Z obłoków na ziemię - Roma J. Fiszer

-
Proszę czekać

1.

Z pogrą­żo­nej w ciszy hali odlo­tów ter­mi­nala T1 w Dubli­nie dobiegł nagle wyraźny stu­kot obca­sów. Wie­sław i Mairéad spoj­rzeli po sobie. O tej porze było to coś raczej nie­ty­po­wego.

Ryt­miczny dźwięk zbli­żał się powoli, odbi­ja­jąc się od pustej prze­strzeni. Na chwilę cichł, by po sekun­dzie powró­cić jesz­cze wyraź­niej. Ktoś wszedł po scho­dach na antre­solę i kie­ro­wał się w stronę zaułka, gdzie był ich lokal.

Wie­sław uniósł wzrok, a Mairéad prze­su­nęła się za ladą, żeby lepiej widzieć doj­ście do ich baru.

Po chwili w przej­ściu poja­wiła się młoda kobieta w nie­bie­skim uni­for­mie ste­war­desy KLM. Ciemne włosy miała spięte w koczek, cią­gnęła za sobą walizkę. Bez słowa omio­tła wnę­trze spoj­rze­niem, ski­nęła lekko głową i pode­szła do jed­nego ze sto­li­ków. Zrzu­ciła torebkę na blat i ciężko usia­dła.

Wyglą­dała na wyraź­nie zde­ner­wo­waną.

Mairéad odcze­kała chwilę, po czym pode­szła do kobiety.

- Dobry wie­czór. Czy mogę coś podać?

Nor­mal­nie klienci sami pod­cho­dzili do baru z zamó­wie­niem, ale to była jedyna w tej chwili klientka, a do tego ste­war­desa. Wie­sław z uzna­niem zaak­cep­to­wał miły gest swo­jej kel­nerki.

- Kawa dop­pio... to na razie - rzu­ciła krótko ste­war­desa.

- Może zje pani jakieś cia­steczko?

- Dzię­kuję.

- Ona ma zna­czek pur­sera1! - wyszep­tała Mairéad kiedy wró­ciła za ladę.

- O! Czyli praw­dziwa szy­cha na pokła­dzie - odparł Wie­sław pra­wie bez­gło­śnie. - Ponad setka lokali, a ona aż tutaj dotarła?

- Ale więk­szość jest już zamknięta!

Wie­sław tylko przy­tak­nął.

Po chwili ste­war­desa popi­jała już gorącą kawę. Prze­pro­wa­dziła dwie ciche tele­fo­niczne roz­mowy, wystu­kała na kla­wia­tu­rze apa­ratu kilka ese­me­so­wych wia­do­mo­ści, wresz­cie zna­cząco spoj­rzała w kie­runku baru.

- Teraz ja do niej podejdę - szep­nął Wie­sław; po chwili stał już przy dziew­czy­nie.

- A jakaś karta dań? - spy­tała, spo­glą­da­jąc na niego bez­na­mięt­nie.

- O tej porze wielu dań już nie mamy, więc wszystko pamię­tam. Na cie­pło czy na zimno? - Spoj­rzał na jej buzię.

- Mia­łam umó­wioną cie­płą kola­cję w Amster­da­mie. - Ste­war­desa wydęła dolną wargę.

- Rozu­miem, to wielki zawód.

- Idiota tak­sów­karz zawiózł mnie na drugi ter­mi­nal i spóź­ni­łam się na wylot swo­jego samo­lotu... pierw­szy raz w karie­rze - pod­kre­śliła po krót­kiej pau­zie.

Wie­sław ledwo dostrze­gal­nie wzru­szył ramio­nami.

- Nie wie­rzy mi pan?! - Młoda kobieta pra­wie wark­nęła, marsz­cząc brwi.

- Nic mi do tego, ale wycho­dzi na to, że spóź­niła się pani przez tego idiotę... tylko o pra­wie trzy godziny. Dobrze liczę? Drogę z tam­tego ter­mi­nala na ten da się poko­nać bie­giem w trzy-cztery minuty... - Pochy­lił głowę i zer­k­nął na ukryte pod sto­li­kiem jej nogi w czó­łen­kach. - No dobrze, na obca­sach w pięć.

- Biega pan na obca­sach, że tak się orien­tuje?!

Wie­sław uśmiech­nął się bez­wied­nie. Znał tę drogę dokład­nie, w ciągu ostat­nich pię­ciu lat poko­ny­wał ją wie­lo­krot­nie.

Mie­rzyli się wzro­kiem; po chwili ste­war­desa nagle się uśmiech­nęła.

- Pan zawsze taki... bez­po­średni?

- Odwa­ży­łem się, bo może już nie trafi mi się oka­zja roz­ma­wiać z pur­se­rem z KLM.

Dopiero teraz uważ­niej przyj­rzała się twa­rzy męż­czy­zny. To nie był z jego strony jakiś żart, on to powie­dział pra­wie z namasz­cze­niem. Po dziw­nie reflek­syj­nym spoj­rze­niu poznała, że może się za nim kryć nawet pewna... nie­śmia­łość. To nie żaden bubek skory do pod­rywu, jakich na swo­ich tra­sach spo­ty­kała bez liku, lecz dziwny, nocny mądrala. Tak go oce­niła.

- Czyli prze­wi­duje pan, że jed­nak mnie zwol­nią, podob­nie jak sądzi moja przy­ja­ciółka? - Wska­zała na leżący obok tele­fon i na moment posmut­niała.

Wie­sław zro­zu­miał, że musiała to usły­szeć w trak­cie jed­nej z nie­daw­nych roz­mów.

- Pani ma zbyt wielką klasę. Nie odważą się - odparł, zde­cy­do­wa­nie krę­cąc głową.

Ste­war­desa skwi­to­wała jego słowa uśmie­chem okre­śla­nym jako "Pan Am".

- Miłe jest to, co pan mówi, ale skoro powie­działa, że jest taka ewen­tu­al­ność, to oni na pewno z tego sko­rzy­stają i mnie zwol­nią. Na moje miej­sce jest wiele kan­dy­da­tek. No dobrze... to mój pro­blem, a co z tym jedze­niem?

- Czy lubi pani eks­pe­ry­menty... kuli­narne?

- Pan jest naprawdę... - Wzru­szyła ramio­nami. - A więc powie­dział pan... eks­pe­ry­ment kuli­narny, tak?

- Od kilku dni mamy w ofer­cie pyzy z Pol­ski, z regionu o nazwie Kaszuby... coś jak wasza Fry­zja albo Bra­ban­cja. - Pochwa­lił się zna­jo­mo­ścią Holan­dii.

- W Pol­sce Kaszuby... a w Holan­dii... Fry­zja - powtó­rzyła po nim wolno, mru­żąc oczy, jakby się nad czymś zasta­na­wiała. - Miesz­kam w Amster­da­mie, ale kie­dyś byłam z przy­ja­ciółką w Heere­nveen, wła­śnie we Fry­zji. To ośro­dek łyż­wiar­stwa szyb­kiego, a ona przez wiele lat była nie­złą zawod­niczką. No dobrze, to co z tym jedze­niem?

- Jeśli nie lubi pani eks­pe­ry­men­tów, to mogę podać coś mię­snego... na przy­kład tra­dy­cyjny bef­sztyk, do tego surówka, frytki...

- Lubię eks­pe­ry­menty... kuli­narne! - Prze­krzy­wiła głowę. - A jak pan zamie­rza podać te... pyzy?

- Mogą być na słodko albo ze skwar­kami.

- Po kawie chyba tylko na słodko. - Deli­kat­nie potarła pal­cem skroń. - A pan... co mi zapro­po­nuje?

- Zde­cy­do­wa­nie na słodko. Pole­cam lekko polane gęstą śmie­taną, ale podam też do nich żura­winę i miód wie­lo­kwia­towy. One razem się dobrze uzu­peł­niają, poza tym...

- Irland­czyk, a jaki znawca... - prze­rwała i przyj­rzała się uważ­niej jego twa­rzy. - A długo będę cze­kała?

- Za sie­dem minut wra­cam z daniem, bo pyzy są świeże, dzi­siej­sze, a wodę mam zawsze gotową do ich pod­grze­wa­nia.

- Jestem pod wra­że­niem...

- A ile sztuk podać? Zama­wiamy mniej­sze, takie do sze­ściu cen­ty­me­trów śred­nicy.

- O! - powie­działa rado­śnie. - Trzy raczej powin­nam zmie­ścić.

- Da pani radę, tym bar­dziej że są naprawdę pyszne.

Dokład­nie po ośmiu minu­tach Wie­sław i Mairéad pode­szli do sto­lika ste­war­desy z nie­wiel­kimi tacami. On na swo­jej niósł pyzy i sztućce, kel­nerka dodatki. Klientka w uni­for­mie KLM z bły­skiem w oczach wpa­try­wała się w talerz z pyzami i miseczki z kolo­rową zawar­to­ścią. Kiedy po odkro­je­niu kawałka pyzy, posma­ro­wa­niu odro­biną żura­winy i miodu pod­nio­sła go do ust, przy­mknęła oczy. Po dru­gim kęsie spoj­rzała w stronę baru i uśmiech­nęła się do obsługi. Widać było, że danie jej sma­kuje. Jadła wolno, nie tra­cąc ani na chwilę uśmie­chu. Kiedy skoń­czyła, unio­sła rękę z kartą płat­ni­czą. Wie­sław wypi­sał rachu­nek i wol­nym kro­kiem pod­szedł z ter­mi­na­lem. Poło­żył przed ele­gancką klientką kar­teczkę z kwotą; skwi­to­wała ją z nie­od­łącz­nym uśmie­chem.

- To jakaś pro­mo­cja?

- Nie. U nas takie ceny są zawsze.

- Dobrze wie­dzieć.

Kiedy już odcho­dził od sto­lika, ste­war­desa spy­tała cicho:

- Czy mógłby pan zasu­ge­ro­wać jakiś hotel w Dubli­nie?

- W pobliżu lot­ni­ska jest chyba z sześć...

- Kole­żanka pod­po­wie­działa mi, żebym z nich raczej nie korzy­stała - prze­rwała mu, wska­zu­jąc na tele­fon.

- Coś takiego! - Nie potra­fił ukryć zdzi­wie­nia.

- Jestem w Dubli­nie pierw­szy raz.

- Prze­cież Amster­dam jest tak bli­sko, czyżby więc ni­gdy...

- Obec­nie latam codzien­nie na Gran Cana­rię, a wcze­śniej też gdzie indziej. - Roz­ło­żyła ręce.

