Z nosem w ekranie. Szklana pułapka czy szansa na rozwój twojego dziecka? - Anya Kamenetz


Reflow text when sidebars are open.
Sięgnąłeś po tę książkę z ciekawości, ale także - powiedzmy to sobie wprost - ze względu na swoje obawy związane z korzystaniem przez dzieci z urządzeń cyfrowych. Ja również nie jestem od nich wolna. Napisałam tę książkę po to, abyśmy mogli pokonać strach. Abyśmy wyzbyli się poczucia winy, ograniczyli liczbę docierających do nas informacji, wyciszyli szum informacyjny i baczniej przyjrzeli się sprawie. Następnie ustalimy plan.
Ale najpierw opowiem ci jedną historię.
Pewnego dnia późnym wieczorem, na początku lat osiemdziesiątych, gdy byłam drobną blondyneczką, w koszuli nocnej przysiadłam na skraju łóżka rodziców i oglądałam telewizję. W ekranie odbijała się blondyneczka w koszuli nocnej, która przysiadła na skraju łóżka rodziców i oglądała telewizję.
Na ekranie telewizora pojawiły się napisy końcowe. Moi rodzice drzemali. Telewizja skończyła nadawanie oficjalnego programu. Puszczono hymn państwowy, a na ekranie pojawiła się amerykańska flaga. Mała dziewczynka przysunęła się bliżej ekranu. I ja przysunęłam się bliżej ekranu.
I wtedy znienacka wypadła z niego przerażająca masa zielonej ektoplazmy. Zaczynał się film Duch (z 1982 roku).
W tamtej chwili zrodziła się trauma na całe życie.
Mój lęk nie dotyczy duchów. Uwielbiam duchy. W szkole średniej uczestniczyłam nawet w seansach spirytystycznych, których idealne otoczenie stanowiły bagna południowej Luizjany, gdzie dorastałam. A więc nie chodzi o duchy; śmiertelnie bałam się napisów końcowych. Z czasem strach trochę złagodniał, ale do dziś wolę szybko wyjść z kina, gdy kończy się film - bez spoglądania na ekran. Kiedy kończy się jeden odcinek serialu, muszę zminimalizować okno na ekranie, zanim w Netfliksie rozpocznie się następny.
Ćwierć wieku później moja starsza córka natknęła się na nieodpowiednie treści, a doszło do tego, gdy siedziała na nocniku. Próbowaliśmy dosłownie wszystkiego, żeby naszemu maluchowi udało się wysiedzieć na tyle długo, by toaletowa sesja zakończyła się sukcesem. A zgodnie z sugestiami innych rodziców jedynym skutecznym sposobem okazało się puszczanie krótkich filmików na telefonie.
Znaleźliśmy na YouTubie mnóstwo filmów odpowiednich dla dzieci w podobnej sytuacji, na przykład wpadającą w ucho rymowankę o myciu rąk z programu PBS Daniel Tiger's Neighborhood, przyjemny edukacyjny skecz z udziałem Elmo; nadmiernie entuzjastyczną pandę mówiącą po japońsku... Aż w końcu pewnego dnia kliknęłam w pięciominutową bajkę. Zatytułowana była Nocnikowanie. Filmik miał miliony odsłon.
Okazało się, że był to niewiarygodnie obrzydliwy, ohydny animowany serial internetowy, jak się później okazało, adresowany do nastoletnich przygłupów. Mojej córce oczywiście bardzo się spodobał i wciąż się go domagała.
