2
2
W opinii Kelsiera miasto Luthadel - siedziba Ostatniego Imperatora -
było posępnym miejscem. Większość budynków wzniesiono z kamiennych
bloków, z dachami z dachówek dla bogatych, a drewnianymi dla
pozostałych. Budowle były stłoczone, co wywoływało wrażenie, że są
przysadziste, choć niektóre miały trzy piętra.
Kamienice i sklepy były do siebie całkiem podobne: nie było to miejsce,
gdzie człowiek chciałby zwracać na siebie uwagę. Oczywiście, o ile nie
byłeś członkiem arystokracji.
W całym mieście było rozrzucone kilkanaście monolitycznych twierdz.
Skomplikowane, ozdobione rzędami podobnych do włóczni iglic i głębokich
podcieni, mieściły w sobie domostwa wysokiej szlachty. W istocie były po
prostu oznakami szlachectwa. Każda rodzina, która mogła sobie pozwolić
na zbudowanie twierdzy i utrzymywanie wysokiej stopy życia w Luthadelu,
była uważana za Wielki Ród.
Większość otwartych przestrzeni w mieście znajdowało się właśnie wokół
tych twierdz. Wolne place pośród kamienic były niczym polany w lesie, a twierdze przypominały samotne góry wznoszące się nad resztą krajobrazu.
Czarne góry. Podobnie, jak reszta miasta, zamki były poznaczone plamami
wielu lat popielistych opadów.
Każda budowla w Luthadelu - dosłownie każda, jaką Kelsier kiedykolwiek
widział - była w jakimś stopniu poczerniała. Nawet mury miejskie, na
których teraz stał, były pokryte patyną sadzy. Budowle były
najciemniejsze u góry, gdzie zbierał się popiół, ale deszcz i wieczorna
rosa przenosiły sadzę po gzymsach i wzdłuż ścian. I, jak farba
spływająca po obrazie, czerń ściekała po ścianach budynków w nierównych
frędzlach.
Ulice oczywiście były całkowicie czarne. Kelsier stał i czekał,
obserwując miasto, kiedy grupa robotników skaa pracowała na ulicy
poniżej, oczyszczając ostatnie zaspy popiołu. Zawiozą je potem do rzeki
Channerel, która przepływała przez centrum miasta, zmywając sterty
popiołu, by hałdy w końcu nie zasypały grodu. Czasem Kelsier zastanawiał
się, czemu całe imperium nie stało się jedną wielką kupą popiołu.
Podejrzewał, że popiół musiał po jakimś czasie rozkładać się i zmieniać
w glebę, ale utrzymanie pól i miast w stanie nadającym się do użytku
wymagało na razie nieprawdopodobnego wysiłku.
Na szczęście, zawsze było dość skaa, by odwalić tę robotę. Robotnicy w dole byli odziani w proste płaszcze i spodnie, utytłane w popiele i zniszczone. Podobnie jak u robotników na plantacjach, które opuścił
kilka tygodni temu, w ich ruchach odzwierciedlały się znużenie i beznadzieja. Obok robotników przeszła druga grupa skaa, przywołanych
odległym dźwiękiem dzwonów, który wyznaczał dla nich kolejną zmianę i kolejny dzień pracy w kuźniach i hutach. Metal był głównym towarem
eksportowym Luthadelu, w mieście wybudowano mnóstwo kuźni i rafinerii.
Jednakże spiętrzenia rzeki były znakomitą lokalizacją dla kół wodnych,
napędzających zarówno żarna młynów, jak i krosna fabryk tekstyliów.
Skaa pracowali. Kelsier odwrócił się od nich, spoglądając ku centrum
miasta, gdzie wznosił się pałac Ostatniego Imperatora, niczym potworny
owad o najeżonym kolcami grzbiecie. Kredik Shaw, Wzgórze Tysiąca Wież.
Pałac był kilkakrotnie większy od każdej ze szlacheckich posesji i zdecydowanie największym budynkiem w mieście.
Kiedy Kelsier tak stał i przyglądał się miastu, spadła kolejna fala
popiołu. Płatki osiadały lekko na ulicach i budynkach. Ostatnio pada
dużo popiołu, pomyślał, zadowolony z pretekstu, by nasunąć kaptur na
twarz. Popielne Góry znów się uaktywniły.
Nie obawiał się, że ktokolwiek w Luthadelu może go rozpoznać - od jego
schwytania minęły trzy lata. Jednakże kaptur dodawał mu pewności siebie.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Kelsier zechce być widzianym i rozpoznawanym. Na razie wolał pozostać anonimowy.
Wreszcie ujrzał postać zbliżającą się ku niemu wzdłuż muru. Dockson był
niższy od Kelsiera, miał kwadratową twarz, która doskonale pasowała do
jego dość krępej sylwetki. Ciemne włosy skrywał mu kaptur pospolitego,
brunatnego płaszcza, a twarz zdobiła niewielka bródka, którą zapuścił od
czasu pierwszego młodzieńczego zarostu dwadzieścia lat temu.
Podobnie jak Kelsier, miał na sobie strój szlachecki: kolorową
kamizelkę, ciemny surdut i spodnie, oraz cienki płaszcz dla ochrony
przed popiołem. Tkaniny nie były zbyt bogate, ale arystokratyczne - znak
przynależności do klasy średniej Luthadelu. Większość ludzi ze
szlachetnych rodów nie była dość bogata, by zostać uznanymi za członków
Wielkiego Domu, ale w Ostatnim Imperium szlachectwo nie wiązało się
wyłącznie z pieniędzmi. Liczyły się również pochodzenie i historia,
Ostatni Imperator był nieśmiertelny i najwyraźniej doskonale pamiętał
ludzi, którzy wspierali go we wczesnych latach panowania. Potomkowie
tych ludzi, nieważne, jak zubożeli, zawsze będą faworyzowani.
Odzież miała sprawić, by przechodzące patrole nie zadawały wielu pytań.
W przypadku Kelsiera i Docksona ten strój był oczywiście jedynie
przebraniem. Żaden z nich w istocie nie był szlachcicem, choć,
technicznie rzecz biorąc, Kelsier był przynajmniej półkrwi. Jednakże to
z wielu względów bywało gorsze, niż bycie normalnym skaa.
Docson podszedł do Kelsiera i przystanął, opierając się o blankę. Splótł
ręce na kamieniu.
- Spóźniłeś się o kilka dni, Kell.
- Postanowiłem zrobić kilka przystanków na północnych plantacjach.
- Ach - odparł Dockson. - Więc jednak maczałeś palce w sprawie śmierci
lorda Trestinga?
Kelsier się uśmiechnął.
- Można tak powiedzieć.
- Jego śmierć spowodowała spore zamieszanie wśród lokalnej szlachty.
- Mniej więcej taka była intencja - odparł Kelsier. - Choć, mówiąc
uczciwie, nie planowałem niczego aż tak dramatycznego. W gruncie rzeczy
był to bardziej przypadek niż cokolwiek innego.
Dockson uniósł brew.
- Jak można "przypadkowo" zabić szlachcica w jego własnej posesji?
- Nożem w serce - odparł Kelsier. - A raczej kilkoma nożami. Zawsze
lepiej dmuchać na zimne.
Dockson uniósł oczy do nieba.
- Jego śmierć chyba nie jest wielką stratą, Dox - rzekł Kelsier. - Nawet
wśród szlachty Tresting był znany z okrucieństwa.
- Nie obchodzi mnie Tresting - odparł Dockson. - Po prostu zastanawiam
się, jakim muszę być idiotą, żeby iść z tobą na kolejną robotę. Atakować
prowincjonalnego lorda w jego własnej posesji, otoczonej strażą...
szczerze mówiąc, Kell, prawie już zapomniałem, jaki z ciebie wariat.
- Wariat? - Kelsier się zaśmiał. - To nie było wariactwo. Ot, taka mała
dywersja. Powinieneś zobaczyć, co planuję teraz!
Dockson stał nieruchomo przez chwilę, po czym także się roześmiał.
- Na Ostatniego Imperatora, dobrze, że wróciłeś, Kell! Obawiam się, że
stałem się dość nudny przez te ostatnie kilka lat.
- Zajmiemy się tym - obiecał Kelsier. Odetchnął głęboko, spojrzał na
opadający popiół.
Ekipy zamiataczy skaa już wzięły się do roboty, oczyszczając ulice z ciemnego pyłu. Za nimi przeszedł strażnik, skinieniem głowy pozdrawiając
Kelsiera i Docksona. Czekali w milczeniu, aż znów zostaną sami.
- Dobrze jest wrócić - rzekł wreszcie Kelsier. - Luthadel jest dla mnie
dziwnie przyjaznym miejscem, nawet jeśli to ponura, pusta dziura.
Zorganizowałeś spotkanie?
Dockson skinął głową.
- Ale nie możemy spotkać się przed wieczorem. Jak się tu w ogóle
dostałeś? Moi ludzie pilnowali bram.
- Hm? Ach, wśliznąłem się wieczorem.
- Ale jak...? - Dockson się zawahał. - Och, racja. Będę musiał się
przyzwyczaić.
Kelsier wzruszył ramionami.
- Nie rozumiem, przecież zawsze pracujesz z Mglistymi.
- Tak, ale to co innego - odparł Dockson. Podniósł dłoń, by powstrzymać
dalsze argumenty. - Nie trzeba, Kell. Nie wzbraniam się, po prostu
potrzebuję trochę czasu, żeby się przyzwyczaić.
- Dobrze, kto dzisiaj będzie?
- Cóż, pojawią się oczywiście Breeze i Ham. Są bardzo ciekawi tej twojej
tajemniczej roboty... nie wspomnę już, że są dość zirytowani, że nie
chcę im powiedzieć, co kombinowałeś przez ostatnie kilka lat.
- I dobrze - odparł Kelsier. - Niech się dalej zastanawiają. A co z Trapem?
Dockson pokręcił głową.
- Trap nie żyje. Zakon dogonił go w końcu parę miesięcy temu. Nawet nie
zawracali sobie głowy wysyłaniem go do Czeluści. Ścięli go na miejscu.
Kelsier przymknął oczy i westchnął. Wydawało się, że Stalowy Zakon
ostatecznie dopadnie każdego. Czasem Kelsier myślał sobie, że życie skaa
Mglistego nie ma nic wspólnego z przetrwaniem, a raczej z wyborem
odpowiedniego momentu na śmierć.
- No to zostaliśmy bez Dymiarza - rzekł wreszcie, otwierając oczy. -
Masz jakieś propozycje?
- Ruddy - podsunął Dockson.
Kelsier pokręcił głową.
- Nie, jest dobrym Dymiarzem, ale też nie dość dobrym człowiekiem.
Dockson się uśmiechnął.
- Nie dość dobrym człowiekiem, by znaleźć się w złodziejskiej szajce...
Kell, tęskniłem za pracą z tobą. No cóż, to kto?
Kelsier zamyślił się na chwilę.
- Czy Clubs dalej prowadzi swój warsztat?
- O ile wiem, tak - powoli odrzekł Dockson.
- Podobno to jeden z najlepszych Dymiarzy w mieście.
- Zdaje się, że tak - odparł Dockson. - Ale czy nie jest znany z tego,
że trudno się z nim współpracuje?
- Nie jest taki zły - mruknął Kelsier. - Trzeba się tylko do niego
przyzwyczaić. Poza tym sądzę, że do tej konkretnej roboty może... dać
się namówić.
- Doskonale. - Dockson wzruszył ramionami. - Zaproszę go. O ile wiem,
jeden z jego krewnych jest Cynookim. Czy jego też mam zaprosić?
- Dobrze. - Dockson skinął głową. - Cóż, poza tym pozostaje tylko Yeden.
Oczywiście, o ile jest nadal zainteresowany...
- Będzie tam - zapewnił Kelsier.
- Lepiej, żeby był - odparł Dockson. - W końcu to on nam płaci.
Kelsier przytaknął, po czym zmarszczył brwi.
- Nie wspomniałeś o Marshu.
Dockson wzruszył ramionami.
- Mówiłem ci, że twój brat nigdy nie aprobował naszych metod, a teraz...
znasz Marsha. Nie będzie chciał w ogóle mieć do czynienia z Yedenem i całą rebelią, a co dopiero z garścią takich rzezimieszków jak my. Musimy
znaleźć kogoś innego do infiltracji obligatorów.
- Nie - zaoponował Kelsier. - Zrobi to. Przekonam go.
- Skoro tak twierdzisz. - Dockson zamilkł i obaj stali przez chwilę,
wsparci na parapecie, wodząc wzrokiem po pokrytym popiołem mieście.
Wreszcie Dockson westchnął.
- To szaleństwo, prawda?
Kelsier się uśmiechnął.
- Przyjemnie, co?
- Fantastycznie - zgodził się Dockson.
- To będzie robota jak żadna inna - mruknął Kelsier, spoglądając na
północ i w kierunku pokręconego budynku w centrum miasta.
Dockson odszedł od muru.
- Mamy kilka godzin do spotkania. Chciałbym ci coś pokazać. Myślę, że
wciąż jest czas... jeśli się pośpieszymy.
Kelsier się obejrzał.
- Właśnie się wybierałem zmyć głowę mojemu grzecznemu bratu. Ale...
- Nie będziesz żałował - obiecał Dockson.
***
Vin siedziała w kącie głównego pomieszczenia, trzymając się jak zwykle w cieniu. Im mniej ją było widać, tym bardziej była ignorowana przez
pozostałych. Nie mogła sobie pozwolić na marnowanie Szczęścia, na
opędzanie się od niewczesnych zalotów. Zaledwie miała czas zregenerować
to, co zużyła kilka dni temu, w czasie spotkania z obligatorem.
Wokół stolików zebrała się zwykła klientela, grając w kości lub
dyskutując na temat drobnych robót. Dym z kilkunastu różnych fajek
unosił się i kłębił pod sklepieniem, a ściany były pokryte ciemnymi
plamami, jakie pozostawiły niezliczone lata podobnego traktowania.
Podłoga była ciemna od śladów popiołu. Podobnie jak większość
złodziejskich szajek, banda Camona nie przesadzała z czystością.
W głębi sali znajdowały się drzwi, a za nimi kręte kamienne schodki,
wiodące do fałszywej kratki ściekowej w alejce. Ta sala, tak jak wiele
innych ukrytych w imperialnej stolicy Luthadelu, nie miała prawa
istnieć.
Z przedniej części pomieszczenia, gdzie Camon z kilku innymi bandytami
spędzali miłe popołudnie przy piwie i świńskich dowcipach, dobiegał
rubaszny śmiech. Stolik Camona znajdował się tuż przy barze, gdzie
drinki, serwowane po zawyżonych cenach, były kolejnym sposobem na
wykorzystanie tych, którzy dla niego pracowali. Element kryminalny
Luthadelu szybko się uczył od swojej szlachty.
Vin robiła co mogła, by pozostać niewidzialna. Pół roku wcześniej nie
przypuszczała, że jej życie bez Reena może stać się jeszcze gorsze. A jednak, pomimo wybuchów wściekłości, pilnował, by inni bandyci nie
próbowali się z nią spoufalać. W szajkach złodziejskich było niewiele
kobiet -, które pogrążały się w półświatku, najczęściej kończyły jako
dziwki. Reen zawsze powtarzał, że dziewczyna musi być twarda - twardsza
nawet od mężczyzny - jeśli chce przetrwać.
"Myślisz, że jakikolwiek przywódca będzie chciał cię wlec w swojej
ekipie?" - powiadał. "Nawet ja nie chcę z tobą pracować, a jestem twoim
bratem".
Plecy wciąż pulsowały jej bólem. Camon wychłostał ją wczoraj. Krew
zaplamiła koszulę, a nie było jej stać na nową. Camon kładł rękę na jej
zarobkach, żeby pokryć długi, których narobił jej brat.
Ale ja jestem silna, pomyślała.
W tym była cała ironia. Chłosta już prawie nie bolała, gdyż częste
napady gniewu Reena uczyniły ją odporną, a jednocześnie nauczyły, jak
wydawać się żałosną i cierpiącą. W pewien sposób chłosta odnosiła wręcz
odwrotny skutek. Za każdym razem Vin wychodziła z niej silniejsza i lepiej zahartowana.
Camon wstał. Sięgnął do kieszeni kamizelki i wyjął złoty zegarek. Skinął
głową jednemu ze swych towarzyszy i rozejrzał się po sali, szukając...
Vin.
Jego spojrzenie wbiło się w nią.
- Już czas - rzekł.
Zmarszczyła brwi.
Czas? Na co?
***
Kanton Finansów Zakonu był imponującą budowlą, ale - prawdę mówiąc -
wszystko, co dotyczyło Stalowego Zakonu, było imponujące.
Wysoki, masywny budynek miał ogromne rozetowe okno na frontowej ścianie,
choć z zewnątrz szkło wydawało się ciemne. Po obu stronach okna zwisały
proporce, a poplamiona sadzą czerwona tkanina była zapisana hymnami
pochwalnymi na cześć Ostatniego Imperatora.
Camon obserwował budynek krytycznym okiem. Vin wyczuwała jego obawę.
Kanton Finansów nie był raczej najgroźniejszym z urzędów Zakonu - Kanton
Inkwizycji, a nawet Kanton Ortodoksji miały znacznie gorszą opinię.
Jednakże dobrowolne wejście do jakiegokolwiek urzędu Zakonu... oddanie
się we władzę obligatorów... cóż, takiego czynu można dokonać jedynie po
starannym namyśle.
Camon zaczerpnął tchu, po czym ruszył przed siebie, stukając laską po
kamieniach w rytm kroków. Miał na sobie strój bogatego szlachcica i towarzyszyło mu sześciu członków szajki - w tym i Vin - w charakterze
"służby".
Vin weszła za Camonem po stopniach, po czym przystanęła, kiedy jeden ze
"służących" podskoczył, by otworzyć drzwi przed swoim "panem". Z całej
szóstki najwyraźniej tylko Vin nie wiedziała o planie Camona. Podejrzane
było to, że Therona - partnera Camona w skoku na Zakon - nie było w zasięgu wzroku.
Vin weszła do budynku Kantonu. Z rozetowego okna padało wibrujące
czerwone światło, poprzecinane błękitnymi promieniami. W ogromnym holu
za biurkiem siedział samotny obligator z tatuażami średniego poziomu
wokół oczu.
Camon podszedł do niego, stukając laską po dywanie.
- Jestem lord Jedue - rzekł.
Co robisz, Camonie? - pomyślała Vin. Przy Theronie upierałeś się, że
nigdy nie spotkasz się z prelanem Lairdem w jego biurze w Kantonie. A teraz sam tu przyszedłeś.
Obligator skinął głową, odnotowując coś w swojej księdze. Machnął ręką.
- Do poczekalni możesz wziąć ze sobą jednego służącego, reszta musi
zostać tutaj.
Pogardliwe sapnięcie Camona dobitnie świadczyło o jego zdaniu na temat
tego ograniczenia. Obligator nawet nie uniósł głowy sponad księgi. Camon
stał przez chwilę i Vin nie była pewna, czy jest naprawdę wściekły, czy
tylko odgrywa rolę urażonego szlachcica. Wreszcie wyciągnął palec i dźgnął nim powietrze, wskazując na Vin.
- Chodź - rzekł i odwrócił się, powoli kierując się ku wskazanym
drzwiom.