- Do głowy by mi nie przy­szło... Jasne, że znam rów­nież inne hotele w Dubli­nie. Poczy­na­jąc od The Shel­bo­urne poprzez Auto­graph Col­lec­tion... aż do... The Mor­gan Hotel. - Uśmiech­nął się. - Wiem, gdzie one są, ale w żad­nym z nich nie noco­wa­łem. Miesz­kam nieco dalej od cen­trum w wol­no­sto­ją­cym domu, nie w żad­nym sze­re­gowcu! - pod­kre­ślił z naci­skiem. - Tam u nas ran­kiem można pójść do jed­nego z pobli­skich par­ków, gdzie nie poczuje się nawet spa­lin samo­cho­dów. No, pra­wie.

- Ależ panu zazdrosz­czę!

- Do bliż­szego mam ze trzy­sta metrów, do następ­nego nieco dalej, ale zaraz naprze­ciw naszej uliczki roz­ciąga się teren zie­lony, duży skwer pełen róż­nych drzew. Ludzie przy­cho­dzą tam z psami, inni się gim­na­sty­kują, a w cie­płe dni nawet wyle­gują się na kocach.

- Chcia­ła­bym miesz­kać w takich warun­kach - wes­tchnęła ste­war­desa. - To co mam zro­bić?

- Wybór należy do pani... A może woli pani zatrzy­mać się, prze­no­co­wać, nie w hotelu, a w takim domu?

- A pan ma... taki dom?!

- No nie, ja mam tylko w jed­nym z nich dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie.

- Pro­po­nuje mi pan noc u sie­bie?

- Do rana jestem tu. - Wie­sław pokrę­cił głową.

- To w takim razie jak brzmi ta pro­po­zy­cja? - Unio­sła zabaw­nie brew.

- Pro­szę moment pocze­kać. - Się­gnął do tyl­nej kie­szeni w spodniach i wycią­gnął tele­fon, chwilę przy nim ope­ro­wał i zaraz przy­ło­żył do ucha.

- Tak, słu­cham - dał się sły­szeć kobiecy głos.

- Dobry wie­czór, pani O'Rior­dan. Tu... - męż­czy­zna zawa­hał się - ...tu Nolan - dodał po chwili prze­rwy.

- Ach, to ty... Nola­nie.

- Czy pani przy­pad­kiem jesz­cze nie śpi?

- Teraz już na pewno nie zasnę, póki nie dowiem się, o co ci może cho­dzić.

- Roz­ma­wiam wła­śnie ze ste­war­desą... z KLM, która nie ma ochoty noco­wać w żad­nym z dubliń­skich hoteli.

Po tych sło­wach młoda kobieta sie­dząca przy sto­liku pokrę­ciła głową i otwo­rzyła usta, jakby chciała coś dopo­wie­dzieć.

- Prze­cież dobrze wiesz, że nie pro­wa­dzę dzia­łal­no­ści hote­lar­skiej, prawda?

- Ale może któ­ryś z sąsia­dów?

- Hmm... Nola­nie! Chyba raczej jest zbyt późno, by z kimś o takich spra­wach roz­ma­wiać, nie sądzisz?

- Tak wła­śnie myśla­łem, pani Mor­wenno, ale mimo to pozwo­li­łem sobie zadzwo­nić.

Ste­war­desa, sły­sząc dziwną wymianę zdań, zama­chała dło­nią w krót­kim, gwał­tow­nym geście.

- A to jest twoja zna­joma? Zna­czy... dobra zna­joma? - dopy­tała po chwili roz­mów­czyni.

- Oczy­wi­ście!

Ste­war­desa z wra­że­nia prze­łknęła ślinę.

- A ona do mnie trafi?

- Prze­cież nie pusz­czę jej samej do naszej dubliń­skiej dżun­gli. Zaraz znajdę tele­fo­nicz­nie Petera...

- Tego od Finna?

- Tego samego. Mam nadzieję, że jesz­cze nie zje­chał do domu na noc.

- To daj mi pil­nie znać, bo muszę się jakoś przy­go­to­wać, prawda?

- Mój salo­nik jest okej.

- Prze­cież wiem, ale mimo wszystko. Dzwoń do Petera i poin­for­muj mnie.

- Dzię­kuję, pani Mor­wenno.

Kiedy Wie­sław skoń­czył roz­mowę i przy­stą­pił do prze­szu­ki­wa­nia kon­tak­tów, żeby wybrać połą­cze­nie z Pete­rem, ste­war­desa ode­zwała się z zachwy­tem:

- Mor­wenna O'Rior­dan... Ależ to piękne, nie­co­dzienne imię i nazwi­sko! Bar­dzo poetyc­kie.

- Tu pra­wie wszy­scy mają podobne - wyja­śnił Wie­sław. - Imię Mor­wenna ma cel­tycko-korn­wa­lij­sko-gaelic­kie korze­nie... Po angiel­sku tłu­ma­czy się jako panna mor­ska, dziew­czyna z morza. W jej cha­rak­te­rze jest sporo deli­kat­nego szumu morza, ale też głu­chego przy­boju fal roz­bi­ja­ją­cych się o skały. To słowa wła­ści­cielki imie­nia.

Oczy ste­war­desy stały się ogromne, lecz Wie­sław nie zdą­żył już zare­ago­wać, bo przed momen­tem naci­snął zie­loną słu­chawkę.

- Słu­cham cię, przy­ja­cielu! - Z jego tele­fonu dał się sły­szeć głos tak­sów­ka­rza.

- Cześć, Peadar. Nie śpisz jesz­cze?

- No co ty! Ale jestem już dość bli­sko tego wycze­ki­wa­nego od rana momentu. Jadę ostat­nim kur­sem, i to aku­rat na lot­ni­sko, więc mogę wpaść do cie­bie na drinka! - Tak­sów­karz się zaśmiał.

- A za ile będziesz, bo mam dla cie­bie powrotny kurs do cen­trum ze ślicz­no­ścią z Holan­dii? Naj­pierw onie­mie­jesz, a potem będziesz miał... piękne sny.

Ste­war­desa uśmiech­nęła się i pogro­ziła Wie­sła­wowi pal­cem.

- Za kil­ka­na­ście minut będę na miej­scu.

- Tylko pod­jedź po nią pod mój ter­mi­nal.

- A po czym ją poznam?

- Jest piękna... a do tego w służ­bo­wym uni­for­mie ste­war­desy KLM. To naprawdę byłaby sztuka jej nie zauwa­żyć - dodał pół­szep­tem.

Przy­słu­chu­jąca się roz­mo­wie ste­war­desa pokrę­ciła głową.

- Okej. Jak dojadę, prze­ślę ci ese­mesa.

- A potem, gdy dowie­ziesz ją do pani Mor­wenny, zadzwo­nisz do mnie.

- Jasne. Na razie.

- Cześć.

Wie­sław scho­wał tele­fon do kie­szeni i zado­wo­lony z sie­bie spoj­rzał na ste­war­desę. Ona z kolei przy­pa­try­wała mu się z nie­skry­wa­nym zacie­ka­wie­niem.

- Jak to jest, że naj­pierw sły­szę w tele­fo­nie... że tak­sów­karz ma na imię Peter, a pan mówi do niego... Wła­ści­wie nie zro­zu­mia­łam, ale to nie było imię Peter.

- Mówi­łem Peadar. To odpo­wied­nik jego imie­nia w irlandz­kim gaelic­kim.

- Tyle tutaj dziw­no­ści z żeń­skimi i męskimi imio­nami... że nie ogar­niam. - Pokrę­ciła głową. - Niby lokal na końcu antre­soli, pan wygląda raczej na spo­koj­nego... - zatrzy­mała spoj­rze­nie chwilę dłu­żej na jego twa­rzy - ...a ma tyle cie­ka­wych zna­jo­mo­ści. Kogo pan jesz­cze zna w Dubli­nie? - Nie­spo­dzie­wa­nie zachi­cho­tała.

- Jeśli idzie o kobiety, to znam sym­pa­tyczne panie z biura rachun­ko­wego i urzędu skar­bo­wego. - Nie wie­dzieć czemu puścił oko, co mu się pra­wie ni­gdy nie zda­rzało; przez moment prze­le­ciała mu przez głowę myśl, czy nie powi­nien za to prze­pro­sić.

- Wszyst­kie potrafi pan tak cza­ro­wać?

- Nie zdążę teraz odpo­wie­dzieć, bo Peadar będzie cze­kał, a prze­cież musi iść spać. Na pewno lada moment zapar­kuje pod T2, a za kilka minut będzie u nas. - Zer­k­nął w stronę wyj­ścia z lokalu.

- Aha! Pozbywa się mnie pan?

- Abso­lut­nie! Mogę go prze­cież zapro­sić na drinka i sobie posie­dzimy we trójkę. - Wyko­nał sze­roki gest. - Ja i tak zostaję tu z Mairéad na noc. - Wska­zał głową w kie­runku lady. - Taka ta nasza praca.

W tym samym momen­cie jego tele­fon pisnął sygna­łem przy­cho­dzą­cego ese­mesa.

- Prze­miesz­cza się z ter­mi­nala T2 pod nasz - rzu­cił, kiedy odczy­tał wia­do­mość.

- W takim razie dzię­kuję za wszystko i do widze­nia. - Ste­war­desa wstała i z wdzię­kiem podała Wie­sła­wowi dłoń.

- Do widze­nia. Prze­pra­szam... a z kim roz­ma­wia­łam?

- Nazy­wam się... Roy... Nolan Roy. - Po chwili zawa­ha­nia powtó­rzył nazwi­sko i dodał imię. - Do widze­nia.

Ona tylko lekko się uśmiech­nęła, prze­wie­siła torebkę przez ramię, pochwy­ciła rączkę walizki na kół­kach i wol­nym kro­kiem ruszyła do wyj­ścia. Nie­długo póź­niej znik­nęła z pola widze­nia. Z każdą chwilą sły­chać było coraz bar­dziej przy­ci­cha­jący stu­kot obca­sów jej pan­to­fli i tur­ko­ta­nie kółek walizki.

- Tak jakby... zacza­ro­wała cię. - Mairéad spoj­rzała prze­cią­gle na szefa, po czym zebrała naczy­nia ze sto­lika, przy któ­rym jesz­cze przed chwilą spo­ży­wała posi­łek gwiazda prze­stwo­rzy.

- Mówisz... zacza­ro­wała? Dziew­czyny z taką klasą jak ona... oprócz cie­bie - spoj­rzał na kel­nerkę - dawno tu nie było.

- Niby taki cichy, a rze­czy­wi­ście potra­fisz cza­ro­wać. A jak ona ma na imię, bo nie dosły­sza­łam?

- Imię?! No wła­śnie! - Wie­sław wyko­nał ruch, jakby miał zamiar pobiec za ste­war­desą; Mairéad skwi­to­wała to chi­cho­tem. - Z wra­że­nia zapo­mnia­łem jej spy­tać. - Zaśmiał się sam z sie­bie. - Kiedy zmy­jesz naczy­nia, możesz iść odpo­czy­wać, nie cze­ka­jąc na pół­noc, a ja już sam zamknę lokal.