Za kolejne 25 lat moje córki być może będą wychowywały własne dzieci. Jeśli wierzyć prognozom, wszyscy będziemy pływać we fluorescencyjnej literkowej zupie składającej się z AR, VR, AI, MR oraz IoT, czyli w rzeczywistości rozszerzonej, wirtualnej, sztucznej inteligencji, mieszanej rzeczywistości oraz internecie rzeczy. Będziemy przez całą dobę zamieszkiwać ciała awatarów, kontaktować się z czującą lodówką za pomocą GIF-ów oraz wykorzystywać wirtualnych asystentów do obrony przed telemarketingowymi botami. Cyfrowe doświadczenia będą tak realistyczne i wszechogarniające, że Park Narodowy Yellowstone będzie jak dzisiejszy Times Square. Ekrany jako osobne urządzenia ograniczone ramkami i wyposażone w przyciski staną się wtedy niemalże zapomnianą osobliwością z odległej przeszłości.
Przerażona dziewczynka w mojej głowie pyta: "Jak bardzo powinniśmy się martwić o nasze dzieci i technologię? Dokąd to wszystko zmierza? Co właściwie powinniśmy z tym wszystkim robić, teraz w "realnym świecie", używając określenia, które na początku XXI wieku wciąż jeszcze ma jakieś znaczenie?".
Efektem tych pytań jest książka, którą właśnie czytasz: zrozumiałe, poparte badaniami oraz obiektywne spojrzenie na problem dotykający obecnie niemal każdego rodzica. Żałuję, że takiej nie miałam, kiedy przyszła na świat moja pierwsza córka. Mam nadzieję, że będzie to dla ciebie wartościowe źródło wiedzy, kiedy wspólnie będziemy żeglować po skalistych zatokach pomiędzy strachem a ekscytacją, a także starać się ogarnąć rozumem coraz większy udział cyfrowych mediów w życiu rodzinnym, jak też w naszym własnym.
Nie stawiam siebie w roli nieomylnego eksperta. Jestem po prostu matką wyposażoną w zestaw solidnych narzędzi badawczych, która próbuje rozgryźć ten orzech najlepiej, jak potrafi. O edukacji i technologii piszę od ponad dekady. W 2011 roku zostałam mamą. Należę do pierwszego pokolenia rodziców, którzy stawali się dorośli w obecności internetu. A teraz wychowuję dwóch członków pokolenia dorastającego z ekranem na wyciągnięcie ręki.
Obecnie pierwszy kontakt dziecka z mediami cyfrowymi przypada średnio na wiek czterech miesięcy, następuje niemal zaraz potem, jak osesek jest w stanie skupić wzrok[1]. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku miało to miejsce średnio w wieku czterech lat.
Według ankiety przeprowadzonej przez Pew Research Center w 2015 roku prawie połowa rodziców dzieci w wieku szkolnym uważa, że spędzają one przed ekranem zbyt wiele czasu[2]. Przeciętnie dzieci w Stanach Zjednoczonych na korzystanie z mediów elektronicznych poświęcają niemal tyle samo czasu, co na pozostałe formy aktywności, włączając w to szkołę[3]. Niebywałe. Ale co z tego wynika?
Jako rodzice znajdujemy się w sytuacji, w której nie mamy dostępu do wcześniejszych doświadczeń w tej sferze, nie istnieją mądrości przekazywane z pokolenia na pokolenie, a co najważniejsze, nie przeprowadzono dotąd wystarczająco wielu badań naukowych, które mogłyby nam pomóc na to pytanie odpowiedzieć. Tradycyjne autorytety, próbując zamaskować brak dostatecznej wiedzy, ograniczają się do wygłaszania komunałów.
Moim zdaniem samozwańczy eksperci zawiedli, podczas gdy my usiłujemy zrozumieć tę niepojętą, nową rzeczywistość. Ponieważ nie możemy skorzystać z babcinych rad ani oprzeć się na licznych aktualnych badaniach naukowych, źródłem wiedzy, w którym szukamy odpowiedzi na te i niemal wszystkie inne pytania, jak również diagnoz dotyczących naszych dzieci i nas samych, paradoksalnie stał się internet. Doktor Google to nowy doktor Spock.