Pokój za nimi był urządzony z przepychem i wygodą. Kilku panów
szlachetnego rodu odpoczywało w różnych wyczekujących pozycjach. Camon
wybrał sobie fotel, usadowił się w nim, po czym wskazał stół zastawiony
winem i ciasteczkami z czerwonym lukrem. Vin podała mu kielich wina i talerz z ciastkami, ignorując ssanie żołądka.
Camon pożerał ciastka, mlaszcząc cicho.
Jest zdenerwowany. Jeszcze bardziej niż przedtem.
- Kiedy wejdziemy, masz się nie odzywać - polecił z pełnymi ustami.
- Zdradzasz Therona - odparła szeptem.
Skinął głową.
- Ale jak? Dlaczego?
Plan Therona był skomplikowany w realizacji, ale koncepcja była prosta.
Co roku Zakon przesyłał nową grupę akolitów obligatorów z północnego
klasztoru na południe, do Luthadelu, by dokończyli nauk. Theron odkrył
jednak, że ci akolici i ich nadzorcy zwozili ukryte w bagażu ogromne
sumy z funduszy Zakonu, by przechować je w twierdzy w Luthadelu.
Rabunek w Ostatnim Imperium był trudną sprawą, zwłaszcza przy
nieustannych patrolach strzegących kanałów żeglownych. Jednakże, jeśli
ktoś sam kierował barkami przewożącymi akolitów, był w stanie
przeprowadzić napad. W odpowiedniej chwili strażnicy zwracali się ku
swoim pasażerom - i człowiek mógł nieźle zarobić, a potem zwalić
wszystko na rabusiów.
- Drużyna Therona jest słaba - odparł Camon. - Za dużo wydał na tę
robotę.
- Ale przecież mu się zwróci... - zaprotestowała.
- Nigdy, jeśli wezmę teraz wszystko, co się da, i ucieknę - odrzekł
Camon z uśmiechem. - Namówię obligatorów, żeby wypłacili mi zaliczkę na
uruchomienie floty, a potem zniknę i zostawię Theronowi załatwienie
spraw z rozwścieczonym Zakonem, kiedy ten się zorientuje, że został
nabrany.
Vin wyprostowała się, nieco wstrząśnięta. Przygotowanie takiej akcji z pewnością kosztowało Therona wiele tysięcy skrzyńców - jeśli teraz
poniesie porażkę, będzie zrujnowany. A z Zakonem depczącym mu po piętach
nie będzie miał nawet szansy na zemstę. Camon szybko się dorobi i jednocześnie uwolni się od jednego z najpotężniejszych rywali.
Theron był głupcem, że wziął do tego Camona, pomyślała. Ale kwota, którą
obiecał Camonowi, była ogromna. Prawdopodobnie przypuszczał, że
zachłanność partnera powstrzyma go od nieuczciwości, zanim sam Theron
nie spłata mu psikusa. Camon po prostu był szybszy, niż ktokolwiek mógł
sądzić, nawet Vin. Jak Theron mógłby się zorientować, że Camon sam
udaremni jego pracę, zamiast czekać i skraść cały ładunek z barki?
Poczuła ucisk w żołądku.
To tylko jeszcze jedna zdrada, pomyślała z bólem. Dlaczego wciąż tak się
tym przejmuję? Wszyscy wszystkich zdradzają. Takie jest życie...
Miała ochotę znaleźć sobie kąt, najlepiej bezpieczny i ciasny, i ukryć
się. Sama.
Wszyscy cię zdradzą. Wszyscy.
Ale nie miała dokąd pójść. Wreszcie wszedł jakiś obligator niższej rangi
i wywołał lorda Jedue. Vin poszła za Camonem do sali audiencyjnej.
Mężczyzna, który na nich czekał, usadowiony wygodnie za biurkiem, nie
był jednak prelanem Lairdem.
Camon przystanął w wejściu. Ujrzał gabinet, wyściełany szarym dywanem, i biurko. Ściany były nagie, a jedyne okno wąskie na szerokość dłoni.
Obligator, który na nich czekał, miał jeden z najbardziej
skomplikowanych tatuaży wokół oczu, jakie Vin kiedykolwiek widziała. Nie
była pewna, jaka ranga z nich wynika, ale kreski wędrowały daleko poza
uszy i na czoło obligatora.
- Lord Jedue - rzekł dziwny obligator.
Podobnie jak Laird miał na sobie szarą szatę, ale różnił się bardzo od
poważnych biurokratów, z jakimi Camon miewał wcześniej do czynienia. Ten
był szczupły, ale muskularny, a jego ogolona na gładko trójkątna głowa
nadawała mu drapieżny wygląd.
- Odniosłem wrażenie, że będę miał przyjemność z prelanem Lairdem -
rzekł Camon, wciąż nie wchodząc do środka.
- Prelan Laird został odwołany do innych zadań. Jestem wielki prelan
Arriev, przewodniczący rady, która rozpatrywała twoją ofertę. Masz
rzadką możliwość porozmawiania ze mną bezpośrednio. Zwykle nie prowadzę
tych spraw osobiście, ale nieobecność Lairda sprawiła, że musiałem wziąć
na siebie część jego obowiązków.
Instynkt Vin sprawił, że zesztywniała.
Musimy się stąd wynosić. Natychmiast.
Camon stał nieruchomo przez dłuższą chwilę i widziała, że się
zastanawia. Uciekać od razu? Czy podjąć ryzyko dla większej zdobyczy?
Vin nie obchodziła zdobycz, chciała tylko żyć. Camon jednak nie został
przywódcą, nie podejmując od czasu do czasu ryzyka. Powoli wszedł do
gabinetu i, rozglądając się ostrożnie, zajął miejsce naprzeciwko
obligatora.
- Dobrze, wielki prelanie Arriev - rzekł ostrożnie. - Przyjmuję, że
skoro zostałem wezwany na kolejne spotkanie, to rada rozważyła moją
ofertę?
- W istocie - odparł obligator. - Choć muszę przyznać, że niektórzy
członkowie Rady są niechętni, by robić interesy z rodem tak bliskim
katastrofy ekonomicznej. Zakon ogólnie woli podchodzić konserwatywnie do
swoich operacji finansowych.
- Rozumiem.
- Ale - wtrącił Arriev - na pokładzie znajdzie się wielu, którzy chętnie
skorzystaliby z oszczędności, jakie nam zaoferowałeś.
- A z jaką grupą ty się identyfikujesz, Wasza Miłość?
- Jeszcze nie podjąłem decyzji. - Obligator się pochylił. - Dlatego
zauważyłem, że masz tę rzadką okazję, by mnie przekonać. Zrób to,
lordzie Jedue, a będziesz miał swój kontrakt.
- Z pewnością prelan Laird przedstawił szczegóły naszej oferty - odparł
Camon.
- Tak, ale chciałbym usłyszeć te argumenty od ciebie. Zrób to dla mnie.
Vin zmarszczyła brwi. Pozostała w głębi sali, stojąc w pobliżu drzwi,
wciąż niepewna, czy nie powinna uciekać.
- I co? - zagadnął Arriev.
- Potrzebujemy tego kontraktu, Wasza Miłość - odrzekł Camon. - Bez niego
nie będziemy w stanie kontynuować naszej działalności transportowej.
Wasz kontrakt pozwoli nam na uzyskanie tak potrzebnego okresu
stabilności, da szansę na utrzymanie naszych barek do czasu, aż
znajdziemy kolejne kontrakty.
Arriev przez moment przyglądał się Camonowi.
- Z pewnością stać cię na więcej, lordzie Jedue. Laird powiedział, że
byłeś bardzo przekonujący... chciałbym usłyszeć coś, co pozwoli mi
uwierzyć, że zasłużyłeś na nasz kontrakt.
Vin przygotowała swoje Szczęście. Mogła sprawić, że Arriev stałby się
skłonniejszy do negocjacji, ale... coś ją powstrzymało. Sytuacja
wydawała się bardzo ryzykowna.
- Jesteśmy dla was najlepszym wyborem, Wasza Miłość - rzekł Camon. -
Obawiasz się, że mój ród poniesie klęskę ekonomiczną? Cóż, jeśli tak się
stanie, co stracicie? W najgorszym razie moje barki przestaną kursować,
a wy będziecie musieli znaleźć innych kupców. Jednak, jeśli wasz
kontrakt wystarczy, by utrzymać moją działalność, będzie to dla was
oznaczało wieloletni i bardzo korzystny interes.
- Rozumiem - odparł Arriev. - A dlaczego właśnie Zakon? Dlaczego nie
znajdziesz sobie kogoś innego? Przecież z pewnością istnieją inne
możliwości wykorzystania twoich statków... inne grupy, które rzucą się
na takie stawki.
Camon zmarszczył brwi.
- Nie chodzi o pieniądze, Wasza Miłość, chodzi o zwycięstwo, o dowód
zaufania - właśnie to zyskamy, otrzymując kontrakt od Zakonu. Jeśli wy
nam zaufacie, inni też to uczynią. Potrzebuję waszego poparcia. - Camon
zaczął się obficie pocić. Chyba już pożałował swojej gry. Czy został
zdradzony? Czy to Theron stał za tym dziwnym spotkaniem?
Obligator czekał. Vin wiedziała, że może ich zniszczyć. Gdyby nabrał
podejrzeń, że próbują go oszukać, mógł ich przekazać Kantonowi
Inkwizycji. Niejeden szlachcic wszedł do budynku Kantonu i nigdy go nie
opuścił.
Zacisnęła zęby, sięgnęła ku niemu i użyła Szczęścia na obligatorze,
sprawiając, by przestał być podejrzliwy.
Arriev się uśmiechnął.
- Cóż, przekonałeś mnie - oznajmił.
Camon westchnął z ulgą.
- Twój ostatni list sugerował, że potrzebujesz trzech tysięcy skrzyńców
jako zaliczki, by odnowić sprzęt i podjąć działalność - mówił Arriev. -
Przejdź do skryby w głównym holu, żeby dokończyć papierkową robotę i byś
mógł się zgłosić po niezbędne fundusze.
Obligator wyjął ze stosu arkusz grubego, biurokratycznego papieru i przyłożył pieczęć na samym dole. Podał arkusz Camonowi.
- Oto twój kontrakt.
Camon uśmiechnął się szeroko.
- Wiedziałem, że Zakon będzie właściwym wyborem - rzekł, przyjmując
kontrakt. Wstał, skłonił się obligatorowi z szacunkiem, po czym skinął
na Vin, by otwarła mu drzwi.
Uczyniła to.
Coś jest nie w porządku, pomyślała. Coś jest bardzo nie w porządku.
Zatrzymała się, kiedy Camon wychodził, i obejrzała na obligatora. Wciąż
się uśmiechał.
Szczęśliwy obligator to zawsze zły znak.
Jednak, kiedy szli przez poczekalnię z jej szlachetnymi gośćmi, nikt ich
nie zatrzymał. Camon opieczętował i dostarczył kontrakt odpowiedniemu
skrybie, a żołnierze wciąż się nie zjawiali, by ich aresztować. Skryba
wyjął małą skrzynkę pełną monet i podał Camonowi.
A potem po prostu opuścili budynek Kantonu. Camon zebrał pozostałą
służbę z widoczną ulgą. Żadnego alarmu, żadnych krzyków. Żadnego tupotu
żołnierskich butów. Byli wolni. Camon zdołał oszukać zarówno Zakon, jak
i drugiego przywódcę.
A przynajmniej tak się wydawało.
***
Kelsier wepchnął do ust jeszcze jedno czerwono lukrowane ciasteczko i żuł je z satysfakcją. Gruby złodziej i jego przerażona służąca przeszli
przez poczekalnię do wyjścia. Obligator, który z nimi rozmawiał,
pozostał w gabinecie, widocznie czekając na kolejnego petenta.
- No i co? - zapytał Dockson. - Co o tym myślisz?
Kelsier spojrzał na ciasteczka.
- Całkiem niezłe - rzekł, częstując się kolejnym. - Zakon zawsze miał
doskonały gust. To oczywiste, że i przekąski mają znakomite.
Dockson przewrócił oczami.
- Mówię o dziewczynie, Kell.
Kelsier uśmiechnął się i ułożył cztery ciastka w stertę na dłoni, po
czym skinął głową w stronę drzwi. Poczekalnia Kantonu była zbyt tłoczna,
by w niej dyskutować o delikatnych sprawach. Po drodze zatrzymał się i powiedział sekretarzowi obligatora, że musi przełożyć spotkanie.
Minęli hol wejściowy, po drodze przechodząc obok tłustego herszta, który
cicho rozmawiał ze skrybą. Kelsier wyszedł na ulicę, naciągnął kaptur
na głowę dla ochrony przed wciąż padającym popiołem, po czym poszedł w dół ulicy. Zatrzymał się w bocznej alejce, zajmując taką pozycję, by
wraz z Docksonem obserwować drzwi budynku Kantonu. Z zadowoleniem
przeżuwał ciastka.
- Skąd się o niej dowiedziałeś? - zapytał pomiędzy jednym a drugim
kęsem.
- To twój brat - odparł Dockson. - Camon próbował wykręcić numer
Marshowi kilka miesięcy temu i ona też z nim wtedy była. Właściwie to ta
mała maskotka Camona stała się już dość sławna w pewnych kręgach. Wciąż
nie jestem pewien, czy on ogóle wie, kim ona jest. Wiesz, jak przesądni
bywają złodzieje.
Kelsier skinął głową, otrzepując dłonie.
- Skąd wiedziałeś, że ona dzisiaj tu będzie?
Dockson wzruszył ramionami.
- Kilka napiwków we właściwe ręce. Miałem tę dziewczynę na oku od dnia,
kiedy Marsh mi ją pokazał. Chciałem, żebyś sam zobaczył ją w akcji.
Po drugiej stronie ulicy drzwi budynku Kantonu otwarły się wreszcie i u szczytu schodów stanął Camon, otoczony grupką "służących". Drobna,
krótkowłosa dziewczyna była wśród nich. Na jej widok Kelsier zmarszczył
brwi. Jej kroki były nerwowe i płochliwe, podrywała się za każdym razem,
kiedy ktoś wykonał zbyt gwałtowny gest. Na jej prawym policzku wciąż
było widać ślady gojącego się sińca.
Kelsier spojrzał na nadętego Camona. Muszę wymyślić dla tego gościa coś
szczególnie odpowiedniego.
- Biedactwo - mruknął Dockson.
- Wkrótce się od niego uwolni - rzekł Kelsier. - Dziwne, że nikt
wcześniej jej nie odkrył.
- Więc twój brat miał rację?
- Jest co najmniej Mglistym, a jeśli Marsh twierdzi, że czymś więcej,
jestem gotów mu uwierzyć. Jestem nieco zaskoczony, że użyła Allomancji
na członku Zakonu, zwłaszcza w budynku Kantonu, ale podejrzewam, że nie
jest nawet świadoma tego, że wykorzystuje swoje zdolności.
- Czy to możliwe? - zapytał Dockson.
Kelsier skinął głową.
- Można palić minerały śladowe w wodzie, jeśli nie potrzeba dużo mocy.
Dlatego właśnie Ostatni Imperator zbudował tu swój zamek, w ziemi jest
mnóstwo metali. Powiedziałbym...
Zmarszczył brwi. Coś było nie w porządku. Spojrzał w kierunku Camona i jego grupy. Wciąż byli widoczni w niewielkiej odległości w głębi ulicy.
Kierowali się na południe.
W portalu budynku Kantonu pojawiła się kolejna postać. Szczupły, o pewnej siebie postawie, wokół oczu nosił tatuaże wielkiego prelana
Kantonu Finansów. Prawdopodobnie był to ten sam prelan, które przed
chwilą rozmawiał z Camonem. Obligator wyszedł na zewnątrz, a za nim
pojawił się drugi mężczyzna.
Dockson za plecami Kelsiera zesztywniał.
Drugi mężczyzna był wysoki i silnie zbudowany. Kiedy się obrócił,
Kelsier ujrzał, że w każdy z jego oczodołów ktoś wbił gruby metalowy
kolec. Trzon kolców miał średnicę oczodołu, a podobne do gwoździa
końcówki były tak długie, że wystawały na około cala z tyłu jego nagiej
czaszki. Płasko zakończone trzony, wystające z oczodołów w miejscu gałek
ocznych, lśniły jak dwa srebrzyste dyski.
Stalowy Inkwizytor.
- A "to" co tu robi? - szepnął Dockson.
- Spokój - polecił Kelsier, usiłując zmusić się do wypełnienia własnego
polecenia.
Inkwizytor spojrzał w ich stronę, zwracając ku Kelsierowi kolce, po czym
zwrócił się w kierunku, w którym odszedł Camon wraz z dziewczyną.
Podobnie jak wszyscy Inkwizytorzy, miał skomplikowane tatuaże wokół oczu
- większość czarnych, z jedną wyraźną czerwoną kreską - które dobitnie
świadczyły o jego wysokiej randze w Kantonie Inkwizycji.
- On nie jest tutaj z naszego powodu - odparł Kelsier. - Nic nie palę.
Pomyśli, że jesteśmy zwyczajną szlachtą.
- Dziewczyna - mruknął Dockson.
Kelsier skinął głową.
- Powiedziałeś, że Camon kombinuje z oszukiwaniem Zakonu już od jakiegoś
czasu. Dziewczyna prawdopodobnie została namierzona przez któregoś z obligatorów. Są wyszkoleni, by rozpoznawać, kiedy Allomanta dotyka ich
uczuć.
Dockson zmarszczył brwi. Po przeciwnej stronie ulicy Inkwizytor
rozmawiał z drugim obligatorem, po czym obaj ruszyli wolno do miejsca,
gdzie zniknął Camon.
- Chyba wysłali za nimi ogon - mruknął Dockson.
- To Zakon - odparł Kelsier. - Założę się, że co najmniej dwa.
Dockson przytaknął.
- Camon doprowadzi ich prosto do swojej kryjówki. Dziesiątki ludzi
zginą. Nie wszyscy są wspaniałymi jednostkami, ale...
- Walczą z Ostatnim Imperium na swój własny sposób - dokończył Kelsier.
- Poza tym, nie mam zamiaru pozwolić, by potencjalni Mgliści wymknęli
się z naszych rąk... Chcę pogadać z tą dziewczyną. Dasz sobie radę z ogonami?
- Kell, mówiłem, że stałem się nudny, nie leniwy - odparł Dockson. -
Potrafię sobie poradzić z paroma lokajami Zakonu.
- Dobrze - odparł Kelsier, sięgając do kieszeni płaszcza.
Wyjął małą fiolkę, w której w roztworze alkoholowym pływały płatki kilku
metali. Żelazo, stal, cyna czysta i stopiona z ołowiem, miedź, brąz,
cynk i mosiądz - osiem podstawowych metali allomantycznych. Kelsier
wyjął zatyczkę i jednym szybkim łykiem wypił zawartość.
Schował pustą fiolkę i otarł dłonią usta.
- Ja się zajmę Inkwizytorem.
Dockson spojrzał na niego z lękiem.
- Chcesz pójść i tak sobie go załatwić?
Kelsier pokręcił głową.
- To zbyt niebezpieczne. Po prostu odwrócę jego uwagę. A teraz ruszaj.
Lepiej, żeby ogony nie wiedziały, gdzie jest kryjówka.
Dockson skinął głową.
- Spotkamy się na piętnastym skrzyżowaniu - rzekł, po czym ruszył alejką
i zaraz zniknął za rogiem.
Kelsier doliczył do dziesięciu, po czym sięgnął w głąb siebie i zaczął
spalać metale. Jego ciało wypełniło się siłą, jasnością i mocą.
Kelsier uśmiechnął się, po czym - spalając cynk - sięgnął i mocno
szarpnął emocje Inkwizytora. Istota zamarła i okręciła się w miejscu,
spoglądając w kierunku budynku Kantonu.
No to teraz się poganiamy, pomyślał Kelsier.
3
3
Camon liczył monety, wrzucając złote skrzyńce jeden po drugim do małego
pudełka na stole. Wciąż wydawał się nieco zaskoczony i nic dziwnego.
Trzy tysiące skrzyńców to bajeczna kwota pieniędzy. O wiele więcej, niż
Camon zarobiłby w ciągu roku, nawet bardzo dobrego. Zbiry z jego
najbliższego otoczenia siedzieli z nim przy stole, a ale i śmiech
płynęły swobodnym strumieniem.
Vin siedziała w kącie, usiłując zrozumieć uczucie przerażenia, jakie ją
ogarniało. Trzy tysiące skrzyńców. Zakon nie powinien był nigdy
dopuścić, by taka suma została wydana aż tak łatwo. Prelan Arriev
wydawał się o wiele za sprytny, żeby tak łatwo dać się podejść.
Camon wrzucił do skrzyni kolejną monetę. Vin nie była pewna, czy ten
pokaz bogactwa to głupota, czy spryt. Szajki złodziejskie pracowały
zgodnie z jedną ścisłą zasadą. Każdy otrzymywał dolę proporcjonalną do
jego pozycji w grupie. Czasem kusiło, by zabić przywódcę i zgarnąć
wszystko dla siebie, ale ogólnie przywódca, który miał szczęście,
oznaczał więcej pieniędzy dla każdego. Jeśli zabijesz go za wcześnie,
odetniesz sobie dalsze dochody - nie mówiąc już o ściągnięciu sobie na
głowę gniewu pozostałych rabusiów.
Ale jednak trzy tysiące skrzyńców... To wystarczy, by skusić nawet
najbardziej logicznego złodzieja. Wszystko było nie tak.
Muszę się stąd wynosić, pomyślała. Uciec od Camona, z dala od kryjówki,
gdyby coś miało się stać.
Ale... odejść? Sama? Nigdy przedtem nie była sama, zawsze miała Reena.
To on prowadził ją od miasta do miasta, pokazując kolejne złodziejskie
bandy. Kochała samotność. Ale sama myśl o tym, że mogłaby być zdana
wyłącznie na siebie, gdzieś w mieście, przerażała ją. Dlatego nigdy nie
uciekła od Reena, dlatego została przy Camonie.
Nie mogła odejść - ale musiała. Spojrzała ze swego kąta na członków
szajki. Wśród nich niewielu było takich, do których żywiła jakiekolwiek
przywiązanie. Jednak było kilku, których krzywdy nie chciałaby, nawet,
gdyby obligatorzy zwrócili się przeciwko szajce. Kilku ludzi, którzy nie
próbowali jej wykorzystać, lub - w niektórych przypadkach - nawet
okazali jej pewną sympatię.
Na szczycie tej listy znajdował się Ulef. Nie był przyjacielem, lecz
najbliższym znajomym od czasów Reena. Jeśli pójdzie z nią, przynajmniej
nie będzie sama. Ostrożnie wstała i przeszła pod ścianą do miejsca,
gdzie siedział Ulef, pijąc w grupie młodszych bandytów.
Pociągnęła go za rękaw. Obejrzał się. Był podpity.
- Vin?
- Ulef - szepnęła. - Musimy wyjść.
Zmarszczył brwi.
- Wyjść? Dokąd?
- Jak najdalej - odparła cicho. - Wyjść stąd.
- Teraz?
Skinęła głową.
Obejrzał się na swoich kumpli, którzy chichotali cicho, rzucając Ulefowi
i Vin wymowne spojrzenia.
Ulef się zaczerwienił.
- Chcesz gdzieś pójść, tak tylko ty i ja?
- Nie tak - odrzekła. - Tylko... muszę odejść z kryjówki. I nie chcę być
sama.
Ulef zmarszczył brwi. Pochylił się ku niej. Jego oddech lekko pachniał
ale.
- O co właściwie chodzi, Vin? - zapytał.
Vin się zawahała.
- Ja... myślę, że coś się zdarzy, Ulefie - szepnęła. - Coś, co ma
związek z obligatorami. Po prostu nie chcę teraz być tutaj.
Ulef siedział przez chwilę w milczeniu.
- Dobrze - rzekł. - Ile to może potrwać?
- Nie wiem - odrzekła. - Co najmniej do wieczora. Ale musimy iść teraz.
Skinął głową.
- Czekaj tu przez chwilę - szepnęła i się odwróciła.
Rzuciła okiem na Camona, który śmiał się z własnego dowcipu, i ostrożnie
przeszła przez brudne od popiołu pomieszczenia do pokoju w głębi
kryjówki.
Sypialnia szajki mieściła się w prostym, długim korytarzu, wzdłuż
którego ułożono materace. Był zatłoczony i niewygodny, ale i tak lepszy
niż zimne uliczki, w których sypiała przez wiele lat, podróżując z Reenem.
Pewnie będę musiała znów przyzwyczaić się do alejek, pomyślała. Kiedyś
to przeżyła. Przeżyje znowu.
Podeszła do swojego materaca, częściowo wsłuchując się w dochodzące z sąsiedniej sali stłumione rozmowy i śmiechy mężczyzn. Uklękła,
spoglądając na swój skąpy majątek. Gdyby coś się stało szajce, nie
będzie mogła tu wrócić. Nigdy. Ale nie mogła wziąć ze sobą materaca -
byłoby to zbyt ostentacyjne. Pozostawała jedynie niewielka szkatułka, w której przechowywała najbardziej osobiste przedmioty, kamyk z każdego
miasta, w którym bywała, kolczyk - Reen powiedział, że to matka jej go
dała - i kawałek obsydianu wielkości dużej monety. Był obłupany, całkiem
nieregularnie, ale Reen nosił go przy sobie jako coś w rodzaju amuletu i było to jedyne, co po sobie zostawił, kiedy uciekł pół roku temu. Kiedy
ją porzucił.
Zawsze mówił, że to zrobi, pomyślała. Nie sądziłam, że rzeczywiście
odejdzie... I właśnie dlatego musiał to zrobić.
Chwyciła kawałek obsydianu, kamyki wrzuciła do kieszeni. Kolczyk
zawiesiła w uchu - była to prościutka ozdoba, zwykła kropla metalu,
niewarta nawet kradzieży, dlatego nie bała się zostawić go pod
materacem. Nosiła go jednak bardzo rzadko, z obawy, że ozdoba doda jej
kobiecości.
Nie miała pieniędzy, ale Reen nauczył ją kraść i żebrać. I jedno, i drugie było trudne w Ostatnim Imperium, a zwłaszcza w Luthadelu, ale
znajdzie sposób, jeśli będzie musiała.
Pozostawiła szkatułkę i materac, po czym wróciła do ogólnej sali. Może
przesadzała, może nic się nie stanie. Ale jeśli... Cóż, Reen mówił, że
zawsze trzeba chronić własny kark. Zabranie Ulefa było dobrym pomysłem.
Miał kontakty w Luthadelu. Jeśli coś się stanie szajce Camona, Ulef
prawdopodobnie znajdzie pracę dla siebie i dla niej...
Zamarła w progu głównej sali. Ulef nie czekał na nią przy stole, gdzie
go zostawiła. Stał spłoszony w przedniej części sali. Koło baru. Obok...
Camona.
- A to co? - Camon wstał, z twarzą czerwoną jak słońce. Odepchnął
krzesło i, pijany, rzucił się w jej stronę. - Zwiewasz? Chcesz mnie
zdradzić Zakonowi, tak?
Vin skoczyła w kierunku schodów, desperacko potykając się o stoły i potrącając towarzyszy.
Camon rzucił w ślad za nią drewniane krzesło, które uderzyło ją w sam
środek pleców, obalając na podłogę. Poczuła okropny ból między
łopatkami, kilku towarzyszy krzyknęło, kiedy stołek odbił się od niej i z trzaskiem upadł na klepisko.
Vin leżała oszołomiona. A potem... coś w jej wnętrzu... coś, o czym
wiedziała, ale nie rozumiała tego... dodało jej sił. Przestało jej się
kręcić w głowie, ból skupił się w jednym punkcie. Niezdarnie stanęła na
nogi.
Camon już był przy niej. Uderzył ją w twarz, zanim jeszcze wstała. Jej
głowa poleciała w bok od siły ciosu, ale kręgi w karku strzeliły tak
boleśnie, że ledwie poczuła ponowne zderzenie z podłogą.
Camon pochylił się, chwycił ją za kołnierz koszuli i postawił na nogi,
znów unosząc pięść. Vin nie próbowała nawet myśleć czy mówić - nie było
na to czasu. Jednym desperackim wysiłkiem zebrała całe swoje Szczęście i rzuciła na Camona, uspokajając jego furię.
Camon zawahał się. Jego spojrzenie złagodniało na chwilę. Postawił ją na
podłodze.
A potem wściekłość powróciła. Twarda. Przerażająca.
- Cholerna dziwka - warknął, chwytając ją za ramiona i potrząsając. -
Ten twój zdradziecki braciszek nigdy mnie nie szanował, a ty jesteś taka
sama. Za dobry byłem dla was. Powinienem był...
Vin próbowała się wyrwać, jednak Camon trzymał mocno. Rozpaczliwie
czekała na pomoc innych członków szajki, ale wiedziała, na co może
liczyć. Obojętność. Odwrócili się z zakłopotaniem na twarzach, ale nie
wydawali się zmartwieni. Ulef stał wciąż koło stolika Camona i ze
wstydem wbijał wzrok w ziemię.
Wydało jej się nagle, że słyszy głos szepczący jej do ucha. Głos Reena.
Idiotka! Brak litości to najmądrzejsze z uczuć. Nie masz tu żadnych
przyjaciół. Nigdy ich nie będziesz miała w przestępczym świecie!
Szarpnęła się znowu, ale Camon uderzył ją po raz kolejny, aż upadła na
ziemię. Cios ogłuszył ją. Jęknęła, gdy całe powietrze uciekło jej z płuc.
Wytrzymaj to, powiedziała sobie, choć umysł miała zamroczony. Nie zabije
mnie przecież. Potrzebuje mnie.
Kiedy jednak odwróciła się mozolnie, w słabym świetle ujrzała, że Camon
nadal pochyla się nad nią z twarzą pełną pijackiej wściekłości.
Wiedziała już, że tym razem będzie inaczej, to nie będzie zwykłe lanie.
Myślał, że zamierzała zdradzić go i wydać Zakonowi. Nie zachowywał już
kontroli nad sobą.
W oczach miał mord.
Błagam! - desperacko myślała Vin, sięgając po swoje Szczęście, usiłując
zmusić je do pracy. Żadnej reakcji. Szczęście ją opuściło, choć i tak
miała go mało.
Camon pochylił się, mrucząc coś pod nosem, i szarpnął ją za ramię.
Podniósł rękę - jego mięsista dłoń zwinęła się znowu w pięść, mięśnie
się napięły... Kropla potu spłynęła z zaczerwienionej furią twarzy i skapnęła z podbródka wprost na jej policzek.
Kilka stóp dalej drzwi do klatki schodowej zadygotały, a potem otwarły
się z trzaskiem. Camon znieruchomiał z uniesioną ręką i gniewnie
spojrzał na wejście, by sprawdzić, który z jego ludzi miał pecha wybrać
sobie właśnie ten moment na powrót do kryjówki.
Vin skorzystała z tej chwili roztargnienia. Ignorując nowo przybyłego,
usiłowała się uwolnić z rąk Camona, ale była zbyt słaba. Twarz jej
płonęła w miejscu, gdzie ją uderzył, na wargach czuła smak krwi. Rękę
miała wykręconą pod dziwnym kątem, a bok bolał w miejscu, gdzie uderzyła
nim o podłogę. Wbiła paznokcie w dłoń Camona, ale nagle poczuła, że
słabnie, jej wewnętrzna siła zawiodła ją tak samo, jak wcześniej
Szczęście. Ból wydał jej się nagle silniejszy, bardziej obezwładniający,
bardziej wymagający.
Desperacko obejrzała się w stronę drzwi. Była blisko, tak rozpaczliwie
blisko. Prawie już uciekła. Jeszcze trochę... dalej...
Wtedy ujrzała mężczyznę stojącego w wejściu. Nie znała go. Wysoki, o sokolej twarzy, miał jasne włosy i był ubrany w swobodny strój
szlachecki. Płaszcz odrzucił do tyłu. Miał może trzydzieści pięć lat,
nie nosił kapelusza ani laski.
I wyglądał na bardzo, bardzo wściekłego.
- Co to znaczy?! - zawołał Camon. - Kim ty jesteś?!
Jak on ominął czujki? - myślała Vin, usiłując odzyskać jasność myślenia.
Ból... Potrafi sobie poradzić z bólem. Obligatorzy... Czy to oni go
przysłali?
Nowo przybyły spojrzał na Vin i wyraz jego twarzy nieco złagodniał. A potem podniósł wzrok na Camona i oczy mu pociemniały.
Gniewne okrzyki herszta zostały ucięte, kiedy jakaś potężna siła
odrzuciła go w tył, odrywając jego ramię od barku Vin, a jego samego
ciskając na podłogę, aż zadrżały wszystkie deski.
W sali zapadła cisza.
Muszę uciekać, myślała gorączkowo Vin, zbierając się na czworaki. Camon
jęczał z bólu kilka stóp dalej i Vin szybko odpełzła na bok, chowając
się pod pusty stół. Kryjówka miała ukryte wyjście, klapę w podłodze pod
tylną ścianą. Jeśli zdoła do niej dotrzeć...
Ogarnął ją obezwładniający spokój. Uczucie spadło na nią jak nagły
ciężar, zagłuszając całkowicie jej własne emocje, jakby zmiażdżyła je
potężna dłoń. Strach zgasł jak zdmuchnięta świeca i nawet ból wydawał
się mało ważny.
Zwolniła, zastanawiając się, czego się tak bała. Wstała, zatrzymując się
przed klapą. Oddychała ciężko, wciąż nieco oszołomiona.
Camon właśnie próbował mnie zabić! - ostrzegała ją logiczna część
umysłu. A ktoś atakuje naszą kryjówkę.
Jednakże emocje nie nadążały za logiką. Czuła się... spokojna.
Niewzruszona. I coraz bardziej zaciekawiona.
Ktoś inny właśnie zastosował na niej Szczęście.
W jakiś sposób rozpoznała to uczucie, choć nigdy wcześniej osobiście go
nie doznała. Zatrzymała się przy stole, z jedną ręką na blacie, i powoli
się odwróciła. Nowo przybyły wciąż stał u stóp schodów. Obserwował ją
przez chwilę krytycznym spojrzeniem, po czym uśmiechnął się
rozbrajająco.
Co się dzieje?
Przybysz wreszcie wszedł do sali. Reszta szajki Camona pozostała przy
stolikach. Wydawali się zaskoczeni, ale dziwnie beztroscy.
Używa Szczęścia przeciwko wszystkim naraz... Ale... jak może to robić
jednocześnie i tak długo? Vin nigdy nie była w stanie zebrać dosyć
Szczęścia, by wystarczyło go na coś więcej niż pojedyncze, krótkie
dotknięcie.
Przybysz wszedł do sali i Vin dopiero teraz zobaczyła, że za jego
plecami stoi ktoś jeszcze. Drugi mężczyzna był mniej imponujący. Niższy,
z ciemną, krótką bródką i prostymi, krótko ostrzyżonymi włosami, również
był odziany w szlachecki strój, choć mniej elegancki.
Po drugiej stronie pomieszczenia Camon jęknął i usiadł, trzymając się za
głowę. Spojrzał na przybyszów.
- Pan Dockson! Ależ, uch... co za niespodzianka!
- Istotnie - odparł niższy mężczyzna. - Dockson.
Vin zmarszczyła brwi, czując, że ci mężczyźni są jej znajomi. Gdzieś już
ich widziała.
Kanton Finansów. Siedzieli w poczekalni, kiedy wychodziliśmy wraz z Camonem.
Camon chwiejnie stanął na nogach, obserwując jasnowłosego gościa.
Spojrzał na dłonie tamtego, które były pokryte dziwnymi, przeplatającymi
się bliznami.
- Na Ostatniego Imperatora - wyszeptał. - Ocalały z Hathsin!
Vin zmarszczyła brwi. Tytuł nie był jej znany. Czy powinna znać tego
człowieka? Jej rany wciąż pulsowały bólem, pomimo spokoju, jaki
odczuwała, kręciło jej się w głowie. Oparła się na blacie, by nie upaść,
ale nie usiadła.
Kimkolwiek był przybysz, Camon uważał go za ważną osobistość.
- Proszę, i pan Kelsier - warknął. - Cóż za zaszczyt!
Przybysz - Kelsier - pokręcił głową.
- Nie mam wielkiej ochoty cię słuchać.
Camon wydał z siebie cichy jęk bólu, kiedy znów coś odrzuciło go w tył.
Kelsier nawet nie ruszył palcem, by tego dokonać. A jednak Camon padł na
ziemię, jakby pchnęła go jakaś niewidzialna siła.
Bandyta zamilkł, a Kelsier rozejrzał się po sali.
- Czy wszyscy wiedzą, kim jestem?
Wielu z członków szajki przytaknęło.
- Dobrze. Przybyłem tu, drodzy przyjaciele, ponieważ macie wobec mnie
wielki dług.
W sali panowała cisza, jeśli nie liczyć jęków Camona. Wreszcie ktoś
odezwał się nieśmiało:
- My... panie Kelsier?
- Tak. Widzicie, pan Dockson i ja właśnie uratowaliśmy wam życie. Wasz
dość niekompetentny przywódca wyszedł z Kantonu Finansów Zakonu godzinę
temu i wrócił do kryjówki. Podążali za nim dwaj zwiadowcy Zakonu, jeden
prelan wysokiej rangi i jeden Stalowy Inkwizytor.
Cisza.
Na Imperatora, pomyślała Vin. Miała rację... ale nie była dość szybka.
Ale jeśli był tam Inkwizytor...
- Inkwizytorem się zająłem - dodał Kelsier, pozwalając, by wszyscy
domyślili się, w jaki sposób to uczynił.
Kim musiał być człowiek, który "zajął się" Inkwizytorem? Krążyły plotki,
że te istoty są nieśmiertelne, mogą zaglądać do ludzkiej duszy, a jako
wojownicy są niepokonani.
- Żądam zapłaty za wyświadczone usługi - oznajmił Kelsier.
Tym razem Camon nie wstał. Upadł i teraz był zdezorientowany. W sali
panowała cisza. Wreszcie Milev - ciemnoskóry mężczyzna, który był
zastępcą Camona - podniósł kuferek ze skrzyńcami Zakonu i podbiegł,
usłużnie podając go Kelsierowi.
- To pieniądze, jakie Camon dostał z Zakonu - wyjaśnił skwapliwie. -
Trzy tysiące skrzyńców.
Milev tak bardzo chce mu się przypodobać, pomyślała Vin. To coś więcej
niż tylko Szczęście, albo to jakiś rodzaj Szczęścia, którego ja nigdy
nie byłabym w stanie użyć.
Kelsier zawahał się, ale przyjął skrzynkę z monetami.
- A ty kim jesteś?
- Milev, panie Kelsier.
- Cóż, przywódco Milev, uznam to wynagrodzenie za zadowalające... o ile
zrobisz dla mnie jeszcze coś.
Milev pokiwał głową.
- A cóż by to miało być?
Kelsier wskazał ruchem głowy półprzytomnego Camona.
- Zajmij się nim.
- Załatwione - odparł Milev.
- Chcę, żeby żył, Milev - zaoponował Kelsier, unosząc palec. - Ale nie
chcę, żeby się tym cieszył.
Milev skinął głową.
- Uczynimy z niego żebraka. Ostatni Imperator nie lubi tej profesji...
Camon będzie miał ciężki żywot w Luthadelu.
A Milev pozbędzie się go i tak, skoro tylko uzna, że Kelsier tego nie
widzi.
- Dobrze - mruknął Kelsier, po czym otwarł kuferek i zaczął odliczać
złociste skrzyńce. - Pomysłowy z ciebie człowiek, Milev. Szybki i nie
tak łatwo cię onieśmielić, jak innych.
- Miałem już wcześniej do czynienia z Mglistymi, panie Kelsier - odparł
Milev.
Kelsier skinął głową.
- Dox - rzekł, zwracając się do swego towarzysza. - Gdzie spotykamy się
dzisiaj?
- Myślałem, że dobrym miejscem będzie warsztat Clubsa - odparł zapytany.
- Niezbyt neutralne miejsce - odparł Kelsier. - Zwłaszcza jeśli nie
zechce się do nas przyłączyć.
- To prawda.
Kelsier spojrzał na Mileva.
- Planuję robotę w tej okolicy. Przydałoby mi się wsparcie miejscowych.
- Pokazał mu stosik mniej więcej setki skrzyńców. - Chcemy skorzystać z waszej kryjówki dziś wieczorem. Można to załatwić?
- Oczywiście - odparł Milev, skwapliwie zgarniając monety.
- Doskonale - rzekł Kelsier. - A teraz wyjdźcie.
- Wyjść? - zapytał z wahaniem Milev.
- Tak. Weź swoich ludzi... razem z byłym szefem... i idźcie sobie. Chcę
porozmawiać w cztery oczy z panną Vin.
W pomieszczeniu znów zapadła cisza i Vin wiedziała, że nie ona jedna
zastanawia się, skąd Kelsier zna jej imię.
- No co, słyszeliście? - warknął Milev.
Machnięciem ręki nakazał kilku zbirom zebrać z podłogi Camona i skierował całą resztę w stronę schodów.
Vin obserwowała, jak odchodzili, czując narastający niepokój. Ten
Kelsier był potężnym człowiekiem, a instynkt podpowiadał jej, że potężni
ludzie są niebezpieczni. Czy wiedział o jej Szczęściu? Widocznie tak, bo
jakiż miałby inny powód, żeby ją wyróżniać?
Jak ten Kelsier będzie chciał mnie wykorzystać? - myślała, rozcierając
ramię w miejscu, gdzie uderzyła nim o podłogę.
- A poza tym, Milevie - niedbale dorzucił Kelsier - jeśli mówię "sam na
sam", to znaczy, że nie chcę być podglądany przez czterech ludzi, którzy
obserwują nas przez otwory w ścianie. Weź ich łaskawie ze sobą na ulicę,
dobrze?
Milev pobladł.
- Tak jest, panie Kelsier.
- Doskonale. A w zaułku znajdziecie dwóch martwych szpiegów Zakonu. Czy
możecie posprzątać za nas trupy?
Milev skinął głową i się odwrócił.
- A, Milev, jeszcze jedno - dodał Kelsier.
Milev obejrzał się znowu.
- Dopilnuj, by żaden z twoich ludzi nas nie zdradził - rzekł cicho
Kelsier. Vin znów poczuła to samo: zwiększony nacisk na swoje emocje. -
Wasza grupa wpadła już w oko Stalowemu Zakonowi... nie róbcie sobie
wroga jeszcze ze mnie.
Milev przytaknął, po czym zniknął na klatce schodowej, zamykając za sobą
drzwi. Kilka chwil później Vin usłyszała kroki ludzi opuszczających
pomieszczenie obserwacyjne, po czym wszystko ucichło. Została sama z człowiekiem, który z jakiegoś powodu wywierał tak szczególny wpływ na
ludzi, że mógł utrzymać w ryzach całe pomieszczenie pełne rzezimieszków
i złodziei.
Zerknęła na zamknięte na zasuwę drzwi. Kelsier obserwował ją. Co by
zrobił, gdyby spróbowała ucieczki?
Twierdzi, że zabił Inkwizytora, pomyślała. I... używa Szczęścia. Muszę
zostać, choćby tylko po to, żeby się zorientować, ile wie.
Kelsier uśmiechnął się szerzej, aż wreszcie zachichotał.
- To była naprawdę zbyt dobra zabawa, Dox.
Drugi mężczyzna, ten którego Camon nazwał Docksonem, prychnął i podszedł
do nich. Vin znieruchomiała, ale Dox nie skierował się w jej stronę,
lecz do baru.
- Przedtem byłeś już wystarczająco nieznośny, Kell - zauważył. - Nie mam
pojęcia, co myśleć o tej twojej nowej sławie. A przynajmniej nie wiem,
jak myśleć, żeby się nie śmiać.
- Zazdrosny jesteś.
- Tak, naturalnie. Jestem potwornie zazdrosny o twoje zdolności do
dominowania nad drobnymi kryminalistami. Jeśli coś ci to powie, uważam,
że byłeś zbyt surowy dla Camona.
Kelsier usiadł przy jednym ze stolików. Jego wesołość przygasła nieco,
gdy przemówił:
- Widziałeś, co robił dziewczynie.
- Właściwie nic nie widziałem - odparł oschle Dockson, przeglądając
zapasy w barze. - Ktoś mi zasłonił przejście.
Kelsier wzruszył ramionami.
- Popatrz na nią, Dox. Biedactwo, prawie ją zatłukł na śmierć. Nie czuję
żadnego współczucia dla tego człowieka.
Vin siedziała tam, gdzie przedtem, obserwując mężczyzn. W miarę, jak
napięcie uchodziło z jej mięśni, rany i stłuczenia zaczęły pulsować
bólem. Cios pomiędzy łopatki - będzie z niego niezły siniak - i uderzenie w twarz paliły coraz bardziej. Wciąż jeszcze kręciło jej się w głowie.
Kelsier obserwował ją uważnie. Zacisnęła zęby. Ból. Poradzi sobie z bólem.
- Potrzeba ci czegoś, dziecko? - zapytał Dockson. - Mokrą chusteczkę na
twarz?
Nie odpowiedziała, koncentrując się na Kelsierze.
No dawaj. Powiedz, czego ode mnie chcesz. Rozegraj to.
Dockson po chwili wzruszył ramionami, po czym sięgnął pod bar. Kiedy się
wyprostował, w dłoni miał kilka butelek.
- Coś dobrego? - zagadnął Kelsier.
- A jak ci się zdaje? - zapytał Dockson. - Nawet wśród złodziei Camon
raczej nie jest znany z wytwornego smaku. Mam skarpetki warte więcej niż
to wino.
Kelsier westchnął.
- A daj mi szklankę, tak czy owak. - Spojrzał znowu na Vin. - Chcesz
coś?
Nie odpowiedziała.
Kelsier się uśmiechnął.
- Nie bój się, jesteśmy znacznie mniej straszni, niż sądzą twoi
przyjaciele.
- Myślę, że to nie byli jej przyjaciele, Kell - rzekł Dockson zza baru.
- Masz rację - zgodził się Kelsier. - Nieważne. Dziecko, nie masz się
czego obawiać z naszej strony, jeśli nie liczyć oddechu Doxa.
Dockson wywrócił oczami.
- Albo żartów Kella.
Vin stała w milczeniu. Mogła udawać słabą i nieporadną, jak przy
Camonie, ale instynkt podpowiadał jej, że ci ludzie nie zareagują
przyjaźnie na taką taktykę. Pozostała zatem tam, gdzie była, oceniając
sytuację.
Znów ogarnął ją ten sam spokój. Zachęcał ją do rozluźnienia, zaufania,
spełnienia propozycji mężczyzn...
Nie! Została na miejscu.
Kelsier uniósł brew.
- A to niespodzianka.
- Co? - Dockson nalał wino do szklanki.
- Nic - mruknął Kelsier, obserwując Vin.
- Chcesz się napić czy nie, mała? - zapytał Dockson.
Vin nie odpowiedziała. Przez całe życie, odkąd sięgała pamięcią, miała
swoje Szczęście. To czyniło ją silną, dawało jej przewagę nad innymi
złodziejami i pewnie tylko dzięki niemu jeszcze żyła. Przez cały ten
czas nie miała jednak pojęcia, jak i dlaczego może go używać. Logika i instynkt podpowiadały jej to samo - że musi się zorientować, co wie ten
człowiek.
Jakkolwiek planował ją wykorzystać, jakiekolwiek były jego zamierzenia,
będzie to musiała znieść. Musi się dowiedzieć, jak stał się taki
potężny.
- Ale - rzekła wreszcie.
- Ale? - zapytał Kelsier. - Na pewno?
Skinęła głową, obserwując go uważnie.
- Lubię.
Kelsier potarł podbródek.
- Będziemy musieli nad tym popracować - mruknął. - Dobrze, siadaj.
Z wahaniem podeszła i usiadła przy stoliku naprzeciw Kelsiera. Jej rany
pulsowały bólem, ale nie mogła sobie pozwolić na okazanie słabości.
Słabość zabija. Musi udawać, że nie czuje bólu. Przynajmniej, kiedy
siedziała, nie kręciło jej się w głowie.
Dockson dołączył do nich chwilę później, podając Kelsierowi szklankę
wina, a Vin kufel ale. Na razie go nie tknęła.
- Kim jesteście? - zapytała cicho.
Kelsier znów uniósł brew.
- Nie owijasz w bawełnę, co?
Nie odpowiedziała.
Westchnął.
- To tyle, jeśli chodzi o moją intrygującą aurę tajemniczości.
Dockson prychnął cicho.
Kelsier się uśmiechnął.
- Nazywam się Kelsier. Jestem kimś, kogo właściwie można nazwać szefem
szajki, ale moja szajka nie przypomina tych, które zapewne znasz. Ludzie
tacy jak Camon i jego podwładni lubią uważać się za drapieżników,
karmiących się na szlachcie i różnych organizacjach Zakonu.
Vin pokręciła głową.
- Nie drapieżnicy. Ścierwojady.
Ktoś mógłby pomyśleć, że tak blisko pod nosem Ostatniego Imperatora
szajki złodziejskie nie mają prawa bytu. A jednak Reen udowodnił, że
rzeczywistość jest wręcz odwrotna. Potężna, bogata szlachta zbierała się
wokół Ostatniego Imperatora. A tam, gdzie istniała potęga i bogactwa,
istniała tez korupcja - zwłaszcza że Ostatni Imperator miał tendencję do
pobłażliwszego traktowania szlachty aniżeli skaa. Miało to coś wspólnego
z sympatią dla ich przodków.
W każdym razie szajki złodziejskie takie jak szajka Camona były
szczurami żywiącymi się korupcją i zepsuciem miasta. I podobnie jak
gryzoni, nie dało się ich całkowicie wyplenić, zwłaszcza w mieście o tak
licznej populacji jak Luthadel.
- Ścierwojady - odparł Kelsier z uśmiechem. Lubił się uśmiechać. -
Bardzo odpowiednie określenie, Vin. Cóż, Dox i ja też jesteśmy
ścierwojadami... tylko trochę wyższego gatunku. Jesteśmy lepiej
urodzeni, można rzec... A może tylko ambitniejsi.
Zmarszczyła brwi.
- Jesteście szlachcicami?
- Ależ skąd - odparł Dockson.
- A przynajmniej nie czystej krwi - dodał Kelsier.
- Przecież mieszańcy podobno nie istnieją - ostrożnie zauważyła Vin. -
Zakon na nich poluje.
- Mieszańcy tacy jak ty?
Vin zadrżała. Skąd...?
- Stalowy Zakon nie jest nieomylny, Vin - rzekł Kelsier. - Jeśli mogli
przeoczyć ciebie, mogli też przeoczyć innych.
Vin się zamyśliła.
- Milev. Nazwał was Mglistymi. To jakiś rodzaj Allomanty, tak?
Dockson spojrzał na Kelsiera.
- Jest spostrzegawcza - zauważył, kiwając głową.
- Istotnie - zgodził się Kelsier. - Ludzie nazywają nas Mglistymi, Vin.
Choć ta nazwa jest nieco na wyrost, ponieważ ani ja, ani Dox formalnie
nimi nie jesteśmy. Jednak bardzo często z nimi współpracujemy.
Vin przetrawiała tę informację pod bacznymi spojrzeniami obu mężczyzn.
Allomancja. Mistyczna moc, którą posiadała szlachta, otrzymana od
Ostatniego Imperatora jakieś tysiąc lat temu w nagrodę za lojalność.
Podstawowa doktryna Zakonu; nawet skaa taki jak Vin wiedział o tym.
Szlachta miała Allomancję i przywileje dzięki swoim przodkom; skaa
zostali ukarani z tego samego powodu.
Prawda była jednak taka, że Vin nie wiedziała, co to jest Allomancja.
Miało to coś wspólnego z walką, a przynajmniej tak jej się zdawało.
Podobno jeden "Mglisty" był tak niebezpieczny, że mógł zabić całą szajkę
złodziei. Jednakże skaa, których znała, mówili o tej mocy szeptem i niepewnie. Do tej pory nigdy nie brała pod uwagę możliwości, że to może
być po prostu to samo, co jej Szczęście.
- Powiedz mi, Vin - zagadnął Kelsier, pochylając się. - Czy wiedziałaś,
co robisz temu obligatorowi w Kantonie Finansów?
- Użyłam mojego Szczęścia - odparła cicho. - Używam go, żeby ludzie się
mniej gniewali.
- Albo byli mniej podejrzliwi. Łatwiejsi do oszukania.
Vin skinęła głową.
Kelsier uniósł palec.
- Jest wiele rzeczy, których będziesz się musiała nauczyć. Technik,
zasad i ćwiczeń. Jedna lekcja jednak nie może czekać. Nigdy nie stosuj
Allomancji na obligatorach. Są przeszkoleni w rozpoznawaniu, kiedy ich
emocje są przez kogoś manipulowane. Nawet wysokiej szlachcie nie wolno
Przyciągać i Odpychać uczuć obligatora. To przez ciebie obligator posłał
po Inkwizytora.
- Módl się, dziewczę, żeby ta kreatura nigdy więcej nie wpadła na twój
ślad - dodał cicho Dockson, sącząc wino.
Vin pobladła.
- Nie zabiliście tego Inkwizytora?
Kelsier pokręcił głową.
- Tylko trochę powodziłem go za nos, a i to było dość niebezpieczne, że
tak powiem. Nie martw się, wiele plotek na ich temat to wyssane z palca
bzdury. Teraz, kiedy stracił twój ślad, nie odnajdzie cię tak łatwo.
- Najprawdopodobniej - dodał Dockson.
Vin z niepokojem spojrzała na niego.
- Najprawdopodobniej - zgodził się Kelsier. - Jest wiele rzeczy, których
nie wiemy na temat Inkwizytorów. Wydaje się, że nie żyją według
normalnych zasad. Te kolce, które przechodzą przez ich oczy, na
przykład, powinny ich w zasadzie zabić. Nic, czego się dowiedziałem o Allomancji, nie dostarczyło mi jeszcze żadnego wyjaśnienia, jak te
istoty żyją. Gdyby podążał za tobą zwykły Szperacz, nie martwilibyśmy
się. Ale Inkwizytor... no cóż, musisz mieć oczy otwarte. Widać, że masz
to doskonale opanowane.
Vin przez chwilę siedziała w milczeniu, zakłopotana. Wreszcie Kelsier
ruchem głowy wskazał jej kufel ale.
- Nie pijesz.
- Mogłeś coś tam wrzucić - odparła.
- O, nie mam potrzeby wrzucać ci czegokolwiek do napoju - odparł z uśmiechem, wyjmując z kieszeni surduta jakiś przedmiot. - W końcu
zawartość tej fiolki na pewno wypijesz bardzo chętnie.
Postawił na blacie niewielką szklaną fiolkę. Zmarszczyła brwi na widok
jej zawartości. Na dnie osiadło coś ciemnego.
- Co to jest? - zapytała.
- Gdybym ci powiedział, nie byłoby tajemnicy - odparł Kelsier.
Dockson przewrócił oczami.
- Fiolka jest napełniona roztworem alkoholowym i płatkami metalu, Vin.
- Metalu? - zapytała, marszcząc brwi.
- Dwóch z ośmiu podstawowych allomantycznych metali - wyjaśnił. - Musimy
zrobić kilka testów.
Vin niepewnie zerknęła na fiolkę.
Kelsier wzruszył ramionami.
- Musisz to wypić, jeśli mamy się dowiedzieć czegokolwiek na temat tego
twojego Szczęścia.
- Najpierw ty wypij połowę - odparła.
Kelsier uniósł brew.
- Jest ciut paranoiczna. - Westchnął, wziął fiolkę i odkorkował.
- Najpierw zamieszaj - powiedziała Vin. - Żebyś wypił trochę osadu.
Wzniósł oczy w górę, ale spełnił jej żądanie. Wstrząsnął fiolką i przełknął połowę jej zawartości. Odstawił buteleczkę.
Vin zmarszczyła brwi, zerknęła na Kelsiera, który uśmiechnął się w odpowiedzi. Wiedział już, że ją ma. Pokazał jej własną moc, skusił ją.
"Jedynym powodem, aby być służalczym wobec możnych, jest nadzieja, że
nauczysz się kiedyś, jak im odebrać to, co mają". Słowa Reena.
Wzięła fiolkę i przełknęła jej zawartość. Siedziała przez chwilę,
oczekując na jakąś magiczną przemianę albo wzbierające uczucie siły...
albo oznaki otrucia. Ale nic.
Cóż za... rozczarowanie.
Zmarszczyła brwi, oparła się o oparcie krzesła. Z ciekawości sięgnęła ku
swemu Szczęściu.
I poczuła, jak ze zdumienia oczy wychodzą jej z orbit.
Było tam, jak ogromny złoty skarb. Magazyn tak niewiarygodnej potęgi, że
nie umiała jej objąć rozumem. Zawsze musiała oszczędzać Szczęście,
trzymać je w zapasie, ostrożnie używając po odrobince. Teraz poczuła się
jak głodująca kobieta zaproszona na szlachecką ucztę. Siedziała
oszołomiona ogromem ukrytego w swym wnętrzu bogactwa.
- No - odezwał się Kelsier. - Spróbuj. Ułagodź mnie.
Sięgnęła, ostrożnie dotykając nowej masy Szczęścia. Wzięła odrobinę,
skierowała na Kelsiera.
- Dobrze - pochwalił ją i pochylił się. - Ale wiemy już, że to
potrafisz. Teraz prawdziwa próba, Vin. Widzę, że umiesz tłumić moje
uczucia, ale czy umiesz też je rozniecać?
Zmarszczyła brwi. Nigdy wcześniej nie używała Szczęścia w taki sposób.
Nie miała pojęcia, że to możliwe. Dlaczego był tym taki zainteresowany?
Podejrzliwie sięgnęła ku swemu źródłu Szczęścia. W tym momencie
zauważyła coś interesującego. Początkowo sądziła, że ma do czynienia z jednym potężnym źródłem mocy, lecz w istocie były to dwa różne źródła.
Dwa różne typy Szczęścia.
Osiem. Powiedział, że było ich osiem. Ale... co robią inne?
Kelsier wciąż czekał. Vin sięgnęła ku drugiemu, nieznanemu źródłu
Szczęścia, podobnie jak to robiła przedtem, i skierowała je ku niemu.
Kelsier uśmiechnął się szerzej i rozparł na krześle, spoglądając na
Docksona.
- No i mamy. Zrobiła to.
Dockson pokręcił głową.
- Szczerze mówiąc, Kell, nie wiem co myśleć. Jeden z was wystarczy, żeby
mnie przyprawić o ciarki. A dwoje...
Spojrzała na nich z powątpiewaniem, mrużąc powieki.
- Dwoje czego?
- Nawet wśród szlachty, Vin, Allomancja jest dość rzadka - odparł
Kelsier. - Prawdę mówiąc, to umiejętność dziedziczna, przy czym
najpotężniejsze rody znajdują się wśród wysoko urodzonej szlachty. Samo
urodzenie jednak nie gwarantuje allomantycznej siły. Wielu szlachciców
ma dostęp do jednej allomantycznej umiejętności. Ludzie, którzy potrafią
używać Allomancji w jednym z ośmiu podstawowych jej aspektów, zwani są
Mglistymi. Takie umiejętności czasem pojawiają się u skaa, ale tylko
wtedy, jeśli dany lub dana skaa posiadają wśród swoich bliskich przodków
szlachtę. Jednego Mglistego możesz znaleźć wśród... powiedzmy około
dziesięciu tysięcy skaa krwi mieszanej. Im lepsi i bliżsi są szlachetni
przodkowie, tym bardziej jest prawdopodobne, że skaa będzie Mglistym.
- Kim byli twoi rodzice, Vin? - zapytał Dockson. - Pamiętasz ich?
- Wychował mnie przyrodni brat, Reen - odrzekła cicho, zakłopotana. Nie
lubiła mówić o tych sprawach z obcymi.
- Czy opowiadał ci o matce i ojcu?
- Czasami - przyznała. - Reen mówił, że matka była dziwką. Nie z wyboru,
ale wiadomo, jak jest... - Urwała. Matka kiedyś próbowała ją zabić,
kiedy jeszcze była bardzo młoda. Vin słabo pamiętała to zdarzenie. Reen
ją ocalił.
- A ojciec, Vin? - dopytywał się Dockson.
Podniosła wzrok.
- Jest wysokim prelanem w Stalowym Zakonie.
Kelsier gwizdnął cicho.
- No cóż, widzę w tym zaniedbaniu pewną ironię.
Spuściła wzrok. Wreszcie sięgnęła po kufel i pociągnęła porządny łyk
ale. Kelsier się uśmiechnął.
- Większość wyższych rangą obligatorów w Zakonie to szlachta. Ojciec
wraz z krwią podarował ci rzadki dar.
- Więc... jestem jednym z tych Mglistych, o których wspominałeś?
Kelsier pokręcił głową.
- Właściwie nie. Widzisz, zainteresowaliśmy się tobą właśnie dlatego,
Vin. Mgliści mają dostęp jedynie do jednej umiejętności allomantycznej.
Właśnie udowodniłaś, że masz dwie. A jeśli masz dostęp do dwóch z ośmiu,
to masz również dostęp do reszty. Tak to działa - jeśli jesteś
Allomantką, to albo masz jedną umiejętność, albo wszystkie.
Kelsier się pochylił.
- Vin, jesteś tym, co ogólnie nazywa się Zrodzonym z Mgły. Nawet pośród
szlachty występują niezwykle rzadko. Pośród skaa... cóż, powiedzmy, że w całym moim życiu spotkałem tylko jednego skaa Zrodzonego z Mgły.
Nagle w sali zapadła cisza. Wszystko jakby znieruchomiało. Vin
spoglądała na swój kufel roztargnionym i pełnym zakłopotania wzrokiem.
Zrodzona z Mgły. Słyszała opowieści, oczywiście. Legendy.
Kelsier i Dockson siedzieli w milczeniu, dając jej czas, by sobie
wszystko przemyślała.
Wreszcie się odezwała.
- A... co to znaczy?
- To znaczy, że ty, Vin - rzekł Kelsier - jesteś kimś bardzo
szczególnym. Masz moc, której mogą ci pozazdrościć najlepiej urodzeni
arystokraci. Moc, która, gdybyś urodziła się wśród nich, uczyniłaby cię
jedną z najbardziej zabójczych i wpływowych osób w całym Ostatnim
Imperium. - Pochylił się ku niej. - Ale nie urodziłaś się arystokratką.
Nie jesteś szlachetnej krwi, Vin. Nie musisz grać według ich zasad... i to czyni cię jeszcze potężniejszą.
4
4
- Słyszałeś, co powiedział! Planuje robotę. - Oczy Ulefa zalśniły z podniecenia. - Ciekawe, w który z Wielkich Domów uderzy.
- Z pewnością w jeden z najpotężniejszych - odparł Disten, jeden z głównych szpiegów Camona. Nie miał ręki, lecz jego słuch i wzrok były
najdoskonalsze w drużynie. - Kelsier nigdy nie zawraca sobie głowy
drobiazgami.
Vin siedziała cicho, kufel piwa - ten sam, który podał jej Kelsier -
stał przed nią na stole, wciąż prawie pełny. Wokół stołu tłoczyli się
ludzie - Kelsier pozwolił złodziejom wrócić do domu na chwilę, zanim sam
rozpocznie spotkanie. Vin wolałaby jednak posiedzieć samotnie. Życie z Reenem przyzwyczaiło ją do samotności - jeśli dopuścisz kogoś zbyt
blisko, dasz mu więcej możliwości do zdrady.
Nawet po zniknięciu Reena Vin starała się pozostać samodzielna. Nie
chciała odchodzić, ale nie czuła również, że powinna spoufalić się z pozostałymi członkami szajki. Oni z kolei nie mieli absolutnie nic
przeciwko temu, by zostawić ją w spokoju. Pozycja Vin była niepewna,
wszelkie spoufalanie się z nią mogło oznaczać kompromitację przez
współudział. Jedynie Ulef starał się pozostać jej przyjacielem.
"Jeśli dopuścisz kogoś do siebie, zdrada będzie cię bolała jeszcze
bardziej", szeptał Reen w jej głowie.
Czy Ulef naprawdę był jej przyjacielem? Z pewnością sprzedałby ją bardzo
szybko. Wszyscy członkowie bandy spokojnie przyjęli najpierw chłostę, a potem nagłe ocalenie Vin, nie wspominając nawet o własnej zdradzie czy
odmowie pomocy. Zrobili tylko to, czego się po nich spodziewała.
- Ocalały dość dawno nie zawracał sobie głowy robotą - rzekł Harmon,
podstarzały włamywacz o skołtunionej brodzie. - Rzadko widywano go w Luthadelu, tylko kilka razy w ciągu ostatnich paru lat. Właściwie chyba
nie robił nic od...
- To pierwsza robota?! - zawołał Ulef. - Pierwsza, odkąd uciekł z Czeluści? Więc to będzie coś spektakularnego!
- Mówił ci coś na ten temat, Vin? - zapytał Disten. - Vin?
Zamachał kikutem ramienia, usiłując ściągnąć na siebie jej uwagę.
- Co? - zapytała, podnosząc wzrok. Trochę się ogarnęła po laniu, jakie
dostała od Camona, i wreszcie przyjęła chusteczkę od Docksona, żeby
otrzeć krew z twarzy. Z sińcami niewiele mogła zrobić. Ciągle pulsowały
bólem. Miała nadzieję, że nie ma niczego złamanego.
- Kelsier - powtórzył Disten. - Czy powiedział coś o robocie, którą
szykuje?
Vin pokręciła głową. Spojrzała na zakrwawioną chusteczkę. Kelsier i Dockson odeszli całkiem niedawno, obiecując, że wrócą, kiedy sobie
przemyśli to wszystko, co jej powiedzieli. W ich słowach było coś więcej
- zaproszenie. Cokolwiek planowali, zaprosili ją do udziału.
- Dlaczego właśnie ciebie wybrał na swojego twixta, Vin? - zapytał Ulef.
- Czy mówił coś na ten temat?
Właśnie tak sądzili - że Kelsier wybrał ją, by była jego osobą do
kontaktów z drużyną Camona... Mileva...
Podziemie Luthadelu miało dwa oblicza. Były tam regularne ekipy, takie
jak drużyna Camona. I były grupy... specjalne. Składające się z wyjątkowo zręcznych, wyjątkowo zdolnych lub wyjątkowo utalentowanych.
Allomantów.
Te dwie strony półświatka nie mieszały się ze sobą i zwyczajni złodzieje
zostawiali w spokoju tych lepszych od siebie. Czasem jednak któryś z tych zespołów Mglistych wynajmował zwykłych bandytów, aby odrobili za
nich przyziemne zadania, i wtedy wybierali sobie twixta - coś w rodzaju
posłańca - który pracował z obu grupami. Stąd przypuszczenie Ulefa.
Ludzie z grupy Mileva zauważyli jej niechęć i zmienili temat na
Mglistych. Mówili o Allomancji przyciszonymi głosami, a ona słuchała z coraz większą niepewnością. Jak mogła być powiązana z czymś, co wszyscy
otaczali tak nabożnym lękiem? Jej Szczęście... jej Allomancja... było
czymś niewielkim, czymś, co wykorzystywała, by przetrwać, ale właściwie
całkiem nieważnym.
Jednak taka moc... - pomyślała, spoglądając na jej rezerwy Szczęścia.
- Ciekawe, co Kelsier robił przez kilka ostatnich lat? - zapytał Ulef.
Na początku rozmowy wydawał się w jej obecności nieco skrępowany, ale
szybko mu przeszło. Zdradziłby ją, taki jednak był ten światek. Żadnych
przyjaciół.
Kelsier i Dockson wydawali się inni. Zdawało się, że sobie ufają.
Udawali? A może byli jedną z tych rzadkich ekip, które naprawdę nie
obawiały się zdrady?
Najbardziej niepokojąca w ich zachowaniu była otwartość wobec Vin.
Wyglądało na to, że jej ufali, a nawet akceptowali ją po stosunkowo
krótkim czasie. To nie mogło być szczere - nikt nie mógłby przeżyć w podziemiu, wykorzystując taką taktykę. Ich przyjazne zachowanie zbijało
z tropu.
- Dwa lata - mruknął Hrud, zabijaka o płaskiej twarzy. - Musiał chyba
cały ten czas spędzić na planowaniu roboty.
- To coś naprawdę wielkiego... - wymamrotał Ulef.
- Opowiedz mi o nim - szepnęła Vin.
- O Kelsierze? - zapytał Disten.
Skinęła głową.
- Na południu nie mówili o Kelsierze?
Vin zaprzeczyła.
- Był najlepszym przywódcą w Luthadelu - wyjaśnił Ulef. - Legenda, nawet
wśród Mglistych. Obrabował kilka najbogatszych Wielkich Domów w mieście.
- I? - zapytała Vin.
- Ktoś go zdradził - odparł cicho Harmon.
Oczywiście, pomyślała.
- Kelsiera schwytał sam Ostatni Imperator - rzekł Ulef. - Wysłał go
razem z żoną do Czeluści Hathsinu. Ale on uciekł. Uciekł z Czeluści,
Vin! Jedyny, któremu się to kiedykolwiek udało.
- A żona? - zapytała Vin.
Ulef spojrzał na Harmona, który pokręcił głową.
- Jej się nie udało.
Więc i on kogoś stracił. Jak wobec tego może się tak głośno śmiać? Tak
szczerze?
- Wtedy właśnie dorobił się tych blizn - dodał Disten. - Tych na
ramionach. Dorobił się ich w Czeluściach, kiedy wspinał się po ścianie
najeżonej ostrymi skalnymi wypukłościami.
Harmon prychnął.
- Nie tak. Zabił Inkwizytora podczas ucieczki, stąd ma blizny.
- Słyszałem, że walczył z jednym z potworów, które strzegą Czeluści -
wtrącił Ulef. - Wsadził mu łapę w pysk i udusił od środka. A zęby
podrapały mu ręce.
Disten zmarszczył brwi.
- Jak można kogoś udusić od środka?
Ulef wzruszył ramionami.
- Tak słyszałem.
- Ten człowiek nie jest zwyczajny - mruknął Hrud. - Coś się z nim stało
w Czeluściach, coś złego. Przedtem nie był Allomantą, wiecie? Wszedł do
Czeluści jako zwykły skaa, a teraz... Nie, na pewno jest Mglistym, ale
nie wiem, czy jeszcze istotą ludzką. Za dużo łaził we mgle. Niektórzy
powiadają, że prawdziwy Kelsier nie żyje, a to, co ma jego twarz, to...
coś innego.
Harmon znów pokręcił głową.
- A to już tylko głupoty opowiadane przez skaa z plantacji. Wszyscy
wychodziliśmy w czasie mgieł.
- Nie w mgły poza miastem - upierał się Hrud. - Tam są mgielne upiory.
Chwytają człowieka i zabierają mu twarz, to pewne jak Ostatni Imperator.
Harmon wywrócił oczyma.
- Hrud ma rację z jednym - rzekł Disten. - To nie jest człowiek. Może
nie jest też mgielnym upiorem, ale na pewno nie skaa. Słyszałem, że
robił różne rzeczy, takie, które tylko "oni" potrafią. Ci, którzy
wychodzą nocą. Widziałeś, co zrobił z Camonem.
- Zrodzony z Mgły - wymamrotał Harmon.
Zrodzony z Mgły. Vin oczywiście słyszała to określenie, zanim Kelsier je
przy niej wymówił. Któż nie słyszał? Jednak plotki na temat Zrodzonych z Mgły sprawiały, że i historie opowiadane o Inkwizytorach i Mglistych
wydawały się bardziej prawdopodobne. Powiadano, że Zrodzeni z Mgły sami
byli zwiastunami mgieł, a Ostatni Imperator obdarzył ich wielkimi
mocami. Jedynie najwyższa szlachta mogła być Zrodzona z Mgły; powiadano,
że była to tajna sekta morderców, która mu służyła, wychodząca jedynie
nocami. Reen zawsze jej tłumaczył, że to mit, a Vin uważała, że ma
rację.
A Kelsier mówi, że ja - tak samo jak on - jestem jedną z nich.
Jak mogła być kimś takim? Ona - dziecko prostytutki? Była nikim. Niczym.
"Nigdy nie ufaj człowiekowi, który przynosi dobre nowiny", pouczał ją
Reen. "To najstarszy, ale i najłatwiejszy sposób, żeby kogoś oszukać".
Ale ona miała swoje Szczęście. Swoją Allomancję. Wciąż czuła zasoby,
które dała jej fiolka Kelsiera, i próbowała swoich możliwości na
członkach grupy. Nie ograniczając się już do odrobiny Szczęścia na
dzień, czuła, że może wywoływać znacznie bardziej efektowne skutki.
Dochodziła do wniosku, że jej poprzedni cel życiowy - nie dać się zabić
- był mało inspirujący. Mogła tak wiele zdziałać. Była niewolnicą Reena,
potem niewolnicą Camona. Zostanie także niewolnicą Kelsiera, jeśli to
doprowadzi ją do wolności.
Milev spojrzał na kieszonkowy zegarek i wstał.
- W porządku, wychodzimy.
Pomieszczenie zaczęło pustoszeć w oczekiwaniu na spotkanie z Kelsierem.
Vin pozostała tam, gdzie była; Kelsier wyraźnie dał wszystkim do
zrozumienia, że jest zaproszona. Przez chwilę siedziała w milczeniu,
czując się znacznie lepiej teraz w pustym pomieszczeniu. Wkrótce zaczęli
przybywać pierwsi towarzysze Kelsiera.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przedmowa
PRZEDMOWA
"Bądź silny, synu".
Gdzieś w okolicach roku 2001 napisałem te słowa - pierwsze słowa
opowieści, której miałem w końcu nadać tytuł Z Mgły Zrodzony. Książka
wyglądała wtedy zupełnie inaczej i opisywała grupę Allomantów, którzy
zamierzali dokonać zamachu i zostać nowymi władcami swojego królestwa.
Głównym bohaterem był młody chłopak, którego rodzina została wymordowana
na jego oczach, a który został później wychowany przez ich wroga jako
syn i uczeń.
W końcu wyrzuciłem książkę na śmieci, ale pokochałem magię i wiele
aspektów świata. Kiedy w roku 2003 w końcu sprzedałem powieść
(Elantris), byłem gotów znów spróbować się zmierzyć z tą opowieścią -
i zaprezentowałem znajomą historię mojemu redaktorowi. Ekipa złodziei,
nieśmiertelny cesarz i tajemnice sięgające tysięcy lat.
Choć Elantris było moją wizytówką w społeczności fanów fantasy, to
dzięki Z Mgły Zrodzonemu zdobyłem reputację jako pisarz. Aż do teraz
jego modernistyczne podejście do motywów fantasy, połączone z "twardą
magią", która zaczęła definiować moją epokę epickiej fantasy, są znakami
mojej kariery.
Kiedy pisałem to wprowadzenie, mój redaktor spytał mnie, czy wiem,
dlaczego Z Mgły Zrodzony tak się dobrze trzyma. Oczywiście, nie ma
jednego czynnika, który wpływa na jego długowieczność. W rzeczy samej,
nawet próba podjęcia takiej dyskusji grozi klepaniem samego siebie po
plecach. Jestem doskonale świadomy, że duża część sukcesu lub porażki
pisarza zależy od czynników, nad którymi w najmniejszym stopniu nie
panuje. Reklama szeptana, fortunne umiejscowienie na półkach księgarni,
trafienie we właściwej chwili w coś, co rozbrzmiewa we właściwy sposób.
Lepsze książki od moich nie trafiły do czytelników, i nie była to wina
sposobu, w jaki je napisano. Pierwszą odpowiedzią na to pytanie jest
więc najpewniej "łut szczęścia".
Muszę jednak przyznać, że mam duszę uczonego i nie mogę nie zabrać się
za analizę tego, co sprawia, że Z Mgły Zrodzony działa, jeśli mogę tak
powiedzieć. Rozważyłem kilka kwestii.
Pierwszą jest kombinacja, o której wspomniałem wcześniej. Poszlaki
(głównie moje zdanie oraz opinie moich przyjaciół i ludzi, z którymi w tamtym okresie rozmawiałem na konwentach) wskazują, że pod koniec lat
dziewięćdziesiątych i na początku dwutysięcznych pojawiło się pewne
zmęczenie epicką fantasy.
Temu tłumowi (i stojąc na ramionach olbrzymów) mogłem dostarczyć
fantasy, która bawiła się z wcześniejszymi oczekiwaniami w tym gatunku i nagradzała je. Przepowiedziany bohater. Mroczny władca. Natura magii i bohaterstwa. Z Mgły Zrodzony ma w sobie nieco z nastroju klasycznej
fantasy, ale nagradza wieloletnich czytelników gatunku motywami
wywróconymi na nice.
Był jednak również bardzo popularny wśród czytelników, którzy znali
gatunek dopiero od niedawna. Dla nich wciąż pozostaje nowatorska magia i klasyczna opowieść o dorastaniu w postaci nauki Vin. To połączenie -
cynizm Kelsiera wobec świata i nawet (zawoalowany) wobec gatunku,
połączony z zadziwieniem Vin nowym światem, który odnalazła - może być
najważniejszym kluczem do sukcesu książki.
Czuję również, że opublikowanie kompletnej historii w jednym tomie było
miłą odmianą dla tych z nas, którzy (mimo miłości do długich cykli)
czuli się nieco przeciążeni wszystkimi szacownymi, publikowanymi przez
wiele lat potężnymi seriami fantasy, które dominowały na rynku. Jedną z najczęstszych uwag, jakie słyszę, jest to, że Z Mgły Zrodzony bardzo
dobrze sprawdza się jako pojedyncza książka i że trylogia ze swej strony
jest kompletna, spójna i potężna. Ukończone dzieło sztuki ma coś w sobie.
W końcu, przyczyną długowieczności Z Mgły Zrodzonego są... cóż,
czytelnicy. Podchwycili ten cykl i naprawdę przejęli inicjatywę. Wciąż
pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem stworzony przez fana mgielny
płaszcz na podpisywaniu. Wszyscy uczepiliście się tej książki z entuzjazmem, który aż do dziś mnie zaskakuje i zmusza do pokory.
Dziękuję za dziesięć lat pasji. Dziesięć lat Odpychania, Przyciągania i tajemnic. Dziesięć lat Z Mgły Zrodzonego.
Z mgły zrodzony
Prolog
PROLOG
Z nieba sypał się popiół.
Lord Tresting zmarszczył brwi, podnosząc wzrok na ciemne, południowe
niebo, podczas gdy jego służący pośpieszyli z parasolem, by osłonić nim
lorda i jego dostojnego gościa. Popiół lecący z nieba nie był aż tak
niezwykłym zjawiskiem w Ostatnim Imperium, ale Tresting miał nadzieję,
że uniknie czarnych plam sadzy na swej nowej kamizelce i czerwonej
kurtce, które właśnie przybyły barką aż z Luthadelu. Na szczęście, nie
było wiatru - parasol powinien wystarczyć.
Tresting i jego gość stali na patio, znajdującym się na niewielkim
wzgórku ponad polami. W opadającym popiele pracowały setki ludzi,
odzianych w brunatne kaftany, usiłując ochronić zbiory. Ich ruchy były
leniwe i powolne, ale oczywiście to normalne u skaa. Chłopi byli
nieruchawą, nieproduktywną bandą. Nigdy się nie skarżyli, wiedzieli, że
im się to nie opłaca. Po prostu pracowali, zgarbieni, krzątając się
cicho i apatycznie. Świszczący obok pejcz ekonoma na chwilę budził ich
do żywszych działań, ale skoro tylko nadzorca przeszedł, wracali do
poprzedniego leniwego tempa.
- Ktoś mógłby pomyśleć, że tysiąc lat pracy w polu wystarczy, by nabrali
choć trochę wprawy - powiedział Tresting do mężczyzny, stojącego obok
niego.
Obligator spojrzał na niego i uniósł brew. Ten grymas podkreślił jego
najbardziej wyrazisty rys twarzy - skomplikowane tatuaże, które drobną
koronką okalały oczy. Tatuaże były rozległe, rozchodziły się od czoła i obejmowały oba policzki. Był pełnym prelanem - naprawdę ważnym
obligatorem. Tresting miał w posiadłości własnych, osobistych
obligatorów, ale byli to jedynie pośledni funkcjonariusze, z małą liczbą
znaków wokół oczu. Ten człowiek przypłynął z Luthadel na tej samej
barce, którą przybył nowy strój Trestinga.
- Powinieneś widzieć skaa z miasta, Tresting - odparł obligator,
spoglądając znowu na robotników skaa. - Ci są całkiem pilni, w porównaniu z ich braćmi z Luthadelu. Masz nad nimi bardziej...
bezpośrednią kontrolę. Jak oceniasz, ilu tracisz miesięcznie?
- Och, pół tuzina, albo trochę więcej - odparł Tresting. - Część umiera
po chłoście, część z wyczerpania.
- Ucieczki?
- Nigdy! - odparł Tresting. - Kiedy odziedziczyłem ziemię po ojcu,
miałem kilka ucieczek, ale zlikwidowałem rodziny uciekinierów.
Pozostałym szybko przeszła ochota. Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy
mieli problemy ze swoimi skaa... uważam, że te istoty łatwo kontrolować,
jeśli okaże się odpowiednią stanowczość.
Obligator skinął głową i stał w milczeniu, spowity szarą szatą. Wydawał
się zadowolony - bardzo dobrze. Skaa nie byli tak naprawdę własnością
Trestinga. Podobnie jak wszyscy inni skaa, należeli do Ostatniego
Imperatora. Tresting jedynie wypożyczał pracowników od swego Boga, tak
samo, jak płacił za usługi swych obligatorów.
Obligator zerknął w dół, sprawdzając czas na kieszonkowym zegarku, po
czym spojrzał na słońce. Pomimo deszczu popiołu słońce jasno świeciło na
niebie, wyzierając jaskrawoczerwoną tarczą zza dymnej ciemności nieba.
Tresting wyjął chusteczkę i otarł czoło, wdzięczny za cień parasola,
osłaniający go przed południowym upałem.
- Doskonale, Tresting - rzekł obligator. - Przekażę twoją propozycję
lordowi Venture, tak jak sobie tego życzysz. Dostanie ode mnie
przychylne sprawozdanie z twoich działań.
Tresting pohamował westchnienie ulgi. Obligator był obowiązkowym
świadkiem w każdej transakcji i przy zawieraniu umów przez szlachtę.
Oczywiście, świadkami mogli być pośledniejsi obligatorzy, tacy, jakich
zatrudniał Tresting, ale wywarcie wrażenia na osobistym obligatorze
Straffa Venture znaczyło o wiele więcej.
Obligator spojrzał na niego.
- Dziś po południu wracam kanałem.
- Tak szybko? - zapytał Tresting. - Nie zostaniesz na kolacji?
- Nie - odrzekł obligator. - Choć jest jeszcze jedna sprawa, którą
chciałbym z tobą przedyskutować. Nie przybyłem tylko na żądanie lorda
Venture, lecz również, aby... przyjrzeć się pewnym kwestiom z ramienia
Kantonu Inkwizycji. Krążą plotki, że lubisz zabawiać się z kobietami
skaa.
Trestingowi przeszły po plecach ciarki.
Obligator uśmiechnął się; próbował być rozbrajający, ale robił raczej
upiorne wrażenie.
- Nie wpadaj w przerażenie, Tresting - odrzekł. - Gdyby twoje zachowanie
rzeczywiście dawało powody do niepokoju, zamiast mnie byłby tu teraz
Stalowy Inkwizytor.
Tresting powoli skinął głową. Inkwizytor. Nigdy do tej pory nie widział
tych nieludzkich istot, ale słyszał... opowieści.
- Zostałem usatysfakcjonowany w kwestii twoich relacji z kobietami skaa
- rzekł obligator, spoglądając znów na pola. - Z tego, co widziałem i słyszałem, zawsze po sobie sprzątasz. Taki człowiek, jak ty - sprawny,
produktywny - mógłby w Luthadel zajść daleko. Jeszcze kilka lat pracy,
parę dobrych interesów i kto wie?
Obligator odwrócił się, a Tresting poczuł, że się uśmiecha. Nie była to
obietnica, nawet wyraz aprobaty - obligatorzy w większości byli bardziej
biurokratami i świadkami niż duchownymi - ale usłyszeć taką pochwałę z ust jednego z osobistych sług Ostatniego Imperatora... Tresting
wiedział, że część szlachty uważała obligatorów za niepokojące istoty -
niektórzy wręcz czuli w ich obecności zakłopotanie - ale w tym momencie
Tresting mógłby nawet ucałować dostojnego gościa.
Odwrócił się w stronę skaa, którzy spokojnie pracowali pod krwawym
blaskiem słońca i leniwie opadającymi płatkami popiołu. Tresting zawsze
był szlachcicem zaściankowym, żyjącym spokojnie na plantacji, czasem
marzącym o przeprowadzce do Luthadelu. Słyszał o balach i rautach, o przepychu i intrygach, i niezmiernie go to ekscytowało.
Muszę to dzisiaj uczcić, pomyślał. W czternastych czworakach była
dziewczyna, którą miał na oku już od kilku dni...
Uśmiechnął się znowu. Jeszcze kilka lat pracy, tak powiedział obligator.
Ale może Tresting zdoła to przyśpieszyć, jeśli będzie pracować choć
trochę pilniej? Populacja jego skaa rozrosła się ostatnio. Może gdyby
ich nieco mocniej przycisnął, zdołałby tego lata mieć większe zbiory i z nawiązką wypełnić umowę, jaką zawarł z lordem Venture.
Skinął głową i objął wzrokiem tłum leniwych skaa. Niektórzy pracowali
motykami, inni na czworakach, wyłuskując delikatne kiełki spod warstwy
popiołu. Nie skarżyli się. Nie mieli nadziei. Zaledwie ośmielali się
myśleć. Tak właśnie być powinno, byli bowiem skaa. Byli...
Zamarł, gdyż jeden ze skaa nagle uniósł głowę. Mężczyzna spojrzał wprost
w oczy Trestinga, z iskrą - nie, płomieniem buty - na twarzy. Tresting
nigdy nie widział podobnego wyrazu, przynajmniej nie na obliczu skaa.
Cofnął się odruchowo, przeszedł go dreszcz, bo ten dziwny skaa o prostym
grzbiecie nadal wpatrywał się w jego oczy.
I uśmiechał się.
Tresting odwrócił wzrok.
- Kurdon! - warknął.
Potężny, krępy ekonom podbiegł do niego po zboczu.
- Tak, panie?
Tresting obrócił się, wskazując na...
Zmarszczył brwi. Gdzież stał ten skaa? Byli tacy podobni do siebie, z pochylonymi głowami, ciałami pokrytymi sadzą i popiołem. Tresting
zawahał się, szukając wzrokiem. Wydawało mu się, że poznał to miejsce...
puste miejsce, gdzie teraz nie było nikogo. Ale nie. To niemożliwe. Ten
człowiek nie mógł tak szybko ulotnić się ze środka grupy. Dokąd mógł
pójść? Przecież musi gdzieś tutaj być i pracować ze schyloną głową, jak
należy. Ale i tak ten moment pozornej buty był niewybaczalny.
- Panie? - raz jeszcze zagadnął Kurdon.
Obligator stał z boku, obserwując ich z zainteresowaniem. Nie byłoby
dobrze, gdyby ten człowiek się dowiedział, że jeden ze skaa zachował się
tak bezczelnie.
- Przyciśnij trochę mocniej skaa na południowym odcinku - rozkazał
Tresting, pokazując palcem. - Są ślamazarni, nawet jak na skaa. Spuść
któremuś lanie.
Kurdon wzruszył ramionami, ale skinął głową. Właściwie nie było powodu
do chłosty... ale kto potrzebuje powodu, żeby przyłoić robotnikom?
W końcu to tylko skaa.
***
Kelsier słyszał różne opowieści.
Słyszał szepty o czasach, kiedy - dawno, dawno temu - słońce nie było
czerwone. Niebo nie było wtedy przesłonięte popiołem i dymem, rośliny
nie musiały walczyć o życie, a skaa nie byli niewolnikami. W czasach
przed Ostatnim Imperatorem. Jednak te czasy właściwie uległy już
zapomnieniu. Nawet legendy przestały być wiarygodne.
Kelsier obserwował słońce, wodząc wzrokiem za gigantyczną czerwoną
tarczą, która pełzła powoli w stronę zachodniego horyzontu. Przez chwilę
stał w milczeniu, sam na pustym polu. Dzień pracy dobiegł końca. Skaa
zostali zapędzeni z powrotem do baraków. Wkrótce nadciągną mgły.
Wreszcie Kelsier westchnął, po czym odwrócił się, by wąskimi miedzami i ścieżkami przecisnąć się pomiędzy ogromnymi hałdami popiołu. Starał się
nie rozdeptywać roślin, choć nawet nie wiedział dlaczego. Zasiew był
niewart uwagi. Wątłe kiełki o zwiędniętych liściach wydawały się równie
przygnębione jak ludzie, którzy je pielęgnowali.
Chaty skaa wznosiły się ciemnymi plamami w gasnącym świetle. Kelsier
widział już pierwsze tworzące się smugi mgły, wiszące w powietrzu i nadające bryłowatym budynkom odrealniony, niematerialny wygląd. Chat nie
strzeżono - nie było takiej potrzeby, gdyż żaden skaa nie odważyłby się
wychynąć na zewnątrz po nadejściu zmroku. Zbytnio obawiali się mgieł.
Kiedyś będę musiał ich z tego wyleczyć, pomyślał Kelsier, zbliżając się
do jednego z większych budynków. Ale wszystko w swoim czasie.
Pchnął drzwi i wśliznął się do środka.
Rozmowy urwały się natychmiast. Kelsier zamknął drzwi, po czym odwrócił
się z uśmiechem. W sali znajdowało się około trzydziestu skaa. W palenisku pośrodku pomieszczenia płonął mizerny ogień, a stojący obok
kocioł był wypełniony wodą z pływającą w niej garścią warzyw - zalążek
wieczornego posiłku. Zupa naturalnie będzie jałowa, ale pachniała
kusząco.
- Dobry wieczór wszystkim - rzekł Kelsier z uśmiechem, stawiając swoje
brzemię przy nodze i opierając się o drzwi. - Jak minął dzień?
Jego słowa przerwały milczenie, a kobiety wróciły do przygotowywania
kolacji. Grupa mężczyzn, siedząca wokół prymitywnie skleconego stołu,
przyglądała mu się jednak z niezadowolonym wyrazem twarzy.
- Nasz dzień był wypełniony pracą, wędrowcze - rzekł Tepper, jeden ze
starszych skaa. - Tobie udało się tego uniknąć.
- Praca w polu nigdy mnie nie pasjonowała - odparł Kelsier. - Jest zbyt
ciężka dla mojej delikatnej skóry.
Uśmiechnął się, wyciągając przed siebie ręce pokryte warstwami wąskich
blizn. Pokrywały one całą skórę, biegnąc wzdłuż, jakby jakaś bestia
darła ją szponami w górę i w dół.
Tepper prychnął. Był młody jak na członka starszyzny, zaledwie dobiegał
czterdziestki - mógł być najwyżej pięć lat starszy od Kelsiera. Jednak
ten obdarty człowiek wyglądał na kogoś, kto lubi mieć ostatnie słowo.
- Nie czas na żarty - odparł z powagą Tepper. - Kiedy przyjmujemy
wędrowca, oczekujemy, że będzie się godnie zachowywał i nie ściągnie na
nas podejrzeń. Dzisiaj rano uciekłeś z pola, a to mogło skończyć się
chłostą dla pracujących wokół ciebie ludzi.
- To prawda - rzekł Kelsier. - Ale mogli oberwać batem także i za to, że
stanęli w niewłaściwym miejscu, że zbyt długo się ociągali, czy też za
zakasłanie, kiedy ekonom przechodził obok. Kiedyś widziałem, jak
człowiek został wychłostany, ponieważ jego pan utrzymywał, że
"niewłaściwie mrugnął".
Tepper usiadł, mrużąc oczy, sztywno jak drąg i z nieustępliwym wyrazem
twarzy oparł przedramiona na stole.
Kelsier westchnął i wywrócił oczyma.
- Dobrze, jeśli chcecie, to sobie pójdę. Już mnie nie ma.
Zarzucił worek na ramię i nonszalancko otworzył drzwi.
Przez szczelinę natychmiast zaczęła wsączać się mgła, unosząc się
leniwie wokół Kelsiera, zbierając się na podłodze i pełznąc przez kurz
jak nieśmiałe zwierzę. Kilka osób krzyknęło ze strachu, choć większość
była zbyt oszołomiona, by wydać z siebie głos. Kelsier stał przez chwilę
nieruchomo, spoglądając na mroczne smugi mgły, wijące się powoli wokół
paleniska.
- Zamknij drzwi. - Słowa Teppera brzmiały jak błaganie, a nie jak
rozkaz.
Kelsier spełnił żądanie, pchnął drzwi i odciął strumień białej mgły.
- Mgła nie jest tym, co sądzisz. Za bardzo się jej boicie.
- Ludzie, którzy pogrążają się we mgle, tracą dusze - szepnęła kobieta.
Jej słowa obudziły wątpliwość. Czy Kelsier wędrował we mgle? A jeśli
tak, to co się stało z jego duszą?
Gdybyś tylko wiedziała, pomyślał Kelsier.
- Cóż, jeśli dobrze rozumiem, zostaję. - Skinął ręką na chłopaka, żeby
przyniósł mu stołek. - I bardzo dobrze... szkoda by było, żebym poszedł,
nie dzieląc się z wami tym, co wiem.
Niejeden z obecnych ożywił się na te słowa. Była to prawdziwa przyczyna,
dla której jeszcze go tolerowali - przyczyna, dla której nawet zahukani
wieśniacy przygarnęli takiego człowieka jak Kelsier. Był skaa, który
igrał z wolą Ostatniego Imperatora, podróżując od plantacji do
plantacji. Może i był renegatem, zagrożeniem dla całej społeczności, ale
przywoził wieści ze świata.
- Przybywam z północy - oznajmił Kelsier. - Z ziem, gdzie dotyk
Ostatniego Imperatora jest mniej zauważalny.
Mówił czystym, wyraźnym głosem, a ludzie, nie przerywając zajęć,
podświadomie pochylali się ku niemu. Nazajutrz plotki przyniesione przez
Kelsiera zostaną przekazane kilkuset osobom mieszkającym w innych
barakach. Skaa byli poniżani i pokorni, ale plotkowali bez opamiętania.
- Na zachodzie panują lokalni lordowie - mówił Kelsier - i żyją z dala
od żelaznej pięści Ostatniego Imperatora i jego obligatorów. Niektórzy z tych dalekich szlachciców stwierdzili, że szczęśliwi skaa pracują lepiej
niż źle traktowani. Jeden z nich, lord Renoux, zażądał nawet, by jego
ekonomowie zaprzestali chłost bez zezwolenia. Chodzą słuchy, że rozważa
wypłacanie wynagrodzenia swoim skaa z plantacji, i to takiego, jakie
miewają rzemieślnicy z miasta.
- Nonsens - mruknął Tepper.
- Przepraszam - odparł Kelsier. - Nie wpadłbym na to, że kum Tepper
ostatnio był w posiadłości lorda Renoux. Kiedy jadłeś z nim kolację, czy
powiedział ci o czymś, o czym nie powiedział mnie?
Tepper oblał się rumieńcem. Skaa nie podróżowali, a już z całą pewnością
nie jadali przy jednym stole z lordami.
- Uważasz mnie za głupca, wędrowcze - rzekł Tepper. - Ale ja wiem, co
robisz. Jesteś tym, którego nazywają Ocalałym, zdradzają cię blizny na
ramionach. Jesteś też mąciwodą. Wędrujesz od plantacji do plantacji,
wzniecasz niezadowolenie. Zjadasz naszą żywność, opowiadasz wielkie
historie i kłamstwa, potem znikasz i zostawiasz takich ludzi jak ja, by
radzili sobie z fałszywymi nadziejami, jakie wzbudziłeś w naszych
dzieciach.
Kelsier uniósł brew.
- Spokojnie, kumie Tepper - rzekł. - Twoje obawy są całkowicie
bezpodstawne. Nie mam najmniejszego zamiaru zjadać waszej żywności,
przyniosłem własną.
Z tymi słowy Kelsier sięgnął i rzucił worek na ziemię przed stołem
Teppera. Luźno zawiązana torba przechyliła się. Wysypała się z niej
żywność. Chleb, owoce, nawet kilka grubych wędzonych kiełbas.
Nektaryna potoczyła się po twardym klepisku i odbiła lekko od stopy
Teppera. Niemłody już skaa spojrzał na owoc ze zdumieniem.
- To jedzenie szlachty!
Kelsier prychnął.
- Jak na człowieka o takim prestiżu i geście, wasz lord Tresting ma
zastanawiająco kiepski gust. Jego spiżarnia to kompromitacja dla tak
wspaniałej posesji.
Tepper pobladł.
- To tam się wybrałeś dzisiaj - szepnął. - Poszedłeś do zamku...
Okradłeś pana!
- Istotnie - zgodził się Kelsier. - Mogę jeszcze dodać, że o ile gusta
kulinarne waszego pana są żałosne, jego talent w doborze żołnierzy robi
znacznie większe wrażenie. Wśliźnięcie się do jego domu w biały dzień
było nie lada wyzwaniem.
Tepper wciąż gapił się na worek z żywnością.
- Jeśli ekonom to tutaj znajdzie...
- Więc zróbcie coś, żeby nie znalazł - odparł Kelsier. - Jestem
przekonany, że to smakuje o wiele lepiej niż rozwodniona jarzynówka.
Dwa tuziny par wygłodniałych oczu pożerały wzrokiem żywność. Jeśli nawet
Tepper szykował kolejne argumenty, nie uczynił tego dość szybko, bo
chwila milczenia została natychmiast uznana za przyzwolenie. W ciągu
kilku minut sprawdzono i podzielono zawartość worka, a garnek zupy
bulgotał w zapomnieniu, podczas, kiedy skaa spożywali znacznie bardziej
egzotyczny posiłek.
Kelsier rozsiadł się wygodnie, opierając się o drewnianą ścianę chaty i obserwując, jak ludzie rzucają się na jedzenie. Mówił szczerze - to, co
znalazł w spiżarni, było żałośnie przyziemne. Ci ludzie jednak od
najmłodszych lat żywili się tylko zupą i kaszą. Dla nich chleb i owoce
były rzadkimi przysmakami - zwykle kosztowali ich jedynie w postaci
nieświeżych resztek, przynoszonych przez służbę domową.
- Nie pozwolono ci dokończyć opowieści, młody człowieku - zauważył
niemłody już skaa i przykuśtykał do Kelsiera, by zająć miejsce na stołku
obok.
- Och, podejrzewam, że później będzie jeszcze na to czas - odrzekł
Kelsier . - Kiedy już wszystkie dowody mojej kradzieży zostaną
doszczętnie spożyte. Nie chcesz skosztować?
- Nie potrzebuję - odparł starzec. - Kiedy ostatnio próbowałem pańskiego
jedzenia, żołądek bolał mnie przez trzy dni. Nowe smaki są jak nowe
idee, młodzieńcze - im jesteś starszy, tym trudniej je strawić.
Kelsier się zawahał. Staruszek nie wydawał się silny. Jego pomarszczona
twarz i łysa czaszka sprawiały, że wyglądał raczej na słabeusza, niż na
mędrca. A jednak musiał być silniejszy, niż wskazywały na to pozory;
mała część skaa z plantacji dożywała tego wieku. Wielu panów nie
pozwalało starcom pozostawać w domu w ciągu dnia pracy, a częste chłosty
zbierały wśród wiekowych skaa ponure żniwo.
- Jak się nazywasz? - zapytał Kelsier.
- Mennis.
Kelsier znów spojrzał na Teppera.
- A więc, kumie Mennis, powiedz mi, dlaczego pozwalasz, by to on był
przywódcą?
Mennis wzruszył ramionami.
- Kiedy dożywasz moich lat, stajesz się bardzo ostrożny z marnotrawieniem energii. Niektóre bitwy nie są po prostu warte tego, by
w nich walczyć. - Mennis spojrzał znacząco. Mówił o sprawach
ważniejszych niż jego zmagania z Tepperem.
- Więc to cię zadowala? - zapytał Kelsier, wskazując ruchem głowy chatę
i jej przepracowanych, wygłodzonych mieszkańców. - Jesteś zadowolony z życia pełnego chłosty i niekończącej się harówki?
- Przynajmniej jakoś żyję - odparł Mennis. - Wiem, jakie szanse dają
niezadowolenie i bunt. Oko Ostatniego Imperatora i gniew Stalowego
Zakonu mogą okazać się straszniejsze niż kilka chłost. Ludzie tacy jak
ty mówią o zmianach, ale ja się zastanawiam. Czy to jest bitwa, do
której rzeczywiście możemy stanąć?
- Już walczycie, kumie Mennis. Tyle tylko, że na razie ponosicie
sromotną klęskę. - Kelsier wzruszył ramionami. - Zresztą, co ja wiem?
Jestem tylko wędrownym mącicielem, zjadam wasze jedzenie i mieszam w głowach młodzieży.
Mennis pokręcił głową.
- Żartujesz sobie, ale Tepper może mieć rację. Obawiam się, że twoja
wizyta sprowadzi na nas nieszczęście.
Kelsier się uśmiechnął.
- Dlatego nie zaprzeczyłem. Przynajmniej w kwestii mąciwody. - Urwał, po
czym uśmiechnął się szerzej. - Właściwie to były jedyne prawdziwe słowa,
jakie Tepper wypowiedział od chwili, kiedy tu wszedłem.
- Jak ty to robisz? - zapytał Mennis, marszcząc brwi.
- Co?
- Ciągle się uśmiechasz.
- Och, jestem szczęśliwym człowiekiem.
Mennis spojrzał na dłonie Kelsiera.
- Wiesz, takie blizny widziałem tylko u jednej osoby - i ta osoba nie
żyła. Ciało zwrócono lordowi Trestingowi jako dowód, że kara została
wykonana. - Mennis spojrzał na Kelsiera. - Ten ktoś został przyłapany na
podżeganiu do rebelii. Tresting wysłał go do Czeluści Hathsin, gdzie
pracował do śmierci. Chłopak nie wytrzymał nawet miesiąca.
Kelsier spojrzał na swoje dłonie i przedramiona. Wciąż jeszcze czasem go
paliły, choć był pewien, że ten ból istniał tylko w jego umyśle.
Podniósł wzrok na Mennisa i znów się uśmiechnął.
- Zapytasz zaraz, czemu się uśmiecham, kumie Mennis? Cóż, Ostatni
Imperator myśli, że zagarnął na własność całą radość i śmiech. Nie mam
ochoty mu na to pozwalać. To jedyna bitwa, której stoczenie nie wymaga
wielkiego wysiłku.
Mennis wytrzeszczył oczy na Kelsiera i ten przez chwilę spodziewał się,
że starzec odpowie uśmiechem. W końcu jednak Mennis pokręcił głową.
- Nie wiem, po prostu nie...
Przerwał mu krzyk. Dochodził z zewnątrz, może z północy, choć mgły
zniekształcały dźwięki. Ludzie w chacie zamilkli, wsłuchując się w odległe, piskliwe krzyki. Pomimo odległości i mgły Kelsier wyczuwał
zawarte w nich cierpienie.
Kelsier spalił cynę.
Teraz, po latach ćwiczeń, było to proste. Cyna spoczywała w jego
żołądku, połknięta wcześniej, wraz z innymi allomantycznymi metalami,
czekającymi, by zaczerpnął z nich siłę. Sięgnął umysłem do wnętrza i dotknął cyny, czerpiąc moc, której do końca nie pojmował. Cyna ożyła z błyskiem, paląc go w żołądku jak gorący, zbyt szybko połknięty napój.
Allomantyczne moce wezbrały w jego ciele, wyostrzając zmysły. Otaczające
go pomieszczenie nabrało wyrazistości, blade palenisko zabłysło
oślepiająco jasno. Wyczuwał słoje drewna stołka, na którym siedział.
Wciąż czuł w ustach smak bochenka chleba, zjedzonego wiele godzin temu.
A co najważniejsze, jego nadnaturalny słuch wychwytywał krzyki.
Krzyczały dwie osoby. Jedna była starszą kobietą, druga młodą
dziewczyną, prawie dzieckiem. Młodszy głos oddalał się z każdą chwilą.
- Biedna Jess - odezwała się jedna z kobiet w izbie, a jej słowa
zagrzmiały w wyczulonych uszach Kelsiera jak grom. - To jej dziecko było
przekleństwem. Kobiety skaa nie powinny mieć ładnych dzieci.
Tepper skinął głową.
- Lord Tresting posłałby po nią wcześniej czy później. Wszyscy o tym
wiedzieliśmy. Jess też.
- Ale to i tak wstyd - rzekł inny mężczyzna.
Krzyki rozbrzmiewały dalej. Paląc cynę, Kelsier był w stanie dokładnie
określić odległość. Głos oddalał się w kierunku posiadłości lorda.
Odgłos coś w nim przełamał, poczuł, że jego twarz zalewa płomień gniewu.
Obejrzał się.
- Czy lord Tresting kiedykolwiek uwalnia dziewczęta, kiedy już się nimi
nasyci?
Stary Mennis pokręcił głową.
- Lord Tresting przestrzega prawa, zabija dziewczęta po kilku
tygodniach. Nie chce ściągnąć na siebie uwagi Inkwizytorów.
Taki był rozkaz Ostatniego Imperatora. Nie mógł sobie pozwolić na
hasające swobodnie bękarty - bękarty, które mogłyby posiadać
umiejętności, o jakich zwykły skaa nie miał nawet prawa wiedzieć...
Krzyki ucichły w oddali, ale gniew Kelsiera narastał. Przypomniały mu
się inne krzyki. Głosy kobiety z przeszłości. Wstał gwałtownie,
przewracając stołek.
- Ostrożnie, chłopcze - powiedział Mennis. - Pamiętaj o tym, co ci
mówiłem na temat marnowania energii. Nie wzniecisz rebelii, jeśli dasz
się dzisiaj zabić.
Kelsier spojrzał na starca, a potem zmusił się do uśmiechu, ignorując
krzyki i ból.
- Nie jestem tutaj po to, by poprowadzić waszą rebelię, kumie Mennis.
Chcę tylko trochę pomącić wodę.
- A co to da?
Kelsier uśmiechnął się szerzej.
- Nadchodzą nowe dni. Pożyj jeszcze trochę, a może zobaczysz wielkie
wydarzenia, jakie nastąpią w Ostatnim Imperium. Wszystkim składam
wielkie dzięki za gościnność.
Pchnął drzwi i wyszedł w mgłę.
***
Mennis leżał bez snu aż do wczesnych godzin rannych. Wydawało mu się, że
im jest starszy, tym gorzej zasypia. Działo się to szczególnie wtedy,
kiedy coś go gnębiło, tak jak to, że wędrowiec nie wrócił do chaty.
Mennis miał nadzieję, że Kelsier odzyskał rozum i poszedł dalej, ale po
chwili uznał, że to niezbyt prawdopodobne. Widział ogień w jego oczach.
Co za szkoda, że człowiek, który wyszedł żywy z Czeluści, znalazł śmierć
właśnie tutaj, na przypadkowej plantacji, usiłując bronić dziewczyny,
którą wszyscy uznali już za straconą.
Jak zareaguje lord Tresting? Powiadali, że wobec śmiałków, którzy
odważyli się zakłócić jego nocne zabawy, okazywał szczególną brutalność.
Jeśli Kelsier zdołał mu przeszkodzić w zażywaniu rozkoszy, Tresting mógł
równie dobrze ukarać całą resztę skaa za współudział.
Wreszcie pozostali skaa również zaczęli się budzić. Mennis leżał na
twardym klepisku - bolały go kości, protestował kręgosłup, mięśnie
zesztywniały - i zastanawiał się, czy warto wstawać. Codziennie był
bliski kapitulacji. Codzienne wstawanie wydawało się odrobinę
trudniejsze. Aż przyjdzie taki dzień, że po prostu zostanie w chacie,
czekając, kiedy ekonomowie przyjdą dobić tych wszystkich, którzy byli
zbyt chorzy lub zbyt starzy, żeby pracować.
Ale nie dzisiaj. Widział w oczach skaa zbyt wiele strachu - wiedzieli,
że nocne eskapady Kelsiera napytają im biedy. Potrzebowali Mennisa,
liczyli na niego. Musi wstać.
I wstał. Kiedy zrobił kilka pierwszych kroków, starcze bóle powoli
zaczęły ustępować. Powoli wyszedł z chaty i wsparty na ramieniu
młodszego mężczyzny ruszył ku polom. Nagle poczuł dziwny zapach.
- Co to jest? - zapytał. - Czy też czujecie dym?
Shum - chłopak, na którego ramieniu wspierał się Mennis - wciągnął
powietrze. Ostatnie pasma nocnej mgły wyparowały i za zwykłą zasłoną
chmur pojawiła się czerwona tarcza słońca.
- Ostatnio zawsze czuję dym - rzekł. - Popielne Góry są w tym roku
bardzo gwałtowne.
- Nie. - Mennis pokręcił głową, czując coraz większy niepokój. - To coś
innego.
Zwrócił się na północ, w stronę, gdzie właśnie zbierała się grupka skaa.
Puścił ramię Shuma i podreptał ku grupie, powłócząc nogami i wzniecając
chmury pyłu i popiołu.
Pośrodku grupy ujrzał Jess. Jej córka, ta sama, którą miał porwać lord
Tresting, stała obok niej. Oczy dziewczyny były zaczerwienione z braku
snu, ale wyglądało na to, że nic jej nie jest.
- Wróciła wkrótce potem, jak ją zabrali - wyjaśniała kobieta. -
Przybiegła i zaczęła z krzykiem tłuc w drzwi. Flen był pewien, że to
mgielny upiór, ale ja musiałam ją wpuścić! Nie obchodzi mnie, co on
wygaduje. Wyprowadziłam ją na słońce i nie zniknęła. To dowód, że nie
jest mgielnym upiorem.
Mennis oddalił się od grupy. Czy nikt tego nie zauważył? Żaden ekonom
nie przyszedł, by rozpędzić zgromadzenie. Nie pojawili się żołnierze, by
przeprowadzić poranne zliczanie skaa. Coś było bardzo nie w porządku.
Mennis ruszył na północ, desperacko brnąc ku dworowi.
Zanim tam dotarł, inni już spostrzegli wijącą się, ledwie widoczną w porannym słońcu smugę dymu. Mennis nie dotarł jako pierwszy do krawędzi
niewielkiego płaskowyżu, ale kiedy się zjawił, pozostali się rozstąpili.
Dworu nie było. Została jedynie poczerniała, dymiąca jama.
- Na Ostatniego Imperatora! - wyszeptał Mennis. - A tutaj co się stało?
- Zabił ich wszystkich.
Mennis się obejrzał. Głos należał do córki Jess. Stała obok, spoglądając
z satysfakcją na twarzy na zburzony dom.
- Kiedy mnie wyprowadził, już nie żyli - powiedziała. - Wszyscy.
Ekonomowie, żołnierze, lordowie... wszyscy byli martwi. Nawet lord
Tresting i jego obligatorzy. Pan zostawił mnie, żeby się dowiedzieć, co
się dzieje, kiedy zaczęły się hałasy. Wychodząc, widziałam go w kałuży
krwi, z ranami od noża na piersi. Człowiek, który mnie uratował,
wychodząc, wrzucił pochodnię do budynku.
- Ten człowiek - zagadnął Mennis - czy on miał blizny na dłoniach i ramionach, sięgające aż poza łokcie?
Dziewczyna skinęła głową.
- Cóż to za demon? - wymamrotał jeden ze skaa.
- Mgielny upiór - szepnął drugi, widocznie nie pamiętając, że Kelsier
pojawiał się również w dzień.
Ale wyszedł z mgły, pomyślał Mennis. I jak mógł tego dokonać...? Lord
Tresting miał dwa tuziny żołnierzy! Czy i Kelsier miał ukrytą bandę
buntowników?
W głowie rozbrzmiały mu słowa Kelsiera z poprzedniego wieczoru:
"Nadchodzą nowe dni...".
- Ale co z nami? - zapytał z przerażeniem Tepper. - Co się stanie, kiedy
Ostatni Imperator się o tym dowie? Pomyśli, że to my! Wyśle nas do
Czeluści, a może nawet po prostu rozkaże swoim kolossom, żeby nas
pozabijały! Po co ten mąciwoda zrobił coś takiego? Czy nie rozumie,
jakich szkód narobił?
- Rozumie - odparł Mennis. - Ostrzegł nas, Tepper. Przybył tu, by
namącić.
- Ale po co?
- Bo wiedział, że sami się nigdy nie zbuntujemy. Zatem nie dał nam
wyboru.
Tepper pobladł.
Ostatni Imperatorze, pomyślał Mennis. Nie mogę tego zrobić. Zaledwie
dźwigam się rankami na nogi. Nie ocalę tych ludzi.
Ale czy miał wybór?
Odwrócił się.
- Tepper, zbierz wszystkich. Musimy uciec, zanim wieści o tej
katastrofie dotrą do Ostatniego Imperatora.
- Dokąd pójdziemy?
- Jaskinie na wschodzie - odparł Mennis. - Wędrowcy mówią, że tam
właśnie ukrywają się zbuntowani skaa. Może nas przyjmą.
Tepper pobladł jeszcze bardziej.
- Ale... będziemy musieli wędrować przez wiele dni. Spędzać noce we
mgle!
- Mamy wybór - odparł Mennis. - Równie dobrze możemy zostać tutaj i umrzeć.
Tepper przez chwilę stał osłupiały i Mennis zaczął się obawiać, że mógł
nie wytrzymać wstrząsu, jaki wywołała ta sytuacja. Po chwili jednak
młodszy mężczyzna pobiegł pozbierać pozostałych ludzi.
Mennis westchnął, spoglądając znów na snujący się dym i przeklinając w duchu tego szaleńca Kelsiera.
Rzeczywiście, nowe dni.
1
1
Z nieba spadał popiół.
Vin obserwowała, jak puszyste płatki unoszą się w powietrzu. Leniwie.
Beztrosko. Swobodnie. Kłębki sadzy spadały jak czarny śnieg, zasypując
ciemne miasto Luthadel. Wirowały wokół murów, unosząc się na wietrze i tańcząc w małych wirach nad kocimi łbami. Wydawały się takie beztroskie.
Jakie to uczucie?
Vin siedziała skulona w jednym z otworów obserwacyjnych - ukrytej
alkowie, wbudowanej w mur budynku. Można było obserwować z niej ulice i w porę dostrzec zagrożenie. Vin nie miała warty, otwór był jednym z niewielu miejsc, gdzie mogła być sama.
A Vin lubiła samotność. "Kiedy jesteś sam, nikt nie może cię zdradzić".
Słowa Reena. Brat nauczył ją tak wielu rzeczy, a potem poparł je czynem,
jak to zawsze obiecywał . "Tylko tak się nauczysz, Vin. Każdy cię
zdradzi. Każdy".
Popiół opadał. Czasem Vin wyobrażała sobie, że jest jak ten popiół, albo
jak wiatr, albo wręcz jak mgła. Czymś bezmyślnym, co po prostu istnieje,
nie myśli, nie martwi się, nie cierpi. Wtedy byłaby... wolna.
Opodal rozległo się szuranie, a potem drzwi w głębi alkowy się otwarły.
- Vin! - zawołał Ulef, wsadzając głowę do środka. - Jesteś! Camon szuka
cię od pół godziny.
Właśnie dlatego się tu schowałam.
- Powinnaś się ruszyć - rzekł Ulef. - Zaraz się zacznie robota.
Ulef był młodym chłopcem. Miłym na swój sposób i naiwnym. Oczywiście, o ile można nazwać naiwnym kogoś, kto wychował się w tym światku. Ale to
nie znaczyło, że i on jej nie zdradzi. Zdrada nie miała nic wspólnego z przyjaźnią. Na ulicy życie było ciężkie, więc jeśli złodziej skaa nie
chciał być złapany i powieszony, musiał myśleć praktycznie.
A bezwzględność była jednym z najpraktyczniejszych uczuć. Kolejne
powiedzonko Reena.
- No i co? - zapytał Ulef. - Powinnaś iść. Camon jest wściekły.
A kiedy nie jest? - pomyślała Vin. Skinęła głową i wygramoliła się z ciasnej, ale bezpiecznej niszy. Wyminęła Ulefa i wyskoczyła na korytarz,
a potem do zrujnowanej spiżarni. Pomieszczenie było jednym z wielu na
zapleczu sklepu, który stanowił fasadę dla ich kryjówki. Jaskinia szajki
znajdowała się w pełnej tuneli kamiennej pieczarze pod budynkiem.
Wyszła tylnymi drzwiami. Ulef wlókł się za nią. Zadanie miało być
wykonane o kilka przecznic dalej, w bogatszej części miasta. Było dość
skomplikowane - właściwie jedno z bardziej skomplikowanych, z jakimi się
spotkała Vin. Zakładając, że Camon nie zostanie złapany, to może być
naprawdę intratna robota. Jeśli zostanie schwytany... Cóż, oszukiwanie
szlachty i obligatorów to bardzo niebezpieczne zajęcie - ale z pewnością
lepsze niż praca w kuźni czy fabryce włókienniczej.
Wyszła z alejki, kierując się ku ciemnej, otoczonej kamienicami uliczce
w jednym z licznych slumsów skaa w mieście. Skaa, zbyt chorzy, by
pracować, leżeli skuleni po kątach i kanałach, obsypywani lekkim
popiołem. Vin opuściła głowę i włożyła kaptur, by uchronić się przed
wciąż opadającymi płatkami.
Wolna. Nie, nigdy nie będę wolna. Reen już się o to postarał, kiedy
odchodził.
***
- Jesteś! - Camon uniósł krótki, gruby palec i dźgnął nim w kierunku jej
twarzy. - Gdzie byłaś?
Vin nie pozwoliła, by bunt i nienawiść pojawiły się w jej spojrzeniu. Po
prostu spuściła wzrok, pokazując Camonowi to, co chciał zobaczyć. Były
inne sposoby okazania siły. Tej lekcji nauczyła się samodzielnie.
Camon warknął cicho, po czym uderzył ją w twarz. Siła tego ciosu rzuciła
Vin na ścianę, policzek zapłonął bólem. Oparła się o drewno, ale zniosła
karę w milczeniu. To tylko kolejny siniak. Była dość silna, żeby o tym
nie myśleć. Nie pierwszy raz.
- Słuchaj - syknął Camon. - To ważna robota. Warta tysiąca skrzyńców,
warta tysiąc razy więcej niż ty. Nie dopuszczę, żebyś ją schrzaniła.
Rozumiesz?
Vin skinęła głową.
Camon obserwował ją przez chwilę, z zaczerwienioną z gniewu pulchną
twarzą. Wreszcie odwrócił wzrok, mamrocząc pod nosem.
Coś go zdenerwowało. Coś innego niż tylko Vin. Może słyszał o buncie
skaa daleko na północy, kilka dni drogi stąd. Jeden z lordów na
prowincji, niejaki Themos Tresting, został podobno zamordowany, a jego
posiadłość spalono do gołej ziemi. Takie zamieszki źle wpływały na
interesy, sprawiały, że arystokracja była czujniejsza, mniej naiwna. A to z kolei bardzo poważnie zmniejszało zyski Camona.
Szuka kogoś, żeby się wyładować, pomyślała Vin. Zawsze robi się nerwowy
przed robotą.
Spojrzała na Camona, zlizując krew z wargi. Musiała okazać nieco
pewności siebie, bo spojrzał na nią kątem oka i sposępniał. Podniósł
rękę, jakby chciał ją znowu uderzyć.
Użyła odrobiny Szczęścia.
Wykorzystała naprawdę odrobinkę: potrzebowała reszty do pracy.
Skierowała je na Camona, uspokajając jego zdenerwowanie. Przywódca się
zawahał - nieświadom dotknięcia Vin, czuł jednak jego skutki. Stał tak
przez chwilę, po czym westchnął i odwrócił się ze spuszczoną głową.
Otarła usta, patrząc, jak odchodzi. Szef złodziei wydawał się bardzo
przekonujący w swoim stroju szlachcica. Był to najbogatszy strój, jaki
Vin widziała - biała koszula, na niej ciemnozielona kamizelka z grawerowanymi złotymi guzikami. Czarny surdut był długi, według
najnowszej mody, a na głowie Camona spoczywał czarny kapelusz. Jego
palce lśniły od pierścieni, miał nawet długą laskę pojedynkową.
Doprawdy, Camon doskonale udawał szlachcica - kiedy przychodziło do
odtwarzania jakiejś roli, niewielu złodziei mogło się z nim równać.
Oczywiście, o ile potrafił zapanować nad swoją złością.
Samo pomieszczenie robiło znacznie skromniejsze wrażenie. Vin wstała, a tymczasem Camon łajał innych członków szajki. Wynajęli jeden z apartamentów na górnym piętrze lokalnego hotelu. Niezbyt luksusowy, ale
o to właśnie chodziło. Camon miał odegrać rolę niejakiego "lorda Jedue",
szlachcica zaściankowego, który wpadł w ciężkie problemy finansowe i przybył do Luthadelu, by starać się o ostatnie desperackie kontrakty.
Główny salon został przekształcony w coś w rodzaju pokoju przesłuchań, z wielkim biurkiem, za którym zasiadał Camon, i o ścianach udekorowanych
tanimi obrazkami. Obok biurka stali dwaj mężczyźni, odziani w oficjalne
liberie służby. Mieli odgrywać rolę służących Camona.
- Co to za hałasy? - zapytał mężczyzna, który właśnie wszedł do pokoju.
Był wysoki, ubrany w prostą szarą koszulę i parę spodni, z wąskim
mieczem przy pasie. Theron był drugim przywódcą - akurat ta robota była
przygotowana przez niego. To on wprowadził Camona jako partnera -
potrzebował kogoś, kto odegrałby rolę lorda Jedue, a wszyscy wiedzieli,
że Camon jest jednym z najlepszych.
Camon podniósł wzrok.
- Hm? Hałasy? Och, tylko drobny problem z dyscypliną. Nie przejmuj się
tym, Theronie. - Camon podkreślił swe słowa niedbałym ruchem dłoni, nie
bez kozery doskonale odgrywał role arystokratów. Był tak arogancki, że
mógł śmiało pochodzić z jednego z Wielkich Domów.
Theron zmrużył oczy. Vin wiedziała, co prawdopodobnie myśli. Zastanawiał
się, na ile ryzykowne będzie wbicie noża w tłuste plecy Camona, skoro
tylko przestanie być potrzebny. Wreszcie wysoki mężczyzna odwrócił wzrok
od Camona i spojrzał na Vin.
- A to kto?
- Członek mojej drużyny - odparł Camon.
- Myślałem, że nie potrzebujemy nikogo innego.
- A jej owszem - odparł. - Nie zwracaj na nią uwagi. Moja część zadania
to nie twój interes.
Theron przyglądał się Vin, widocznie zauważając jej zakrwawioną wargę.
Odwróciła wzrok, ale czuła jego spojrzenie, błądzące po całym jej ciele.
Miała na sobie zwykłą białą koszulę i ubranie robocze. Nie wyglądała
szczególnie atrakcyjnie - wymięta, z młodzieńczą twarzą, nikt by jej nie
dał szesnastu lat. Mimo to są mężczyźni, którzy lubią takie kobiety.
Zastanawiała się, czy nie użyć na niego odrobiny Szczęścia, ale w końcu
się odwrócił.
- Obligator zaraz tu będzie - rzekł. - Jesteście gotowi?
Camon wywrócił oczyma i usadowił się za biurkiem.
- Wszystko jest w idealnym porządku. Zostaw mnie, Theron! Wracaj do
siebie i czekaj.
Theron zmarszczył brwi, ale okręcił się na pięcie i wyszedł, mamrocząc
coś pod nosem.
Vin rozejrzała się po pokoju, przyglądając się kolejno wystrojowi,
służbie i atmosferze. Wreszcie podeszła do biurka Camona. Przywódca
siedział, przeglądając stos papierów - widocznie usiłował się
zdecydować, które z nich pozostawić na blacie.
- Camonie - odezwała się Vin - służba wygląda za dobrze.
Camon zmarszczył brwi i spojrzał na nią.
- Co tam mamroczesz?
- Służący - powtórzyła Vin, wciąż mówiąc przyciszonym głosem. - Lord
Jedue ma być zdesperowany. Ma bogate stroje, które zostały mu z dobrych
czasów, ale nie mógłby sobie pozwolić na tak bogatą służbę. Wziąłby
skaa.
Camon spiorunował ją wzrokiem, ale po chwili spojrzał na "służących".
Fizycznie między szlachtą i skaa była niewielka różnica. Służący,
których wybrał Camon, byli jednak odziani jak pośledniejsi arystokraci -
wolno im było nosić kolorowe kamizelki i stali przed nim nieco zbyt
pewni siebie.
- Obligator musi myśleć, że jesteś bliski nędzy - rzekła Vin. - Możesz
zamiast tego wypełnić pokój skaa.
- A co ty tam wiesz. - Camon spojrzał na nią koso.
- Dosyć. - Natychmiast pożałowała tego słowa, bo zabrzmiało zbyt butnie.
Camon uniósł pokrytą klejnotami dłoń i Vin przygotowała się na kolejny
policzek. Nie mogła sobie pozwolić na wykorzystanie jeszcze odrobiny
swego Szczęścia. I tak niewiele jej go pozostało.
Ale Camon jej nie uderzył. Westchnął tylko i położył pulchną dłoń na jej
ramieniu.
- Czemu ciągle musisz mnie prowokować, Vin? Wiesz, jakie długi
pozostawił twój brat, kiedy uciekł. Zdajesz sobie sprawę, że ktoś mniej
miłosierny ode mnie sprzedałby cię do burdelu dawno temu? Jak by ci się
podobało służyć szlachcicowi w łóżku, dopóki mu się nie znudzisz, zanim
skaże cię na śmierć?
Vin spojrzała na swoje stopy.
Uścisk Camona zacieśnił się, jego palce wbiły się w jej skórę w miejscu,
gdzie szyja przechodziła w ramię, i dziewczyna mimowolnie jęknęła z bólu. Uśmiechnął się, widząc jej reakcję.
- Doprawdy, nie wiem, po co cię trzymam, Vin - rzekł, jeszcze mocniej
zaciskając chwyt. - Powinienem był pozbyć się ciebie wiele miesięcy
temu, kiedy twój brat mnie zdradził. Chyba mam za miękkie serce.
Puścił ją wreszcie, po czym wskazał miejsce pod ścianą pokoju, obok
wielkiej rośliny w doniczce. Posłuchała, ustawiając się tak, by dobrze
widzieć cały pokój. Zaledwie Camon odwrócił wzrok, potarła ramię.
To tylko ból. Potrafię sobie poradzić z bólem.
Camon siedział przez chwilę. A potem, jak się tego spodziewała, skinął
na służących.
- Wy dwaj! - rozkazał. - Jesteście za dostatnio ubrani. Przebierzcie się
tak, żeby wyglądać bardziej na służących skaa, i sprowadźcie tu jeszcze
z sześciu ludzi, kiedy będziecie wracać.
Wkrótce pomieszczenie wypełniło się zgodnie z sugestią Vin. Obligator
przybył niedługo potem.
Vin obserwowała, jak prelan Laird dumnie wkracza do pokoju. Był ogolony
na zero, jak wszyscy obligatorzy, i miał na sobie ciemnoszarą szatę.
Tatuaże Zakonu wokół oczu identyfikowały go jako prelana, starszego
urzędnika w Kantonie Finansów. Za jego plecami tłoczył się rząd
pośledniejszych obligatorów, o znacznie mniej skomplikowanych tatuażach
wokół oczu.
Camon wstał na widok prelana, okazując szacunek - gest, który nawet
najwyższy z arystokratów Wielkiego Domu uznawał za stosowny wobec
obligatora rangi Lairda. Laird nie odpowiedział tym samym. Podszedł do
biurka i zajął miejsce naprzeciw Camona. Jeden z członków szajki,
odgrywający rolę służącego, podbiegł i podsunął obligatorowi tacę z chłodnym winem i owocami.
Laird wybrał sobie owoc. Służący stał z tacą obok niego niczym mebel.
- Lord Jedue - rzekł wreszcie. - Cieszę się, że mamy okazję się spotkać.
- Ja również, Wasza Miłość - odparł Camon.
- Możesz mi zatem wyjaśnić, dlaczego nie byłeś w stanie przybyć do
budynku Kantonu, zamiast żądać, abym to ja zjawił się tutaj?
- To moje kolana, Wasza Miłość - odrzekł Camon. - Lekarze zalecają, bym
podróżował możliwie jak najmniej.
A ty słusznie bałeś się wylądować w twierdzy Zakonu, pomyślała Vin.
- Rozumiem - odparł Laird. - Niefortunna przypadłość dla człowieka,
który zajmuje się transportem.
- Nie muszę sam wyruszać w podróże, Wasza Miłość - odrzekł Camon,
skłaniając głowę. - Tylko je organizuję.
Dobrze, pomyślała Vin. Camon, pamiętaj, masz pozostać służalczy. Musisz
się wydawać zdesperowany.
Vin potrzebowała powodzenia tej akcji. Camon groził jej, bił ją, ale
uważał za szczęśliwy amulet. Nie była pewna, czy zdawał sobie sprawę z tego, dlaczego wszystkie jego plany łatwiej było zrealizować w jej
obecności, ale chyba jednak potrafił skojarzyć fakty. Dzięki temu była
cenna - a Reen zawsze mówił, że nieodzowni najdłużej pozostają przy
życiu.
- Rozumiem - powtórzył Laird. - Cóż, obawiam się, że nasze spotkanie
odbyło się zbyt późno. Kanton Finansów już przegłosował twoją ofertę.
- Tak szybko?! - zawołał ze szczerym zdumieniem Camon.
- Tak - odparł Laird, pociągając łyk wina, ale wciąż nie odprawiając
sługi. - Zdecydowaliśmy, że nie przyjmiemy twojego kontraktu.
Camon siedział przez chwilę jak skamieniały.
- Przykro mi to słyszeć, Wasza Miłość.
Laird przyszedł spotkać się z tobą, pomyślała Vin, więc wciąż istnieje
pole do negocjacji.
- Istotnie - ciągnął Camon - to doprawdy niefortunne, ponieważ
zamierzałem złożyć wam jeszcze lepszą ofertę.
Laird uniósł tatuowaną brew.
- Wątpię, czy to coś zmieni. W Radzie znajduje się frakcja, która uważa,
że Kanton będzie lepiej obsłużony, jeśli wybierze bardziej stabilną
firmę transportową do przewozu naszych ludzi.
- A to by był poważny błąd - odparł gładko Camon. - Bądźmy szczerzy,
Wasza Miłość. Obaj wiemy, że ten kontrakt to ostatnia szansa Domu Jedue.
Teraz, kiedy straciliśmy kontrakt z Farwanem, nie możemy już sobie
pozwolić na wysyłanie łodzi aż do Luthadelu. Bez patronatu Zakonu mój
ród jest zrujnowany finansowo.
- Przyznam, że to nie ma wielkiego wpływu na moją decyzję, wasza
lordowska mość - odparł obligator.
- Doprawdy? - odparował Camon. - Wasza Miłość, proszę sobie zadać to
pytanie: kto będzie wam lepiej służył? Czy ród, który ma tuziny
kontraktów, pomiędzy które musi dzielić swoją uwagę, czy taki, który
wasz kontrakt uważa za swą ostatnią nadzieję? Kanton Finansów nie
znajdzie bardziej spolegliwego partnera, niż desperat. Niech to moje
łodzie sprowadzają z północy waszych akolitów, niech moi żołnierze ich
eskortują, a nie będziecie rozczarowani.
Dobrze, pomyślała Vin.
- Cóż... rozumiem - odparł obligator, nieco zaniepokojony.
- Chętnie przyznam wam przedłużony kontrakt, za stałą cenę ryczałtową
pięćdziesięciu skrzyńców na głowę i podróż, Wasza Miłość. Twoi akolici
mogą teraz podróżować do woli naszymi łodziami i zawsze będą mieli
niezbędną eskortę.
Tym razem obligator uniósł brew jeszcze wyżej.
- To połowa poprzedniej ceny.
- Przecież mówiłem, że jesteśmy zdesperowani - odparł Camon. - Mój ród
chce utrzymać łodzie w ruchu. Pięćdziesiąt skrzyńców to dla nas żaden
zysk, ale to nie ma znaczenia. Kiedy kontrakt z Zakonem przywróci nam
stabilność, będziemy mogli znaleźć inne kontrakty, by napełnić swoje
skarbce.
Laird się zamyślił. Oferta była istotnie bajeczna - w normalnych
warunkach wydawałaby się wręcz podejrzana. Jednakże z zachowania Camona
było widać, że jego ród jest na granicy zapaści finansowej. Drugi
przywódca, Theron, pracował przez pięć lat, budując, oszukując i kombinując, aby dojść do tego momentu. Zakon byłby szalony, gdyby nie
rozważył takiej oferty.
Laird też zdawał sobie z tego sprawę. Stalowy Zakon nie był silny
wyłącznie biurokracją i władzą prawną Ostatniego Imperium - sam również
stanowił coś w rodzaju arystokratycznego rodu. Im więcej miał bogactw,
tym lepsze były jego własne kontrakty handlowe, tym lepsze punkty
nacisku różne Kantony Zakonu miały między sobą - i w relacjach z arystokratycznymi rodami.
Było jednak widać, że Laird wciąż się waha, Vin widziała to w jego
spojrzeniu, doskonale znała ten podejrzliwy wzrok. Nie da się złapać na
ten kontrakt.
Teraz moja kolej, pomyślała.
Użyła Szczęścia na Lairdzie. Sięgnęła ku niemu bardzo ostrożnie - nie
była pewna, co właściwie robi, albo dlaczego. Jednakże ten dotyk był
instynktowny, wyszkolony przez wiele lat subtelnych ćwiczeń. Miała
dziesięć lat, kiedy się zorientowała, że inni ludzie nie potrafią robić
tego, co ona.
Delikatnie naparła na uczucia Lairda, stłumiła je. Stał się mniej
podejrzliwy, mniej przestraszony. Posłuszny. Jego obawy się rozpłynęły.
Vin ujrzała, jak w jego oczach pojawia się spokój i świadomość kontroli.
Wciąż jednak wydawał się nieco niepewny. Vin naparła mocniej. Prelan
przechylił głowę z zamyśloną miną. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć,
ale znów natarła na niego, desperacko rzucając na szalę ostatnie uncje
Szczęścia.
Laird zawahał się znowu.
- Doskonale - rzekł. - Przedstawię Radzie twoją nową ofertę. Może jednak
uda nam się dojść do porozumienia.