Mairéad wzięła się do pracy, a po kilku minu­tach pod­cho­dząc do drzwi od pomiesz­cze­nia za barem, unio­sła rękę. Ich wzrok się spo­tkał. Wie­sław odpo­wie­dział uśmie­chem.

Kiedy został w barze sam, szybko dokoń­czył wery­fi­ka­cję zamó­wie­nia. Po chwili do lokalu weszła para sko­śno­okich pasa­że­rów. Gdy wybrali sto­lik, a młody męż­czy­zna chciał już ruszyć do lady, Wie­sław zatrzy­mał go gestem. Sam do nich pod­szedł. Pro­wa­dził z nimi roz­mowę pół­gło­sem, żeby nie prze­szka­dzać śpią­cej Mairéad. Oka­zało się, że Japoń­czycy są w podróży poślub­nej, cie­szy ich wszystko i są bar­dzo roz­mowni.

- Mie­li­śmy już wczo­raj wra­cać do Tokio. Mężowi, za moją namową, udało się zała­twić zamianę wcze­śniej kupio­nych bile­tów. Dzięki temu jutro zoba­czymy jesz­cze Wie­deń. Dopiero stam­tąd pole­cimy do Japo­nii - zaszcze­bio­tała młoda kobieta, kale­cząc angiel­ski.

- A dla­czego aku­rat tam? - zain­te­re­so­wał się Wie­sław.

- Bo koniecz­nie chcemy zoba­czyć na wła­sne oczy, jak dzi­siaj wygląda mia­sto, które w sie­dem­na­stym wieku zostało oca­lone przed Tur­kami.

- Bar­dzo inte­re­su­jący wybór!

- Musi pan wie­dzieć, że jestem histo­ry­kiem i spe­cja­li­zuję się w dzie­jach Europy, a z kolei żona zaj­muje się kon­ser­wa­cją zabyt­ków - włą­czył się do roz­mowy jej mąż. - Ten król, który pod Wied­niem dowo­dził woj­skami euro­pej­skimi, to Jan Trzeci Sobie­ski. Dla mnie był naj­więk­szym władcą i wodzem ostat­niego tysiąca lat na waszym kon­ty­nen­cie. Prze­cież gdyby nie on, nie mogli­by­śmy zwie­dzić choćby cudów Paryża czy Rzymu. Tam byłyby tylko mina­rety! - dopo­wie­dział szep­tem z poważną miną.

- Ale wie­cie pań­stwo, że ten król był Pola­kiem?

- Tak, wiemy. Chcie­li­by­śmy obej­rzeć w Wied­niu jakieś upa­mięt­nie­nia tam­tych wyda­rzeń.

- Nie byłem tam, nie mia­łem kiedy, ale z upa­mięt­nie­niem odsie­czy wie­deń­skiej jest kru­cho. Wiem o tym dosko­nale, bo jestem z Pol­ski.

- Ach, to wspa­niale tra­fi­li­śmy! - ucie­szyli się oboje.

Po krót­kiej wymia­nie zdań o królu i Pol­sce zamó­wili po kanapce i her­ba­cie. Żeby go dobrze wspo­mi­nali, dał im w pre­zen­cie prze­wod­niki Kra­kowa, War­szawy i Gdań­ska. Wkrótce poczuł wibro­wa­nie tele­fonu. Dzwo­niła pani O'Rior­dan. Wyszedł przed lokal.

- Rozu­miem, pani Mor­wenno, że doje­chali? - zapy­tał pół­gło­sem.

- Tak. Peter pod­pro­wa­dził ste­war­desę pod same drzwi. Zacho­wy­wał się zupeł­nie jak nie on. Czy na lot­ni­sku też był taki?

- Nie widzia­łem go tu na oczy, kon­tak­to­wa­li­śmy się tylko tele­fo­nicz­nie. A jak ste­war­desa? Spodo­bał jej się pokój?

- Zde­cy­do­wa­łam się ulo­ko­wać ją w moim salo­nie.

- W salo­nie?!

- Prze­cież to twoja dobra zna­joma. Zresztą powie­dzia­łeś o niej tyle dobrego, że wła­ści­wie nie mia­łam wyj­ścia.

- Prze­cież... aż tyle nie mówi­łem. A poszła już spać?

- Jesz­cze nie. Na razie się kąpie. Tak jej zapro­po­no­wa­łam po przy­wi­ta­niu, ale przed spa­niem jesz­cze chwilę poroz­ma­wiamy, bo wypije kubek mleka.

- Kubek mleka?!

- A co w tym dziw­nego? Miała dzi­siaj sporo prze­żyć, a po mleku będzie dobrze spała. Pamię­tam to jesz­cze z dzie­ciń­stwa. Aha! Pasuje do niej imię San­dra.

- A takie ma imię?

- To ty nie wie­dzia­łeś?!

- Pew­nie zapo­mnia­łem... - Wie­sław, zamiast dokoń­czyć myśl, cicho zachi­cho­tał.

- No dobrze, niech ci dzi­siaj praca pły­nie spo­koj­nie. Muszę wsta­wić mleko i dopil­no­wać, żeby się nie przy­pa­liło, bo o tej porze Aisling2 prze­cież już nie ma.

- W takim razie dobra­noc, pani Mor­wenno.

- Dobra­noc.

Wie­sław rozej­rzał się wokół, a potem postą­pił kilka kro­ków do miej­sca, skąd widać było schody na mez­za­nino. Już od dawna nic nie zro­biło na nim takiego wra­że­nia, jak kroki ste­war­desy nio­sące się przez uśpioną salę odlo­tów, a potem jej uroda. Ow­szem, widuje ste­war­desy wielu linii, bywają ładne, cza­sami docie­rają nawet do jego lokalu, ale tak pięk­nej i zgrab­nej jak San­dra z KLM... Uśmiech­nął się, że nawet w myślach nazwał ją imie­niem. Ma dziew­czyna klasę. Sama się z przed­sta­wia­niem nie wyry­wała. Chyba dla­tego, że ja tego wcze­śniej nie zro­bi­łem. Nie dzi­wię się, że została pur­se­rem.

Ale czy ja przed­sta­wiam się wszyst­kim klien­tom? - spy­tał bez­gło­śnie sam sie­bie. I dla­czego w ogóle o niej myślę? Przy­le­ciała... jak to ste­war­desa, a potem wróci do Amster­damu w skła­dzie załogi innego samo­lotu. Miała tylko pecha, że się teraz spóź­niła... Wła­ści­wie to nie wyja­śniła, dla­czego tak się stało. A musiała...?! Wzru­szył ramio­nami. Takie życie. Powie­działa, że jest pierw­szy raz w Dubli­nie... i pew­nie ostatni. A weź, czło­wieku, zaj­mij się swo­imi spra­wami.

Kiedy docho­dził do nie­opusz­czo­nej jesz­cze żalu­zji odgra­dza­ją­cej jego lokal od holu, w kie­szeni znowu zawi­bro­wał tele­fon. Tym razem dzwo­nił Peadar.

- Już jesteś w domu, przy­ja­cielu?

- Jesz­cze nie, ale będę za dzie­sięć minut. Nie zadzwo­ni­łem do cie­bie od razu spod domu pani Mor­wenny, żeby nie wyglą­dało, że zdaję rela­cję.

- Z tej strony cię nie zna­łem.

- Bo kobiety bywają domyślne... więc sam rozu­miesz.

- To skąd do mnie dzwo­nisz, bo już tro­chę czasu upły­nęło?

- Zatrzy­ma­łem się w pobliżu swo­jego domu, tak żeby mnie z kolei moja żona nie zoba­czyła.

- Zacho­wu­jesz się zupeł­nie jak jakiś agent czy detek­tyw.

- Nie myśla­łem, że masz taką piękną zna­jomą. Ni­gdy się nie chwa­li­łeś!

- A ty się chwa­lisz wszyst­kimi swo­imi dziew­czy­nami?

- Ja...?! Prze­cież ja mam żonę!

- Dobrze, że sobie o niej przy­po­mnia­łeś.

- Przed chwilą zadzwo­ni­łem do Orla­ith, że już wra­cam. Zauwa­żyła, że mam dobry humor, co mi się ponoć rzadko zda­rza.

- No i jak się wytłu­ma­czy­łeś? - Wie­sław się roze­śmiał.

- Powie­dzia­łem zgod­nie z prawdą, że mia­łem dobry kurs i dosta­łem eks­trasa.

- A dała ci?

- Nie dość, że zapła­ciła gotówką, to jesz­cze dodała dwa­dzie­ścia euro. Chyba nie ma poję­cia, ile to jest!

- Prze­cież w Holan­dii też mają euro.

- Niby tak, choć cza­sami zapo­mi­nam. W każ­dym razie chcia­łem ci pogra­tu­lo­wać dobrego gustu... cho­dzi mi o tę ste­war­desę. Jestem pod wra­że­niem. Trzy­maj się.

- Ale żebyś wie­dział, że... No dobra, cześć. - Wie­sław zakoń­czył roz­mowę, sły­sząc, że Peadar śmie­chem prze­rwał mu próbę wyja­śnie­nia sprawy.

Zamy­ślony skie­ro­wał się wol­nym kro­kiem w kie­runku lady. Po dro­dze zauwa­żył, że mło­dzi Japoń­czycy, zorien­to­waw­szy się, iż minęła pół­noc i lokal zaraz pew­nie zosta­nie zamknięty, zaczy­nają się zbie­rać.

- Może­cie jesz­cze tro­chę zostać, o ile nie zamier­za­cie tu spać - rzekł, pod­cho­dząc do sto­lika.

- Zaczę­li­śmy stu­dio­wać prze­wod­niki, które pan nam spre­zen­to­wał, ale możemy to robić gdzieś w pocze­kalni.

- Na razie nie zamknę żalu­zji, a wam będzie tu wygod­niej.

Podzię­ko­wali, usie­dli jesz­cze bli­żej sie­bie i wspól­nie śle­dzili tekst w jed­nym z nich, coś szep­cząc do sie­bie. Prze­uro­cza para. Wie­sław tym razem usiadł za ladą w wygod­nym fotelu, który słu­żył jako sie­dzi­sko do noc­nych drze­mek. Jedna osoba ze zmiany mogła spać na leżance w pomiesz­cze­niu za drzwiami, a druga tutaj.

- San­dra, a do tego Holen­derka. Czy w Holan­dii są takie imiona? - W jego myślach ponow­nie poja­wiła się ste­war­desa z KLM.

