Z niejednej półki. Wywiady - Michał Nogaś

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Jagodzie

 
 
NA POCZĄTEK

Pisarki i pisarze przyglądają się światu nad wyraz uważnie. Ich pisanie często jest światłoczułe, rejestruje procesy społeczne i historyczne, stawia diagnozy i opowiada o kondycji człowieka. Od kilkunastu lat pytam ich o rzeczy najważniejsze.

Lubię słuchać. Dla kilku zdań warto czasem wybrać się naprawdę daleko. Choć najczęściej pretekstem do spotkania jest najnowsza książka moich rozmówców, zawsze staram się, by była w zasadzie punktem wyjścia do rozmowy o współczesnym świecie.

Javier Marías - jak sam przyznał - myśli, mówi i pisze tylko, gdy pali. W trakcie wywiadu stał w oknie swojego madryckiego apartamentu, zapalając jednego papierosa za drugim. Annie Proulx zabrała mnie na spacer po plaży, Olga Tokarczuk w swoim wrocławskim mieszkaniu podała wspaniałą zupę warzywną, a Orhan Pamuk zaparzył kawę o niezwykłej mocy. Nie każdy wywiad to przygoda, choć nawet te prowadzone na odległość potrafią być zaskakujące. Z moimi rozmówczyniami i rozmówcami widywałem się w kawiarniach, hotelach, ale też w wielkich posiadłościach. Orhan Pamuk mieszka na Büyükadzie, wyspie nieopodal Stambułu, na której zakazany jest ruch pojazdów spalinowych. W drodze do pisarza mijały mnie meleksy, rowery, a nawet bryczki. Jakże odmienny jest to świat od stambulskiej codzienności. Pamuk na tarasie z pięknym widokiem na Bosfor mówił o tym, że Turcy potrzebują ojca.

Z niejednej półki to wybór rozmów przeprowadzanych między innymi dla "Gazety Wyborczej", Wyborczej.pl, "Wysokich Obcasów", "Wysokich Obcasów Extra" oraz "Książek. Magazynu do Czytania". Otwiera go i zamyka spotkanie z niezwykłymi kobietami: Alice Munro i Olgą Tokarczuk. Od wywiadu niemożliwego po - prawie - wywiad rzekę złożony z naszych rozmów od chwili, gdy Księgi Jakubowe ukazały się w Szwecji, po powrót pisarki do Polski z noblowskich uroczystości. Wśród moich rozmówców znalazło się pięcioro noblistów (poza wymienionymi wcześniej również Swietłana Aleksijewicz i Mario Vargas Llosa), ale także sześciu zdobywców Nagrody Literackiej "Nike".

Literatura to jednak nie tylko wyróżnienia i sława. Rozmawiam z pisarkami i pisarzami mniej znanymi, dopiero w Polsce odkrywanymi lub takimi, na ślad których trafiłem w międzynarodowej prasie lub których ktoś zaufany mi polecił. Do tego grona należy choćby Bernardo Kucinski, autor wstrząsającej książki o siostrze porwanej przez brazylijską juntę, czy Sarah M. Broom, debiutantka, której książka poruszyła całą Amerykę. Cieszę się z przeprowadzonej w Sztokholmie rozmowy z Agnetą Pleijel i Maciejem Zarembą Bielawskim. Choć trudno w to uwierzyć, jest to ich pierwszy wspólny wywiad!

Jedna z rozmów powstałych z myślą o tym tomie ma dla mnie znaczenie szczególne. To zapis ostatniego spotkania z Jerzym Pilchem. O tym, jak stał się mistrzem felietonów, rozmawialiśmy w jego domu w Kielcach zaledwie dwa miesiące przed nagłą śmiercią pisarza. Dziś, gdy wracam do tego wywiadu, jeszcze silniej niż kiedyś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Pilch - jak mało kto - potrafił uchwycić to, co we współczesnej Polsce ciekawe, ważne, irytujące.

Nie wszystko podczas pracy nad książką się udało. Miesiącami, wraz z redaktorem tego tomu, zabiegaliśmy o wywiad z Ng?g?m wa Thiong'o, kenijskim pisarzem mieszkającym w Kalifornii, profesorem uniwersytetu w Berkeley. Piszący niegdyś po angielsku - jako James Ngugi, a od lat sześćdziesiątych w macierzystym kikuju - jest pisarzem w Polsce wciąż mało znanym, choć od lat uznawany jest za jednego z najpoważniejszych kandydatów do literackiego Nobla.

Na kartach tej książki spotykają się autorki i autorzy należący do wszystkich pokoleń. Łączy ich miłość do słowa, dzieli często spojrzenie na świat i jego problemy. Pokazują, że rzeczywistość i dostępne nam perspektywy nieustannie się zmieniają. Jako pierwszy, po otwierającej Z niejednej półki opowieści o poszukiwaniach Alice Munro w Kanadzie, pojawia się Wiesław Myśliwski, nestor polskiej literatury; jako ostatni, przed zapisem spotkań z Olgą Tokarczuk, Édouard Louis, pisarz urodzony w ostatnim dziesięcioleciu XX wieku. Chciałbym, aby ta książka przekonała czytelnika, że świat literatury w ostatnich latach się poszerzył i dzisiaj jest wielogłosem autorek i autorów naprawdę z całego globu.

 
 
ALICE MUNRO
Zbyt wiele szczęścia
 
 

Tego dnia była zwyczajnie sobą - bezpośrednia

i nieprzewidywalna, jak to ona.

 
 

Ciepła i ironiczna. Tak mówią ci, którzy poznali kanadyjską pisarkę. Mówią o niej też, że jest mistrzynią opowiadania. Zgadzam się ze zdaniem Cynthii Ozick, która nazwała ją nowym wcieleniem Czechowa. A o tym wywiadzie marzyłem od lat.

Próbowałem skontaktować się z Alice Munro przez agentów literackich, wydawców, o wstawiennictwo prosiłem Margaret Atwood. Bezskutecznie. Przypomniałem sobie, co powiedziała mi autorka Opowieści podręcznej: - Nie jestem w stanie ci pomóc, ale jeśli odnajdziesz Alice na własną rękę, z pewnością przed tobą nie ucieknie, bo jest ciepłą i sympatyczną, choć dość introwertyczną osobą.

Teraz albo nigdy - pomyślałem i postanowiłem do niej pojechać. W ciemno.

Miło jest odejść z wielkim hukiem

Munro wycofała się z życia publicznego w 2013 roku, tuż po tym, gdy Akademia Szwedzka przyznała jej Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury, uznając za "mistrzynię współczesnego opowiadania". Zniknęła, "złamała pióro". Od grudnia 2013 roku nie udzieliła wywiadu, czym realizowała plan, który po raz pierwszy zdradziła ponad dekadę wcześniej w rozmowie z "The Toronto Globe and Mail", mówiąc, że nie wie, czy ma jeszcze siłę pisać, i marzy o odpoczynku.

Przez jakiś czas nie była konsekwentna. Jeszcze w 2012 roku opublikowała Drogie życie, pojawiała się również publicznie. Gdy po raz trzeci w swojej karierze otrzymała Trillium Book Award dla najlepszej książki, której akcja dzieje się w Ontario, przyznała w wywiadzie: - Prawdopodobnie nic więcej już nie napiszę.

Dziennikarzowi Markowi Medleyowi, który zapytał o to, czy jest pogodzona z decyzją, odpowiedziała z nieukrywaną radością: - Bardzo! Jestem nią zachwycona. Gdy jest się w moim wieku, nie chce się być tak samotnym, jak powinni być pisarze.

Sześć miesięcy później odmówiła podróży do Sztokholmu, zamiast wykładu noblowskiego udzieliła wywiadu Stefanowi ?sbergowi, waszyngtońskiemu korespondentowi szwedzkiej telewizji. W nagranej 12 i 13 listopada w Kanadzie rozmowie, którą zatytułowano Alice Munro: O sobie samej, mówiła, że nie czyta swoich wcześniejszych książek. "Boję się! Miałabym pewnie potrzebę, żeby zmienić trochę tu, trochę tam. Kilka razy zrobiłam tak w książkach, które stoją u mnie na regale. Ale zdałam sobie sprawę, że to już bez znaczenia. Nic już nie zmienię".

Zapytana, czy kiedykolwiek myślała o tym, że zostanie laureatką Nobla, odruchowo odpowiedziała: "Och, nie! Przecież jestem kobietą!". Przyznała, że pisarze nie doceniają swojej pracy, często ją lekceważą.

Transmisję z gali noblowskiej oglądała w domu swojej córki Sheili w Victorii, stolicy Kolumbii Brytyjskiej. Przyznała prasie, że jest dumna z Jenny, drugiej córki, malarki, która w jej imieniu odebrała od Karola XVI Gustawa medal noblowski i dyplom. "Nigdy o tym nie marzyłam, wciąż jestem więc nieco oszołomiona, ale wszystko to jest bardzo przyjemne. Ceremonia wymagała z pewnością dużej wytrzymałości, dlatego cieszę się, że córka zrobiła to dla mnie. Wyglądała cudownie" - powiedziała Alice Munro kanadyjskiemu portalowi CTV News.

W 2013 roku Jenny w nagraniu dla Fundacji Noblowskiej opowiadała, że jej matka "energię, którą inni ludzie poświęcają na wiele spraw, zachowywała dla siebie, by tworzyć". Była zdyscyplinowana, pisała codziennie od dziesiątej rano do wieczora, ale "zdawało się, jakby ciągle pracowała, nawet gdy patrzyła przez okno". Zdaniem córki "tworzenie historii było całym jej życiem", tym bardziej pewnie wielu czytelników i czytelniczek, w tym mnie, zaskoczyło, że Munro podjęła decyzję o zaprzestaniu pisania. Jenny przyznawała, że jej matka "nigdy nie będzie jak inni ludzie, choćby teraz trochę tego chciała. Myślę, że dalej będzie wymyślać historie, chociaż już ich nie zapisze".

Z tyłu na okładce jest zdjęcie autorki - znajome, tyle że bez kapelusza

Co jest interesującego w opisywaniu życia małych kanadyjskich miast? - pytał ?sberg w wywiadzie noblowskim.

"Wystarczy tam być. Każde życie może okazać się interesujące i każde miejsce. Nie sądzę, że byłabym aż tak odważna, gdybym żyła w większym mieście i musiała konkurować z ludźmi będącymi na wyższym poziomie kulturowym. Jestem jedynie osobą, która zapisuje historie. Nie opowiadam ich nikomu i - na razie - jestem pewna, że jestem jedyną osobą na świecie, która mogła je opowiedzieć".

Munro przyszła na świat w Wingham w hrabstwie Huron, w prowincji Ontario, i to ono stało się tłem większości opowiadań. Świadczą o tym głosy mieszkańców, którzy przez lata narzekali, że są portretowani złośliwie, a ich historie zostały przeinaczone. Z łatwością odnajdywali w nich lokalną topografię czy charakterystyczne wydarzenia i postaci. Rzeczywiście, Munro wydaje się pisarką niepozbawioną sarkastycznego poczucia humoru. Można je odnaleźć choćby w opowiadaniu Fikcja, którego bohaterka wchodzi do księgarni i kupuje książkę znajomej pisarki. Gdy otwiera ją w domu, książka okazuje się zbiorem opowiadań. Pisze Munro: "A więc od razu na wstępie rozczarowanie. Opowiadania wydają się umniejszać rangę książki i autora, czyniąc z niego nieomal debiutanta, pukającego nieśmiało do wrót Literatury, nie zaś dojrzałego pisarza".

Mimo kilku wywiadów, autobiograficznych tropów w jej twórczości, wciąż wiemy o niej niewiele. Pisarze bywają bardziej narcystyczni w swoich dziełach i znacznie bardziej wylewni.

"Mieszkańcy mawiali, że na co dzień miasto wygląda jak umarłe, za to gdy odbywał się pogrzeb, nagle w cudowny sposób ożywało". Ten opis z pewnością pasuje do Wingham, cichego i pozornie spokojnego miasteczka, w którym Alice Munro, wówczas jeszcze Laidlaw, spędziła także szkolne lata. Studiowała w czterystutysięcznym Londynie w Ontario, a z pierwszym mężem, Jamesem, przeprowadziła się w okolice Vancouver na zachodzie kraju. W 1963 roku w Victorii, stolicy Kolumbii Brytyjskiej, założyli księgarnię Munro's Book, która mimo zmian właścicieli działa pod niezmienioną nazwą do dzisiaj.

"To była przede wszystkim świetna zabawa i przyjemność. Przeprowadziliśmy się tutaj przekonani o chęci otworzenia księgarni. Wszyscy myśleli, że zwariowaliśmy i że umrzemy z głodu. Tak się jednak nie stało. Pracowaliśmy bardzo ciężko. (...) Nie miałam doświadczenia w prowadzeniu interesów, do tej pory byłam gospodynią domową i pisarką. Ale księgarnia była doskonałą szansą na wyjście do ludzi, lepsze poznanie świata. Nie przypominam sobie, byśmy dorobili się na jej prowadzeniu" - wspominała Munro w wywiadzie noblowskim.

Do Ontario wróciła w latach siedemdziesiątych, po rozwodzie, gdy jako uznana autorka otrzymała honorowy tytuł doktora i stypendium od macierzystej uczelni. Wtedy też wzięła ślub z Geraldem Fremlinem, kartografem, z którym zamieszkała w Clinton.

Zmarł w kwietniu 2013 roku, sześć miesięcy przed ogłoszeniem werdyktu szwedzkich akademików.

W leżącym dwieście kilometrów na północ od Toronto Clinton mieszka około trzech tysięcy osób. Nie powinienem mieć więc problemów z tym, by trafić na kogoś, kto podpowie mi, jak do niej dotrzeć. Albo wpaść na samą Alice.

Tuż przed moim wylotem do Kanady Akademia Szwedzka ogłosiła, że Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za rok 2018 przyznała Oldze Tokarczuk. Autorka Ksiąg Jakubowych dzień po werdykcie w Düsseldorfie powiedziała mi, że "w dzisiejszym świecie Akademia Noblowska jest jednym z niewielu ostatnich stałych punktów, które pozwalają nam czymś nawigować".

Deszcz i wiatr witają mnie na lotnisku w Toronto. Jest dokładnie tak, jak w jej opowiadaniach - z jednej strony zapowiedź "prawdziwej anarchii zimnych zamieci śnieżnych" zamykających ludzi "przed światem szczelnie jak w Arce Noego", a z drugiej pewien porządek i harmonijny ład, "dostrzegalny jedynie dla przybysza z zewnątrz" (opowiadanie Księżniczka Ida).

Motel znajduję osiemnaście kilometrów na północny zachód od Clinton, tuż przed Goderich nad jeziorem Huron - tak wielkim, że przypominającym morze. Parterowy budynek z kilkoma pokojami stoi przy drodze nr 21 otoczony lasem. Przed motelem co chwilę przejeżdżają ciężarówki, czuję się, jakbym miał iść spać na parkingu przy autostradzie. Miejscem zarządza pochodzące z Indii małżeństwo. Przypominam sobie plakat z lotniska: "Łączy nas różnorodność". Szczere uśmiechy widać w Kanadzie na każdym kroku, do czego z początku trudno się przyzwyczaić. To, że ludzie mogą być sympatyczni i bez zadęcia życzyć miłego dnia, odbieram nieco podejrzliwie. Wraz z kluczami do pokoju dostaję egzemplarz lokalnej gazety "Clinton News Record", wydanie z 30 października 2019 roku. Rzucam okiem na pierwszą stronę i... zamieram.

Na początku, na samym początku wszystkiego był dom

"Alice Munro sells Clinton" - głosi nagłówek artykułu zilustrowany zdjęciem pięknego białego domku. Potrzebuję chwili, by dotarło do mnie, że noblistka sprzedała dom w mieście, w którym żyła ponad czterdzieści lat i do którego przyjechałem w ciemno. Ile dni się spóźniłem?

Jak się okazuje, pisarka sprzedała dom bez rozgłosu, a jej rodzina dwukrotnie sprzeciwiła się propozycjom burmistrza Clinton Jima Ginna, który w imieniu lokalnej społeczności chciał odkupić go od noblistki, by stworzyć w nim muzeum Alice Munro. Kupcem okazał się anonimowy wieloletni mieszkaniec Clinton, który nabył nieruchomość dziewięć dni po jej wystawieniu. Czy fakt, że dom wcześniej należał do laureatki literackiego Nobla, wpłynął na jego cenę? Daniel Caudle, autor artykułu, przyznaje, że zaoferowana suma była nieco wyższa niż standardowa.

Scott Rocher z firmy, która zajęła się sprzedażą domu, mówi "Clinton News Record": - Nie chciała, żeby media o sprawie dowiedziały się przed sfinalizowaniem transakcji. Pani Munro cieszy się, że budynek będzie teraz domem dla nowej rodziny.

Artykuł - na szczęście - kończy zdanie, które nie pozbawia mnie całkowicie nadziei: "Osoby z otoczenia rodziny twierdzą, że pisarka przeniosła się do Port Hope, by zamieszkać ze swoją córką".

To z Clinton, najkrótszą trasą, ponad trzysta kilometrów na południowy wschód. Drugi koniec prowincji Ontario.

Zanim jednak wyruszę, chcę zobaczyć ten dom. W gazecie zamieszczono jego zdjęcie, a w internecie znajduję informację, że stał na dużej działce dochodzącej do torów. W ogrodzie rosną klony, co akurat w Kanadzie poszukiwań nie ułatwia.

Następnego dnia jadę do Clinton. Dość łatwo znajduję nieczynne tory dzielące na pół niewielkie przedmieście z charakterystyczną dla tej części świata zabudową miasteczek, przez które przechodzą międzystanowe drogi. Niewielkie przecinające się uliczki, przy których stoją ledwie widoczne zza drzew i krzewów domy. Pod koniec października wszystkie przystrojone są plastikowymi kościotrupami, duchami z popularnych kreskówek i dyniami z obowiązkowo wydrążonymi oczami. Nadchodzi Halloween. Niełatwo w tej gęstwinie znaleźć biały budynek z niewielkim gankiem. Uwagę przykuwa charakterystyczny wagon kolejowy zamieniony na muzeum. Przypomina o tym, że jeszcze sześćdziesiąt lat temu wiele dzieci nie miało dostępu do edukacji i jedyną formą dotarcia do nich były pociągi-szkoły, w których odbywały się lekcje. Jeździły po północnych rubieżach Kanady, zatrzymując się w kolejnym miejscu na tydzień, a uczniowie, żeby do niego się dostać, pokonywali czasem dziesiątki kilometrów kajakami czy psimi zaprzęgami. Wizyty odbywały się co miesiąc, a twórcami programu wagonów szkolnych byli Fred i Cela Slomanowie. Do pewnego czasu najsłynniejsi mieszkańcy Clinton.

Mam wrażenie, jakbym od kilkudziesięciu minut kręcił się w kółko, gdy trafiam na skrzyżowanie dwóch niewielkich uliczek - Dunlop i Frederick. I oto wyrasta przede mną dom ze zdjęcia. 160 Frederick Street, Clinton, Ontario. Przed nim stoi wyglądająca jak wyciągnięta z filmowego kadru tablica informująca o tym, że właśnie został sprzedany.

Wchodzę do ogrodu, co nie jest trudne, bo nikt tu nie stawia płotów, i podchodzę do okien. Przez brudne szyby dostrzegam rysunkowy portret Alice Munro zawieszony na ścianie obok schodów prowadzących na piętro. Prezent dla nowych właścicieli? Widać, że agent nieruchomości zadbał o porządek przed sprzedażą domu - uprzątnięto liście, więc ogród sprawia przykre wrażenie opuszczonego. I nawet ławka z widokiem na nieczynne tory kolejowe, jakby zachęcająca do wyobrażania sobie zamyślonej pisarki patrzącej w dal, tego wrażenia nie przekreśla.

Życie byłoby wspaniałe, gdyby nie ludzie

Jest wczesne popołudnie, wokół nikogo. Wsiadam do samochodu i kątem oka dostrzegam nadjeżdżającą furgonetkę. Auto zatrzymuje się przed domem po drugiej stronie ulicy.

- Cześć, mogę jakoś pomóc? - pyta niewysoki, ubrany we flanelową koszulę i dresowe spodnie łysiejący mężczyzna w okolicach pięćdziesiątki.

Uśmiecha się jak wszyscy tutaj. Bill mieszka w Clinton ze swoją partnerką od prawie dwudziestu lat i ożywia się, gdy słyszy, że przyjechałem zobaczyć dom noblistki.

- Ach, ta miła starsza pani. Spakowali się cztery miesiące temu i wyjechali - wyjaśnia. - Nigdy nie dawała po sobie poznać, że jest kimś ważnym. Moja dziewczyna czytała jedną z jej książek jeszcze przed Noblem. Podobała jej się. Codziennie widywałem Alice idącą w odwiedziny do swojej przyjaciółki mieszkającej w domu spokojnej starości kilka ulic stąd. Wymienialiśmy pozdrowienia i uśmiechy, ale nie była rozmowna.

Nobel dla Munro był dla jej sąsiadów sporym wydarzeniem, ale to nie pisarka zakłóciła spokój tej sennej miejscowości.

6 października 2017 roku, w czwartą rocznicę przyznania Alice Munro Nobla, w Clinton zaroiło się od ochroniarzy, a pod domem przy 160 Frederick Street zaparkowała kawalkada samochodów, z której wysiedli premier Kanady Justin Trudeau i jego żona Sophie. - Jego ojciec, Pierre, nasz wieloletni premier, był jej wielbicielem, o czym wielokrotnie wspominał. Gdy więc Trudeau junior był w okolicy w podróży służbowej, przyjechał odwiedzić Alice - mówi Bill.

- Wiesz, kto będzie twoim nowym sąsiadem? - pytam.

- Nie. Ten dom należał do rodziny męża Alice, Geralda. Podobno jednemu z jego krewnych zaproponowano kupno posiadłości, ale nie był zainteresowany. Czyli to będzie ktoś nowy. No i wiesz, oni to zburzą.

- Dom noblistki?

- Tak. Agent przekazał nam, że nowy właściciel zamierza postawić tu dwa budynki i garaż, bo - jak sam widzisz - to całkiem spory kawałek ziemi.

Dopiero teraz zauważam, że tym, co odróżnia były dom Munro od pozostałych w tej okolicy, jest brak garażu.

Najważniejszy ślad obecności Munro w Clinton zniknie, ale z pewnością są inne. Mieszkała tu przez ponad czterdzieści lat i zapisała się w lokalnej historii nie tylko noblowskim zamieszaniem. Wkrótce po przeprowadzce do Clinton w 1978 roku wzięła udział w spotkaniu Huron County Board of Education, podczas którego rozmawiano o możliwości wykreślenia z listy lektur szkolnych - na wniosek przedstawicieli lokalnej wspólnoty kościelnej - kilku książek, między innymi Buszującego w zbożu Jerome'a Salingera, Myszy i ludzi Johna Steinbecka i jej własnego zbioru opowiadań Dziewczęta i kobiety. Kilkoro oburzonych parafian uznało te dzieła za obrazoburcze. - Po rozmowach z przeciwnikami tych książek odnoszę wrażenie, że oni myślą, że jak przestaniemy pisać o seksie, to on zniknie - powiedziała kilka miesięcy później w wywiadzie dla CBC.

Książki Munro nie wycofano z bibliotek szkolnych, ale los ten spotkał Diviners Margaret Laurence, kanadyjskiej autorki opowiadań, którą wymieniano wśród kandydatów do Nagrody Nobla. Powieść dosadnym językiem opowiadająca o seksualności widzianej z kobiecej perspektywy została uznana za nieodpowiednią dla niepełnoletnich czytelników.

Alice Munro miała jedną radę dla wszystkich obawiających się cenzury. "Trzeba się temu sprzeciwiać natychmiast, bo po pierwszym kroku kolejne stają się łatwiejsze" - powiedziała w kanadyjskiej telewizji. Nie wiadomo, jakich argumentów użyła Munro podczas spotkania w roku 1978, wiadomo natomiast, że ostatecznie doprowadziło ono do dyskusji na temat wolności dostępu do literatury i zaowocowało odbywającym się do dziś w bibliotekach prowincji Ontario Tygodniem Wolności Czytania.

Dlatego pierwsze kroki w centrum Clinton kieruję do biblioteki. W gablocie obok głównych drzwi wywieszono plan wydarzeń zaplanowanych na listopad. Jedną z atrakcji będzie drag queen czytająca dzieciom książki.

- W zeszłym roku przed wejściem do naszej siedziby postawiliśmy pomnik - odpowiada na moje pytanie o ślady Alice Munro w Clinton Michelle, przemiła bibliotekarka.

- Pomnik? Nie zauważyłem.

- Bo go tam nie ma. Zresztą pomnik to chyba złe słowo. Ufundowaliśmy niewielką ławkę na jej cześć. Teraz stoi w piwnicy, żeby nie zardzewiała. Pada i wieje, wkrótce przyjdzie śnieg - wyjaśnia.

Dzieła Munro stoją wśród innych, nie wydzielono żadnego specjalnego "noblowskiego" regału. Biblioteka hrabstwa Huron zakupiła dla wszystkich podległych jej placówek, nie tylko w centrum Clinton, kilkadziesiąt egzemplarzy każdej jej książki i od lat są one, jak przyznaje Michelle, w ciągłym obiegu.

- Czasem przychodziła do nas, ale nigdy z nikim nie rozmawiała, niczego nie wypożyczała. Bo i pewnie nie musiała, na pewno wydawcy przysyłali jej przez agenta wszystkie nowości - mówi dalej bibliotekarka. - Widziałam ją kilka razy w życiu, dość introwertyczna, ale uśmiechała się do ludzi, gdy ją pozdrawiali. Clinton zapewnia intymność, więc myślę, że było jej tu z nami bardzo dobrze. Tak z dala od świata. Nie pamiętam, by jakakolwiek stacja telewizyjna przyjechała do nas przygotowywać materiał o Alice czy robić z nią wywiad.

- Mieszkańcy byli zaskoczeni decyzją Akademii Szwedzkiej? - pytam Michelle.

- Większe poruszenie było z okazji Bookera w 2009 roku. Na Nobla byliśmy chyba przygotowani. Ale nie świętowano, nie zorganizowano żadnych uroczystości na cześć laureatki. Oczywiście byliśmy podnieceni i szczęśliwi, dość szybko jednak cała okolica przeszła nad tym do porządku dziennego.

- Trochę szkoda, że jedyną formą upamiętnienia jej pobytu tutaj będzie ta sezonowa ławeczka - mówię.

- Choć tyle - przyznaje z rozbrajającą szczerością Michelle.

Przy okazji pytam o książki polskiej noblistki Olgi Tokarczuk. Michelle mówi: - Nie mamy, ja chyba nawet nie słyszałam o tej pisarce.

O Alice Munro pytam też w ratuszu. Piętrowy budynek z wieżą pośrodku stoi w centrum miasta na placu przy głównej ulicy, wśród drzew.

- W październiku 2013 roku wysłaliśmy list z gratulacjami - słyszę w sekretariacie.

- Ale czy nadaliście Alice Munro honorowe obywatelstwo Clinton? Może gdzieś znajduje się pamiątkowa tablica? A może ulica nosząca jej imię?

Urzędniczka patrzy na mnie ze zdziwieniem.

- Nie.

Michelle z biblioteki proponuje, bym pojechał do leżącego 36 kilometrów na północny wschód Wingham, w którym 10 lipca 1931 roku Alice Munro przyszła na świat. W 2002 roku, na długo przed Noblem i międzynarodowym Bookerem, który Munro otrzymała za całokształt twórczości, w dniu jej urodzin otwarto tam Literacki Ogród Alice Munro.

- Ale wcześniej skocz w Clinton na kawę do Bartliff's. Alice często przychodziła tam po chleb i coś zjeść - mówi na pożegnanie bibliotekarka.

Bartliff's to skrzyżowanie baru mlecznego z restauracją i piekarnią. Tak jak podejrzewam, nie znajduję tu żadnych pamiątkowych zdjęć czy choćby tabliczki z informacją o tym, że lubiła tu bywać noblistka. Nie ma "stolika Alice". Gdy głodny zamawiam jajecznicę bez bekonu, kelnerka patrzy na mnie ze zdziwieniem: - Wegetarianin? Z Quebecu czy z Europy?

Przy lurowatej kawie i pozbawionym smaku jedzeniu przyglądam się gościom restauracji. W większości to bardzo eleganccy starsi ludzie. Rozmawiają o dzieciach, które przyjdą do nich na Halloween, o remoncie domu, pogodzie. Najwyraźniej wszyscy się znają. Nikt nie zwraca na mnie uwagi.

W Jubilee nikt się temu nie dziwił; czytanie było tak powszednie jak żucie gumy, nawyk, który się zarzuca, kiedy wymagają tego powaga i uciechy dorosłości

Jadę do Wingham. Droga zajmuje niecałe pół godziny i wiedzie przez równinę, na której horyzoncie widać silosy i zbiorniki na deszczówkę. Pola uprawne ciągną się po horyzont, jest cicho i sennie.

"Witamy w mieście narodzin Alice Munro" - informuje wielka tablica ustawiona przy wjeździe do Wingham. Idealne miejsce na pamiątkowe zdjęcie. Wreszcie jakiś namacalny znak obecności i pamięci o noblistce! Ona sama o Wingham wypowiadała się dość chłodno, podkreślając, że gdy dorastała, najważniejsze były dla niej książki, które poszerzały jej świat. Dzięki nim poznawała życie innych, a "pisarz życie bierze na serio", jak mówiła w jednym z wywiadów. I nie chodziło nawet o to, że dowiadywała się, jak żyją inni, poza Wingham, ale że była dzięki nim w stanie dostrzec "dodatkowy wymiar życia". Ten, który wyczuwają jedynie ludzie kochający książki. - Żyłam w bardzo małym mieście i wokół mnie nie było nikogo, kto by lubił to, co ja. Dlatego pewnego dnia pomyślałam, że muszę zacząć pisać książki - powiedziała kanadyjskiej telewizji w roku, w którym dostała literackiego Nobla.

Parkuję w samym centrum miasteczka, kilka kroków od Literackiego Ogrodu Alice Munro. Spodziewam się pięknie zaprojektowanej przestrzeni, tymczasem miejsce poświęcone pisarce to mały zieleniec przyklejony do budynku lokalnego muzeum. Może późną wiosną, gdy kwitną tulipany, a róże wypuszczają pąki, jest tu ładnie? W pierwszych dniach listopada krzewy przykryte są mokrymi liśćmi, a ogród robi chłodne, bardzo nieprzyjazne wrażenie. W płyty chodnikowe tworzące krótkie ścieżki wmurowano tabliczki upamiętniające przyznanie jej różnych wyróżnień literackich, także Bookera i Nobla. Jest też ławeczka, na której można usiąść, i tablica z krótkim życiorysem pisarki. Całości dopełnia rzeźba małej dziewczynki leżącej na trawie. W rękach trzyma otwartą książkę.

Podchodzę i czytam: "Here comes the Lion. He is tired and sleepy...". Robię zdjęcie i wysyłam do mojego redaktora, który w sieci znajdzie odpowiedź na każde pytanie.

"Wiesz może, skąd to?".

Odpowiedź przychodzi po chwili.

"To skrócona wersja bajki Lew i mysz. Ezop".

Szybciej spodziewałbym się Andersena, którego młoda Alice wielokrotnie czytała i któremu próbowała zmieniać zakończenia bajek. Choćby w Małej syrence, gdyż uznała, że bohaterka "zasłużyła na coś więcej niż śmierć w wodzie".

W internecie można znaleźć podobne rzeźby z tym samym cytatem z Ezopa. W Chicago dziewczynka czytająca o sennym lwie zdobi posesję państwa Bohne, którzy udostępnili zieleniec mieszkańcom, czy w poduralskim Złatouście, w parku poświęconym pisarzowi Pawłowi Bażowowi, laureatowi między innymi Nagrody Leninowskiej. Rosyjski park cały jest zresztą wypełniony kiczowatymi rzeźbami dzieci czytających bajki. Co warte podkreślenia, wszystkie one obcują z angielskim tekstem. Dość szybko trafiam też na informację, że dziewczynkę czytającą Ezopa można kupić w... chińskim serwisie AliExpress za około 1500 dolarów.

Alice Munro upamiętniono w jej rodzinnym mieście rzeźbą oznaczoną w katalogu jako "Life Size Bronze Girl Reading Book Statue Metal Children Garden Sculpture".

Ogród - chyba słusznie - robi wrażenie zapomnianego przez świat miejsca. Dawno już nikt tu nie odgarniał liści, nie przycinał krzewów. Dobrze, że przynajmniej chiński brąz nie koroduje pod wpływem kanadyjskiej słoty.

Inną atrakcją Wingham jest Muzeum Północnego Huron, które - jak się spodziewałem - wciąż jest zamknięte. Od kilku lat trwa walka o zachowanie instytucji, ale remont piętrowego neogotyckiego w duchu budynku okazał się zbyt kosztowny dla miasta - potrzebne prace wyceniono na ponad milion dolarów. Społeczny komitet proponuje przeniesienie muzeum do budynku nieczynnej stacji kolejowej, co będzie operacją znacznie tańszą.

Przez wychodzące na ulicę okno wciąż można oglądać "pokój Alice Munro". Na drewnianym stoliku stoi stara maszyna do pisania, obok krzesło, w tle dostrzegam podniszczony fotel, a na ścianie kilka zdjęć pisarki. Jest jeszcze regał, na którym wyeksponowano napisane przez nią książki. Niewiele tych pamiątek. Kilka lat po Noblu w Wingham utworzono Partnerstwo "Alice Munro dla rynku pracy", w ramach którego przygotowano raport "Wpływ Nagrody Nobla na turystykę". Na sześćdziesięciu czterech stronach przeczytać można obszerną wizję rozwoju międzynarodowej turystyki z wykorzystaniem atrakcji związanych z Alice Munro. "Prowincja Alice Munro. Serce opowieści" - tak brzmiało proponowane przez twórców raportu hasło promocyjne.

Jest 2020 rok, jestem właśnie w sercu opowieści i oglądam chińską rzeźbę oraz zagracony, brudny pokój w zamkniętym muzeum. Najwyraźniej wizje lokalnego biznesu i mieszkańców miasta nie spotkały się ze sobą.

Zaledwie sto metrów od muzeum znajduje się niewielki, parterowy budynek biblioteki witający mnie napisem "Welcome to Alice Munro Public Library".

W środku gwarno, trwa właśnie kiermasz książek wycofanych z katalogu. Młody stażysta pyta, w czym może pomóc.

- Szukam śladów Alice Munro w Wingham - mówię na dzień dobry.

- Alice Munro... Chwileczkę, zawołam koleżankę.

Po kilku minutach w sali pojawia się kobieta w sile wieku i - jak sama o sobie mówi - lokalna działaczka. Beth okazuje się współtwórczynią nieoficjalnego przewodnika po miejscach związanych z noblistką.

- Nieoficjalnego?

- Och, wiesz, nie wszyscy tu lubią Alice - wyjaśnia.

- Jak to?

- Wielu ma jej za złe, że w swoich książkach opisywała Wingham i swoich sąsiadów. W Dziewczętach i kobietach stworzyła niby-fikcyjne miasteczko Jubilee, ale zbieżności jest tyle, że nie ma sensu się oszukiwać, że to przypadek. Gdy przyjechała tu w latach osiemdziesiątych w odwiedziny, ludzie patrzyli na nią niechętnie - mówi Beth. - Ale nie możemy się tym przejmować. Poczekaj, coś ci dam.

Po chwili z dumą wręcza mi złożoną na cztery i zadrukowaną po obu stronach kartkę formatu A2. To odbity na ksero Przewodnik do samodzielnego zwiedzania Wingham śladami miejsc związanych z Alice Munro przygotowany przez Beth i jej znajomych. Powstał w 2000 roku, a zaktualizowano go po raz ostatni osiem lat później.

- To najlepsza mapa pamięci - przekonuje. Palcem wskazuje miejsce, w którym znajduje się biblioteka, i zachęca, bym wybrał się na wycieczkę. - Jeśli miałbyś zobaczyć tylko jedno miejsce, pojedź pod dom, w którym mieszkała od urodzenia do 1949 roku. Tam, gdzie były lisy.

"Droga na Moczary, Jubilee, Hrabstwo Wawanosh, Ontario, Kanada, Ameryka Północna, półkula zachodnia, Ziemia, układ słoneczny, wszechświat" - przypominam sobie opowiadanie Droga na Moczary z tomu Dziewczęta i kobiety. Droga ta "nie była częścią miasteczka, ale też nie była częścią wsi". W Wingham to jeden z najbardziej znanych tekstów Munro - mieszkańcy od lat rozszyfrowują fikcyjne postaci, dopasowując do ich charakterystyki prawdziwych mieszkańców. Same twórczynie przewodnika na wszelki wypadek informują: "Nie mamy zamiaru ani wystarczającej pewności, by sugerować, że Jubilee z twórczości Munro to w rzeczywistości Wingham. Poza kilkoma podobieństwami Jubilee jest fikcyjnym miastem istniejącym wyłącznie w świecie stworzonym przez Alice Munro". Mimo to w przewodniku wskazano kilka podobieństw. I tak budynek, w którym wciąż jeszcze mieści się lokalne muzeum, wcześniej był urzędem pocztowym. To miejsce na mapie przewodnika zestawiono z fragmentem tekstu Munro opisującym budynek pocztowy w Jubilee z "wyłaniającym się z bieli wierzchołkiem ceglanej wieży zegarowej". Okazji do porównań mieszkańcy mieli sporo, gdyż Munro o Jubilee pisała, uwzględniając dziesiątki detali.

"Wracając ze szkoły w zimowe popołudnia, napawałam się atmosferą miasteczka, ulicami o nazwach takich jak: Rzeczna, Kamieniarska, Johna, Wiktorii, Hurona i - ciekawa rzecz - Chartumska, widokiem sukien wieczorowych na wystawie sklepu z odzieżą damską Kralla, zwiewnych i bladych jak krokusy, syciłam uszy pieśnią Nowe imię okrywa się chwałą, a jest ono moje, moje, moje!, którą w piwnicy kościoła baptystów grała i śpiewała orkiestra misyjna. Kanarki w klatkach w sklepie kolonialnym, książki w bibliotece, listy na poczcie i zdjęcia przebranych za pirata i damę". Każdy mógł się tu odnaleźć. Ulice Johna i Wiktorii istnieją w Wingham do dziś, co też odnotowano w nieoficjalnym przewodniku, który ma się z niczym nie kojarzyć, ale jednak po czymś oprowadzać.

Choć ojciec Munro nie hodował lisów, to opis fikcyjnego "domu na Moczarach" łatwo dopasować do ceglanego domu stojącego za miastem. "Synowie Potterów hodowali owce. My mieliśmy dziewięć akrów i hodowaliśmy lisy. Większość ludzi miała jeden czy dwa akry i jakiś żywy inwentarz, zazwyczaj krowę i kury, a czasem coś dziwniejszego, czego nie spotyka się w zwyczajnym gospodarstwie" - pisze Munro w Drodze na Moczary. Przypominam sobie jednak też matkę narratorki opowiadania, dla której było to "ostatnie miejsce na świecie, w którym chciała mieszkać", a gdy przyjeżdżała do miasta, "zostawiając w tyle upalną Drogę, emanowało od niej poczucie ulgi". Mieszkańcom Wingham taka charakterystyka nie mogła przypaść do gustu.

Jednak to nie Jubilee z Dziewcząt i kobiet wywołało największą wściekłość w Wingham. W 1978 roku ukazał się zbiór opowiadań Munro zatytułowany Za kogo ty się uważasz?, w którym pisała o fikcyjnym, biednym robotniczym mieście Hanratty, pokazując przemoc dziejącą się za drzwiami domu "w obecności takich codziennych świadków - linoleum, kalendarza z młynem, rzeczką i jesiennymi drzewami, starych, usłużnych garnków i patelni" (opowiadanie Królewskie lanie).

Ta brutalna wizja małomiasteczkowego życia wstrząsnęła mieszkańcami Wingham, a ich złość najpełniej wyrażona została dwa lata później w artykule podpisanym przez redakcję "Wingham Advance Times". Napisano w nim, że ludzie z Wingham poczuli się "źle potraktowani" przez pisarkę i nigdy nie mieli okazji cieszyć się jej umiejętnościami pisarskimi, za to wielokrotnie byli obiektem jej okrutnej wiwisekcji. Redaktor gazety pokusił się nawet o stwierdzenie, że to "zgorzknienie wypaczyło jej osobowość". Nie pomogła też sama Munro, w jednym z wywiadów nazywając swoich bohaterów "wspólnotą wyrzutków".

W 1982 roku pisarka - sprowokowana zarzutami stawianymi jej przez mieszkańców rodzinnego miasta - napisała esej Co jest prawdziwe? (What is real?), w którym przyznała, że odpowiedź na to pytanie jest "zagmatwana jak zawsze i wiele odpowiedzi jest prawdziwych. Tak i nie. Tak, używam fragmentów tego, co rzeczywiste, w tym sensie, że jest naprawdę tam i naprawdę dzieje się na świecie" i zostaje przekształcone "w coś, co naprawdę istnieje i naprawdę dzieje się w opowieści". Munro przypomniała też, że pisarze często muszą się tłumaczyć czytelnikom, że ich bohaterowie są skomponowani z wielu obserwacji, a fikcyjne wydarzenia są odległe od prawdziwych. "Nie, oczywiście, że to nie jest Wingham" - mówi wprost pisarka. "Pisarz może zaryzykować i spytać rozmówców - co w ogóle jest prawdziwe?". Munro zaznaczała w eseju, że nie interesuje jej "używanie rzeczywistości do tworzenia dokumentacji czy udowadniania czyjegoś punktu widzenia. Nie jestem też związana z żadną metodą selekcji wydarzeń poza swoją własną, której nie umiem w pełni wyjaśnić". Prawo pisarza do fikcji uważa za istotę samego pisarstwa, bez tego - jak przekonywała - proces twórczy traci sens.

Patrząc przez kuchenne okno na zamarznięte jezioro, Rose marzyła, by komuś o tym powiedzieć

Zanim ruszę, Beth ścisza głos. - Tylko gdy dojedziesz na miejsce, może nie wysiadaj z samochodu albo przynajmniej zostaw włączony silnik. Tam mieszkają dziwni ludzie. Nie zdziwiłabym się, gdyby z okna celowali do ciebie z broni i kazali się wynosić.

Jadę, choć z duszą na ramieniu. Beth na osobnej kartce rysuje mi szczegółową mapę dojazdu do farmy, gdzie Munro spędziła pierwsze lata życia.

Gdy za mostem asfaltowa droga przechodzi w szutrową, krajobraz zamienia się w wiejski - rozsiane z rzadka domy, pola, na horyzoncie rysuje się linia lasu. Po kilkunastu minutach docieram do rodzinnego domu noblistki przy West Street. Piętrowy, od dawna nieremontowany budynek z czerwonej cegły rzeczywiście wygląda jak gotowa scenografia horroru. Widoku dopełnia wrak niewielkiego busa wyglądający, jakby ktoś wielokrotnie go podpalał. O tabliczce czy informacji o tym, że Munro spędziła tu pierwsze osiemnaście lat życia, w takich okolicznościach nie może być mowy. Dookoła pole i las. Czuję mrowienie na plecach. I czyjś wzrok na sobie. W samochodzie raz jeszcze przyglądam się przewodnikowi. Czas na inne zaznaczone w nim miejsca "nieoficjalnie" związane z noblistką.

Informacji o Munro nie znajduję na domu, do którego jej rodzina przeprowadziła się z farmy, ani na budynku szkoły. Zresztą ten, w którym mieściła się szkoła Alice, już nie istnieje. Nie ma też już miejsca, w którym się urodziła. Powstały na początku XX wieku budynek Wingham General Hospital został zastąpiony nowoczesną placówką. Klnę z irytacji, choć mam w pamięci jej słowa, że "pamięć to sposób, w jaki opowiadamy sobie nasze historie - i w jaki opowiadamy innym ludziom nieco inną wersję naszych historii". Alice Munro w Wingham opowiadana jest przez nieobecność i chiński w proweniencji ogródek.

Wracam do motelu w Goderich i skracam rezerwację. Następnego dnia czeka mnie podróż do Port Hope, gdzie mieszka córka pisarki, a teraz także - biorąc za dobrą monetę informacje z gazety - noblistka. Zapchaną autostradą mijam Toronto i jego ciągnące się kilometrami przedmieścia. Im dalej od stolicy Ontario, tym biedniejsze wydają się mijane miasteczka, a zjazdy z autostrady pojawiają się rzadziej. Do motelu na obrzeżach miasta docieram późnym popołudniem. Umieram z głodu, zostawiam więc szybko bagaże i ruszam do centrum.

Port Hope różni się od Wingham zabudową, częściej zdarzają się tu dwupiętrowe budynki o dekoracyjnych fasadach, niektóre z nich przypominają wręcz kolonialne kamienice.

Jest niedzielny wieczór, w internecie znajduję informację, że w centrum miasta o tej porze otwarta jest tylko pizzeria. Na fasadzie budynku stojącego naprzeciwko restauracji wyróżnia się szyld Furby House Books. Myślę, że oto w końcu los się do mnie uśmiecha, bo gdzie, jeśli nie w księgarni, mógłbym się dowiedzieć, jak trafić do Jenny Munro. Mam nadzieję, że wszyscy ją tu znają, w końcu sześć lat temu odbierała w imieniu matki wyróżnienie z rąk szwedzkiego króla, co transmitowała kanadyjska telewizja. Szukanie pań Munro metodą od drzwi do drzwi odpada - Port Hope jest miastem pięciokrotnie większym niż Clinton.

W nocy przeglądam raz jeszcze internetowe wydania lokalnych gazet i oczywiście znajduję coś, co wcześniej mi umknęło. Z artykułu Dirka Meissnera i Victorii Aheam z InfoNews.ca dowiaduję się, że kilka dni przed wyjazdem na noblowską uroczystość Jenny Munro "trochę niespokojna, nieco zdenerwowana i przestraszona" wpadła do Furby House Books, miejsca, którym... kierowała w połowie pierwszej dekady XXI wieku. "Jestem w domu" - myślę, nie ukrywając podekscytowania sytuacją.

Christie O'Dell po prostu siedzi przy stole...

Rano nie mogę się doczekać otwarcia Furby. By zachować pozory i nie wyjść na rozemocjonowanego fana, odczekuję pół godziny, zanim wejdę do księgarni. Dwie sale pełne regałów z książkami, do tego stoły z nowościami. Doskonale zaopatrzona księgarnia! Znajduję między innymi angielskie wydanie Biegunów Olgi Tokarczuk, choć jeszcze bez informacji o Nagrodzie Nobla. W tle Céline Dion i Barbra Streisand śpiewają Tell Him.

- O tak, Alice mieszka tu od pewnego czasu w jednym z domów przy King Street - odpowiada Irene na pytanie o to, czy zna Jenny i Alice Munro. Chyba blednę, bo zaczyna przyglądać mi się uważniej.

- To uliczka na wzgórzu za mostem, piękne i ciche miejsce w cieniu starego kościoła. Dokładnego adresu nie znam, ale wiem, że właśnie tam Jenny z mężem kupili dla niej dom. Niekiedy nas odwiedzają. Ostatnio zapytałam, czy jej mama mogłaby złożyć autograf na książce dla córki moich znajomych. Udało się, ale ten podpis był bardzo nierówny - wyjaśnia na moje szczęście rozmowna Irene.

- Skoro Jenny odwiedza was co jakiś czas, może macie numer jej telefonu? - pytam, wyobrażając sobie, jak po zapukaniu do pierwszych drzwi na królewskiej ulicy mieszkańcy wzywają policję, by przegoniła stalkera.

- Mam jej numer i dam ci jeszcze adres mailowy, ale nie sądzę, by zbyt często odpisywała - dodaje Irene.

Z księgarni nie można wychodzić z pustymi rękami. Kupuję więc dwie książki Munro - z nadzieją, że jeśli spotkam noblistkę, poproszę ją o autografy dla przyjaciół.

"Cześć, nie ma nas w domu, zostaw wiadomość", mówi automatyczna sekretarka Jenny Munro. Wybieram numer jeszcze dwukrotnie, w końcu zostawiam wiadomość. Wyjaśniam cel mojej wizyty, proszę o kontakt, podaję numer telefonu i mejla. Korzystając z darmowego wi-fi pobliskiej kawiarni, piszę też na adres mailowy.

By nie tracić czasu, idę na King Street, gdzie ma mieszkać noblistka. Ulica znajduje się na wzgórzu za mostem przerzuconym nad Ganaraską, rzeką dzielącą Port Hope. King Street, cała przykryta kolorowymi liśćmi, wygląda jak dywan przygotowany na wizytę ważnego gościa.

Nad okolicą dominuje piękny neogotycki kościół ze strzelistą wieżą. Tuż obok, na niewielkim cmentarzu, znajduję nagrobek Mynderta Harrisa, pierwszego mieszkańca dzisiejszego Port Hope. Kupiec z holenderskimi korzeniami, który opowiedział się po stronie Brytyjczyków w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, po latach tułaczki przybył tu w czerwcu 1793 roku. O jego życiu i zasługach dla lokalnej społeczności informuje pamiątkowa tablica.

Dzwoniąc kolejny raz do Jenny, przyglądam się przystrojonym na Halloween posesjom. Sporo napracowała się rodzina, która wystawiła przed dom wielkiego, zrobionego z dyń dinozaura podpisanego tabliczką "Primi-Evil Dezigns".

- Czy to prawda, że przy tej ulicy mieszka noblistka Alice Munro? - pytam kobietę prowadzącą wózek.

- Och, nie mam pojęcia. Przyjechałam tu na kilka dni do rodziców z okazji Halloween - odpowiada. - Zaraz będziesz sam mógł ich spytać.

Starsi państwo są zdziwieni.

- Nic o tym nie słyszeliśmy. Ale to bardzo spokojna okolica, nie zaglądamy sobie do okien - przekonuje mężczyzna.

Alice Munro może mieszkać w każdym z kilkudziesięciu domów przy King Street - poza tym jednym.

Jest wczesne popołudnie, wietrznie. Wracam do centrum, nadkładając drogi. Nad jeziorem spotykam kilku wędkarzy, ale ryby tego dnia nie biorą. Ontario przypomina wielkie spienione morze. W domu kultury trwa świąteczny kiermasz i wymiana ubrań. Zainteresowanie niewielkie, a organizatorki zapraszają na kawę i ciastko. Znowu jestem przed księgarnią i idę do Happenstance, przyjaźnie wyglądającej kawiarni.

Zaglądam do skrzynki mailowej. Nic, żadnego śladu. W Polsce już wieczór, dzwonię więc, by pomachać córce na dobranoc. Połączenie się rwie, a ja chodzę między stolikami, przy okazji pokazując w kamerze miejsce, w którym jestem. I zamieram. W ekranie komórki widzę, że przy stoliku tuż obok wejścia siedzi Alice Munro.

Za kogo ty się uważasz?

Port Hope, Wingham, Clinton - Munro po okresie studiów i pierwszym małżeństwie wracała na tereny dobrze sobie znane, do małych kanadyjskich miasteczek, które tak krytycznie opisywała w tomach opowiadań Dziewczęta i kobiety i Za kogo ty się uważasz? Z fikcyjnych Jubilee i Hanratty pochodzą bohaterki opowiadań - Del i Rose, które, by realizować swoje ambicje i uciec od wszechobecnej kontroli, muszą wyjechać z rodzinnych miast. Munro wróciła w okolice Wingham, gdy jej artystyczna kariera była już potwierdzona nagrodami i tysiącami sprzedanych książek. Czyżby jak Rose, która postanowiła "sprzymierzyć się z mieszkańcami miasteczka przeciwko miejscu, skąd pochodziła, pragnęła przyłączyć się do tych jedzących gofry i pijących kawę, powściągliwych i znających się na rzeczy posiadaczy wnęki kuchennej"? Teraz widzę ją w ciemnogranatowym swetrze, czarnych spodniach, szaroszklistych koralach, jak pije kawę, rozmawiając z dużo młodszą kobietą.

Próbuję wytłumaczyć niespełna pięcioletniej dziewczynce, że znalazłem osobę, której tu szukałem. Rozłączam się.

Wracam do swojego stolika i dociera do mnie, że nie przemyślałem, co zrobię w takiej sytuacji. Na Munro nikt nie zwraca uwagi, więc próbuję dyskretnie spoglądać w kierunku jej stolika. W końcu wykorzystuję moment, w którym jej towarzyszka wstaje od stołu, by podejść do baru. Podchodzę do niej i się przedstawiam. Pytam, czy mógłbym zamienić z noblistką choć kilka słów. Nie wydaje się zaskoczona. Uśmiecha się.

- Oczywiście.

Miękną mi nogi. Podchodzę do Alice Munro i mówię, że przyleciałem z Polski, że jestem wielkim fanem i że mało co ucieszyło mnie w ostatnich latach tak bardzo jak wiadomość o tym, że dostała Nobla.

- Dostałam?

Przeszłość nie tyle znika, ile traci znaczenie

W Drogim życiu, ostatnim zbiorze opowiadań, Alice Munro zamieściła cztery teksty, które opatrzyła prologiem o wymownym tytule Finał. Napisała, że mogą sprawiać wrażenie autobiograficznych, a czytelnik tak myślący nie będzie daleki od prawdy. Wspomina w nich o swoich rodzicach, młodzieńczym buncie, tworzeniu wierszy (choć niekoniecznie ich zapisywaniu), przemocy domowej, fascynacjach erotycznych czy przeprowadzce do Vancouver. Zdaniem noblistki po raz pierwszy i ostatni napisała o rzeczach, które wydarzyły się w jej życiu. Jest wobec wszystkich swoich bohaterów lekko złośliwa, ale też łaskawa, bo przecież "ludzi nachodzą myśli, których woleliby nie mieć. Zdarza się". Rozliczająca i wybaczająca. Zgodnie z obietnicą ze wstępu - szczera. Taka sama wydaje się jej córka Jenny. Odebrała mój mail i zaproponowała spotkanie następnego dnia - w tym samym miejscu, w którym poznałem jej matkę.

Nie mieszkają razem. Alice po przyjeździe do Port Hope wprowadziła się na King Street, a Jenny z mężem zostali w innej części miasta. Zaproponowała, żebyśmy poszli odwiedzić noblistkę w jej domu. Po drodze rozmawialiśmy między innymi o polityce. Jenny w niedawnych wyborach parlamentarnych po raz pierwszy zagłosowała na Zielonych. Była zaskoczona tym, że w Polsce nie ma związków partnerskich.

Alice Munro mieszka w ukrytym za zielenią krzewów domu, który nie przyciąga uwagi przechodnia. Choć gustownie urządzony, sprawia wrażenie pustego, niewiele w nim bibelotów, obrazów czy zdjęć. Kilka regałów zajmuje kolekcja wydań książek Munro z całego świata. Przyglądając się kolejnym egzemplarzom, nie dało się nie zauważyć, że polskie okładki - delikatnie mówiąc - odstają od tego, jak wydawane są jej opowiadania w innych krajach. Eleganckie, z delikatnym rysunkiem czy piękną typografią. Jak gdyby pamiętano o tym, jak wygląda pisarka, która w wieku prawie dziewięćdziesięciu lat przykuwa uwagę elegancką fryzurą, dyskretną biżuterią i dystyngowaną, acz nienachalną elegancją.

Zbyt wiele szczęścia. Tytuł jednej z książek noblistki przyszedł mi do głowy, gdy rozmawialiśmy o dzieciństwie Alice i gdy przyznałem, że widziałem jej pierwszy dom w Wingham. Ożywiła się na wspomnienie wielkiego psa, który odprowadzał ją aż pod szkolną furtkę.

Zdjęcie małej Alice i sporego owczarka stoi w domu przy King Street oparte o regał z książkami.

Po chwili nie było już jednak śladu wcześniejszej wesołości. Zapadła smutna cisza.

"Gdy szłam do szkoły, a była to długa droga, wymyślałam historie. Z wiekiem coraz częściej stawałam się ich główną bohaterką" - mówiła w wywiadzie noblowskim.

Nie przeprowadziłem wywiadu z Alice Munro. Zrozumiałem, że całe swoje życie oddała literaturze, w fikcji opowiadając świat na nowo tak, by wyglądał jak prawdziwy.

Ogólnie biorąc, z tego, co już wiedziała, życie to ciąg zaskakujących wydarzeń

W styczniu 2020 roku, kilka miesięcy po sprzedaży domu, w którym Munro odebrała telefon ze Sztokholmu, Sandra Fremlin-Skinner, krewna męża Alice, w "Clinton News Record" opisała historię tego miejsca.

Budynek przy 160 Frederick Street pierwotnie należał do Alberta Fremlina i jego żony Mary Elizabeth. Pobrali się w 1917 roku i wychowali w nim piątkę dzieci. Ich wnuczka wspomina, że olbrzymi ogród dziadków był miejscem szczególnym - to tu cała rodzina spotykała się na tradycyjne niedzielne kolacje, rodzinne uroczystości, razem kosiła trawę i zrywała owoce z drzew. Zgodnie z testamentem Fremlina dom miał przypaść jego synowi Richardowi, a następnie najstarszemu wnukowi i pozostać w rodzinie.

Fremlin-Skinner: "Mimo rodzinnych konfliktów i zmian nasza rodzina boleje nad tym, że Alice sprzedała dom Fremlinów". Wnuczka Alberta i Mary Elizabeth dodaje, że "bez względu na to, kto zamieszka w białym domku na rogu Frederick i Dunlop, dla mnie pozostanie on do końca życia domem i majątkiem Dziadka i Babci". Najwyraźniej nikt jej nie przekazał, że zostanie zburzony.

Verna Steffler, od lat zaprzyjaźniona z Alice Munro organizatorka Alice Munro Festival of Short Story w Wingham, gdy tylko dowiedziała się o sprzedaży domu w Clinton, ruszyła do Port Hope. Poprosiła córkę pisarki, by pamiątki związane z Alice zostały jednak w miejscu jej urodzenia.

Z Port Hope wróciła samochodem po dach wypełnionym rzeczami Alice Munro - biurkiem, krzesłem, starą walizką oraz olbrzymią ilością statuetek i medali. Oraz Noblem.

- Tam jest jeszcze sporo do zabrania - powiedziała Steffler lokalnej prasie. - Gdybym jeszcze raz tam pojechała, to też wróciłabym samochodem wypełnionym po sam dach.

W tej historii jest jeszcze drugie dno. W dniu, w którym Verna Steffler przywiozła noblowski medal, o przyszłym losie muzeum miała decydować rada miejska. I, jak można przeczytać w oficjalnym komunikacie podsumowującym obrady, "zaakceptowała plan pozwalający społecznemu komitetowi przygotować ewaluację potrzeb w celu renowacji dawnej stacji kolejowej w Wingham na potrzeby muzeum".

Czy noblowski medal przywieziony przez Vernę pomoże w stworzeniu Muzeum Alice Munro? Lokalna prasa w to wierzy, jak i w to, że w jego budowę zaangażuje się Alice Munro lub jej rodzina.

Verna Steffler jest emerytowaną pielęgniarką. Ma osiemdziesiąt jeden lat. To ona stoi za Ogrodem Literackim Alice Munro i aktualnie zamkniętym na kłódkę pokojem Alice w lokalnym muzeum. W 2002 roku, podczas otwarcia ogrodu, na które przyjechała Munro, zamknięto Josephine Street. Autorka poprosiła policję o dodatkową ochronę. - Była nieufna wobec kilku osób, które przyszły na otwarcie. Byłam blisko niej na wypadek, gdyby ktoś chciał ją zaatakować i uderzyć. Na szczęście nic się nie wydarzyło. Był to dzień radości i być może pojednania - mówiła Steffler kanadyjskiemu dziennikowi "The Star".

W październiku 2013 roku Alice Munro została sto dziesiątą laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Jest trzynastą pisarką wyróżnioną przez szwedzkich akademików i akademiczki. Większość jej książek została przełożona na język polski.

Na pożegnanie prosiła, by pozdrowić wszystkich, którym w Polsce jej opowiadania "przypadły do gustu".

 

2020

Współpraca Wojciech Szot

 
 
WIESŁAW MYŚLIWSKI
(...) to nie literatura jest w życiu najważniejsza, ale miłość
 
 

Absolwent filologii polskiej na KUL, wieloletni redaktor w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej i kwartalniku "Regiony". Autor siedmiu powieści i kilku dramatów, dwukrotny laureat Nagrody Literackiej "Nike". Uważany za najwybitniejszego współczesnego polskiego prozaika.

 
 
Śmierci mam się bać?

Pyta pan, jak gdyby to była kwestia naszej woli. Każdy odczuwa lęk przed śmiercią. Myślę, że nawet samobójcy. Ten lęk, jak i wszystkie inne, jest całkowicie poza naszą kontrolą, podobnie jak wyobraźnia, uczucia czy wrażliwość. Lęk jest wpisany w istnienie. Gdybyśmy mogli przy użyciu wolnej woli kierować emocjami, to nie wiem, czy w ogóle bylibyśmy ludźmi.

A kim byśmy byli?

Stworzeniami. Ale przecież i zwierzęta odczuwają lęk. Może i rośliny? Nie wiemy tego na pewno, ale wykluczyć tego nie można.

Przychodzi jednak taki moment w życiu, o czym pisze pan w Uchu Igielnym, gdy przestajemy bezwarunkowo zachłystywać się życiem, pojawia się myśl o tym, jak długo to jeszcze potrwa.

Ale czy wcześniej nie odczuwamy lęków? Lęk odczuwamy od urodzenia. Nie da się go zdefiniować jednoznacznie, różne są jego stopnie nasilenia. Lęk jest owocem instynktu, ale z drugiej strony można powiedzieć, że jest energią. Każe nam coś robić, każe szukać inspiracji, każe do czegoś dążyć. A to dążenie jest remedium na lęk.

Zupełnie nie pamiętam, czego się bałem jako młody człowiek.

Bo też nie musi pan. Ale na pewno bał się pan klasówek i tego, że nauczyciel pana odpyta wtedy, gdy się pan czegoś wystarczająco nie nauczył. Lęk przecież jest nierozłącznie powiązany z codziennością. Nie pojawia się jedynie w momentach eschatologicznych, skoro już mnie pan zapytał, czy śmierci należy się bać. On występuje na poziomie naszych zwykłych, pospolitych zachowań. Drąży nas każdego dnia.

Czy wyobraża pan sobie człowieka pozbawionego lęku? Nie ma takich. Lęk jest rodzajem cierpienia, ale również źródłem naszych marzeń, naszych czynów i dążeń.

Kiedy zdał pan sobie sprawę z jego obecności?

Nie notowałem w pamięci chwil, w których zaczął mnie nachodzić. Ale gdy próbuję teraz przeniknąć swoje życie, muszę wyznać, że w zasadzie zawsze go odczuwałem. To się nieodłącznie wiąże z historią, w której żyłem, z czterema epokami, które nie oszczędzały mi trosk i nieszczęść. Całe moje życie to niepewność.

Pisze pan w Uchu Igielnym: "Świat jest niepewny, zawsze był, a ludzie i tak się rodzili".

No bo dlaczego rodzimy kolejne pokolenia? W dużej mierze przeciwko własnym lękom. Z jakąś podskórną nadzieją, że nasze dzieci, nasi wnukowie przedłużą nasze życie. Co jest przecież złudzeniem. Nikt nie przedłuża niczyjego życia. Nic jednak nie poradzimy na to, że takie kołaczą w nas nie do końca uświadomione nadzieje.

A poza tym sprawa podstawowa: my jesteśmy przede wszystkim powołani do reprodukcji. To reprodukcja jest w gruncie rzeczy naszą wewnętrzną przyrodą. I żeby nie wiem co miało spotkać te pokolenia, które rodzimy, to nie zahamujemy naszego popędu do sprowadzania ich na świat.

Wie pan, ja nigdy nie wierzyłem komuś, kto mówił, że nie chce mieć dzieci...

W to, że to może być świadomy wybór?

Nie wierzę w to. Jeśli nie chciał mieć dzieci, to znaczy, że były jakieś przyczyny poza jego wolą, nie wynikało to z postanowienia. Bo ono byłoby wbrew naszej naturze.

Oczywiście, mogą być różne przypadki, nierzadko wynikające z orientacji seksualnej, zdrowia. Ale nie zmienia to faktu, że właśnie reprodukcja jest racją naszego istnienia, determinantą, która w dużym stopniu je uzasadnia.

Wiele osób może pan tymi sformułowaniami odrzeć z wiary, że są jedyne, niepowtarzalne, że mają całkowity wpływ na własne życie. Że każdy wybór należy do nich.

Każdemu się tak wydaje i ma prawo do takiego osądu. Powtarzam to zawsze, gdy wyjaśniam, co rozumiem przez los. Żaden człowiek nie uzna, że był kimś przypadkowym, każdy z nas dostrzeże w swoim życiu rację i sens własnego istnienia. I to jest właśnie los: wytwór naszej wyobraźni, a nie efekt działania jakichś sił wyższych.

Dostrzeże? Kiedy? W Uchu Igielnym czytam, że to, po co żyliśmy i jaki był nasz los, powie nam dopiero śmierć.

Bo wtedy dopiero ze wszystkiego zdajemy sobie sprawę. Gdy w tej ostatniej chwili nasze życie jest już w zasadzie poza nami. To doświadczenie szczególne, którego ani ja, ani tym bardziej pan jeszcze nie przeżyliśmy.

Jest pan go ciekawy?

Jestem. Od dłuższego czasu dręczy mnie pytanie, jak będę umierał.

W jakim sensie dręczy?

O czymkolwiek bym myślał, to pytanie do mnie przychodzi. Ciągle jest we mnie obecne.

Do mnie już teraz nieraz przychodzi.

Niech pan nie żartuje, jest pan za młody.

Można spokojnie żyć, kiedy to człowieka tak dręczy?

Wyobraża pan sobie życie bez udręk? Musiałby pan przestać myśleć i odczuwać. Człowiek młody wierzy, że ma przed sobą przyszłość. Kolejne czterdzieści lat przynajmniej. Gdzie tu miejsce na zmartwienia? Nie wykluczam, że może pan już mieć takie myśli, ale generalnie przyjmuje się, że to narasta z wiekiem.

I staje się nie do zniesienia?

Nie ma dookoła nas niczego, co byłoby łatwe do zniesienia. Wszystko jest trudne, ale i tak się to znosi. Co niby miałoby być łatwe, wie pan może?

Deszcz za oknem?

To zależy, czy deszcz się lubi, czy nie. On też może być trudny do zniesienia. Mieliśmy w tym roku przez wiele tygodni piękną pogodę i trudne to było do zniesienia. Przyszedł chłód i on też jest trudny do zniesienia.

Odarł mnie pan przed chwilą z wiary w to, że moje życie może być w jakimkolwiek stopniu wyjątkowe.

Ale przecież to dobrze, że pan ciągle tę wiarę w sobie ma! Bo właśnie w ten sposób konstruuje pan własny los, jego obraz. I to jest, powiem panu, naszą jedyną pociechą.

Gdy myślę o swoim życiu, dochodzę do wniosku, że miało sens. I to nawet nie dlatego, że napisałem książki, które spotkały się z życzliwym odbiorem. Ponieważ ja w gruncie rzeczy uważam, że to nie literatura jest w życiu najważniejsza, ale miłość. Mnie pod tym względem spotkało wyjątkowe szczęście.

Z moją żoną poznaliśmy się, kiedy miała szesnaście lat, ja siedemnaście. I od tamtego czasu jest nam dobrze z sobą. Nie kłóciliśmy się nigdy prawie, czasami jedynie poobrażaliśmy się na siebie. Na pół dnia. I tak od 1949 roku. To jak mógłbym powiedzieć, że moje życie nie miało sensu?

Zwłaszcza że wyszedłem z bardzo nieszczęśliwej rodziny, ojciec mi umarł, gdy miałem trzynaście lat, i natychmiast musiałem stać się mężczyzną. Matka nie miała wykształcenia, nie mieliśmy z początku z czego żyć. Ponuro widziałem swoją przyszłość, zdawało mi się, że nie mam szans na cokolwiek. Aż tu nagle miłość. I odżyło we mnie jakby źródło energii, wyzwalając siłę woli, ambicję, marzenia.

Dlaczego to ona jest najważniejsza? A nie przyjaźń na przykład.

Przyjaźń to jest pośredni szczebel ku miłości. Poza miłością nie ma nic, tylko śmierć. Miłość jest najwyższym stanem mądrości, na jaki stać człowieka. Ona z istoty swojej jest mądrością.

I zapewne słowem zbyt często odmienianym przez wszystkie przypadki?

Oczywiście. Za często się o miłości mówi i próbuje ją pokazywać innym.

Przez wiele lat jeździłem do Buska, mieszkałem w sanatorium Marconi, to pałac w pięknym parku. Pary nowożeńców zjeżdżały się tam, by robić pamiątkowe zdjęcia. Cóż tam się działo. On ją brał na ręce, nosił, wchodzili, wychodzili. I zawsze mnie zastanawiało, jak długo to będzie trwało. Powiedziałbym - nie wierzyłem. Nie wierzyłem tym biało-czarnym parom, które tak usilnie demonstrowały swoje uczucia. Prawdziwej miłości się nie demonstruje.

Wie pan, że my z żoną nie mamy ślubnego zdjęcia? Z premedytacją sobie nie zrobiliśmy. Mogliśmy przecież pójść do fotografa albo go sprowadzić. Ale gdy się w młodości napatrzyłem na te wszystkie portrety ślubne w domach, gdzie się kłócili, darli, bili, patrzyłem na te nieszczęśliwe pary, to odczuwałem jakiś rodzaj niewiary. Nie miałem zaufania do takiej demonstracyjności. Zdjęcie było nam niepotrzebne.

Miłość jest w gruncie rzeczy tajemnicą.

A jest wyrzeczeniem?

Wyrzeczeniem czego? Jest próbą scalenia się, a nie wyrzeczeniem.

Pokus, które na człowieka napadają, gdy staje się coraz starszy i chce udowodnić sobie i innym, że jeszcze może się podobać, że jeszcze niejedno potrafi...

Takie rzeczy w ogóle nie wchodzą w grę. To może sprawiać komuś przyjemność, że się innemu podoba, ale to jedynie gra towarzyska, nic więcej. Myśmy z żoną nigdy nie byli o siebie zazdrośni.

Nie być zazdrosnym to być pewnym siebie i tej drugiej osoby.

Jak można w ogóle myśleć o miłości, gdy nie jest się pewnym siebie i tej drugiej osoby? Przecież miłość wymaga nieprawdopodobnej wzajemnej ufności.

No ale co ja będę pana uczył miłości? Tego nie da się nikomu polecić, nikogo się do miłości nie namówi, nikomu się wzorem służyć nie da.

Miłość też może się nie spełnić, ona po prostu może nie zaistnieć, i to jest przypadek bohatera Ucha Igielnego. Ale jest w człowieku coś takiego, co każe mu wierzyć, że marzenie się ziści. I on będzie czekał na tę miłość wbrew rozsądkowi i nadziei.

Znam wiele osób, które przekonują, że przyjaźń jest od miłości ważniejsza.

Nie jest. Ale o prawdziwą przyjaźń równie trudno. Czy pan wie, ile ja przeżyłem w przyjaźni zawodów?

Dlatego, że więcej się pan spodziewał czy po prostu nie był pan w stanie tej przyjaźni unieść?

Różne były powody, często trywialne. Nagle zdarzało się coś, co wszystko psuło. Sam prawdopodobnie nie byłem bez winy, może nie do końca potrafiłem drugiego człowieka zrozumieć.

Czy my w ogóle jesteśmy w stanie zrozumieć drugiego?

Trzeba by sobie zadać pytanie, co to znaczy zrozumieć. Wkraczamy tu od razu w domenę poznania. Czy jesteśmy w ogóle w stanie poznać się na tyle, byśmy mogli w pełni komuś drugiemu zaufać? Zaufanie, niestety, często wyprzedza nasze poznanie. A poznanie, często przypadkowe, niewielkiej i dotychczas ukrytej cząstki kogoś, gestu, słowa, ruchu, potrafi załamać przyjaźń. Czyli teoretycznie powinniśmy najpierw przejrzeć kogoś do dna, co nie jest w żadnym stopniu możliwe, a dopiero później zdobyć się na przyjaźń. W praktyce popadamy w przyjaźń zbyt szybko i zbyt często, a później przychodzą niesnaski i różnice zdań.

Czyli przyjaźń jest przede wszystkim oczekiwaniem?

Tak. A te oczekiwania często się później nie potwierdzają. Jedno zdarzenie potrafi zniszczyć przyjaźń.

Może dlatego, że ludzie najczęściej są jednak egoistami i ostatecznie zwykle postawią na siebie.

Na tym to wszystko polega. Poznanie jest w gruncie rzeczy subiektywne.

Filtrujemy drugiego człowieka przez własne ego i oceniamy, czy nam pasuje...

W każdej przyjaźni istnieje chęć zawłaszczenia. Często nie zdajemy sobie sprawy, że ten ktoś nie chce być zawłaszczony albo że to on chce nas zawłaszczyć. Otóż tym się właśnie różni przyjaźń od miłości. Prawdziwa miłość nie jest próbą wzięcia kogoś w posiadanie.

W miłości nie oczekujemy, że ktoś będzie grał na naszych zasadach. Wzajemnie się sobie oddajemy. Największą przyjemność sprawia nam to, że rezygnujemy z siebie.

Wspomniał pan o naiwnej wierze w to, że kolejne pokolenia przedłużą nasze życie, że nie przepadniemy na zawsze. Tę myśl znajdujemy w Uchu Igielnym, w rozmowach starego bohatera z młodym, który dowiaduje się, że będzie odtwarzał i przeżywał jego doświadczenia. Porwał się pan w tej powieści na odważny eksperyment literacki. Od dawna nosił się pan z tym pomysłem?

To bardzo przedziwna sprawa. Ostatnie rozdanie miało być moją ostatnią powieścią. Po jej wydaniu żona powiedziała: "Skończ już z tym, to cię za dużo kosztuje".

Mówiąc prawdę, gdy piszę, nie ma ze mną wtedy życia. Wstajemy rano, wypijamy kawę, idę na "górkę", czyli na piętro, by pisać. Schodzę na dół, gdy żona krzyczy do mnie, że obiad gotowy. Monotonia, nic ciekawego, jakby się komuś mogło zdawać.

Żadnego błysku, fajerwerków?

Nic z tych rzeczy. Dlatego ja się w ogóle nie zdziwiłem, gdy żona zasugerowała, żebym już przestał pisać. Aż tu nagle, całkowicie wbrew jej woli, pojawił się pomysł na nową powieść.

W roku 2013, gdy wydałem Ostatnie rozdanie, skończyłem 81 lat. Pewnego dnia, budząc się, ale jeszcze na pograniczu snu i jawy, przypomniała mi się sytuacja z młodości. Dałem sobie mianowicie powróżyć Cygance, to było w czasach liceum w Sandomierzu. Przepowiedziała mi, że będę żył osiemdziesiąt jeden lat. W ogóle mnie to nie obeszło, bo starość zdawała mi się wtedy leżeć gdzieś na końcu świata.

Otworzyłem oczy i pomyślałem: "A ja wciąż żyję".

Pomyliła się.

Przeważnie wróżbici się mylą. Ale mimo pomyłek ich przepowiednie zapadają w człowieka.

To był zaczyn tej nowej powieści. Wiem, że może pan to uznać za mistyfikację, pierwszemu to panu mówię, ale to szczera prawda.

Zaczęło mnie to gnieść i dręczyć. Nie mogłem uciec od myśli, jak tę książkę skonstruować, męczyłem się bardzo. Aż wreszcie zrozumiałem, że muszę mieć jednego bohatera w dwóch osobach.

Albo jednego człowieka, w którym jest więcej niż jedna osoba.

Z tym miałem najwięcej trudności, bo pomysł prowokacyjny nieomalże, ale jak to napisać? Zaraz pojawiła się w mojej głowie kolejna myśl, że muszę wyznaczyć im jakiś wspólny punkt. Bo w moim przekonaniu w każdym człowieku istnieje punkt, do którego odnosi on wszystko, co mu się w życiu przytrafiło. I w przypadku tego bohatera - czy też obu jego części - tym punktem uczyniłem Ucho Igielne, średniowieczną furtę dominikańską w murach obronnych Sandomierza.

I następna myśl, że oni żyją obaj w tym samym czasie. Też karkołomne, przyzna pan. Ten jeszcze jest, a ten już jest. Obaj przeżywają te same zdarzenia.

Bo przecież piszę w książce, że nikt nie zaczyna życia od siebie. Wchodząc w świat, żyjemy w życiu rodziców, a ich życie później żyje w nas. Do końca w nas żyje, choć rodziców dawno nie ma, ale w nas wciąż są. A potem jesteśmy w życiu naszych dzieci...

Jestem już o tyle lat starszy od swojego ojca! Umarł, gdy miał czterdzieści osiem lat, a ja byłem trzynastolatkiem ledwie. Dlatego teraz staram się go odgadnąć. Ale wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą. Bo niby jak mogłem go poznać? Nie mogłem, dlatego teraz stale o nim myślę. Kim był, jaki był, jakie miał przeżycia? Tak się wiążą nasze życia w jeden ciąg. Pan spowiada mnie z tej książki...

A pan już wie, do jakiego punktu w pańskim życiu wszystko, co panu się przytrafiło, się odnosi?

Wiem. I powiedzmy, że tym punktem jest Ucho Igielne. Bo ja się nachodziłem w górę i w dół po prowadzących do niego schodach. Żeby dojść do mojej żony, musiałem zejść i dostać się na wzgórze leżące naprzeciwko tego, na którym znajduje się stare miasto. Jej dom stał na szczycie, dookoła rósł sad.

Od początku wiedział pan, że Ucho Igielne będzie opowieścią o wzajemnym przenikaniu się młodości i starości?

Właściwie o zamachu młodości na starość. O wzajemnym przeglądaniu się młodości i starości w sobie, na przemian.

Jak rozumieć słowo "zamach"?

W pierwszym rozdziale książki odbywa się przesłuchanie. Prowadzący je milicjant podejrzewa o coś młodego. Nieomal stawia go w roli oskarżonego. A o co pana zdaniem? Co chce mu dowieść?

No ale umówmy się, że nie będę panu streszczał ani tłumaczył mojej powieści, pan powinien o niej więcej ode mnie wiedzieć...

Dlaczego młodość tak bardzo się przed starością broni?

Młodość jest wobec starości zaborcza, chciałaby ją strącić w niebyt. Czegóż to ludzie nie wyrabiają, żeby tę młodość zachować?

To jest jedynie próba oszukania czasu i własnego ciała.

Wszystko z lęku przed śmiercią. Bo starość stała się synonimem śmierci.

Nie dla każdego. Dla mnie to piękno i mądrość.

Ależ pan ma wspaniałomyślny stosunek do starości! Taki niedzisiejszy, rzekłbym.

W starożytnej Grecji i później, choćby w średniowieczu, starców szanowano, byli potrzebni. Ich mądrością była pamięć. W zasadzie o wszystkim rozstrzygali. Ale to się zmieniło, starość zaczęła tracić na znaczeniu wraz z rozwojem technologii, aż w końcu stała się zbędna. Dziś są już z nią same problemy. Starość to alzheimer i potrzeba opieki, żadna mądrość.

W dawnych czasach starców uważano za mędrców ze względu na ich doświadczenie i pamięć. Znajomość pisma była rzadkością, więc to pamięć była źródłem werdyktów.

Pamięć, czyli co?

Czym jest pamięć, pyta pan? Pamięć jest narzędziem kreacji. Wcale nie służy do zapamiętywania, to nieprawda. Ona ze swej istoty jest twórcza. To, jak funkcjonuje ludzka pamięć, może pan łatwo sprawdzić w końcowym rozdziale Ucha Igielnego. Spotyka się tam trzech dawnych kolegów z bursy...

I każdy wspólną ich przeszłość zapamiętał inaczej. Właściwie dlaczego?

Kreacja jest nam potrzebna, kreujemy się przez całe życie, rozmawialiśmy już przecież o konstruowaniu własnego losu. Poza tym pamięć, jakakolwiek ona jest, jest naszą pocieszycielką. Ludzie opowiadają, jak chcieliby, żeby ich życie wyglądało, a nie jak ono wyglądało naprawdę.

Ale przecież w końcu przychodzi chwila ostateczna, moment tuż przed śmiercią, kiedy zdajemy sobie sprawę, jak było naprawdę.

A skąd?! Człowiek może trwale uwierzyć w swoją autokreację. Uprawiając ją z głęboką wiarą w to, co mówi.

Gdy używa pan słowa "prawda", od razu stawia pan kolejne ważne pytanie. Co to w ogóle jest? O tym też piszę w Uchu Igielnym.

Pisze pan o prawdzie uznaniowej.

Jest premia uznaniowa, to może być i uznaniowa prawda przecież. Na pewno słyszał pan o człowieku, który niewinny spędził osiemnaście lat w więzieniu. A ile było takich przypadków choćby w Stanach Zjednoczonych? Ile osób poszło na krzesło elektryczne?

Pamięć może nas też zabić. Gdyby chciała wszystko pamiętać.

W jakim sensie zabić?

Zna pan książkę Stefana Dąmbskiego, który w czasie wojny jako siedemnastolatek był egzekutorem? Po zakończeniu wojny uciekł do Stanów Zjednoczonych i tam spisał swoje doświadczenia. A potem popełnił samobójstwo...

Straszna to opowieść o tym, jak wykonywał wyroki i jakie towarzyszyło temu napięcie.

Nie był w stanie znieść własnych wspomnień?

Prawdopodobnie. Dlatego raz jeszcze panu powiem: pamięć jako kreator może nam pod koniec życia znacznie polepszyć samopoczucie.

Bezwzględne jest to, co pan mówi.

Cóż ja mogę na to poradzić? Coś jeszcze panu opowiem. W latach osiemdziesiątych bywałem w Sandomierzu u państwa Targowskich, w domu pracy twórczej, który nazywa się Górka Literacka. Pewnej nocy nie mogłem zasnąć i sięgnąłem po stojący na półce nad łóżkiem pamiętnik z czasów okupacji napisany przez zupełnie nieznanego mi człowieka. Był członkiem lokalnego oddziału Armii Krajowej, spisał swoje wojenne przeżycia, ale zrobił coś jeszcze. Włączył do tej książki polemikę z jego wspomnieniami. Inny żołnierz, z tego samego oddziału, na trzydziestu stronach prostował podane przez niego informacje. Że nie z tego rogu strzelali, ale z innego, że nie wtedy, ale innego dnia coś się wydarzyło. Byłem zdumiony. To, jak ci moi seniorzy z Ucha Igielnego, którzy siedzą przy wspólnym stoliku, wspominają licealne czasy, a każdy pamięta je inaczej.

To może lepiej nie pamiętać, niż zmyślać własne życie?

A jak inaczej byśmy się pocieszali? Jak inaczej nadawalibyśmy sobie sens?

Pocieszamy się, bo się boimy. Gdy się martwimy, też. Tak jest skonstruowana nasza aparatura.

Pisze pan także o samotności i o lęku przed samotnym życiem. I że to nie to samo.

Zbyt dużą, mówiąc prawdę, pokłada pan we mnie nadzieję. Myśli pan, że moja wiedza jest większa od tego, co napisałem? Ta książka jest całą wiedzą, na jaką mnie stać. Mógłbym spróbować wyjaśnić panu to rozróżnienie, ale nie wiem, czy nie byłaby to mistyfikacja. W ogóle wszystkie moje wyjaśnienia odnoszące się do moich powieści mogą być mistyfikacjami. Ilekroć mam spotkanie autorskie, zawsze się po jego zakończeniu zastanawiam, czy to, co powiedziałem, nie było mistyfikacją. Czy ja w ogóle potrafię powiedzieć prawdę o swojej książce? Przecież autor nie może sobie ufać. On się jedynie dzieli z czytelnikiem własnymi wątpliwościami.

Ucho Igielne jest pełne pytań odnoszących się do mnie, mnóstwo jest tam moich wątpliwości. A z wątpliwości ciężko się spowiadać.

W Uchu Igielnym czytam, że słowa tracą na znaczeniu, że ludzie przywiązują do nich coraz mniejszą wagę.

Jesteśmy dziś ludźmi pisma. W chłopskiej kulturze mowy wyglądało to zupełnie inaczej. Tam wszystkie zobowiązania brały się ze słów, z tego, co zostało powiedziane. Nie dało się już raz wypowiedzianych rzeczy cofnąć. Dzisiaj wszystko mamy na papierze albo na ekranie. A jednak pismo nie zastąpiło mowy, nie mogło tego zrobić. Ono jest czymś sztucznym i wtórnym. Ujawniło za to drzemiącą w człowieku potrzebę mowy. Bardzo sprzyja temu rozwój środków technicznych. Dziś ludzie bez przerwy gadają.

Niech pan zobaczy, co się stało z komórką, którą ja zresztą uważam za bardzo szczęśliwy wynalazek. Ona daje poczucie bezpieczeństwa, choćby wtedy, gdy jedzie pan samochodem i nagle ma awarię. Dwadzieścia lat temu mógł pan jedynie liczyć na pomoc innych, że widząc pański problem, dojadą gdzieś i zatelefonują.

Ale ta sama komórka wyzwoliła w ludziach straszliwe gadulstwo. Wchodzi pan do metra, a tam wszyscy z telefonami w rękach, esemesują albo rozmawiają. Na ulicy to samo. Matka prowadzi wózek z dzieckiem, w drugiej ręce komórka. Człowiek mimo woli słyszy, co mówi, a są to banały jakieś, oczywistości, jak spałeś, co słychać. Nastąpiła eksplozja gadulstwa od czasu, gdy wynaleziono telefon, to się tylko pogłębia. Bo człowiek jest istotą opowiadającą, nie słuchającą. Stąd taka popularność różnych form pisarskich, tych wszystkich wywiadów rzek.

Pan się przed tym broni.

Oczywiście. Ktoś mnie przekonuje, że to byłoby ciekawe. Nie, nie byłoby.

Nie lubi pan o swoim życiu opowiadać.

To, co miałem do powiedzenia, napisałem.

Wrócimy jeszcze do czasów, gdy słowa były ważne?

Ależ one są ważne. To, o czym panu opowiadam, nie zmniejszyło ich wagi. Tylko że słowa mają swoją hierarchię, słowa często chorują. Dotykają je zarazy, które niekiedy przeradzają się w epidemie. Hejt, który się rozlał w internecie i nie tylko, to przecież jest choroba słów. Jednym z podstawowych lekarstw na to może być literatura, ponieważ tworzy świat ze słów.

Każda pańska książka to dowód na to, że język polski żyje. Broni go pan przed upadkiem.

Ja nie piszę pięknym językiem. Piękny język kojarzy się z wytwornością i wykwintnością. Ja staram się pisać polskim bardzo rzeczowym, bardzo odpowiedzialnym. Ale jeśli chce pan mówić o pięknie naszego języka, to dam panu przykład.

W Stanach Zjednoczonych moje książki tłumaczy Bill Johnston, Anglik, który zamieszkał po drugiej stronie oceanu. Gdy po raz pierwszy przyszedł do mojego domu, byłem oczarowany jego polszczyzną. Nie poznałby pan, że to obcokrajowiec. Spytałem go, gdzie się tak wspaniale języka polskiego nauczył. Odpowiedział, że jako młody człowiek przyjechał do Krakowa na zjazd esperantystów. Nie znał ani słowa po polsku, ale zachwyciło go brzmienie naszej mowy, więc postanowił sam się jej nauczyć. Doszedł do wniosku, że polszczyzna to najpiękniejszy język na świecie. Powiedziałem, żeby nie żartował, na co odpowiedział, że żaden język nie ma takiego spektrum dźwięków jak polski. Zacząłem się, powiem panu, nad tym zastanawiać. I rzeczywiście - od "cielęciny" do "chrząszcz brzmi w trzcinie". Jakaż to ogromna skala!

Co to znaczy, że pan pisze polskim odpowiedzialnym?

Ważę każde słowo, co często wiele mnie kosztuje. Piszę i coś mi się samo narzuca, a ja zaczynam się zastanawiać, czy to aby wystarczająco pojemne słowo.

Tym, co mnie w naszym języku zachwyca, jest wieloznaczność, która się w słowach kryje, ich pojemność. Zawsze staram się unikać zdania jedynie informacyjnego. Bo wtedy nie jest ono zdaniem sztuki.

Ważny jest też dla mnie rytm zdania. Polski jest językiem ruchomym, często sobie nie zdajemy sprawy z tego, że przestawienie wyrazów zmienia rytm, partykuła "się" tu czy w innym miejscu zmienia rytm. Potrafię się nad tym zastanawiać godzinami.

Męką jest to pańskie pisanie...

Nigdy nie mówiłem inaczej.

Przez pół godziny potrafi pan szukać następnego słowa.

A czasem i dłużej. O jeszcze jednej ważnej wartości języka polskiego tu nie powiedzieliśmy. W sposób prosty można w nim wyrazić najbardziej nawet filozoficzne treści. I gdyby mnie pan zapytał, co jest w moim pisaniu naprawdę najtrudniejsze, to właśnie szukanie tej prostoty. Było to dla mnie jednym z najważniejszych odkryć, że skomplikowane nieraz sensy można u nas powiedzieć w sposób prosty, klarowny.

Polski, wbrew temu, co mówią niektórzy, nie jest w żadnej mierze językiem ubogim. Posądzają nas, że podobno nie umiemy pisać o erotyce, że w porównaniu z Francuzami przez wieki całe byliśmy zakneblowani. Otóż nie, wszystko można w języku polskim wyrazić, nawet akt seksualny. Drażni mnie to narzekanie, że dopiero wchodząc w kulturę zachodnią, nauczyliśmy się mówić o erotyce, seksualizmie, wielu sprawach.

Ten język o wszystkim potrafił mówić od dawna. Proszę przeczytać uważnie największego współczesnego poetę polskiego, Jana Kochanowskiego. Tak, współczesnego. Jedną sprawą była jego niesamowita mądrość, człowiek i dziś się zdumiewa, że wieki temu żył ktoś tak mądry, że bliski nam. A drugą sprawą jest to, że Jan Kochanowski, który wyprowadził przecież polszczyznę z ciemności, był tak bardzo osłuchany w mowie ludu, że potrafił przenieść ją do literatury, jej całe bogactwo. Związane z erotyką i seksualnością także.

Język polski jest piękny swą prostotą i nieograniczonymi możliwościami. Gdyby ktoś mnie zapytał, czym jest dla mnie Polska, odpowiedziałbym, że językiem i bogactwem ludzkich losów.

To jest patriotyczne podejście?

Niech sam pan z tego wyciągnie wnioski. Nie lubię słowa patriotyzm, jest już nieprawdopodobnie zużyte. To jest najbardziej chore słowo w polszczyźnie.

Bohater Ucha Igielnego, oni obaj, jest historykiem. Uderza zdanie: "Historia jest odpowiedzialna za stan umysłów, przekonań i zaangażowania. Nie można bowiem niczego zbudować, nie zmieniając historii". Te słowa niedługo po zakończeniu II wojny światowej wypowiada partyjny dygnitarz, brzmią jednak aż zanadto współcześnie.

Na przepisywaniu historii, na pisaniu jej na nowo zawsze ktoś zyskuje. Zawsze przyświeca temu jakiś cel. I zawsze jest nim walka o władzę. To lejtmotyw historii świata. Zna pan okres, w którym nie walczono by o władzę? Wojny ciągle trwają, u nas czy daleko, ale są. A przy dzisiejszych systemach komunikacyjnych można powiedzieć, że w zasadzie są wszędzie. Nie przejmuje pana to, co się dzieje w Iraku czy w Syrii? Jest pan się w stanie od tego odciąć, oderwać?

Gdy się przed wiekami żyło w zamkniętych enklawach, gdy jedynym dostarczycielem informacji ze świata był komiwojażer typu polskiego, czyli: "nici, nafta, sabadyla na wszy", to zapewne inaczej się patrzyło na historię, na bieżące wydarzenia. Ale dziś?

Spytał pan o to pisanie historii na nowo. No, przecież my żyjemy na ruchomych piaskach, to jakiej stałości pan chce wymagać? W marzeniach można sobie wymyślać świat, który jest stabilny i w którym nikt nie wywraca historii do góry nogami. Chciałby pan świata raz na zawsze ustanowionego?

Chciałbym świata bezpiecznego, w którym ludzie darzą się choć odrobiną szacunku.

Bezpieczny świat. Czy to jest możliwe? Czy to nie jest jedno z naszych marzeń?

Powiem panu, że ja też się jeszcze marzeń nie wyzbyłem, nie jestem taki suchy wewnętrznie. Ale nie mogę kwestionować doświadczeń, skoro żyłem w tych czterech, zwykle dość mało przyjaznych systemach.

I jakie są te pańskie marzenia?

Takie jak pańskie. Żeby świat był bezpieczny, żeby zapanowała wzajemna życzliwość, wzajemne zaufanie.

Pisze pan dziennik?

Broń mnie Boże. Nie piszę i nie lubię. Każdy dziennik budzi we mnie podejrzenie i pytanie, po co właściwie autor notował ten dzień za dniem. Przecież nie dla siebie, ale z myślą, że to zostanie wydane. I co, naprawdę aż tak bardzo chciał się nam przedstawić? Nie wystarczyło mu, że napisał ileś tam książek czy wierszy? Każdy dziennik jest autokreacją, a ja potrzeby autokreacji nie odczuwam.

Wszystko, co pan myśli o świecie, jest w książkach?

To wystarczy. A i tak się czasem zastanawiam, czy nie za dużo napisałem.

Bo, po prawdzie, autor powinien napisać jedną książkę, zawrzeć w niej wszystko, co ma do powiedzenia, i umrzeć. Wiem, że to niemożliwe, dlatego zwykle pisze się więcej. Ja napisałem bardzo dużo, siedem książek.

I ma pan wrażenie, że już się pan ze wszystkimi swoimi wątpliwościami rozprawił?

Nie. Ale nie chce mi się już pisać, jestem zmęczony. Rękopis w moim przypadku nijak się ma do ostatecznego kształtu książki, piszę ręcznie, wprowadzam poprawki w zasadzie do końca, nieraz piszę na nowo duże fragmenty. Ta książka zmęczyła mnie szczególnie, to jest gmach poprawek. Ostatnie wprowadzałem na chwilę przed wysłaniem Ucha Igielnego do druku, przez telefon. Przestawiałem, wycinałem, odklejałem, wyrzucałem, dodawałem.

Co tak pana męczyło?

Wątpliwości. Że coś jest nie tak, jak być powinno. Na wątpliwości nie ma lekarstwa, trzeba poprawiać, bo inaczej te myśli człowieka zadręczą.

Zapowiada pan, że teraz już naprawdę złamie pan pióro, a w zasadzie - w pańskim przypadku - ołówek.

Wystarczająco już jak na mnie powiedziałem, panie Michale. Wystarczająco.

Dostałem niedawno propozycję wydania swoich dramatów i nie wykluczam, że gdy odpocznę po Uchu Igielnym, to siądę do ich przygotowania. A jeden z nich w zasadzie musiałbym napisać na nowo. Kiedy Klucznik był jeszcze w stanie surowym, zobaczył go ówczesny dyrektor Teatru Polskiego August Kowalczyk i uznał, że tekst nadaje się do wystawienia. Powiedział, że w wolnej chwili sobie nad nim jeszcze popracuję, jeśli zechcę. Potem Wojciech Marczewski zrobił na podstawie Klucznika dobrze przyjęty i nagradzany film. Ale to wciąż nie była dobra wersja dramatu, a ja do tej pory nie miałem czasu, by nad nią popracować. A mam gdzieś dawne notatki, ileż to razy sobie obiecywałem, że wprowadzę poprawki... To teraz posiedzę, wie pan, i to już naprawdę wystarczy.

 

2018

[...]