Jednak ekosystem informacji cyfrowej, w którym wszyscy funkcjonujemy, ma tę zasadniczą wadę, że jest nastawiony na klikalność. To oznacza, że wszystkie dostępne książki, artykuły, materiały wideo czy wpisy na blogach dotyczące dzieci i technologii wydają się przedstawiać najbardziej pesymistyczny scenariusz, aby wywołać naszą reakcję w postaci wciśnięcia przycisków "lubię to", "udostępnij" i "odtwórz".
A to z kolei oznacza, że kluczowe pytania dotyczące wychowywania dzieci w erze cyfrowej nie dotyczą jedynie dzieci. Są one także związane ze sposobem korzystania z mediów cyfrowych. Czy czujesz się wspierany przez wirtualną społeczność, czy raczej odczuwasz zagrożenie ze strony internetowych trolli? Czy twój telefon jest magicznym urządzeniem pozwalającym ci na osiągnięcie równowagi pomiędzy pracą a życiem prywatnym, czy też jest nieustannie pikającym pochłaniaczem uwagi?
Z częścią tych pytań zetknęliśmy się już w przeszłości. Moraliści podnosili larum w sprawie radia, kina, a w końcu telewizji, ponieważ każdy z tych wynalazków w swoim czasie niewątpliwie zmienił dorastanie w równie dużym, o ile nie większym, stopniu, co dzisiejsze maleńkie ekrany.
Jednak obecnie używane urządzenia są przenośne, co oznacza, że mamy je przy sobie wszędzie i zawsze, poza tym są wyposażone w ekrany dotykowe, co czyni korzystanie z nich intuicyjnym nawet dla niemowląt. Z tych dwóch powodów, w porównaniu do starszych mediów, jak telewizja czy gry wideo, spotęgowały się obawy związane z oddziaływaniem nowych mediów - cyfrowych - na dzieci, omamieniem, jakie powodują, uzależnieniem, jakie wywołują, a także "nadmierną bądź nieodpowiednią stymulacją dla rozwijającego się mózgu", jak to ujął pediatra Dimitri Christakis, czy też tym, że w naszym własnym domu pojawiają się treści, nad którymi jako rodzice zupełnie nie mamy kontroli.
W XXI wieku do rzadkości należą rodzice, których nie martwi sposób, w jaki ich dzieci korzystają z urządzeń elektronicznych. Dziś tym właśnie charakteryzuje się dobry, zaangażowany rodzic. Jeśli nie ograniczasz lub nie kontrolujesz czasu spędzanego przez dzieci przed ekranem, tak jak to robisz w przypadku słodyczy, masz przynajmniej na tyle przyzwoitości, by odczuwać w związku z tym wyrzuty sumienia. Ale czy korzystanie z urządzeń elektronicznych to rzeczywiście nowy cukier?
Oto prawdziwe wątpliwości rodziców w erze cyfrowej. Przeprowadziłam ankietę wśród ponad 500 osób, aby się dowiedzieć, jak rodzice tacy jak ty ustalają i łamią zasady dotyczące spędzania czasu przed ekranem. Konsultowałam się też z naukowcami. Mogę ci więc zdradzić nie tylko to, co mówią eksperci, w jakich kwestiach są zgodni, a w jakich nie, ale też to, jak postępują jako rodzice z własnymi dziećmi, w domowym zaciszu, kiedy nikt nie patrzy. Do niedawna najbardziej rozpowszechnionym zaleceniem dotyczącym ilości czasu przed ekranem była zasada opracowana przez Amerykańską Akademię Pediatryczną (AAP) głosząca: "żadnej telewizji przed ukończeniem drugiego roku życia"[4]. Było to w zasadzie zalecenie niepoparte żadnymi badaniami. Dziewięciu na dziesięciu rodziców go nie przestrzegało. W 2016 roku wprowadzone zostały znaczące zmiany wytycznych, które jednak w dalszym ciągu nie miały potwierdzenia w badaniach naukowych[5].
Jak się okazuje, terytorium badań pokrywają wielkie białe plamy, poza tym naznaczone jest ono ostrymi konfliktami. Mimo to najbardziej rzetelne badania z obecnie dostępnych sugerują, że o ile w innych sferach rodzina funkcjonuje prawidłowo, o tyle istnieje spory margines tolerancji co do ilości pochłanianego przez dzieci promieniowania emitowanego przez ekrany, ale z dużym prawdopodobieństwem wyjdą one z tego bez szwanku. Telewizja to nie DDT. W rzeczywistości liczne negatywne efekty kojarzone z nadmierną ilością czasu spędzanego przed ekranem są w istocie wynikiem nierówności społecznych w Ameryce. Mówiąc wprost, dzieci rodziców o niskich dochodach i niższym wykształceniu nie tylko wcześniej sadzane są przed ekranem, ale narażone są też na szereg innych bolączek. Co więcej, wiele problemów - zarówno tych fizycznych, jak i emocjonalnych - związanych z korzystaniem przez dzieci z urządzeń elektronicznych sięga czasów początków elektryczności.
Technologia jest wszechobecna. Powietrze, którym oddychamy, nasycone jest sygnałem Wi-Fi. Oprócz bardzo nielicznych społeczności nie istnieje przecież żadna grupa kontrolna. Jeśli szukasz książki, która będzie cię nakłaniać do tego, abyś odwrócił się plecami do rzeczywistości i zamieszkał w dziczy, źle trafiłeś - to nie ta książka. (Zresztą niejedna taka już została napisana). Zamiast roztaczać wyimaginowane wizje ucieczki, pomyślmy jak naukowcy. Sama chciałam wydobyć na światło dzienne własne irracjonalne obawy i dokładnie im się przyjrzeć. I chcę ci pomóc zrobić to samo. Zamierzam przedstawić ci swego rodzaju algorytm, abyś mógł w tej sferze opracować własną strategię, która będzie najbardziej odpowiednia dla twojej rodziny. Nie obawiaj się nieznanych duchów.
Najpierw zastanów się, czy występują u twojego dziecka symptomy będące efektem realnych zagrożeń. Mam tu na myśli problemy z koncentracją, nadwagę, zaburzenia snu, a także trudności poznawcze i emocjonalne. Mogą one odnosić się do samego korzystania z urządzeń elektronicznych lub do określonych sytuacji czy szczególnych rodzajów treści. Omówię pytania, jakie należy zadać, gdy twoje dziecko korzysta z technologii w szkole oraz w towarzystwie rówieśników, a także to, co jako rodzic powinieneś wiedzieć o prywatności, marketingu, sekstingu, cyberprzemocy oraz o innych zjawiskach, które często wywołują obawy.
Następnie przeanalizuj własne odczucia związane z rolą mediów w twojej rodzinie. Być może technologia zastępuje twoim dzieciom niańkę. Korzystanie z urządzeń mobilnych może wywoływać u ciebie poczucie winy lub przyczyniać się do konfliktów w rodzinie. Być może negocjowanie i stawianie granic jest dla ciebie dyskomfortem. A może być też tak, że ekran to serce domowego ogniska: źródło zabawy, zaciekawienia i ekscytacji. Czasem wszystkie te scenariusze są prawdziwe jednocześnie. Doradzam innym rodzicom, jak wyznaczać realistyczne granice i ich nie przekraczać, ale zachować zdrowy rozsądek oraz modyfikować je wraz ze zmieniającymi się okolicznościami. Jedyne zachowania, które psychologowie i terapeuci oceniają bezkompromisowo, to hipokryzja i brak konsekwencji w wyznaczaniu granic, ponieważ w każdej sferze powodują u dzieci dezorientację, a czasem złość, prowadzą też do wielu konfliktów.
A na koniec przemyśl to, w jaki sposób sam korzystasz z urządzeń mobilnych. Być może jesteś bezustannie w pogotowiu, zabiegany i nieobecny. A może to twój partner ma ten problem. Być może dzięki technologii jesteś bardziej wydajny, a może jest ona dla ciebie odskocznią od domowych napięć. Media społecznościowe mogą być kopalnią bezcennej wiedzy o rodzicielstwie i źródłem wsparcia albo miejscem, gdzie toczą się dodatkowe konflikty. Internet i media społecznościowe mogą być cenną i nieodzowną pomocą dla rodziców, jeśli jednak wymkną się spod kontroli, staną się równie destruktywne i szkodliwe.
Sama doświadczyłam tej pozytywnej strony. Przed poczęciem mojej pierwszej córki dwa lata borykałam się z problemem niepłodności, a później przez rok poddawałam się leczeniu i procedurom medycznym, żeby zajść w drugą ciążę. W tamtym okresie fora internetowe i grupy na Facebooku stanowiły dla mnie podstawową, realną grupę wsparcia. Obecne na nich kobiety z pełnym zaangażowaniem odnosiły się do drastycznych szczegółów, którymi nie miałam ochoty dzielić się z nikim innym - ani z mężem, ani z rodziną, ani z przyjaciółmi. Nie dałabym rady przejść przez etap starań o ciążę ani samej ciąży bez ich wsparcia. Nigdy nie poznam ich prawdziwych imion ani tożsamości.
Jednak platformy, z których korzystamy w celu zawierania takich znajomości, nie są ani zupełnie niewinne, ani neutralne. Jako dziennikarka od lat zajmująca się technologią jestem aż nazbyt świadoma faktu, że najpotężniejszy biznes świata pragnie przyciągnąć uwagę rodziców i kierować ich wyborami. Jak się potocznie mówi: jeśli nie jesteś klientem, jesteś produktem.
Być może zechcesz zmienić swoje zachowanie w sieci albo całkowicie się z niej wycofać. Po przemyśleniu możesz postanowić zmienić przyzwyczajenia panujące w twojej rodzinie, tak jak my to zrobiliśmy, ograniczając czas spędzany przed ekranem w zależności od pory dnia, miejsca, sytuacji, treści, priorytetów lub konkretnego zadania czy rodzaju urządzenia. Zaproponuję ci praktyczne rozwiązania, z których na pewno będziesz w stanie coś dla siebie wybrać, a które oparte są na decyzjach podjętych i konsekwentnie stosowanych przez inne rodziny, co przyniosło im dobre efekty niezależnie od wieku dzieci.
Tym, co może się okazać jeszcze większym wyzwaniem, jest następny krok, a mianowicie odkrywanie i czerpanie radości ze wspólnego spędzania czasu przed ekranem. Owszem, padło tu słowo radość. Szczególnie kiedy robi się to razem z dziećmi, korzystanie z urządzeń elektronicznych może przynosić istotne korzyści związane z rozwijaniem kreatywności, jak również emocjonalne i poznawcze. Dla współczesnych rodzin, w których każdy wiedzie osobne życie, czy też takich, w których doszło do rozwodu lub innego rodzaju separacji, media cyfrowe mogą być czynnikiem spajającym. Poświęcając temu zagadnieniu nieco uwagi, możesz sprawić, że odpowiednie korzystanie z mediów społecznościowych czy internetu pomoże ci stać się takim rodzicem, jakim pragniesz być. W tej książce znajdziesz wskazówki dotyczące tego, jak wyciągać wnioski z badań naukowych i w wyważony sposób podchodzić do ich wyników oraz różnych sugestii przy podejmowaniu decyzji, dotyczących nie tylko technologii, ale też wielu innych spraw. To ważne, obecnie chyba bardziej niż kiedykolwiek, by do źródeł informacji podchodzić z namysłem i pewną dozą krytycyzmu, by dobrze się zastanowić, komu warto zaufać.
Rodzice, przyszli rodzice, dziadkowie, pedagodzy, mentorzy - ta książka jest dla was. Wykorzystajcie ją jako inspirację do dyskusji i refleksji, aby przekonać się, jakie są wasze odczucia, oraz aby zdecydować, jakie obrać podejście do wychowywania dzieci w erze cyfrowej.
***
Biorąc pod uwagę to, co wiemy, a także to, czego wciąż jeszcze nie wiemy, jaka analogia byłaby najwłaściwsza do zobrazowania wpływu urządzeń cyfrowych na dzieci?
Z jednej strony są ci, którzy wyznają pogląd, że ekrany są dla dzieci jak papierosy, czyli nie istnieje żadna bezpieczna dawka. Nawet najmniejszy kontakt z nimi jest szkodliwy. Pewien tata wyznał mi, że z każdą minutą, jaką jego maluch spędza przed ekranem, narasta dług, który będzie miał do spłacenia jako zły ojciec. Sądzę, że wielu rodziców ma podobne odczucia, szczególnie z powodu funkcjonującego w powszechnej świadomości zalecenia "żadnych ekranów przed ukończeniem drugiego roku życia".
Według innego scenariusza korzystanie z technologii można porównać do jedzenia. Owszem, istnieją oczywiste problemy wynikające z nadmiaru. Owszem, istnieje pewna niewielka ilość bezwartościowego chłamu, którą spożywa każdy człowiek. Ale przesadą jest twierdzenie, że każdy kęs jest toksyczny. Nie jest także szkodliwy każdy bajt. O ile oczywiście nie zaliczasz się do grupy osób z silną alergią - a moim zdaniem mogą zdarzyć się odbiorcy, dla których zwłaszcza pewien rodzaj treści, na przykład przemoc czy gry wideo, będzie równie niebezpieczny. Jednocześnie jedzenie jest koniecznością, a odpowiednio dobrane pokarmy mogą dawać przyjemność, ukojenie, a nawet poprawiać jakość życia. Podchodząc rozważnie do kształtowania nawyków u swoich dzieci oraz do tego, jakie produkty spożywcze im podajesz, wspólnie z nimi przygotowując i jedząc smaczne posiłki, możesz przyczynić się do wytworzenia się u nich dobrych przyzwyczajeń na całe życie. To samo dotyczy mediów.
Badania naukowe mogą pomóc nam lepiej odróżniać to, co dobre, od tego, co szkodliwe. Aktywiści mogą wywierać presję na nadawców, by poprawili jakość nadawanych programów. Ogromną rolę mogą odegrać przepisy prawa oraz edukacja publiczna. Powoli nawyki zaczną się zmieniać, przynajmniej tych, którzy dzięki dostępowi do edukacji mają możliwość dokonywania lepszych wyborów. Lecz to nie przyjdzie łatwo, ponieważ nasze głęboko zakorzenione przyzwyczajenia sabotują naszą wolę zmiany, a także dlatego, że ze względu na strukturalne nierówności społeczne wielu ludziom trudno się zmienić.
Skonsultowałam moje porównanie z doktorem Davidem Hillem, sympatycznym panem w muszce. To człowiek odpowiedzialny w Amerykańskiej Akademii Pediatrycznej za kontakt z mediami i przekazywanie opinii publicznej jej stanowiska. Powiedział: "Wydaje się, że wraz ze zmianą sposobu odżywiania oraz w wyniku działań mających na celu ograniczanie szkód związanych z epidemią otyłości udaje się odwrócić ten trend. Jednak w przypadku wyrobów tytoniowych nie istnieje żadna bezpieczna dawka dla osób w żadnym wieku. Osobiście sądzę, że analogia do diety okaże się bardziej trafna".
Na razie nie są jeszcze dostępne zalecenia oparte na solidnych podstawach naukowych, które mówiłyby: "Bezpieczna liczba godzin przed ekranem to tyle a tyle". Lecz ja opracowałam własne, korzystając ze słynnej maksymy Michaela Pollana dotyczącej jedzenia: "Ciesz się technologią. Z umiarem. Najlepiej w towarzystwie"[6].