Z mgły zrodzony (wydanie jubileuszowe) - Brandon Sanderson

Kup ebooka

53.00 zł
45.05 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

2

W opi­nii Kel­siera mia­sto Lutha­del - sie­dziba Ostat­niego Impe­ra­tora - było posęp­nym miej­scem. Więk­szość budyn­ków wznie­siono z kamien­nych blo­ków, z dachami z dachó­wek dla boga­tych, a drew­nia­nymi dla pozo­sta­łych. Budowle były stło­czone, co wywo­ły­wało wra­że­nie, że są przy­sa­dzi­ste, choć nie­które miały trzy pię­tra.

Kamie­nice i sklepy były do sie­bie cał­kiem podobne: nie było to miej­sce, gdzie czło­wiek chciałby zwra­cać na sie­bie uwagę. Oczy­wi­ście, o ile nie byłeś człon­kiem ary­sto­kra­cji.

W całym mie­ście było roz­rzu­cone kil­ka­na­ście mono­li­tycz­nych twierdz. Skom­pli­ko­wane, ozdo­bione rzę­dami podob­nych do włóczni iglic i głę­bo­kich pod­cieni, mie­ściły w sobie domo­stwa wyso­kiej szlachty. W isto­cie były po pro­stu ozna­kami szla­chec­twa. Każda rodzina, która mogła sobie pozwo­lić na zbu­do­wa­nie twier­dzy i utrzy­my­wa­nie wyso­kiej stopy życia w Lutha­delu, była uwa­żana za Wielki Ród.

Więk­szość otwar­tych prze­strzeni w mie­ście znaj­do­wało się wła­śnie wokół tych twierdz. Wolne place pośród kamie­nic były niczym polany w lesie, a twier­dze przy­po­mi­nały samotne góry wzno­szące się nad resztą kra­jo­brazu. Czarne góry. Podob­nie, jak reszta mia­sta, zamki były pozna­czone pla­mami wielu lat popie­li­stych opa­dów.

Każda budowla w Lutha­delu - dosłow­nie każda, jaką Kel­sier kie­dy­kol­wiek widział - była w jakimś stop­niu poczer­niała. Nawet mury miej­skie, na któ­rych teraz stał, były pokryte patyną sadzy. Budowle były naj­ciem­niej­sze u góry, gdzie zbie­rał się popiół, ale deszcz i wie­czorna rosa prze­no­siły sadzę po gzym­sach i wzdłuż ścian. I, jak farba spły­wa­jąca po obra­zie, czerń ście­kała po ścia­nach budyn­ków w nie­rów­nych frędz­lach.

Ulice oczy­wi­ście były cał­ko­wi­cie czarne. Kel­sier stał i cze­kał, obser­wu­jąc mia­sto, kiedy grupa robot­ni­ków skaa pra­co­wała na ulicy poni­żej, oczysz­cza­jąc ostat­nie zaspy popiołu. Zawiozą je potem do rzeki Chan­ne­rel, która prze­pły­wała przez cen­trum mia­sta, zmy­wa­jąc sterty popiołu, by hałdy w końcu nie zasy­pały grodu. Cza­sem Kel­sier zasta­na­wiał się, czemu całe impe­rium nie stało się jedną wielką kupą popiołu. Podej­rze­wał, że popiół musiał po jakimś cza­sie roz­kła­dać się i zmie­niać w glebę, ale utrzy­ma­nie pól i miast w sta­nie nada­ją­cym się do użytku wyma­gało na razie nie­praw­do­po­dob­nego wysiłku.

Na szczę­ście, zawsze było dość skaa, by odwa­lić tę robotę. Robot­nicy w dole byli odziani w pro­ste płasz­cze i spodnie, uty­tłane w popiele i znisz­czone. Podob­nie jak u robot­ni­ków na plan­ta­cjach, które opu­ścił kilka tygo­dni temu, w ich ruchach odzwier­cie­dlały się znu­że­nie i bez­na­dzieja. Obok robot­ni­ków prze­szła druga grupa skaa, przy­wo­ła­nych odle­głym dźwię­kiem dzwo­nów, który wyzna­czał dla nich kolejną zmianę i kolejny dzień pracy w kuź­niach i hutach. Metal był głów­nym towa­rem eks­por­to­wym Lutha­delu, w mie­ście wybu­do­wano mnó­stwo kuźni i rafi­ne­rii. Jed­nakże spię­trze­nia rzeki były zna­ko­mitą loka­li­za­cją dla kół wod­nych, napę­dza­ją­cych zarówno żarna mły­nów, jak i kro­sna fabryk tek­sty­liów.

Skaa pra­co­wali. Kel­sier odwró­cił się od nich, spo­glą­da­jąc ku cen­trum mia­sta, gdzie wzno­sił się pałac Ostat­niego Impe­ra­tora, niczym potworny owad o naje­żo­nym kol­cami grzbie­cie. Kre­dik Shaw, Wzgó­rze Tysiąca Wież. Pałac był kil­ka­krot­nie więk­szy od każ­dej ze szla­chec­kich pose­sji i zde­cy­do­wa­nie najwięk­szym budyn­kiem w mie­ście.

Kiedy Kel­sier tak stał i przy­glą­dał się mia­stu, spa­dła kolejna fala popiołu. Płatki osia­dały lekko na uli­cach i budyn­kach. Ostat­nio pada dużo popiołu, pomy­ślał, zado­wo­lony z pre­tek­stu, by nasu­nąć kap­tur na twarz. Popielne Góry znów się uak­tyw­niły.

Nie oba­wiał się, że kto­kol­wiek w Lutha­delu może go roz­po­znać - od jego schwy­ta­nia minęły trzy lata. Jed­nakże kap­tur doda­wał mu pew­no­ści sie­bie. Jeśli wszystko pój­dzie zgod­nie z pla­nem, Kel­sier zechce być widzia­nym i roz­po­zna­wa­nym. Na razie wolał pozo­stać ano­ni­mowy.

Wresz­cie ujrzał postać zbli­ża­jącą się ku niemu wzdłuż muru. Dock­son był niż­szy od Kel­siera, miał kwa­dra­tową twarz, która dosko­nale paso­wała do jego dość krę­pej syl­wetki. Ciemne włosy skry­wał mu kap­tur pospo­li­tego, bru­nat­nego płasz­cza, a twarz zdo­biła nie­wielka bródka, którą zapu­ścił od czasu pierw­szego mło­dzień­czego zaro­stu dwa­dzie­ścia lat temu.

Podob­nie jak Kel­sier, miał na sobie strój szla­checki: kolo­rową kami­zelkę, ciemny sur­dut i spodnie, oraz cienki płaszcz dla ochrony przed popio­łem. Tka­niny nie były zbyt bogate, ale ary­sto­kra­tyczne - znak przy­na­leż­no­ści do klasy śred­niej Lutha­delu. Więk­szość ludzi ze szla­chet­nych rodów nie była dość bogata, by zostać uzna­nymi za człon­ków Wiel­kiego Domu, ale w Ostat­nim Impe­rium szla­chec­two nie wią­zało się wyłącz­nie z pie­niędzmi. Liczyły się rów­nież pocho­dze­nie i histo­ria, Ostatni Impe­ra­tor był nie­śmier­telny i naj­wy­raź­niej dosko­nale pamię­tał ludzi, któ­rzy wspie­rali go we wcze­snych latach pano­wa­nia. Potom­ko­wie tych ludzi, nie­ważne, jak zubo­żeli, zawsze będą fawo­ry­zo­wani.

Odzież miała spra­wić, by prze­cho­dzące patrole nie zada­wały wielu pytań. W przy­padku Kel­siera i Dock­sona ten strój był oczy­wi­ście jedy­nie prze­bra­niem. Żaden z nich w isto­cie nie był szlach­ci­cem, choć, tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, Kel­sier był przy­naj­mniej pół­krwi. Jed­nakże to z wielu wzglę­dów bywało gor­sze, niż bycie nor­mal­nym skaa.

Docson pod­szedł do Kel­siera i przy­sta­nął, opie­ra­jąc się o blankę. Splótł ręce na kamie­niu.

- Spóź­ni­łeś się o kilka dni, Kell.

- Posta­no­wi­łem zro­bić kilka przy­stan­ków na pół­noc­nych plan­ta­cjach.

- Ach - odparł Dock­son. - Więc jed­nak macza­łeś palce w spra­wie śmierci lorda Tre­stinga?

Kel­sier się uśmiech­nął.

- Można tak powie­dzieć.

- Jego śmierć spo­wo­do­wała spore zamie­sza­nie wśród lokal­nej szlachty.

- Mniej wię­cej taka była inten­cja - odparł Kel­sier. - Choć, mówiąc uczci­wie, nie pla­no­wa­łem niczego aż tak dra­ma­tycz­nego. W grun­cie rze­czy był to bar­dziej przy­pa­dek niż cokol­wiek innego.

Dock­son uniósł brew.

- Jak można "przy­pad­kowo" zabić szlach­cica w jego wła­snej pose­sji?

- Nożem w serce - odparł Kel­sier. - A raczej kil­koma nożami. Zawsze lepiej dmu­chać na zimne.

Dock­son uniósł oczy do nieba.

- Jego śmierć chyba nie jest wielką stratą, Dox - rzekł Kel­sier. - Nawet wśród szlachty Tre­sting był znany z okru­cień­stwa.

- Nie obcho­dzi mnie Tre­sting - odparł Dock­son. - Po pro­stu zasta­na­wiam się, jakim muszę być idiotą, żeby iść z tobą na kolejną robotę. Ata­ko­wać pro­win­cjo­nal­nego lorda w jego wła­snej pose­sji, oto­czo­nej strażą... szcze­rze mówiąc, Kell, pra­wie już zapo­mnia­łem, jaki z cie­bie wariat.

- Wariat? - Kel­sier się zaśmiał. - To nie było wariac­two. Ot, taka mała dywer­sja. Powi­nie­neś zoba­czyć, co pla­nuję teraz!

Dock­son stał nie­ru­chomo przez chwilę, po czym także się roze­śmiał.

- Na Ostat­niego Impe­ra­tora, dobrze, że wró­ci­łeś, Kell! Oba­wiam się, że sta­łem się dość nudny przez te ostat­nie kilka lat.

- Zaj­miemy się tym - obie­cał Kel­sier. Ode­tchnął głę­boko, spoj­rzał na opa­da­jący popiół.

Ekipy zamia­ta­czy skaa już wzięły się do roboty, oczysz­cza­jąc ulice z ciem­nego pyłu. Za nimi prze­szedł straż­nik, ski­nie­niem głowy pozdra­wia­jąc Kel­siera i Dock­sona. Cze­kali w mil­cze­niu, aż znów zostaną sami.

- Dobrze jest wró­cić - rzekł wresz­cie Kel­sier. - Lutha­del jest dla mnie dziw­nie przy­ja­znym miej­scem, nawet jeśli to ponura, pusta dziura. Zor­ga­ni­zo­wa­łeś spo­tka­nie?

Dock­son ski­nął głową.

- Ale nie możemy spo­tkać się przed wie­czo­rem. Jak się tu w ogóle dosta­łeś? Moi ludzie pil­no­wali bram.

- Hm? Ach, wśli­zną­łem się wie­czo­rem.

- Ale jak...? - Dock­son się zawa­hał. - Och, racja. Będę musiał się przy­zwy­czaić.

Kel­sier wzru­szył ramio­nami.

- Nie rozu­miem, prze­cież zawsze pra­cu­jesz z Mgli­stymi.

- Tak, ale to co innego - odparł Dock­son. Pod­niósł dłoń, by powstrzy­mać dal­sze argu­menty. - Nie trzeba, Kell. Nie wzbra­niam się, po pro­stu potrze­buję tro­chę czasu, żeby się przy­zwy­czaić.

- Dobrze, kto dzi­siaj będzie?

- Cóż, poja­wią się oczy­wi­ście Bre­eze i Ham. Są bar­dzo cie­kawi tej two­jej tajem­ni­czej roboty... nie wspo­mnę już, że są dość ziry­to­wani, że nie chcę im powie­dzieć, co kom­bi­no­wa­łeś przez ostat­nie kilka lat.

- I dobrze - odparł Kel­sier. - Niech się dalej zasta­na­wiają. A co z Tra­pem?

Dock­son pokrę­cił głową.

- Trap nie żyje. Zakon dogo­nił go w końcu parę mie­sięcy temu. Nawet nie zawra­cali sobie głowy wysy­ła­niem go do Cze­lu­ści. Ścięli go na miej­scu.

Kel­sier przy­mknął oczy i wes­tchnął. Wyda­wało się, że Sta­lowy Zakon osta­tecz­nie dopad­nie każ­dego. Cza­sem Kel­sier myślał sobie, że życie skaa Mgli­stego nie ma nic wspól­nego z prze­trwa­niem, a raczej z wybo­rem odpo­wied­niego momentu na śmierć.

- No to zosta­li­śmy bez Dymia­rza - rzekł wresz­cie, otwie­ra­jąc oczy. - Masz jakieś pro­po­zy­cje?

- Ruddy - pod­su­nął Dock­son.

Kel­sier pokrę­cił głową.

- Nie, jest dobrym Dymia­rzem, ale też nie dość dobrym czło­wie­kiem.

Dock­son się uśmiech­nął.

- Nie dość dobrym czło­wie­kiem, by zna­leźć się w zło­dziej­skiej szajce... Kell, tęsk­ni­łem za pracą z tobą. No cóż, to kto?

Kel­sier zamy­ślił się na chwilę.

- Czy Clubs dalej pro­wa­dzi swój warsz­tat?

- O ile wiem, tak - powoli odrzekł Dock­son.

- Podobno to jeden z naj­lep­szych Dymia­rzy w mie­ście.

- Zdaje się, że tak - odparł Dock­son. - Ale czy nie jest znany z tego, że trudno się z nim współ­pra­cuje?

- Nie jest taki zły - mruk­nął Kel­sier. - Trzeba się tylko do niego przy­zwy­czaić. Poza tym sądzę, że do tej kon­kret­nej roboty może... dać się namó­wić.

- Dosko­nale. - Dock­son wzru­szył ramio­nami. - Zapro­szę go. O ile wiem, jeden z jego krew­nych jest Cyno­okim. Czy jego też mam zapro­sić?

- Dobrze. - Dock­son ski­nął głową. - Cóż, poza tym pozo­staje tylko Yeden. Oczy­wi­ście, o ile jest na­dal zain­te­re­so­wany...

- Będzie tam - zapew­nił Kel­sier.

- Lepiej, żeby był - odparł Dock­son. - W końcu to on nam płaci.

Kel­sier przy­tak­nął, po czym zmarsz­czył brwi.

- Nie wspo­mnia­łeś o Mar­shu.

Dock­son wzru­szył ramio­nami.

- Mówi­łem ci, że twój brat ni­gdy nie apro­bo­wał naszych metod, a teraz... znasz Mar­sha. Nie będzie chciał w ogóle mieć do czy­nie­nia z Yede­nem i całą rebe­lią, a co dopiero z gar­ścią takich rze­zi­miesz­ków jak my. Musimy zna­leźć kogoś innego do infil­tra­cji obli­ga­to­rów.

- Nie - zaopo­no­wał Kel­sier. - Zrobi to. Prze­ko­nam go.

- Skoro tak twier­dzisz. - Dock­son zamilkł i obaj stali przez chwilę, wsparci na para­pe­cie, wodząc wzro­kiem po pokry­tym popio­łem mie­ście.

Wresz­cie Dock­son wes­tchnął.

- To sza­leń­stwo, prawda?

Kel­sier się uśmiech­nął.

- Przy­jem­nie, co?

- Fan­ta­stycz­nie - zgo­dził się Dock­son.

- To będzie robota jak żadna inna - mruk­nął Kel­sier, spo­glą­da­jąc na pół­noc i w kie­runku pokrę­co­nego budynku w cen­trum mia­sta.

Dock­son odszedł od muru.

- Mamy kilka godzin do spo­tka­nia. Chciał­bym ci coś poka­zać. Myślę, że wciąż jest czas... jeśli się pośpie­szymy.

Kel­sier się obej­rzał.

- Wła­śnie się wybie­ra­łem zmyć głowę mojemu grzecz­nemu bratu. Ale...

- Nie będziesz żało­wał - obie­cał Dock­son.

***

Vin sie­działa w kącie głów­nego pomiesz­cze­nia, trzy­ma­jąc się jak zwy­kle w cie­niu. Im mniej ją było widać, tym bar­dziej była igno­ro­wana przez pozo­sta­łych. Nie mogła sobie pozwo­lić na mar­no­wa­nie Szczę­ścia, na opę­dza­nie się od nie­wcze­snych zalo­tów. Zale­d­wie miała czas zre­ge­ne­ro­wać to, co zużyła kilka dni temu, w cza­sie spo­tka­nia z obli­ga­to­rem.

Wokół sto­li­ków zebrała się zwy­kła klien­tela, gra­jąc w kości lub dys­ku­tu­jąc na temat drob­nych robót. Dym z kil­ku­na­stu róż­nych fajek uno­sił się i kłę­bił pod skle­pie­niem, a ściany były pokryte ciem­nymi pla­mami, jakie pozo­sta­wiły nie­zli­czone lata podob­nego trak­to­wa­nia. Pod­łoga była ciemna od śla­dów popiołu. Podob­nie jak więk­szość zło­dziej­skich sza­jek, banda Camona nie prze­sa­dzała z czy­sto­ścią.

W głębi sali znaj­do­wały się drzwi, a za nimi kręte kamienne schodki, wio­dące do fał­szy­wej kratki ście­ko­wej w alejce. Ta sala, tak jak wiele innych ukry­tych w impe­rial­nej sto­licy Lutha­delu, nie miała prawa ist­nieć.

Z przed­niej czę­ści pomiesz­cze­nia, gdzie Camon z kilku innymi ban­dy­tami spę­dzali miłe popo­łu­dnie przy piwie i świń­skich dow­ci­pach, dobie­gał rubaszny śmiech. Sto­lik Camona znaj­do­wał się tuż przy barze, gdzie drinki, ser­wo­wane po zawy­żo­nych cenach, były kolej­nym spo­so­bem na wyko­rzy­sta­nie tych, któ­rzy dla niego pra­co­wali. Ele­ment kry­mi­nalny Lutha­delu szybko się uczył od swo­jej szlachty.

Vin robiła co mogła, by pozo­stać nie­wi­dzialna. Pół roku wcze­śniej nie przy­pusz­czała, że jej życie bez Reena może stać się jesz­cze gor­sze. A jed­nak, pomimo wybu­chów wście­kło­ści, pil­no­wał, by inni ban­dyci nie pró­bo­wali się z nią spo­ufa­lać. W szaj­kach zło­dziej­skich było nie­wiele kobiet -, które pogrą­żały się w pół­światku, naj­czę­ściej koń­czyły jako dziwki. Reen zawsze powta­rzał, że dziew­czyna musi być twarda - tward­sza nawet od męż­czy­zny - jeśli chce prze­trwać.

"Myślisz, że jaki­kol­wiek przy­wódca będzie chciał cię wlec w swo­jej eki­pie?" - powia­dał. "Nawet ja nie chcę z tobą pra­co­wać, a jestem twoim bra­tem".

Plecy wciąż pul­so­wały jej bólem. Camon wychło­stał ją wczo­raj. Krew zapla­miła koszulę, a nie było jej stać na nową. Camon kładł rękę na jej zarob­kach, żeby pokryć długi, któ­rych naro­bił jej brat.

Ale ja jestem silna, pomy­ślała.

W tym była cała iro­nia. Chło­sta już pra­wie nie bolała, gdyż czę­ste napady gniewu Reena uczy­niły ją odporną, a jed­no­cze­śnie nauczyły, jak wyda­wać się żało­sną i cier­piącą. W pewien spo­sób chło­sta odno­siła wręcz odwrotny sku­tek. Za każ­dym razem Vin wycho­dziła z niej sil­niej­sza i lepiej zahar­to­wana.

Camon wstał. Się­gnął do kie­szeni kami­zelki i wyjął złoty zega­rek. Ski­nął głową jed­nemu ze swych towa­rzy­szy i rozej­rzał się po sali, szu­ka­jąc... Vin.

Jego spoj­rze­nie wbiło się w nią.

- Już czas - rzekł.

Zmarsz­czyła brwi.

Czas? Na co?

***

Kan­ton Finan­sów Zakonu był impo­nu­jącą budowlą, ale - prawdę mówiąc - wszystko, co doty­czyło Sta­lo­wego Zakonu, było impo­nu­jące.

Wysoki, masywny budy­nek miał ogromne roze­towe okno na fron­to­wej ścia­nie, choć z zewnątrz szkło wyda­wało się ciemne. Po obu stro­nach okna zwi­sały pro­porce, a popla­miona sadzą czer­wona tka­nina była zapi­sana hym­nami pochwal­nymi na cześć Ostat­niego Impe­ra­tora.

Camon obser­wo­wał budy­nek kry­tycz­nym okiem. Vin wyczu­wała jego obawę. Kan­ton Finan­sów nie był raczej naj­groź­niej­szym z urzę­dów Zakonu - Kan­ton Inkwi­zy­cji, a nawet Kan­ton Orto­dok­sji miały znacz­nie gor­szą opi­nię. Jed­nakże dobro­wolne wej­ście do jakie­go­kol­wiek urzędu Zakonu... odda­nie się we wła­dzę obli­ga­to­rów... cóż, takiego czynu można doko­nać jedy­nie po sta­ran­nym namy­śle.

Camon zaczerp­nął tchu, po czym ruszył przed sie­bie, stu­ka­jąc laską po kamie­niach w rytm kro­ków. Miał na sobie strój boga­tego szlach­cica i towa­rzy­szyło mu sze­ściu człon­ków szajki - w tym i Vin - w cha­rak­te­rze "służby".

Vin weszła za Camo­nem po stop­niach, po czym przy­sta­nęła, kiedy jeden ze "słu­żą­cych" pod­sko­czył, by otwo­rzyć drzwi przed swoim "panem". Z całej szóstki naj­wy­raź­niej tylko Vin nie wie­działa o pla­nie Camona. Podej­rzane było to, że The­rona - part­nera Camona w skoku na Zakon - nie było w zasięgu wzroku.

Vin weszła do budynku Kan­tonu. Z roze­to­wego okna padało wibru­jące czer­wone świa­tło, poprze­ci­nane błę­kit­nymi pro­mie­niami. W ogrom­nym holu za biur­kiem sie­dział samotny obli­ga­tor z tatu­ażami śred­niego poziomu wokół oczu.

Camon pod­szedł do niego, stu­ka­jąc laską po dywa­nie.

- Jestem lord Jedue - rzekł.

Co robisz, Camo­nie? - pomy­ślała Vin. Przy The­ro­nie upie­ra­łeś się, że ni­gdy nie spo­tkasz się z pre­la­nem Lair­dem w jego biu­rze w Kan­to­nie. A teraz sam tu przy­sze­dłeś.

Obli­ga­tor ski­nął głową, odno­to­wu­jąc coś w swo­jej księ­dze. Mach­nął ręką.

- Do pocze­kalni możesz wziąć ze sobą jed­nego słu­żą­cego, reszta musi zostać tutaj.

Pogar­dliwe sap­nię­cie Camona dobit­nie świad­czyło o jego zda­niu na temat tego ogra­ni­cze­nia. Obli­ga­tor nawet nie uniósł głowy spo­nad księgi. Camon stał przez chwilę i Vin nie była pewna, czy jest naprawdę wście­kły, czy tylko odgrywa rolę ura­żo­nego szlach­cica. Wresz­cie wycią­gnął palec i dźgnął nim powie­trze, wska­zu­jąc na Vin.

- Chodź - rzekł i odwró­cił się, powoli kie­ru­jąc się ku wska­za­nym drzwiom.

Pokój za nimi był urzą­dzony z prze­py­chem i wygodą. Kilku panów szla­chet­nego rodu odpo­czy­wało w róż­nych wycze­ku­ją­cych pozy­cjach. Camon wybrał sobie fotel, usa­do­wił się w nim, po czym wska­zał stół zasta­wiony winem i cia­stecz­kami z czer­wo­nym lukrem. Vin podała mu kie­lich wina i talerz z ciast­kami, igno­ru­jąc ssa­nie żołądka.

Camon poże­rał ciastka, mlasz­cząc cicho.

Jest zde­ner­wo­wany. Jesz­cze bar­dziej niż przed­tem.

- Kiedy wej­dziemy, masz się nie odzy­wać - pole­cił z peł­nymi ustami.

- Zdra­dzasz The­rona - odparła szep­tem.

Ski­nął głową.

- Ale jak? Dla­czego?

Plan The­rona był skom­pli­ko­wany w reali­za­cji, ale kon­cep­cja była pro­sta. Co roku Zakon prze­sy­łał nową grupę ako­li­tów obli­ga­to­rów z pół­noc­nego klasz­toru na połu­dnie, do Lutha­delu, by dokoń­czyli nauk. The­ron odkrył jed­nak, że ci ako­lici i ich nad­zorcy zwo­zili ukryte w bagażu ogromne sumy z fun­du­szy Zakonu, by prze­cho­wać je w twier­dzy w Lutha­delu.

Rabu­nek w Ostat­nim Impe­rium był trudną sprawą, zwłasz­cza przy nie­ustan­nych patro­lach strze­gą­cych kana­łów żeglow­nych. Jed­nakże, jeśli ktoś sam kie­ro­wał bar­kami prze­wo­żą­cymi ako­li­tów, był w sta­nie prze­pro­wa­dzić napad. W odpo­wied­niej chwili straż­nicy zwra­cali się ku swoim pasa­że­rom - i czło­wiek mógł nie­źle zaro­bić, a potem zwa­lić wszystko na rabu­siów.

- Dru­żyna The­rona jest słaba - odparł Camon. - Za dużo wydał na tę robotę.

- Ale prze­cież mu się zwróci... - zapro­te­sto­wała.

- Ni­gdy, jeśli wezmę teraz wszystko, co się da, i ucieknę - odrzekł Camon z uśmie­chem. - Namó­wię obli­ga­to­rów, żeby wypła­cili mi zaliczkę na uru­cho­mie­nie floty, a potem zniknę i zosta­wię The­ro­nowi zała­twie­nie spraw z roz­wście­czo­nym Zako­nem, kiedy ten się zorien­tuje, że został nabrany.

Vin wypro­sto­wała się, nieco wstrzą­śnięta. Przy­go­to­wa­nie takiej akcji z pew­no­ścią kosz­to­wało The­rona wiele tysięcy skrzyń­ców - jeśli teraz ponie­sie porażkę, będzie zruj­no­wany. A z Zako­nem dep­czą­cym mu po pię­tach nie będzie miał nawet szansy na zemstę. Camon szybko się dorobi i jed­no­cze­śnie uwolni się od jed­nego z naj­po­tęż­niej­szych rywali.

The­ron był głup­cem, że wziął do tego Camona, pomy­ślała. Ale kwota, którą obie­cał Camo­nowi, była ogromna. Praw­do­po­dob­nie przy­pusz­czał, że zachłan­ność part­nera powstrzyma go od nie­uczci­wo­ści, zanim sam The­ron nie spłata mu psi­kusa. Camon po pro­stu był szyb­szy, niż kto­kol­wiek mógł sądzić, nawet Vin. Jak The­ron mógłby się zorien­to­wać, że Camon sam uda­remni jego pracę, zamiast cze­kać i skraść cały ładu­nek z barki?

Poczuła ucisk w żołądku.

To tylko jesz­cze jedna zdrada, pomy­ślała z bólem. Dla­czego wciąż tak się tym przej­muję? Wszy­scy wszyst­kich zdra­dzają. Takie jest życie...

Miała ochotę zna­leźć sobie kąt, naj­le­piej bez­pieczny i cia­sny, i ukryć się. Sama.

Wszy­scy cię zdra­dzą. Wszy­scy.

Ale nie miała dokąd pójść. Wresz­cie wszedł jakiś obli­ga­tor niż­szej rangi i wywo­łał lorda Jedue. Vin poszła za Camo­nem do sali audien­cyj­nej.

Męż­czy­zna, który na nich cze­kał, usa­do­wiony wygod­nie za biur­kiem, nie był jed­nak pre­la­nem Lair­dem.

Camon przy­sta­nął w wej­ściu. Ujrzał gabi­net, wyście­łany sza­rym dywa­nem, i biurko. Ściany były nagie, a jedyne okno wąskie na sze­ro­kość dłoni. Obli­ga­tor, który na nich cze­kał, miał jeden z naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych tatu­aży wokół oczu, jakie Vin kie­dy­kol­wiek widziała. Nie była pewna, jaka ranga z nich wynika, ale kre­ski wędro­wały daleko poza uszy i na czoło obli­ga­tora.

- Lord Jedue - rzekł dziwny obli­ga­tor.

Podob­nie jak Laird miał na sobie szarą szatę, ale róż­nił się bar­dzo od poważ­nych biu­ro­kra­tów, z jakimi Camon mie­wał wcze­śniej do czy­nie­nia. Ten był szczu­pły, ale musku­larny, a jego ogo­lona na gładko trój­kątna głowa nada­wała mu dra­pieżny wygląd.

- Odnio­słem wra­że­nie, że będę miał przy­jem­ność z pre­la­nem Lair­dem - rzekł Camon, wciąż nie wcho­dząc do środka.

- Pre­lan Laird został odwo­łany do innych zadań. Jestem wielki pre­lan Arriev, prze­wod­ni­czący rady, która roz­pa­try­wała twoją ofertę. Masz rzadką moż­li­wość poroz­ma­wia­nia ze mną bez­po­śred­nio. Zwy­kle nie pro­wa­dzę tych spraw oso­bi­ście, ale nie­obec­ność Lairda spra­wiła, że musia­łem wziąć na sie­bie część jego obo­wiąz­ków.

Instynkt Vin spra­wił, że zesztyw­niała.

Musimy się stąd wyno­sić. Natych­miast.

Camon stał nie­ru­chomo przez dłuż­szą chwilę i widziała, że się zasta­na­wia. Ucie­kać od razu? Czy pod­jąć ryzyko dla więk­szej zdo­by­czy? Vin nie obcho­dziła zdo­bycz, chciała tylko żyć. Camon jed­nak nie został przy­wódcą, nie podej­mu­jąc od czasu do czasu ryzyka. Powoli wszedł do gabi­netu i, roz­glą­da­jąc się ostroż­nie, zajął miej­sce naprze­ciwko obli­ga­tora.

- Dobrze, wielki pre­la­nie Arriev - rzekł ostroż­nie. - Przyj­muję, że skoro zosta­łem wezwany na kolejne spo­tka­nie, to rada roz­wa­żyła moją ofertę?

- W isto­cie - odparł obli­ga­tor. - Choć muszę przy­znać, że nie­któ­rzy człon­ko­wie Rady są nie­chętni, by robić inte­resy z rodem tak bli­skim kata­strofy eko­no­micz­nej. Zakon ogól­nie woli pod­cho­dzić kon­ser­wa­tyw­nie do swo­ich ope­ra­cji finan­so­wych.

- Rozu­miem.

- Ale - wtrą­cił Arriev - na pokła­dzie znaj­dzie się wielu, któ­rzy chęt­nie sko­rzy­sta­liby z oszczęd­no­ści, jakie nam zaofe­ro­wa­łeś.

- A z jaką grupą ty się iden­ty­fi­ku­jesz, Wasza Miłość?

- Jesz­cze nie pod­ją­łem decy­zji. - Obli­ga­tor się pochy­lił. - Dla­tego zauwa­ży­łem, że masz tę rzadką oka­zję, by mnie prze­ko­nać. Zrób to, lor­dzie Jedue, a będziesz miał swój kon­trakt.

- Z pew­no­ścią pre­lan Laird przed­sta­wił szcze­góły naszej oferty - odparł Camon.

- Tak, ale chciał­bym usły­szeć te argu­menty od cie­bie. Zrób to dla mnie.

Vin zmarsz­czyła brwi. Pozo­stała w głębi sali, sto­jąc w pobliżu drzwi, wciąż nie­pewna, czy nie powinna ucie­kać.

- I co? - zagad­nął Arriev.

- Potrze­bu­jemy tego kon­traktu, Wasza Miłość - odrzekł Camon. - Bez niego nie będziemy w sta­nie kon­ty­nu­ować naszej dzia­łal­no­ści trans­por­to­wej. Wasz kon­trakt pozwoli nam na uzy­ska­nie tak potrzeb­nego okresu sta­bil­no­ści, da szansę na utrzy­ma­nie naszych barek do czasu, aż znaj­dziemy kolejne kon­trakty.

Arriev przez moment przy­glą­dał się Camo­nowi.

- Z pew­no­ścią stać cię na wię­cej, lor­dzie Jedue. Laird powie­dział, że byłeś bar­dzo prze­ko­nu­jący... chciał­bym usły­szeć coś, co pozwoli mi uwie­rzyć, że zasłu­ży­łeś na nasz kon­trakt.

Vin przy­go­to­wała swoje Szczę­ście. Mogła spra­wić, że Arriev stałby się skłon­niej­szy do nego­cja­cji, ale... coś ją powstrzy­mało. Sytu­acja wyda­wała się bar­dzo ryzy­kowna.

- Jeste­śmy dla was naj­lep­szym wybo­rem, Wasza Miłość - rzekł Camon. - Oba­wiasz się, że mój ród ponie­sie klę­skę eko­no­miczną? Cóż, jeśli tak się sta­nie, co stra­ci­cie? W naj­gor­szym razie moje barki prze­staną kur­so­wać, a wy będzie­cie musieli zna­leźć innych kup­ców. Jed­nak, jeśli wasz kon­trakt wystar­czy, by utrzy­mać moją dzia­łal­ność, będzie to dla was ozna­czało wie­lo­letni i bar­dzo korzystny inte­res.

- Rozu­miem - odparł Arriev. - A dla­czego wła­śnie Zakon? Dla­czego nie znaj­dziesz sobie kogoś innego? Prze­cież z pew­no­ścią ist­nieją inne moż­li­wo­ści wyko­rzy­sta­nia two­ich stat­ków... inne grupy, które rzucą się na takie stawki.

Camon zmarsz­czył brwi.

- Nie cho­dzi o pie­nią­dze, Wasza Miłość, cho­dzi o zwy­cię­stwo, o dowód zaufa­nia - wła­śnie to zyskamy, otrzy­mu­jąc kon­trakt od Zakonu. Jeśli wy nam zaufa­cie, inni też to uczy­nią. Potrze­buję waszego popar­cia. - Camon zaczął się obfi­cie pocić. Chyba już poża­ło­wał swo­jej gry. Czy został zdra­dzony? Czy to The­ron stał za tym dziw­nym spo­tka­niem?

Obli­ga­tor cze­kał. Vin wie­działa, że może ich znisz­czyć. Gdyby nabrał podej­rzeń, że pró­bują go oszu­kać, mógł ich prze­ka­zać Kan­to­nowi Inkwi­zy­cji. Nie­je­den szlach­cic wszedł do budynku Kan­tonu i ni­gdy go nie opu­ścił.

Zaci­snęła zęby, się­gnęła ku niemu i użyła Szczę­ścia na obli­ga­to­rze, spra­wia­jąc, by prze­stał być podejrz­liwy.

Arriev się uśmiech­nął.

- Cóż, prze­ko­na­łeś mnie - oznaj­mił.

Camon wes­tchnął z ulgą.

- Twój ostatni list suge­ro­wał, że potrze­bu­jesz trzech tysięcy skrzyń­ców jako zaliczki, by odno­wić sprzęt i pod­jąć dzia­łal­ność - mówił Arriev. - Przejdź do skryby w głów­nym holu, żeby dokoń­czyć papier­kową robotę i byś mógł się zgło­sić po nie­zbędne fun­du­sze.

Obli­ga­tor wyjął ze stosu arkusz gru­bego, biu­ro­kra­tycz­nego papieru i przy­ło­żył pie­częć na samym dole. Podał arkusz Camo­nowi.

- Oto twój kon­trakt.

Camon uśmiech­nął się sze­roko.

- Wie­dzia­łem, że Zakon będzie wła­ści­wym wybo­rem - rzekł, przyj­mu­jąc kon­trakt. Wstał, skło­nił się obli­ga­to­rowi z sza­cun­kiem, po czym ski­nął na Vin, by otwarła mu drzwi.

Uczy­niła to.

Coś jest nie w porządku, pomy­ślała. Coś jest bar­dzo nie w porządku. Zatrzy­mała się, kiedy Camon wycho­dził, i obej­rzała na obli­ga­tora. Wciąż się uśmie­chał.

Szczę­śliwy obli­ga­tor to zawsze zły znak.

Jed­nak, kiedy szli przez pocze­kal­nię z jej szla­chet­nymi gośćmi, nikt ich nie zatrzy­mał. Camon opie­czę­to­wał i dostar­czył kon­trakt odpo­wied­niemu skry­bie, a żoł­nie­rze wciąż się nie zja­wiali, by ich aresz­to­wać. Skryba wyjął małą skrzynkę pełną monet i podał Camo­nowi.

A potem po pro­stu opu­ścili budy­nek Kan­tonu. Camon zebrał pozo­stałą służbę z widoczną ulgą. Żad­nego alarmu, żad­nych krzy­ków. Żad­nego tupotu żoł­nier­skich butów. Byli wolni. Camon zdo­łał oszu­kać zarówno Zakon, jak i dru­giego przy­wódcę.

A przy­naj­mniej tak się wyda­wało.

***

Kel­sier wepchnął do ust jesz­cze jedno czer­wono lukro­wane cia­steczko i żuł je z satys­fak­cją. Gruby zło­dziej i jego prze­ra­żona słu­żąca prze­szli przez pocze­kal­nię do wyj­ścia. Obli­ga­tor, który z nimi roz­ma­wiał, pozo­stał w gabi­ne­cie, widocz­nie cze­ka­jąc na kolej­nego petenta.

- No i co? - zapy­tał Dock­son. - Co o tym myślisz?

Kel­sier spoj­rzał na cia­steczka.

- Cał­kiem nie­złe - rzekł, czę­stu­jąc się kolej­nym. - Zakon zawsze miał dosko­nały gust. To oczy­wi­ste, że i prze­ką­ski mają zna­ko­mite.

Dock­son prze­wró­cił oczami.

- Mówię o dziew­czy­nie, Kell.

Kel­sier uśmiech­nął się i uło­żył cztery ciastka w stertę na dłoni, po czym ski­nął głową w stronę drzwi. Pocze­kal­nia Kan­tonu była zbyt tłoczna, by w niej dys­ku­to­wać o deli­kat­nych spra­wach. Po dro­dze zatrzy­mał się i powie­dział sekre­ta­rzowi obli­ga­tora, że musi prze­ło­żyć spo­tka­nie.

Minęli hol wej­ściowy, po dro­dze prze­cho­dząc obok tłu­stego herszta, który cicho roz­ma­wiał ze skrybą. Kel­sier wyszedł na ulicę, nacią­gnął kap­tur na głowę dla ochrony przed wciąż pada­ją­cym popio­łem, po czym poszedł w dół ulicy. Zatrzy­mał się w bocz­nej alejce, zaj­mu­jąc taką pozy­cję, by wraz z Dock­so­nem obser­wo­wać drzwi budynku Kan­tonu. Z zado­wo­le­niem prze­żu­wał ciastka.

- Skąd się o niej dowie­dzia­łeś? - zapy­tał pomię­dzy jed­nym a dru­gim kęsem.

- To twój brat - odparł Dock­son. - Camon pró­bo­wał wykrę­cić numer Mar­showi kilka mie­sięcy temu i ona też z nim wtedy była. Wła­ści­wie to ta mała maskotka Camona stała się już dość sławna w pew­nych krę­gach. Wciąż nie jestem pewien, czy on ogóle wie, kim ona jest. Wiesz, jak prze­sądni bywają zło­dzieje.

Kel­sier ski­nął głową, otrze­pu­jąc dło­nie.

- Skąd wie­dzia­łeś, że ona dzi­siaj tu będzie?

Dock­son wzru­szył ramio­nami.

- Kilka napiw­ków we wła­ściwe ręce. Mia­łem tę dziew­czynę na oku od dnia, kiedy Marsh mi ją poka­zał. Chcia­łem, żebyś sam zoba­czył ją w akcji.

Po dru­giej stro­nie ulicy drzwi budynku Kan­tonu otwarły się wresz­cie i u szczytu scho­dów sta­nął Camon, oto­czony grupką "słu­żą­cych". Drobna, krót­ko­włosa dziew­czyna była wśród nich. Na jej widok Kel­sier zmarsz­czył brwi. Jej kroki były ner­wowe i pło­chliwe, pod­ry­wała się za każ­dym razem, kiedy ktoś wyko­nał zbyt gwał­towny gest. Na jej pra­wym policzku wciąż było widać ślady goją­cego się sińca.

Kel­sier spoj­rzał na nadę­tego Camona. Muszę wymy­ślić dla tego gościa coś szcze­gól­nie odpo­wied­niego.

- Bie­dac­two - mruk­nął Dock­son.

- Wkrótce się od niego uwolni - rzekł Kel­sier. - Dziwne, że nikt wcze­śniej jej nie odkrył.

- Więc twój brat miał rację?

- Jest co naj­mniej Mgli­stym, a jeśli Marsh twier­dzi, że czymś wię­cej, jestem gotów mu uwie­rzyć. Jestem nieco zasko­czony, że użyła Allo­man­cji na członku Zakonu, zwłasz­cza w budynku Kan­tonu, ale podej­rze­wam, że nie jest nawet świa­doma tego, że wyko­rzy­stuje swoje zdol­no­ści.

- Czy to moż­liwe? - zapy­tał Dock­son.

Kel­sier ski­nął głową.

- Można palić mine­rały śla­dowe w wodzie, jeśli nie potrzeba dużo mocy. Dla­tego wła­śnie Ostatni Impe­ra­tor zbu­do­wał tu swój zamek, w ziemi jest mnó­stwo metali. Powie­dział­bym...

Zmarsz­czył brwi. Coś było nie w porządku. Spoj­rzał w kie­runku Camona i jego grupy. Wciąż byli widoczni w nie­wiel­kiej odle­gło­ści w głębi ulicy. Kie­ro­wali się na połu­dnie.

W por­talu budynku Kan­tonu poja­wiła się kolejna postać. Szczu­pły, o pew­nej sie­bie posta­wie, wokół oczu nosił tatu­aże wiel­kiego pre­lana Kan­tonu Finan­sów. Praw­do­po­dob­nie był to ten sam pre­lan, które przed chwilą roz­ma­wiał z Camo­nem. Obli­ga­tor wyszedł na zewnątrz, a za nim poja­wił się drugi męż­czy­zna.

Dock­son za ple­cami Kel­siera zesztyw­niał.

Drugi męż­czy­zna był wysoki i sil­nie zbu­do­wany. Kiedy się obró­cił, Kel­sier ujrzał, że w każdy z jego oczo­do­łów ktoś wbił gruby meta­lowy kolec. Trzon kol­ców miał śred­nicę oczo­dołu, a podobne do gwoź­dzia koń­cówki były tak dłu­gie, że wysta­wały na około cala z tyłu jego nagiej czaszki. Pła­sko zakoń­czone trzony, wysta­jące z oczo­do­łów w miej­scu gałek ocznych, lśniły jak dwa sre­brzy­ste dyski.

Sta­lowy Inkwi­zy­tor.

- A "to" co tu robi? - szep­nął Dock­son.

- Spo­kój - pole­cił Kel­sier, usi­łu­jąc zmu­sić się do wypeł­nie­nia wła­snego pole­ce­nia.

Inkwi­zy­tor spoj­rzał w ich stronę, zwra­ca­jąc ku Kel­sie­rowi kolce, po czym zwró­cił się w kie­runku, w któ­rym odszedł Camon wraz z dziew­czyną. Podob­nie jak wszy­scy Inkwi­zy­torzy, miał skom­pli­ko­wane tatu­aże wokół oczu - więk­szość czar­nych, z jedną wyraźną czer­woną kre­ską - które dobit­nie świad­czyły o jego wyso­kiej ran­dze w Kan­to­nie Inkwi­zy­cji.

- On nie jest tutaj z naszego powodu - odparł Kel­sier. - Nic nie palę. Pomy­śli, że jeste­śmy zwy­czajną szlachtą.

- Dziew­czyna - mruk­nął Dock­son.

Kel­sier ski­nął głową.

- Powie­dzia­łeś, że Camon kom­bi­nuje z oszu­ki­wa­niem Zakonu już od jakie­goś czasu. Dziew­czyna praw­do­po­dob­nie została namie­rzona przez któ­re­goś z obli­ga­to­rów. Są wyszko­leni, by roz­po­zna­wać, kiedy Allo­manta dotyka ich uczuć.

Dock­son zmarsz­czył brwi. Po prze­ciw­nej stro­nie ulicy Inkwi­zy­tor roz­ma­wiał z dru­gim obli­ga­to­rem, po czym obaj ruszyli wolno do miej­sca, gdzie znik­nął Camon.

- Chyba wysłali za nimi ogon - mruk­nął Dock­son.

- To Zakon - odparł Kel­sier. - Założę się, że co naj­mniej dwa.

Dock­son przy­tak­nął.

- Camon dopro­wa­dzi ich pro­sto do swo­jej kry­jówki. Dzie­siątki ludzi zginą. Nie wszy­scy są wspa­nia­łymi jed­nost­kami, ale...

- Wal­czą z Ostat­nim Impe­rium na swój wła­sny spo­sób - dokoń­czył Kel­sier. - Poza tym, nie mam zamiaru pozwo­lić, by poten­cjalni Mgli­ści wymknęli się z naszych rąk... Chcę poga­dać z tą dziew­czyną. Dasz sobie radę z ogo­nami?

- Kell, mówi­łem, że sta­łem się nudny, nie leniwy - odparł Dock­son. - Potra­fię sobie pora­dzić z paroma loka­jami Zakonu.

- Dobrze - odparł Kel­sier, się­ga­jąc do kie­szeni płasz­cza.

Wyjął małą fiolkę, w któ­rej w roz­two­rze alko­ho­lo­wym pły­wały płatki kilku metali. Żelazo, stal, cyna czy­sta i sto­piona z oło­wiem, miedź, brąz, cynk i mosiądz - osiem pod­sta­wo­wych metali allo­man­tycz­nych. Kel­sier wyjął zatyczkę i jed­nym szyb­kim łykiem wypił zawar­tość.

Scho­wał pustą fiolkę i otarł dło­nią usta.

- Ja się zajmę Inkwi­zy­to­rem.

Dock­son spoj­rzał na niego z lękiem.

- Chcesz pójść i tak sobie go zała­twić?

Kel­sier pokrę­cił głową.

- To zbyt nie­bez­pieczne. Po pro­stu odwrócę jego uwagę. A teraz ruszaj. Lepiej, żeby ogony nie wie­działy, gdzie jest kry­jówka.

Dock­son ski­nął głową.

- Spo­tkamy się na pięt­na­stym skrzy­żo­wa­niu - rzekł, po czym ruszył alejką i zaraz znik­nął za rogiem.

Kel­sier doli­czył do dzie­się­ciu, po czym się­gnął w głąb sie­bie i zaczął spa­lać metale. Jego ciało wypeł­niło się siłą, jasno­ścią i mocą.

Kel­sier uśmiech­nął się, po czym - spa­la­jąc cynk - się­gnął i mocno szarp­nął emo­cje Inkwi­zy­tora. Istota zamarła i okrę­ciła się w miej­scu, spo­glą­da­jąc w kie­runku budynku Kan­tonu.

No to teraz się poga­niamy, pomy­ślał Kel­sier.

3

3

Camon liczył monety, wrzu­ca­jąc złote skrzyńce jeden po dru­gim do małego pudełka na stole. Wciąż wyda­wał się nieco zasko­czony i nic dziw­nego. Trzy tysiące skrzyń­ców to bajeczna kwota pie­nię­dzy. O wiele wię­cej, niż Camon zaro­biłby w ciągu roku, nawet bar­dzo dobrego. Zbiry z jego naj­bliż­szego oto­cze­nia sie­dzieli z nim przy stole, a ale i śmiech pły­nęły swo­bod­nym stru­mie­niem.

Vin sie­działa w kącie, usi­łu­jąc zro­zu­mieć uczu­cie prze­ra­że­nia, jakie ją ogar­niało. Trzy tysiące skrzyń­ców. Zakon nie powi­nien był ni­gdy dopu­ścić, by taka suma została wydana aż tak łatwo. Pre­lan Arriev wyda­wał się o wiele za sprytny, żeby tak łatwo dać się podejść.

Camon wrzu­cił do skrzyni kolejną monetę. Vin nie była pewna, czy ten pokaz bogac­twa to głu­pota, czy spryt. Szajki zło­dziej­skie pra­co­wały zgod­nie z jedną ści­słą zasadą. Każdy otrzy­my­wał dolę pro­por­cjo­nalną do jego pozy­cji w gru­pie. Cza­sem kusiło, by zabić przy­wódcę i zgar­nąć wszystko dla sie­bie, ale ogól­nie przy­wódca, który miał szczę­ście, ozna­czał wię­cej pie­nię­dzy dla każ­dego. Jeśli zabi­jesz go za wcze­śnie, ode­tniesz sobie dal­sze dochody - nie mówiąc już o ścią­gnię­ciu sobie na głowę gniewu pozo­sta­łych rabu­siów.

Ale jed­nak trzy tysiące skrzyń­ców... To wystar­czy, by sku­sić nawet naj­bar­dziej logicz­nego zło­dzieja. Wszystko było nie tak.

Muszę się stąd wyno­sić, pomy­ślała. Uciec od Camona, z dala od kry­jówki, gdyby coś miało się stać.

Ale... odejść? Sama? Ni­gdy przed­tem nie była sama, zawsze miała Reena. To on pro­wa­dził ją od mia­sta do mia­sta, poka­zu­jąc kolejne zło­dziej­skie bandy. Kochała samot­ność. Ale sama myśl o tym, że mogłaby być zdana wyłącz­nie na sie­bie, gdzieś w mie­ście, prze­ra­żała ją. Dla­tego ni­gdy nie ucie­kła od Reena, dla­tego została przy Camo­nie.

Nie mogła odejść - ale musiała. Spoj­rzała ze swego kąta na człon­ków szajki. Wśród nich nie­wielu było takich, do któ­rych żywiła jakie­kol­wiek przy­wią­za­nie. Jed­nak było kilku, któ­rych krzywdy nie chcia­łaby, nawet, gdyby obli­ga­to­rzy zwró­cili się prze­ciwko szajce. Kilku ludzi, któ­rzy nie pró­bo­wali jej wyko­rzy­stać, lub - w niektó­rych przy­pad­kach - nawet oka­zali jej pewną sym­pa­tię.

Na szczy­cie tej listy znaj­do­wał się Ulef. Nie był przy­ja­cie­lem, lecz naj­bliż­szym zna­jo­mym od cza­sów Reena. Jeśli pój­dzie z nią, przy­naj­mniej nie będzie sama. Ostroż­nie wstała i prze­szła pod ścianą do miej­sca, gdzie sie­dział Ulef, pijąc w gru­pie młod­szych ban­dy­tów.

Pocią­gnęła go za rękaw. Obej­rzał się. Był pod­pity.

- Vin?

- Ulef - szep­nęła. - Musimy wyjść.

Zmarsz­czył brwi.

- Wyjść? Dokąd?

- Jak naj­da­lej - odparła cicho. - Wyjść stąd.

- Teraz?

Ski­nęła głową.

Obej­rzał się na swo­ich kum­pli, któ­rzy chi­cho­tali cicho, rzu­ca­jąc Ule­fowi i Vin wymowne spoj­rze­nia.

Ulef się zaczer­wie­nił.

- Chcesz gdzieś pójść, tak tylko ty i ja?

- Nie tak - odrze­kła. - Tylko... muszę odejść z kry­jówki. I nie chcę być sama.

Ulef zmarsz­czył brwi. Pochy­lił się ku niej. Jego oddech lekko pach­niał ale.

- O co wła­ści­wie cho­dzi, Vin? - zapy­tał.

Vin się zawa­hała.

- Ja... myślę, że coś się zda­rzy, Ule­fie - szep­nęła. - Coś, co ma zwią­zek z obli­ga­to­rami. Po pro­stu nie chcę teraz być tutaj.

Ulef sie­dział przez chwilę w mil­cze­niu.

- Dobrze - rzekł. - Ile to może potrwać?

- Nie wiem - odrze­kła. - Co naj­mniej do wie­czora. Ale musimy iść teraz.

Ski­nął głową.

- Cze­kaj tu przez chwilę - szep­nęła i się odwró­ciła.

Rzu­ciła okiem na Camona, który śmiał się z wła­snego dow­cipu, i ostroż­nie prze­szła przez brudne od popiołu pomiesz­cze­nia do pokoju w głębi kry­jówki.

Sypial­nia szajki mie­ściła się w pro­stym, dłu­gim kory­ta­rzu, wzdłuż któ­rego uło­żono mate­race. Był zatło­czony i nie­wy­godny, ale i tak lep­szy niż zimne uliczki, w któ­rych sypiała przez wiele lat, podró­żu­jąc z Reenem.

Pew­nie będę musiała znów przy­zwy­czaić się do ale­jek, pomy­ślała. Kie­dyś to prze­żyła. Prze­żyje znowu.

Pode­szła do swo­jego mate­raca, czę­ściowo wsłu­chu­jąc się w docho­dzące z sąsied­niej sali stłu­mione roz­mowy i śmie­chy męż­czyzn. Uklę­kła, spo­glą­da­jąc na swój skąpy mają­tek. Gdyby coś się stało szajce, nie będzie mogła tu wró­cić. Ni­gdy. Ale nie mogła wziąć ze sobą mate­raca - byłoby to zbyt osten­ta­cyjne. Pozo­sta­wała jedy­nie nie­wielka szka­tułka, w któ­rej prze­cho­wy­wała naj­bar­dziej oso­bi­ste przed­mioty, kamyk z każ­dego mia­sta, w któ­rym bywała, kol­czyk - Reen powie­dział, że to matka jej go dała - i kawa­łek obsy­dianu wiel­ko­ści dużej monety. Był obłu­pany, cał­kiem nie­re­gu­lar­nie, ale Reen nosił go przy sobie jako coś w rodzaju amu­letu i było to jedyne, co po sobie zosta­wił, kiedy uciekł pół roku temu. Kiedy ją porzu­cił.

Zawsze mówił, że to zrobi, pomy­ślała. Nie sądzi­łam, że rze­czy­wi­ście odej­dzie... I wła­śnie dla­tego musiał to zro­bić.

Chwy­ciła kawa­łek obsy­dianu, kamyki wrzu­ciła do kie­szeni. Kol­czyk zawie­siła w uchu - była to pro­ściutka ozdoba, zwy­kła kro­pla metalu, nie­warta nawet kra­dzieży, dla­tego nie bała się zosta­wić go pod mate­ra­cem. Nosiła go jed­nak bar­dzo rzadko, z obawy, że ozdoba doda jej kobie­co­ści.

Nie miała pie­nię­dzy, ale Reen nauczył ją kraść i żebrać. I jedno, i dru­gie było trudne w Ostat­nim Impe­rium, a zwłasz­cza w Lutha­delu, ale znaj­dzie spo­sób, jeśli będzie musiała.

Pozo­sta­wiła szka­tułkę i mate­rac, po czym wró­ciła do ogól­nej sali. Może prze­sa­dzała, może nic się nie sta­nie. Ale jeśli... Cóż, Reen mówił, że zawsze trzeba chro­nić wła­sny kark. Zabra­nie Ulefa było dobrym pomy­słem. Miał kon­takty w Lutha­delu. Jeśli coś się sta­nie szajce Camona, Ulef praw­do­po­dob­nie znaj­dzie pracę dla sie­bie i dla niej...

Zamarła w progu głów­nej sali. Ulef nie cze­kał na nią przy stole, gdzie go zosta­wiła. Stał spło­szony w przed­niej czę­ści sali. Koło baru. Obok... Camona.

- A to co? - Camon wstał, z twa­rzą czer­woną jak słońce. Ode­pchnął krze­sło i, pijany, rzu­cił się w jej stronę. - Zwie­wasz? Chcesz mnie zdra­dzić Zako­nowi, tak?

Vin sko­czyła w kie­runku scho­dów, despe­racko poty­ka­jąc się o stoły i potrą­ca­jąc towa­rzy­szy.

Camon rzu­cił w ślad za nią drew­niane krze­sło, które ude­rzyło ją w sam śro­dek ple­ców, oba­la­jąc na pod­łogę. Poczuła okropny ból mię­dzy łopat­kami, kilku towa­rzy­szy krzyk­nęło, kiedy sto­łek odbił się od niej i z trza­skiem upadł na kle­pi­sko.

Vin leżała oszo­ło­miona. A potem... coś w jej wnę­trzu... coś, o czym wie­działa, ale nie rozu­miała tego... dodało jej sił. Prze­stało jej się krę­cić w gło­wie, ból sku­pił się w jed­nym punk­cie. Nie­zdar­nie sta­nęła na nogi.

Camon już był przy niej. Ude­rzył ją w twarz, zanim jesz­cze wstała. Jej głowa pole­ciała w bok od siły ciosu, ale kręgi w karku strze­liły tak bole­śnie, że led­wie poczuła ponowne zde­rze­nie z pod­łogą.

Camon pochy­lił się, chwy­cił ją za koł­nierz koszuli i posta­wił na nogi, znów uno­sząc pięść. Vin nie pró­bo­wała nawet myśleć czy mówić - nie było na to czasu. Jed­nym despe­rac­kim wysił­kiem zebrała całe swoje Szczę­ście i rzu­ciła na Camona, uspo­ka­ja­jąc jego furię.

Camon zawa­hał się. Jego spoj­rze­nie zła­god­niało na chwilę. Posta­wił ją na pod­ło­dze.

A potem wście­kłość powró­ciła. Twarda. Prze­ra­ża­jąca.

- Cho­lerna dziwka - wark­nął, chwy­ta­jąc ją za ramiona i potrzą­sa­jąc. - Ten twój zdra­dziecki bra­ci­szek ni­gdy mnie nie sza­no­wał, a ty jesteś taka sama. Za dobry byłem dla was. Powi­nie­nem był...

Vin pró­bo­wała się wyrwać, jed­nak Camon trzy­mał mocno. Roz­pacz­li­wie cze­kała na pomoc innych człon­ków szajki, ale wie­działa, na co może liczyć. Obo­jęt­ność. Odwró­cili się z zakło­po­ta­niem na twa­rzach, ale nie wyda­wali się zmar­twieni. Ulef stał wciąż koło sto­lika Camona i ze wsty­dem wbi­jał wzrok w zie­mię.

Wydało jej się nagle, że sły­szy głos szep­czący jej do ucha. Głos Reena. Idiotka! Brak lito­ści to naj­mą­drzej­sze z uczuć. Nie masz tu żad­nych przy­ja­ciół. Ni­gdy ich nie będziesz miała w prze­stęp­czym świe­cie!

Szarp­nęła się znowu, ale Camon ude­rzył ją po raz kolejny, aż upa­dła na zie­mię. Cios ogłu­szył ją. Jęk­nęła, gdy całe powie­trze ucie­kło jej z płuc.

Wytrzy­maj to, powie­działa sobie, choć umysł miała zamro­czony. Nie zabije mnie prze­cież. Potrze­buje mnie.

Kiedy jed­nak odwró­ciła się mozol­nie, w sła­bym świe­tle ujrzała, że Camon na­dal pochyla się nad nią z twa­rzą pełną pijac­kiej wście­kło­ści. Wie­działa już, że tym razem będzie ina­czej, to nie będzie zwy­kłe lanie. Myślał, że zamie­rzała zdra­dzić go i wydać Zako­nowi. Nie zacho­wy­wał już kon­troli nad sobą.

W oczach miał mord.

Bła­gam! - despe­racko myślała Vin, się­ga­jąc po swoje Szczę­ście, usi­łu­jąc zmu­sić je do pracy. Żad­nej reak­cji. Szczę­ście ją opu­ściło, choć i tak miała go mało.

Camon pochy­lił się, mru­cząc coś pod nosem, i szarp­nął ją za ramię. Pod­niósł rękę - jego mię­si­sta dłoń zwi­nęła się znowu w pięść, mię­śnie się napięły... Kro­pla potu spły­nęła z zaczer­wie­nio­nej furią twa­rzy i skap­nęła z pod­bródka wprost na jej poli­czek.

Kilka stóp dalej drzwi do klatki scho­do­wej zady­go­tały, a potem otwarły się z trza­skiem. Camon znie­ru­cho­miał z unie­sioną ręką i gniew­nie spoj­rzał na wej­ście, by spraw­dzić, który z jego ludzi miał pecha wybrać sobie wła­śnie ten moment na powrót do kry­jówki.

Vin sko­rzy­stała z tej chwili roz­tar­gnie­nia. Igno­ru­jąc nowo przy­by­łego, usi­ło­wała się uwol­nić z rąk Camona, ale była zbyt słaba. Twarz jej pło­nęła w miej­scu, gdzie ją ude­rzył, na war­gach czuła smak krwi. Rękę miała wykrę­coną pod dziw­nym kątem, a bok bolał w miej­scu, gdzie ude­rzyła nim o pod­łogę. Wbiła paznok­cie w dłoń Camona, ale nagle poczuła, że słab­nie, jej wewnętrzna siła zawio­dła ją tak samo, jak wcze­śniej Szczę­ście. Ból wydał jej się nagle sil­niej­szy, bar­dziej obez­wład­nia­jący, bar­dziej wyma­ga­jący.

Despe­racko obej­rzała się w stronę drzwi. Była bli­sko, tak roz­pacz­li­wie bli­sko. Pra­wie już ucie­kła. Jesz­cze tro­chę... dalej...

Wtedy ujrzała męż­czy­znę sto­ją­cego w wej­ściu. Nie znała go. Wysoki, o soko­lej twa­rzy, miał jasne włosy i był ubrany w swo­bodny strój szla­checki. Płaszcz odrzu­cił do tyłu. Miał może trzy­dzie­ści pięć lat, nie nosił kape­lu­sza ani laski.

I wyglą­dał na bar­dzo, bar­dzo wście­kłego.

- Co to zna­czy?! - zawo­łał Camon. - Kim ty jesteś?!

Jak on omi­nął czujki? - myślała Vin, usi­łu­jąc odzy­skać jasność myśle­nia. Ból... Potrafi sobie pora­dzić z bólem. Obli­ga­to­rzy... Czy to oni go przy­słali?

Nowo przy­były spoj­rzał na Vin i wyraz jego twa­rzy nieco zła­god­niał. A potem pod­niósł wzrok na Camona i oczy mu pociem­niały.

Gniewne okrzyki herszta zostały ucięte, kiedy jakaś potężna siła odrzu­ciła go w tył, odry­wa­jąc jego ramię od barku Vin, a jego samego ciska­jąc na pod­łogę, aż zadrżały wszyst­kie deski.

W sali zapa­dła cisza.

Muszę ucie­kać, myślała gorącz­kowo Vin, zbie­ra­jąc się na czwo­raki. Camon jęczał z bólu kilka stóp dalej i Vin szybko odpeł­zła na bok, cho­wa­jąc się pod pusty stół. Kry­jówka miała ukryte wyj­ście, klapę w pod­ło­dze pod tylną ścianą. Jeśli zdoła do niej dotrzeć...

Ogar­nął ją obez­wład­nia­jący spo­kój. Uczu­cie spa­dło na nią jak nagły cię­żar, zagłu­sza­jąc cał­ko­wi­cie jej wła­sne emo­cje, jakby zmiaż­dżyła je potężna dłoń. Strach zgasł jak zdmuch­nięta świeca i nawet ból wyda­wał się mało ważny.

Zwol­niła, zasta­na­wia­jąc się, czego się tak bała. Wstała, zatrzy­mu­jąc się przed klapą. Oddy­chała ciężko, wciąż nieco oszo­ło­miona.

Camon wła­śnie pró­bo­wał mnie zabić! - ostrze­gała ją logiczna część umy­słu. A ktoś ata­kuje naszą kry­jówkę.

Jed­nakże emo­cje nie nadą­żały za logiką. Czuła się... spo­kojna. Nie­wzru­szona. I coraz bar­dziej zacie­ka­wiona.

Ktoś inny wła­śnie zasto­so­wał na niej Szczę­ście.

W jakiś spo­sób roz­po­znała to uczu­cie, choć ni­gdy wcze­śniej oso­bi­ście go nie doznała. Zatrzy­mała się przy stole, z jedną ręką na bla­cie, i powoli się odwró­ciła. Nowo przy­były wciąż stał u stóp scho­dów. Obser­wo­wał ją przez chwilę kry­tycz­nym spoj­rze­niem, po czym uśmiech­nął się roz­bra­ja­jąco.

Co się dzieje?

Przy­bysz wresz­cie wszedł do sali. Reszta szajki Camona pozo­stała przy sto­li­kach. Wyda­wali się zasko­czeni, ale dziw­nie bez­tro­scy.

Używa Szczę­ścia prze­ciwko wszyst­kim naraz... Ale... jak może to robić jed­no­cze­śnie i tak długo? Vin ni­gdy nie była w sta­nie zebrać dosyć Szczę­ścia, by wystar­czyło go na coś wię­cej niż poje­dyn­cze, krót­kie dotknię­cie.

Przy­bysz wszedł do sali i Vin dopiero teraz zoba­czyła, że za jego ple­cami stoi ktoś jesz­cze. Drugi męż­czy­zna był mniej impo­nu­jący. Niż­szy, z ciemną, krótką bródką i pro­stymi, krótko ostrzy­żo­nymi wło­sami, rów­nież był odziany w szla­checki strój, choć mniej ele­gancki.

Po dru­giej stro­nie pomiesz­cze­nia Camon jęk­nął i usiadł, trzy­ma­jąc się za głowę. Spoj­rzał na przy­by­szów.

- Pan Dock­son! Ależ, uch... co za nie­spo­dzianka!

- Istot­nie - odparł niż­szy męż­czy­zna. - Dock­son.

Vin zmarsz­czyła brwi, czu­jąc, że ci męż­czyźni są jej zna­jomi. Gdzieś już ich widziała.

Kan­ton Finan­sów. Sie­dzieli w pocze­kalni, kiedy wycho­dzi­li­śmy wraz z Camo­nem.

Camon chwiej­nie sta­nął na nogach, obser­wu­jąc jasno­wło­sego gościa. Spoj­rzał na dło­nie tam­tego, które były pokryte dziw­nymi, prze­pla­ta­ją­cymi się bli­znami.

- Na Ostat­niego Impe­ra­tora - wyszep­tał. - Oca­lały z Hath­sin!

Vin zmarsz­czyła brwi. Tytuł nie był jej znany. Czy powinna znać tego czło­wieka? Jej rany wciąż pul­so­wały bólem, pomimo spo­koju, jaki odczu­wała, krę­ciło jej się w gło­wie. Oparła się na bla­cie, by nie upaść, ale nie usia­dła.

Kim­kol­wiek był przy­bysz, Camon uwa­żał go za ważną oso­bi­stość.

- Pro­szę, i pan Kel­sier - wark­nął. - Cóż za zaszczyt!

Przy­bysz - Kel­sier - pokrę­cił głową.

- Nie mam wiel­kiej ochoty cię słu­chać.

Camon wydał z sie­bie cichy jęk bólu, kiedy znów coś odrzu­ciło go w tył. Kel­sier nawet nie ruszył pal­cem, by tego doko­nać. A jed­nak Camon padł na zie­mię, jakby pchnęła go jakaś nie­wi­dzialna siła.

Ban­dyta zamilkł, a Kel­sier rozej­rzał się po sali.

- Czy wszy­scy wie­dzą, kim jestem?

Wielu z człon­ków szajki przy­tak­nęło.

- Dobrze. Przy­by­łem tu, dro­dzy przy­ja­ciele, ponie­waż macie wobec mnie wielki dług.

W sali pano­wała cisza, jeśli nie liczyć jęków Camona. Wresz­cie ktoś ode­zwał się nie­śmiało:

- My... panie Kel­sier?

- Tak. Widzi­cie, pan Dock­son i ja wła­śnie ura­to­wa­li­śmy wam życie. Wasz dość nie­kom­pe­tentny przy­wódca wyszedł z Kan­tonu Finan­sów Zakonu godzinę temu i wró­cił do kry­jówki. Podą­żali za nim dwaj zwia­dowcy Zakonu, jeden pre­lan wyso­kiej rangi i jeden Sta­lowy Inkwi­zy­tor.

Cisza.

Na Impe­ra­tora, pomy­ślała Vin. Miała rację... ale nie była dość szybka. Ale jeśli był tam Inkwi­zy­tor...

- Inkwi­zy­to­rem się zają­łem - dodał Kel­sier, pozwa­la­jąc, by wszy­scy domy­ślili się, w jaki spo­sób to uczy­nił.

Kim musiał być czło­wiek, który "zajął się" Inkwi­zy­to­rem? Krą­żyły plotki, że te istoty są nie­śmier­telne, mogą zaglą­dać do ludz­kiej duszy, a jako wojow­nicy są nie­po­ko­nani.

- Żądam zapłaty za wyświad­czone usługi - oznaj­mił Kel­sier.

Tym razem Camon nie wstał. Upadł i teraz był zdez­o­rien­to­wany. W sali pano­wała cisza. Wresz­cie Milev - ciem­no­skóry męż­czy­zna, który był zastępcą Camona - pod­niósł kufe­rek ze skrzyń­cami Zakonu i pod­biegł, usłuż­nie poda­jąc go Kel­sie­rowi.

- To pie­nią­dze, jakie Camon dostał z Zakonu - wyja­śnił skwa­pli­wie. - Trzy tysiące skrzyń­ców.

Milev tak bar­dzo chce mu się przy­po­do­bać, pomy­ślała Vin. To coś wię­cej niż tylko Szczę­ście, albo to jakiś rodzaj Szczę­ścia, któ­rego ja ni­gdy nie była­bym w sta­nie użyć.

Kel­sier zawa­hał się, ale przy­jął skrzynkę z mone­tami.

- A ty kim jesteś?

- Milev, panie Kel­sier.

- Cóż, przy­wódco Milev, uznam to wyna­gro­dze­nie za zado­wa­la­jące... o ile zro­bisz dla mnie jesz­cze coś.

Milev poki­wał głową.

- A cóż by to miało być?

Kel­sier wska­zał ruchem głowy pół­przy­tom­nego Camona.

- Zaj­mij się nim.

- Zała­twione - odparł Milev.

- Chcę, żeby żył, Milev - zaopo­no­wał Kel­sier, uno­sząc palec. - Ale nie chcę, żeby się tym cie­szył.

Milev ski­nął głową.

- Uczy­nimy z niego żebraka. Ostatni Impe­ra­tor nie lubi tej pro­fe­sji... Camon będzie miał ciężki żywot w Lutha­delu.

A Milev pozbę­dzie się go i tak, skoro tylko uzna, że Kel­sier tego nie widzi.

- Dobrze - mruk­nął Kel­sier, po czym otwarł kufe­rek i zaczął odli­czać zło­ci­ste skrzyńce. - Pomy­słowy z cie­bie czło­wiek, Milev. Szybki i nie tak łatwo cię onie­śmie­lić, jak innych.

- Mia­łem już wcze­śniej do czy­nie­nia z Mgli­stymi, panie Kel­sier - odparł Milev.

Kel­sier ski­nął głową.

- Dox - rzekł, zwra­ca­jąc się do swego towa­rzy­sza. - Gdzie spo­ty­kamy się dzi­siaj?

- Myśla­łem, że dobrym miej­scem będzie warsz­tat Clubsa - odparł zapy­tany.

- Nie­zbyt neu­tralne miej­sce - odparł Kel­sier. - Zwłasz­cza jeśli nie zechce się do nas przy­łą­czyć.

- To prawda.

Kel­sier spoj­rzał na Mileva.

- Pla­nuję robotę w tej oko­licy. Przy­da­łoby mi się wspar­cie miej­sco­wych. - Poka­zał mu sto­sik mniej wię­cej setki skrzyń­ców. - Chcemy sko­rzy­stać z waszej kry­jówki dziś wie­czo­rem. Można to zała­twić?

- Oczy­wi­ście - odparł Milev, skwa­pli­wie zgar­nia­jąc monety.

- Dosko­nale - rzekł Kel­sier. - A teraz wyjdź­cie.

- Wyjść? - zapy­tał z waha­niem Milev.

- Tak. Weź swo­ich ludzi... razem z byłym sze­fem... i idź­cie sobie. Chcę poroz­ma­wiać w cztery oczy z panną Vin.

W pomiesz­cze­niu znów zapa­dła cisza i Vin wie­działa, że nie ona jedna zasta­na­wia się, skąd Kel­sier zna jej imię.

- No co, sły­sze­li­ście? - wark­nął Milev.

Mach­nię­ciem ręki naka­zał kilku zbi­rom zebrać z pod­łogi Camona i skie­ro­wał całą resztę w stronę scho­dów.

Vin obser­wo­wała, jak odcho­dzili, czu­jąc nara­sta­jący nie­po­kój. Ten Kel­sier był potęż­nym czło­wie­kiem, a instynkt pod­po­wia­dał jej, że potężni ludzie są nie­bez­pieczni. Czy wie­dział o jej Szczę­ściu? Widocz­nie tak, bo jakiż miałby inny powód, żeby ją wyróż­niać?

Jak ten Kel­sier będzie chciał mnie wyko­rzy­stać? - myślała, roz­cie­ra­jąc ramię w miej­scu, gdzie ude­rzyła nim o pod­łogę.

- A poza tym, Mile­vie - nie­dbale dorzu­cił Kel­sier - jeśli mówię "sam na sam", to zna­czy, że nie chcę być pod­glą­dany przez czte­rech ludzi, któ­rzy obser­wują nas przez otwory w ścia­nie. Weź ich łaska­wie ze sobą na ulicę, dobrze?

Milev pobladł.

- Tak jest, panie Kel­sier.

- Dosko­nale. A w zaułku znaj­dzie­cie dwóch mar­twych szpie­gów Zakonu. Czy może­cie posprzą­tać za nas trupy?

Milev ski­nął głową i się odwró­cił.

- A, Milev, jesz­cze jedno - dodał Kel­sier.

Milev obej­rzał się znowu.

- Dopil­nuj, by żaden z two­ich ludzi nas nie zdra­dził - rzekł cicho Kel­sier. Vin znów poczuła to samo: zwięk­szony nacisk na swoje emo­cje. - Wasza grupa wpa­dła już w oko Sta­lo­wemu Zako­nowi... nie rób­cie sobie wroga jesz­cze ze mnie.

Milev przy­tak­nął, po czym znik­nął na klatce scho­do­wej, zamy­ka­jąc za sobą drzwi. Kilka chwil póź­niej Vin usły­szała kroki ludzi opusz­cza­ją­cych pomiesz­cze­nie obser­wa­cyjne, po czym wszystko uci­chło. Została sama z czło­wie­kiem, który z jakie­goś powodu wywie­rał tak szcze­gólny wpływ na ludzi, że mógł utrzy­mać w ryzach całe pomiesz­cze­nie pełne rze­zi­miesz­ków i zło­dziei.

Zer­k­nęła na zamknięte na zasuwę drzwi. Kel­sier obser­wo­wał ją. Co by zro­bił, gdyby spró­bo­wała ucieczki?

Twier­dzi, że zabił Inkwi­zy­tora, pomy­ślała. I... używa Szczę­ścia. Muszę zostać, choćby tylko po to, żeby się zorien­to­wać, ile wie.

Kel­sier uśmiech­nął się sze­rzej, aż wresz­cie zachi­cho­tał.

- To była naprawdę zbyt dobra zabawa, Dox.

Drugi męż­czy­zna, ten któ­rego Camon nazwał Dock­so­nem, prych­nął i pod­szedł do nich. Vin znie­ru­cho­miała, ale Dox nie skie­ro­wał się w jej stronę, lecz do baru.

- Przed­tem byłeś już wystar­cza­jąco nie­zno­śny, Kell - zauwa­żył. - Nie mam poję­cia, co myśleć o tej two­jej nowej sła­wie. A przy­naj­mniej nie wiem, jak myśleć, żeby się nie śmiać.

- Zazdro­sny jesteś.

- Tak, natu­ral­nie. Jestem potwor­nie zazdro­sny o twoje zdol­no­ści do domi­no­wa­nia nad drob­nymi kry­mi­na­li­stami. Jeśli coś ci to powie, uwa­żam, że byłeś zbyt surowy dla Camona.

Kel­sier usiadł przy jed­nym ze sto­li­ków. Jego weso­łość przy­ga­sła nieco, gdy prze­mó­wił:

- Widzia­łeś, co robił dziew­czy­nie.

- Wła­ści­wie nic nie widzia­łem - odparł oschle Dock­son, prze­glą­da­jąc zapasy w barze. - Ktoś mi zasło­nił przej­ście.

Kel­sier wzru­szył ramio­nami.

- Popatrz na nią, Dox. Bie­dac­two, pra­wie ją zatłukł na śmierć. Nie czuję żad­nego współ­czu­cia dla tego czło­wieka.

Vin sie­działa tam, gdzie przed­tem, obser­wu­jąc męż­czyzn. W miarę, jak napię­cie ucho­dziło z jej mię­śni, rany i stłu­cze­nia zaczęły pul­so­wać bólem. Cios pomię­dzy łopatki - będzie z niego nie­zły siniak - i ude­rze­nie w twarz paliły coraz bar­dziej. Wciąż jesz­cze krę­ciło jej się w gło­wie.

Kel­sier obser­wo­wał ją uważ­nie. Zaci­snęła zęby. Ból. Pora­dzi sobie z bólem.

- Potrzeba ci cze­goś, dziecko? - zapy­tał Dock­son. - Mokrą chu­s­teczkę na twarz?

Nie odpo­wie­działa, kon­cen­tru­jąc się na Kel­sie­rze.

No dawaj. Powiedz, czego ode mnie chcesz. Roze­graj to.

Dock­son po chwili wzru­szył ramio­nami, po czym się­gnął pod bar. Kiedy się wypro­sto­wał, w dłoni miał kilka bute­lek.

- Coś dobrego? - zagad­nął Kel­sier.

- A jak ci się zdaje? - zapy­tał Dock­son. - Nawet wśród zło­dziei Camon raczej nie jest znany z wytwor­nego smaku. Mam skar­petki warte wię­cej niż to wino.

Kel­sier wes­tchnął.

- A daj mi szklankę, tak czy owak. - Spoj­rzał znowu na Vin. - Chcesz coś?

Nie odpo­wie­działa.

Kel­sier się uśmiech­nął.

- Nie bój się, jeste­śmy znacz­nie mniej straszni, niż sądzą twoi przy­ja­ciele.

- Myślę, że to nie byli jej przy­ja­ciele, Kell - rzekł Dock­son zza baru.

- Masz rację - zgo­dził się Kel­sier. - Nie­ważne. Dziecko, nie masz się czego oba­wiać z naszej strony, jeśli nie liczyć odde­chu Doxa.

Dock­son wywró­cił oczami.

- Albo żar­tów Kella.

Vin stała w mil­cze­niu. Mogła uda­wać słabą i nie­po­radną, jak przy Camo­nie, ale instynkt pod­po­wia­dał jej, że ci ludzie nie zare­agują przy­jaź­nie na taką tak­tykę. Pozo­stała zatem tam, gdzie była, oce­nia­jąc sytu­ację.

Znów ogar­nął ją ten sam spo­kój. Zachę­cał ją do roz­luź­nie­nia, zaufa­nia, speł­nie­nia pro­po­zy­cji męż­czyzn...

Nie! Została na miej­scu.

Kel­sier uniósł brew.

- A to nie­spo­dzianka.

- Co? - Dock­son nalał wino do szklanki.

- Nic - mruk­nął Kel­sier, obser­wu­jąc Vin.

- Chcesz się napić czy nie, mała? - zapy­tał Dock­son.

Vin nie odpo­wie­działa. Przez całe życie, odkąd się­gała pamię­cią, miała swoje Szczę­ście. To czy­niło ją silną, dawało jej prze­wagę nad innymi zło­dzie­jami i pew­nie tylko dzięki niemu jesz­cze żyła. Przez cały ten czas nie miała jed­nak poję­cia, jak i dla­czego może go uży­wać. Logika i instynkt pod­po­wia­dały jej to samo - że musi się zorien­to­wać, co wie ten czło­wiek.

Jak­kol­wiek pla­no­wał ją wyko­rzy­stać, jakie­kol­wiek były jego zamie­rze­nia, będzie to musiała znieść. Musi się dowie­dzieć, jak stał się taki potężny.

- Ale - rze­kła wresz­cie.

- Ale? - zapy­tał Kel­sier. - Na pewno?

Ski­nęła głową, obser­wu­jąc go uważ­nie.

- Lubię.

Kel­sier potarł pod­bró­dek.

- Będziemy musieli nad tym popra­co­wać - mruk­nął. - Dobrze, sia­daj.

Z waha­niem pode­szła i usia­dła przy sto­liku naprze­ciw Kel­siera. Jej rany pul­so­wały bólem, ale nie mogła sobie pozwo­lić na oka­za­nie sła­bo­ści. Sła­bość zabija. Musi uda­wać, że nie czuje bólu. Przy­naj­mniej, kiedy sie­działa, nie krę­ciło jej się w gło­wie.

Dock­son dołą­czył do nich chwilę póź­niej, poda­jąc Kel­sie­rowi szklankę wina, a Vin kufel ale. Na razie go nie tknęła.

- Kim jeste­ście? - zapy­tała cicho.

Kel­sier znów uniósł brew.

- Nie owi­jasz w bawełnę, co?

Nie odpo­wie­działa.

Wes­tchnął.

- To tyle, jeśli cho­dzi o moją intry­gu­jącą aurę tajem­ni­czo­ści.

Dock­son prych­nął cicho.

Kel­sier się uśmiech­nął.

- Nazy­wam się Kel­sier. Jestem kimś, kogo wła­ści­wie można nazwać sze­fem szajki, ale moja szajka nie przy­po­mina tych, które zapewne znasz. Ludzie tacy jak Camon i jego pod­władni lubią uwa­żać się za dra­pież­ni­ków, kar­mią­cych się na szlach­cie i róż­nych orga­ni­za­cjach Zakonu.

Vin pokrę­ciła głową.

- Nie dra­pież­nicy. Ścier­wo­jady.

Ktoś mógłby pomy­śleć, że tak bli­sko pod nosem Ostat­niego Impe­ra­tora szajki zło­dziej­skie nie mają prawa bytu. A jed­nak Reen udo­wod­nił, że rze­czy­wi­stość jest wręcz odwrotna. Potężna, bogata szlachta zbie­rała się wokół Ostat­niego Impe­ra­tora. A tam, gdzie ist­niała potęga i bogac­twa, ist­niała tez korup­cja - zwłasz­cza że Ostatni Impe­ra­tor miał ten­den­cję do pobłaż­liw­szego trak­to­wa­nia szlachty ani­żeli skaa. Miało to coś wspól­nego z sym­pa­tią dla ich przod­ków.

W każ­dym razie szajki zło­dziej­skie takie jak szajka Camona były szczu­rami żywią­cymi się korup­cją i zepsu­ciem mia­sta. I podob­nie jak gry­zoni, nie dało się ich cał­ko­wi­cie wyple­nić, zwłasz­cza w mie­ście o tak licz­nej popu­la­cji jak Lutha­del.

- Ścier­wo­jady - odparł Kel­sier z uśmie­chem. Lubił się uśmie­chać. - Bar­dzo odpo­wied­nie okre­śle­nie, Vin. Cóż, Dox i ja też jeste­śmy ścier­wo­ja­dami... tylko tro­chę wyż­szego gatunku. Jeste­śmy lepiej uro­dzeni, można rzec... A może tylko ambit­niejsi.

Zmarsz­czyła brwi.

- Jeste­ście szlach­ci­cami?

- Ależ skąd - odparł Dock­son.

- A przy­naj­mniej nie czy­stej krwi - dodał Kel­sier.

- Prze­cież mie­szańcy podobno nie ist­nieją - ostroż­nie zauwa­żyła Vin. - Zakon na nich poluje.

- Mie­szańcy tacy jak ty?

Vin zadrżała. Skąd...?

- Sta­lowy Zakon nie jest nie­omylny, Vin - rzekł Kel­sier. - Jeśli mogli prze­oczyć cie­bie, mogli też prze­oczyć innych.

Vin się zamy­śliła.

- Milev. Nazwał was Mgli­stymi. To jakiś rodzaj Allo­manty, tak?

Dock­son spoj­rzał na Kel­siera.

- Jest spo­strze­gaw­cza - zauwa­żył, kiwa­jąc głową.

- Istot­nie - zgo­dził się Kel­sier. - Ludzie nazy­wają nas Mgli­stymi, Vin. Choć ta nazwa jest nieco na wyrost, ponie­waż ani ja, ani Dox for­mal­nie nimi nie jeste­śmy. Jed­nak bar­dzo czę­sto z nimi współ­pra­cu­jemy.

Vin prze­tra­wiała tę infor­ma­cję pod bacz­nymi spoj­rze­niami obu męż­czyzn. Allo­man­cja. Mistyczna moc, którą posia­dała szlachta, otrzy­mana od Ostat­niego Impe­ra­tora jakieś tysiąc lat temu w nagrodę za lojal­ność. Pod­sta­wowa dok­tryna Zakonu; nawet skaa taki jak Vin wie­dział o tym. Szlachta miała Allo­man­cję i przy­wi­leje dzięki swoim przod­kom; skaa zostali uka­rani z tego samego powodu.

Prawda była jed­nak taka, że Vin nie wie­działa, co to jest Allo­man­cja. Miało to coś wspól­nego z walką, a przy­naj­mniej tak jej się zda­wało. Podobno jeden "Mgli­sty" był tak nie­bez­pieczny, że mógł zabić całą szajkę zło­dziei. Jed­nakże skaa, któ­rych znała, mówili o tej mocy szep­tem i nie­pew­nie. Do tej pory ni­gdy nie brała pod uwagę moż­li­wo­ści, że to może być po pro­stu to samo, co jej Szczę­ście.

- Powiedz mi, Vin - zagad­nął Kel­sier, pochy­la­jąc się. - Czy wie­dzia­łaś, co robisz temu obli­ga­to­rowi w Kan­to­nie Finan­sów?

- Uży­łam mojego Szczę­ścia - odparła cicho. - Uży­wam go, żeby ludzie się mniej gnie­wali.

- Albo byli mniej podejrz­liwi. Łatwiejsi do oszu­ka­nia.

Vin ski­nęła głową.

Kel­sier uniósł palec.

- Jest wiele rze­czy, któ­rych będziesz się musiała nauczyć. Tech­nik, zasad i ćwi­czeń. Jedna lek­cja jed­nak nie może cze­kać. Ni­gdy nie sto­suj Allo­man­cji na obli­ga­to­rach. Są prze­szko­leni w roz­po­zna­wa­niu, kiedy ich emo­cje są przez kogoś mani­pu­lo­wane. Nawet wyso­kiej szlach­cie nie wolno Przy­cią­gać i Odpy­chać uczuć obli­ga­tora. To przez cie­bie obli­ga­tor posłał po Inkwi­zy­tora.

- Módl się, dziew­czę, żeby ta kre­atura ni­gdy wię­cej nie wpa­dła na twój ślad - dodał cicho Dock­son, sącząc wino.

Vin pobla­dła.

- Nie zabi­li­ście tego Inkwi­zy­tora?

Kel­sier pokrę­cił głową.

- Tylko tro­chę powo­dzi­łem go za nos, a i to było dość nie­bez­pieczne, że tak powiem. Nie martw się, wiele plo­tek na ich temat to wyssane z palca bzdury. Teraz, kiedy stra­cił twój ślad, nie odnaj­dzie cię tak łatwo.

- Naj­praw­do­po­dob­niej - dodał Dock­son.

Vin z nie­po­ko­jem spoj­rzała na niego.

- Naj­praw­do­po­dob­niej - zgo­dził się Kel­sier. - Jest wiele rze­czy, któ­rych nie wiemy na temat Inkwi­zy­to­rów. Wydaje się, że nie żyją według nor­mal­nych zasad. Te kolce, które prze­cho­dzą przez ich oczy, na przy­kład, powinny ich w zasa­dzie zabić. Nic, czego się dowie­dzia­łem o Allo­man­cji, nie dostar­czyło mi jesz­cze żad­nego wyja­śnie­nia, jak te istoty żyją. Gdyby podą­żał za tobą zwy­kły Szpe­racz, nie mar­twi­li­by­śmy się. Ale Inkwi­zy­tor... no cóż, musisz mieć oczy otwarte. Widać, że masz to dosko­nale opa­no­wane.

Vin przez chwilę sie­działa w mil­cze­niu, zakło­po­tana. Wresz­cie Kel­sier ruchem głowy wska­zał jej kufel ale.

- Nie pijesz.

- Mogłeś coś tam wrzu­cić - odparła.

- O, nie mam potrzeby wrzu­cać ci cze­go­kol­wiek do napoju - odparł z uśmie­chem, wyj­mu­jąc z kie­szeni sur­duta jakiś przed­miot. - W końcu zawar­tość tej fiolki na pewno wypi­jesz bar­dzo chęt­nie.

Posta­wił na bla­cie nie­wielką szklaną fiolkę. Zmarsz­czyła brwi na widok jej zawar­to­ści. Na dnie osia­dło coś ciem­nego.

- Co to jest? - zapy­tała.

- Gdy­bym ci powie­dział, nie byłoby tajem­nicy - odparł Kel­sier.

Dock­son prze­wró­cił oczami.

- Fiolka jest napeł­niona roz­two­rem alko­ho­lo­wym i płat­kami metalu, Vin.

- Metalu? - zapy­tała, marsz­cząc brwi.

- Dwóch z ośmiu pod­sta­wo­wych allo­man­tycz­nych metali - wyja­śnił. - Musimy zro­bić kilka testów.

Vin nie­pew­nie zer­k­nęła na fiolkę.

Kel­sier wzru­szył ramio­nami.

- Musisz to wypić, jeśli mamy się dowie­dzieć cze­go­kol­wiek na temat tego two­jego Szczę­ścia.

- Naj­pierw ty wypij połowę - odparła.

Kel­sier uniósł brew.

- Jest ciut para­no­iczna. - Wes­tchnął, wziął fiolkę i odkor­ko­wał.

- Naj­pierw zamie­szaj - powie­działa Vin. - Żebyś wypił tro­chę osadu.

Wzniósł oczy w górę, ale speł­nił jej żąda­nie. Wstrzą­snął fiolką i prze­łknął połowę jej zawar­to­ści. Odsta­wił bute­leczkę.

Vin zmarsz­czyła brwi, zer­k­nęła na Kel­siera, który uśmiech­nął się w odpo­wie­dzi. Wie­dział już, że ją ma. Poka­zał jej wła­sną moc, sku­sił ją. "Jedy­nym powo­dem, aby być słu­żal­czym wobec moż­nych, jest nadzieja, że nauczysz się kie­dyś, jak im ode­brać to, co mają". Słowa Reena.

Wzięła fiolkę i prze­łknęła jej zawar­tość. Sie­działa przez chwilę, ocze­ku­jąc na jakąś magiczną prze­mianę albo wzbie­ra­jące uczu­cie siły... albo oznaki otru­cia. Ale nic.

Cóż za... roz­cza­ro­wa­nie.

Zmarsz­czyła brwi, oparła się o opar­cie krze­sła. Z cie­ka­wo­ści się­gnęła ku swemu Szczę­ściu.

I poczuła, jak ze zdu­mie­nia oczy wycho­dzą jej z orbit.

Było tam, jak ogromny złoty skarb. Maga­zyn tak nie­wia­ry­god­nej potęgi, że nie umiała jej objąć rozu­mem. Zawsze musiała oszczę­dzać Szczę­ście, trzy­mać je w zapa­sie, ostroż­nie uży­wa­jąc po odro­bince. Teraz poczuła się jak gło­du­jąca kobieta zapro­szona na szla­checką ucztę. Sie­działa oszo­ło­miona ogro­mem ukry­tego w swym wnę­trzu bogac­twa.

- No - ode­zwał się Kel­sier. - Spró­buj. Uła­godź mnie.

Się­gnęła, ostroż­nie doty­ka­jąc nowej masy Szczę­ścia. Wzięła odro­binę, skie­ro­wała na Kel­siera.

- Dobrze - pochwa­lił ją i pochy­lił się. - Ale wiemy już, że to potra­fisz. Teraz praw­dziwa próba, Vin. Widzę, że umiesz tłu­mić moje uczu­cia, ale czy umiesz też je roz­nie­cać?

Zmarsz­czyła brwi. Ni­gdy wcze­śniej nie uży­wała Szczę­ścia w taki spo­sób. Nie miała poję­cia, że to moż­liwe. Dla­czego był tym taki zain­te­re­so­wany?

Podejrz­li­wie się­gnęła ku swemu źró­dłu Szczę­ścia. W tym momen­cie zauwa­żyła coś inte­re­su­ją­cego. Począt­kowo sądziła, że ma do czy­nie­nia z jed­nym potęż­nym źró­dłem mocy, lecz w isto­cie były to dwa różne źró­dła. Dwa różne typy Szczę­ścia.

Osiem. Powie­dział, że było ich osiem. Ale... co robią inne?

Kel­sier wciąż cze­kał. Vin się­gnęła ku dru­giemu, nie­zna­nemu źró­dłu Szczę­ścia, podob­nie jak to robiła przed­tem, i skie­ro­wała je ku niemu.

Kel­sier uśmiech­nął się sze­rzej i roz­parł na krze­śle, spo­glą­da­jąc na Dock­sona.

- No i mamy. Zro­biła to.

Dock­son pokrę­cił głową.

- Szcze­rze mówiąc, Kell, nie wiem co myśleć. Jeden z was wystar­czy, żeby mnie przy­pra­wić o ciarki. A dwoje...

Spoj­rzała na nich z powąt­pie­wa­niem, mru­żąc powieki.

- Dwoje czego?

- Nawet wśród szlachty, Vin, Allo­man­cja jest dość rzadka - odparł Kel­sier. - Prawdę mówiąc, to umie­jęt­ność dzie­dziczna, przy czym naj­po­tęż­niej­sze rody znaj­dują się wśród wysoko uro­dzo­nej szlachty. Samo uro­dze­nie jed­nak nie gwa­ran­tuje allo­man­tycz­nej siły. Wielu szlach­ci­ców ma dostęp do jed­nej allo­man­tycz­nej umie­jęt­no­ści. Ludzie, któ­rzy potra­fią uży­wać Allo­man­cji w jed­nym z ośmiu pod­sta­wo­wych jej aspek­tów, zwani są Mgli­stymi. Takie umie­jęt­no­ści cza­sem poja­wiają się u skaa, ale tylko wtedy, jeśli dany lub dana skaa posia­dają wśród swo­ich bli­skich przod­ków szlachtę. Jed­nego Mgli­stego możesz zna­leźć wśród... powiedzmy około dzie­się­ciu tysięcy skaa krwi mie­sza­nej. Im lepsi i bliżsi są szla­chetni przod­ko­wie, tym bar­dziej jest praw­do­po­dobne, że skaa będzie Mgli­stym.

- Kim byli twoi rodzice, Vin? - zapy­tał Dock­son. - Pamię­tasz ich?

- Wycho­wał mnie przy­rodni brat, Reen - odrze­kła cicho, zakło­po­tana. Nie lubiła mówić o tych spra­wach z obcymi.

- Czy opo­wia­dał ci o matce i ojcu?

- Cza­sami - przy­znała. - Reen mówił, że matka była dziwką. Nie z wyboru, ale wia­domo, jak jest... - Urwała. Matka kie­dyś pró­bo­wała ją zabić, kiedy jesz­cze była bar­dzo młoda. Vin słabo pamię­tała to zda­rze­nie. Reen ją oca­lił.

- A ojciec, Vin? - dopy­ty­wał się Dock­son.

Pod­nio­sła wzrok.

- Jest wyso­kim pre­la­nem w Sta­lo­wym Zako­nie.

Kel­sier gwizd­nął cicho.

- No cóż, widzę w tym zanie­dba­niu pewną iro­nię.

Spu­ściła wzrok. Wresz­cie się­gnęła po kufel i pocią­gnęła porządny łyk ale. Kel­sier się uśmiech­nął.

- Więk­szość wyż­szych rangą obli­ga­to­rów w Zako­nie to szlachta. Ojciec wraz z krwią poda­ro­wał ci rzadki dar.

- Więc... jestem jed­nym z tych Mgli­stych, o któ­rych wspo­mi­na­łeś?

Kel­sier pokrę­cił głową.

- Wła­ści­wie nie. Widzisz, zain­te­re­so­wa­li­śmy się tobą wła­śnie dla­tego, Vin. Mgli­ści mają dostęp jedy­nie do jed­nej umie­jęt­no­ści allo­man­tycz­nej. Wła­śnie udo­wod­ni­łaś, że masz dwie. A jeśli masz dostęp do dwóch z ośmiu, to masz rów­nież dostęp do reszty. Tak to działa - jeśli jesteś Allo­mantką, to albo masz jedną umie­jęt­ność, albo wszyst­kie.

Kel­sier się pochy­lił.

- Vin, jesteś tym, co ogól­nie nazywa się Zro­dzo­nym z Mgły. Nawet pośród szlachty wystę­pują nie­zwy­kle rzadko. Pośród skaa... cóż, powiedzmy, że w całym moim życiu spo­tka­łem tylko jed­nego skaa Zro­dzo­nego z Mgły.

Nagle w sali zapa­dła cisza. Wszystko jakby znie­ru­cho­miało. Vin spo­glą­dała na swój kufel roz­tar­gnio­nym i peł­nym zakło­po­ta­nia wzro­kiem. Zro­dzona z Mgły. Sły­szała opo­wie­ści, oczy­wi­ście. Legendy.

Kel­sier i Dock­son sie­dzieli w mil­cze­niu, dając jej czas, by sobie wszystko prze­my­ślała.

Wresz­cie się ode­zwała.

- A... co to zna­czy?

- To zna­czy, że ty, Vin - rzekł Kel­sier - jesteś kimś bar­dzo szcze­gól­nym. Masz moc, któ­rej mogą ci pozaz­dro­ścić naj­le­piej uro­dzeni ary­sto­kraci. Moc, która, gdy­byś uro­dziła się wśród nich, uczy­ni­łaby cię jedną z naj­bar­dziej zabój­czych i wpły­wo­wych osób w całym Ostat­nim Impe­rium. - Pochy­lił się ku niej. - Ale nie uro­dziłaś się ary­sto­kratką. Nie jesteś szla­chet­nej krwi, Vin. Nie musisz grać według ich zasad... i to czyni cię jesz­cze potęż­niej­szą.

4

4

- Sły­sza­łeś, co powie­dział! Pla­nuje robotę. - Oczy Ulefa zalśniły z pod­nie­ce­nia. - Cie­kawe, w który z Wiel­kich Domów ude­rzy.

- Z pew­no­ścią w jeden z naj­po­tęż­niej­szych - odparł Disten, jeden z głów­nych szpie­gów Camona. Nie miał ręki, lecz jego słuch i wzrok były naj­do­sko­nal­sze w dru­ży­nie. - Kel­sier ni­gdy nie zawraca sobie głowy dro­bia­zgami.

Vin sie­działa cicho, kufel piwa - ten sam, który podał jej Kel­sier - stał przed nią na stole, wciąż pra­wie pełny. Wokół stołu tło­czyli się ludzie - Kel­sier pozwo­lił zło­dzie­jom wró­cić do domu na chwilę, zanim sam roz­pocz­nie spo­tka­nie. Vin wola­łaby jed­nak posie­dzieć samot­nie. Życie z Reenem przy­zwy­cza­iło ją do samot­no­ści - jeśli dopu­ścisz kogoś zbyt bli­sko, dasz mu wię­cej moż­li­wo­ści do zdrady.

Nawet po znik­nię­ciu Reena Vin sta­rała się pozo­stać samo­dzielna. Nie chciała odcho­dzić, ale nie czuła rów­nież, że powinna spo­ufa­lić się z pozo­sta­łymi człon­kami szajki. Oni z kolei nie mieli abso­lut­nie nic prze­ciwko temu, by zosta­wić ją w spo­koju. Pozy­cja Vin była nie­pewna, wszel­kie spo­ufa­la­nie się z nią mogło ozna­czać kom­pro­mi­ta­cję przez współ­udział. Jedy­nie Ulef sta­rał się pozo­stać jej przy­ja­cie­lem.

"Jeśli dopu­ścisz kogoś do sie­bie, zdrada będzie cię bolała jesz­cze bar­dziej", szep­tał Reen w jej gło­wie.

Czy Ulef naprawdę był jej przy­ja­cie­lem? Z pew­no­ścią sprze­dałby ją bar­dzo szybko. Wszy­scy człon­ko­wie bandy spo­koj­nie przy­jęli naj­pierw chło­stę, a potem nagłe oca­le­nie Vin, nie wspo­mi­na­jąc nawet o wła­snej zdra­dzie czy odmo­wie pomocy. Zro­bili tylko to, czego się po nich spo­dzie­wała.

- Oca­lały dość dawno nie zawra­cał sobie głowy robotą - rzekł Har­mon, pod­sta­rzały wła­my­wacz o skoł­tu­nio­nej bro­dzie. - Rzadko widy­wano go w Lutha­delu, tylko kilka razy w ciągu ostat­nich paru lat. Wła­ści­wie chyba nie robił nic od...

- To pierw­sza robota?! - zawo­łał Ulef. - Pierw­sza, odkąd uciekł z Cze­lu­ści? Więc to będzie coś spek­ta­ku­lar­nego!

- Mówił ci coś na ten temat, Vin? - zapy­tał Disten. - Vin?

Zama­chał kiku­tem ramie­nia, usi­łu­jąc ścią­gnąć na sie­bie jej uwagę.

- Co? - zapy­tała, pod­no­sząc wzrok. Tro­chę się ogar­nęła po laniu, jakie dostała od Camona, i wresz­cie przy­jęła chu­s­teczkę od Dock­sona, żeby otrzeć krew z twa­rzy. Z siń­cami nie­wiele mogła zro­bić. Cią­gle pul­so­wały bólem. Miała nadzieję, że nie ma niczego zła­ma­nego.

- Kel­sier - powtó­rzył Disten. - Czy powie­dział coś o robo­cie, którą szy­kuje?

Vin pokrę­ciła głową. Spoj­rzała na zakrwa­wioną chu­s­teczkę. Kel­sier i Dock­son ode­szli cał­kiem nie­dawno, obie­cu­jąc, że wrócą, kiedy sobie prze­my­śli to wszystko, co jej powie­dzieli. W ich sło­wach było coś wię­cej - zapro­sze­nie. Cokol­wiek pla­no­wali, zapro­sili ją do udziału.

- Dla­czego wła­śnie cie­bie wybrał na swo­jego twi­xta, Vin? - zapy­tał Ulef. - Czy mówił coś na ten temat?

Wła­śnie tak sądzili - że Kel­sier wybrał ją, by była jego osobą do kon­tak­tów z dru­żyną Camona... Mileva...

Pod­zie­mie Lutha­delu miało dwa obli­cza. Były tam regu­larne ekipy, takie jak dru­żyna Camona. I były grupy... spe­cjalne. Skła­da­jące się z wyjąt­kowo zręcz­nych, wyjąt­kowo zdol­nych lub wyjąt­kowo uta­len­to­wa­nych. Allo­man­tów.

Te dwie strony pół­światka nie mie­szały się ze sobą i zwy­czajni zło­dzieje zosta­wiali w spo­koju tych lep­szych od sie­bie. Cza­sem jed­nak któ­ryś z tych zespo­łów Mgli­stych wynaj­mo­wał zwy­kłych ban­dy­tów, aby odro­bili za nich przy­ziemne zada­nia, i wtedy wybie­rali sobie twi­xta - coś w rodzaju posłańca - który pra­co­wał z obu gru­pami. Stąd przy­pusz­cze­nie Ulefa.

Ludzie z grupy Mileva zauwa­żyli jej nie­chęć i zmie­nili temat na Mgli­stych. Mówili o Allo­man­cji przy­ci­szo­nymi gło­sami, a ona słu­chała z coraz więk­szą nie­pew­no­ścią. Jak mogła być powią­zana z czymś, co wszy­scy ota­czali tak naboż­nym lękiem? Jej Szczę­ście... jej Allo­man­cja... było czymś nie­wiel­kim, czymś, co wyko­rzy­sty­wała, by prze­trwać, ale wła­ści­wie cał­kiem nie­waż­nym.

Jed­nak taka moc... - pomy­ślała, spo­glą­da­jąc na jej rezerwy Szczę­ścia.

- Cie­kawe, co Kel­sier robił przez kilka ostat­nich lat? - zapy­tał Ulef.

Na początku roz­mowy wyda­wał się w jej obec­no­ści nieco skrę­po­wany, ale szybko mu prze­szło. Zdra­dziłby ją, taki jed­nak był ten świa­tek. Żad­nych przy­ja­ciół.

Kel­sier i Dock­son wyda­wali się inni. Zda­wało się, że sobie ufają. Uda­wali? A może byli jedną z tych rzad­kich ekip, które naprawdę nie oba­wiały się zdrady?

Naj­bar­dziej nie­po­ko­jąca w ich zacho­wa­niu była otwar­tość wobec Vin. Wyglą­dało na to, że jej ufali, a nawet akcep­to­wali ją po sto­sun­kowo krót­kim cza­sie. To nie mogło być szczere - nikt nie mógłby prze­żyć w pod­zie­miu, wyko­rzy­stu­jąc taką tak­tykę. Ich przy­ja­zne zacho­wa­nie zbi­jało z tropu.

- Dwa lata - mruk­nął Hrud, zabi­jaka o pła­skiej twa­rzy. - Musiał chyba cały ten czas spę­dzić na pla­no­wa­niu roboty.

- To coś naprawdę wiel­kiego... - wymam­ro­tał Ulef.

- Opo­wiedz mi o nim - szep­nęła Vin.

- O Kel­sie­rze? - zapy­tał Disten.

Ski­nęła głową.

- Na połu­dniu nie mówili o Kel­sie­rze?

Vin zaprze­czyła.

- Był naj­lep­szym przy­wódcą w Lutha­delu - wyja­śnił Ulef. - Legenda, nawet wśród Mgli­stych. Obra­bo­wał kilka naj­bo­gat­szych Wiel­kich Domów w mie­ście.

- I? - zapy­tała Vin.

- Ktoś go zdra­dził - odparł cicho Har­mon.

Oczy­wi­ście, pomy­ślała.

- Kel­siera schwy­tał sam Ostatni Impe­ra­tor - rzekł Ulef. - Wysłał go razem z żoną do Cze­lu­ści Hath­sinu. Ale on uciekł. Uciekł z Cze­lu­ści, Vin! Jedyny, któ­remu się to kie­dy­kol­wiek udało.

- A żona? - zapy­tała Vin.

Ulef spoj­rzał na Har­mona, który pokrę­cił głową.

- Jej się nie udało.

Więc i on kogoś stra­cił. Jak wobec tego może się tak gło­śno śmiać? Tak szcze­rze?

- Wtedy wła­śnie doro­bił się tych blizn - dodał Disten. - Tych na ramio­nach. Doro­bił się ich w Cze­lu­ściach, kiedy wspi­nał się po ścia­nie naje­żo­nej ostrymi skal­nymi wypu­kło­ściami.

Har­mon prych­nął.

- Nie tak. Zabił Inkwi­zy­tora pod­czas ucieczki, stąd ma bli­zny.

- Sły­sza­łem, że wal­czył z jed­nym z potwo­rów, które strzegą Cze­lu­ści - wtrą­cił Ulef. - Wsa­dził mu łapę w pysk i udu­sił od środka. A zęby podra­pały mu ręce.

Disten zmarsz­czył brwi.

- Jak można kogoś udu­sić od środka?

Ulef wzru­szył ramio­nami.

- Tak sły­sza­łem.

- Ten czło­wiek nie jest zwy­czajny - mruk­nął Hrud. - Coś się z nim stało w Cze­lu­ściach, coś złego. Przed­tem nie był Allo­mantą, wie­cie? Wszedł do Cze­lu­ści jako zwy­kły skaa, a teraz... Nie, na pewno jest Mgli­stym, ale nie wiem, czy jesz­cze istotą ludzką. Za dużo łaził we mgle. Nie­któ­rzy powia­dają, że praw­dziwy Kel­sier nie żyje, a to, co ma jego twarz, to... coś innego.

Har­mon znów pokrę­cił głową.

- A to już tylko głu­poty opo­wia­dane przez skaa z plan­ta­cji. Wszy­scy wycho­dzi­li­śmy w cza­sie mgieł.

- Nie w mgły poza mia­stem - upie­rał się Hrud. - Tam są mgielne upiory. Chwy­tają czło­wieka i zabie­rają mu twarz, to pewne jak Ostatni Impe­ra­tor.

Har­mon wywró­cił oczyma.

- Hrud ma rację z jed­nym - rzekł Disten. - To nie jest czło­wiek. Może nie jest też mgiel­nym upio­rem, ale na pewno nie skaa. Sły­sza­łem, że robił różne rze­czy, takie, które tylko "oni" potra­fią. Ci, któ­rzy wycho­dzą nocą. Widzia­łeś, co zro­bił z Camo­nem.

- Zro­dzony z Mgły - wymam­ro­tał Har­mon.

Zro­dzony z Mgły. Vin oczy­wi­ście sły­szała to okre­śle­nie, zanim Kel­sier je przy niej wymó­wił. Któż nie sły­szał? Jed­nak plotki na temat Zro­dzonych z Mgły spra­wiały, że i histo­rie opo­wia­dane o Inkwi­zy­to­rach i Mgli­stych wyda­wały się bar­dziej praw­do­po­dobne. Powia­dano, że Zro­dzeni z Mgły sami byli zwia­stu­nami mgieł, a Ostatni Impe­ra­tor obda­rzył ich wiel­kimi mocami. Jedy­nie naj­wyż­sza szlachta mogła być Zro­dzona z Mgły; powia­dano, że była to tajna sekta mor­der­ców, która mu słu­żyła, wycho­dząca jedy­nie nocami. Reen zawsze jej tłu­ma­czył, że to mit, a Vin uwa­żała, że ma rację.

A Kel­sier mówi, że ja - tak samo jak on - jestem jedną z nich.

Jak mogła być kimś takim? Ona - dziecko pro­sty­tutki? Była nikim. Niczym.

"Ni­gdy nie ufaj czło­wie­kowi, który przy­nosi dobre nowiny", pouczał ją Reen. "To naj­star­szy, ale i naj­ła­twiej­szy spo­sób, żeby kogoś oszu­kać".

Ale ona miała swoje Szczę­ście. Swoją Allo­man­cję. Wciąż czuła zasoby, które dała jej fiolka Kel­siera, i pró­bo­wała swo­ich moż­li­wo­ści na człon­kach grupy. Nie ogra­ni­cza­jąc się już do odro­biny Szczę­ścia na dzień, czuła, że może wywo­ły­wać znacz­nie bar­dziej efek­towne skutki.

Docho­dziła do wnio­sku, że jej poprzedni cel życiowy - nie dać się zabić - był mało inspi­ru­jący. Mogła tak wiele zdzia­łać. Była nie­wol­nicą Reena, potem nie­wol­nicą Camona. Zosta­nie także nie­wol­nicą Kel­siera, jeśli to dopro­wa­dzi ją do wol­no­ści.

Milev spoj­rzał na kie­szon­kowy zega­rek i wstał.

- W porządku, wycho­dzimy.

Pomiesz­cze­nie zaczęło pusto­szeć w ocze­ki­wa­niu na spo­tka­nie z Kel­sie­rem. Vin pozo­stała tam, gdzie była; Kel­sier wyraź­nie dał wszyst­kim do zro­zu­mie­nia, że jest zapro­szona. Przez chwilę sie­działa w mil­cze­niu, czu­jąc się znacz­nie lepiej teraz w pustym pomiesz­cze­niu. Wkrótce zaczęli przy­by­wać pierwsi towa­rzy­sze Kel­siera.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przed­mowa

PRZED­MOWA

"Bądź silny, synu".

Gdzieś w oko­li­cach roku 2001 napi­sa­łem te słowa - pierw­sze słowa opo­wie­ści, któ­rej mia­łem w końcu nadać tytuł Z Mgły Zro­dzony. Książka wyglą­dała wtedy zupeł­nie ina­czej i opi­sy­wała grupę Allo­man­tów, któ­rzy zamie­rzali doko­nać zama­chu i zostać nowymi wład­cami swo­jego kró­le­stwa. Głów­nym boha­te­rem był młody chło­pak, któ­rego rodzina została wymor­do­wana na jego oczach, a który został póź­niej wycho­wany przez ich wroga jako syn i uczeń.

W końcu wyrzu­ci­łem książkę na śmieci, ale poko­cha­łem magię i wiele aspek­tów świata. Kiedy w roku 2003 w końcu sprze­da­łem powieść (Elan­tris), byłem gotów znów spró­bo­wać się zmie­rzyć z tą opo­wie­ścią - i zapre­zen­to­wa­łem zna­jomą histo­rię mojemu redak­to­rowi. Ekipa zło­dziei, nie­śmier­telny cesarz i tajem­nice się­ga­jące tysięcy lat.

Choć Elan­tris było moją wizy­tówką w spo­łecz­no­ści fanów fan­tasy, to dzięki Z Mgły Zro­dzo­nemu zdo­by­łem repu­ta­cję jako pisarz. Aż do teraz jego moder­ni­styczne podej­ście do moty­wów fan­tasy, połą­czone z "twardą magią", która zaczęła defi­nio­wać moją epokę epic­kiej fan­tasy, są zna­kami mojej kariery.

Kiedy pisa­łem to wpro­wa­dze­nie, mój redak­tor spy­tał mnie, czy wiem, dla­czego Z Mgły Zro­dzony tak się dobrze trzyma. Oczy­wi­ście, nie ma jed­nego czyn­nika, który wpływa na jego dłu­go­wiecz­ność. W rze­czy samej, nawet próba pod­ję­cia takiej dys­ku­sji grozi kle­pa­niem samego sie­bie po ple­cach. Jestem dosko­nale świa­domy, że duża część suk­cesu lub porażki pisa­rza zależy od czyn­ni­ków, nad któ­rymi w naj­mniej­szym stop­niu nie panuje. Reklama szep­tana, for­tunne umiej­sco­wie­nie na pół­kach księ­garni, tra­fie­nie we wła­ści­wej chwili w coś, co roz­brzmiewa we wła­ściwy spo­sób. Lep­sze książki od moich nie tra­fiły do czy­tel­ni­ków, i nie była to wina spo­sobu, w jaki je napi­sano. Pierw­szą odpo­wie­dzią na to pyta­nie jest więc naj­pew­niej "łut szczę­ścia".

Muszę jed­nak przy­znać, że mam duszę uczo­nego i nie mogę nie zabrać się za ana­lizę tego, co spra­wia, że Z Mgły Zro­dzony działa, jeśli mogę tak powie­dzieć. Roz­wa­ży­łem kilka kwe­stii.

Pierw­szą jest kom­bi­na­cja, o któ­rej wspo­mnia­łem wcze­śniej. Poszlaki (głów­nie moje zda­nie oraz opi­nie moich przy­ja­ciół i ludzi, z któ­rymi w tam­tym okre­sie roz­ma­wia­łem na kon­wen­tach) wska­zują, że pod koniec lat dzie­więć­dzie­sią­tych i na początku dwu­ty­sięcz­nych poja­wiło się pewne zmę­cze­nie epicką fan­tasy.

Temu tłu­mowi (i sto­jąc na ramio­nach olbrzy­mów) mogłem dostar­czyć fan­tasy, która bawiła się z wcze­śniej­szymi ocze­ki­wa­niami w tym gatunku i nagra­dzała je. Prze­po­wie­dziany boha­ter. Mroczny władca. Natura magii i boha­terstwa. Z Mgły Zro­dzony ma w sobie nieco z nastroju kla­sycz­nej fan­tasy, ale nagra­dza wie­lo­let­nich czy­tel­ni­ków gatunku moty­wami wywró­co­nymi na nice.

Był jed­nak rów­nież bar­dzo popu­larny wśród czy­tel­ni­ków, któ­rzy znali gatu­nek dopiero od nie­dawna. Dla nich wciąż pozo­staje nowa­tor­ska magia i kla­syczna opo­wieść o dora­sta­niu w postaci nauki Vin. To połą­cze­nie - cynizm Kel­siera wobec świata i nawet (zawo­alo­wany) wobec gatunku, połą­czony z zadzi­wie­niem Vin nowym świa­tem, który odna­la­zła - może być naj­waż­niej­szym klu­czem do suk­cesu książki.

Czuję rów­nież, że opu­bli­ko­wa­nie kom­plet­nej histo­rii w jed­nym tomie było miłą odmianą dla tych z nas, któ­rzy (mimo miło­ści do dłu­gich cykli) czuli się nieco prze­cią­żeni wszyst­kimi sza­cow­nymi, publi­ko­wa­nymi przez wiele lat potęż­nymi seriami fan­tasy, które domi­no­wały na rynku. Jedną z naj­częst­szych uwag, jakie sły­szę, jest to, że Z Mgły Zro­dzony bar­dzo dobrze spraw­dza się jako poje­dyn­cza książka i że try­lo­gia ze swej strony jest kom­pletna, spójna i potężna. Ukoń­czone dzieło sztuki ma coś w sobie.

W końcu, przy­czyną dłu­go­wiecz­no­ści Z Mgły Zro­dzo­nego są... cóż, czy­tel­nicy. Pod­chwy­cili ten cykl i naprawdę prze­jęli ini­cja­tywę. Wciąż pamię­tam, kiedy po raz pierw­szy zoba­czy­łem stwo­rzony przez fana mgielny płaszcz na pod­pi­sy­wa­niu. Wszy­scy ucze­pi­li­ście się tej książki z entu­zja­zmem, który aż do dziś mnie zaska­kuje i zmu­sza do pokory.

Dzię­kuję za dzie­sięć lat pasji. Dzie­sięć lat Odpy­cha­nia, Przy­cią­ga­nia i tajem­nic. Dzie­sięć lat Z Mgły Zro­dzo­nego.

Z mgły zro­dzony

Pro­log

PRO­LOG

Z nieba sypał się popiół.

Lord Tre­sting zmarsz­czył brwi, pod­no­sząc wzrok na ciemne, połu­dniowe niebo, pod­czas gdy jego słu­żący pośpie­szyli z para­so­lem, by osło­nić nim lorda i jego dostoj­nego gościa. Popiół lecący z nieba nie był aż tak nie­zwy­kłym zja­wi­skiem w Ostat­nim Impe­rium, ale Tre­sting miał nadzieję, że unik­nie czar­nych plam sadzy na swej nowej kami­zelce i czer­wo­nej kurtce, które wła­śnie przy­były barką aż z Lutha­delu. Na szczę­ście, nie było wia­tru - para­sol powi­nien wystar­czyć.

Tre­sting i jego gość stali na patio, znaj­du­ją­cym się na nie­wiel­kim wzgórku ponad polami. W opa­da­ją­cym popiele pra­co­wały setki ludzi, odzia­nych w bru­natne kaftany, usi­łu­jąc ochro­nić zbiory. Ich ruchy były leniwe i powolne, ale oczy­wi­ście to nor­malne u skaa. Chłopi byli nie­ru­chawą, nie­pro­duk­tywną bandą. Ni­gdy się nie skar­żyli, wie­dzieli, że im się to nie opłaca. Po pro­stu pra­co­wali, zgar­bieni, krzą­ta­jąc się cicho i apa­tycz­nie. Świsz­czący obok pejcz eko­noma na chwilę budził ich do żyw­szych dzia­łań, ale skoro tylko nad­zorca prze­szedł, wra­cali do poprzed­niego leni­wego tempa.

- Ktoś mógłby pomy­śleć, że tysiąc lat pracy w polu wystar­czy, by nabrali choć tro­chę wprawy - powie­dział Tre­sting do męż­czy­zny, sto­ją­cego obok niego.

Obli­ga­tor spoj­rzał na niego i uniósł brew. Ten gry­mas pod­kre­ślił jego naj­bar­dziej wyra­zi­sty rys twa­rzy - skom­pli­ko­wane tatu­aże, które drobną koronką oka­lały oczy. Tatu­aże były roz­le­głe, roz­cho­dziły się od czoła i obej­mo­wały oba policzki. Był peł­nym pre­la­nem - naprawdę waż­nym obli­ga­to­rem. Tre­sting miał w posia­dło­ści wła­snych, oso­bi­stych obli­ga­to­rów, ale byli to jedy­nie pośledni funk­cjo­na­riu­sze, z małą liczbą zna­ków wokół oczu. Ten czło­wiek przy­pły­nął z Lutha­del na tej samej barce, którą przy­był nowy strój Tre­stinga.

- Powi­nie­neś widzieć skaa z mia­sta, Tre­sting - odparł obli­ga­tor, spo­glą­da­jąc znowu na robot­ni­ków skaa. - Ci są cał­kiem pilni, w porów­na­niu z ich braćmi z Lutha­delu. Masz nad nimi bar­dziej... bez­po­śred­nią kon­trolę. Jak oce­niasz, ilu tra­cisz mie­sięcz­nie?

- Och, pół tuzina, albo tro­chę wię­cej - odparł Tre­sting. - Część umiera po chło­ście, część z wyczer­pa­nia.

- Ucieczki?

- Ni­gdy! - odparł Tre­sting. - Kiedy odzie­dzi­czy­łem zie­mię po ojcu, mia­łem kilka ucie­czek, ale zli­kwi­do­wa­łem rodziny ucie­ki­nie­rów. Pozo­sta­łym szybko prze­szła ochota. Ni­gdy nie rozumia­łem ludzi, któ­rzy mieli pro­blemy ze swo­imi skaa... uwa­żam, że te istoty łatwo kon­tro­lo­wać, jeśli okaże się odpo­wied­nią sta­now­czość.

Obli­ga­tor ski­nął głową i stał w mil­cze­niu, spo­wity szarą szatą. Wyda­wał się zado­wo­lony - bar­dzo dobrze. Skaa nie byli tak naprawdę wła­sno­ścią Tre­stinga. Podob­nie jak wszy­scy inni skaa, nale­żeli do Ostat­niego Impe­ra­tora. Tre­sting jedy­nie wypo­ży­czał pra­cow­ni­ków od swego Boga, tak samo, jak pła­cił za usługi swych obli­ga­to­rów.

Obli­ga­tor zer­k­nął w dół, spraw­dza­jąc czas na kie­szon­ko­wym zegarku, po czym spoj­rzał na słońce. Pomimo desz­czu popiołu słońce jasno świe­ciło na nie­bie, wyzie­ra­jąc jaskra­wo­czer­woną tar­czą zza dym­nej ciem­no­ści nieba. Tre­sting wyjął chu­s­teczkę i otarł czoło, wdzięczny za cień para­sola, osła­nia­jący go przed połu­dnio­wym upa­łem.

- Dosko­nale, Tre­sting - rzekł obli­ga­tor. - Prze­każę twoją pro­po­zy­cję lor­dowi Ven­ture, tak jak sobie tego życzysz. Dosta­nie ode mnie przy­chylne spra­woz­da­nie z two­ich dzia­łań.

Tre­sting poha­mo­wał wes­tchnie­nie ulgi. Obli­ga­tor był obo­wiąz­ko­wym świad­kiem w każ­dej trans­ak­cji i przy zawie­ra­niu umów przez szlachtę. Oczy­wi­ście, świad­kami mogli być pośled­niejsi obli­ga­to­rzy, tacy, jakich zatrud­niał Tre­sting, ale wywar­cie wra­że­nia na oso­bi­stym obli­ga­to­rze Straffa Ven­ture zna­czyło o wiele wię­cej.

Obli­ga­tor spoj­rzał na niego.

- Dziś po połu­dniu wra­cam kana­łem.

- Tak szybko? - zapy­tał Tre­sting. - Nie zosta­niesz na kola­cji?

- Nie - odrzekł obli­ga­tor. - Choć jest jesz­cze jedna sprawa, którą chciał­bym z tobą prze­dys­ku­to­wać. Nie przy­by­łem tylko na żąda­nie lorda Ven­ture, lecz rów­nież, aby... przyj­rzeć się pew­nym kwe­stiom z ramie­nia Kan­tonu Inkwi­zy­cji. Krążą plotki, że lubisz zaba­wiać się z kobie­tami skaa.

Tre­stin­gowi prze­szły po ple­cach ciarki.

Obli­ga­tor uśmiech­nął się; pró­bo­wał być roz­bra­ja­jący, ale robił raczej upiorne wra­że­nie.

- Nie wpa­daj w prze­ra­że­nie, Tre­sting - odrzekł. - Gdyby twoje zacho­wa­nie rze­czy­wi­ście dawało powody do nie­po­koju, zamiast mnie byłby tu teraz Sta­lowy Inkwi­zy­tor.

Tre­sting powoli ski­nął głową. Inkwi­zy­tor. Ni­gdy do tej pory nie widział tych nie­ludz­kich istot, ale sły­szał... opo­wie­ści.

- Zosta­łem usa­tys­fak­cjo­no­wany w kwe­stii two­ich rela­cji z kobie­tami skaa - rzekł obli­ga­tor, spo­glą­da­jąc znów na pola. - Z tego, co widzia­łem i sły­sza­łem, zawsze po sobie sprzą­tasz. Taki czło­wiek, jak ty - sprawny, pro­duk­tywny - mógłby w Lutha­del zajść daleko. Jesz­cze kilka lat pracy, parę dobrych inte­re­sów i kto wie?

Obli­ga­tor odwró­cił się, a Tre­sting poczuł, że się uśmie­cha. Nie była to obiet­nica, nawet wyraz apro­baty - obli­ga­to­rzy w więk­szo­ści byli bar­dziej biu­ro­kra­tami i świad­kami niż duchow­nymi - ale usły­szeć taką pochwałę z ust jed­nego z oso­bi­stych sług Ostat­niego Impe­ra­tora... Tre­sting wie­dział, że część szlachty uwa­żała obli­ga­to­rów za nie­po­ko­jące istoty - nie­któ­rzy wręcz czuli w ich obec­no­ści zakło­po­ta­nie - ale w tym momen­cie Tre­sting mógłby nawet uca­ło­wać dostoj­nego gościa.

Odwró­cił się w stronę skaa, któ­rzy spo­koj­nie pra­co­wali pod krwa­wym bla­skiem słońca i leni­wie opa­da­ją­cymi płat­kami popiołu. Tre­sting zawsze był szlach­ci­cem zaścian­ko­wym, żyją­cym spo­koj­nie na plan­ta­cji, cza­sem marzą­cym o prze­pro­wadzce do Lutha­delu. Sły­szał o balach i rau­tach, o prze­py­chu i intry­gach, i nie­zmier­nie go to eks­cy­to­wało.

Muszę to dzi­siaj uczcić, pomy­ślał. W czter­na­stych czwo­ra­kach była dziew­czyna, którą miał na oku już od kilku dni...

Uśmiech­nął się znowu. Jesz­cze kilka lat pracy, tak powie­dział obli­ga­tor. Ale może Tre­sting zdoła to przy­śpie­szyć, jeśli będzie pra­co­wać choć tro­chę pil­niej? Popu­la­cja jego skaa roz­ro­sła się ostat­nio. Może gdyby ich nieco moc­niej przy­ci­snął, zdo­łałby tego lata mieć więk­sze zbiory i z nawiązką wypeł­nić umowę, jaką zawarł z lor­dem Ven­ture.

Ski­nął głową i objął wzro­kiem tłum leni­wych skaa. Nie­któ­rzy pra­co­wali moty­kami, inni na czwo­ra­kach, wyłu­sku­jąc deli­katne kiełki spod war­stwy popiołu. Nie skar­żyli się. Nie mieli nadziei. Zale­d­wie ośmie­lali się myśleć. Tak wła­śnie być powinno, byli bowiem skaa. Byli...

Zamarł, gdyż jeden ze skaa nagle uniósł głowę. Męż­czy­zna spoj­rzał wprost w oczy Tre­stinga, z iskrą - nie, pło­mie­niem buty - na twa­rzy. Tre­sting ni­gdy nie widział podob­nego wyrazu, przy­naj­mniej nie na obli­czu skaa. Cof­nął się odru­chowo, prze­szedł go dreszcz, bo ten dziwny skaa o pro­stym grzbie­cie na­dal wpa­try­wał się w jego oczy.

I uśmie­chał się.

Tre­sting odwró­cił wzrok.

- Kur­don! - wark­nął.

Potężny, krępy eko­nom pod­biegł do niego po zbo­czu.

- Tak, panie?

Tre­sting obró­cił się, wska­zu­jąc na...

Zmarsz­czył brwi. Gdzież stał ten skaa? Byli tacy podobni do sie­bie, z pochy­lo­nymi gło­wami, cia­łami pokry­tymi sadzą i popio­łem. Tre­sting zawa­hał się, szu­ka­jąc wzro­kiem. Wyda­wało mu się, że poznał to miej­sce... puste miej­sce, gdzie teraz nie było nikogo. Ale nie. To nie­moż­liwe. Ten czło­wiek nie mógł tak szybko ulot­nić się ze środka grupy. Dokąd mógł pójść? Prze­cież musi gdzieś tutaj być i pra­co­wać ze schy­loną głową, jak należy. Ale i tak ten moment pozor­nej buty był nie­wy­ba­czalny.

- Panie? - raz jesz­cze zagad­nął Kur­don.

Obli­ga­tor stał z boku, obser­wu­jąc ich z zain­te­re­so­wa­niem. Nie byłoby dobrze, gdyby ten czło­wiek się dowie­dział, że jeden ze skaa zacho­wał się tak bez­czel­nie.

- Przy­ci­śnij tro­chę moc­niej skaa na połu­dnio­wym odcinku - roz­ka­zał Tre­sting, poka­zu­jąc pal­cem. - Są śla­ma­zarni, nawet jak na skaa. Spuść któ­re­muś lanie.

Kur­don wzru­szył ramio­nami, ale ski­nął głową. Wła­ści­wie nie było powodu do chło­sty... ale kto potrze­buje powodu, żeby przy­łoić robot­ni­kom?

W końcu to tylko skaa.

***

Kel­sier sły­szał różne opo­wie­ści.

Sły­szał szepty o cza­sach, kiedy - dawno, dawno temu - słońce nie było czer­wone. Niebo nie było wtedy prze­sło­nięte popio­łem i dymem, rośliny nie musiały wal­czyć o życie, a skaa nie byli nie­wol­ni­kami. W cza­sach przed Ostat­nim Impe­ra­to­rem. Jed­nak te czasy wła­ści­wie ule­gły już zapo­mnie­niu. Nawet legendy prze­stały być wia­ry­godne.

Kel­sier obser­wo­wał słońce, wodząc wzro­kiem za gigan­tyczną czer­woną tar­czą, która peł­zła powoli w stronę zachod­niego hory­zontu. Przez chwilę stał w mil­cze­niu, sam na pustym polu. Dzień pracy dobiegł końca. Skaa zostali zapę­dzeni z powro­tem do bara­ków. Wkrótce nad­cią­gną mgły.

Wresz­cie Kel­sier wes­tchnął, po czym odwró­cił się, by wąskimi mie­dzami i ścież­kami prze­ci­snąć się pomię­dzy ogrom­nymi hał­dami popiołu. Sta­rał się nie roz­dep­ty­wać roślin, choć nawet nie wie­dział dla­czego. Zasiew był nie­wart uwagi. Wątłe kiełki o zwięd­nię­tych liściach wyda­wały się rów­nie przy­gnę­bione jak ludzie, któ­rzy je pie­lę­gno­wali.

Chaty skaa wzno­siły się ciem­nymi pla­mami w gasną­cym świe­tle. Kel­sier widział już pierw­sze two­rzące się smugi mgły, wiszące w powie­trzu i nada­jące bry­ło­wa­tym budyn­kom odre­al­niony, nie­ma­te­rialny wygląd. Chat nie strze­żono - nie było takiej potrzeby, gdyż żaden skaa nie odwa­żyłby się wychy­nąć na zewnątrz po nadej­ściu zmroku. Zbyt­nio oba­wiali się mgieł.

Kie­dyś będę musiał ich z tego wyle­czyć, pomy­ślał Kel­sier, zbli­ża­jąc się do jed­nego z więk­szych budyn­ków. Ale wszystko w swoim cza­sie.

Pchnął drzwi i wśli­znął się do środka.

Roz­mowy urwały się natych­miast. Kel­sier zamknął drzwi, po czym odwró­cił się z uśmie­chem. W sali znaj­do­wało się około trzy­dzie­stu skaa. W pale­ni­sku pośrodku pomiesz­cze­nia pło­nął mizerny ogień, a sto­jący obok kocioł był wypeł­niony wodą z pły­wa­jącą w niej gar­ścią warzyw - zalą­żek wie­czor­nego posiłku. Zupa natu­ral­nie będzie jałowa, ale pach­niała kusząco.

- Dobry wie­czór wszyst­kim - rzekł Kel­sier z uśmie­chem, sta­wia­jąc swoje brze­mię przy nodze i opie­ra­jąc się o drzwi. - Jak minął dzień?

Jego słowa prze­rwały mil­cze­nie, a kobiety wró­ciły do przy­go­to­wy­wa­nia kola­cji. Grupa męż­czyzn, sie­dząca wokół pry­mi­tyw­nie skle­co­nego stołu, przy­glą­dała mu się jed­nak z nie­za­do­wo­lo­nym wyra­zem twa­rzy.

- Nasz dzień był wypeł­niony pracą, wędrow­cze - rzekł Tep­per, jeden ze star­szych skaa. - Tobie udało się tego unik­nąć.

- Praca w polu ni­gdy mnie nie pasjo­no­wała - odparł Kel­sier. - Jest zbyt ciężka dla mojej deli­kat­nej skóry.

Uśmiech­nął się, wycią­ga­jąc przed sie­bie ręce pokryte war­stwami wąskich blizn. Pokry­wały one całą skórę, bie­gnąc wzdłuż, jakby jakaś bestia darła ją szpo­nami w górę i w dół.

Tep­per prych­nął. Był młody jak na członka star­szy­zny, zale­d­wie dobie­gał czter­dziestki - mógł być naj­wy­żej pięć lat star­szy od Kel­siera. Jed­nak ten obdarty czło­wiek wyglą­dał na kogoś, kto lubi mieć ostat­nie słowo.

- Nie czas na żarty - odparł z powagą Tep­per. - Kiedy przyj­mu­jemy wędrowca, ocze­ku­jemy, że będzie się god­nie zacho­wy­wał i nie ścią­gnie na nas podej­rzeń. Dzi­siaj rano ucie­kłeś z pola, a to mogło skoń­czyć się chło­stą dla pra­cu­ją­cych wokół cie­bie ludzi.

- To prawda - rzekł Kel­sier. - Ale mogli obe­rwać batem także i za to, że sta­nęli w nie­wła­ści­wym miej­scu, że zbyt długo się ocią­gali, czy też za zaka­sła­nie, kiedy eko­nom prze­cho­dził obok. Kie­dyś widzia­łem, jak czło­wiek został wychło­stany, ponie­waż jego pan utrzy­my­wał, że "nie­wła­ści­wie mru­gnął".

Tep­per usiadł, mru­żąc oczy, sztywno jak drąg i z nie­ustę­pli­wym wyra­zem twa­rzy oparł przed­ra­miona na stole.

Kel­sier wes­tchnął i wywró­cił oczyma.

- Dobrze, jeśli chce­cie, to sobie pójdę. Już mnie nie ma.

Zarzu­cił worek na ramię i non­sza­lancko otwo­rzył drzwi.

Przez szcze­linę natych­miast zaczęła wsą­czać się mgła, uno­sząc się leni­wie wokół Kel­siera, zbie­ra­jąc się na pod­ło­dze i peł­znąc przez kurz jak nie­śmiałe zwie­rzę. Kilka osób krzyk­nęło ze stra­chu, choć więk­szość była zbyt oszo­ło­miona, by wydać z sie­bie głos. Kel­sier stał przez chwilę nie­ru­chomo, spo­glą­da­jąc na mroczne smugi mgły, wijące się powoli wokół pale­ni­ska.

- Zamknij drzwi. - Słowa Tep­pera brzmiały jak bła­ga­nie, a nie jak roz­kaz.

Kel­sier speł­nił żąda­nie, pchnął drzwi i odciął stru­mień bia­łej mgły.

- Mgła nie jest tym, co sądzisz. Za bar­dzo się jej boicie.

- Ludzie, któ­rzy pogrą­żają się we mgle, tracą dusze - szep­nęła kobieta.

Jej słowa obu­dziły wąt­pli­wość. Czy Kel­sier wędro­wał we mgle? A jeśli tak, to co się stało z jego duszą?

Gdy­byś tylko wie­działa, pomy­ślał Kel­sier.

- Cóż, jeśli dobrze rozu­miem, zostaję. - Ski­nął ręką na chło­paka, żeby przy­niósł mu sto­łek. - I bar­dzo dobrze... szkoda by było, żebym poszedł, nie dzie­ląc się z wami tym, co wiem.

Nie­je­den z obec­nych oży­wił się na te słowa. Była to praw­dziwa przy­czyna, dla któ­rej jesz­cze go tole­ro­wali - przy­czyna, dla któ­rej nawet zahu­kani wie­śniacy przy­gar­nęli takiego czło­wieka jak Kel­sier. Był skaa, który igrał z wolą Ostat­niego Impe­ra­tora, podró­żu­jąc od plan­ta­cji do plan­ta­cji. Może i był rene­ga­tem, zagro­że­niem dla całej spo­łecz­no­ści, ale przy­wo­ził wie­ści ze świata.

- Przy­by­wam z pół­nocy - oznaj­mił Kel­sier. - Z ziem, gdzie dotyk Ostat­niego Impe­ra­tora jest mniej zauwa­żalny.

Mówił czy­stym, wyraź­nym gło­sem, a ludzie, nie prze­ry­wa­jąc zajęć, pod­świa­do­mie pochy­lali się ku niemu. Naza­jutrz plotki przy­nie­sione przez Kel­siera zostaną prze­ka­zane kil­ku­set oso­bom miesz­ka­ją­cym w innych bara­kach. Skaa byli poni­żani i pokorni, ale plot­ko­wali bez opa­mię­ta­nia.

- Na zacho­dzie panują lokalni lor­do­wie - mówił Kel­sier - i żyją z dala od żela­znej pię­ści Ostat­niego Impe­ra­tora i jego obli­ga­to­rów. Nie­któ­rzy z tych dale­kich szlach­ci­ców stwier­dzili, że szczę­śliwi skaa pra­cują lepiej niż źle trak­to­wani. Jeden z nich, lord Renoux, zażą­dał nawet, by jego eko­no­mo­wie zaprze­stali chłost bez zezwo­le­nia. Cho­dzą słu­chy, że roz­waża wypła­ca­nie wyna­gro­dze­nia swoim skaa z plan­ta­cji, i to takiego, jakie mie­wają rze­mieśl­nicy z mia­sta.

- Non­sens - mruk­nął Tep­per.

- Prze­pra­szam - odparł Kel­sier. - Nie wpadł­bym na to, że kum Tep­per ostat­nio był w posia­dło­ści lorda Renoux. Kiedy jadłeś z nim kola­cję, czy powie­dział ci o czymś, o czym nie powie­dział mnie?

Tep­per oblał się rumień­cem. Skaa nie podró­żo­wali, a już z całą pew­no­ścią nie jadali przy jed­nym stole z lor­dami.

- Uwa­żasz mnie za głupca, wędrow­cze - rzekł Tep­per. - Ale ja wiem, co robisz. Jesteś tym, któ­rego nazy­wają Oca­la­łym, zdra­dzają cię bli­zny na ramio­nach. Jesteś też mąci­wodą. Wędru­jesz od plan­ta­cji do plan­ta­cji, wznie­casz nie­za­do­wo­le­nie. Zja­dasz naszą żyw­ność, opo­wia­dasz wiel­kie histo­rie i kłam­stwa, potem zni­kasz i zosta­wiasz takich ludzi jak ja, by radzili sobie z fał­szy­wymi nadzie­jami, jakie wzbu­dzi­łeś w naszych dzie­ciach.

Kel­sier uniósł brew.

- Spo­koj­nie, kumie Tep­per - rzekł. - Twoje obawy są cał­ko­wi­cie bez­pod­stawne. Nie mam naj­mniej­szego zamiaru zja­dać waszej żyw­no­ści, przy­nio­słem wła­sną.

Z tymi słowy Kel­sier się­gnął i rzu­cił worek na zie­mię przed sto­łem Tep­pera. Luźno zawią­zana torba prze­chy­liła się. Wysy­pała się z niej żyw­ność. Chleb, owoce, nawet kilka gru­bych wędzo­nych kieł­bas.

Nek­ta­ryna poto­czyła się po twar­dym kle­pi­sku i odbiła lekko od stopy Tep­pera. Nie­młody już skaa spoj­rzał na owoc ze zdu­mie­niem.

- To jedze­nie szlachty!

Kel­sier prych­nął.

- Jak na czło­wieka o takim pre­stiżu i geście, wasz lord Tre­sting ma zasta­na­wia­jąco kiep­ski gust. Jego spi­żar­nia to kom­pro­mi­ta­cja dla tak wspa­nia­łej pose­sji.

Tep­per pobladł.

- To tam się wybra­łeś dzi­siaj - szep­nął. - Posze­dłeś do zamku... Okra­dłeś pana!

- Istot­nie - zgo­dził się Kel­sier. - Mogę jesz­cze dodać, że o ile gusta kuli­narne waszego pana są żało­sne, jego talent w dobo­rze żoł­nie­rzy robi znacz­nie więk­sze wra­że­nie. Wśliź­nię­cie się do jego domu w biały dzień było nie lada wyzwa­niem.

Tep­per wciąż gapił się na worek z żyw­no­ścią.

- Jeśli eko­nom to tutaj znaj­dzie...

- Więc zrób­cie coś, żeby nie zna­lazł - odparł Kel­sier. - Jestem prze­ko­nany, że to sma­kuje o wiele lepiej niż roz­wod­niona jarzy­nówka.

Dwa tuziny par wygłod­nia­łych oczu poże­rały wzro­kiem żyw­ność. Jeśli nawet Tep­per szy­ko­wał kolejne argu­menty, nie uczy­nił tego dość szybko, bo chwila mil­cze­nia została natych­miast uznana za przy­zwo­le­nie. W ciągu kilku minut spraw­dzono i podzie­lono zawar­tość worka, a gar­nek zupy bul­go­tał w zapo­mnie­niu, pod­czas, kiedy skaa spo­ży­wali znacz­nie bar­dziej egzo­tyczny posi­łek.

Kel­sier roz­siadł się wygod­nie, opie­ra­jąc się o drew­nianą ścianę chaty i obser­wu­jąc, jak ludzie rzu­cają się na jedze­nie. Mówił szcze­rze - to, co zna­lazł w spi­żarni, było żało­śnie przy­ziemne. Ci ludzie jed­nak od naj­młod­szych lat żywili się tylko zupą i kaszą. Dla nich chleb i owoce były rzad­kimi przy­sma­kami - zwy­kle kosz­to­wali ich jedy­nie w postaci nie­świe­żych resz­tek, przy­no­szo­nych przez służbę domową.

- Nie pozwo­lono ci dokoń­czyć opo­wie­ści, młody czło­wieku - zauwa­żył nie­młody już skaa i przy­kuś­ty­kał do Kel­siera, by zająć miej­sce na stołku obok.

- Och, podej­rze­wam, że póź­niej będzie jesz­cze na to czas - odrzekł Kel­sier . - Kiedy już wszyst­kie dowody mojej kra­dzieży zostaną doszczęt­nie spo­żyte. Nie chcesz skosz­to­wać?

- Nie potrze­buję - odparł sta­rzec. - Kiedy ostat­nio pró­bo­wa­łem pań­skiego jedze­nia, żołą­dek bolał mnie przez trzy dni. Nowe smaki są jak nowe idee, mło­dzień­cze - im jesteś star­szy, tym trud­niej je stra­wić.

Kel­sier się zawa­hał. Sta­ru­szek nie wyda­wał się silny. Jego pomarsz­czona twarz i łysa czaszka spra­wiały, że wyglą­dał raczej na sła­be­usza, niż na mędrca. A jed­nak musiał być sil­niej­szy, niż wska­zy­wały na to pozory; mała część skaa z plan­ta­cji doży­wała tego wieku. Wielu panów nie pozwa­lało star­com pozo­sta­wać w domu w ciągu dnia pracy, a czę­ste chło­sty zbie­rały wśród wie­ko­wych skaa ponure żniwo.

- Jak się nazy­wasz? - zapy­tał Kel­sier.

- Men­nis.

Kel­sier znów spoj­rzał na Tep­pera.

- A więc, kumie Men­nis, powiedz mi, dla­czego pozwa­lasz, by to on był przy­wódcą?

Men­nis wzru­szył ramio­nami.

- Kiedy doży­wasz moich lat, sta­jesz się bar­dzo ostrożny z mar­no­tra­wie­niem ener­gii. Nie­które bitwy nie są po pro­stu warte tego, by w nich wal­czyć. - Men­nis spoj­rzał zna­cząco. Mówił o spra­wach waż­niej­szych niż jego zma­ga­nia z Tep­pe­rem.

- Więc to cię zado­wala? - zapy­tał Kel­sier, wska­zu­jąc ruchem głowy chatę i jej prze­pra­co­wa­nych, wygło­dzo­nych miesz­kań­ców. - Jesteś zado­wo­lony z życia peł­nego chło­sty i nie­koń­czą­cej się harówki?

- Przy­naj­mniej jakoś żyję - odparł Men­nis. - Wiem, jakie szanse dają nie­za­do­wo­le­nie i bunt. Oko Ostat­niego Impe­ra­tora i gniew Sta­lo­wego Zakonu mogą oka­zać się strasz­niej­sze niż kilka chłost. Ludzie tacy jak ty mówią o zmia­nach, ale ja się zasta­na­wiam. Czy to jest bitwa, do któ­rej rze­czy­wi­ście możemy sta­nąć?

- Już wal­czy­cie, kumie Men­nis. Tyle tylko, że na razie pono­si­cie sro­motną klę­skę. - Kel­sier wzru­szył ramio­nami. - Zresztą, co ja wiem? Jestem tylko wędrow­nym mąci­cie­lem, zja­dam wasze jedze­nie i mie­szam w gło­wach mło­dzieży.

Men­nis pokrę­cił głową.

- Żar­tu­jesz sobie, ale Tep­per może mieć rację. Oba­wiam się, że twoja wizyta spro­wa­dzi na nas nie­szczę­ście.

Kel­sier się uśmiech­nął.

- Dla­tego nie zaprze­czy­łem. Przy­naj­mniej w kwe­stii mąci­wody. - Urwał, po czym uśmiech­nął się sze­rzej. - Wła­ści­wie to były jedyne praw­dziwe słowa, jakie Tep­per wypo­wie­dział od chwili, kiedy tu wsze­dłem.

- Jak ty to robisz? - zapy­tał Men­nis, marsz­cząc brwi.

- Co?

- Cią­gle się uśmie­chasz.

- Och, jestem szczę­śli­wym czło­wie­kiem.

Men­nis spoj­rzał na dło­nie Kel­siera.

- Wiesz, takie bli­zny widzia­łem tylko u jed­nej osoby - i ta osoba nie żyła. Ciało zwró­cono lor­dowi Tre­stin­gowi jako dowód, że kara została wyko­nana. - Men­nis spoj­rzał na Kel­siera. - Ten ktoś został przy­ła­pany na pod­że­ga­niu do rebe­lii. Tre­sting wysłał go do Cze­lu­ści Hath­sin, gdzie pra­co­wał do śmierci. Chło­pak nie wytrzy­mał nawet mie­siąca.

Kel­sier spoj­rzał na swoje dło­nie i przed­ra­miona. Wciąż jesz­cze cza­sem go paliły, choć był pewien, że ten ból ist­niał tylko w jego umy­śle. Pod­niósł wzrok na Men­nisa i znów się uśmiech­nął.

- Zapy­tasz zaraz, czemu się uśmie­cham, kumie Men­nis? Cóż, Ostatni Impe­ra­tor myśli, że zagar­nął na wła­sność całą radość i śmiech. Nie mam ochoty mu na to pozwa­lać. To jedyna bitwa, któ­rej sto­cze­nie nie wymaga wiel­kiego wysiłku.

Men­nis wytrzesz­czył oczy na Kel­siera i ten przez chwilę spo­dzie­wał się, że sta­rzec odpo­wie uśmie­chem. W końcu jed­nak Men­nis pokrę­cił głową.

- Nie wiem, po pro­stu nie...

Prze­rwał mu krzyk. Docho­dził z zewnątrz, może z pół­nocy, choć mgły znie­kształ­cały dźwięki. Ludzie w cha­cie zamil­kli, wsłu­chu­jąc się w odle­głe, piskliwe krzyki. Pomimo odle­gło­ści i mgły Kel­sier wyczu­wał zawarte w nich cier­pie­nie.

Kel­sier spa­lił cynę.

Teraz, po latach ćwi­czeń, było to pro­ste. Cyna spo­czy­wała w jego żołądku, połknięta wcze­śniej, wraz z innymi allo­man­tycz­nymi meta­lami, cze­ka­ją­cymi, by zaczerp­nął z nich siłę. Się­gnął umy­słem do wnę­trza i dotknął cyny, czer­piąc moc, któ­rej do końca nie poj­mo­wał. Cyna ożyła z bły­skiem, paląc go w żołądku jak gorący, zbyt szybko połknięty napój.

Allo­man­tyczne moce wez­brały w jego ciele, wyostrza­jąc zmy­sły. Ota­cza­jące go pomiesz­cze­nie nabrało wyra­zi­sto­ści, blade pale­ni­sko zabły­sło ośle­pia­jąco jasno. Wyczu­wał słoje drewna stołka, na któ­rym sie­dział. Wciąż czuł w ustach smak bochenka chleba, zje­dzo­nego wiele godzin temu. A co naj­waż­niej­sze, jego nad­na­tu­ralny słuch wychwy­ty­wał krzyki. Krzy­czały dwie osoby. Jedna była star­szą kobietą, druga młodą dziew­czyną, pra­wie dziec­kiem. Młod­szy głos odda­lał się z każdą chwilą.

- Biedna Jess - ode­zwała się jedna z kobiet w izbie, a jej słowa zagrzmiały w wyczu­lo­nych uszach Kel­siera jak grom. - To jej dziecko było prze­kleń­stwem. Kobiety skaa nie powinny mieć ład­nych dzieci.

Tep­per ski­nął głową.

- Lord Tre­sting posłałby po nią wcze­śniej czy póź­niej. Wszy­scy o tym wie­dzie­li­śmy. Jess też.

- Ale to i tak wstyd - rzekł inny męż­czy­zna.

Krzyki roz­brzmie­wały dalej. Paląc cynę, Kel­sier był w sta­nie dokład­nie okre­ślić odle­głość. Głos odda­lał się w kie­runku posia­dło­ści lorda. Odgłos coś w nim prze­ła­mał, poczuł, że jego twarz zalewa pło­mień gniewu.

Obej­rzał się.

- Czy lord Tre­sting kie­dy­kol­wiek uwal­nia dziew­częta, kiedy już się nimi nasyci?

Stary Men­nis pokrę­cił głową.

- Lord Tre­sting prze­strzega prawa, zabija dziew­częta po kilku tygo­dniach. Nie chce ścią­gnąć na sie­bie uwagi Inkwi­zy­to­rów.

Taki był roz­kaz Ostat­niego Impe­ra­tora. Nie mógł sobie pozwo­lić na hasa­jące swo­bod­nie bękarty - bękarty, które mogłyby posia­dać umie­jęt­no­ści, o jakich zwy­kły skaa nie miał nawet prawa wie­dzieć...

Krzyki uci­chły w oddali, ale gniew Kel­siera nara­stał. Przy­po­mniały mu się inne krzyki. Głosy kobiety z prze­szło­ści. Wstał gwał­tow­nie, prze­wra­ca­jąc sto­łek.

- Ostroż­nie, chłop­cze - powie­dział Men­nis. - Pamię­taj o tym, co ci mówi­łem na temat mar­no­wa­nia ener­gii. Nie wznie­cisz rebe­lii, jeśli dasz się dzi­siaj zabić.

Kel­sier spoj­rzał na starca, a potem zmu­sił się do uśmie­chu, igno­ru­jąc krzyki i ból.

- Nie jestem tutaj po to, by popro­wa­dzić waszą rebe­lię, kumie Men­nis. Chcę tylko tro­chę pomą­cić wodę.

- A co to da?

Kel­sier uśmiech­nął się sze­rzej.

- Nad­cho­dzą nowe dni. Pożyj jesz­cze tro­chę, a może zoba­czysz wiel­kie wyda­rze­nia, jakie nastą­pią w Ostat­nim Impe­rium. Wszyst­kim skła­dam wiel­kie dzięki za gościn­ność.

Pchnął drzwi i wyszedł w mgłę.

***

Men­nis leżał bez snu aż do wcze­snych godzin ran­nych. Wyda­wało mu się, że im jest star­szy, tym gorzej zasy­pia. Działo się to szcze­gól­nie wtedy, kiedy coś go gnę­biło, tak jak to, że wędro­wiec nie wró­cił do chaty.

Men­nis miał nadzieję, że Kel­sier odzy­skał rozum i poszedł dalej, ale po chwili uznał, że to nie­zbyt praw­do­po­dobne. Widział ogień w jego oczach. Co za szkoda, że czło­wiek, który wyszedł żywy z Cze­lu­ści, zna­lazł śmierć wła­śnie tutaj, na przy­pad­ko­wej plan­ta­cji, usi­łu­jąc bro­nić dziew­czyny, którą wszy­scy uznali już za stra­coną.

Jak zare­aguje lord Tre­sting? Powia­dali, że wobec śmiał­ków, któ­rzy odwa­żyli się zakłó­cić jego nocne zabawy, oka­zy­wał szcze­gólną bru­tal­ność. Jeśli Kel­sier zdo­łał mu prze­szko­dzić w zaży­wa­niu roz­ko­szy, Tre­sting mógł rów­nie dobrze uka­rać całą resztę skaa za współ­udział.

Wresz­cie pozo­stali skaa rów­nież zaczęli się budzić. Men­nis leżał na twar­dym kle­pi­sku - bolały go kości, pro­te­sto­wał krę­go­słup, mię­śnie zesztyw­niały - i zasta­na­wiał się, czy warto wsta­wać. Codzien­nie był bli­ski kapi­tu­la­cji. Codzienne wsta­wa­nie wyda­wało się odro­binę trud­niej­sze. Aż przyj­dzie taki dzień, że po pro­stu zosta­nie w cha­cie, cze­ka­jąc, kiedy eko­no­mo­wie przyjdą dobić tych wszyst­kich, któ­rzy byli zbyt cho­rzy lub zbyt sta­rzy, żeby pra­co­wać.

Ale nie dzi­siaj. Widział w oczach skaa zbyt wiele stra­chu - wie­dzieli, że nocne eska­pady Kel­siera napy­tają im biedy. Potrze­bo­wali Men­nisa, liczyli na niego. Musi wstać.

I wstał. Kiedy zro­bił kilka pierw­szych kro­ków, star­cze bóle powoli zaczęły ustę­po­wać. Powoli wyszedł z chaty i wsparty na ramie­niu młod­szego męż­czy­zny ruszył ku polom. Nagle poczuł dziwny zapach.

- Co to jest? - zapy­tał. - Czy też czu­je­cie dym?

Shum - chło­pak, na któ­rego ramie­niu wspie­rał się Men­nis - wcią­gnął powie­trze. Ostat­nie pasma noc­nej mgły wypa­ro­wały i za zwy­kłą zasłoną chmur poja­wiła się czer­wona tar­cza słońca.

- Ostat­nio zawsze czuję dym - rzekł. - Popielne Góry są w tym roku bar­dzo gwał­towne.

- Nie. - Men­nis pokrę­cił głową, czu­jąc coraz więk­szy nie­po­kój. - To coś innego.

Zwró­cił się na pół­noc, w stronę, gdzie wła­śnie zbie­rała się grupka skaa. Puścił ramię Shuma i podrep­tał ku gru­pie, powłó­cząc nogami i wznie­ca­jąc chmury pyłu i popiołu.

Pośrodku grupy ujrzał Jess. Jej córka, ta sama, którą miał porwać lord Tre­sting, stała obok niej. Oczy dziew­czyny były zaczer­wie­nione z braku snu, ale wyglą­dało na to, że nic jej nie jest.

- Wró­ciła wkrótce potem, jak ją zabrali - wyja­śniała kobieta. - Przy­bie­gła i zaczęła z krzy­kiem tłuc w drzwi. Flen był pewien, że to mgielny upiór, ale ja musia­łam ją wpu­ścić! Nie obcho­dzi mnie, co on wyga­duje. Wypro­wa­dzi­łam ją na słońce i nie znik­nęła. To dowód, że nie jest mgiel­nym upio­rem.

Men­nis odda­lił się od grupy. Czy nikt tego nie zauwa­żył? Żaden eko­nom nie przy­szedł, by roz­pę­dzić zgro­ma­dze­nie. Nie poja­wili się żoł­nie­rze, by prze­pro­wa­dzić poranne zli­cza­nie skaa. Coś było bar­dzo nie w porządku. Men­nis ruszył na pół­noc, despe­racko brnąc ku dwo­rowi.

Zanim tam dotarł, inni już spo­strze­gli wijącą się, led­wie widoczną w poran­nym słońcu smugę dymu. Men­nis nie dotarł jako pierw­szy do kra­wę­dzi nie­wiel­kiego pła­sko­wyżu, ale kiedy się zja­wił, pozo­stali się roz­stą­pili.

Dworu nie było. Została jedy­nie poczer­niała, dymiąca jama.

- Na Ostat­niego Impe­ra­tora! - wyszep­tał Men­nis. - A tutaj co się stało?

- Zabił ich wszyst­kich.

Men­nis się obej­rzał. Głos nale­żał do córki Jess. Stała obok, spo­glą­da­jąc z satys­fak­cją na twa­rzy na zbu­rzony dom.

- Kiedy mnie wypro­wa­dził, już nie żyli - powie­działa. - Wszy­scy. Eko­no­mo­wie, żoł­nie­rze, lor­do­wie... wszy­scy byli mar­twi. Nawet lord Tre­sting i jego obli­ga­to­rzy. Pan zosta­wił mnie, żeby się dowie­dzieć, co się dzieje, kiedy zaczęły się hałasy. Wycho­dząc, widzia­łam go w kałuży krwi, z ranami od noża na piersi. Czło­wiek, który mnie ura­to­wał, wycho­dząc, wrzu­cił pochod­nię do budynku.

- Ten czło­wiek - zagad­nął Men­nis - czy on miał bli­zny na dło­niach i ramio­nach, się­ga­jące aż poza łok­cie?

Dziew­czyna ski­nęła głową.

- Cóż to za demon? - wymam­ro­tał jeden ze skaa.

- Mgielny upiór - szep­nął drugi, widocz­nie nie pamię­ta­jąc, że Kel­sier poja­wiał się rów­nież w dzień.

Ale wyszedł z mgły, pomy­ślał Men­nis. I jak mógł tego doko­nać...? Lord Tre­sting miał dwa tuziny żoł­nie­rzy! Czy i Kel­sier miał ukrytą bandę bun­tow­ni­ków?

W gło­wie roz­brzmiały mu słowa Kel­siera z poprzed­niego wie­czoru: "Nad­cho­dzą nowe dni...".

- Ale co z nami? - zapy­tał z prze­ra­że­niem Tep­per. - Co się sta­nie, kiedy Ostatni Impe­ra­tor się o tym dowie? Pomy­śli, że to my! Wyśle nas do Cze­lu­ści, a może nawet po pro­stu roz­każe swoim kolos­som, żeby nas poza­bi­jały! Po co ten mąci­woda zro­bił coś takiego? Czy nie rozu­mie, jakich szkód naro­bił?

- Rozu­mie - odparł Men­nis. - Ostrzegł nas, Tep­per. Przy­był tu, by namą­cić.

- Ale po co?

- Bo wie­dział, że sami się ni­gdy nie zbun­tu­jemy. Zatem nie dał nam wyboru.

Tep­per pobladł.

Ostatni Impe­ra­to­rze, pomy­ślał Men­nis. Nie mogę tego zro­bić. Zale­d­wie dźwi­gam się ran­kami na nogi. Nie ocalę tych ludzi.

Ale czy miał wybór?

Odwró­cił się.

- Tep­per, zbierz wszyst­kich. Musimy uciec, zanim wie­ści o tej kata­stro­fie dotrą do Ostat­niego Impe­ra­tora.

- Dokąd pój­dziemy?

- Jaski­nie na wscho­dzie - odparł Men­nis. - Wędrowcy mówią, że tam wła­śnie ukry­wają się zbun­to­wani skaa. Może nas przyjmą.

Tep­per pobladł jesz­cze bar­dziej.

- Ale... będziemy musieli wędro­wać przez wiele dni. Spę­dzać noce we mgle!

- Mamy wybór - odparł Men­nis. - Rów­nie dobrze możemy zostać tutaj i umrzeć.

Tep­per przez chwilę stał osłu­piały i Men­nis zaczął się oba­wiać, że mógł nie wytrzy­mać wstrząsu, jaki wywo­łała ta sytu­acja. Po chwili jed­nak młod­szy męż­czy­zna pobiegł pozbie­rać pozo­sta­łych ludzi.

Men­nis wes­tchnął, spo­glą­da­jąc znów na snu­jący się dym i prze­kli­na­jąc w duchu tego sza­leńca Kel­siera.

Rze­czy­wi­ście, nowe dni.

1

1

Z nieba spa­dał popiół.

Vin obser­wo­wała, jak puszy­ste płatki uno­szą się w powie­trzu. Leni­wie. Bez­tro­sko. Swo­bod­nie. Kłębki sadzy spa­dały jak czarny śnieg, zasy­pu­jąc ciemne mia­sto Lutha­del. Wiro­wały wokół murów, uno­sząc się na wie­trze i tań­cząc w małych wirach nad kocimi łbami. Wyda­wały się takie bez­tro­skie. Jakie to uczu­cie?

Vin sie­działa sku­lona w jed­nym z otwo­rów obser­wa­cyj­nych - ukry­tej alko­wie, wbu­do­wa­nej w mur budynku. Można było obser­wo­wać z niej ulice i w porę dostrzec zagro­że­nie. Vin nie miała warty, otwór był jed­nym z nie­wielu miejsc, gdzie mogła być sama.

A Vin lubiła samot­ność. "Kiedy jesteś sam, nikt nie może cię zdra­dzić". Słowa Reena. Brat nauczył ją tak wielu rze­czy, a potem poparł je czy­nem, jak to zawsze obie­cy­wał . "Tylko tak się nauczysz, Vin. Każdy cię zdra­dzi. Każdy".

Popiół opa­dał. Cza­sem Vin wyobra­żała sobie, że jest jak ten popiół, albo jak wiatr, albo wręcz jak mgła. Czymś bez­myśl­nym, co po pro­stu ist­nieje, nie myśli, nie mar­twi się, nie cierpi. Wtedy byłaby... wolna.

Opo­dal roz­le­gło się szu­ra­nie, a potem drzwi w głębi alkowy się otwarły.

- Vin! - zawo­łał Ulef, wsa­dza­jąc głowę do środka. - Jesteś! Camon szuka cię od pół godziny.

Wła­śnie dla­tego się tu scho­wa­łam.

- Powin­naś się ruszyć - rzekł Ulef. - Zaraz się zacznie robota.

Ulef był mło­dym chłop­cem. Miłym na swój spo­sób i naiw­nym. Oczy­wi­ście, o ile można nazwać naiw­nym kogoś, kto wycho­wał się w tym światku. Ale to nie zna­czyło, że i on jej nie zdra­dzi. Zdrada nie miała nic wspól­nego z przy­jaź­nią. Na ulicy życie było cięż­kie, więc jeśli zło­dziej skaa nie chciał być zła­pany i powie­szony, musiał myśleć prak­tycz­nie.

A bez­względ­ność była jed­nym z naj­prak­tycz­niej­szych uczuć. Kolejne powie­dzonko Reena.

- No i co? - zapy­tał Ulef. - Powin­naś iść. Camon jest wście­kły.

A kiedy nie jest? - pomy­ślała Vin. Ski­nęła głową i wygra­mo­liła się z cia­snej, ale bez­piecz­nej niszy. Wymi­nęła Ulefa i wysko­czyła na kory­tarz, a potem do zruj­no­wa­nej spi­żarni. Pomiesz­cze­nie było jed­nym z wielu na zaple­czu sklepu, który sta­no­wił fasadę dla ich kry­jówki. Jaski­nia szajki znaj­do­wała się w peł­nej tuneli kamien­nej pie­cza­rze pod budyn­kiem.

Wyszła tyl­nymi drzwiami. Ulef wlókł się za nią. Zada­nie miało być wyko­nane o kilka prze­cznic dalej, w bogat­szej czę­ści mia­sta. Było dość skom­pli­ko­wane - wła­ści­wie jedno z bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych, z jakimi się spo­tkała Vin. Zakła­da­jąc, że Camon nie zosta­nie zła­pany, to może być naprawdę intratna robota. Jeśli zosta­nie schwy­tany... Cóż, oszu­ki­wa­nie szlachty i obli­ga­to­rów to bar­dzo nie­bez­pieczne zaję­cie - ale z pew­no­ścią lep­sze niż praca w kuźni czy fabryce włó­kien­ni­czej.

Wyszła z alejki, kie­ru­jąc się ku ciem­nej, oto­czo­nej kamie­ni­cami uliczce w jed­nym z licz­nych slum­sów skaa w mie­ście. Skaa, zbyt cho­rzy, by pra­co­wać, leżeli sku­leni po kątach i kana­łach, obsy­py­wani lek­kim popio­łem. Vin opu­ściła głowę i wło­żyła kap­tur, by uchro­nić się przed wciąż opa­da­ją­cymi płat­kami.

Wolna. Nie, ni­gdy nie będę wolna. Reen już się o to posta­rał, kiedy odcho­dził.

***

- Jesteś! - Camon uniósł krótki, gruby palec i dźgnął nim w kie­runku jej twa­rzy. - Gdzie byłaś?

Vin nie pozwo­liła, by bunt i nie­na­wiść poja­wiły się w jej spoj­rze­niu. Po pro­stu spu­ściła wzrok, poka­zu­jąc Camo­nowi to, co chciał zoba­czyć. Były inne spo­soby oka­za­nia siły. Tej lek­cji nauczyła się samo­dziel­nie.

Camon wark­nął cicho, po czym ude­rzył ją w twarz. Siła tego ciosu rzu­ciła Vin na ścianę, poli­czek zapło­nął bólem. Oparła się o drewno, ale znio­sła karę w mil­cze­niu. To tylko kolejny siniak. Była dość silna, żeby o tym nie myśleć. Nie pierw­szy raz.

- Słu­chaj - syk­nął Camon. - To ważna robota. Warta tysiąca skrzyń­ców, warta tysiąc razy wię­cej niż ty. Nie dopusz­czę, żebyś ją schrza­niła. Rozu­miesz?

Vin ski­nęła głową.

Camon obser­wo­wał ją przez chwilę, z zaczer­wie­nioną z gniewu pulchną twa­rzą. Wresz­cie odwró­cił wzrok, mam­ro­cząc pod nosem.

Coś go zde­ner­wo­wało. Coś innego niż tylko Vin. Może sły­szał o bun­cie skaa daleko na pół­nocy, kilka dni drogi stąd. Jeden z lor­dów na pro­win­cji, nie­jaki The­mos Tre­sting, został podobno zamor­do­wany, a jego posia­dłość spa­lono do gołej ziemi. Takie zamieszki źle wpły­wały na inte­resy, spra­wiały, że ary­sto­kra­cja była czuj­niej­sza, mniej naiwna. A to z kolei bar­dzo poważ­nie zmniej­szało zyski Camona.

Szuka kogoś, żeby się wyła­do­wać, pomy­ślała Vin. Zawsze robi się ner­wowy przed robotą.

Spoj­rzała na Camona, zli­zu­jąc krew z wargi. Musiała oka­zać nieco pew­no­ści sie­bie, bo spoj­rzał na nią kątem oka i spo­sęp­niał. Pod­niósł rękę, jakby chciał ją znowu ude­rzyć.

Użyła odro­biny Szczę­ścia.

Wyko­rzy­stała naprawdę odro­binkę: potrze­bo­wała reszty do pracy. Skie­ro­wała je na Camona, uspo­ka­ja­jąc jego zde­ner­wo­wa­nie. Przy­wódca się zawa­hał - nie­świa­dom dotknię­cia Vin, czuł jed­nak jego skutki. Stał tak przez chwilę, po czym wes­tchnął i odwró­cił się ze spusz­czoną głową.

Otarła usta, patrząc, jak odcho­dzi. Szef zło­dziei wyda­wał się bar­dzo prze­ko­nu­jący w swoim stroju szlach­cica. Był to naj­bo­gat­szy strój, jaki Vin widziała - biała koszula, na niej ciem­no­zie­lona kami­zelka z gra­we­ro­wa­nymi zło­tymi guzi­kami. Czarny sur­dut był długi, według naj­now­szej mody, a na gło­wie Camona spo­czy­wał czarny kape­lusz. Jego palce lśniły od pier­ścieni, miał nawet długą laskę poje­dyn­kową. Doprawdy, Camon dosko­nale uda­wał szlach­cica - kiedy przy­cho­dziło do odtwa­rza­nia jakiejś roli, nie­wielu zło­dziei mogło się z nim rów­nać. Oczy­wi­ście, o ile potra­fił zapa­no­wać nad swoją zło­ścią.

Samo pomiesz­cze­nie robiło znacz­nie skrom­niej­sze wra­że­nie. Vin wstała, a tym­cza­sem Camon łajał innych człon­ków szajki. Wyna­jęli jeden z apar­ta­men­tów na gór­nym pię­trze lokal­nego hotelu. Nie­zbyt luk­su­sowy, ale o to wła­śnie cho­dziło. Camon miał ode­grać rolę nie­ja­kiego "lorda Jedue", szlach­cica zaścian­ko­wego, który wpadł w cięż­kie pro­blemy finan­sowe i przy­był do Lutha­delu, by sta­rać się o ostat­nie despe­rac­kie kon­trakty.

Główny salon został prze­kształ­cony w coś w rodzaju pokoju prze­słu­chań, z wiel­kim biur­kiem, za któ­rym zasia­dał Camon, i o ścia­nach ude­ko­ro­wa­nych tanimi obraz­kami. Obok biurka stali dwaj męż­czyźni, odziani w ofi­cjalne libe­rie służby. Mieli odgry­wać rolę słu­żą­cych Camona.

- Co to za hałasy? - zapy­tał męż­czy­zna, który wła­śnie wszedł do pokoju.

Był wysoki, ubrany w pro­stą szarą koszulę i parę spodni, z wąskim mie­czem przy pasie. The­ron był dru­gim przy­wódcą - aku­rat ta robota była przy­go­to­wana przez niego. To on wpro­wa­dził Camona jako part­nera - potrze­bo­wał kogoś, kto ode­grałby rolę lorda Jedue, a wszy­scy wie­dzieli, że Camon jest jed­nym z naj­lep­szych.

Camon pod­niósł wzrok.

- Hm? Hałasy? Och, tylko drobny pro­blem z dys­cy­pliną. Nie przej­muj się tym, The­ro­nie. - Camon pod­kre­ślił swe słowa nie­dba­łym ruchem dłoni, nie bez kozery dosko­nale odgry­wał role ary­sto­kra­tów. Był tak aro­gancki, że mógł śmiało pocho­dzić z jed­nego z Wiel­kich Domów.

The­ron zmru­żył oczy. Vin wie­działa, co praw­do­po­dob­nie myśli. Zasta­na­wiał się, na ile ryzy­kowne będzie wbi­cie noża w tłu­ste plecy Camona, skoro tylko prze­sta­nie być potrzebny. Wresz­cie wysoki męż­czy­zna odwró­cił wzrok od Camona i spoj­rzał na Vin.

- A to kto?

- Czło­nek mojej dru­żyny - odparł Camon.

- Myśla­łem, że nie potrze­bu­jemy nikogo innego.

- A jej ow­szem - odparł. - Nie zwra­caj na nią uwagi. Moja część zada­nia to nie twój inte­res.

The­ron przy­glą­dał się Vin, widocz­nie zauwa­ża­jąc jej zakrwa­wioną wargę. Odwró­ciła wzrok, ale czuła jego spoj­rze­nie, błą­dzące po całym jej ciele. Miała na sobie zwy­kłą białą koszulę i ubra­nie robo­cze. Nie wyglą­dała szcze­gól­nie atrak­cyj­nie - wymięta, z mło­dzień­czą twa­rzą, nikt by jej nie dał szes­na­stu lat. Mimo to są męż­czyźni, któ­rzy lubią takie kobiety.

Zasta­na­wiała się, czy nie użyć na niego odro­biny Szczę­ścia, ale w końcu się odwró­cił.

- Obli­ga­tor zaraz tu będzie - rzekł. - Jeste­ście gotowi?

Camon wywró­cił oczyma i usa­do­wił się za biur­kiem.

- Wszystko jest w ide­al­nym porządku. Zostaw mnie, The­ron! Wra­caj do sie­bie i cze­kaj.

The­ron zmarsz­czył brwi, ale okrę­cił się na pię­cie i wyszedł, mam­ro­cząc coś pod nosem.

Vin rozej­rzała się po pokoju, przy­glą­da­jąc się kolejno wystro­jowi, służ­bie i atmos­fe­rze. Wresz­cie pode­szła do biurka Camona. Przy­wódca sie­dział, prze­glą­da­jąc stos papie­rów - widocz­nie usi­ło­wał się zde­cy­do­wać, które z nich pozo­sta­wić na bla­cie.

- Camo­nie - ode­zwała się Vin - służba wygląda za dobrze.

Camon zmarsz­czył brwi i spoj­rzał na nią.

- Co tam mam­ro­czesz?

- Słu­żący - powtó­rzyła Vin, wciąż mówiąc przy­ci­szo­nym gło­sem. - Lord Jedue ma być zde­spe­ro­wany. Ma bogate stroje, które zostały mu z dobrych cza­sów, ale nie mógłby sobie pozwo­lić na tak bogatą służbę. Wziąłby skaa.

Camon spio­ru­no­wał ją wzro­kiem, ale po chwili spoj­rzał na "słu­żą­cych". Fizycz­nie mię­dzy szlachtą i skaa była nie­wielka róż­nica. Słu­żący, któ­rych wybrał Camon, byli jed­nak odziani jak pośled­niejsi ary­sto­kraci - wolno im było nosić kolo­rowe kami­zelki i stali przed nim nieco zbyt pewni sie­bie.

- Obli­ga­tor musi myśleć, że jesteś bli­ski nędzy - rze­kła Vin. - Możesz zamiast tego wypeł­nić pokój skaa.

- A co ty tam wiesz. - Camon spoj­rzał na nią koso.

- Dosyć. - Natych­miast poża­ło­wała tego słowa, bo zabrzmiało zbyt but­nie.

Camon uniósł pokrytą klej­no­tami dłoń i Vin przy­go­to­wała się na kolejny poli­czek. Nie mogła sobie pozwo­lić na wyko­rzy­sta­nie jesz­cze odro­biny swego Szczę­ścia. I tak nie­wiele jej go pozo­stało.

Ale Camon jej nie ude­rzył. Wes­tchnął tylko i poło­żył pulchną dłoń na jej ramie­niu.

- Czemu cią­gle musisz mnie pro­wo­ko­wać, Vin? Wiesz, jakie długi pozo­sta­wił twój brat, kiedy uciekł. Zda­jesz sobie sprawę, że ktoś mniej miło­sierny ode mnie sprze­dałby cię do bur­delu dawno temu? Jak by ci się podo­bało słu­żyć szlach­ci­cowi w łóżku, dopóki mu się nie znu­dzisz, zanim skaże cię na śmierć?

Vin spoj­rzała na swoje stopy.

Uścisk Camona zacie­śnił się, jego palce wbiły się w jej skórę w miej­scu, gdzie szyja prze­cho­dziła w ramię, i dziew­czyna mimo­wol­nie jęk­nęła z bólu. Uśmiech­nął się, widząc jej reak­cję.

- Doprawdy, nie wiem, po co cię trzy­mam, Vin - rzekł, jesz­cze moc­niej zaci­ska­jąc chwyt. - Powi­nie­nem był pozbyć się cie­bie wiele mie­sięcy temu, kiedy twój brat mnie zdra­dził. Chyba mam za mięk­kie serce.

Puścił ją wresz­cie, po czym wska­zał miej­sce pod ścianą pokoju, obok wiel­kiej rośliny w doniczce. Posłu­chała, usta­wia­jąc się tak, by dobrze widzieć cały pokój. Zale­d­wie Camon odwró­cił wzrok, potarła ramię.

To tylko ból. Potra­fię sobie pora­dzić z bólem.

Camon sie­dział przez chwilę. A potem, jak się tego spo­dzie­wała, ski­nął na słu­żą­cych.

- Wy dwaj! - roz­ka­zał. - Jeste­ście za dostat­nio ubrani. Prze­bierz­cie się tak, żeby wyglą­dać bar­dziej na słu­żą­cych skaa, i spro­wadź­cie tu jesz­cze z sze­ściu ludzi, kiedy będzie­cie wra­cać.

Wkrótce pomiesz­cze­nie wypeł­niło się zgod­nie z suge­stią Vin. Obli­ga­tor przy­był nie­długo potem.

Vin obser­wo­wała, jak pre­lan Laird dum­nie wkra­cza do pokoju. Był ogo­lony na zero, jak wszy­scy obli­ga­to­rzy, i miał na sobie ciem­no­szarą szatę. Tatu­aże Zakonu wokół oczu iden­ty­fi­ko­wały go jako pre­lana, star­szego urzęd­nika w Kan­to­nie Finan­sów. Za jego ple­cami tło­czył się rząd pośled­niej­szych obli­ga­to­rów, o znacz­nie mniej skom­pli­ko­wa­nych tatu­ażach wokół oczu.

Camon wstał na widok pre­lana, oka­zu­jąc sza­cu­nek - gest, który nawet naj­wyż­szy z ary­sto­kra­tów Wiel­kiego Domu uzna­wał za sto­sowny wobec obli­ga­tora rangi Lairda. Laird nie odpo­wie­dział tym samym. Pod­szedł do biurka i zajął miej­sce naprze­ciw Camona. Jeden z człon­ków szajki, odgry­wa­jący rolę słu­żą­cego, pod­biegł i pod­su­nął obli­ga­to­rowi tacę z chłod­nym winem i owo­cami.

Laird wybrał sobie owoc. Słu­żący stał z tacą obok niego niczym mebel.

- Lord Jedue - rzekł wresz­cie. - Cie­szę się, że mamy oka­zję się spo­tkać.

- Ja rów­nież, Wasza Miłość - odparł Camon.

- Możesz mi zatem wyja­śnić, dla­czego nie byłeś w sta­nie przy­być do budynku Kan­tonu, zamiast żądać, abym to ja zja­wił się tutaj?

- To moje kolana, Wasza Miłość - odrzekł Camon. - Leka­rze zale­cają, bym podró­żo­wał moż­li­wie jak naj­mniej.

A ty słusz­nie bałeś się wylą­do­wać w twier­dzy Zakonu, pomy­ślała Vin.

- Rozu­miem - odparł Laird. - Nie­for­tunna przy­pa­dłość dla czło­wieka, który zaj­muje się trans­por­tem.

- Nie muszę sam wyru­szać w podróże, Wasza Miłość - odrzekł Camon, skła­nia­jąc głowę. - Tylko je orga­ni­zuję.

Dobrze, pomy­ślała Vin. Camon, pamię­taj, masz pozo­stać słu­żal­czy. Musisz się wyda­wać zde­spe­ro­wany.

Vin potrze­bo­wała powo­dze­nia tej akcji. Camon gro­ził jej, bił ją, ale uwa­żał za szczę­śliwy amu­let. Nie była pewna, czy zda­wał sobie sprawę z tego, dla­czego wszyst­kie jego plany łatwiej było zre­ali­zo­wać w jej obec­no­ści, ale chyba jed­nak potra­fił sko­ja­rzyć fakty. Dzięki temu była cenna - a Reen zawsze mówił, że nie­odzowni naj­dłu­żej pozo­stają przy życiu.

- Rozu­miem - powtó­rzył Laird. - Cóż, oba­wiam się, że nasze spo­tka­nie odbyło się zbyt późno. Kan­ton Finan­sów już prze­gło­so­wał twoją ofertę.

- Tak szybko?! - zawo­łał ze szcze­rym zdu­mie­niem Camon.

- Tak - odparł Laird, pocią­ga­jąc łyk wina, ale wciąż nie odpra­wia­jąc sługi. - Zde­cy­do­wa­li­śmy, że nie przyj­miemy two­jego kon­traktu.

Camon sie­dział przez chwilę jak ska­mie­niały.

- Przy­kro mi to sły­szeć, Wasza Miłość.

Laird przy­szedł spo­tkać się z tobą, pomy­ślała Vin, więc wciąż ist­nieje pole do nego­cja­cji.

- Istot­nie - cią­gnął Camon - to doprawdy nie­for­tunne, ponie­waż zamie­rza­łem zło­żyć wam jesz­cze lep­szą ofertę.

Laird uniósł tatu­owaną brew.

- Wąt­pię, czy to coś zmieni. W Radzie znaj­duje się frak­cja, która uważa, że Kan­ton będzie lepiej obsłu­żony, jeśli wybie­rze bar­dziej sta­bilną firmę trans­por­tową do prze­wozu naszych ludzi.

- A to by był poważny błąd - odparł gładko Camon. - Bądźmy szcze­rzy, Wasza Miłość. Obaj wiemy, że ten kon­trakt to ostat­nia szansa Domu Jedue. Teraz, kiedy stra­ci­li­śmy kon­trakt z Far­wa­nem, nie możemy już sobie pozwo­lić na wysy­ła­nie łodzi aż do Lutha­delu. Bez patro­natu Zakonu mój ród jest zruj­no­wany finan­sowo.

- Przy­znam, że to nie ma wiel­kiego wpływu na moją decy­zję, wasza lor­dow­ska mość - odparł obli­ga­tor.

- Doprawdy? - odpa­ro­wał Camon. - Wasza Miłość, pro­szę sobie zadać to pyta­nie: kto będzie wam lepiej słu­żył? Czy ród, który ma tuziny kon­trak­tów, pomię­dzy które musi dzie­lić swoją uwagę, czy taki, który wasz kon­trakt uważa za swą ostat­nią nadzieję? Kan­ton Finan­sów nie znaj­dzie bar­dziej spo­le­gli­wego part­nera, niż despe­rat. Niech to moje łodzie spro­wa­dzają z pół­nocy waszych ako­li­tów, niech moi żoł­nie­rze ich eskor­tują, a nie będzie­cie roz­cza­ro­wani.

Dobrze, pomy­ślała Vin.

- Cóż... rozu­miem - odparł obli­ga­tor, nieco zanie­po­ko­jony.

- Chęt­nie przy­znam wam prze­dłu­żony kon­trakt, za stałą cenę ryczał­tową pięć­dzie­się­ciu skrzyń­ców na głowę i podróż, Wasza Miłość. Twoi ako­lici mogą teraz podró­żo­wać do woli naszymi łodziami i zawsze będą mieli nie­zbędną eskortę.

Tym razem obli­ga­tor uniósł brew jesz­cze wyżej.

- To połowa poprzed­niej ceny.

- Prze­cież mówi­łem, że jeste­śmy zde­spe­ro­wani - odparł Camon. - Mój ród chce utrzy­mać łodzie w ruchu. Pięć­dzie­siąt skrzyń­ców to dla nas żaden zysk, ale to nie ma zna­cze­nia. Kiedy kon­trakt z Zako­nem przy­wróci nam sta­bil­ność, będziemy mogli zna­leźć inne kon­trakty, by napeł­nić swoje skarbce.

Laird się zamy­ślił. Oferta była istot­nie bajeczna - w nor­mal­nych warun­kach wyda­wa­łaby się wręcz podej­rzana. Jed­nakże z zacho­wa­nia Camona było widać, że jego ród jest na gra­nicy zapa­ści finan­so­wej. Drugi przy­wódca, The­ron, pra­co­wał przez pięć lat, budu­jąc, oszu­ku­jąc i kom­bi­nu­jąc, aby dojść do tego momentu. Zakon byłby sza­lony, gdyby nie roz­wa­żył takiej oferty.

Laird też zda­wał sobie z tego sprawę. Sta­lowy Zakon nie był silny wyłącz­nie biu­ro­kra­cją i wła­dzą prawną Ostat­niego Impe­rium - sam rów­nież sta­no­wił coś w rodzaju ary­sto­kra­tycz­nego rodu. Im wię­cej miał bogactw, tym lep­sze były jego wła­sne kon­trakty han­dlowe, tym lep­sze punkty naci­sku różne Kan­tony Zakonu miały mię­dzy sobą - i w rela­cjach z ary­sto­kra­tycz­nymi rodami.

Było jed­nak widać, że Laird wciąż się waha, Vin widziała to w jego spoj­rze­niu, dosko­nale znała ten podejrz­liwy wzrok. Nie da się zła­pać na ten kon­trakt.

Teraz moja kolej, pomy­ślała.

Użyła Szczę­ścia na Lair­dzie. Się­gnęła ku niemu bar­dzo ostroż­nie - nie była pewna, co wła­ści­wie robi, albo dla­czego. Jed­nakże ten dotyk był instynk­towny, wyszko­lony przez wiele lat sub­tel­nych ćwi­czeń. Miała dzie­sięć lat, kiedy się zorien­to­wała, że inni ludzie nie potra­fią robić tego, co ona.

Deli­kat­nie naparła na uczu­cia Lairda, stłu­miła je. Stał się mniej podejrz­liwy, mniej prze­stra­szony. Posłuszny. Jego obawy się roz­pły­nęły. Vin ujrzała, jak w jego oczach poja­wia się spo­kój i świa­do­mość kon­troli.

Wciąż jed­nak wyda­wał się nieco nie­pewny. Vin naparła moc­niej. Pre­lan prze­chy­lił głowę z zamy­śloną miną. Otwo­rzył usta, żeby coś powie­dzieć, ale znów natarła na niego, despe­racko rzu­ca­jąc na szalę ostat­nie uncje Szczę­ścia.

Laird zawa­hał się znowu.

- Dosko­nale - rzekł. - Przed­sta­wię Radzie twoją nową ofertę. Może jed­nak uda nam się dojść do poro­zu­mie­nia.