Rozej­rzał się wokół, jakby spraw­dzał, czy nikt nie pod­słu­chuje jego myśli, i uśmiech­nął się pod nosem. Poło­żył lap­top na kola­nach i coś wpi­sał do wyszu­ki­warki. Poja­wiła się odpo­wiedź, że ani dzi­siaj, ani w latach osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych imie­nia San­dra nie było w topie dwu­dzie­stu imion holen­der­skich nie­mow­ląt. Wstrzą­snął nim pusty śmiech. Czy ja naprawdę nie mam innych pro­ble­mów? Po chwili prze­niósł spoj­rze­nie na wej­ście do lokalu. Para kolej­nych klien­tów stała w holu i wpa­try­wała się w sto­liki. Popa­trzyli raz jesz­cze na tabliczkę z godzi­nami otwar­cia lokalu i prze­nie­śli wzrok na Japoń­czy­ków. Wie­sław uniósł się za ladą i zachę­cił ich do wej­ścia. Kiedy zajęli sto­lik, pod­szedł do nich. Oka­zali się por­tu­gal­skim mał­żeń­stwem w śred­nim wieku. Póź­nym wie­czo­rem przy­le­cieli z Islan­dii na ter­mi­nal T2, prze­szli na T1, odpra­wili się, bo stąd rano polecą dalej. Myśleli, że zje­dzą coś dopiero przed odlo­tem, ale jed­nak poczuli się głodni. Dowie­dzieli się od sprzą­ta­czy, że tu może być otwarte.

- Mój lokal pra­cuje ela­stycz­nie. Miał być zamknięty, ale jest czynny. - Wie­sław się uśmiech­nął. - Życzą sobie pań­stwo jakąś kanapkę czy raczej danie na cie­pło?

- A mię­sne, na cie­pło, nie będzie zbyt cięż­kie na noc? - zawa­hała się kobieta, zwra­ca­jąc się do męża.

Ten prze­niósł pyta­jące spoj­rze­nie na Wie­sława.

- Zapro­po­nuję coś, co będzie dla pań­stwa praw­dziwą kuli­narną nie­spo­dzianką - oznaj­mił z nutą dumy. - To kiszka kaszub­ska, tra­dy­cyjne danie z pół­noc­nej Pol­ski, z regionu Kaszub. Mało kto poza naszym kra­jem o niej sły­szał.

Na moment zawie­sił głos, jakby pozwa­lał, by sama nazwa wybrzmiała.

- Choć brzmi jak kieł­basa, w rze­czy­wi­sto­ści jest czymś zupeł­nie innym. To połą­cze­nie kaszy jęcz­mien­nej z bocz­kiem i przy­pra­wami, zamknięte w natu­ral­nym jeli­cie i potem pod­sma­żane, aż skórka lekko się zaru­mieni, a śro­dek pozo­sta­nie miękki i aro­ma­tyczny. Pach­nie dymem i maje­ran­kiem.

Uśmiech­nął się sze­rzej.

- Podam ją z zasma­żaną kapu­stą kiszoną i ogór­kiem kiszo­nym - kwa­śnymi, wyra­zi­stymi, ide­al­nie kon­tra­stu­ją­cymi z deli­kat­no­ścią kaszy. Do tego wiej­ski chleb z masłem i odro­bina musz­tardy. Wszystko w duchu pol­skiej tra­dy­cji. A do popi­cia pole­cam czarną her­batę Irish Bre­ak­fast - jej moc i lekka cierp­kość pięk­nie prze­ła­mują tłu­stość potrawy.

Kobieta unio­sła brwi.

- Brzmi... intry­gu­jąco. Mnie pan prze­ko­nał. - Uśmiech­nęła się. - Jestem bar­dzo cie­kawa tego dania.

- A ja myśla­łem, że jak zwy­kle będę musiał gdzieś wybrać gyros albo kebab - zaśmiał się jej mąż - ale skoro mamy oka­zję spró­bo­wać cze­goś, o czym w Por­tu­ga­lii nikt nie sły­szał, zary­zy­kuję. A pan jest z tego regionu?

- Wła­śnie z Kaszub, z mikro­re­gionu o nazwie Gochy... - zawie­sił na moment głos, bo coś sobie nagle przy­po­mniał. - Muszę wpro­wa­dzić pla­kietki z imio­nami. - Uśmiech­nął się prze­pra­sza­jąco. - Nazy­wam się Wie­sław Roy-Baczew­ski - dodał z wyraźną dumą. - A ta... kiszka... to smak mojego domu rodzin­nego. Przy­go­to­wać pań­stwu?

- Oczy­wi­ście! - przy­tak­nęli chó­rem pasa­że­ro­wie z Por­tu­ga­lii.

Po nie­dłu­gim cza­sie Wie­sław z satys­fak­cją przy­glą­dał się, jak pała­szują danie. Zgod­nie poka­zali mu kółeczka z pal­ców. Pochwałę przy­jął z uśmie­chem.

Kiedy zapła­cili i opu­ścili lokal, mło­dzi Japoń­czycy uczy­nili podob­nie, kil­ka­krot­nie się kła­nia­jąc. Wie­sław oce­nił, że teraz jed­nak zamknie żalu­zję. Po dzie­się­ciu minu­tach, po uprząt­nię­ciu sto­li­ków i pomy­ciu naczyń, wyga­sił świa­tła na sali, zosta­wia­jąc zwy­cza­jowo za ladą tylko jeden mały punk­cik. Wycią­gnął się wygod­nie w fotelu i zamknął oczy. Nie zasnął. Miał różne wizje z San­drą w tle.

Po trze­ciej Mairéad wyszła cicho z zaple­cza. Poczuł jej wzrok na sobie. Otwo­rzył jedno oko i pokrę­cił głową. Zro­zu­miała, że teraz już nie pój­dzie spać. Po chwili usły­szał, że sprząta po nim. Uśmiech­nął się, bo zawsze tak robiła. Uwa­żała, że na tym się zna naj­le­piej. Kiedy pięt­na­ście minut przed czwartą pod­nio­sła żalu­zję, wstał i poszedł na zaple­cze opłu­kać twarz wodą. Chwilę przed czwartą w lokalu poja­wili się pierwsi pasa­że­ro­wie. Czas do wpół do siód­mej - momentu przyj­ścia dzien­nej zmiany - minął mu bły­ska­wicz­nie.

2.

Po nie­ca­łej godzi­nie był w domu. Wszedł do holu pra­wie na pal­cach. Zoba­czył, że drzwi do salonu są zamknięte. Już chciał prze­mknąć do sie­bie, gdy do holu zaj­rzała Aisling.

- Pani pro­fe­sor prosi do sie­bie - oznaj­miła szep­tem.

Mor­wenna sie­działa przy kom­pu­te­rze. Wska­zała mu krze­sło naprze­ciw.

- Nie myśla­łam, że masz taką zna­jomą. Gra­tu­luję! - rzu­ciła i poka­zała mu kciuk.

Roze­śmiał się, bo taki gest zoba­czył u niej po raz pierw­szy.

- W KLM byle kogo nie zatrud­niają - odparł, by cokol­wiek powie­dzieć, i zro­bił raczej głu­pawą minę; Mor­wenna aż unio­sła brew.

- A wiesz, że San­dra to imię pocho­dze­nia sta­ro­grec­kiego, które ozna­cza "świe­cąca nad czło­wie­kiem"?

- Hmm... tego nie wie­dzia­łem.

- To ci jesz­cze dopo­wiem, Wesleyu, że to piesz­czo­tliwe zdrob­nie­nie imie­nia Kasan­dra. W ostat­nich latach stało się samo­dziel­nym imie­niem.

- Przed jej uro­dze­niem czy już po? - zadow­cip­ko­wał.

- Ty sobie żar­tu­jesz, ale ja jestem nią ocza­ro­wana. A jesz­cze co do imie­nia... Nie­któ­rzy powia­dają, że pocho­dzi od wło­skiej Alek­san­dry, ale do mnie grecki rodo­wód bar­dziej prze­ma­wia. To imię sym­bo­li­zuje także osobę, która widzi nad­cho­dzące zagro­że­nie.

- A dla­czego aku­rat mnie to pani mówi?

- Eee... Idź się zdrzem­nąć... - Chyba roz­draż­niona nieco Mor­wenna mach­nęła ręką.

Kar­nie ruszył do sie­bie. Jak zwy­kle wziął prysz­nic, poło­żył się i zamknął oczy. Zamiast szybko zasnąć, jak to zwy­kle bywało, krę­cił się na kana­pie. Przed oczami sta­nęła mu twarz uśmiech­nię­tej San­dry. Cie­kawa histo­ria z tą ste­war­desą... Wes­tchnął cicho. Siłą woli jed­nak odsu­nął myśl o niej, a w to miej­sce przy­wo­łał film z wczo­raj­szego spo­tka­nia z irlandz­kim przy­ja­cie­lem, Fin­nem O'Neil­lem. Po chwili uśmiech­nął się sze­roko do tego wspo­mnie­nia.

Kilka minut po dwu­dzie­stej dru­giej odle­ciał sprzed ter­mi­nala T1 ostatni samo­lot. Był trze­cim z serii, wie­czor­nym czar­te­ro­wym lotem do Amster­damu linii lot­ni­czych KLM, zor­ga­ni­zo­wa­nym przez miej­scowy pił­kar­ski klub Sham­rock Rovers dla swo­ich fanów. Finn w ich gro­nie wybie­rał się na dzi­siej­szy mecz z Aja­xem.

Wcze­śniej, przy jed­nym ze sto­li­ków jego baru The Eme­rald Hearth, Wie­sław pił wła­śnie z Fin­nem cydr, dys­ku­tu­jąc z przy­mru­że­niem oka na temat szans dubliń­skich pił­ka­rzy w potyczce z potęż­nym amster­dam­skim klu­bem. Wie­sław zaprzy­jaź­nił się z czter­dzie­stocz­te­ro­let­nim Irland­czy­kiem, dostawcą towa­rów do lot­ni­sko­wych punk­tów han­dlo­wych, już pięć lat temu. Dzięki swo­jej ope­ra­tyw­no­ści, ale też pogod­nemu cha­rak­te­rowi Finn był przez wszyst­kich bar­dzo lubiany. Wie­sław miał od niego dwa­na­ście lat mniej, ale przy ich wiel­kiej postu­rze tego się nie dostrze­gało. Finn swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym wyglą­dem w postaci pie­gów, rudych kędzio­rów i zie­lo­nych oczu przy­po­mi­nał Wie­sławowi wielu roda­ków z jego wła­snego regionu.

- Bo musisz wie­dzieć, że praw­dziwy kibic, taki jak ja, wie­rzy, że jutrzej­sza środa, dwu­dzie­sty drugi wrze­śnia dwa tysiące szes­na­stego roku, zapi­sze się zło­tymi zgło­skami w histo­rii mojego klubu. Poko­namy Ajax Amster­dam - obwie­ścił z namasz­cze­niem Finn.

- Ale naprawdę chcesz poje­chać tylko po to, żeby obej­rzeć, jak wbi­jają wam mini­mum trzy gole? - Wie­sław zła­pał się w dra­ma­tycz­nym geście za głowę.

- A ty dalej swoje. Czas na mnie - rzu­cił w odpo­wie­dzi roz­ba­wiony Finn, mach­nąw­szy ręką, i zer­k­nął na zega­rek; osten­ta­cyj­nie wytarł usta, wstał i prze­wie­sił torbę przez ramię. - Już od kil­ku­na­stu minut wpusz­czają kibi­ców do samo­lotu. Dobrze, że od cie­bie mam mniej niż dzie­sięć minut na dotar­cie do bramki numer jeden - dodał. - I jesz­cze jedno ci powiem... Kibi­cem jest się na dobre i złe.

- Pew­nie masz rację, choć mnie to jest nie­znane. Daw­niej duchem kibi­co­wa­łem dru­ży­nie pił­ka­rzy Arki Gdy­nia, która ma swój sta­dion pra­wie sto kilo­me­trów ode mnie, cho­ciaż na ich mecze nie jeź­dzi­łem.

- Czyli sporo stra­ci­łeś.

- Może w kibi­co­wa­nie wcią­gnę się w następ­nym życiu? - odparł uśmiech­nięty, odpro­wa­dza­jąc przy­ja­ciela do wyj­ścia z baru. - Kiedy los sko­ja­rzy w parze twój zespół i moją Arkę, spo­tkamy się na gdyń­skim sta­dio­nie. A jeśli wywie­zie­cie z Amster­damu cho­ciaż remis, wstą­pię do klubu kibica Sham­rock Rovers.

- O! I tak już lepiej! Trzy­mam cię za słowo! - Finn poka­zał mu kciuk. Mocno uści­snęli sobie dło­nie.

Finn naprawdę jest nie­po­praw­nym opty­mi­stą. Wie­sław znowu się uśmiech­nął.

Po chwili, nie wie­dzieć czemu, zaczął mu się wyświe­tlać w gło­wie film z 9 wrze­śnia 2011 roku, kiedy poznał panią pro­fe­sor.

Tego dnia było sło­necz­nie i jak na Dublin wyjąt­kowo cie­pło. Wysiadł z auto­busu przy Mount Anville Road, tuż obok Deer Park. Było pra­wie połu­dnie, kiedy w końcu dotarł do Stil­lor­gan. Po dwóch latach gnież­dże­nia się w dwójce przy lot­ni­sku i oglą­da­nia cia­snych, iden­tycz­nych sze­re­gow­ców w innych dziel­ni­cach tutej­sza prze­strzeń i zie­leń wyda­wały mu się luk­su­sem, na który wresz­cie mógł sobie pozwo­lić. Tri­nity mie­ściło się sto­sun­kowo nie­da­leko stąd, dojeż­dżałby na uczel­nię jed­nym auto­bu­sem, no i miałby wresz­cie wła­sny kąt do nauki.

- No nie. Muszę się wresz­cie zdrzem­nąć! - rzu­cił pół­gło­sem, tro­chę zły na to narzu­ca­jące się wspo­mnie­nie.

Wstał i dokład­niej zasu­nął żalu­zje w oknach, ale przez to jesz­cze bar­dziej się roz­bu­dził. Kiedy ponow­nie zna­lazł się na kana­pie, mocno zaci­snął powieki. Sen jed­nak nie przy­cho­dził. Zamiast tego ujrzał, jak idzie wolno w kie­runku ulicy Wood­thorpe. Nie prze­szka­dzały mu nawet podmu­chy wia­tru od morza.

Zgod­nie z zale­ce­niem nie­zna­jo­mego męż­czy­zny z dziel­nicy Bal­ls­bridge dotarł wresz­cie do ulicy Cool­ne­vaun. Idąc nią, wkrótce skrę­cił w prawo, w pierw­szą prze­cznicę. Po kil­ku­dzie­się­ciu metrach zna­lazł się w kwar­tale w znacz­nej czę­ści zie­lo­nym, oto­czo­nym z dwóch stron przez ulicę Wood­thorpe, bie­gnącą w kształ­cie litery L.

Stały przy niej duże, dwu­ro­dzinne wol­no­sto­jące domy, a nie sze­re­gowce. Wpa­try­wał się w ich fasady z nie­skry­waną przy­jem­no­ścią. Były pię­trowe, zbu­do­wane z cegły, z dachami pokry­tymi cera­miczną dachówką. Na par­te­rach miały wyso­kie, ogromne okna - nie­mal witryny; na pię­trach mniej­sze, ale za to trój­dzielne. Każdy dom posia­dał dwa nie­za­leżne wej­ścia, kryte dasz­kiem z dachó­wek. Od ulicy i mię­dzy pose­sjami stały cha­rak­te­ry­styczne, niewyso­kie ceglane murki, za któ­rymi roz­cią­gały się zadbane traw­niki z kwia­tami i niskimi krze­wami. Tu i ówdzie pośród zie­leni stały ławeczki. Domy­ślał się, że z tyłu domów znaj­dują się nie­wiel­kie ogródki.

W zasięgu wzroku nie było żad­nego pie­szego, aż wresz­cie zauwa­żył wycho­dzącą zza zakrętu star­szą kobietę o drob­nej postu­rze, idącą mu naprze­ciw. Szła wolno, lekko wspo­ma­ga­jąc się laseczką. Posta­no­wił się ode­zwać.

- Dzień dobry. Nie wie pani przy­pad­kiem, czy ktoś w tych domach nie zamie­rza wyna­jąć miesz­ka­nia?

- Dzień dobry. A jak pan w ogóle tra­fił w ten nasz zaułek?

- Od kilku dni kręcę się po Dubli­nie w poszu­ki­wa­niu miesz­ka­nia. Moje pomy­sły doty­czyły zupeł­nie innych loka­li­za­cji. Odwie­dzi­łem wiele dziel­nic od Rath­mi­nes do Bal­ls­bridge. - Jego palec wska­zał kilka kie­run­ków, jakby widział mapę przed sobą. - Ni­gdzie mi się nie podo­bało, a do Stil­lor­gan tra­fi­łem dzięki roz­mo­wie z pew­nym męż­czy­zną spo­tka­nym w tej ostat­niej.

- On gdzieś tu mieszka? - Star­sza pani rozej­rzała się zna­cząco wokół.

- Nie dopy­ty­wa­łem, ale wyglą­dało na to, że zna to miej­sce dobrze.

- Wra­ca­jąc do pana pyta­nia... Nie­stety rzadko roz­ma­wiam z sąsia­dami, więc raczej nie będę mogła pomóc. - Wzru­szyła ramio­nami, chcąc zakoń­czyć roz­mowę.

- Trudno. W takim razie dojdę do końca ulicy za zakrę­tem i wra­ca­jąc, będę pukał do każ­dych drzwi po kolei. Może mi się poszczę­ści. Dzię­kuję i do widze­nia.

- Do widze­nia.

Po kilku kro­kach doszedł go jej głos:

- Prze­pra­szam! A skąd wła­ści­wie pan pocho­dzi?

Zatrzy­mał się i odwró­cił w jej stronę. Tak­so­wała go uważ­nym spoj­rze­niem.

- Nie jestem Irland­czy­kiem. Pocho­dzę z Pol­ski. Nazy­wam się Wie­sław Roy-Baczew­ski. Miesz­kam i pra­cuję na wyspach od dru­giej połowy dwa tysiące siód­mego roku, zbie­ra­jąc fun­du­sze na stu­dia magi­ster­skie - mówił, pod­cho­dząc z wolna bli­żej. - Zaro­bi­łem tyle, że stać mnie wresz­cie na ich pod­ję­cie, a także na lep­sze niż dotąd lokum.

- Przy­je­chał pan aż z Pol­ski, żeby tu stu­dio­wać?

- To tylko dwie i pół godziny lotu z Gdań­ska.

- Niby tak... Zain­try­go­wał mnie pan. - Nie­zna­joma przy­mknęła na chwilę oczy. - Hmm... - mruk­nęła, po czym spoj­rzała na niego badaw­czo. - Jeśli ma pan czas, zapra­szam na her­batę... albo kakao. Może pan wybrać także kawę. Nazy­wam się Mor­wenna O'Rior­dan. Trzeci z kolei dom należy do mnie. - Wska­zała ręką kie­ru­nek, z któ­rego przy­szedł.

- Cały dom? - zdzi­wił się.

Star­sza pani potwier­dziła lek­kim ski­nie­niem głowy.

- Ni­gdy dotąd nie wynaj­mo­wa­łam miesz­ka­nia... tak po pro­stu. Uwa­ża­łam, że nie jest mi to do niczego potrzebne.

- Chce pani zapro­sić obcego do sie­bie?

- Ma pan rację... obcego. - Filu­ter­nie mach­nęła w powie­trzu laseczką.

Wie­sław odpo­wie­dział uśmie­chem.

- Na ogół jestem nie­ufna, ale pań­ska histo­ria wzbu­dziła moje zaufa­nie. Nie potra­fię tego wytłu­ma­czyć, mam jed­nak ochotę z panem poroz­ma­wiać i być może pod­jąć... wyzwa­nie. - Spoj­rzała mu poważ­nie w oczy, po czym deli­kat­nie się uśmiech­nęła.

- W takim razie chyba nie potra­fię pani odmó­wić.

Nie­długo póź­niej zna­leźli się we wnę­trzu jej domu. W holu ruchem głowy wska­zała mu pobli­skie drzwi.

- Pro­szę umyć ręce. Czego się pan napije?

- Naj­zwy­klej­szej her­baty.

- Prze­każę to mojej dro­giej Aisling, a potem zapra­szam... do salonu - powie­działa, jakby nie była pewna tego, co mówi.

Unie­sioną laseczką wska­zała na ledwo uchy­lone drzwi po pra­wej stro­nie holu, a sama ruszyła w prze­ciw­nym kie­runku.

Pośrodku salonu doj­rzał okrą­gły stół. Wisiał nad nim żyran­dol z frędz­lami; podobny miała ciotka w Słup­sku, u któ­rej pomiesz­ki­wał pod­czas stu­diów. W naroż­niku stał wysoki zegar, który dono­śnym tyka­niem przy­po­mi­nał o swo­jej obec­no­ści. Wzdłuż jed­nej ze ścian cią­gnął się długi bufet z drzwicz­kami i szu­fla­dami. Przy krót­szej ścia­nie przy­cią­gała wzrok prze­szklona witryna wypeł­niona por­ce­laną. We wnęce przy oknie stały duży głę­boki fotel i sofa, ze sto­li­kiem pomię­dzy nimi. Odniósł wra­że­nie, że trwają w sen­nym wycze­ki­wa­niu. Wiszący na ścia­nie duży ekran tele­wi­zora dobrze się kom­po­no­wał z resztą mebli, choć Wie­sław od razu roz­po­znał w nim nie­dawny naby­tek.

Na pozo­sta­łych ścia­nach wisiały obrazy i obrazki, w oknach tra­dy­cyjne zasłony i firanki. Rozej­rzał się jesz­cze raz, bo rap­tem wydało mu się, że nie zauwa­żył ani na meblach, ani na pod­ło­dze nawet pyłka kurzu. Doznał wra­że­nia, że ten salon mógłby z powo­dze­niem sta­no­wić ele­ment muzeum dubliń­skiej rodziny. Uśmiech­nął się do swo­ich nie­do­rzecz­nych myśli.

Po nie­dłu­gim cza­sie zja­wiła się star­sza pani, dro­biąc kroczki. Cho­dząc po domu, rów­nież wspo­ma­gała się laseczką. Ubrana już po domo­wemu - z gustem, choć sta­ro­mod­nie. Długa ciemna spód­nica, jasna bluzka z koron­kami, pod szyją ory­gi­nalna broszka. Na ramio­nach miała prze­wie­szoną dużą chu­stę. Siwe włosy upięte w koczek, w któ­rym dostrzegł ozdobną klamrę. Na nosie okrą­głe oku­lary. Tak wła­śnie wyobra­żał sobie bry­tyj­skie miesz­czanki, boha­terki fil­mów, któ­rych sporo naoglą­dał się w Lon­dy­nie. Tutaj nie miał już czasu na tele­wi­zję.

Wła­ści­cielka domu pode­szła do stołu, jed­nak zatrzy­maw­szy się przy pierw­szym krze­śle, spoj­rzała na kom­plet wypo­czyn­kowy w niszy przy oknie. Miał wra­że­nie, że się zasta­na­wia. Po chwili ruszyła wolno do okna i usia­dła w fotelu, jego zaś zapro­siła gestem na pobli­ską sofę.

- To niech pan teraz opo­wie coś o sobie. Gdzie pan dotąd miesz­kał, co robił?

Zasko­czyła go bez­po­śred­nio­ścią pyta­nia, choć po chwili uznał, że pasuje ono do tego salonu. Już otwie­rał usta, kiedy do pokoju weszła pomoc domowa z tacą. Skło­nił lekko głowę; odpo­wie­działa mu podob­nym gestem. Takie postaci rów­nież zapa­mię­tał z wyspiar­skich fil­mów. Skromna długa, ciemna suk­nia, biały koł­nie­rzyk pod szyją i nie­wielki biały far­tu­szek. Włosy krót­kie, sta­ran­nie pod­strzy­żone, z prze­wagą siwych. Nie miała na sobie żad­nych ozdób, z wyjąt­kiem zło­tego krzy­żyka na łań­cuszku. Na jej twa­rzy błą­dził uśmiech. Sta­wia­jąc fili­żanki z her­batą, tale­rzyki i nie­wielką paterę z maśla­nymi cia­stecz­kami, przyj­rzała mu się uważ­nie. Wycho­dząc z salonu, wymie­niła z wła­ści­cielką dys­kretne spoj­rze­nie i uśmiech. Wydało mu się, że ten gest świad­czył o ich wza­jem­nej sym­pa­tii.

Kiedy pomoc domowa wyszła, star­sza pani popa­trzyła na niego z cie­kaw­skim uśmiesz­kiem i zachę­ca­ją­cym gestem dała mu znak, by mówił.

- Z Pol­ski wyje­cha­łem cztery lata temu po waka­cjach. Mia­łem wtedy dwa­dzie­ścia trzy lata... z haczy­kiem. Ukoń­czy­łem trzy­ipół­let­nie stu­dia inży­nier­skie z infor­ma­tyki w Słup­sku w Aka­de­mii Pomor­skiej. Moim celem był Lon­dyn, gdzie zamie­rza­łem zro­bić magi­sterkę, ale naj­pierw chcia­łem zaro­bić na stu­dia. Od początku myśla­łem o stu­diach zaocz­nych. W Pol­sce nie miał­bym takiego dopingu do nauki i pracy. W Lon­dynie pra­co­wa­łem u ope­ra­tora tele­wi­zji kablo­wej jako spe­cja­li­sta sie­ciowy... no IP, routing, swit­ching, VLAN... żeby mieć wię­cej czasu na naukę języka angiel­skiego i zdo­by­cie cer­ty­fi­katu. Nie­długo póź­niej pra­co­wa­łem już na dwa etaty: w tele­wi­zji kablo­wej oraz w barze sprze­da­ją­cym jedze­nie na wynos. Po upły­wie pół­tora roku... - zmarsz­czył czoło - ...stwier­dzi­łem jed­nak, że Lon­dyn za bar­dzo mnie przy­tła­cza, i dla­tego przy­je­cha­łem do Dublina. Ale to też nie jest pro­win­cja.

Gospo­dyni słu­chała uważ­nie i tylko od czasu do czasu kiwała głową, jakby zatwier­dzała usły­szaną por­cję infor­ma­cji.

- Co prawda wcze­śniej myśla­łem o tań­szym życiu i stu­diach w Glas­gow czy Edyn­burgu zamiast w dro­gim Dubli­nie. Przy­pad­kowo poznany na ter­mi­nalu w Luton czło­wiek z Kaszub pole­cił mi pracę w The Blar­ney Stone Bar na tutej­szym lot­ni­sku. Mia­łem być kie­row­ni­kiem zmiany. Ten gość zadzwo­nił przy mnie do wła­ści­ciela i umó­wił mnie z nim. Zapa­li­łem się do tej pracy, bo tam­ten stwier­dził, że po czte­rech latach pracy ma z czym wra­cać do kraju. W dro­dze powrot­nej z Pol­ski przy­le­cia­łem więc do Dublina zała­twić sobie tę pracę. Po roz­mo­wie i sza­cun­ko­wych wyli­cze­niach oce­ni­łem, że już z począt­kiem roku aka­de­mic­kiego dwa tysiące dzie­sięć-jede­na­ście, będę miał wystar­cza­jącą ilość pie­nię­dzy, by móc pod­jąć magi­ster­skie stu­dia na jed­nej z dubliń­skich uczelni. Jed­nak po głęb­szym zasta­no­wie­niu posta­no­wi­łem popra­co­wać jesz­cze rok, by mieć więk­szą rezerwę. Chwilę bowiem trwało, zanim wpa­dłem na pomysł wydzier­ża­wie­nia lokalu.

- Jest pan nie­sa­mo­wity. Ależ ambitne plany! - wyrwało się pani O'Rior­dan.

- Wresz­cie po ponad dwóch latach pracy na T1, od marca dwa tysiące dzie­wią­tego roku do tego lipca, wydzier­ża­wi­łem lokal. Wystar­czyło mi pie­nię­dzy na pierw­szą ratę, a drugą mam zapła­cić za pół roku. Prze­or­ga­ni­zo­wa­łem go i zmie­ni­łem nazwę na The Eme­rald Hearth. Do teraz miesz­kam w dwu­oso­bo­wym pokoju w pobliżu lot­ni­ska, żeby jak naj­wię­cej zaosz­czę­dzić. Wio­sną tego roku, po oce­nie­niu, że mam już odpo­wied­nią kwotę pie­nię­dzy do roz­po­czę­cia stu­diów, zło­ży­łem doku­menty na uczel­nię. Po dłu­gim zasta­no­wie­niu wybra­łem Tri­nity Col­lege Dublin, bo...

- Chce pan stu­dio­wać na Tri­nity...? - Star­sza pani prze­rwała mu w pół zda­nia. - A dla­czego aku­rat tam?

- Bo to pre­sti­żowy uni­wer­sy­tet ofe­ru­jący Master of Science w infor­ma­tyce. W maju zło­ży­łem sto­sowne doku­menty i zosta­łem przy­jęty. Zaak­cep­to­wali moje świa­dec­two ukoń­cze­nia stu­diów pierw­szego stop­nia w Pol­sce, zło­ży­łem też inne nie­zbędne doku­menty, w tym cer­ty­fi­kat z języka angiel­skiego IELTS Aca­de­mic; na egza­mi­nie w marcu uzy­ska­łem osiem punk­tów - powie­dział, nie kry­jąc dumy.

Gospo­dyni nie prze­szka­dzała mu dotąd, ale w tym momen­cie jej oczy się powięk­szyły.

- Mówi pan ze zna­ko­mi­tym akcen­tem, dla­tego spy­ta­łam, skąd pan pocho­dzi, ocze­ku­jąc nazwy któ­rejś z irlandz­kich pro­win­cji - dodała, widząc, że wychwy­cił jej zdzi­wie­nie.

Wie­sław, nie wie­dzieć czemu, opo­wia­dał wszystko nader chęt­nie. Pod­świa­do­mie czuł, że tra­fił w dobre miej­sce i że ta roz­mowa nie jest stratą czasu.

- Dla­czego pan mi opo­wiada takie szcze­góły? Mam wra­że­nie, że niczego pan nie pomi­nął ze swo­jego pobytu na Wyspach Bry­tyj­skich.

Na moment się zawa­hał, ale po chwili wró­cił do tematu.

- Może nie wszystko opo­wie­dzia­łem, za to zgod­nie z fak­tami, z prawdą. Tylko ona ma w życiu zna­cze­nie. Tak mnie nauczyli rodzice i cho­ciaż bar­dzo ciężko gospo­da­rzyli na mało uro­dzaj­nych zie­miach naszych Gochów, wie­dzieli o tym i to mi prze­ka­zali. To już chyba wszystko, co może pani pomóc pod­jąć decy­zję.

- Piękna jest ta cała pana histo­ria. Jestem szcze­gól­nie pod wiel­kim wra­że­niem ostat­nich cudow­nych słów o rodzi­cach. Nie­któ­rzy nie potra­fią sobie podob­nych rze­czy przy­po­mnieć ani wypo­wie­dzieć na głos... - Poki­wała głową. - I naprawdę chciał­byś tu zamiesz­kać, młody czło­wieku?

- Bar­dzo podoba mi się oko­lica. Wysia­dłem z auto­busu dużo wcze­śniej, by dotrzeć spa­ce­rem do Wood­thorpe. Oce­niam, że nie­zna­jomy z Bal­ls­bridge ze wszyst­kim miał rację - dodał. - Jeśli zgo­dzi się pani wyna­jąć mi miesz­ka­nie, pokażę pani także zdję­cia miej­sco­wo­ści, z któ­rej pocho­dzę. Nie chcę miesz­kać w sze­re­gow­cach, a w odwie­dza­nych miej­scach miesz­ka­nia były dostępne prze­waż­nie w takich wła­śnie domach. Wolę domy wol­no­sto­jące, jak w mojej wsi. Więk­sza swo­boda, a nie jak w kosza­rach. Męż­czy­zna z Bal­ls­bridge pole­cił mi to miej­sce wła­śnie ze względu na te domy, duży spo­kój i pobli­skie zie­lone tereny. Wspo­mniał także, że jesz­cze w latach sześć­dzie­sią­tych poprzed­niego wieku Stil­lor­gan był wsią pod Dubli­nem. To miej­sce może nie jest ide­al­nie sko­mu­ni­ko­wane z lot­ni­skiem, ale dzięki temu mógł­bym wię­cej czasu spę­dzać na powie­trzu, w ruchu - pod­kre­ślił. - Bo muszę wyznać, że naj­waż­niej­sze dla mnie są stu­dia, bli­skość uczelni oraz miesz­ka­nie w spo­koj­nym oto­cze­niu.

- I jesz­cze to. Dla pana waż­niej­sza jest mniej­sza odle­głość do uczelni niż do pracy. A pro­szę mi powie­dzieć, w jakim try­bie pla­nuje pan stu­dio­wać?

- Już mówi­łem, w try­bie zaocz­nym. Nie stać mnie na to, by nie pra­co­wać. Jeden dzień nie­obec­no­ści w pracy w każ­dym tygo­dniu sobie zała­twię, bo teraz już jestem sze­fem baru-skle­piku! Mam to pre­cy­zyj­nie prze­my­ślane i obli­czone.

- Czyli widzę, że wszystko dokład­nie pan roz­pa­trzył.

- Poświę­ci­łem temu ostat­nie dwa lata. Jest tylko jedna sprawa: bar­dzo zale­ża­łoby mi na tym, aby zgo­dziła się pani na pół­roczne płat­no­ści. - Spoj­rzał poważ­nie na gospo­dy­nię. - Mogłoby się zda­rzyć, że bym i nazbie­rał na opłatę za cały rok z góry, ale lepiej zosta­wić na kon­cie jakąś rezerwę. Biz­nes, wypadki losowe, no... róż­nie bywa.

- I jesz­cze to. Mógł pan to zosta­wić dla sie­bie, a jed­nak powie­dział na głos.

- Jakoś mnie pani ośmie­liła, a jak mówi­łem wcze­śniej, zawsze wolę grać w otwarte karty.

- Przyj­muję taki waru­nek i jeśli spodo­bają się panu pokoje... bo rozu­miem, że chciałby pan mieć sypial­nię i salo­nik, tak?

- O czymś takim marzę.

- Będzie pan miał jesz­cze osobną łazienkę z toa­letą.

- To już w ogóle cudow­nie.

- Zróbmy w takim razie krótką wycieczkę na pię­tro.

Po chwili odwie­dzili pokoje. Pierw­szym był salo­nik... Dwa małe fotele, sto­lik, sofa i mniej­szy zestaw innych drew­nia­nych mebli niż na dole. Na komo­dzie stał tele­wi­zor. Potem otwo­rzyła gabi­net z biur­kiem, roz­kła­daną kanapą i rega­łem z biblio­teczką. I tu pano­wały, podob­nie jak na dole i w salo­niku obok, ciemne meble z drewna. Powie­działa, że nie będzie mu wolno w cza­sie wynajmu niczego zmie­niać ani przyj­mo­wać gło­śnych gości. Meble sprzed lat ema­no­wały cie­płem. Wie­sław zauwa­żył na pół­kach foto­gra­fie, choć nie dopy­ty­wał, kogo przed­sta­wiają. Pomy­ślał, że to rodzina: ona, mąż i dziecko. W biblio­teczce było mnó­stwo ksią­żek. Szcze­gól­nie spodo­bało mu się biurko, jakby cze­kało, by przy nim siąść i pra­co­wać. Po chwili zeszli na dół.

- I co pan sądzi o miesz­ka­niu? - spy­tała, gdy ponow­nie umo­ściła się w fotelu.

- Nie mam słów. Jestem zachwy­cony.

- W takim razie myślę, że jutro lub poju­trze możemy pod­pi­sać umowę.

- A nie dzi­siaj?!

- Prze­cież żad­nych bagaży i tak pan ze sobą nie ma. W małym ple­caczku wszyst­kiego by pan nie zmie­ścił - dodała z uśmie­chem.

- Ale czy wyna­ję­cie miesz­ka­nia mogę uwa­żać za pewne?! Nie muszę dalej szu­kać?

- Daję słowo. Może jesz­cze dzi­siaj, a naj­póź­niej jutro, ścią­gnę swo­jego praw­nika, by przy­go­to­wał umowę. A ile pan prze­wi­dział na wyna­jem?

- W swo­ich rachun­kach ujmo­wa­łem, że nie powi­nie­nem prze­kro­czyć kwoty tysiąca dwu­stu euro na mie­siąc.

- Tak dużo?! Nie muszę na tym wynaj­mie aż tak wiele zaro­bić. - Gospo­dyni nie­ocze­ki­wa­nie puściła oko. - Chyba opusz­czę panu. - Wie­sław wypu­ścił z płuc powie­trze i lekko się uśmiech­nął. - Na zakoń­cze­nie naszej roz­mowy przy­znam się panu, że jestem eme­ry­to­waną pro­fe­sor histo­rii. Przez całe życie pra­co­wa­łam w Tri­nity Col­lege. - Uśmiech­nęła się miło.

- Doprawdy? - Wie­sław poczuł nagłe ude­rze­nie adre­na­liny. Wpa­try­wał się w nią z mie­sza­niną respektu i podziwu.

Dal­szy ciąg tej roz­mowy jed­nak się urwał. W tym momen­cie bowiem zasnął. Kiedy około jede­na­stej się obu­dził, bły­ska­wicz­nie uświa­do­mił sobie, że jest już na jawie. Ubrał się nieco sta­ran­niej niż zwy­kle i ruszył na dół.

3.

Idąc po scho­dach, był pewien, że za chwilę usły­szy głosy Mor­wenny, ste­war­desy San­dry i może jesz­cze Aisling. Na dole pano­wała jed­nak niczym nie­zmą­cona cisza. Zaj­rzał przez próg do salonu. Pano­wał w nim abso­lutny porzą­dek, jakby od wczo­raj nikt tam nie gościł. Po chwili pchnął lekko uchy­lone drzwi do gabi­netu pani pro­fe­sor. Pew­nie usły­szała ich cichy sze­lest, bo spoj­rzała na niego uważ­nie.

- San­dra wyje­chała ponad dwie godziny temu. Od około godziny leci do Amster­damu - wyja­śniła, nie cze­ka­jąc na pyta­nie. Zer­k­nęła za to w stronę okna. - Co to za dziew­czyna. - Zdjęła oku­lary i roz­pro­mie­niła się.

- Ale jak to... do Amster­damu?!

- Nor­mal­nie. Umó­wiła się tam na pilną roz­mowę w KLM. A poza tym usta­li­ły­śmy, że jeśli kie­dyś będzie w Dubli­nie, zatrzyma się u mnie.

- Usta­li­ły­śmy...?! - Pode­rwał się gwał­tow­nie.

Przy­tak­nęła.

- Mnie powie­działa, że nie bywa na Wyspach, bo...

- Wiesz... - weszła mu w słowo Mor­wenna, jakby naprawdę go nie sły­szała. - Przez wszyst­kie lata od śmierci męża z nikim nie roz­ma­wiało mi się tak dobrze. W moim wła­snym domu.

Zawa­hała się na uła­mek sekundy.

- Oczy­wi­ście, prócz cie­bie, Nola­nie... Wesleyu. Ale z nią mogę mówić o rze­czach, któ­rych z tobą nie poru­szę. O nie­speł­nio­nych marze­niach. O pra­gnie­niach. Nawet o rwie kul­szo­wej i innych takich dro­bia­zgach...

Uśmiech­nęła się lekko.

- Tobie za to przy­zna­łam się, wpraw­dzie nie od razu, że mam tu szyb­kie aka­de­mic­kie łącze. Dzięki niemu wciąż wyko­nuję zle­ce­nia spe­cjalne.

Zer­k­nęła w stronę ozdob­nych drzwi z mosiężną bla­chą u dołu, za któ­rymi ukryte były urzą­dze­nia łączące ją poprzez HEAnet z nauko­wym świa­tem. Potem spoj­rzała na niego - z roz­ba­wie­niem.

- Praw­dziwa... Mata Hari - skwi­to­wał, krę­cąc zabaw­nie głową.

- Roz­ma­wia­łam wczo­raj przez Skype'a z Freyą... no, z tą moją przy­ja­ciółką, pro­fe­sor McKen­zie z Edyn­burga, o twoim par­se­rze3... Wiesz, przy­pa­trzy­łam się uważ­nie jej twa­rzy... ona chyba wygląda sta­rzej ode mnie. - Zachi­cho­tała. - A ten Gra­ham... uzmy­sło­wiła mi, że to ten kolega, który pod­ry­wał mnie, kiedy Cathal musiał poje­chać do Dublina.

- A pani nie poje­chała z nim do domu?

- To było jesz­cze przed ślu­bem, ale byli­śmy już narze­czeń­stwem. Cza­sami szłam z całym naszym towa­rzy­stwem do The Place na tańce. Czy Cathal był w kam­pu­sie, czy nie. Wtedy wszystko było inne. Uwiel­bia­łam wów­czas Biel­szy odcień bieli, Gary'ego Bro­okera... zresztą wszyst­kie prze­boje Pro­col Harum.

- Pani lubiła taką muzykę?!

- No wiesz, chłop­cze. - Spoj­rzała na niego z dez­apro­batą. - Muzykę poważną też, ale ich pio­senki to były... małe suity. - Pomo­gła sobie gesty­ku­la­cją. - A te tek­sty...? - Prze­wró­ciła oczami. - A znasz ten utwór? - Mach­nęła kciu­kiem za sie­bie.

- Raczej nie.

- To... nie­do­brze. Przy nim, w tańcu, pra­wie się stało.

- Że co?!

- Taka była moda. Tylko stopy prze­su­wały się mini­mal­nie, więc taniec był jakby sto­jący. I on... kie­dyś się roz­pę­dził... nie Bro­oker, tylko Gra­ham... to zna­czy jego ręce. Odchy­li­łam się, pogro­zi­łam mu... a potem znowu opar­łam głowę na jego ramie­niu.

- Nie­sa­mo­wite... - Pod­niósł wysoko brwi. - A w kwe­stii par­sera... to o czym panie roz­ma­wia­ły­ście?

- A, bo wciąż mnie zaga­du­jesz. - Prze­wró­ciła oczami. - Chciała tylko prze­ka­zać, że wysłała pocztą drobne uwagi do inter­fejsu; wydy­sku­to­wała je z Ali­ste­rem i Gra­ha­mem. Widzisz... już też wiem, co to jest inter­fejs. Prze­sła­łam ci na pocztę jej maila. Wyszcze­gól­niła rze­czy­wi­ście tylko jakieś dro­bia­zgi.

- Cza­sami te dro­bia­zgi wcale nie są takie łatwe do zapro­gra­mo­wa­nia. - Zawie­sił się na moment. - Usiądę do nich po obie­dzie.

Mor­wenna nie­ocze­ki­wa­nie wyszła zza biurka i sta­nęła tak, żeby mógł ją od góry do dołu obej­rzeć.

- Powiedz mi, czy coś widać?

Wpa­trzył się w nią zdez­o­rien­to­wany.

- Ale na przy­kład co?

- No... ortezę.

- Jaką ortezę?

- Tę, którą mam na sobie.

Wstrzą­snął nim śmiech.

- Jeśli ma ją pani pod spodem, to na pewno nie widać.

- Cho­dzi mi o to, czy się nie odzna­cza - wyja­śniła cier­pli­wie. - Nało­ży­łam domową ortezę kola­nową, tę lżej­szą. - Pokle­pała się po kola­nie, gdzie pod mate­ria­łem spód­nicy dopiero teraz doj­rzał nie­wiel­kie zgru­bie­nie. - Do pracy przy biurku sto­suję od kilku dni neo­pre­nową opa­skę ela­styczną. Trzyma cie­pło i popra­wia krą­że­nie, więc przy wsta­wa­niu mniej "trzesz­czę". - Unio­sła zabaw­nie brew. - Więc jak? Odzna­cza się czy nie?

Wie­sław zgod­nie z życze­niem pro­fe­sor wpa­trzył się w jej spód­nicę.

- Niczego nie widzę. Ale... czy to może kogoś obcho­dzić? Czy spo­dziewa się pani jakiejś wizyty?

- Tego ni­gdy się nie wie. - Wzru­szyła ramio­nami.

Nie zro­bił zdzi­wio­nej miny, zapa­no­wał nad sobą, bo już wie­dział, że była strasz­nie wraż­liwa na punk­cie swo­jej nie­za­leż­no­ści. Zmu­sił się do uśmie­chu.

- Prze­cież odkąd tu się wpro­wa­dzi­łem... zawsze używa pani laseczki.

- Będę z niej na­dal korzy­stać, cho­dzi teraz o moją wygodę. W ubie­głym tygo­dniu byłam z Aisling u orto­pedy. Zaczął kom­bi­no­wać z ope­ra­cją. Punk­towe znie­czu­le­nie, artro­sko­pia i takie tam... - Zro­biła złą minę. - "Mini­mum to dobre sta­bi­li­za­tory", zaor­dy­no­wał. Poje­cha­ły­śmy więc do sklepu ze sprzę­tem medycz­nym. Mają tam spe­cjalny dział dla takich junio­rów jak ja... z defek­tami. Kupi­łam sobie dwie ortezy domowe... bo jak sza­leć, to sza­leć. Tę, którą się chwalę, i drugą, na całe pod­udzie, gdy pla­nuję wię­cej się prze­miesz­czać po domu. Na przy­kład wcho­dzić po scho­dach. Mam jesz­cze jedną wer­sję dłuż­szej ortezy, typu hard, na spa­cery. Ta to ma już praw­dziwy zegar.

Wie­sław uniósł brwi, wyraź­nie zacie­ka­wiony.

- Zegar? Odmie­rza pani czas albo kroki pod­czas spa­ceru?

- Och, nie bądź nie­mą­dry, Wesleyu. To zegar orto­pe­dyczny, w prze­gu­bie - wyja­śniła z wyraźną satys­fak­cją, widząc jego minę. - Taki mały ste­row­nik mecha­niczny. Orto­peda usta­wia na nim zakres zgię­cia i wypro­stu, żeby kolano nie "prze­pro­sto­wało" się w tył. To taka wasza instruk­cja warun­kowa if-then, tylko zre­ali­zo­wana w metalu: jeśli noga osią­gnie kąt dwu­dzie­stu stopni, to mecha­nizm ją blo­kuje. Moje pod­udzie ma po pro­stu sztywno zapro­gra­mo­wane para­me­try brze­gowe.

Wie­sław uśmiech­nął się od ucha do ucha.

- No pro­szę. Czyli nosi pani na nogach ana­lo­gowy pro­ce­sor ruchu.

- Dokład­nie. I w prze­ci­wień­stwie do two­jego Mor­fe­usza***, mój zegar ni­gdy się nie zawie­sza z powodu błędu w składni. Po pro­stu klika i trzyma mnie w pio­nie.

- Że też pani wcze­śniej o tej spra­wie nie pomy­ślała.

- Nie­prawda... myśla­łam... ale tylko tyle. - Zado­wo­lona, że on już wie i nie zamie­rza jej z tego powodu żało­wać, wró­ciła za biurko.

Potem aż do obiadu roz­ma­wiali o kro­ni­kach. Wie­sław jak zwy­kle zjadł go w kuchni i poszedł pra­co­wać do swo­jego pokoju. Od czasu do czasu zer­kał za okno zwa­biony gło­sami dzieci. Słońce ope­ro­wało dzi­siaj dość mocno, więc sporo matek z pocie­chami wyszło na łąkę naprze­ciw okien. Goni­twy, bad­min­ton, gra w piłkę. Jego uwagę przy­kuła żywa jak sre­bro dziew­czynka. Gdy bie­gała, na koń­cach war­ko­czy­ków pod­ska­ki­wały jej czer­wone kokardki. Może Mor­wenna też tak kie­dyś wyglą­dała? Nie wie­dzieć jak, ale wewnętrzny pro­ce­sor uru­cho­mił dal­szy ciąg "filmu", przy któ­rym zasnął po przy­jeź­dzie z lot­ni­ska.

Pochwa­liła się kie­dyś, że uro­dziła się w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym roku, pod­czas wojny. Kiedy ją poznał, miała sie­dem­dzie­siąt jeden lat. Póź­niej się oka­zało, że pocho­dzi ze szkoc­kiego klanu Camp­bel­lów. Gdy miała dwa­dzie­ścia osiem lat, wyszła za mąż za irlandz­kiego naukowca Cathala O'Rior­dana, któ­rego poznała kilka lat wcze­śniej w Edyn­burgu w trak­cie zdo­by­wa­nia dok­to­ratu. Po dwóch latach mło­dzi O'Rior­da­no­wie zamiesz­kali w Dubli­nie przy ulicy Wood­thorpe. Nowy, oka­zały dom sta­nął na miej­scu sta­rego wiej­skiego domu rodzi­ców Cathala. Pie­nią­dze na wybu­do­wa­nie nowej pose­sji uzy­skali od mia­sta za sprze­daż swo­ich oko­licz­nych rodzin­nych grun­tów. Łąka naprze­ciw, która tak się Wie­sła­wowi spodo­bała, też nale­żała do nich.

On teraz mieszka w pokoju, który przez cztery lata słu­żył Catha­lowi jako gabi­net. Pra­co­wał w nim naukowo, a jego Mor­wenna miała swój gabi­net po dru­giej stro­nie pię­tra. W pokoju przy­le­ga­ją­cym do jej gabi­netu spali jako mło­dzi mał­żon­ko­wie. Kiedy uro­dził im się Nolan, spał obok nich w małym łóżeczku. Zdję­cie z jego uśmiech­niętą buzią stało w biblio­teczce. Mor­wenna nie zmie­niała tutaj niczego od tam­tych cza­sów. Kiedy Wie­sław u niej zamiesz­kał pięć lat temu, oddała mu do użyt­ko­wa­nia dawny pokój męża i salo­nik z nim sąsia­du­jący. Począt­kowo nie mówiła, czyje były te pokoje. Dowie­dział się o tym z cza­sem. Daw­ko­wała mu infor­ma­cje, a poja­wiały się one prze­waż­nie w waż­nych dla niego momen­tach.

Pierw­szy raz otwo­rzyła się sze­rzej na początku lutego 2012 roku, kiedy pochwa­lił się indek­sem z wpi­sem o zali­cze­niu pierw­szego seme­stru. Dla uczcze­nia tego osią­gnię­cia zor­ga­ni­zo­wała nawet uro­czy­stą kola­cję, którą wypra­wiła w salo­nie razem z Aisling. Za oknami było wtedy wyjąt­kowo mroźno jak na Irlan­dię, w nocy tem­pe­ra­tura spa­dała nawet do minus sied­miu stopni i padał śnieg. Oczy­wi­ście to było nic w porów­na­niu z Big Fre­ezem z zimy sprzed dwóch lat, gdy mróz bywał sroż­szy o kolejne dzie­sięć stopni.

- Pół roku temu mia­łam pomysł, że kiedy zamiesz­kasz w poko­jach Cathala, może choć one zaczną ponow­nie żyć - zaga­iła. - Tego dnia, kiedy zapro­si­łam cię z ulicy na roz­mowę, pierw­szy raz od bar­dzo dawna sie­dzia­łam w tam­tym fotelu. - Obej­rzała się na niszę przy oknie.

- Pamię­tam, że wów­czas pani nie była zde­cy­do­wana, gdzie mamy usiąść: przy stole czy tam.

- Tak rze­czy­wi­ście było - przy­znała. - Ale teraz bar­dzo lubię tam z tobą sia­dać i roz­ma­wiać.

- Czuję się nieco dziw­nie zarówno z powodu pani słów, jak i z powodu tej imprezy - wyznał szcze­rze.

- Roz­ma­wiam pra­wie codzien­nie z Catha­lem, więc dzi­siaj powiem mu, że zosta­wił w swoim gabi­ne­cie sporo nauko­wych flu­idów. - Unio­sła palec i spoj­rzała na sufit.

- Muszę się pani pro­fe­sor przy­znać, że ni­gdy i ni­gdzie dotąd nie potra­fi­łem się sku­pić tak dobrze, jak wła­śnie tam.

- Powi­nie­neś tylko wię­cej korzy­stać z salo­niku. Pła­cisz wszak za oba pokoje. Ileż cię trzeba do tego nama­wiać?

- A kiedy mam to robić? - Roz­ło­żył ręce. - Bywam w nim prze­cież. Kilka razy gości­łem zna­jo­mych, a przy­ja­ciel z pracy raz to nawet został na noc. Wiele razy słu­cha­łem tam rów­nież muzyki i oglą­da­łem tele­wi­zję. O, wła­śnie! Musi mi pani doli­czyć do rachunku abo­na­ment tele­wi­zyjny i inter­net! Za kil­ka­na­ście dni przy­pada płat­ność za drugą połowę roku, więc może wów­czas?

- To jest zupeł­nie nie­ważne... to naprawdę mar­gi­nalny koszt. Nie mówmy zresztą dzi­siaj o pie­nią­dzach. Dla mnie jest istotne, że z pię­tra docho­dzą wresz­cie jakie­kol­wiek dźwięki. Tylko dla­czego nie pusz­czasz muzyki gło­śniej? Może bym cię lepiej wtedy poznała?

- Bo lepiej się sku­piam, mając słu­chawki na uszach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki