia so­bie prze­rwy na pyszną kawę, ciastko czy nie­zdro­wego ham­bur­gera. We­szłam do środka. Ogar­nę­łam wzro­kiem wnę­trze. Tłum lu­dzi, ra­do­sne dzieci ba­wiące się po­mię­dzy sto­li­kami, gło­śne roz­mowy na­sto­lat­ków i ra­zem z nimi ja... jakby za­mknięta w szkla­nej kuli, ze swo­imi my­ślami, tro­skami, z bó­lem, który nie chciał od­pu­ścić.

Zja­dłam, wy­pi­łam kawę i z po­wro­tem wsia­dłam do sa­mo­chodu. Chcia­łam ru­szyć da­lej, ale nie mo­głam. Opar­łam głowę na kie­row­nicy i znów po­zwo­li­łam im po­pły­nąć. Tak czę­sto te­raz to­wa­rzy­szyły mi łzy.

Żeby wraz z nimi przy­cho­dziło uko­je­nie.

Ale tak nie było. Spoj­rza­łam jesz­cze raz na tych wszyst­kich lu­dzi sie­dzą­cych w środku. Byli za­jęci czymś lub kimś. Za­zdro­ści­łam im. Ja nie mia­łam już nic. Wy­tar­łam łzy. Wzię­łam od­dech. Prze­krę­ci­łam klu­czyk w sta­cyjce i ru­szy­łam. W stronę mo­ich gór. Ucie­ka­łam od lu­dzi, a je­cha­łam tam, gdzie jest ich naj­wię­cej. Za­ko­pane.

Dawno już tam nie by­łam.

Wo­le­li­śmy cie­kaw­sze miej­sca, nowe, jesz­cze przez nas nie­od­kryte.

Za­wsze będę mo­gła za­mknąć się w po­koju i wy­cho­dzić tylko na wy­ku­pione po­siłki, a jak mi się znu­dzi, wyjść na szlak...

Mia­łam całe trzy ty­go­dnie na zło­że­nie się do kupy. Uśmiech­nę­łam się na wspo­mnie­nie Ani i Ma­riana, i chwili, kiedy po­wie­dzieli mi: "Jedź, Lidka, po­ukła­daj so­bie wszystko i wróć do nas". Za­wsze mo­głam li­czyć na moje sze­fo­stwo, wła­ści­cieli re­stau­ra­cji, w któ­rej pra­co­wa­łam. Choć ni­gdy nie udało mi się wy­bić - za­wsze ba­łam się się­gać wy­żej, po wię­cej - to po dwóch la­tach kel­ne­ro­wa­nia zo­sta­łam kie­row­ni­kiem. Mia­łam pod sobą świetny ze­spół ku­cha­rzy oraz kel­ne­rów. Uwiel­bia­łam swoją pracę, bo uwiel­biam lu­dzi.

Trzy ty­go­dnie... Czy to wy­star­czy, by za­cząć wszystko od nowa? Od zera? Od­dzie­lić grubą kre­ską całe swoje ży­cie i za­cząć od czy­stej kartki? Sama?... Za­sta­na­wia­jąc się nad tym, usły­sza­łam na­wi­ga­cję: "Do­tar­łeś do celu". Ulica Re­gle... mój tym­cza­sowy azyl. Nie mia­łam po­ję­cia, co za­re­zer­wo­wała mi przy­ja­ciółka, po­pro­si­łam, by zro­biła wszystko za mnie. "Po­szu­kaj, wy­bierz, za­re­zer­wuj" - po­wie­dzia­łam Ka­śce. Ufa­łam jej. Wie­działa do­sko­nale, w ja­kiej sy­tu­acji się znaj­duję, choć po­zna­ły­śmy się w pracy, obie mia­ły­śmy wra­że­nie, jak­by­śmy znały się od dziecka. Wie­działa więc, że kwa­tera bli­sko szla­ków to dla mnie speł­nie­nie ma­rzeń. Miała na­dzieję, że góry przy­wrócą mi chęć do ży­cia. Ja w to wąt­pi­łam.

Wy­sia­dłam z sa­mo­chodu. Cie­płe je­sienne po­wie­trze otu­liło mnie przy­jem­nie. Tu w Za­ko­pa­nem nie było śladu po desz­czu. Moim oczom uka­zał się piękny drew­niany pen­sjo­nat Dwa Dęby. Ro­zej­rza­łam się. Spoj­rza­łam wy­żej, by zo­ba­czyć moją mi­łość - góry, ale czarne niebo je za­sła­niało. Wy­ję­łam z ba­gaż­nika dwie małe wa­lizki, torbę li­sto­noszkę i uda­łam się do głów­nego wej­ścia. Na­prze­ciwko znaj­do­wała się re­cep­cja, a po jej le­wej stro­nie zo­ba­czy­łam piękne drew­niane schody, za­pewne do po­koi, po pra­wej na­to­miast było nie­wiel­kie po­miesz­cze­nie z wy­god­nymi brą­zo­wymi ka­na­pami oraz przy­tul­nym ko­min­kiem. Wnę­trze pen­sjo­natu wy­ko­nane było z drewna, kró­lo­wały w nim piękne ob­razy z gór­skimi szczy­tami, w sali ko­min­ko­wej ściany ozdo­biono skó­rami zwie­rząt. Moim oczom uka­zała się sym­pa­tyczna blon­dynka, jak na moje oko nie­wiele star­sza ode mnie.

- Do­bry wie­czór. - Pra­wie za­śpie­wała z gó­ral­skim ak­cen­tem. - Jak mi­nęła pani po­dróż? - spy­tała, nie da­jąc mi moż­li­wo­ści na przy­wi­ta­nie się.

- Do­bry wie­czór, dzię­kuję - od­po­wie­dzia­łam. - Mam re­zer­wa­cję po­koju na na­zwi­sko... - tu za­wa­ha­łam się na chwilę - Mi­chal­ska - cią­gnę­łam da­lej. Nie chcia­łam wda­wać się w roz­mowy.

- Po­kój jest go­towy. Cze­ka­li­śmy na pa­nią, pro­szę. - Po­dała mi klucz i do­dała: - Po­kój nu­mer cztery jest na pierw­szym pię­trze. Śnia­da­nie po­da­jemy od go­dziny ósmej do dzie­sią­tej - po­in­for­mo­wała mnie, wska­zu­jąc na drzwi, któ­rych wcze­śniej nie wi­dzia­łam.

- Dzię­kuję. - Uśmiech­nę­łam się de­li­kat­nie. - Do­bra­noc.

Wzię­łam wszyst­kie swoje rze­czy i ru­szy­łam w stronę scho­dów. Mój po­kój znaj­do­wał się na końcu ko­ry­ta­rza. Urzą­dzony był w ta­kim sa­mym stylu jak dół pen­sjo­natu. Cały był wy­ło­żony drew­nem, ściany zdo­biły piękne fo­to­gra­fie z gór­skimi szla­kami. Ko­cha­łam drewno, a Kaśka do­brze o tym wie­działa. Nie lu­bi­łam jeź­dzić w góry do luk­su­so­wych, no­wo­cze­snych apar­ta­men­tów. To nie dla mnie. Mój po­kój był skromny, ale śliczny. Z pra­wej strony stało po­je­dyn­cze łóżko, przy nim ma­lutka szafka nocna, a za­raz obok sto­lik z fo­te­lem. Z le­wej strony znaj­do­wała się moja ła­zienka. Nic mi wię­cej nie było po­trzeba. Wró­ci­łam wzro­kiem na szafkę nocną. Stał na niej pre­zent.

Pre­zent? Tu­taj? Dla mnie?

Po­de­szłam bli­żej. Na ko­lo­ro­wej pa­czuszce na­pi­sane było: Lidka. Uśmiech­nę­łam się. Zna­łam to pi­smo. Ro­ze­rwa­łam pa­pier, a moim oczom uka­zała się książka pod ty­tu­łem Jesz­cze bę­dzie pięk­nie, otwo­rzy­łam ją: "Ko­chana! Ko­cham Cię i mocno wie­rzę w Cie­bie! Dasz radę! Je­stem z Tobą! Kaśka". Za­czę­łam się śmiać i pła­kać jed­no­cze­śnie. Cała Kaśka! Szczera, do­bra, sza­lona. Odło­ży­łam książkę, prze­bra­łam się we fla­ne­lową, cie­płą pi­żamę i zwi­nę­łam się w kulkę pod pie­rzyną. Bez ką­pieli pa­dłam zmę­czona.

Prze­ży­łam ten dzień.

To była moja ostat­nia myśl przed za­śnię­ciem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki