Z mgły zrodzony. Tom 1 - Brandon Sanderson

Kup ebooka

36.94 zł
31.40 zł (28,47 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Część pierwsza: OCALAŁY Z HATHSIN

1. Uważam się za człowieka z zasadami

2. Gdyby ludzie przeczytali te słowa

3. Przybyliśmy do Terris

4. Jak widać, kolejny etap mojej krucjaty

5. Nie rozumiem nawet, co powinienem zrobić

6. Nigdy tego nie chciałem

7. Rashek to wysoki mężczyzna

8. Będzie bronił ich wiedzy

Część druga: REBELIANCI POD NIEBEM Z POPIOŁU

9. Boję się

10. Zdumiewa mnie

11. Wydaje się

12. Jakby to było

13. Wiem, że nie powinienem dopuścić

14. Czasami się zastanawiam

15. Nie wiem

Część trzecia: REBELIANCI KRWAWEGO SŁOŃCA

16. Wielu sądzi

17. Nieraz zastanawiam się

18. Można powiedzieć

19. Kwaan i ja spotkaliśmy się

20. To nie cień

21. Bohater Wieków

22. Z początku byli tacy

23. Śpię tylko po kilka godzin

24. Ostatecznie muszę ufać sobie

Część czwarta: TANCERZE MORZA MGIEŁ

25. Zawsze, kiedy ktoś ginie

26. Jestem już tak bardzo zmęczony

27. Myślę

28. Nieraz moi towarzysze twierdzą

29. Wszyscy uważają

30. Większość Terrisan

31. Ludzie martwią się

32. Wprawdzie wielu Terrisan wyraża urazę

33. Jesteśmy już blisko

34. Nigdy nie chciałem

Część piąta: WYZNAWCY ZAPOMNIANEGO ŚWIATA

35. Wiedziałem, co się stanie

36. Stwierdziłem, że jestem wdzięczny

37. Czy jest coś piękniejszego

38. Moje lęki są takie

Epilog

Ars Arcanum

Alfabetyczny spis Allomancji

Luthadel cz.1

Luthadel cz.2

Ostatnie Imperium

 

Nigdy tego nie chciałem, to prawda. Ale ktoś musiał powstrzymać Głębię. Widać jednak, że Terris jest jedynym miejscem, gdzie można tego dokonać.

Jednakże nie muszę w tej sprawie wierzyć filozofom na słowo. Wyczuwam teraz nasz cel. Mogę go wyczuć, choć inni nie mogą. On... pulsuje, w moim mózgu, daleko, gdzieś w górach.

6

Vin obudziła się w cichym pokoju. Czerwone światło poranka przesączało się przez szczeliny w okiennicach. Leżała przez chwilę nieruchomo, niespokojna. Coś było nie tak. Nie chodziło o to, że budzi się w nieznanym miejscu - podróże z Reenem przyzwyczaiły ją do nomadycznego stylu życia. Dopiero po chwili zrozumiała, dlaczego czuje się tak nieswojo.

Pokój był pusty.

Nie tylko pusty, ale i przestrzenny. Niezatłoczony. I bardzo... wygodny. Leżała na prawdziwym materacu, usadowionym na słupkach, z prześcieradłami i pluszową narzutą. Pomieszczenie ozdabiała drewniana szafa, a na podłodze leżał okrągły dywan. Może kto inny uznałby ten pokój za ciasny i spartański, ale Vin wydawał się szczytem przepychu.

Usiadła, marszcząc czoło. To nie w porządku, żeby mieć cały pokój dla siebie. Zawsze była wciskana w ciasne baraki, wraz z innymi członkami gangu. Nawet w podróży sypiała w uliczkach z żebrakami, albo w jaskiniach rebeliantów, a Reen zawsze był przy niej. Zawsze musiała walczyć o prywatność. Wydawało jej się, że dostając ją tak łatwo, dewaluuje wszystkie lata, jakie spędziła, rozkoszując się krótkimi chwilami samotności.

Wysunęła się z łóżka, nie fatygując się, by otworzyć okiennice. Światło słoneczne było słabe, co oznaczało, że jest jeszcze wcześnie. W holu jednak już było słychać jakiś łoskot. Podkradła się do drzwi, otwarła je i wyjrzała na zewnątrz.

Kiedy wczoraj rozstali się z Kelsierem, Dockson zaprowadził Vin do sklepu Clubsa, który, z powodu późnej pory, natychmiast zaprowadził ich do osobnych pokojów. Vin jednak nie od razu poszła do łóżka. Czekała, aż wszyscy zasną, po czym wyśliznęła się, by się rozejrzeć.

Dom bardziej przypominał gospodę niż sklep. Wprawdzie na dole miał wystawę i wielki warsztat na zapleczu, ale całe pierwsze piętro budynku było zdominowane przez długie korytarze z pokojami gościnnymi. Było jeszcze drugie piętro - tu drzwi były rzadziej rozstawione, sugerując, że pokoje są większe. Nie szukała ukrytych przejść i fałszywych ścian - hałas mógłby kogoś zbudzić - ale doświadczenie mówiło jej, że dom nie byłby normalną kryjówką, gdyby nie miał ukrytych piwnic i co najmniej kilku innych zakamarków.

Ogólnie była pod wrażeniem. Narzędzia ciesielskie i niewykończone wyroby wskazywały na dobrą, uczciwą przykrywkę. Kryjówka była bezpieczna, dobrze zaopatrzona i utrzymana. Wyglądając przez szczelinę w drzwiach Vin spostrzegła grupkę sześciu zaspanych młodzieńców wychodzących z holu naprzeciwko jej pokoju. Mieli na sobie zwyczajne ubrania i szli schodami w kierunku warsztatu.

Czeladnicy, pomyślała. To zasłona Clubsa - jest rzemieślnikiem skaa. Większość skaa żyło, tyrając na plantacjach, nawet ci, którzy mieszkali w mieście, byli zmuszani do pracy fizycznej. Jednakże niektórym utalentowanym jednostkom zezwalano na handel. Wciąż pozostawali skaa, byli słabo opłacani i zawsze poddani kaprysom szlachty. Jednak cieszyli się pewną swobodą, której inni skaa mogliby jedynie zazdrościć.

Clubs był prawdopodobnie mistrzem ciesielskim. Co spowodowało, że taki człowiek - wiodący jak na skaa wspaniałe życie - dołączył do podziemia?

Jest Mglistym, pomyślała. Kelsier i Dockson nazwali go "Dymiarzem". Prawdopodobnie sama będzie musiała domyślić się, co to oznacza, doświadczenie podpowiadało jej, że tak potężny człowiek jak Kelsier będzie przed nią ukrywał wiedzę, wiążąc ją ze sobą pojedynczymi informacjami. Wiedza była smyczą, na której ją uwiązał - byłoby niemądre zdradzać zbyt wiele i zbyt szybko.

- Vin, pewnie chcesz się przygotować - rzekł Dockson, mijając jej drzwi. Miał na sobie elegancką koszulę szlachcica i spodnie, wydawał się rozbudzony i rześki. Zatrzymał się i dodał: - W sali na końcu korytarza czeka na ciebie kąpiel, a ja poprosiłem Clubsa, żeby wynalazł dla ciebie klika zmian odzieży. Powinny wystarczyć, dopóki nie znajdziemy czegoś właściwszego. Nie spiesz się z kąpielą, Kell zaplanował spotkanie na popołudnie, ale nie możemy zacząć, dopóki nie przybędą Breeze i Ham.

Uśmiechnął się, spojrzał na nią i ruszył dalej korytarzem. Vin zaczerwieniła się ze wstydu, że tak ją przyłapano. Bardzo spostrzegawczy ludzie. Muszę to zapamiętać.

W korytarzu zapadła cisza. Dziewczyna wysunęła się z pokoju i skierowała do wskazanego pomieszczenia. Z zaskoczeniem stwierdziła, że rzeczywiście czeka na nią kąpiel. Ze zmarszczonymi brwiami przyglądała się metalowej wannie i kafelkom na podłodze. Woda pachniała, jak perfumy eleganckich dam.

Ci ludzie bardziej przypominają arystokratów niż skaa, pomyślała. Nie była pewna, co o tym sądzić. Jednak najwyraźniej oczekiwali od niej, żeby robiła to co oni, zatem zamknęła i zaryglowała drzwi, po czym rozebrała się i weszła do wanny.

***

Dziwnie pachniała.

Zapach był delikatny, ale Vin wciąż chwytała jego smużki. Był to zapach przechodzącej obok arystokratki, zapach perfumowanej szuflady, otwieranej palcami jej brata-włamywacza. W miarę jak mijał czas, zapach stawał się coraz mniej zauważalny, ale wciąż ją martwił. Będzie ją wyróżniał spośród innych skaa. Jeśli grupa oczekiwała od niej regularnego zażywania kąpieli, będzie musiała zażądać usunięcia zapachu z wody.

Poranny posiłek nieco bardziej odpowiadał jej oczekiwaniom. Kilka kobiet skaa w różnym wieku krzątało się po kuchni, przygotowując naleśniki - cienkie, zwijane placki, nadziane gotowaną kaszą jęczmienną i warzywami. Vin stanęła w drzwiach kuchni, obserwując ich pracę. Żadna nie pachniała tak, jak ona, choć były zdecydowanie czyściejsze i zadbane niż przeciętny skaa.

Właściwie w całym budynku panowało zaskakujące wrażenie czystości. Wczoraj wieczorem nie zauważyła tego z powodu ciemności, ale podłoga była doszorowana do czysta. Wszyscy pracownicy - i kobiety, i czeladnicy - mieli czyste twarze i dłonie. Vin czuła się z tym dziwnie. Była przyzwyczajona do tego, że jej palce były czarne od popiołu, a przy Reenie, nawet gdyby umyła twarz, musiałaby ją zaraz znów natrzeć popiołem. Czysta twarz wyróżniała się na ulicy.

Żadnego popiołu po kątach, pomyślała, przyglądając się podłodze. Zamiatają wszystko. Nigdy wcześniej nie mieszkała w takim domu. Prawie jak szlachecki pałac.

Spojrzała znowu na kobiety. Miały na sobie proste, biało-szare suknie, włosy przepasane szalami i zwisające w długich warkoczach na plecy. Vin dotknęła swoich włosów. Zawsze ścinała je na krótko, jak chłopak - jej obecna postrzępiona fryzura była dziełem jednego z członków szajki. Nie była podobna do tych kobiet. Na polecenie Reena zachowywała się zawsze tak, by inni członkowie szajki myśleli o niej najpierw jako o złodzieju, a o kobiecie dopiero potem.

Ale kim jestem teraz? Pachnąca po kąpieli, ale odziana w płowe spodnie, zapinaną na guziki koszulę czeladnika ciesielskiego, czuła się wyraźnie nie na miejscu. Niedobrze, jeśli czuła się niezręcznie, zapewne też tak wyglądała. Jeszcze jedna wyróżniająca cecha.

Obejrzała się, obejmując wzrokiem warsztat. Czeladnicy już zajęli się swoimi porannymi pracami, obrabiając meble. Trzymali się w głębi sali, podczas, kiedy Clubs pracował w głównej wystawowej, dokonując ostatnich poprawek.

Nagle tylne drzwi kuchni otwarły się z trzaskiem. Vin odruchowo odskoczyła na bok i przywarła do ściany, niepewnie wyglądając zza rogu.

W drzwiach stał Ham, okolony czerwonym blaskiem słonecznym. Miał na sobie luźną koszulę i kaftan, jedno i drugie bez rękawów, i trzymał kilka dużych pakunków. Nie był brudny od sadzy - nikt w szajce nie był, o ile zdążyła dotąd zauważyć.

Ham minął kuchnię i wszedł do warsztatu.

- No - rzekł, rzucając paczki. - Ktoś wie, który pokój jest mój?

- Zapytam mistrza Cladenta - rzekł jeden z czeladników, przechodząc do frontowego pomieszczenia.

Ham uśmiechnął się i spojrzał na Vin.

- Bry, Vin. Wiesz, nie musisz się przede mną chować. Jesteśmy w tej samej grupie.

Vin odetchnęła, ale pozostała tam, gdzie była, to znaczy obok szeregu praktycznie wykończonych krzeseł.

- Też tu będziesz mieszkał?

- Zawsze opłaca się trzymać się Dymiarza - odparł Ham, odwracając się i wychodząc z kuchni. Chwilę później wrócił ze stosem czterech wielkich naleśników. - Wie ktoś, gdzie jest Kell?

- Śpi - odparła Vin. - Wrócił wczoraj bardzo późno, jeszcze nie wstał.

Ham burknął coś, gryząc naleśnik.

- Dox?

- W swoim pokoju na drugim piętrze - odparła. - Wstał wcześnie, przyszedł tu coś zjeść, a potem wrócił na górę.

Nie dodała, że zajrzała przez dziurkę od klucza i wiedziała co robi - siedzi przy biurku i coś pisze.

Ham, uniósł brew.

- Zawsze wiesz, gdzie kto jest?

- Tak.

Zawahał się, po czym dodał:

- Dziwny z ciebie dzieciak Vin. - Zebrał paczki, kiedy czeladnik wrócił i obaj ruszyli na górę.

Vin stała, wsłuchując się w oddalające się kroki. Zatrzymali się w połowie korytarza na pierwszym piętrze, chyba o kilka pokoi od niej.

Zapach parowanej kaszy jęczmiennej kusił ją. Rozejrzała się po kuchni. Ham wszedł i poczęstował się jedzeniem. Czy wolno jej zrobić to samo?

Usiłując wyglądać na pewną siebie, weszła do kuchni. Na tacy leżał stos naleśników, prawdopodobnie po to, żeby dostarczać je czeladnikom w trakcie pracy. Vin wzięłą dwa. Żadna z kobiet nie wyraziła sprzeciwu - co więcej, niektóre spojrzały na nią z szacunkiem.

Jestem teraz ważną osobą, pomyślała z zakłopotaniem. Czy one wiedziały, że jest... Zrodzona z Mgły? Czy była traktowana z szacunkiem tylko dlatego, że jest gościem?

Ostatecznie wzięła jeszcze jednego naleśnika i uciekła do pokoju. Miała więcej, niż mogłaby zjeść, zamierzała jednak zeskrobać całą kaszę i zachować same placki. Będą się dobrze trzymać, gdyby później była głodna.

***

Ktoś zapukał do jej drzwi. Podeszła do nich i uchyliła ostrożnie - po drugiej stronie stał młodzieniec - ten sam, który był wczoraj z Clubsem w kryjówce Camona.

Wysoki, chudy i niezgrabny, był odziany w szary strój. Miał może czternaście lat, choć przez swój wzrost wydawał się starszy. Z jakiegoś powodu był bardzo zdenerwowany.

- Tak? - zapytała.

- Eee...

Zmarszczyła brwi.

- Co jest?

- Jesteś potrzebna - rzekł z wyraźnym wschodnim akcentem. - Tam gdzie w górze z robiącymi. Z mistrzem Skokiem na drugie piętro. Uch, musieć iść. - Zarumienił się, obrócił i pobiegł w górę po schodach.

Stała przez chwilę w drzwiach, oszołomiona. To miało mieć jakiś sens? - pomyślała.

Wyjrzała do holu. Chłopak najwyraźniej czekał, aby do niego dołączyła. Wreszcie zdecydowała się pójść za nim, i uczyniła to, ostrożnie wspinając się stopień za stopniem.

Z otwartych drzwi na końcu holu dobiegały głosy. Vin podeszła i zajrzała do środka. Był to elegancki pokój, z ładnym dywanem i wygodnymi fotelami. Z boku znajdował się duży kominek, na którym płonął ogień, a fotele były tak ustawione, żeby siedzący mogli swobodnie spoglądać na wielką tablicę do pisania węglem, ustawioną na sztalugach.

Kelsier stał przy kominku, opierając łokieć na ceglanej obmurówce. Przesuwając się lekko, Vin zorientowała się, że rozmawiał z Breezem. Uspokajacz przybył w południe i zaangażował połowę czeladników Clubsa do rozładowywania swoich bagaży. Vin obserwowała z okna, jak czeladnicy nosili kufry - ukryte w skrzyniach po odpadach drewna - do pokoju Breeze'a. Breeze ani myślał pomagać.

Ham był już na miejscu, podobnie Dockson i Clubs. Ten ostatni usadowił się w wielkim, wyściełanym fotelu jak najdalej od Breeze'a. Chłopak, który poszedł po Vin, siedział na stołku obok Clubsa i wyraźnie starał się na nią nie patrzeć. Ostatni z zajętych foteli należał do Yedena, odzianego - jak przedtem - w strój zwykłego robotnika skaa. Siedział w fotelu, nie opierając się, jakby nie podobała mu się jego elegancja. Twarz miał pomazaną sadzą, jak Vin oczekiwałaby tego od robotnika skaa.

Były jeszcze dwa wolne fotele. Kelsier zauważył Vin stojącą w drzwiach i obdarował ją zapraszającym uśmiechem.

- O, jest wreszcie. Wejdź.

Vin rozejrzała się po pokoju. Było tu okno, lecz jego okiennice były zamknięte, odcinając zbliżający się zmierzch. Jedynymi fotelami były te, które znajdowały się w półkolu Kelsiera. Zrezygnowana podeszła do pustego fotela obok Docksona. Był dla niej o wiele za duży, więc skuliła się w nim i podwinęła nogi pod siebie.

- Jesteśmy wszyscy - rzekł Kelsier.

- A po co to ostatnie krzesło? - zapytał Ham.

Kelsier mrugnął, ale zignorował pytanie.

- Dobrze, porozmawiajmy. Mamy przed sobą całkiem poważne zadanie i im szybciej zaczniemy je planować, tym lepiej.

- Myślałem, że masz plan - zauważył niepewnie Yeden.

- Mam ramowy - wyjaśnił Kelsier. - Wiem, co ma się stać i mam pewne pomysły, jak do tego doprowadzić. Ale nie zbiera się takiej grupy tylko po to, żeby jej powiedzieć, co ma robić. Musimy to opracować razem, zaczynając od listy problemów, które musimy rozwiązać, jeśli nasz plan ma zadziałać.

- Cóż - wtrącił Ham. - Może najpierw uściślijmy sprawę ramowego planu. Polega on na zebraniu armii przez Yedena, spowodowanie chaosu w Luthadelu, zabezpieczeniu pałacu, kradzieży atium Ostatniego Imperatora i zostawieniu rządu, żeby sam się zawalił?

- Mniej więcej - zgodził się Kelsier.

- A zatem - rzekł Ham - naszym głównym problemem jest Garnizon. Jeśli jest nam potrzebny chaos w Luthadelu, nie możemy mieć tutaj dwudziestu tysięcy żołnierzy, którzy będą pilnować porządku. Nie wspomnę o tym, że oddziały Yedena nigdy nie zdobędą miasta, jeśli na murach będą gotowe do walki siły zbrojne.

Kelsier skinął głową. Biorąc kawałek kredy, napisał na tablicy "Garnizon Luthadel".

- Co dalej?

- Musimy znaleźć sposób, aby rozpętać wspomniany chaos w Luthadelu - rzekł Breeze, machając kubkiem wina. - Instynkt dobrze ci podpowiada, mój drogi. To miasto jest miejscem, gdzie Zakon ma swoją siedzibę, a Wielkie Rody prowadzą swoje kupieckie imperia. Musimy obalić Luthadel, jeśli chcemy pozbawić zdolności rządzenia Ostatniego Imperatora.

- Skoro już wspominamy o arystokracji, jest jeszcze jedna sprawa - wtrącił Dockson. - Wszystkie Wielkie Rody mają gwardie w mieście, nie wspominając o ich Allomantach. Jeśli mamy przekazać miasto Yedenowi, musimy sobie poradzić z tymi ludźmi.

Kelsier skinął głową, dopisując na tablicy "Chaos" i "Wielkie domy", pod "Garnizon Luthadel".

- Zakon - rzekł Clubs, odchylając się w fotelu tak mocno, że Vin prawie mogła zobaczyć jego twarz. - Nie będzie w rządzie zmiany tak długo, jak długo Stalowi Inkwizytorzy będą mieli cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie.

Kelsier dopisał "Zakon" na tablicy.

- Co jeszcze?

- Atium - powiedział Ham. - Możesz równie dobrze je tu wpisać. Musimy szybko zabezpieczyć pałac, kiedy zaczną się zamieszki, i upewnić się, że nikt inny nie skorzysta z okazji, żeby wśliznąć się do skarbca.

Kelsier skinął głową i zapisał: "Atium: Zabezpieczyć Skarbiec".

- Trzeba znaleźć sposób, aby zebrać oddziały Yedena - dodał Breeze. - Musimy działać cicho, ale szybko, i szkolić ich gdzieś, gdzie nie znajdzie ich Ostatni Imperator.

- Musimy chyba także zapewnić, że rebelia skaa jest w stanie zapanować nad Luthadelem - dodał Dockson. - Przejęcie pałacu i wypatroszenie go będzie spektakularne, ale miło będzie, jeśli Yeden i jego ludzie będą naprawdę gotowi do rządzenia, kiedy to wszystko się skończy.

Na tablicy pojawiły się kolejne słowa "Oddziały" i "Skaa".

- I - rzekł Kelsier - zamierzam dodać "Ostatni Imperator". Potrzebujemy przynajmniej planu, jak go wywabić z miasta, jeśli inne opcje zawiodą. - Dopisał do listy "Ostatni Imperator" i znów spojrzał na grupę. - Zapomniałem o czymś?

- No cóż - mruknął Yeden. - Skoro już wymieniasz problemy, jakie mamy pokonać, powinieneś jeszcze dopisać, że wszyscy jesteśmy porządnie stuknięci... choć trudno nam będzie coś na to zaradzić.

Grupa zachichotała i Kelsier dopisał na tablicy "Niewłaściwa postawa Yedena". A potem odstąpił w tył i uważnie spojrzał na listę.

- Prawdę mówiąc, to wszystko nie wygląda tak strasznie, co?

Vin zmarszczyła brwi, zastanawiając się, czy Kelsier próbował żartować, czy mówi poważnie. Lista nie była śmiała - była niepokojąca. Dwadzieścia tysięcy żołnierzy imperialnych? Zebrana potęga i siła całej szlachty? Zakon? Jeden Stalowy Inkwizytor jest podobno silniejszy od tysiąca żołnierzy.

Znacznie bardziej niepokojące było jednak to, jak rzeczowo rozpatrywali temat po temacie. Jak oni w ogóle mogą myśleć o stawianiu oporu Ostatniemu Imperatorowi? Był... no cóż, był Imperatorem. Władał całym światem. Był stwórcą, obrońcą i karzącą ręką dla ludzkości. Ochronił ich przed Głębią, a potem sprowadził popiół i mgłę jako karę za brak wiary ludzkości. Vin nie była szczególnie religijna - inteligentni złodzieje wiedzieli, że Stalowego Zakonu należy unikać - ale nawet ona znała legendy.

A jednak grupa spoglądała na swoją "listę problemów" z determinacją. Była w nich jakaś posępna wesołość, jakby sobie zdawali sprawę, że łatwiej im będzie zmusić słońce do wschodu w nocy, niż obalić Ostatnie Imperium. Ale chcieli spróbować.

- Na Ostatniego Imperatora - szepnęła. - Mówicie poważnie. Naprawdę chcecie to zrobić.

- Nie używaj tego imienia jako przekleństwa, Vin - rzekł Kelsier. - Nawet bluźnierstwo oddaje mu cześć, kiedy przeklinasz imieniem tego stwora, uznajesz w nim swojego boga.

Vin zamilkła i skuliła się w fotelu, nieco oszołomiona.

- W każdym razie - rzekł Kelsier, uśmiechając się - czy ktoś ma pomysł, jak rozwiązać te problemy? Oczywiście, poza postawą Yedena, wszyscy wiemy, że to beznadziejny przypadek.

W pokoju zapadła cisza.

- Jakieś pomysły? - zapytał Kelsier. - Punkty widzenia? Wrażenia?

Breeze pokręcił głową.

- Teraz, kiedy mam to wszystko przed oczami, zaczynam się zastanawiać, czy dzieciak nie ma racji. To bardzo śmiałe wyzwanie.

- Ale możliwe do zrealizowania - rzekł Kelsier. - Zacznijmy od zastanowienia się, jak wzbudzić zamieszki w mieście. Co możemy zrobić tak groźnego, by wśród szlachty zapanował chaos, a nawet okazała się konieczna interwencja gwardii pałacowej w mieście, pozostawiając ich na pastwę naszych żołnierzy? Coś, co by odwróciło uwagę Zakonu, a nawet samego Ostatniego Imperatora, gdy nasze oddziały ruszą do ataku?

- Cóż, do głowy przychodzi mi jakaś powszechna rewolucja - rzekł Ham.

- Nic z tego nie będzie - odparł stanowczo Yeden.

- Czemu nie? - zapytał Ham. - Wiesz, jak traktowani są ludzie. Mieszkają w slumsach, pracują w kopalniach i warsztatach przez cały dzień, a i tak połowa z nich wciąż głoduje.

Yeden pokręcił głową.

- Nie rozumiesz tego? Rebelia usiłuje od tysiąca lat podburzyć skaa w mieście i nigdy się to nie udaje. Są zbyt stłamszeni. Nie mają nawet woli ani nadziei na opór. Dlatego właśnie do ciebie przyszedłem po armię.

W pokoju zapadła cisza. Vin pokiwała głową. Widziała to. Czuła. Nikt nie walczy z Ostatnim Imperatorem. Nawet żyjąc jako złodziejka, balansująca na krawędzi społeczeństwa, wiedziała o tym. Nie będzie żadnej rebelii.

- Obawiam się, że on ma rację - rzekł Kelsier. - Skaa nie powstaną, nie w obecnym stanie. Jeśli mamy obalić rząd, musimy to zrobić bez pomocy mas. Prawdopodobnie uda nam się rekrutować naszych żołnierzy spośród nich, ale na ogół społeczeństwa liczyć nie możemy.

- A może by spowodować jakąś katastrofę? - podsunął Ham. - Jakiś pożar?

Kelsier pokręcił głową.

- To może na chwilę rozregulować handel, ale wątpię, by dało oczekiwane przez nas skutki. Poza tym, koszt istnień skaa byłby zbyt wysoki. To slumsy się spalą, a nie twierdze szlachty.

Breeze westchnął.

- Więc co moglibyśmy zrobić?

Kelsier się uśmiechnął.

- A może by skierować Wielkie Rody przeciwko sobie?

Breeze się zadumał.

- Wojna Rodów... - mruknął, pociągając łyk wina. - Dawno czegoś takiego w mieście nie było.

- A to znaczy, że napięcie dość długo narastało - odparł Kelsier. - Arystokracja rośnie w siłę, Ostatni Imperator zaledwie ich już kontroluje, dlatego mamy szansę, by zrzucić z siebie jego jarzmo. Wielkie Rody Luthadelu są kluczem, kontrolują handel imperialny, nie wspominając już o tym, że są właścicielami największej grupy skaa.

Kelsier wskazał na tablicę, przesuwając palce pomiędzy wersem "Chaos" a "Wielkie Rody".

- Jeśli zdołamy zwrócić domy w Luthadelu przeciwko sobie, miasto legnie. Fortuny upadną. Nie minie wiele czasu, a na ulicach zaczną się otwarte walki. Część naszego kontraktu z Yedenem stwierdza, że damy mu możliwość przejęcia miasta dla siebie. Macie jakiś lepszy pomysł?

Breeze skinął głową.

- To niezły plan... podoba mi się pomysł, aby szlachta pozabijała się wzajemnie.

- Zawsze wolisz, kiedy ktoś za ciebie odwala robotę, Breeze - zauważył Ham.

- Drogi przyjacielu - odrzekł Breeze. - Cały sens życia zawiera się w tym, aby znaleźć sposób na zmuszenie kogoś, żeby wykonał twoją robotę. Nie wiesz nic na temat podstaw ekonomii?

Ham uniósł brew.

- Właściwie to...

- Ham, to było pytanie retoryczne - przerwał Breeze, wywracając oczyma.

- Takie są najlepsze! - odparował Ham.

- Filozofię zostaw sobie na później - rzekł Kelsier. - Skup się na zadaniu. Co myślisz o mojej sugestii?

- Może się udać - odparł Ham. - Ale jakoś nie widzę Ostatniego Imperatora, żeby pozwolił sprawom zajść aż tak daleko.

- Naszym zadaniem jest sprawić, żeby nie miał wyboru - odparł Kelsier. - Wiadomo, że pozwala się szarpać szlachcie między sobą, prawdopodobnie po to, żeby nie mogła pewnie stanąć na nogach. Podsycamy te napięcia, a potem będziemy musieli jakoś zmusić Garnizon, by się wyniósł z miasta. Kiedy Rody zaczną w najlepsze walkę, Ostatni Imperator nie będzie w stanie nic zrobić, żeby je powstrzymać, może tylko wysłać swoją gwardię pałacową na ulicę, a przecież właśnie tego chcemy.

- Może również wysłać na nas armię kolossów - zauważył Ham.

- Prawda - zgodził się Kelsier. - Ale one stacjonują dość daleko stąd. Tę kwestię musimy dokładniej rozpatrzyć. Wojska kolossów są świetne, ale muszą być trzymane z dala od cywilizowanych miast. Sam ośrodek Ostatniego Imperium jest narażony, lecz Ostatni Imperator wciąż jest pewien swojej siły. Dlaczego miałby nie być? Od wieków nie stanął przed prawdziwym zagrożeniem. Większość miast potrzebuje jedynie niewielkich sił policyjnych.

- Dwadzieścia tysięcy raczej trudno nazwać "małą" liczbą - zauważył Breeze.

- Ale to na skalę krajową - odparł Kelsier, unosząc palec. - Ostatni Imperator utrzymuje większość swoich wojsk na granicach imperium, gdzie zagrożenie rebelią jest najsilniejsze. Dlatego właśnie na niego uderzymy tutaj, w samym Luthadelu. I dlatego nam się uda.

- Oczywiście, jeśli załatwimy Garnizon - zauważył Dockson.

Kelsier skinął głową i odwrócił się, by dopisać "Wojna Rodów" pod "Wielkie Rody" i "Chaos".

- Doskonale. Porozmawiajmy zatem o Garnizonie. Co możemy z nim zrobić?

- Cóż - mruknął Ham - historycznie rzecz ujmując, najlepszym sposobem zaangażowania dużej grupy żołnierzy jest posiadanie własnej dużej grupy żołnierzy. Stworzymy dla Yedena armię - dlaczego nie miałaby ona zaatakować Garnizonu? Czy nie jest to w ogóle główny powód tworzenia armii?

- To się nie uda, Hammondzie. - Breeze przez chwilę przyglądał się pustej szklance po winie, po czym uniósł ją w stronę chłopaka siedzącego obok Clubsa, który natychmiast podbiegł, by ją napełnić.

- Gdybyśmy chcieli zniszczyć Garnizon - ciągnął Breeze -będziemy potrzebować własnych sił o co najmniej takiej samej liczebności. Przydałaby się nam zapewne znacznie większa armia, ponieważ nasi ludzie będą świeżo przeszkoleni. Może i bylibyśmy w stanie stworzyć armię dla Yedena - może nawet dość dużą, by przez jakiś czas utrzymała miasto. Ale czy zdołamy zebrać wystarczającą liczbę ludzi, by pokonać Garnizon w jego własnych fortyfikacjach? Możemy równie dobrze się poddać, jeśli tak wygląda nasz plan.

Grupa zamilkła. Vin poruszyła się niespokojnie w swoim fotelu, wodząc wzrokiem od jednego obecnego do drugiego. Słowa Breeze'a wywarły głębokie wrażenie. Ham otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął i oparł się, żeby to przemyśleć.

- Dobrze - rzekł wreszcie Kelsier. - Na chwilę wróćmy do Garnizonu. Spójrzmy na naszą własną armię. Jak możemy stworzyć liczne oddziały i ukryć je przed wzrokiem Ostatniego Imperatora?

- To też będzie trudne - zauważył Breeze. - Istnieje bardzo dobry powód, dla którego Ostatni Imperator tak dobrze się czuje w Środkowym Dominium. Po ulicach i kanałach krążą patrole, trudno też podróżować choć przez jeden dzień, żeby nie natknąć się na miasteczko lub plantację. Nie jest to miejsce, gdzie można stworzyć armię i nie zwrócić na siebie uwagi.

- Rebelianci mają jaskinie na północy - odparł Dockson. - Możemy ukryć tam paru ludzi.

Yeden pobladł.

- Wiesz o jaskiniach Arguois?

- Nawet Ostatni Imperator wie o nich, Yedenie - odrzekł Kelsier. - Rebelianci po prostu jeszcze nie stali się dość niebezpieczni, żeby się nimi przejmował.

- A ilu masz ludzi, Yedenie? - zapytał Ham. - W Luthadelu i dookoła, włącznie z jaskiniami. Co mamy na początek?

Yeden wzruszył ramionami.

- Może trzystu... w tym kobiety i dzieci.

- A jak ci się zdaje, ilu mogą pomieścić jaskinie? - dopytywał się Ham.

Yeden znów wzruszył ramionami.

- W jaskiniach zmieści się z pewnością więcej osób - wtrącił Kelsier. - Może dziesięć tysięcy. Byłem tam - rebelia ukrywa w nich ludzi całymi latami i Ostatni Imperator nigdy nie próbował ich zniszczyć.

- Mogę sobie wyobrazić dlaczego - odparł Ham. - Walka w jaskiniach to paskudna sprawa, zwłaszcza dla agresora. Ostatni Imperator woli zredukować liczbę porażek do minimum - jest zbyt próżny. W każdym razie dziesięć tysięcy. To przyzwoita liczba. Utrzyma pałac bez problemu - może nawet miasto, gdyby miało mury.

Dockson spojrzał na Yedena.

- Kiedy prosiłeś o armię, o jakiej liczebności myślałeś?

- Dziesięć tysięcy, cóż, myślę, że to dobra liczba - odrzekł zapytany. - W sumie... jest nawet większa, niż planowałem.

Breeze lekko przechylił szklankę i zakręcił winem.

- Nie lubię wciąż się sprzeciwiać - zwykle to robota Hammonda - ale muszę wrócić do naszego poprzedniego problemu. Dziesięć tysięcy ludzi. To nawet nie przestraszy Garnizonu. Mówimy o około dwudziestu tysiącach dobrze uzbrojonych i przeszkolonych żołnierzy.

- On ma rację, Kell - rzekł Dockson. Zapisywał w notesie przebieg spotkania.

Kelsier zmarszczył brwi.

Ham skinął głową.

- Jakkolwiek na to patrzeć, Kell, Garnizon będzie ciężkim orzechem do zgryzienia. Może powinniśmy po prostu skoncentrować się na szlachcie. Może uda nam się zasiać dość chaosu, by nawet Garnizon nie był w stanie go stłumić.

- Wątpię. Głównym zadaniem Garnizonu jest utrzymanie porządku w mieście - rzekł Kelsier. - Jeśli nie poradzimy sobie z tymi żołnierzami, nigdy nam się nie uda. - Spojrzał na Vin. - A ty co myślisz? Jakieś sugestie?

Zamarła. Camon nigdy nie pytał jej o zdanie. Czego Kelsier chce od niej? Skuliła się w fotelu, kiedy sobie zdała sprawę, że wszystkie spojrzenia są skierowane na nią.

- Ja... - zaczęła.

- Och, nie zawstydzaj biedaczki, Kelsier! - rzekł Breeze, machając ręką.

Vin skinęła głową, ale Kelsier nie ustępował:

- Nie, naprawdę chcę wiedzieć. Powiedz, co myślisz, Vin. Masz znacznie silniejszego wroga, który ci zagraża. Co robisz?

- Cóż - odparła ostrożnie. - Nie możesz z nim walczyć, to oczywiste. Nawet jeśli jakimś cudem zwyciężysz, będziesz tak poraniony i rozbity, że nie zmierzysz się już z nikim innym.

- To ma sens - odparł Dockson. - Możemy nie mieć wyboru. Musimy jakoś pozbyć się tej armii.

- A gdyby po prostu wyszła z miasta? - zapytała. - Czy to by wystarczyło? Gdybym musiała walczyć z kimś wielkim, próbowałabym odwrócić jego uwagę, skłonić, żeby zostawił mnie w spokoju.

Ham zachichotał.

- Życzę szczęścia w wywabianiu Garnizonu z Luthadelu. Ostatni Imperator wysyła czasem na partol niewielkie oddziały, ale jedynym przypadkiem, kiedy cały Garnizon opuścił miasto, była rebelia skaa, która wybuchła w Courteline pół wieku temu.

Dockson pokręcił głową.

- Pomysł Vin jest zbyt dobry, żeby go tak po prostu odrzucić. Naprawdę nie możemy walczyć z Garnizonem. Jeśli problem nie będzie wystarczająco poważny, Ostatni Imperator nie wyśle całego Garnizonu. Jeśli będzie zbyt niebezpieczny, stchórzy i wyprowadzi kolossy.

- Bunt w jednym z pobliskich miasteczek? - podsunął Ham.

- Problem pozostaje ten sam i nic się nie zmienia - rzekł Kelsier, potrząsając głową. - Jeśli nie możemy zmusić skaa do buntu tutaj, to jak mamy to uczynić ze skaa z innego miasta?

- A może jakaś finta? - podsunął Ham. - Przyjmujemy, że uda nam się zebrać dużą grupę żołnierzy. Jeśli sfingujemy atak gdzieś niedaleko, Ostatni Imperator może wyśle Garnizon na pomoc?

- Wątpię, by go wysłał na pomoc innemu miastu - odparł Breeze. - Zwłaszcza jeśli to sprawi, że w Luthadelu będzie odsłonięty.

Zebrani znów zamilkli. Vin rozejrzała się i stwierdziła, że Kelsier przygląda jej się uważnie.

- Co? - zapytał.

Znów się skuliła i spuściła wzrok.

- Jak daleko są Czeluście Hathsin? - zapytała.

Breeze parsknął śmiechem.

- O nie, to naprawdę perwersja! Szlachta nie wie, że w Czeluściach wydobywa się atium, więc Ostatni Imperator nie będzie mógł robić zbyt dużego zamieszania, żeby nie ujawnić, że jest w nich coś ważnego. A to oznacza, że nie wyśle kolossów.

- I tak by nie dotarli - odrzekł Ham. - Czeluście są tylko o kilka dni stąd. Gdyby były zagrożone, Ostatni Imperator musiałby zareagować szybko. Garnizon byłby jedyną siłą w zasięgu.

Kelsier uśmiechnął się, oczy mu błyszczały.

- A żeby zaatakować Czeluście, nie trzeba nam tak dużo ludzi. Wystarczy około tysiąca. Wyślemy ich do ataku, a kiedy Garnizon wyjdzie z miasta, wprowadzimy naszą drugą, większą grupę i zajmiemy Luthadel. Zanim Garnizon zorientuje się, że wyprowadzono go w pole, będzie tak daleko, że nie zdąży wrócić, aby powstrzymać nas przed zajęciem miasta.

- Ale czy ich utrzymamy? - zapytał Yeden.

Ham ochoczo skinął głową.

- Z dziesięciu tysiącami skaa mogę utrzymać miasto nawet przeciwko Garnizonowi. Ostatni Imperator musiałby wysłać kolossy.

- Do tej pory już będziemy mieć atium - rzekł Kelsier - a Wielkie Rody nas nie powstrzymają. Będą słabe i rozbite przez wewnętrzne konflikty.

Dockson szybko notował w swoim zeszyciku.

- Będziemy musieli skorzystać z jaskiń Yedena. Są w odległości ataku dla obu naszych celów, bliżej Luthadelu niż Czeluście. Jeśli nasza armia wyruszy stamtąd, będzie w mieście, zanim Garnizon zdoła wrócić z Czeluści.

Kelsier skinął głową.

Dockson wciąż notował.

- Muszę zacząć zbierać zapasy w jaskiniach, może wybrać się, by zobaczyć, jakie tam są warunki?

- I jak tam dostarczymy żołnierzy? - zapytał Yeden. - To tydzień drogi poza miasto, a skaa nie mogą poruszać się sami.

- Już mam kogoś, kto nam w tym pomoże - orzekł Kelsier, dopisując na tablicy"Czeluście Hathsin" obok "Garnizonu z Luthadelu". - Mam przyjaciela, który stworzy dla nas przykrywkę, abyśmy mogli przetransportować ich barkami i kanałem na północ.

- Oczywiście przyjmując, że dotrzymasz swojej pierwszej i głównej obietnicy - rzekł Yeden. - Zapłaciłem ci za zebranie armii. Dziesięć tysięcy to duża liczba, ale wciąż nie dostałem wystarczającego wyjaśnienia, jak ich zamierzasz zdobyć. Opowiedziałem ci już o problemach rekrutacji w Luthadelu.

- Nie będziemy potrzebowali wsparcia ze strony ludności - odparł Kelsier. - Jedynie niewielkiego odsetka - w i wokół Luthadelu mamy co najmniej milion robotników. W gruncie rzeczy to będzie najłatwiejsza część planu, ponieważ znajdujemy się w obecności jednego z najlepszych Uspokajaczy świata. Breeze, liczę na ciebie i twoich Allomantów, że pomożecie nam zmusić do współpracy ładną grupę rekrutów.

Breeze pociągnął łyk wina.

- Kelsier, dobry człowieku. Wolałbym, żebyś nie używał słowa "zmusić" w odniesieniu do moich umiejętności. Ja tylko zachęcam ludzi.

- A możesz dla nas zachęcić całą armię? - zapytał Dockson.

- A ile mam czasu? - odparował Breeze.

- Rok - rzekł Kelsier. - Planujemy zacząć przyszłej jesieni. Oczywiście, jeśli Ostatni Imperator zbierze siły i zaatakuje Yedena, kiedy opanujemy miasto, możemy równie dobrze zmusić go do walki zimą.

- Dziesięć tysięcy ludzi - mruknął Breeze - zebranych spośród opornej ludności w ciągu roku. Z pewnością będzie to wyzwanie.

Kelsier zachichotał.

- W twoich ustach te słowa oznaczają "tak". Zacznij w Luthadelu, a dopiero potem przejdź do okolicznych miast. Potrzebujemy ludzi, którzy są dość blisko, by zebrać się w jaskiniach.

Breeze skinął głową.

- Będziemy potrzebować broni i zapasów - mówił dalej Ham. - I musimy przeszkolić ludzi.

- Co do broni, mam już plan, jak ją zdobyć - odparł Kelsier. - A znajdziesz paru ludzi, którzy przeprowadziliby ćwiczenia?

Ham się zamyślił.

- Chyba tak. Znam paru żołnierzy skaa, którzy walczyli w jednej z Niszczycielskich Kampanii Ostatniego Imperatora.

Yeden pobladł.

- Zdrajcy!

Ham wzruszył ramionami.

- Większość z nich wcale nie jest dumna z tego, co zrobili - rzekł. - Ale też lubią od czasu do czasu coś jeść. To brutalny świat, Yedenie.

- Moi ludzie nigdy nie zechcą współpracować z kimś takim - rzekł Yeden.

- Będą musieli - rzekł gniewnie Kelsier. - Wiele buntów skaa upadło, ponieważ ich ludzie byli źle przeszkoleni. Zamierzamy dać ci armię dobrze wyposażonych i wyszkolonych ludzi. I niech mnie piorun strzeli, jeśli dopuszczę, byś posłał ich na rzeź tylko dlatego, że nikt ich nigdy nie nauczył, za który koniec trzyma się miecz. - Urwał i spojrzał na Hama. - Jednak sugeruję, abyś szukał ludzi, którzy mają urazę do Ostatniego Imperium, za wszystko, do czego byli zmuszani. Nie wierzę tym, których lojalność zależy od ilości skrzyńców w kieszeni.

Ham skinął głową. Kelsier odwrócił się i napisał: "Ham: szkolenie" i "Breeze: Rekrutacja" pod słowem "Oddziały".

- Interesuje mnie twój plan zdobycia broni - rzekł Breeze. - Jak zamierzasz uzbroić dziesięć tysięcy ludzi, nie wzbudzając podejrzeń Ostatniego Imperatora? On bardzo uważnie śledzi przepływ broni.

- Możemy wykonać broń sami - stwierdził Clubs. - I sądzę, że jest to dobry pomysł. Będziemy jednak potrzebować czegoś więcej niż lasek. Potrzebujemy mieczy, tarczy i zbroi - i musimy mieć je dość szybko, żeby rozpocząć szkolenie.

- Jak zamierzasz to osiągnąć? - zapytał Breeze.

- Wielkie Rody mogą kupować broń - rzekł Kelsier. - Nie mają żadnych problemów z uzbrojeniem własnych oddziałów do swych potrzeb.

- Chcesz im ukraść broń?

Kelsier pokręcił głową.

- Nie, choć raz przeprowadzimy cokolwiek legalnie - kupimy broń. A raczej znajdzie się współczujący szlachcic, który nam ją kupi.

Clubs zaśmiał się ironicznie.

- Szlachcic współczujący skaa? Coś takiego nigdy się nie zdarzy!

- To "nigdy" nastąpiło zatem całkiem niedawno - odparł Kelsier. - Ponieważ już znalazłem kogoś, kto nam pomoże.

W pokoju zapadła cisza. Vin lekko skuliła się w fotelu, rozglądając się po twarzach pozostałych. Wydawali się zaskoczeni.

- Kto? - zapytał Ham.

- Niejaki lord Renoux - odparł Kelsier. - Przybył całkiem niedawno, Mieszka w Fellise - nie ma dość wpływów, aby się ulokować w Luthadelu. Poza tym sądzę, że rozsądne będzie, by działania lorda Renoux przebiegały z dala od Ostatniego Imperatora.

Vin przekrzywiła głowę. Fellise było małym, nieco prowincjonalnym miasteczkiem oddalonym o godzinę drogi od Luthadelu. Pracowali tam wraz z Reenem, zanim przenieśli się do stolicy. Jak Kelsier przekonał tego lorda Renoux? Czy go przekupił, czy może to znów jakaś kombinacja?

- Znam Renoux - rzekł Breeze. - To lord z Zachodu, ma wielkie wpływy w Najdalszym Dominium.

Kelsier skinął głową.

- Lord Renoux niedawno postanowił spróbować wzniesienia siebie i rodziny do statusu arystokraty. Oficjalnie przyjechał na południe, żeby rozszerzyć swoją działalność handlową. Ma nadzieję, że dostawa doskonałej broni z Południa na Północ przyniesie mu dość pieniędzy i nowych powiązań, że będzie mógł zbudować sobie fortecę w Luthadelu, zanim upłynie to dziesięciolecie.

- Ale - zaczął ostrożnie Ham - ta broń będzie teraz płynęła do nas.

- Będziemy musieli sfałszować papiery dostawcze, tak na wszelki wypadek - odparł Kelsier.

- To... to bardzo ambitna przykrywka, Kell - powiedział Ham. - Rodzina lordowska działająca na naszą korzyść.

- Ale - rzekł Breeze - przecież ty nienawidzisz szlachty, Kelsierze.

- Ten jest inny - odparł Kelsier z przebiegłym uśmieszkiem.

Wszyscy spoglądali na niego uważnie. Nie podobała im się współpraca z arystokratą. Vin bez trudu wywnioskowała to z ich min. Prawdopodobnie potęga i wpływy Renoux także nie pozostawały tu bez wpływu.

Nagle Breeze parsknął śmiechem. Rozparł się w fotelu, wychylając resztę wina.

- Ty błogosławiony szaleńcze! Zabiłeś go, prawda? Renoux - zabiłeś go i zastąpiłeś sobowtórem.

Kelsier uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Yeden zaklął, ale Ham tylko się uśmiechnął.

- No tak, teraz to zrozumiałe. Oczywiście, tylko w przypadku, jeśli jesteś tym Zwariowanym Kelsierem.

- Renoux na stałe osiedli się w Fellise - wyjaśnił Kelsier. - Będzie naszą przykrywką, jeśli zechcemy zrobić coś oficjalnie. Wykorzystam go na przykład do zakupu broni i zapasów.

Breeze skinął głową.

- Skuteczne.

- Skuteczne?! - wykrzyknął Yeden. - Zabiliście szlachcica! I to bardzo ważnego.

- Yeden, planujesz obalić całe imperium - zauważył Kelsier. - Renoux nie będzie ostatnią arystokratyczną ofiarą w tym drobnym przedsięwzięciu.

- Tak, ale podszywać się pod niego? - odparł Yeden. - To mi się wydaje nieco ryzykowne.

- Wynająłeś nas, ponieważ chcesz osiągnąć niezwykłe rezultaty, mój drogi panie - rzekł Breeze, popijając wino. - W naszym fachu niezwykłe rezultaty oznaczają często niezwykłe ryzyka.

- Redukujemy je, o ile w ogóle jest to możliwe, Yedenie - dodał Kelsier. - Mój aktor jest bardzo dobry. Jednak należy się liczyć, że to nie po raz ostatni stosujemy te metody, jeśli chcemy uzyskać efekty.

- A jeśli rozkażę wam powstrzymać się przed niektórymi działaniami? - zapytał Yeden.

- Możesz odwołać zadanie w każdej chwili - odrzekł Dockson, nie unosząc głowy znad notatek. - Ale jak długo jest w ruchu, Kelsier ma ostatnie słowo, jeśli chodzi o plany, cele i procedury. Tak właśnie teraz pracujemy i wiedziałeś o tym, kiedy nas wynajmowałeś.

Yeden pokręcił głową.

- No i co? - spytał Kelsier. - Brniemy w to dalej czy nie? Decyzja należy do ciebie, Yedenie.

- Możesz w każdej chwili wydać polecenie, a my zakończymy sprawę, przyjacielu - rzekł przyjaznym tonem Breeze. - Nie obawiaj się, że nas obrazisz. Ja na przykład bardzo lubię dostawać pieniądze za nic.

Vin zauważyła, że Yeden pobladł. Uważała, że powinien cieszyć się już z tego, że Kelsier nie zabrał mu pieniędzy i nie dźgnął nożem. Coraz bardziej jednak nabierała przekonania, że w tym towarzystwie sprawy załatwia się zupełnie inaczej.

- To szaleństwo - rzekł Yeden.

- Próba obalenia Ostatniego Imperatora? - zapytał Breeze. - Ależ tak, masz rację, w gruncie rzeczy to szaleństwo.

- Dobrze - rzekł Yeden. - Kontynuujemy.

- Doskonale - odparł Kelsier, dopisując "Kelsier: sprzęt" pod "Oddziały". - Renoux pozwoli nam również uzyskać wejście do wyższych kręgów społecznych Luthadelu. To wielka zaleta - musimy bardzo starannie śledzić politykę Wielkich Rodów, jeśli mamy rozpętać wojnę.

- Ta wojna rodów może nie być aż tak łatwa do rozpętania, jak ci się wydaje, Kelsier - ostrzegł Breeze. - Obecna szlachta jest czujną bandą.

Kelsier się uśmiechnął.

- Dlatego dobrze, że jesteś tutaj i możesz pomóc, Breeze. Jesteś ekspertem w skłanianiu ludzi do tego, by robili to, co zechcesz - razem zaplanujemy, jak zwrócić ich przeciwko sobie. Zdaje się, że duże wojny między rodami zdarzają się co kilka stuleci, albo coś około tego. Mądrość obecnej grupy sprawi, że będą jeszcze bardziej niebezpieczni, więc podburzenie ich nie powinno być aż takie trudne. Właściwie nawet już zacząłem sam...

Breeze uniósł brew, po czym spojrzał na Hama. Zbir burknął coś, ale wyjął złotą monetę dziesięcioskrzyńcową i rzucił ją wyraźnie zadowolonemu z siebie Breeze'owi.

- O co tu znowu chodzi? - zapytał Dockson.

- Założyliśmy się - odparł Breeze. - Chodziło o to, czy Kelsier był zamieszany we wczorajszą nocną awanturę, czy nie.

- Awanturę?! - zawołał Yeden. - Jaką awanturę?

- Ktoś zaatakował Ród Venture - odrzekł Breeze. - Chodzą plotki, że to trzech pełnych Zrodzonych z Mgły zostało wysłanych, aby zamordować samego Straffa Venture.

Kelsier prychnął.

- Trzech? Straff ma zdaje się zbyt wysokie mniemanie o sobie. Nawet się nie zbliżyłem do jego lordowskiej mości. Byłem tam po atium, i żeby się upewnić, że mnie zobaczą.

- Venture nie wie dokładnie, kogo obwiniać - rzekł Breeze. - Ale ponieważ w grę wchodzi Zrodzony z Mgły, należy przypuszczać, że to ktoś z Wielkich Rodów.

- Taka była idea - odparł Kelsier. - Wysoka szlachta bardzo serio traktuje ataki Zrodzonych z Mgły... Mają między sobą niepisaną umowę, że nie będą ich używać, aby się wzajemnie mordować. Jeszcze kilka takich ataków i zaczną na siebie warczeć jak przerażone zwierzęta.

Odwrócił się i dodał pod "Wielkimi Domami" dwa hasła "Breeze" planowanie" i "Kelsier: ogólne zamieszanie".

- W każdym razie - ciągnął Kelsier - musimy mieć oko na lokalną politykę i obserwować, które rody się sprzymierzają. A to oznacza wysłanie szpiega, by uczestniczył w ich spotkaniach.

- Czy to naprawdę konieczne? - zapytał niepewnie Yeden.

Ham skinął głową.

- To standardowa procedura przy każdym działaniu w Luthadelu. Jeśli istnieje jakaś informacja, która jest warta posiadania, zwykle pojawi się na ustach ważnych osób przy dworze. Zawsze dobrze jest mieć parę otwartych uszu, która będzie krążyła w okolicy.

- Cóż, to będzie proste - rzekł Breeze. - Sprowadź tu swojego uzurpatora i wysyłaj na przyjęcia.

Kelsier pokręcił głową.

- Niestety, lord Renoux nie będzie mógł osobiście wybrać się do Luthadelu.

Yeden zmarszczył brwi.

- Dlaczego nie? Czy nie wygląda wystarczająco podobnie, by wytrzymać konfrontację z bliska?

- Och, nie, naprawdę jest bardzo podobny do lorda Renoux - odrzekł Kelsier. - Właściwie wygląda dokładnie jak lord Renoux. Po prostu nie może znaleźć się blisko Inkwizytora...

- Ach. - Breeze pokiwał głową. - To jeden z tych. No cóż, rozumiem.

- Co? - zapytał Yeden. - Co on ma na myśli?

- Nie chciałbyś wiedzieć - odparł Breeze.

- Nie?

Breeze pokręcił głową.

- Sam wiesz, jak byłeś zaniepokojony, kiedy Kelsier powiedział, że zastąpił lorda Renoux uzurpatorem. No cóż, to jest dziesięć razy gorsze. Wierz mi, im mniej wiesz, tym lepiej się będziesz czuł.

Yeden spojrzał na Kelsiera, który uśmiechał się szeroko. Pobladł i cofnął się w fotelu.

- Chyba rzeczywiście masz rację.

Vin rozejrzała się po twarzach obecnych w pomieszczeniu. Wydawało się, że wszyscy wiedzą, o czym mowa. Będzie musiała kiedyś uważniej przyjrzeć się temu lordowi Renoux.

- W każdym razie potrzebny nam ktoś, kto będzie mógł uczestniczyć w wydarzeniach towarzyskich. Dox od tej chwili będzie odgrywał rolę siostrzeńca i spadkobiercy lorda Renoux, jakiejś dziesiątej wody po kisielu, który niedawno wkradł się w łaski lorda Renoux.

- Czekaj no, Kell - rzekł Dockson. - Nie mówiłeś mi o tym.

Kelsier wzruszył ramionami.

- Będziemy musieli znaleźć kogoś, kto będzie naszą wtyczką wśród szlachty. Uznałem, że nadajesz się do tej roli.

- Nie nadaję się - odrzekł Dockson. - Jestem spalony od czasu sprawy z Eiserem kilka miesięcy temu.

Kelsier zmarszczył brwi.

- Co? - zapytał Yeden. - Czy teraz już chcę wiedzieć, o czym rozmawiacie?

- On ma na myśli to, że ściga go Zakon - odrzekł Breeze. - Udawał szlachcica, a oni się o tym dowiedzieli.

Dockson skinął głową.

- Raz widział mnie nawet sam Ostatni Imperator. A on ma bezbłędną pamięć. Nawet gdyby udało mi się go unikać, ktoś i tak w końcu mnie rozpozna.

- Więc... - Yeden się zawahał.

- Więc musimy znaleźć kogo innego, kto będzie grał dziedzica lorda Renoux.

- Nie patrz na mnie - powiedział Yeden.

- Uwierz mi - odparł spokojnie Kelsier - nikt nawet nie miał takiego zamiaru. Clubs też odpada, jest zbyt znany wśród lokalnych rzemieślników skaa.

- Ja też odpadam - odrzekł Breeze. - Mam już kilka fałszywych osobowości wśród szlachty. Podejrzewam, że mógłbym użyć jednej z nich, ale nie pojawiłbym się wówczas na żadnym większym balu czy spotkaniu... kłopotliwe byłoby, gdybym spotkał tam kogoś, kto zna mnie pod innym nazwiskiem.

Kelsier się zamyślił.

- Ja mógłbym to zrobić - rzekł Ham. - Ale wiesz, że kiepski ze mnie aktor.

- A mój siostrzeniec? - zapytał Clubs, wskazując młodego człowieka u swego boku.

Kelsier spojrzał na chłopaka.

- Jak się nazywasz, synu?

- Lestibournes.

Kelsier uniósł brew.

- Strasznie skomplikowane. Nie masz pseudonimu?

- Jeszcze nie jezdem w łobiegu.

- Będziemy musieli nad tym popracować - mruknął Kelsier. - Zawsze mówisz tym slangiem wschodnich ulic?

Chłopak wzruszył ramionami, najwyraźniej zakłopotany, że znalazł się w centrum uwagi.

- Jakem był mały, to tam żem mieszkał.

Kelsier spojrzał na Docksona, który pokręcił głową.

- Kell, nie sądzę, by to był dobry pomysł.

- Zgadzam się. - Kelsier spojrzał na Vin i się uśmiechnął.

- Umiałabyś zagrać arystokratkę?

Vin pobladła.

- Brat dał mi kilka lekcji, ale nigdy naprawdę nie próbowałam...

- Będziesz dobra - odrzekł, dopisując "Vin: Infiltracja" pod "Wielkie Rody". - W porządku, Yedenie, prawdopodobnie powinieneś już zacząć planowanie, jak zamierzasz kontrolować imperium, kiedy dostaniesz władzę.

Yeden skinął głową. Vin poczuła współczucie dla tego człowieka, widząc, jak wszystkie te plany - i cała nieprawdopodobna bezczelność tego spisku - go przerastają. Trudno jednak było go żałować po tym, co powiedział Kelsier na temat jej roli w całym zamachu.

Odgrywać szlachciankę? - pomyślała. Przecież na pewno znają kogoś, kto sobie poradzi lepiej ode mnie...

Breeze nie spuszczał wzroku z wyraźnie zakłopotanego Yedena.

- Nie bądź taki poważny, drogi przyjacielu - rzekł. - Nie sądzę, byś musiał rzeczywiście panować w mieście. Istnieją szanse, że złapią nas wszystkich i pozabijają, zanim to się rzeczywiście stanie.

Yeden się uśmiechnął.

- A jeśli nie? Co was powstrzyma, żeby wbić mi nóż w plecy i zatrzymać całą władzę dla siebie?

Breeze wywrócił oczyma.

- Jesteśmy złodziejami, mój drogi, nie politykami. Naród jest towarem zbyt niewygodnym, żeby zawracać sobie nim głowę. Kiedy dostaniemy atium, będziemy całkowicie zadowoleni.

- Nie mówiąc o tym, że również bogaci - dodał Ham.

- Te dwa słowa są synonimami, Hammondzie - dodał Breeze.

- Poza tym - ciągnął Kelsier, patrząc na Yedena - nie zamierzamy oddać ci we władanie całego imperium. Mam nadzieję, że rozpadnie się ono zaraz po upadku Luthadelu. Dostaniesz miasto i być może spory kawałek Środkowego Dominium, o ile będziesz w stanie przekupić lokalne armie, by cię poparły.

- A... Ostatni Imperator? - zapytał Yeden.

Kelsier się uśmiechnął.

- Wciąż zamierzam zająć się nim osobiście... muszę się tylko zorientować, jak działa Jedenasty Metal.

- A jeśli ci się to nie uda?

- No cóż - mruknął Kelsier i dopisał "Yeden: Przygotowanie i Panowanie" pod "Rebelia Skaa" - będziemy musieli znaleźć sposób, aby go wywabić z miasta. Może zdołamy skłonić go, by wyruszył wraz z armią do Czeluści zaprowadzić tam porządek.

- A co potem? - zapytał Yeden.

- Znajdziesz jakiś sposób, żeby się z nim uporać - rzekł Kelsier. - Nie wynająłeś nas po to, abyśmy zabili Ostatniego Imperatora, Yedenie, to tylko jedna z możliwych korzyści, które spróbuję osiągnąć.

- Ja też nie martwiłbym się zanadto, Yedenie - dodał Ham. - Niewiele zdoła zdziałać bez funduszy i armii. Jest potężnym Allomantą, ale nie wszechmocnym.

- Jeśli jednak się zastanowić, nieprzyjazne, zdetronizowane bóstwa to nieprzyjemni sąsiedzi - stwierdził Breeze. - I tak będziesz musiał coś z nim zrobić.

Yeden nie wydawał się zachwycony tym pomysłem, ale nie kontynuował dyskusji.

Kelsier się odwrócił.

- To chyba wszystko.

- Uhm - odrzekł Ham. - A co z Zakonem? Czy nie powinniśmy znaleźć jakiegoś sposobu, żeby mieć tych Inkwizytorów na oku?

- Pozwolę, żeby mój brat się nimi zajął - odparł Kelsier.

- Tylko spróbuj - rozległ się głos z głębi pokoju.

Vin skoczyła na równe nogi, okręciła się na pięcie i spojrzała w stronę pogrążonych w cieniu drzwi wejściowych. Stał w nich mężczyzna. Wysoki, szeroki w barach, sztywny jak posąg. Był skromnie odziany - w prostą koszulę i spodnie pod luźną kurtką skaa. Skrzyżował ręce na piersi, z niezadowoloną miną na kwadratowej twarzy, która wydawała się nieco znajoma.

Vin spojrzała na Kelsiera. Podobieństwo było oczywiste.

- Marsh?! - zawołał Yeden, zrywając się na nogi. - Marsh, to naprawdę ty! Obiecał, że włączysz się do działań, ale... Cóż, witaj z powrotem!

Twarz Marsha pozostała niewzruszona.

- Nie jestem pewien, czy wróciłem, czy nie, Yedenie. Jeśli nie macie nic przeciwko temu, chciałbym porozmawiać sam na sam z moim braciszkiem.

Kelsier nie wydawał się w najmniejszym stopniu onieśmielony ostrym tonem Marsha. Skinął głową w kierunku grupy.

- Na dzisiaj to wszystko, przyjaciele.

Mężczyźni wstawali powoli, omijając Marsha szerokim łukiem. Vin poszła za nimi, starannie zamykając drzwi i kierując się ku schodom, aby sprawić wrażenie, że wraca do swojego pokoju.

Niecałe trzy minuty później była już z powrotem przy drzwiach, uważnie wsłuchując się w rozmowę toczącą się wewnątrz.

 

Rashek to wysoki mężczyzna - oczywiście, większość Terrisan jest wysokiego wzrostu. Jest dość młody, jak na szacunek, jakim obdarzają go pozostali ze sfory. Ma charyzmę, a kobiety dworskie prawdopodobnie uznałyby go za przystojnego, na nieco brutalny sposób.

Jednakże zdumiewa mnie, że ktokolwiek słucha człowieka, który mówi z taką nienawiścią. Nigdy nie widział Khlennium, a jednak przeklina to miasto. Nie zna mnie, ale ja już widzę nienawiść i gniew w jego oczach.

7

Trzy lata nie zmieniły aż tak bardzo wyglądu Marsha. Wciąż był tą samą posępną, apodyktyczną osobą, którą Kelsier znał od dziecka. Wciąż miał w oczach ten sam błysk rozczarowania i mówił z tą samą pełną dezaprobaty miną.

Jednakże, jeśli wierzyć Docksonowi, zachowanie Marsha bardzo zmieniło się od tego dnia trzy lata temu. Kelsier wciąż nie mógł uwierzyć, że jego brat zrezygnował z przywództwa rebelii skaa. Zawsze wkładał w swoją pracę mnóstwo pasji.

Widać jednak, że i ta pasja zniknęła. Marsh podszedł bliżej, obrzucając krytycznym wzrokiem tablicę. Jego odzież była nieco poplamiona ciemnym popiołem, choć twarz miał stosunkowo czystą, jak na skaa. Stał przez chwilę, kontemplując notatki Kelsiera, po czym obejrzał się i rzucił arkusz papieru na fotel obok niego.

- Co to jest? - zapytał Kelsier, biorąc go do ręki.

- Nazwiska jedenastu ludzi, których zabiłeś zeszłej nocy - rzekł Marsh. - Uznałem, że powinieneś przynajmniej wiedzieć.

Kelsier rzucił papier w trzaskający wesoło ogień.

- Służyli Ostatniemu Imperium.

- To byli ludzie, Kelsier - warknął Marsh. - Mieli życie, rodziny. Kilku z nich było skaa.

- Zdrajcy.

- Ludzie - powtórzył Marsh. - Ludzie, którzy próbowali sobie radzić jak najlepiej z tym, co dało im życie.

- Cóż, ja robiłem to samo - odparł Kelsier. - I na szczęście to mnie życie dało zdolność do zrzucania takich ludzi jak oni z dachów budynków. Jeśli chcą stawać przeciwko mnie jako szlachta, niech i giną jako szlachta.

Twarz Marsha pomroczniała.

- Jak możesz mówić o tym z takim lekceważeniem?

- Jak, Marsh? - odparował Kelsier. - Humor to jedyne, co mi pozostało. Humor i determinacja.

Marsh prychnął cicho.

- Powinieneś się cieszyć - dodał Kelsier. - Po dziesięcioleciach słuchania twoich wykładów wreszcie postanowiłem zrobić z moimi talentami coś pożytecznego. A teraz, kiedy przyszedłeś nam pomóc, jestem pewien...

- Nie zmierzam pomóc - przerwał mu Marsh.

- Więc po co przyszedłeś?

- Żeby zadać ci pytanie. - Marsh podszedł bliżej, stając przed bratem. - Jak śmiesz to robić? Poświęciłem życie, by obalić Ostatnie Imperium. Kiedy ty i twoi złodziejscy przyjaciele świętowaliście, ja ukrywałem zbiegów. Kiedy ty planowałeś drobne włamania, ja organizowałem wypady. Kiedy ty żyłeś w luksusie, ja patrzyłem, jak dzielni ludzie umierają z głodu. - Marsh dźgnął palcem w pierś Kelsiera. - Jak śmiesz? Jak śmiesz kraść rebelię i zabawiać się nią, jak innymi twoimi drobnymi "robotami"? Jak śmiesz wykorzystywać czyjeś marzenie, by się wzbogacić?

Kelsier odepchnął palec Marsha.

- Wcale nie o to chodzi.

- O! - zawołał Marsh, wskazując słowo "atium" na tablicy. - Po co te gierki, Kelsier? Czemu wplątujesz w to Yedena, udając, że przyjmujesz go za swojego "pracodawcę"? Czemu zachowujesz się tak, jakby skaa cię obchodzili? Wiemy przecież obaj, co tak naprawdę cię interesuje.

Kelsier zacisnął zęby i wyraźnie stracił humor.

- Nie znasz mnie już, Marsh - rzekł cicho. - Nie chodzi o pieniądze... Kiedyś miałem więcej bogactw, niż człowiek jest w stanie wydać. Tu chodzi o coś innego.

Marsh podszedł bliżej i zajrzał Kelsierowi w oczy.

- Zawsze umiałeś dobrze kłamać - rzekł.

Kelsier spojrzał na niego.

- Dobrze, myśl sobie co chcesz. Ale nie praw mi kazań. Obalenie imperium może kiedyś naprawdę było twoim marzeniem, ale teraz stałeś się już dobrym, małym skaa, siedzącym w swoim warsztaciku i obskakującym szlachciców.

- Spojrzałem prawdzie w oczy - odparł Marsh. - Tobie to nigdy nie wychodziło. Nawet jeśli mówisz poważnie o tym swoim planie, nie uda ci się. Wszystko, czego dokonała rebelia... napady, kradzieże, śmierć... nie doprowadziły do niczego. Wszelkie nasze wysiłki nie były dla Ostatniego Imperatora nawet drobną nieprzyjemnością.

- Ach - odparł Kelsier. - Ale ja jestem naprawdę nieprzyjemny, jeśli tego zechcę. Jestem czymś znacznie więcej niż tylko "drobną" nieprzyjemnością. Ludzie powiadają, że potrafię być irytujący do szaleństwa. Mogę przynajmniej to wykorzystać w dobrej sprawie, prawda?

Marsh westchnął i się odwrócił.

- Nie chodzi o "sprawę", Kelsier. Chodzi o zemstę. Chodzi o ciebie, jak zawsze, jak zwykle. Wierzę, że nie chodzi ci o pieniądze... uwierzę nawet w to, że chcesz dostarczyć Yedenowi tę armię, za którą zdaje się ci płaci. Ale nie uwierzę, że ci zależy.

- I tutaj się mylisz, Marsh - zaoponował spokojnie Kelsier. - Zawsze się myliłeś.

Marsh zmarszczył brwi.

- Może. Ciekawe, jak się to zaczęło? Czy Yeden przyszedł do ciebie, czy ty do niego?

- A co to ma za znaczenie? - zapytał Kelsier. - Słuchaj, Marsh, potrzebuję kogoś, kto infiltruje Zakon. Ten plan nie ma szans na powodzenie, jeśli nie odkryjemy, jak mieć Inkwizytorów pod kontrolą.

Marsh obejrzał się.

- Naprawdę oczekujesz, że ci pomogę?

Kelsier skinął głową.

- Przecież dlatego tu przyszedłeś, niezależnie od tego, co mówisz. Kiedyś powiedziałeś mi, że według ciebie jestem w stanie dokonać wielkich rzeczy, jeśli tylko wyznaczę sobie szlachetny cel. No cóż, właśnie to robię, a ty mi w tym pomożesz.

- To już nie jest takie łatwe, Kell - rzekł Marsh, kręcąc głową. - Niektórzy ludzie bardzo się zmienili. Inni... odeszli.

Kelsier milczał. W pokoju panowała cisza. Ogień na kominku powoli przygasał.

- Ja też za nią tęsknię.

- Jestem pewien, że tak jest, ale... muszę być z tobą uczciwy, Kell. Pomimo tego, co zrobiła... czasem wolałbym, żebyś to nie ty był tym, który przeżył Czeluście.

- A ja żałuję tego każdego dnia.

Marsh odwrócił się i wbił w Kelsiera zimne spojrzenie. Patrzył nań Oczami Szperacza. Cokolwiek odbijało się teraz w oczach Kelsiera, musiało przekonać go ostatecznie.

- Odchodzę - rzekł. - Ale z jakiegoś powodu naprawdę tym razem wydajesz mi się szczery. Wrócę i posłucham, jaki to wariacki plan tym razem wymyśliłeś. A potem... potem się zobaczy.

Kelsier się uśmiechnął. Pod warstwą szorstkości Marsh był dobrym człowiekiem. Lepszym niż kiedykolwiek był sam Kelsier. Kiedy szedł w stronę drzwi, Kelsier pochwycił kątem oka jakiś ruch za drzwiami. Cień ruchu. Natychmiast zapalił żelazo i z jego ciała wytrysnęły niebieskie linie, łącząc go z najbliższymi źródłami metalu. Marsh naturalnie nie miał przy sobie niczego metalowego, nawet monet. Poruszanie się po mieście w sektorach skaa mogło okazać się bardzo niebezpieczne dla człowieka, który wydawałby się bodaj odrobinę bogatszy od innych.

Ktoś jednak jeszcze nie nauczył się, że nie powinien nosić na sobie metalu. Błękitne linie były cienkie i słabe - niełatwo przechodziły przez drewno - ale wystarczyły, by zlokalizować zapinkę pasa osoby, która znajdowała się w korytarzu i teraz szybko i bezszelestnie oddalała się od drzwi.

Kelsier się uśmiechnął. Dziewczyna była naprawdę zdolna. Czas, jaki spędziła na ulicy, pozostawił jednak na niej świeże blizny. Miał nadzieję, że będzie w stanie rozwinąć zdolności, pomagając jednocześnie zatrzeć blizny.

- Wrócę jutro - rzekł Marsh, przechodząc przez próg.

- Byle nie za wcześnie - odparł Kelsier, mrugając. - Mam dzisiaj jeszcze to i owo do zrobienia.

***

Vin czekała spokojnie w ciemnym pokoju, wsłuchując się w kroki, człapiące z piętra na dół. Przycupnęła przy wejściu, usiłując stwierdzić, czy obie osoby schodzą na parter, czy nie. W holu zapadła cisza i wreszcie Vin mogła odetchnąć z ulgą.

I w tym momencie nad jej głową rozległo się stukanie.

Podskoczyła, zaskoczona, i omal nie upadła. Jest dobry! - pomyślała.

Szybko rozczochrała sobie włosy i potarła oczy, by wyglądało na to, że spała. Wyciągnęła koszulę ze spodni i czekała, aż pukanie się powtórzy, zanim otwarła drzwi.

Kelsier oparł się o framugę, stojąc w smudze światła padającego z korytarza. Uniósł brew, widząc jej rozczochrane włosy.

- Tak? - zapytała, próbując udawać, że jest zaspana.

- No więc co sądzisz o Marshu?

- A bo ja wiem? - odparła. - Nie przyjrzałam się, zanim nas wyrzucił.

- Nie przyznasz się, że cię przyłapałem, co?

Vin omal nie odpowiedziała uśmiechem. Na pomoc przyszło jej tylko szkolenie Reena. "Człowiek, który chce, abyś mu zaufała, jest tym, którego najbardziej powinnaś się bać". Wydawało jej się, jakby głos brata rozbrzmiał jej w uchu. Odkąd poznała Kelsiera, ten głos był jeszcze silniejszy, jakby jej instynkty były wyostrzone do maksimum.

Kelsier obserwował ją przez chwilę, po czym odstąpił od progu.

- Włóż tę koszulę w spodnie i chodź ze mną.

Zmarszczyła brwi.

- Dokąd idziemy?

- Zaczynamy twoje szkolenie.

- Teraz? - zapytała, spoglądając na ciemne okiennice pokoju.

- Oczywiście - odparł. - Piękna noc na spacer.

Vin uporządkowała swój strój i dołączyła do Kelsiera. Jeśli rzeczywiście chciał ją czegoś nauczyć, nie będzie się skarżyła, niezależnie od godziny. Zeszli po schodach na parter. Pracownia była ciemna, części mebli leżały wokół, pogrążone w cieniu. Kuchnia jednak była zalana jasnym światłem.

- Chwileczkę - rzekł Kelsier, kierując się ku kuchni.

Vin czekała w cieniu pracowni. Zaledwie widziała, co się dzieje w środku. Dockson, Breeze i Ham siedzieli z Clubsem i jego uczniami wokół wielkiego stołu. Stały na nim wino i ale, a mężczyźni przeżuwali skromny wieczorny posiłek z puszystych placków jęczmiennych i siekanych warzyw.

Usłyszała ich śmiech. Nie żaden rubaszny ryk, jaki często rozbrzmiewał wokół stołu Camona. Ten był łagodny, wesoły.

Nie była pewna, dlaczego nie chce tam wchodzić. Wolała pozostać w ciemnym, cichym warsztacie. Obserwowała ich jednak z mroku i nie była w stanie całkiem opanować tęsknoty.

Kelsier wrócił chwilę później, niosąc swój plecak i mały węzełek. Spojrzała na niego z zaciekawieniem. Kelsier podał jej zawiniątko.

- Prezent.

Materiał był śliski i miękki. Vin szybko się zorientowała, co to takiego. Pozwoliła, by szary materiał rozwijał się w jej palcach, odsłaniając płaszcz Zrodzonego z Mgły. Podobnie jak strój, który Kelsier miał na sobie wczoraj, był uszyty z oddzielnych wstęg materiału.

- Wyglądasz na zaskoczoną - zauważył.

- Ja... myślałam, że na to trzeba sobie jakoś zapracować.

- A co tu jest do zapracowywania? - zapytał, wyjmując własny płaszcz. - Tym właśnie jesteś, Vin.

Zawahała się, po czym narzuciła płaszcz i zawiązała. Wydawał się... inny. Ciężki i gruby na ramionach, leciutki i niekrępujący ruchów wokół rąk i nóg. Wstęgi były zeszyte na górze, pozwalając się ciasno otulić, gdyby zechciała. Poczuła się... osłonięta. Bezpieczna.

- Jakie wrażenia? - zapytał Kelsier.

- Dobrze - odrzekła.

Skinął głową, wyjmując kilka szklanych fiolek. Podał jej dwie.

- Jedną wypij teraz, drugą zostaw na później, gdyby ci była potrzebna. Potem pokażę ci, jak je przygotowywać.

Skinęła głową, wypiła zawartość pierwszej fiolki, a drugą wsunęła za pas.

- Zamówiłem dla ciebie nowe ubrania - rzekł. - Musisz się przyzwyczaić do noszenia ubrań, które nie mają w sobie żadnych metali - pasy bez sprzączek, spodnie bez klamerek. Może później, jeśli nabierzesz odwagi, znajdziemy ci jakieś kobiece suknie.

Zarumieniła się lekko.

Kelsier się zaśmiał.

- Żartuję. Jednakże wchodzisz w nowy świat i możesz stwierdzić pewnego dnia, że w niektórych sytuacjach korzystniej ci będzie wyglądać bardziej jak młoda dama, niż złodziej z szajki.

Skinęła głową i poszła za nim do drzwi frontowych sklepu. Otwarł je, odsłaniając ścianę powoli kłębiącej się mgły. Wyszedł wprost w nią. Vin zaczerpnęła głęboko tchu i ruszyła za nim.

Kelsier zamknął starannie drzwi. Brukowana ulica wydawała się Vin dziwnie cicha, a leniwie płynąca mgła sprawiała, że wszystko było odrobinę wilgotne. Nie sięgała wzrokiem dalej niż kilka metrów w każdym kierunku, a ulica zdawała się podążać donikąd, jak ścieżka wiodąca do wieczności. Nad nimi nie było nieba, tylko wirujące prądy szarości na szarości.

- Dobrze, zaczynamy - rzekł Kelsier, idąc ulicą. Vin szła tuż za nim. - Nie chodzi o Allomancję, lecz o podejście. - Wyciągnął rękę i zatoczył nią krąg. - Vin, to należy do nas. Noc, mgła... to wszystko jest nasze. Skaa unikają mgły, jakby była śmiercią. Tylko złodzieje i żołnierze wychodzą w noc, ale też się jej boją. Szlachta udaje nonszalancję, ale mgła sprawia, że źle się czują.

Odwrócił się i spojrzał na nią.

- Mgły to twoi przyjaciele, Vin. Ukrywają cię, chronią... i dają siłę. Doktryna Zakonu... coś, czym rzadko dzielą się ze skaa... głosi, że Zrodzeni z Mgły są potomkami jedynych ludzi, którzy pozostali wierni Ostatniemu Imperatorowi po jego Wstąpieniu. Inne twierdzą, że jesteśmy czymś, co wykracza nawet poza potęgę Ostatniego Imperatora, czymś, co się zrodziło w dniu, kiedy mgły po raz pierwszy ogarnęły tę ziemię.

Vin skinęła głową. Wydawało jej się dziwne, że Kelsier opowiada o wszystkim tak otwarcie. Budynki pełne uśpionych skaa pochylały się nad nimi z obu stron ulicy. A jednak okiennice i cisza sprawiały, że czuła się tak, jakby była z nim sam na sam. Sam na sam w jednym z najgęściej zaludnionych, zatłoczonych miast w całym Ostatnim Imperium.

Kelsier szedł dalej sprężystym krokiem, całkowicie niepasującym do otaczającego ich posępnego mroku.

- Nie powinniśmy obawiać się żołnierzy? - zapytała cicho. Jej szajki zawsze starały się unikać nocnych patroli Garnizonu.

Kelsier pokręcił głową.

- Nawet gdybyśmy byli dość nieostrożni, żeby dać się zauważyć, żaden patrol imperialny nie odważy się zaczepić Zrodzonych z Mgły. Zobaczą nasze płaszcze i będą udawać, że nas nie widzą. Pamiętaj, prawie wszyscy Zrodzeni z Mgły są członkami Wielkich Rodów, a reszta pochodzi z pomniejszych domów Luthadelu. Tak czy owak, są ważnymi osobistościami.

Vin zmarszczyła brwi.

- Więc straże po prostu ignorują Zrodzonych z Mgły?

Wzruszył ramionami.

- To w złym tonie przyznać się, że wiesz, że skradająca się po dachu postać to bardzo dystyngowany i przyzwoity lord... albo nawet dama. Zrodzeni z Mgły są tak rzadcy, że rody nie pozwalają sobie względem nich na przesądy dotyczące płci. W każdym razie większość Zrodzonych z Mgły prowadzi podwójne życie - normalnego, dworskiego arystokraty i śliskiego, szpiegującego Allomanty. Tożsamość Zrodzonych z Mgły to najściślej strzeżone tajemnice rodów - domysły, kto jest Zrodzonym, a kto nie, zawsze stanowią główny temat arystokratycznych plotek.

Kelsier skręcił w kolejną ulicę. Vin szła za nim, wciąż nieco podenerwowana. Nie wiedziała, dokąd ją zabiera, tak łatwo było się zgubić w ciemności. Może nawet nie miał konkretnego celu, a tylko przyzwyczajał ją do mgieł.

- W porządku - rzekł Kelsier. - Czas, abyś się przyzwyczaiła do podstawowych metali. Czujesz swoje ich zasoby?

Zatrzymała się. Jeśli się skoncentrowała, mogła wyczuć w sobie osiem źródeł mocy - każde nawet potężniejsze niż te dwa, które czuła pierwszego dnia, kiedy Kelsier ją testował. Od tamtej pory starała się nie korzystać ze swojego Szczęścia. Zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że używa broni, której nigdy tak naprawdę nie rozumiała - broni, która przypadkowo zwróciła na nią uwagę Stalowego Inkwizytora.

- Zacznij je spalać, pojedynczo - polecił.

- Spalać?

- Tak to nazywamy, kiedy uruchamiasz swoje Allomanckie zdolności - wyjaśnił. - "Spalasz" metal związany z jakąś siłą. Zobaczysz, o czym mówię. Zacznij od metali, których jeszcze nie znasz, nad Uspokajaniem i Gniewem popracujemy kiedy indziej.

Skinęła głową, zatrzymując się pośrodku ulicy. Ostrożnie, nieśmiało sięgnęła ku nowym źródłom mocy. Jedno wydało jej się odrobinę znajome. Czy używała go już wcześniej, nie zdając sobie z tego sprawy? Co potrafi?

Jest tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić... Niepewna, co właściwie ma robić, uchwyciła jedno ze źródeł mocy i spróbowała go użyć.

Natychmiast poczuła w piersi coś niczym rozbłysk gorąca. Nie było to nieprzyjemne, ale wyraźne i namacalne. Wraz z ciepłem przyszło coś innego - uczucie odmłodnienia i siły. Poczuła się... jakby trwalsza.

- Co się stało? - zapytał Kelsier.

- Czuję się inaczej - odparła. Uniosła rękę i wydało jej się, że kończyna zareagowała nieco zbyt szybko. Muskuły rwały się do ruchu. - Moje ciało jest dziwne. Nie jestem już zmęczona, przeciwnie, jestem bardzo czujna.

- Ach - odparł Kelsier. - To cyna z ołowiem. Wzmacnia zdolności fizyczne, czyni cię silniejszą, łatwiej znosisz zmęczenie i ból. Reagujesz szybciej, kiedy ją spalasz, a twoje ciało jest silniejsze.

Vin poruszyła się na próbę. Jej mięśnie nie sprawiały wrażenia ani trochę większych, ale czuła ich siłę. Nie chodziło tylko o mięśnie. O wszystko. Kości, ciało, skóra. Sięgnęła ku swojej rezerwie i poczuła, że ta się kurczy.

- Kończy się - zauważyła.

Kelsier skinął głową.

- Cyna z ołowiem pali się stosunkowo szybko. Fiolka, którą ci dałem, była obliczona na około dziesięciu minut ciągłego palenia, choć skończy się szybciej, jeśli będziesz ją częściej rozjarzać, albo wolniej, jeśli będziesz jej używać ostrożnie.

- Rozjarzać?

- Możesz palić metale nieco mocniej, jeśli spróbujesz - rzekł Kelsier. - Wtedy spalają się znacznie szybciej. Trudno to utrzymać, ale dodaje ci kopa.

Zmarszczyła brwi, próbując zrobić to, o czym mówił. Przy pewnym wysiłku zdołała spiętrzyć płomienie w swej piersi, rozjarzając cynę z ołowiem.

Odczuła to jak głęboki oddech przed odważnym skokiem. Nagły przypływ siły i energii. Jej ciało spięło się oczekiwaniem i przez krótką chwilę poczuła się niezwyciężona. A potem wszystko przeszło, a ciało się uspokoiło.

Interesujące, pomyślała, kiedy zauważyła, jak szybko wypaliła się cyna z ołowiem. Jeden krótki moment.

- Teraz jest coś, co musisz wiedzieć na temat Allomantycznych metali - rzekł Kelsier, idąc dalej w mgłę. - Im są czystsze, tym są skuteczniejsze. Fiolki, które przygotowujemy, zawierają całkowicie czyste metale, przygotowywane i sprzedawane specjalnie dla Allomantów.

- Stopy, takie jak cyna z ołowiem, są jeszcze groźniejsze, ponieważ procentowa zawartość metalu musi być dobrana bardzo starannie, by uzyskać maksymalną moc. Właściwie, jeśli nie będziesz ostrożna, kupując te metale, możesz dostać całkiem inny stop.

Vin zmarszczyła czoło.

- Mówisz, że ktoś może mnie oszukać?

- Nie umyślnie - odparł Kelsier. - Chodzi o to, że większość nazw, jakie stosują ludzie, słowa takie jak "brąz", "mosiądz" i "cyna" są niejasne, jeśli dobrze się temu przyjrzeć. Cyna na przykład, jest uważana za stop cyny z ołowiem, czasem z odrobiną miedzi lub srebra, w zależności od zastosowania i okoliczności. Cyna Allomantyczna jednak to stop dziewięćdziesięciu jeden procent cyny i dziewięciu procent ołowiu. Jeśli chcesz uzyskać z tego metalu jak największą siłę, musisz stosować te proporcje.

- A jeśli... proporcje będą niewłaściwe? - zapytała Vin.

- Jeśli mieszania jest tylko trochę inna, wciąż możesz z niej wyciągnąć nieco energii - odparł. - Jednak, jeżeli proporcja jest rzeczywiście niewłaściwa, spalając ją możesz się rozchorować.

Vin skinęła powoli głową.

- Ja... mam wrażenie, że przedtem już spalałam te metale. Czasami, w niewielkich ilościach.

- Metale śladowe - potwierdził. - Piłaś wodę zanieczyszczoną metalami albo jadłaś cynowymi sztućcami.

Przytaknęła. Niektóre kubki w kryjówce Camona były cynowe.

- Dobrze - odrzekł Kelsier. - Wygaś energię i przechodzimy do kolejnego metalu.

Posłusznie wygasiła cynę. Zniknięcie energii sprawiło, że poczuła się słaba, zmęczona i obnażona.

- Teraz - ciągnął Kelsier - powinnaś już rozróżniać pewne pary, jakie tworzą się w twoich rezerwach metali.

- Jak dwa metale emocji - zauważyła.

- Właśnie. Znajdź metal związany z energią.

- Widzę go - odrzekła.

- Dla każdego rodzaju energii są dwa metale. Jeden Odpycha, drugi Przyciąga... ten drugi zwykle jest stopem pierwszego. Dla emocji - zewnętrznych sił umysłu - Odpychanie to cynk, a Przyciąganie to mosiądz. Właśnie użyłaś cyny z ołowiem, aby Pchnąć swoje ciało. To jedna z twoich wewnętrznych sił fizycznych.

- Jak Ham - odrzekła. - On spala cynę z ołowiem.

Kelsier skinął głową.

- Mgliści którzy potrafią spalać cynę z ołowiem są zwani Zbirami. Nieprzyjemne określenie, ale i oni nie są przyjemnymi ludźmi. Nasz drogi Hammond jest miłym wyjątkiem od tej zasady.

- A zatem co robią inne wewnętrzne metale fizyczne?

- Spróbuj, sama zobaczysz.

Vin ochoczo spełniła polecenie i świat wokół niej nagle pojaśniał. Albo... nie, nie pojaśniał. Mogła widzieć lepiej i dalej, choć mgła wciąż tam była. Były tylko... nieco bardziej przezroczyste. Otaczające światło też wydawało się jakby jaśniejsze.

Były też inne zmiany. Czuła swoją odzież. Zdała sobie sprawę z tego, że zawsze ją czuła, ale zwykle to ignorowała. Teraz jednak czuła ją bliżej. Wyczuwała strukturę tkanin i bardzo wyraźnie uświadamiała sobie miejsce, gdzie ubranie przylegało ciasno do ciała.

Była głodna. To też ignorowała, ale teraz jej głód wydawał się znacznie bardziej intensywny. Jej skóra wydawała się wilgotniejsza, czuła też ostre powietrze zmieszane z zapachami brudu, sadzy i odchodów.

- Cyna wyostrza twoje zmysły - wyjaśnił Kelsier. Jego głos wydawał się nagle bardzo głośny. - I jest to jeden z najwolniej spalających się metali. Cyny w fiolce wystarczy na całe godziny. Większość Zrodzonych pozostawia zapaloną cynę zawsze, kiedy wychodzą w mgłę. Ja nie gasiłem jej od chwili, kiedy opuściliśmy sklep.

Vin skinęła głową. Bogactwo wrażeń było oszałamiające. Słyszała trzaski i szuranie w ciemności, z trudem powstrzymywała się od nerwowych gestów, odnosząc wrażenie, że ktoś skrada się za jej plecami.

Dość trudno będzie się do tego przyzwyczaić.

- Niech się pali - rzekł Kelsier i oboje znów ruszyli ulicą. - Musisz się przyzwyczaić do wyczulonych zmysłów. Tylko nie rozjarzaj jej nieustannie. Po pierwsze, bardzo szybko ci się wyczerpie, a po drugie, ciągłe rozjarzanie metali robi... z ludźmi dziwne rzeczy.

- Dziwne? - zapytała.

- Metale, zwłaszcza cyna i jej stop z ołowiem, rozciągają ciało. Rozjarzanie metali powoduje jeszcze dalsze rozciągnięcie. Jeśli rozciągniesz je za bardzo, wszystko zacznie się rwać.

Vin skinęła niepewnie głową. Kelsier zamilkł, szli teraz w ciszy, co pozwalało jej zbadać nowe uczucia i szczegóły, jakie odsłaniała przed nią cyna. Przedtem jej widzenie było ograniczone do niewielkiego bąbla w ciemności. Teraz jednak widziała całe miasto otulone całunem tańczącej, wirującej mgły. Mogła rozróżnić twierdze - małe, ciemne góry, w których dostrzegała światełka w oknach, jak dziurki przekłute szpilką w nocy. A wyżej... ujrzała światła na niebie.

Przystanęła w zachwycie, z zadartą głową. Były malutkie, zamglone nawet dla jej wzmocnionego cyną wzroku. Musiała to być szczególnie jasna noc. Ludzie kiedyś często wychodzili i patrzyli w niebo - tak było, dopóki nie pojawiły się mgły, zanim Popielne Rumaki nie rozsypały po niebie popiołu i dymu.

Spojrzała na swego towarzysza.

- Skąd wiedziałeś?

Kelsier się uśmiechnął.

- Ostatni Imperator bardzo się starał zetrzeć nasze wspomnienia tamtych dni. - Odwrócił się i szedł dalej. Podążyła za nim. Nagle, z cyną, wszystko wokół przestało być takie złowróżbne. Zaczęła rozumieć, dlaczego Kelsier porusza się w mroku z taką pewnością siebie.

- Dobrze - rzekł wreszcie Kelsier. - Spróbujmy kolejnego metalu.

Skinęła głową, pozostawiając zapaloną cynę, ale jednocześnie wybierając kolejny metal do zapalenia. Kiedy to zrobiła, stało się coś dziwnego - z jej piersi wytrysnął pęk niebieskich promieni, które znikały we mgle. Zamarła i jęknęła cicho, spoglądając na swoją pierś. Większość linii była cienka, jak przezroczyste kawałki szpagatu, choć kilka było grubych jak przędza.

Kelsier zachichotał.

- Zostaw na chwilę ten metal i jego partnera. Są nieco bardziej skomplikowane od innych.

- Co...? - zapytała Vin, obserwując linie i wodząc wzdłuż nich wzrokiem. Wskazywały na różne obiekty. Drzwi, okna... kilka nawet na samego Kelsiera.

- Dojdziemy do tego - obiecał. - Wygaś ten i spróbuj jednego z dwóch ostatnich.

Vin wygasiła dziwny metal, zignorowała jego towarzysza i wybrała jeden z ostatnich. Natychmiast odczuła dziwne wibracje. Zatrzymała się. Impulsy nie wydawały się słyszalne, ale czuła, jak ją opływają. Zupełnie jakby pochodziły od Kelsiera. Spojrzała na niego, marszcząc brwi.

- Prawdopodobnie brąz - wyjaśnił. - Wewnętrzny metal Pociągający umysł. Pozwala ci wyczuć, że ktoś w pobliżu stosuje Allomancję. Używają go Szperacze, jak mój brat. Ogólnie nie jest zbyt użyteczny, o ile nie jesteś Stalowym Inkwizytorem poszukującym Mglistych skaa.

Vin pobladła.

- Inkwizytorzy używają Allomancji?

Skinął głową.

- Wszyscy są Szperaczami. Nie jestem pewien, czy to dlatego, że na Inkwizytorów wybiera się Szperaczy, czy proces stawania się Inkwizytorem zwiększa tę moc. Tak czy tak, ich głównym zadaniem jest wyszukiwanie bękartów i szlachty, którzy niewłaściwie korzystają z Allomancji, i jest to dla nich użyteczna umiejętność. Niestety "użyteczna" dla nich, dla nas oznacza "raczej irytującą".

Chciała przytaknąć, ale zamarła. Pulsowanie ucichło.

- Co się stało? - zapytała.

- Zacząłem palić miedź - odparł. - Towarzyszkę brązu. Kiedy spalasz miedź, ukrywa ona twoje moce przed innymi Allomantami. Możesz teraz spróbować, choć pewnie wiele nie wyczujesz.

Vin posłuchała. Jedyną zmianą okazała się lekka wibracja, jaką odczuła.

- Miedź to bardzo ważny metal. Musisz się go nauczyć - rzekł Kelsier. - Ukryje cię przed Inkwizytorami. Prawdopodobnie dzisiaj nie mamy się czego obawiać - Inkwizytorzy uznają, że jesteśmy zwyczajnymi Zrodzonymi z Mgły szlachetnego pochodzenia, którzy wyszli się podszkolić. Jednak, jeśli kiedykolwiek będziesz w stroju skaa i zaczniesz spalać metale, upewnij się, że najpierw zaczęłaś palić miedź.

Skinęła głową.

- Właściwie - rzekł Kelsier - wielu ze Zrodzonych przez cały czas pali miedź. Miedź pali się powoli, a jednocześnie czyni cię niewidzialnym przed innymi Allomantami. Ukrywa cię przed brązem i, co najważniejsze, nie pozwala innym manipulować twoimi uczuciami.

Ożywiła się wyraźnie.

- Pomyślałem, że cię to może zainteresować - odparł. - Każdy, kto pali miedź, jest niewrażliwy na Allomancję uczuciową. Dodatkowo, wpływ miedzi działa jak bąbel. Taka chmura, nazwijmy ją chmurą miedzi, ukrywa każdego w swoim zasięgu przed wpływem Szperacza, choć nie chroni go przed wpływem emocjonalnej Allomancji, jak ciebie.

- Clubs - stwierdziła Vin. - Tym się zajmuje Dymiarz.

Kelsier skinął głową.

- Jeśli ktoś z naszych ludzi zostanie spostrzeżony przez Szperacza, mogą uciec do kryjówki i zniknąć. Mogą również ćwiczyć swoje zdolności bez obawy o wykrycie. Impulsy Allomantyczne pochodzące ze zwykłego sklepu w sektorze skaa szybko by nas zdradziły przed przechodzącym Inkwizytorem.

- Tak, ale skoro ty możesz palić miedź - zapytała - po co szukałeś Dymiarza dla grupy?

- To prawda, że mogę palić miedź - odrzekł. - Ty również. Możemy używać wszystkich mocy, ale nie możemy być wszędzie naraz. Mądry przywódca wie, jak podzielić zadania, zwłaszcza w tak wielkim przedsięwzięciu. Standardowa praktyka to posiadanie w kryjówce przez cały czas jednego Dymiarza. Clubs nie robi wszystkiego sam - kilku z jego uczniów to także Dymiarze. Kiedy wynajmujesz takiego człowieka jak Clubs, to oczywiste, że dostarcza ci on bazy wypadowej i grupy Dymiarzy dość kompetentnych, aby ukrywali nas przez cały czas.

Vin skinęła głową. Była jednak bardziej zainteresowana zdolnością miedzi do ukrywania jej uczuć. Będzie potrzebowała wystarczająco bogatego źródła, żeby cały czas ją palić.

Znów ruszyli przed siebie i Kelsier dał jej nieco więcej czasu, by przywykła do palenia cyny. Jej umysł jednak zaczął wędrować swoimi ścieżkami. Coś wydawało jej się nie całkiem... prawidłowe. Po co Kelsier mówił jej to wszystko? Wydawało się, że zbyt łatwo dzieli się swoimi sekretami.

Z wyjątkiem jednego, pomyślała. Metal z błękitnymi liniami. Nie wrócił już do niego. Możliwe, że właśnie to chciał przed nią ukryć, skorzystać z tej mocy, by zachować nad nią kontrolę.

Musi być potężny. Najpotężniejszy ze wszystkich ośmiu.

Vin ostrożnie sięgnęła ku niemu. Nie spuszczając Kelsiera z oka, zapaliła ów nieznany metal. I znów wokół niej pojawiły się linie, wskazując w pozornie przypadkowych kierunkach.

Linie poruszały się wraz z nią. Jeden koniec każdej wychodził z jej piersi, drugi zaś jakby był przywiązany do danego miejsca wzdłuż ulicy. Kiedy szła, jedne linie się pojawiały, inne znikały za jej plecami. Były różnej szerokości, a niektóre jaśniejsze od innych.

Z zaciekawieniem sprawdziła je umysłem, usiłując odkryć ich sekret. Wybrała jedną, szczególnie cienką i niewinnie wyglądającą i stwierdziła, że jeśli się skoncentruje, może ją wyczuwać osobno. Miała prawie wrażenie, jakby mogła jej dotknąć. Sięgnęła myślą i pociągnęła lekko.

Linia zadrżała i coś natychmiast wystrzeliło z ciemności w jej kierunku. Vin pisnęła i spróbowała odskoczyć, ale obiekt - zardzewiały gwóźdź - leciał wprost ku niej.

Nagle coś złapało go w powietrzu, przechwyciło i wyrzuciło z powrotem w mrok.

Vin wstała z przewrotu, po którym wylądowała w kucki. Mgielny płaszcz łopotał wokół niej. Rozejrzała się, próbując przebić noc wzrokiem, po czym spojrzała na Kelsiera, który śmiał się cicho.

- Powinienem był wiedzieć, że spróbujesz - rzekł.

Zarumieniła się.

- Daj spokój. - Machnął ręką. - Nic się nie stało.

- Ten gwóźdź mnie zaatakował!

Czy ten metal ożywia przedmioty? To rzeczywiście byłoby niezwykłe.

- Właściwie to sama siebie zaatakowałaś - odparł.

Wstała ostrożnie i podeszła do niego, po czym oboje znów ruszyli przed siebie.

- Za chwilę wyjaśnię ci, co zrobiłaś - obiecał. - Najpierw jednak musisz coś zrozumieć, jeśli chodzi o Allomancję.

- Jeszcze jedna zasada?

- Raczej filozofia - odrzekł Kelsier. - Chodzi o konsekwencje.

Vin zmarszczyła brwi.

- Co masz na myśli?

- Każde działanie, które podejmujemy, ma swoje konsekwencje, Vin - wyjaśnił Kelsier. - Stwierdziłem, że zarówno w Allomancji, jak i w życiu, sukces odniesie jedynie osoba, która będzie umiała ocenić konsekwencje swoich działań. Weź na przykład spalanie cyny z ołowiem. Jakie są konsekwencje?

Wzruszyła ramionami.

- Stajesz się silniejszy.

- A co się stanie, jeśli niesiesz coś ciężkiego i w tym czasie twoje zasoby cyny z ołowiem się wyczerpią?

Zamyśliła się.

- Chyba to upuszczę.

- A jeśli jest to coś ciężkiego, możesz sobie zrobić krzywdę. Niejeden Mglisty Zbir nie zauważył niebezpiecznej rany w walce, by potem od niej umrzeć, kiedy cyna z ołowiem się skończyła.

- Rozumiem - odparła cicho Vin.

- Ha!

Vin podskoczyła, przerażona, zatykając dłońmi nadwrażliwe uszy.

- Au! - jęknęła, patrząc z urazą na Kelsiera.

Uśmiechnął się.

- Spalanie cyny też ma swoje konsekwencje. Jeśli ktoś nagle zaatakuje cię jaskrawym światłem lub dźwiękiem, możesz zostać oślepiona lub ogłuszona.

- Ale co to ma wspólnego z dwoma ostatnimi metalami?

- Stal i żelazo dają ci możliwość manipulowania innymi metalami wokół ciebie - wyjaśnił Kelsier. - Za pomocą żelaza możesz Przyciągnąć do siebie metalowy obiekt. Za pomocą stali możesz go Odepchnąć. No, jesteśmy na miejscu.

Przystanął, podnosząc wzrok.

Poprzez mgłę Vin widziała wznoszące się nad nimi potężne mury miejskie.

- Co tu robimy?

- Będziemy ćwiczyć Pociąganie Żelaza i Odpychanie Stali - wyjaśnił Kelsier. - Ale najpierw parę podstaw.

Wyjął zza pasa spinkę, najniższy nominał monety. Pokazał jej go w palcach i odsunął się na bok.

- Zapal stal, partnera metalu, który paliłaś wcześniej.

Vin skinęła głową. Niebieskie linie znów wytrysnęły z jej piersi. Jedna wskazywała prosto na monetę, trzymaną przez Kelsiera w palcach.

- Dobrze - rzekł Kelsier. - A teraz ją Pchnij.

Vin sięgnęła ku właściwej linii i Odepchnęła ją lekko. Moneta wyrwała się z palców Kelsiera i wystrzeliła ku ścianie. Vin koncentrowała się na niej, Odpychając monetę od siebie do momentu, aż ta zatrzymała się na ścianie najbliższego domu i z brzękiem przywarła do niej.

Vin mocnym szarpnięciem nagle została gwałtownie odrzucona w tył. Kelsier chwycił ją i uchronił przed upadkiem.

Potknęła się, ale po chwili odzyskała równowagę. Po drugiej stronie ulicy moneta, teraz uwolniona od jej wpływu, spadła na bruk.

- Co się stało? - zapytał Kelsier.

Pokręciła głową.

- Nie wiem. Odpychałam monetę, a ona leciała, ale kiedy uderzyła w ścianę, to ja zostałam odepchnięta.

- Dlaczego?

Zamyśliła się.

- Zdaje się... zdaje się że skoro moneta nie mogła lecieć dalej, to ja musiałam...

Kelsier skinął głową.

- Konsekwencje, Vin. Odpychając stal, używasz własnego ciężaru. Jeśli jesteś o wiele cięższa od twojego zakotwienia, ono odleci od ciebie jak moneta. Jednak, jeśli obiekt jest o wiele cięższy od ciebie, albo jeśli staje się czymś cięższym, to ty zostaniesz Odepchnięta. Podobnie jest z Pociąganiem żelaza. Albo ty jesteś Pociągana w kierunku obiektu, albo on w twoim. Jeśli wasze ciężary są podobne, będziecie poruszać się jednocześnie. Oto wielka sztuka Allomancji, Vin. Wiedzą o tym, jak dużo lub jak mało się poruszysz, kiedy palisz stal, da ci znaczną przewagę nad twoimi przeciwnikami. Przekonasz się, że te dwie umiejętności są najbardziej uniwersalne i przydatne ze wszystkich.

Skinęła głową.

- A teraz pamiętaj - ciągnął. - W obu przypadkach siła, z jaką Odpychasz lub Przyciągasz, jest skierowana wprost na ciebie lub od ciebie. Nie możesz przerzucać przedmiotów wokół siebie za pomocą umysłu. Allomancja nie działa w ten sposób, ponieważ świat fizyczny również w ten sposób nie działa. Kiedy pchasz coś - Allomancją lub rękami - przedmiot porusza się dokładnie w przeciwnym kierunku. Siła, reakcja, konsekwencje. Rozumiesz?

Znów skinęła głową.

- Dobrze - rzekł Kelsier. - A teraz hop na drugą stronę tego muru.

- Co?

Pozostawił ją oszołomioną na środku drogi. Obserwowała, jak podchodzi pod podnóże muru, i szybko dołączyła do niego.

- Jesteś szalony! - powiedziała.

Uśmiechnął się.

- Zdaje się, że mówisz mi to dzisiaj już po raz drugi. Lepiej uważaj, gdybyś posłuchała wszystkich wokoło, dowiedziałabyś się już, że mój rozum opuścił mnie dawno temu.

- Kelsierze - odrzekła, mierząc wzrokiem mur. - Nie mogę... to znaczy do dzisiaj nigdy nie próbowałam Allomancji!

- Nie, ale szybko się uczysz - rzekł Kelsier, wyciągając spod płaszcza pas. - Masz, włóż to. Ma przymocowane metalowe obciążniki. Jeśli coś pójdzie źle, prawdopodobnie będę mógł cię złapać.

- Prawdopodobnie? - zapytała nerwowo, zapinając pas.

Kelsier uśmiechnął się i rzucił na ziemię spory kawałek metalu.

- Ustaw sztabkę dokładnie pod sobą i pamiętaj, że masz Pchać stalą, a nie Ciągnąć żelazem. Nie przestawaj Odpychać, dopóki nie znajdziesz się równo ze szczytem muru.

A potem schylił się i skoczył.

Wystrzelił w powietrze, jego postać natychmiast zniknęła w kłębiącej się mgle. Vin czekała przez chwilę, ale Kelsier nie spadł i nie rozbił się o bruk.

Wszędzie panowała cisza, nawet dla jej wzmocnionego słuchu. Mgła tańczyła wesoło wokół niej. Kusiła. Droczyła się z nią.

Spojrzała znów na sztabkę, paląc stal. Niebieska linia zabłysła słabym, upiornym światłem. Vin spojrzała w górę i po raz ostatni w dół.

Wreszcie odetchnęła głęboko i z całej siły Odepchnęła się od sztabki.

 

Będzie bronił ich wiedzy, ale będzie postępował wbrew niej. Będzie ich zbawcą, lecz oni nazwą go heretykiem. Jego imię będzie Niezgoda, ale będą go za to kochać.

8

Vin wystrzeliła w powietrze. Z trudem stłumiła krzyk, pamiętając, aby Odpychać dalej pomimo strachu. Kamienna ściana śmigała w dół z ogromną prędkością o kilka stóp od niej. Ziemia w dole znikła, a błękitna linia wskazująca na sztabkę stawała się coraz cieńsza i bledsza.

Co się stanie, jeśli zniknie całkiem?

Zaczęła zwalniać. Im słabsza była linia, tym bardziej zwalniała. Po kilku sekundach lotu zatrzymała się i pozostała zawieszona w powietrzu ponad ledwie widoczną niebieską kreską.

- Zawsze lubiłem widok stąd.

Spojrzała w bok. Kelsier stał niedaleko od niej, była tak skoncentrowana, że nie zauważyła, że znajduje się o kilka stóp od szczytu muru.

- Pomóż! - zawołała, ciągle Odpychając się desperacko, żeby nie spaść. Mgły pod jej stopami wirowały i tańczyły.

- Nie musiałaś się bardzo martwić - rzekł Kelsier. - Łatwiej jest utrzymać równowagę w powietrzu, jeśli masz trójkąt kotwic, ale z jedną też sobie poradzisz. Twoje ciało jest przyzwyczajone do samorzutnego odzyskiwania równowagi. Część tego, czego nauczyłaś się przy chodzeniu, dotyczy również Allomancji. Jak długo pozostajesz nieruchomo, wisząc na samym skraju twojej umiejętności Odpychania, będziesz całkiem stabilna, twój umysł i ciało skorygują każde odchylenie od podstawowego środka twojego zakotwienia w dole, nie pozwalając spadać ci na boki. Gdybyś teraz Odepchnęła się od czegoś innego, lub poruszyła za daleko w bok, no cóż... straciłabyś zaczepienie w dole i nie odpychałabyś się. I wtedy byłyby problemy - spadłabyś jak ołowiany ciężarek z wysokiego słupa.

- Kelsier... - szepnęła.

- Mam nadzieję, że nie boisz się wysokości, Vin - odparł. - To byłby spory problem dla Zrodzonego z Mgły.

- Nie... boję... się... wysokości - wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Ale też nie jestem przyzwyczajona, by wisieć w powietrzu sto stóp nad tą cholerną ulicą!

Kelsier zachichotał, a Vin poczuła potężne pociągnięcie za pas i poleciała w kierunku muru. Chwycił ją i przeniósł ponad kamienną poręczą, po czym postawił na szczycie, obok siebie. Wysunął rękę przez poręcz i po chwili sztabka wystrzeliła w górę, szorując po murze, aby wskoczyć w jego dłoń.

- Dobra robota - rzekł. - Teraz w dół.

Rzucił sztabkę przez ramię, wprost w ciemne mgły po drugiej stronie muru.

- Naprawdę wybieramy się na zewnątrz? - dopytywała się Vin. - Poza mury miasta? Nocą?

Kelsier uśmiechnął się znów w ten sam, irytujący sposób. Podszedł i wspiął się na blanki.

- Kontrolowanie siły Odpychaniem i Pociąganiem jest trudne, ale możliwe. Lepiej trochę spaść, potem się Odepchnąć, żeby zwolnić. Puścić, znowu trochę spaść i Odepchnąć się znowu. Jeśli dobierzesz właściwy rytm, dotrzesz na dół całkiem bezpiecznie.

- Kelsier? - zawołała, podchodząc do muru. - Ja...

- Jesteś teraz na szczycie murów, Vin - rzekł, robiąc krok i zawisając w powietrzu. Unosząc się lekko, w równowadze, dokładnie tak, jak jej to opisywał. - Są tylko dwie możliwe drogi na dół. Albo skaczesz, albo będziesz musiała zostać i wyjaśnić patrolowi strażników, czemu Zrodzona z Mgły musi użyć ich schodów.

Vin obejrzała się z troską i zobaczyła kołyszące się w ciemnej mgle światło latarni.

Obejrzała się na Kelsiera, ale jego już nie było. Zaklęła, wychyliła się przez mur i desperacko spojrzała w dół, w kłęby mgły. Nie miała lęku wysokości, ale kto by się nie bał, stojąc na murze i spoglądając w przepaść, gdzie czeka go zguba? Poczuła mrowienie w sercu i ucisk w żołądku.

Mam nadzieję, że Kelsier zszedł mi z drogi, pomyślała, sprawdzając niebieską linię, by się upewnić, że jest dokładnie nad sztabką. Zeszła z muru.

Natychmiast zaczęła spadać. Odepchnęła się odruchowo stalą, ale jej trajektoria była niewłaściwa, zaczęła spadać w bok od sztabki, nie na nią. W konsekwencji jej manewr Odepchnął ją jeszcze dalej i zaczęła spadać.

Przerażona Pchnęła raz jeszcze, tym razem mocniej, rozjarzając stal. Nagły wysiłek podrzucił ją w górę. Zatoczyła krótki łuk wzdłuż szczytu muru. Przechodzący strażnicy podskoczyli przerażeni, ale ich twarze po chwili stały się niewidoczne, a Vin znów spadała w kierunku ziemi.

Otumaniona przerażeniem odruchowo sięgnęła i Pociągnęła sztabkę, usiłując skierować się ku niej. Sztabka posłusznie wyleciała jej na spotkanie.

Koniec ze mną.

Nagle jej ciało podskoczyło, pociągnięte za pas. Zaczęła spadać wolniej, a po chwili dryfowała łagodnie w powietrzu. Z mgły wyłonił się Kelsier, stał tuż pod nią i - oczywiście - uśmiechał się.

- No i co, wesoło było - rzekł.

Nie odpowiedziała.

Kelsier usiadł na pobliskim kamieniu, dając jej czas, aby ochłonęła. Wreszcie zapaliła trochę cyny z ołowiem, żeby uczucie pewności pomogło jej uspokoić nerwy.

- Dobrze sobie poradziłaś - rzekł Kelsier.

- Prawie się zabiłam.

- Każdy tak ma za pierwszym razem - odparł Kelsier. - Odpychanie stalą i Przyciąganie żelazem to niebezpieczne umiejętności. Możesz przebić się kawałkiem metalu, który przyciągniesz do swojego ciała, możesz skoczyć i pozostawić swoją kotwicę zbyt daleko albo popełnić dziesiątki innych błędów. Moje doświadczenie, choć także ograniczone, jest takie, że lepiej wcześniej znaleźć się w tak skrajnych okolicznościach, kiedy ktoś może nad tobą czuwać. W każdym razie teraz chyba rozumiesz, dlaczego każdy Allomanta stara się nosić na sobie możliwie jak najmniej metalu.

Vin skinęła głową, po czym zawahała się i sięgnęła ręką do ucha.

- Mój kolczyk - szepnęła. - Muszę przestać go nosić.

- Czy to klips? - zapytał.

Pokręciła głową.

- To mała zatyczka, pręcik z tyłu zagina się w dół.

- Więc nic się nie stanie - odparł Kelsier. - Metale w twoim ciele nie mogą być Odpychane ani Przyciągane. Inaczej inni Allomanci mogliby ci wyrywać metale z żołądka, kiedy je spalasz.

Dobrze wiedzieć, pomyślała.

- Dlatego też Inkwizytorzy chodzą tak spokojnie z parą stalowych szpil wystających im z głów. Metal przebija ich ciała, więc jest nieosiągalny dla innego Allomanty. Zachowaj kolczyk, jest mały, wiele z nim nie zdziałasz, ale w razie potrzeby możesz go użyć jako broni.

- Dobrze.

- A teraz jesteś gotowa, żeby iść?

Spojrzała w górę, na mur, szykując się do kolejnego skoku. Skinęła głową.

- Nie wracamy - rzekł Kelsier. - Chodź.

Zmarszczyła brwi, kiedy Kelsier ruszył w mgłę. Więc jednak ma jakiś cel, a może tylko chce się przejść nieco dalej? Dziwne, ale jego pełna uprzejmości nonszalancja sprawiała, że trudno go było rozszyfrować.

Pospieszyła za nim, nie chcąc zostać sama we mgle. Krajobraz wokół Luthadelu był nagi, jeśli nie liczyć paru krzaków i kęp zielska. Ciernie i suche liście, pokryte popiołem z ostatniej chmury, ocierały się o jej nogi. Ściółka trzeszczała pod nogami cicho, bo nocna rosa nieco ją zmoczyła.

Od czasu do czasu mijali sterty popiołu, które zostały wywiezione z miasta. W większości popiół jednak był zrzucany do rzeki Channerel, która przepływała przez miasto. Woda rozmywała go, a przynajmniej tak się wydawało Vin, bo inaczej cały kontynent byłby już dawno pogrzebany.

Starała się trzymać jak najbliżej Kelsiera. Przedtem już zdarzało jej się wędrować poza miasto, ale zawsze poruszała się w grupie wioślarzy - robotników skaa, którzy pływali barkami i długimi łodziami po licznych szlakach wodnych Ostatniego Imperium. Była to ciężka praca - większość arystokratów wykorzystywała skaa zamiast koni, żeby ciągnąć barki wzdłuż brzegu - ale sam fakt, że podróżowała, oznaczał już pewną wolność, większość skaa bowiem nigdy nie opuszczała swojego miasta czy plantacji.

Nieustanne wędrówki z miasta do miasta były pomysłem Reena: nie chciał się dać zamknąć. Zazwyczaj znajdował dla nich miejsca na barkach prowadzonych przez szajki złodziejskie, nigdy nie zagrzewając miejsca na dłużej niż rok. Zawsze w biegu, zawsze w ruchu, jakby przed czymś uciekał.

Szli dalej. Nocą nawet nagie wzgórza i pokryte krzakami równiny nabierały złowrogiego wyglądu. Vin milczała, starając się robić możliwie jak najmniej hałasu. Słyszała opowieści o różnych rzeczach, które wypełzały nocą na powierzchnię pod osłoną mgieł - nawet rozjaśnionych cyną, tak jak teraz - i przez cały czas miała wrażenie, że coś ją śledzi.

To wrażenie z każdą chwilą stawało się bardziej irytujące. Wkrótce zaczęła słyszeć szmery w ciemności. Były stłumione i słabe - trzask łamanych roślin, szuranie kroków niesione przez mgłę.

Zaczynam dostawać paranoi! - zganiła się, kiedy podskoczyła po kolejnym, na pół wyimaginowanym dźwięku. Wreszcie poczuła, że już dłużej tego nie zniesie.

- Kelsier! - zawołała gorączkowym szeptem, który w jej wspomaganych cyną uszach brzmiał niebezpiecznie głośno. - Kelsier, tam chyba coś jest!

- Hę?

- Chyba coś za nami idzie!

- Och - odparł - tak, masz rację. To mgielny upiór.

Zatrzymała się jak wryta. Kelsier szedł dalej.

- Kelsier! - zawołała. - Chcesz powiedzieć, że one istnieją?

- Oczywiście - odparł Kelsier. - Jak sądzisz, skąd się biorą te wszystkie historie?

Vin stała oszołomiona, niezdolna wykrztusić słowa.

- Chcesz go zobaczyć? - zapytał.

- Zobaczyć mgielnego upiora? - zapytała. - Czy ty...

Przystanęła.

Zachichotał i uśmiechnął się do niej.

- Mgielne upiory to niezbyt przyjemny widok, ale są dość nieszkodliwe. To w większości padlinożercy. Chodź.

Zawrócił po własnych śladach i skinął, żeby poszła za nim. Niechętnie, ale wiedziona zabójczą ciekawością, poszła za nim. Kelsier szedł szybko, prowadząc ją na szczyt nagiego, pozbawionego zarośli wzgórza. Przycupnął i gestem nakazał jej zrobić to samo.

- Mają niezbyt dobry słuch - wyjaśnił, kiedy przyklękła obok w grubym, pokrytym popiołem żwirze. - Ale ich zmysł węchu... czy może raczej smaku, jest dość wyostrzony. Prawdopodobnie idzie za nami w nadziei, że wyrzucimy coś jadalnego.

Vin zmrużyła oczy i spojrzała w mrok.

- Nie widzę go - mruknęła, usiłując dostrzec we mgle mroczną postać.

- Tam. - Pokazał palcem na niskie wzgórze.

Zmarszczyła czoło i wytężyła wzrok, spodziewając się zobaczyć coś na szczycie pagórka.

Wtedy pagórek się poruszył.

Vin podskoczyła. Ciemna masa - wysoka na dziesięć stóp i dwa razy dłuższa - ruszyła przed siebie dziwnym, powłóczystym krokiem i Vin pochyliła się, żeby zobaczyć go lepiej.

- Rozjarz cynę - poradził Kelsier.

Skinęła głową, przywołując eksplozję dodatkowych mocy Allomantycznych. Wszystko natychmiast stało się jaśniejsze.

To, co zobaczyła, wywołało w niej dreszcze - fascynacji, odrazy i czegoś więcej niż niepokoju. Stworzenie miało dymną, przejrzystą skórę i Vin mogła widzieć jego kości. Miało dziesiątki kończyn, a każda wyglądała, jakby pochodziła od innego zwierzęcia. Były tam ludzkie ręce, bydlęce racice, psie łapy i inne, których nie mogła zidentyfikować.

Niedopasowane członki pozwalały stworzeniu się poruszać, choć było to raczej pełzanie. Wędrowało powoli, jak niezgrabna stonoga. Wiele z członków nawet nie wyglądało na używane - po prostu sterczały z ciała zwierzęcia niczym poskręcane, nienaturalne kolce.

Ciało było bulwiaste i wydłużone. Nie była to jednak bezkształtna masa, lecz... w jego kształcie można było dostrzec pewną logikę. Widać było wyraźny szkielet, oraz - kiedy zmrużyła oczy - wydawało jej się, że widzi przejrzyste mięśnie i ścięgna otulające kości. Stworzenie, poruszając się, kurczyło mięśnie w przedziwne kłębowiska i wyglądało, jakby miało co najmniej tuzin klatek piersiowych. Wzdłuż całego ciała zwisały pod dziwacznymi kątami ramiona i nogi.

I głowy - naliczyła ich sześć. Pomimo przejrzystej skóry odróżniła końską głowę osadzoną obok głowy łani. W jej stronę zwróciła się trzecia głowa i Vin stwierdziła, że spogląda na ludzką czaszkę. Głowa spoczywała na długim kręgosłupie zwieńczającym jakiś zwierzęcy tors, który z kolei opierał się na przedziwnym kłębowisku kości.

Omal nie zwymiotowała.

- Co...? Jak...?

- Upiory mają elastyczne ciała - wyjaśnił. - Mogą ukształtować swoją skórę wokół dowolnej struktury kostnej i czasem są w stanie nawet odtworzyć mięśnie i organy, jeśli mają przykład, z którego mogą czerpać wzorce.

- Chcesz powiedzieć...?

Kelsier skinął głową.

- Kiedy znajdują ciało, otaczają je i trawią powoli mięśnie i organy. A potem, używając tego, co zjadły, jako wzorca, tworzą dokładny duplikat pożartej istoty. Nieco przestawiają części ciała - wydalając kości, których nie potrzebują, dodając te, które chcą mieć w swoim ciele - i tworzą taki kłąb, jak ten, który właśnie widzisz.

Vin obserwowała, jak stworzenie człapie przez pole, węsząc po jej śladach. Z jego podbrzusza zwisał płat oślizłej skóry, ciągnąc się po ziemi. Smakuje zapachy, pomyślała. Idzie za naszym zapachem. Pozwoliła, by jej cyna wróciła do normalnego stanu i upiór znów stał się ciemną plamą. Teraz jednak, kiedy widziała tylko jego sylwetkę, wydał jej się jeszcze bardziej nienaturalny.

- Czy są inteligentne? - zapytała. - Jeśli potrafią podzielić... ciało i użyć jego elementów tam, gdzie chcą?

- Inteligentne? - zapytał Kelsier. - Nie, ten jest młody. Więcej instynktu niż inteligencji.

Vin znowu zadrżała.

- Czy ludzie wiedzą o tych istotach? To znaczy, coś innego, niż legendy?

- Co masz na myśli, mówiąc "ludzie"? - zapytał Kelsier. - Wielu Allomantów wie o nich, jestem pewien, że Zakon też. Zwykli ludzie... cóż, po prostu nie wychodzą nocą. Większość skaa boi się i przeklina mgielne upiory, ale potrafią przeżyć całe życie, nie wiedząc, jak wyglądają.

- I mają szczęście - wymamrotała Vin. - Czemu ktoś czegoś z tym nie zrobi?

Kelsier wzruszył ramionami.

- Nie są aż tak niebezpieczne.

- Ten miał ludzką głowę!

- Prawdopodobnie znalazł trupa - odparł. - Nigdy nie słyszałem, aby upiór zaatakował dorosłego, zdrowego człowieka. Pewnie dlatego wszyscy je omijają. Ale oczywiście szlachta znalazła zastosowanie dla tych istot.

Spojrzała na niego pytająco, ale nie powiedział nic więcej. Wstał i zszedł z pagórka. Vin jeszcze raz rzuciła okiem w stronę nienaturalnej istoty, po czym ruszyła za Kelsierem.

- Po to mnie tu przyprowadziłeś? - zapytała.

Kelsier zachichotał.

- Mgielne upiory może i wyglądają strasznie, ale raczej nie są warte takiej wycieczki. Wybieramy się tam.

Podążyła wzrokiem za jego gestem i zdołała dostrzec zmianę w otaczającym ich krajobrazie.

- Imperialna droga? Zawróciliśmy do głównych bram miasta.

Kelsier skinął głową. Po krótkiej przechadzce - podczas której Vin oglądała się co najmniej trzy razy, żeby sprawdzić, czy upiór ich nie dogonił - wyszli z zarośli i znaleźli się na płaskiej, ubitej ziemi imperialnej drogi. Kelsier zatrzymał się, obserwując drogę w obu kierunkach. Vin zmarszczyła brwi, zastanawiając się, co on robi.

Wtedy zobaczyła powóz. Był zaparkowany przy drodze i Vin zauważyła, że stoi obok niego jakiś człowiek.

- Ho, Sazed - rzekł Kelsier, podchodząc do niego.

Mężczyzna skłonił się.

- Mistrzu Kelsier - rzekł. Jego łagodny głos dobrze niósł się w nocnym powietrzu. Brzmiały w nim nieco wyższe nuty i mówił z prawie melodyjnym akcentem. - Myślałem już, że postanowiłeś się nie zjawiać.

- Znasz mnie, Saze - rzekł Kelsier, jowialnie klepiąc tamtego po ramieniu. - Jestem wcieleniem punktualności. - Obejrzał się i zamachał do Vin. - To małe, lękliwe stworzenie to Vin.

- Ach tak - rzekł Sazed, starannie wymawiając każde słowo.

Vin podeszła bliżej, obserwując go uważnie. Sazed miał długą, płaską twarz i delikatne ciało. Był wyższy od Kelsiera - dość wysoki, by wydawało się to nie całkiem naturalne - a jego ręce były niezwykle długie.

- Jesteś Terrisaninem - powiedziała.

Jego płatki uszu były naciągnięte, a same uszy ozdobione kolczykami wzdłuż całej krawędzi. Miał na sobie przepyszne, kolorowe szaty terrisańskiego lokaja - strój uszyty był z haftowanych, nakładających się na siebie klinów w trzech kolorach domu jego pana.

- Tak, dziecko - rzekł Sazed, kłaniając się. - Znałaś wielu przedstawicieli mojego ludu?

- Nikogo - odparła. - Ale wiem, że arystokracja woli terrisańską służbę i dworzan.

- Istotnie - odrzekł Sazed i spojrzał na Kelsiera. - Jedziemy, mistrzu Kelsier. Jest późno, a my wciąż jesteśmy o godzinę drogi od Fellise.

Fellise, pomyślała Vin. Jedziemy spotkać się z uzurpatorem lordem Renoux.

Sazed otworzył drzwi powozu i zamknął je za nimi, kiedy wsiedli. Vin usiadła w pluszowym fotelu i słuchała, jak Sazed wspina się na kozioł i pogania konie.

***

Kelsier milczał. Zasłonki w oknach były opuszczone, odgradzając ich od mgły. A w kącie wisiała niewielka latarnia, częściowo osłonięta. Vin siedziała naprzeciwko niego, z podkulonymi nogami, ciasno owinięta mgielnym płaszczem, okrywającym jej ramiona i nogi.

Zawsze to robi, pomyślał Kelsier. Gdziekolwiek jest, stara się być możliwie jak najmniejsza, najmniej zauważalna. Jest taka napięta. Nawet kiedy siedziała w otwartej przestrzeni, starała się ukrywać.

Ale jest dzielna, tak czy owak. W czasie swego szkolenia Kelsier nie był aż tak skory, by rzucać się z murów miasta - Gemmel musiał go popchnąć.

Obserwowała go wielkimi, ciemnymi oczami. Kiedy zauważyła, że na nią patrzy, odwróciła wzrok, jeszcze bardziej kuląc się pod płaszczem. Jednak nieoczekiwanie przemówiła.

- Twój brat - powiedziała cicho. - Nie zgadzacie się ze sobą.

Kelsier uniósł brew.

- Nie. Nigdy nam to nie wychodziło. Szkoda. Powinniśmy, a jednak nie... nie umiemy.

- Jest starszy od ciebie?

Skinął głową.

- Często cię bił? - zapytała.

Zmarszczył brwi.

- Bił? Nie, nigdy tego nie robił.

- Nie pozwoliłeś mu? - zdziwiła się. - Może właśnie dlatego cię nie lubi. Jak się obroniłeś? Uciekłeś, czy po prostu byłeś silniejszy od niego?

- Vin, Marsh nigdy nawet nie próbował mnie bić. Kłóciliśmy się, owszem... ale nigdy tak naprawdę nie próbowaliśmy się krzywdzić.

Nie zaprzeczyła, ale widział, że mu nie wierzy.

Co za życie... pomyślał. W podziemiu był mnóstwo takich dzieciaków jak Vin. Oczywiście, wiele ginęło, zanim osiągnęło jej wiek. Kelsier był jednym ze szczęśliwców. Jego matka była pomysłową kochanką potężnego arystokraty, sprytną kobietą, która potrafiła przed swoim panem ukryć fakt, że jest skaa. Kelsier i Marsh wyrośli w uprzywilejowanej sytuacji - uznani za bękartów, ale wciąż arystokratycznych - dopóki ojciec wreszcie nie odkrył prawdy.

- Dlaczego mnie tego wszystkiego uczyłeś? - zapytała Vin. - Chodzi mi o Allomancję.

Kelsier zmarszczył brwi.

- Obiecałem ci przecież.

- Teraz, kiedy znam twoje tajemnice, co może mnie powstrzymać przed ucieczką od ciebie?

- Nic - odparł.

I znów jej nieufne spojrzenie powiedziało mu, że dziewczyna mu nie wierzy.

- Są metale, o których mi nie mówiłeś. Na spotkaniu pierwszego dnia powiedziałeś, że jest ich dziesięć.

Kelsier skinął głową i się pochylił.

- Bo jest. Ale nie pominąłem tych dwóch ostatnich dlatego, że chciałem coś przed tobą ukryć. One po prostu są... trudne do opanowania. Łatwiej będzie, jeśli najpierw poćwiczysz z podstawowymi. Jednak, jeśli chcesz poznać i te dwa, nauczę cię, kiedy dotrzemy do Fellise.

Zmrużyła oczy.

Kelsier wbił wzrok w sufit.

- Nie zamierzam cię oszukać, Vin. Ludzie w moich grupach służą dlatego, że chcą, a ja jestem skuteczny, ponieważ możemy na sobie wzajemnie polegać. Żadnego braku zaufania, żadnych zdrad.

- Z wyjątkiem jednej - szepnęła. - Zdrady, która zesłała cię do Czeluści.

Kelsier zamarł.

- Skąd o tym wiesz?

Wzruszyła ramionami.

Westchnął, pocierając czoło dłonią. Nie tego chciał w tej chwili... chciał drapać swoje blizny, te, które biegły wzdłuż palców i dłoni, wspinając się ku ramionom. Powstrzymał się.

- Nie jest to coś, o czym chciałbym rozmawiać - rzekł.

- Więc był zdrajca - odrzekła.

- Nie wiemy tego na pewno. Nieważne. Moje szajki działają w oparciu o zaufanie. To oznacza, że nie ma przymusu. Jeśli chcesz odejść, możemy w tej chwili wracać do Luthadelu. Pokażę ci dwa ostatnie metale i ruszaj swoją drogą.

- Nie mam dość pieniędzy, żeby przetrwać sama - szepnęła.

Kelsier sięgnął pod płaszcz i wyciągnął sakiewkę z monetami. Rzucił ją na siedzenie obok Vin.

- Trzy tysiące skrzyńców. Pieniądze, które zabrałem Camonowi.

Spojrzała nieufnie na sakiewkę.

- Bierz to - rzekł Kelsier. - To ty na nie zarobiłaś... z tego, co zrozumiałem, to twoja Allomancja stanowiła podstawę ostatnich sukcesów Camona. To ty ryzykowałaś, Popychając uczucia obligatora.

Nie poruszyła się.

Dobrze, pomyślał. Uniósł dłoń i zastukał w dach powozu. Pojazd zatrzymał się i po chwili w oknie pojawiła się głowa Sazeda.

- Saze, zawróć powóz - poprosił Kelsier. - Zabierz nas z powrotem do Luthadelu.

- Tak, mistrzu Kelsier.

Powóz potoczył się w kierunku, z którego nadjechał. Vin milczała, ale wydawała się nieco mniej pewna siebie. Zezowała na sakiewkę.

- Mówię poważnie, Vin - rzekł. - Nie mogę mieć w grupie nikogo, kto nie chce ze mną pracować. To nie jest kara, po prostu tak musi być.

Nie odpowiedziała. Ryzykował, puszczając ją wolno... ale zmuszenie do pozostania było ryzykiem jeszcze większym. Kelsier siedział, próbując czytać w jej myślach, usiłując ją zrozumieć. Czy jeśli odejdzie, zdradzi ich Ostatniemu Imperium? Uznał, że nie. Nie była złą osobą.

Myślała tylko, że wszyscy inni są źli.

- Uważam, że twój plan jest szalony - szepnęła.

- To samo myśli połowa mojej grupy.

- Nie pokonacie Ostatniego Imperium.

- Nie musimy - odparł Kelsier. - Musimy tylko znaleźć armię dla Yedena, a potem opanować pałac.

- Ostatni Imperator was powstrzyma - odrzekła. - Nie możecie go pokonać. Jest nieśmiertelny.

- Mamy Jedenasty Metal - szepnął Kelsier. - Znajdziemy sposób, żeby go zabić.

- Zakon jest zbyt potężny. Znajdą waszą armię i zniszczą ją.

Kelsier pochylił się i spojrzał jej w oczy.

- Uwierzyłaś mi na tyle, żeby skoczyć ze szczytu muru, a ja cię złapałem. Musisz zaufać mi i tym razem.

Było widać, że Vin nie lubi słowa "zaufanie". Obserwowała Kelsiera uważnie w słabym świetle latarni, milcząc tak długo, że ta cisza stała się nagle kłopotliwa.

Wreszcie chwyciła sakiewkę i szybko wsunęła pod płaszcz.

- Zostaję - rzekła. - Ale nie dlatego, że ci ufam.

Kelsier uniósł brew.

- A dlaczego?

Wzruszyła ramionami, ale kiedy odpowiedziała, wydawała się całkowicie szczera.

- Bo chcę zobaczyć, co się stanie.

***

Posiadanie twierdzy w Luthadelu świadczyło o wysokim statusie rodu arystokratycznego. Jednakże posiadanie twierdzy nie oznaczało, że trzeba było w niej mieszkać, przynajmniej nie przez cały czas. Wiele rodzin utrzymywało rezydencje w miastach poza Luthadelem.

Mniej zatłoczone, czystsze i mniej przestrzegające praw imperialnych Fellise było bogatym miastem. Zamiast potężnych, obwarowanych twierdz wypełniały je eleganckie posesje i wille. Niektóre ulice nawet obsadzono drzewami - w większości osikami, których mlecznobiała kora była najwyraźniej niewrażliwa na odbarwienia popiołem.

Vin obserwowała spowite w mgłę miasto przez okno powozu. Poprosiła, by Kelsier zgasił latarnię wewnątrz. Paląc cynę, mogła spokojnie przyglądać się ładnie rozplanowanym i doskonale utrzymanym ulicom. Była to dzielnica Fellise, do której prawie nigdy się nie zapuszczała. Pomimo wspaniałości bogatych dzielnic, slumsy wyglądały w nim niezmiernie podobnie do slumsów w innych miastach.

Kelsier przyglądał się ze zmarszczonym czołem ulicom.

- Nie lubisz takiego marnotrawstwa - domyśliła się. Mówiła cicho, niemal szeptem. Dźwięk i tak dotrze do wyczulonych uszu Kelsiera. - Widzisz bogactwa tego miasta i myślisz o skaa, którzy na to pracowali.

- Częściowo - zgodził się Kelsier. - Ale jest w tym coś więcej. Biorąc pod uwagę, ile pieniędzy się na to wydaje, to miasto powinno być przepiękne.

Przechyliła głowę.

- Przecież jest.

Kelsier pokręcił głową.

- Domy wciąż są w czarnych plamach. Ziemia jest jałowa i pozbawiona życia. Drzewa wypuszczają brązowe liście.

- Oczywiście, że brązowe. A jakie miałyby być?

- Zielone - odparł. - Wszystko powinno być zielone.

Zielone? - pomyślała Vin. Co za dziwaczny pomysł. Próbowała sobie wyobrazić drzewa z zielonymi liśćmi, ale ów obraz wydał jej się głupi. Kelsier naprawdę miał swoje dziwactwa - choć z drugiej strony człowiek, który spędził tyle czasu w Czeluściach Hathsin, miał prawo do odrobiny zdziwaczenia.

Odwrócił się do niej.

- Nim zapomnę, jest jeszcze parę rzeczy, których powinnaś się dowiedzieć o Allomancji.

Skinęła głową.

- Po pierwsze, pamiętaj, żeby przed snem spalić wszystkie nieużywane metale, jakie w tobie pozostały. Niektóre z metali, których używamy, są trujące i lepiej nie zasypiać z nimi w żołądku.

- Dobrze - odparła.

- Również nie próbuj nigdy spalać metalu, który nie jest jednym z dziesięciu. Ostrzegałem cię już, że niezbyt czyste metale i stopy mogą ci zaszkodzić. Cóż, jeśli spróbujesz spalać metal, który nie jest Allomantyczny, możesz umrzeć.

Dobrze wiedzieć, pomyślała.

- Aha - rzekł Kelsier, odwracając się do okna. - Proszę bardzo, oto jesteśmy: świeżo zakupiony Manor Renoux. Powinnaś zdjąć płaszcz. Tutejsi ludzie są wobec nas lojalni, ale zawsze lepiej zachować ostrożność.

Vin zgadzała się z nim całkowicie. Zdjęła płaszcz i Kelsier schował go w swoim plecaku. Znów wyjrzała przez okno, spoglądając poprzez mgłę na posiadłość, do której się zbliżali. Posesja miała niski kamienny mur i żelazną bramę. Kiedy Sazed się przedstawił, dwóch strażników wpuściło ich na dziedziniec.

I tu droga także była wysadzona osikami, a na szczycie wzgórza było widać spory pałacyk, rozsiewający z okien widmowe światło.

Sazed zatrzymał powóz przed wejściem, po czym podał lejce służącemu i zsiadł z kozła.

- Witamy w Manor Renoux, panienko Vin - rzekł, otwierając drzwi i podając jej dłoń.

Vin spojrzała na zaofiarowaną rękę, ale nie skorzystała i sama wygramoliła się z powozu. Terrisanin nie wydawał się urażony jej odmową.

Stopnie wiodące do pałacyku były oświetlone podwójnym rzędem słupów z latarniami. Kiedy Kelsier wyskoczył z powozu, Vin spostrzegła grupę mężczyzn zbierających się u szczytu szerokich marmurowych schodów. Kelsier wspiął się na górę kilkoma sprężystymi susami, Vin poszła za nim, dostrzegając, jak czyste są stopnie. Muszą być regularnie szorowane, żeby popiół nie pozostawiał plam. Czy skaa służący w tym domu wiedzą, że ich pan to oszust? Jak "łaskawy" plan obalenia Ostatniego Imperium Kelsiera pomoże pospolitym ludziom, którzy sprzątają te schody?

Chudy, podstarzały "lord Renoux" miał na sobie bogaty strój, a na nosie arystokratyczne okulary. Rzadkie, siwiejące wąsy ocieniały usta lorda, który - pomimo wieku - nie korzystał z laski. Z szacunkiem skłonił się Kelsierowi, ale zachował dystyngowaną postawę. Vin natychmiast zrozumiała jedno: ten człowiek wie, co robi.

Camon dość zręcznie umiał się wcielać w arystokratę, ale jego nadęta mina zawsze nieco bawiła Vin, wydając jej się zbyt dziecinna. Oczywiście, istnieli tacy szlachcice jak Camon, ale największy szacunek wzbudzali tacy, jak lord Renoux: spokojni, pewni siebie. Ludzie, którzy swoje szlachectwo objawiali raczej postawą niż umiejętnością pogardliwego wyrażania się o innych. Vin musiała starać się z całych sił, aby nie kulić się za każdym razem, kiedy jego spojrzenie padało na nią. Za bardzo wydawał się szlachcicem, a ona nauczona była odruchowo unikać ich uwagi.

- Posesja wygląda znacznie lepiej - rzekł Kelsier, ściskając dłoń Renoux.

- Tak, sam jestem pod wrażeniem postępów - odparł Renoux. - Moje ekipy sprzątające są bardzo skuteczne. Dajcie nam jeszcze trochę czasu, a dom będzie tak wspaniały, że nie zawaham się ugościć tutaj samego Ostatniego Imperatora!

Kelsier zachichotał.

- Ale by to było dziwne przyjęcie. - Odstąpił na krok i gestem wskazał Vin. - A oto młoda dama, o której mówiłem.

Renoux przyjrzał się jej uważnie i Vin natychmiast odwróciła wzrok. Nie lubiła, gdy ludzie jej się przyglądali w ten sposób - odnosiła wrażenie, że się zastanawiają, jak ją wykorzystać.

- Musimy jeszcze porozmawiać o tym, Kelsierze - rzekł Renoux, wskazując gestem wejście do domostwa. - Godzina jest późna, więc...

Kelsier wszedł do budynku.

- Późna? Przecież dopiero północ. Każ ludziom przygotować coś do jedzenia. Lady Vin i ja nie jedliśmy jeszcze kolacji.

Brak kolacji nie był dla Vin niczym nowym. Renoux jednak natychmiast skinął na służbę, a ta bez chwili ociągania zaczęła się krzątać. Renoux wszedł do budynku i Vin podążyła za nim, ale zatrzymała się w przejściu. Sazed czekał cierpliwie za jej plecami.

Kelsier przystanął również, kiedy zauważył, że została w tyle. Odwrócił się.

- Vin?

- Tu jest tak... czysto - szepnęła, niezdolna do wymyślenia innego określenia. Czasem na wypadach widywała domy szlachty, ale zwykle było to w nocy i w głębokiej ciemności. Nie była przygotowana na jaskrawo oświetlony widok, który teraz ukazał się jej oczom.

Białe marmurowe podłogi błyszczały, odbijając światła kilkunastu lamp. Wszystko było... nieskazitelne. Ściany pozostawiono białe, jeśli nie liczyć tradycyjnych fresków przedstawiających zwierzęta. Nad podwójnymi schodami wisiał lśniący kandelabr, a inne dekoracje pomieszczenia - kryształowe rzeźby, wazony z gałęziami osiki - były nieskażone popiołem, najmniejszą plamą czy odciskiem palca.

Kelsier zachichotał.

- Jej reakcja chyba wiele mówi o powodzeniu twoich wysiłków - rzekł do lorda Renoux.

Weszli do budynku. Skręcili w prawo, wchodząc do Sali, gdzie biel została cokolwiek złagodzona dodatkiem brązowych mebli i draperii.

Renoux przystanął.

- Może lady skorzysta z okazji i orzeźwi się nieco - rzekł do Kelsiera. - Są pewne kwestie hmmm... delikatnej natury, które chciałbym z tobą omówić.

Kelsier wzruszył ramionami.

- Naturalnie - rzekł, idąc za Renoux w stronę drugich drzwi. - Saze, czy możesz dotrzymać towarzystwa Vin, dopóki nie omówimy z lordem Renoux naszych spraw?

- Oczywiście, mistrzu Kelsier.

Kelsier uśmiechnął się, zerkając na Vin, i dziewczyna nagle zrozumiała, że zostawia z nią Sazeda, żeby nie mogła podsłuchiwać.

Rzuciła za nim zirytowane spojrzenie. Czy ty mówiłeś coś na temat zaufania, Kelsierze? Zdecydowanie jednak bardziej irytowała sama siebie, czując własny niepokój. Co ją to obchodzi, że Kelsier uznał za stosowne coś przed nią ukryć? Przez całe życie bywała ignorowana i pomijana i jakoś nigdy do tej pory jej to nie przeszkadzało, gdy inni członkowie gangu wykluczali ją ze swoich sesji planowania.

Usiadła w grubo wyściełanym brązowym fotelu i podciągnęła stopy pod siebie. Wiedziała, w czym tkwi problem. Kelsier okazywał jej zbyt wiele szacunku, co sprawiało, że czuła się zbyt ważna. Zaczynała myśleć, że należy jej się udział w tych sekretnych zwierzeniach. Śmiech Reena w głębi jej mózgu zdyskredytował te naiwne myśli i Vin siedziała teraz zdenerwowana i na siebie, i na Kelsiera, czując wstyd, choć nie do końca wiedziała, z jakiego powodu.

Służba Renoux przyniosła jej na tacy bułeczki i owoce. Postawili obok jej fotela niewielki stolik, a nawet podali jej kryształowy kielich wypełniony lśniącym czerwonym płynem. Nie wiedziała, czy to wino, czy sok, i nie chciała sprawdzać. Za to poskubała trochę jedzenia -instynkt nie pozwolił jej zrezygnować z darmowego posiłku, nawet jeśli przygotowywały go nieznajome ręce.

Sazed stanął tuż za jej fotelem, po prawej. Czekał, wyprostowany, z dłońmi złożonymi na piersi, ze wzrokiem wlepionym przed siebie. Miała to być zapewne postawa pełna szacunku, ale w najmniejszym stopniu nie poprawiała nastroju Vin.

Dziewczyna starała się skoncentrować na otoczeniu. Czuła się niepewnie wśród takiego przepychu - miała wrażenie, że nie pasuje tu tak, jak czarna plama nie pasuje do czystego dywanu. Nie jadła bułeczek, z obawy, że nakruszy na podłogę, martwiła się też, że stopami i nogami - które nosiły ślady popiołu z wędrówki po bezdrożach - pobrudzi meble.

I cała ta czystość kosztem ciężkiej pracy skaa, pomyślała. Właściwie dlaczego się przejmuję, że coś pobrudzę? Wiedziała jednak, że nie potrafi czuć urazy, ponieważ były to jedynie pozory. "Lord Renoux" musiał zachować pewien poziom elegancji, inaczej stałby się podejrzany.

Coś jeszcze sprawiało, że nie czuła wyrzutów sumienia. Służba była zadowolona. Zajmowali się swoimi obowiązkami rzeczowo i profesjonalnie, w ich pracy nie wyczuwało się znużenia. W korytarzach było słychać śmiech. Ci skaa nie byli źle traktowani - niezależnie od tego, czy wiedzieli o planie Kelsiera, czy nie.

Vin zmusiła się zatem do zjedzenia owoców, ziewając od czasu do czasu. Zdaje się, że to będzie naprawdę długa noc. Wreszcie służba zostawiła ją samą, ale Sazed wciąż nad nią stał.

Nie jestem w stanie tak jeść, pomyślała z irytacją.

- Czy mógłbyś nie stać tak nad moim ramieniem?

Suzed skinął głową. Zrobił dwa kroki w przód i stał teraz obok jej fotela, zamiast za nim. Przyjął tę samą sztywną postawę, górując nad nią dokładnie tak samo jak przedtem.

Vin zmarszczyła gniewnie brwi, kiedy spostrzegła uśmiech na jego ustach. Spojrzał na nią z błyskiem w oku, zadowolony z żartu, po czym podszedł i usiadł naprzeciwko niej.

- Nigdy dotąd nie znałam Terrisanina z poczuciem humoru - zauważyła oschle Vin.

Sazed uniósł brew.

- Odniosłem wrażenie, że panienka nie znała żadnego Terrisanina, panienko Vin.

Vin się zawahała.

- No dobrze, nie słyszałam nigdy o Terrisaninie z poczuciem humoru. Podobno jesteście strasznie sztywni i formalni.

- Jesteśmy tylko subtelni, panienko - odparł Sazed. Siedział sztywno, a jednak sprawiał wrażenie... zrelaksowanego. Wydawało się, że jest mu równie wygodnie w wytwornej, sztywnej pozycji siedzącej, jak innym ludziom w półleżącej.

Właśnie tacy mają być. Doskonali służący, całkowicie lojalni wobec Ostatniego Imperium.

- Czy coś panienkę kłopocze, panienko Vin? - zapytał Sazed, widząc, że jest obserwowany.

Ciekawe, ile on wie? Może nawet nie zdaje sobie sprawy, że Renoux nie jest sobą.

- Zastanawiałam się tylko, jak... się tutaj znalazłeś - odparła.

- Chodzi ci o to, jak terrisański lokaj znalazł się w samym środku rebelii zamierzającej obalić Ostatnie Imperium? - zapytał cicho Sazed.

Zaczerwieniła się. Był jednak bardzo dobrze poinformowany.

- To intrygujące zagadnienie, panienko - rzekł. - Z pewnością moja sytuacja nie jest zwyczajna. Powiedziałbym, że przybyłem tu z powodu wiary.

- Wiary?

- Tak - odparł Sazed. - Powiedz, panienko, w co ty wierzysz?

Zmarszczyła brwi.

- A co to za pytanie?

- Myślę, że jedno z ważniejszych.

Vin milczała, ale było widać, że Sazed oczekuje od niej odpowiedzi, więc tylko wzruszyła ramionami.

- Nie wiem.

- Ludzie często tak mówią - rzekł Sazed. - Ale wiem, że rzadko jest to prawdą. Czy wierzysz w Ostatnie Imperium?

- Wierzę, że jest silne - odparła Vin.

- Nieśmiertelne?

Znów wzruszyła ramionami.

- Do tej pory było.

- A Ostatni Imperator? Czy jest Wzniesionym Wcieleniem Boga? Czy wierzysz, że tak jak naucza Zakon, jest Skrawkiem Nieskończoności?

- Ja.. nigdy przedtem się nad tym zastanawiałam.

- A może powinnaś - odrzekł Sazed. - Jeśli po zastanowieniu się dojdziesz do wniosku, że nauki Zakonu ci nie odpowiadają, wówczas będę zachwycony, mogąc zaoferować ci alternatywę.

- Jaką alternatywę?

- To zależy. Moim zdaniem prawdziwa wiara jest jak dobry płaszcz. Jeśli ci pasuje, jest ci w nim ciepło i wygodnie. Niedopasowany może udusić.

Vin zawahała się, lekko marszcząc brwi, ale Sazed tylko się uśmiechnął. Wróciła do przerwanego posiłku. Po krótkim czasie boczne drzwi otwarły się i do Sali wrócili Kelsier i Renoux.

- A teraz - rzekł Renoux, kiedy obaj z Kelsierem usadowili się wygodnie, a grupa służących podała kolejną tacę z posiłkiem - porozmawiajmy o dziecku. Powiedziałeś, że ten człowiek który miał odgrywać mojego dziedzica, nie zrobi tego?

- Niestety - odparł Kelsier, szybko rozprawiając się z jedzeniem.

- To bardzo komplikuje sprawy - odparł Renoux.

Kelsier wzruszył ramionami.

- Po prostu to Vin będzie twoją dziedziczką.

Renoux pokręcił głową.

- Dziewczynka w jej wieku może dziedziczyć, ale byłoby podejrzane, dlaczego wybrałem właśnie ją. W linii Renoux istnieje sporo legalnych kuzynów, którzy byliby znacznie lepszym wyborem. I tak dość trudno byłoby przepchnąć człowieka w średnim wieku. A młoda dziewczyna... nie, zbyt wielu ludzi zaczęłoby interesować się jej pochodzeniem. Nasze fałszywe powiązania rodzinne zniosą pobieżną analizę, ale gdyby ktoś rzeczywiście zechciał wysłać posłańców, aby sprawdzili jej pochodzenie...

Kelsier zmarszczył brwi.

- Poza tym - dodał Renoux - jest jeszcze jeden problem. Jeśli mianują moją spadkobierczynią młodą, niezamężną dziewczynę, stanie się ona natychmiast jedną z najlepszych partii w Luthadelu. Bardzo trudno jej będzie szpiegować, jeśli zostanie otoczona aż takim zainteresowaniem.

Vin zarumieniła się. Z zaskoczeniem stwierdziła, że jej serce ścisnęło się na słowa starego oszusta. A więc Kelsier tylko taką rolę przydzielił mi w swoim planie. Jeśli nie mogę tego robić, do czego się nadam w grupie?

- Więc co proponujesz? - zapytał Kelsier.

- Cóż, nie musi być moją dziedziczką - odparł Renoux. - A gdyby po prostu była młodą krewną, którą zabrałem ze sobą do Luthadelu? Może obiecałem jej rodzicom - odległym, ale lubianym kuzynom - że przedstawię ich córkę na dworze? Każdy uzna, że moim skrytym motywem jest dobrze wydać ją za mąż, najlepiej za kogoś z wysokich rodów, tym samym zdobywając kolejne powiązanie z możnymi. Ona sama jednak nie zwróci szczególnej uwagi - będzie miała niski status, że nie wspomnę o pewnym wiejskim charakterze.

- Co wyjaśni też, dlaczego jest mniej wytworna niż pozostali dworzanie - rzekł Kelsier. - Nie obraź się, Vin.

Vin spojrzała na niego, przyłapana w pół gestu, kiedy chowała owiniętą w serwetkę bułeczkę do kieszeni koszuli.

- Dlaczego miałabym się obrazić?

Kelsier uśmiechnął się.

- Nieważne.

Renoux skinął głową.

- Tak, to będzie znacznie lepsze. Wszyscy uważają, że Ród Renoux w końcu dołączy do wysokiej szlachty, więc z grzeczności przyjmą Vin w swoich szeregach. Jednak ona sama będzie wystarczająco mało ważna, by większość osób ją ignorowało. Idealna sytuacja, jeśli ma wywiązać się ze swojego zadania.

- Podoba mi się to - odrzekł Kelsier. - Niewiele osób oczekuje od człowieka w twoim wieku i o twoich zainteresowaniach handlowych, że będzie interesował się balami i przyjęciami, ale posiadanie młodej przedstawicielki, którą będziesz mógł posłać zamiast uprzejmej odmowy, tylko poprawi twoją reputację.

- W istocie - zgodził się Renoux. - Ale potrzebny jej będzie pewien szlif... i to nie tylko w wyglądzie.

Vin skuliła się pod ich uważnymi spojrzeniami. Wydawało się, jakby jej udział w planie nabrał rozpędu, a ona nagle zrozumiała, co to oznacza. Już w towarzystwie Renoux czuła się niepewnie - a on był tylko udawanym szlachcicem. Jak zareaguje na całą salę prawdziwej szlachty?

- Obawiam się, że będę musiał na jakiś czas wypożyczyć od ciebie Sazeda - rzekł Kelsier.

- Masz absolutną rację - odparł Renoux. - W gruncie rzeczy przecież to nie mój lokaj, tylko twój.

- Właściwie - zaoponował Kelsier - on chyba już nie jest niczyim lokajem, co, Saze?

Sazed przechylił głowę.

- Terrisanin bez pana jest jak żołnierz bez broni, mistrzu Kelsier. Byłem szczęśliwy, służąc lordowi Renoux, zapewne będę także szczęśliwy, wracając na służbę do pana.

- O nie, nie wrócisz do mnie na służbę - rzekł Kelsier.

Sazed uniósł brew.

Kelsier skinął głową w stronę Vin.

- Renoux ma rację. Vin musi się trochę podszkolić, a ja znam wielu arystokratów, którzy nie są tak wytworni jak ty. Czy myślisz, że możesz pomóc ją przygotować?

- Jestem pewien, że mogę pomóc młodej damie - odparł Sazed.

- Dobrze. - Kelsier się uśmiechnął, wcisnął do ust ostatnie ciastko i wstał. - Cieszę się, że to już ustalone, ponieważ zaczynam czuć się zmęczony. A biedna Vin wygląda, jakby miała zamiar zdrzemnąć się z talerzem owoców pod głową.

- Nieprawda - odpowiedziała natychmiast Vin, ale jej słowom zaprzeczyło częściowo stłumione ziewnięcie.

- Sazed - rzekł Renoux - czy możesz odprowadzić ich do pokoi gościnnych?

- Oczywiście, panie Renoux - odparł Sazed, wstając.

Vin i Kelsier ruszyli za wysokim Terrisaninem, a służący natychmiast zajęli się sprzątaniem resztek posiłku. Zostawiłam jedzenie na talerzu, zauważyła Vin, czując ogarniającą ją senność. Nie była pewna, co o tym myśleć.

Weszli po schodach i skręcili w boczny korytarz. Kelsier dogonił Vin.

- Przepraszam, że na chwilę musiałem cię zostawić, Vin.

Wzruszyła ramionami.

- Nie muszę znać wszystkich planów.

- Nonsens - odparł Kelsier. - Twoja dzisiejsza decyzja sprawia, że jesteś częścią grupy w takim samym stopniu jak pozostali. Moja rozmowa z Renoux była jednak natury całkowicie prywatnej. Jest wspaniałym aktorem, ale czuje się bardzo źle, ponieważ ludzie znają okoliczności, w jakich zajął miejsce lorda Renoux. Uwierz mi, nic, o czym rozmawialiśmy, nie ma najmniejszego wpływu na twoją rolę w planie.

Vin się nie zatrzymywała.

- Wierzę ci.

- Dobrze - odparł z uśmiechem Kelsier, poklepując ją po ramieniu. - Saze, potrafię znaleźć drogę do pokoju gościnnego dla panów... przecież to ja w końcu kupiłem ten dom.

- Doskonale, mistrzu Kelsier - rzekł Sazed z pełnym szacunku ukłonem.

Kelsier posłał Vin uśmiech i odwrócił się, ruszając w głąb korytarza charakterystycznym dla siebie, energicznym krokiem.

Vin obserwowała go przez chwilę, po czym poszła za Sazedem do drugiego bocznego korytarza, rozważając w myśli trening Allomancji, rozmowę z Kelsierem w powozie, a także jego obietnicę sprzed kilku minut. Trzy tysiące skrzyńców - mała fortuna w monetach - dziwnie ciążyły jej u pasa.

Wreszcie Sazed otwarł przed nią drzwi, ale wszedł pierwszy, by zapalić latarnie.

- Pościel jest świeża, rano przyślę pokojówki, by przygotowały panience kąpiel. - Odwrócił się, podając jej świecę. - Będzie panienka jeszcze czegoś potrzebować?

Pokręciła głową. Sazed uśmiechnął się, życzył jej dobrej nocy, po czym wyszedł. Vin stała przez chwilę, rozglądając się po pokoju. Potem odwróciła się i wyjrzała na korytarz.

- Sazed?! - zawołała.

Lokaj przystanął i się obejrzał.

- Tak, panienko Vin?

- Kelsier - wyszeptała. - To dobry człowiek, prawda?

Sazed się uśmiechnął.

- Bardzo dobry, panienko. Jeden z najlepszych, jakich znam.

Vin skinęła głową.

- Dobry człowiek - mruknęła. - Chyba nigdy wcześniej nie znałam dobrych ludzi.

Sazed uśmiechnął się, z szacunkiem skłonił głowę i odwrócił się, żeby odejść.

Vin zamknęła drzwi.

 

Czasem martwię się, że nie jestem tym bohaterem, za którego wszyscy mnie mają.

Filozofowie zapewniają mnie, że to właściwy czas, że pojawiły się wszystkie znaki.

Wciąż jednak zastanawiam się, czy nie mylą się co do człowieka. Tylu ludzi jest ode mnie zależnych. Powiadają, że trzymam w ramionach los całego świata.

Co by powiedzieli, gdyby się dowiedzieli, że ich obrońca - Bohater Wieków, ich zbawca - wątpi sam w siebie? Może nie byliby wcale zaskoczeni. Właściwie to mnie martwi najbardziej. Może w głębi serca zastanawiają się - tak samo jak ja.

Czy kiedy na mnie spojrzą, zobaczą kłamcę?

Prolog

Z nieba sypał się popiół.

Lord Tresting zmarszczył brwi, podnosząc wzrok na ciemne, południowe niebo, podczas gdy jego służący pospieszyli z parasolem, by osłonić nim lorda i jego dostojnego gościa. Popiół lecący z nieba nie był aż tak niezwykłym zjawiskiem w Ostatecznym Imperium, ale Tresting miał nadzieję, że uniknie czarnych plam sadzy na swej nowej kamizelce i czerwonej kurtce, które właśnie przybyły barką aż z Luthadelu. Na szczęście nie było wiatru - parasol powinien wystarczyć.

Tresting i jego gość stali na patio, znajdującym się na niewielkim wzgórku ponad polami. W opadającym popiele pracowały setki ludzi, odzianych w brunatne kaftany, usiłując ochronić zbiory. Ich ruchy były leniwe i powolne, ale oczywiście to normalne u skaa. Chłopi byli nieruchawą, nieproduktywną bandą. Oczywiście, nigdy się nie skarżyli, wiedzieli, że im się to nie opłaca. Po prostu pracowali zgarbieni, krzątając się cicho i apatycznie. Świszczący obok pejcz ekonoma na chwilę budził ich do żywszych działań, ale skoro tylko nadzorca przeszedł, wracali do poprzedniego, leniwego tempa.

- Ktoś mógłby pomyśleć, że tysiąc lat pracy w polu wystarczy, aby nabrali choć trochę wprawy - zwrócił się Tresting do mężczyzny, stojącego obok niego.

Obligator spojrzał na niego i uniósł brew. Grymas ten podkreślił jego najbardziej wyrazisty rys twarzy - skomplikowane tatuaże, które drobną koronką okalały oczy. Tatuaże były rozległe, sięgały od czoła i obejmowały oba policzki. Był pełnym prelanem - naprawdę ważnym obligatorem. Tresting miał w posiadłości własnych, osobistych obligatorów, ale byli to jedynie pośledni funkcjonariusze, z niewielu znakami wokół oczu. Ten człowiek przypłynął z Luthadel na tej samej barce, którą przybył nowy strój Trestinga.

- Powinieneś widzieć skaa z miasta, Tresting - odparł obligator, spoglądając znowu na robotników skaa. - Ci są całkiem pilni, w porównaniu z ich braćmi z Luthadelu. Masz nad nimi bardziej... bezpośrednią kontrolę. Jak ci się zdaje, ilu stracisz w tym miesiącu?

- Och, pół tuzina, albo trochę więcej - odparł Tresting. - Kilku po chłoście, kilku ze zmęczenia.

- Ucieczki?

- Nigdy! - odparł Tresting. - Kiedy odziedziczyłem ziemię po ojcu, miałem kilka ucieczek, ale zlikwidowałem rodziny uciekinierów. Pozostałym szybko przeszła ochota. Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy mieli problemy ze swoimi skaa... uważam, że te istoty łatwo kontrolować, jeśli okaże się odpowiednią stanowczość.

Obligator skinął głową i stał w milczeniu, spowity szarą szatą. Wydawał się zadowolony - bardzo dobrze. Skaa nie byli tak naprawdę własnością Trestinga. Podobnie jak wszyscy inni skaa, należeli do Pana Władyki. Tresting jedynie wypożyczał pracowników od swego Boga, tak samo, jak płacił za usługi swych obligatorów.

Obligator spojrzał w dół, sprawdzając czas na kieszonkowym zegarku, po czym podniósł wzrok na słońce. Pomimo deszczu popiołu słońce jasno świeciło na niebie, wyzierając jaskrawoczerwoną tarczą zza dymnej ciemności nieba. Tresting wyjął chusteczkę i otarł czoło, wdzięczny za cień parasola, osłaniający go przed południowym upałem.

- Doskonale, Tresting - rzekł obligator. - Przekażę twoją propozycję lordowi Venture, tak jak sobie tego życzysz. Dostanie ode mnie przychylne sprawozdanie z twoich działań.

Tresting pohamował westchnienie ulgi. Obligator był obowiązkowym świadkiem w każdej transakcji i przy zawieraniu umów przez szlachtę. Oczywiście, świadkami mogli być pośledniejsi obligatorzy, tacy jakich zatrudniał Tresting, ale wywarcie wrażenia na osobistym obligatorze Straffa Venture znaczyło o wiele więcej.

Obligator spojrzał na niego.

- Dziś po południu wracam kanałem.

- Tak szybko? - zapytał Tresting. - Nie zostaniesz na kolacji?

- Nie - odrzekł obligator. - Choć jest jeszcze jedna sprawa, którą chciałbym przedyskutować z tobą. Nie przybyłem tylko na żądanie lorda Venture, lecz również, aby... przyjrzeć się pewnym kwestiom z ramienia Kantonu Inkwizycji. Krążą plotki, że lubisz zabawiać się z kobietami skaa.

Trestingowi przeszły po plecach ciarki.

Obligator uśmiechnął się; próbował być rozbrajający, ale Tresting uznał, że jest raczej upiorny.

- Nie wpadaj w przerażenie, Tresting - odrzekł. - Jeśli naprawdę twoje zachowanie dawałoby powody do niepokoju, zamiast mnie byłby tu teraz Stalowy Inkwizytor.

Tresting powoli skinął głową. Inkwizytor. Nigdy do tej pory nie widział tych nieludzkich istot, ale słyszał... opowieści.

- Zostałem usatysfakcjonowany w kwestii twoich relacji z kobietami skaa - rzekł obligator, spoglądając znów na pola. - Z tego, co widziałem i słyszałem, zawsze zacierasz za sobą ślady. Taki człowiek, jak ty - sprawny, produktywny - mógłby w Luthadel zajść daleko. Jeszcze kilka lat pracy, parę dobrych interesów i kto wie?

Obligator odwrócił się, a Tresting poczuł, że się uśmiecha. Nie była to obietnica, nawet wyraz poparcia - obligatorzy w większości byli bardziej biurokratami i świadkami niż duchownymi - ale usłyszeć taką pochwałę z ust jednego z osobistych sług Ostatniego Imperatora... Tresting wiedział, że część szlachty uważała obligatorów za niepokojące istoty - niektórzy wręcz czuli w ich obecności zakłopotanie - ale w tym momencie Tresting mógłby nawet ucałować dostojnego gościa.

Odwrócił się w stronę skaa, którzy spokojnie pracowali pod krwawym blaskiem słońca i leniwie opadającymi płatkami popiołu. Tresting zawsze był szlachcicem zaściankowym, żyjącym spokojnie na plantacji, czasem marzącym o przeprowadzce do Luthadelu. Słyszał o balach i rautach, o przepychu i intrygach, i niezmiernie go to ekscytowało.

"Muszę to dzisiaj uczcić", pomyślał. W czternastym rzędzie motyk pracowała dziewczyna, którą miał na oku już od kilku dni...

Uśmiechnął się znowu. Jeszcze kilka lat pracy, tak powiedział obligator. Ale może Tresting zdoła to przyspieszyć, jeśli będzie pracować choć trochę pilniej? Populacja jego skaa rozrosła się ostatnio. Może gdyby ich nieco mocniej przycisnął, zdołałby tego lata mieć większe zbiory i z nawiązką wykonał umowę, jaką zawarł z lordem Venture.

Skinął głową i objął wzrokiem tłum leniwych skaa. Niektórzy pracowali motykami, inni na czworakach, odsłaniając delikatne kiełki spod warstwy popiołu. Nie skarżyli się. Zaledwie ośmielali się myśleć. Tak właśnie być powinno, byli bowiem skaa. Byli...

Zamarł, gdyż jeden ze skaa nagle uniósł głowę. Mężczyzna spojrzał wprost w oczy Trestinga, z iskrą - nie, płomieniem buty - na twarzy. Tresting nigdy nie widział podobnego wyrazu, przynajmniej nie na obliczu skaa. Cofnął się odruchowo, przeszedł go dreszcz, bo ten dziwny skaa o prostym grzbiecie nadal wpatrywał się w jego oczy.

I uśmiechał się.

Tresting odwrócił wzrok.

- Kurdon! - warknął.

Potężny, krępy ekonom podbiegł do niego po zboczu.

- Tak, panie?

Tresting obrócił się, wskazując na...

Zmarszczył brwi. Gdzież stał ten skaa? Byli tacy podobni do siebie, z pochylonymi głowami, ciałami pokrytymi sadzą i popiołem. Tresting zawahał się, szukając wzrokiem. Wydawało mu się, że poznał to miejsce... puste miejsce, gdzie teraz nie było nikogo. Ale nie. To niemożliwe. Ten człowiek nie mógł tak szybko ulotnić się ze środka grupy. Dokąd mógł pójść? Przecież musi gdzieś tutaj być i pracować ze schyloną głową, jak należy. Ale i tak ten moment pozornej buty był niewybaczalny.

- Panie? - raz jeszcze zagadnął Kurdon.

Obligator stał z boku, obserwując ich z zainteresowaniem. Nie byłoby dobrze, gdyby ten człowiek się dowiedział, że jeden ze skaa zachował się tak bezczelnie.

- Przyciśnij trochę mocniej skaa na południowym odcinku - rozkazał Tresting, pokazując palcem. - Są ślamazarni, nawet jak na skaa. Spuść któremuś lanie.

Kurdon wzruszył ramionami, ale skinął głową. Właściwie nie było powodu do chłosty... ale kto potrzebuje powodu, żeby przyłoić robotnikom?

W końcu to tylko skaa.

***

Kelsier słyszał różne opowieści.

Słyszał szepty o czasach, kiedy - dawno, dawno temu - słońce nie było czerwone. Niebo nie było wtedy przesłonięte popiołem i dymem, rośliny nie musiały walczyć o życie, a skaa nie byli niewolnikami. W czasach przed Ostatnim Imperatorem. Jednak te czasy właściwie uległy już zapomnieniu. Nawet legendy przestały być wiarygodne.

Kelsier obserwował słońce, wodząc wzrokiem za gigantyczną czerwoną tarczą, która pełzła powoli w stronę zachodniego horyzontu. Przez chwilę stał w milczeniu, sam na pustym polu. Dzień pracy dobiegł końca. Skaa zostali zapędzeni z powrotem do baraków. Wkrótce nadciągną mgły.

Wreszcie Kelsier westchnął, po czym odwrócił się, by wąskimi miedzami i ścieżkami przecisnąć się pomiędzy ogromnymi hałdami popiołu. Starał się nie rozdeptywać roślin, choć nawet nie wiedział dlaczego. Zasiew był niewart uwagi. Wątłe kiełki o zwiędniętych liściach wydawały się równie przygnębione jak ludzie, którzy je pielęgnowali.

Chaty skaa wznosiły się ciemnymi plamami w gasnącym świetle. Kelsier widział już pierwsze tworzące się smugi mgły, wiszące w powietrzu i nadające bryłowatym budynkom odrealniony, niematerialny wygląd. Chat nie strzeżono - nie było takiej potrzeby, gdyż żaden skaa nie odważyłby się wychynąć na zewnątrz po nadejściu zmroku. Zbyt mocno obawiali się mgieł.

Kiedyś będę musiał ich z tego wyleczyć, pomyślał Kelsier, zbliżając się do jednego z większych budynków. Ale wszystko w swoim czasie.

Pchnął drzwi i wśliznął się do środka.

Rozmowy urwały się natychmiast. Kelsier zamknął drzwi, po czym odwrócił się z uśmiechem. W sali znajdowało się około trzydziestu skaa. W palenisku pośrodku pomieszczenia płonął mizerny ogień, a stojący obok kocioł był wypełniony wodą z pływającą w niej garścią warzyw - zalążek wieczornego posiłku. Zupa naturalnie będzie jałowa, ale pachniała kusząco.

- Dobry wieczór wszystkim - rzekł Kelsier z uśmiechem, stawiając swoje brzemię przy nodze i opierając się o drzwi. - Jak minął dzień?

Jego słowa przerwały milczenie, a kobiety wróciły do przygotowywania kolacji. Grupa mężczyzn, siedząca wokół prymitywnie skleconego stołu, przyglądała mu się jednak z niezadowolonym wyrazem twarzy.

- Nasz dzień był wypełniony pracą, wędrowcze - rzekł Tepper, jeden ze starszych skaa. - Tobie udało się tego uniknąć.

- Praca w polu nigdy mnie nie pasjonowała - odparł Kelsier. - Jest zbyt ciężka dla mojej delikatnej skóry.

Uśmiechnął się, wyciągając przed siebie ręce pokryte warstwami wąskich blizn. Pokrywały one całą skórę, biegnąc wzdłuż, jakby jakaś bestia darła ją szponami w górę i w dół.

Tepper prychnął. Był młody jak na członka starszyzny, zaledwie dobiegał czterdziestki - mógł być najwyżej pięć lat starszy od Kelsiera. Jednak ten obdarty człowiek wyglądał na kogoś, kto lubi mieć ostatnie słowo.

- Nie czas na błahostki - odparł z powagą Tepper. - Kiedy przyjmujemy wędrowca, oczekujemy, że będzie się godnie zachowywał i nie ściągnie na nas podejrzeń. Dzisiaj rano uciekłeś z pola, a to mogło skończyć się chłostą dla pracujących wokół ciebie ludzi.

- To prawda - rzekł Kelsier. - Ale mogli oberwać batem także i za to, że stanęli w niewłaściwym miejscu, że zbyt długo się wahali, czy też za zakasłanie, kiedy ekonom przechodził obok. Kiedyś widziałem, jak człowiek został wychłostany, ponieważ jego pan utrzymywał, że "niewłaściwie mrugnął".

Tepper usiadł, mrużąc oczy, sztywno jak drąg i z nieustępliwym wyrazem twarzy oparł przedramiona na stole.

Kelsier westchnął i wywrócił oczyma.

- Dobrze, jeśli chcecie, to sobie pójdę. Już mnie nie ma.

Zarzucił worek na ramię i nonszalancko otworzył drzwi.

Przez szczelinę natychmiast zaczęła wsączać się mgła, unosząc się leniwie wokół Kelsiera, zbierając na podłodze i pełznąc przez kurz jak nieśmiałe zwierzę. Kilka osób krzyknęło ze strachu, choć większość była zbyt oszołomiona, by wydać z siebie głos. Kelsier stał przez chwilę nieruchomo, spoglądając na mroczne smugi mgły, wijące się powoli wokół paleniska.

- Zamknij drzwi - słowa Teppera brzmiały jak błaganie, a nie jak rozkaz.

Kelsier spełnił żądanie, pchnął drzwi i odciął strumień białej mgły.

- Mgła nie jest tym, co sądzisz. Boicie się jej o wiele za bardzo.

- Ludzie, którzy pogrążają się w mgle, tracą dusze - szepnęła kobieta.

Jej słowa obudziły wątpliwość - czy Kelsier wędrował we mgle? A jeśli tak, to co się stało z jego duszą?

Gdybyś tylko wiedziała, pomyślał Kelsier.

- Cóż, jeśli dobrze rozumiem, zostaję. - Skinął ręką na chłopaka, żeby przyniósł mu stołek. - I bardzo dobrze... szkoda by było, żebym poszedł, nie dzieląc się z wami tym, co wiem.

Niejeden z obecnych ożywił się na te słowa. Była to prawdziwa przyczyna, dla której jeszcze go tolerowali - przyczyna, dla której nawet zahukani wieśniacy przygarnęli takiego człowieka jak Kelsier. Był skaa, który igrał z wolą Ostatniego Imperatora, podróżując od plantacji do plantacji. Może i był renegatem, zagrożeniem dla całej społeczności, ale przywoził wieści ze świata.

- Przybywam z północy - oznajmił Kelsier. - Z ziem, gdzie Dotyk Ostatniego Imperatora jest mniej zauważalny.

Mówił czystym, wyraźnym głosem, a ludzie, nie przerywając zajęć, podświadomie pochylali się ku niemu. Nazajutrz plotki przyniesione przez Kelsiera zostaną przekazane kilkuset osobom mieszkającym w innych barakach. Skaa byli poniżani i pokorni, ale plotkowali bez opamiętania.

- Na Zachodzie panują lokalni lordowie - mówił Kelsier - i żyją z dala od żelaznej pięści Ostatniego Imperatora i jego obligatorów. Niektórzy z tych dalekich szlachciców stwierdzili, że szczęśliwi skaa pracują lepiej niż źle traktowani. Jeden z nich, lord Renoux, zażądał nawet, aby jego ekonomowie zaprzestali chłost bez zezwolenia. Chodzą słuchy, że rozważa wypłacanie wynagrodzenia swoim skaa z plantacji, i to takiego, jakie miewają rzemieślnicy z miasta.

- Nonsens - mruknął Tepper.

- Przepraszam - odparł Kelsier. - Nie wpadłbym na to, że kum Tepper ostatnio był w posiadłości lorda Renoux. Kiedy ostatnio jadłeś z nim kolację, czy powiedział ci o czymś, o czym nie powiedział mnie?

Tepper oblał się rumieńcem. Skaa nie podróżowali, a już z całą pewnością nie jadali przy jednym stole z lordami.

- Uważasz mnie za głupca, wędrowcze - rzekł Tepper. - Ale ja wiem, co robisz. Jesteś tym, którego nazywają Ocalałym, zdradzają cię blizny na ramionach. Jesteś też mąciwodą - wędrujesz od plantacji do plantacji, wzniecasz niezadowolenie. Zjadasz naszą żywność, opowiadasz wielkie historie i kłamstwa, potem znikasz i zostawiasz takich ludzi jak ja, by radzili sobie z fałszywymi nadziejami, jakie wzbudziłeś w naszych dzieciach.

Kelsier uniósł brew.

- Spokojnie, kumie Tepper - rzekł. - Twoje obawy są całkowicie bezpodstawne. Nie mam najmniejszego zamiaru zjadać waszej żywności, przyniosłem własną.

Z tymi słowy Kelsier sięgnął i rzucił worek na ziemię przed stołem Teppera. Luźno zawiązana torba przechyliła się. Wysypała się z niej żywność. Chleb, owoce, nawet kilka grubych, wędzonych kiełbas.

Nektaryna potoczyła się po twardym klepisku i odbiła lekko od stopy Teppera. Niemłody już skaa spojrzał na owoc ze zdumieniem.

- To jedzenie szlachty!

Kelsier prychnął.

- Ledwie ledwie. Jak na człowieka o takim prestiżu i geście, wasz lord Tresting ma zastanawiająco kiepski gust. Jego spiżarnia to kompromitacja dla tak wspaniałej posesji.

Tepper pobladł jeszcze bardziej.

- To tam się wybrałeś dzisiaj - szepnął. - Poszedłeś do zamku... Okradłeś pana!

- Istotnie - zgodził się Kelsier. - Mogę jeszcze dodać, że o ile gusta kulinarne waszego pana są rozpaczliwe, jego talent w doborze żołnierzy robi znacznie większe wrażenie. Wśliźnięcie się do jego domu w biały dzień było nie lada wyzwaniem.

Tepper wciąż gapił się na worek z żywnością.

- Jeśli ekonom to tutaj znajdzie...

- Więc zróbcie coś, żeby nie znalazł - odparł Kelsier. - Jestem przekonany, że to smakuje o wiele lepiej niż rozwodniona jarzynówka.

Dwa tuziny par wygłodniałych oczu pożerały wzrokiem żywność. Jeśli nawet Tepper szykował kolejne argumenty, nie uczynił tego dość szybko, bo chwila milczenia została natychmiast uznana za przyzwolenie. W ciągu kilku minut sprawdzono i podzielono zawartość worka, a garnek zupy bulgotał w zapomnieniu, podczas, kiedy skaa spożywali znacznie bardziej egzotyczny posiłek.

Kelsier rozsiadł się wygodnie, opierając się o drewnianą ścianę chaty i obserwując, jak ludzie rzucają się na jedzenie. Miał rację - to, co znalazł w spiżarni było żałośnie przyziemne. Ci ludzie jednak od najmłodszych lat żywili się tylko zupą i kaszą. Dla nich chleb i owoce były rzadkimi przysmakami - zwykle kosztowali ich jedynie w postaci nieświeżych resztek, przynoszonych przez służbę domową.

- Nie pozwolono ci dokończyć opowieści, młody człowieku - zauważył niemłody już skaa i przykuśtykał do Kelsiera, by zająć miejsce na stołku obok.

- Och, podejrzewam, że później będzie jeszcze na to czas - odrzekł Kelsier . - Kiedy już wszystkie dowody mojej kradzieży zostaną doszczętnie spożyte. Nie chcesz skosztować?

- Nie potrzebuję - odparł starzec. - Kiedy ostatnio próbowałem pańskiego jedzenia, żołądek bolał mnie przez trzy dni. Nowe smaki są jak nowe idee, młodzieńcze - im jesteś starszy, tym trudniej ci je strawić.

Kelsier się zawahał. Staruszek nie wydawał się silny. Jego pomarszczona twarz i łysa czaszka sprawiały, że wyglądał raczej na słabeusza, niż na mędrca. A jednak musiał być silniejszy, niż wskazywały na to pozory; mała część skaa z plantacji dożywała tego wieku. Wielu panów nie pozwalało starcom pozostawać w domu w ciągu dnia pracy, a częste chłosty zbierały wśród wiekowych skaa ponure żniwo.

- Jak się nazywasz? - zapytał Kelsier.

- Mennis.

Kelsier znów spojrzał na Teppera.

- A więc, kumie Mennis, powiedz mi, dlaczego pozwalasz, aby to on był przywódcą?

Mennis wzruszył ramionami.

- Kiedy dożywasz moich lat, stajesz się bardzo ostrożny z marnotrawieniem energii. Niektóre bitwy nie są po prostu warte, by w nich walczyć. - Mennis spojrzał znacząco. Mówił o sprawach ważniejszych niż jego zmagania z Tepperem.

- Więc to cię zadowala? - zapytał Kelsier, wskazując ruchem głowy chatę i jej przepracowanych, wygłodzonych mieszkańców. - Jesteś zadowolony z życia pełnego chłosty i niekończącej się harówki?

- Przynajmniej jakoś żyję - odparł Mennis. - Wiem, jakie szanse dają niezadowolenie i bunt. Oko Ostatniego Imperatora i gniew Stalowych Ministrów mogą okazać się straszniejsze niż kilka chłost. Ludzie tacy jak ty mówią o zmianach, ale ja się zastanawiam. Czy to jest bitwa, do której rzeczywiście możemy stanąć?

- Już walczycie, kumie Mennis. Tyle tylko, że na razie ponosicie sromotną klęskę. - Kelsier wzruszył ramionami. - Zresztą, co ja wiem? Jestem tylko wędrownym mącicielem, zjadam wasze jedzenie i mieszam w głowach młodzieży.

Mennis pokręcił głową.

- Żartujesz sobie, ale Tepper może mieć rację. Obawiam się, że twoja wizyta sprowadzi na nas nieszczęście.

Kelsier się uśmiechnął.

- Dlatego nie zaprzeczyłem. Przynajmniej w kwestii mąciwody. - Urwał, po czym uśmiechnął się szerzej. - Właściwie to były jedyne prawdziwe słowa, jakie Tepper wypowiedział od chwili, kiedy tu wszedłem.

- Jak ty to robisz? - zapytał Mennis, marszcząc brwi.

- Co?

- Ciągle się uśmiechasz.

- Och, jestem szczęśliwą osobą.

Mennis spojrzał na dłonie Kelsiera.

- Wiesz, takie blizny widziałem tylko u jednej osoby - i ta osoba nie żyła. Ciało zwrócono lordowi Trestingowi jako dowód, że kara została wykonana. - Mennis spojrzał na Kelsiera. - Ten ktoś został przyłapany na podżeganiu do rebelii. Tresting wysłał go do Czeluści Hathsin, gdzie pracował do śmierci. Chłopak nie wytrzymał nawet miesiąca.

Kelsier spojrzał na swoje dłonie i przedramiona. Wciąż jeszcze czasem go paliły, choć był pewien, że ten ból istniał tylko w jego umyśle. Podniósł wzrok na Mennisa i znów się uśmiechnął.

- Zapytasz zaraz, czemu się uśmiecham, kumie Mennis? Cóż, Ostatni Imperator myśli, że zagarnął na własność całą radość i śmiech. Nie mam ochoty mu na to pozwalać. To jedyna bitwa, której stoczenie nie wymaga wielkiego wysiłku.

Mennis wytrzeszczył oczy na Kelsiera i ten przez chwilę spodziewał się, że starzec odpowie uśmiechem. Jednakże Mennis jedynie pokręcił głową.

- Nie wiem, po prostu nie...

Przerwał mu krzyk. Dochodził z zewnątrz, może z północy, choć mgły zniekształcały dźwięki. Ludzie w chacie zamilkli, wsłuchując się w odległe, piskliwe krzyki. Pomimo odległości i mgły Kelsier wyczuwał zawarte w nich cierpienie.

Kelsier spalił cynę.

Teraz, po latach ćwiczeń, było to całkiem proste. Cyna spoczywała w jego żołądku, połknięta wcześniej, wraz z innymi allomantycznymi metalami, czekającymi, by zaczerpnął z nich siłę. Sięgnął umysłem do wnętrza i dotknął cyny, czerpiąc moc, której do końca nie pojmował. Cyna ożyła z błyskiem, paląc go w żołądku jak gorący, zbyt szybko połknięty napój.

Allomantyczne moce wezbrały w jego ciele, wyostrzając zmysły. Otaczające go pomieszczenie nabrało wyrazistości, blade palenisko zabłysło oślepiająco jasno. Wyczuwał słoje drewna stołka, na którym siedział. Wciąż czuł w ustach smak bochenka chleba, który zjadł wiele godzin temu. A co najważniejsze, jego nadnaturalny słuch wychwytywał krzyki. Krzyczały dwie osoby. Jedna była starszą kobietą, druga młodą dziewczyną, prawie dzieckiem. Młodszy głos oddalał się z każdą chwilą.

- Biedna Jess - odezwała się jedna z kobiet w izbie, a jej słowa zagrzmiały w wyczulonych uszach Kelsiera jak grom. - To jej dziecko było przekleństwem. Kobiety skaa nie powinny mieć ładnych dzieci.

Tepper skinął głową.

- Lord Tresting posłałby po nią wcześniej czy później. Wszyscy o tym wiedzieliśmy. Jess też.

- Ale to i tak wstyd - rzekł inny mężczyzna.

Krzyki rozbrzmiewały dalej. Paląc cynę, Kelsier był w stanie dokładnie określić odległość. Głos oddalał się w kierunku posiadłości lorda. Odgłos coś w nim przełamał, poczuł, że jego twarz zalewa płomień gniewu.

Obejrzał się.

- Czy lord Tresting kiedykolwiek uwalnia dziewczęta, kiedy już się nimi nasyci?

Stary Mennis pokręcił głową.

- Lord Tresting przestrzega prawa, zabija dziewczęta po kilku tygodniach. Nie chce ściągnąć na siebie uwagi Inkwizytorów.

Taki był rozkaz Ostatniego Imperatora. Nie mógł sobie pozwolić na hasające swobodnie bękarty - bękarty, które mogłyby posiadać umiejętności, o jakich zwykły skaa nie miał nawet prawa wiedzieć...

Krzyki ucichły w oddali, ale gniew Kelsiera narastał. Przypomniały mu się inne krzyki. Głosy kobiety z przeszłości. Wstał gwałtownie, przewracając stołek.

- Ostrożnie, chłopcze - powiedział Mennis. - Pamiętaj o tym, co ci mówiłem na temat marnowania energii. Nie wzniecisz rebelii, jeśli dasz się dzisiaj zabić.

Kelsier spojrzał na starca, a potem zmusił się do uśmiechu, ignorując krzyki i ból.

- Nie jestem tutaj po to, by poprowadzić waszą rebelię, kumie Mennis. Chcę tylko trochę pomącić wodę.

- A co to da?

Kelsier uśmiechnął się szerzej.

- Nadchodzą nowe dni. Pożyj jeszcze trochę, a może zobaczysz wielkie wydarzenia, jakie nastąpią w Ostatnim Imperium. Wszystkim składam wielkie dzięki za gościnność.

Pchnął drzwi i wyszedł w mgłę.

***

Mennis leżał bez snu aż do wczesnych godzin rannych. Wydawało mu się, że im jest starszy, tym gorzej zasypia. Działo się to szczególnie wtedy, kiedy coś go gnębiło, tak jak to, że wędrowiec nie powrócił do chaty.

Mennis miał nadzieję, że Kelsier odzyskał rozum i poszedł dalej, ale po chwili uznał, że to niezbyt prawdopodobne. Widział ogień w jego oczach. Co za szkoda, że człowiek, który wyszedł żywy z Czeluści, znalazł śmierć właśnie tutaj, na przypadkowej plantacji, usiłując bronić dziewczynę, którą wszyscy uznali już za straconą.

Jak zareaguje lord Tresting? Powiadali, że wobec śmiałków, którzy odważyli się zakłócić jego nocne zabawy, okazywał szczególną brutalność. Jeśli Kelsier zdołał mu przeszkodzić w zażywaniu rozkoszy, Tresting może równie dobrze ukarać całą resztę skaa za współudział.

Wreszcie pozostali skaa również zaczęli się budzić. Mennis leżał na twardym klepisku - bolały go kości, protestował kręgosłup, mięśnie zesztywniały - i zastanawiał się, czy warto wstawać. Codziennie był bliski kapitulacji. Codzienne wstawanie wydawało się odrobinę trudniejsze. Aż przyjdzie taki dzień, że po prostu zostanie w chacie, czekając, kiedy ekonomowie przyjdą dobić tych wszystkich, którzy byli zbyt chorzy lub zbyt starzy, żeby pracować.

Ale nie dzisiaj. Widział w oczach skaa zbyt wiele strachu - wiedzieli, że nocne eskapady Kelsiera napytają im biedy. Potrzebowali Mennisa, liczyli na niego. Musi wstać.

I wstał. Kiedy zrobił kilka pierwszych kroków, starcze bóle powoli zaczęły ustępować. Powoli wyszedł z chaty i wsparty na ramieniu młodszego mężczyzny ruszył ku polom. Nagle poczuł dziwny zapach.

- Co to jest? - zapytał. - Czy też czujecie dym?

Shum - chłopak, na którego ramieniu wspierał się Mennis - zawahał się. Ostatnie pasma nocnej mgły wyparowały i za zwykłą zasłoną chmur pojawiła się czerwona tarcza słońca.

- Ostatnio zawsze czuję dym - rzekł - Popielne Rumaki są w tym roku bardzo gwałtowne.

- Nie. - Mennis pokręcił głową, czując coraz większy niepokój. - To coś innego.

Zwrócił się na północ, w stronę, gdzie właśnie zbierała się grupka skaa. Puścił ramię Shuma i podreptał w stronę grupy, powłócząc nogami i wzniecając chmury pyłu i popiołu.

Pośrodku grupy ujrzał Jess. Jej córka, ta sama, którą miał porwać lord Tresting, stała obok niej. Oczy dziewczyny były zaczerwienione z braku snu, ale wyglądało, że nic jej nie jest.

- Wróciła wkrótce potem, jak ją zabrali - wyjaśniała kobieta. - Przybiegła i zaczęła z krzykiem tłuc w drzwi. Flen był pewien, że to mgielny upiór, ale ja musiałam ją wpuścić! Nie obchodzi mnie, co on wygaduje. Wyprowadziłam ja na słońce i nie znikła. To dowód, że nie jest mgielnym upiorem.

Mennis oddalił się od grupy. Czy nikt tego nie zauważył? Żaden ekonom nie przyszedł, aby rozpędzić zgromadzenie. Nie pojawili się żołnierze, by przeprowadzić poranne zliczanie skaa. Coś było bardzo nie w porządku. Mennis ruszył na północ, desperacko brnąc ku dworowi.

Zanim tam dotarł, inni już spostrzegli wijącą się, ledwie widoczną w porannym słońcu smugę dymu. Mennis nie dotarł jako pierwszy do krawędzi niewielkiego płaskowyżu, ale kiedy się zjawił, pozostali się rozstąpili.

Dworu nie było. Została jedynie poczerniała, dymiąca jama.

- Na Ostatniego Imperatora! - wyszeptał Mennis. - A tutaj co się stało?

- Zabił ich wszystkich.

Mennis się obejrzał. Głos należał do córki Jess. Stała obok, spoglądając z satysfakcją na twarzy na zburzony dom.

- Kiedy mnie wyprowadził, już nie żyli - powiedziała. - Wszyscy. Ekonomowie, żołnierze, lordowie... wszyscy byli martwi. Nawet lord Tresting i jego obligatorzy. Pan zostawił mnie, żeby się dowiedzieć, co się dzieje, kiedy zaczęły się hałasy. Wychodząc, widziałam go w kałuży krwi, z ranami od noża na piersi. Człowiek, który mnie uratował, wychodząc, wrzucił pochodnię do budynku.

- Ten człowiek - zagadnął Mennis - czy on miał blizny na dłoniach i ramionach, sięgające aż poza łokcie?

Dziewczyna skinęła w milczeniu głową.

- Cóż to za demon? - niepewnie wymamrotał jeden ze skaa.

- Mgielny upiór - szepnął drugi, widocznie nie pamiętając, że Kelsier pojawiał się również w dzień.

Ale wyszedł z mgły, pomyślał Mennis. I jak mógł tego dokonać...? Lord Tresting miał dwa tuziny żołnierzy! Czy i Kelsier miał ukrytą bandę buntowników?

W głowie rozbrzmiały mu słowa Kelsiera z poprzedniego wieczoru: "Nadchodzą nowe dni...".

- Ale co z nami? - zapytał z przerażeniem Tepper. - Co się stanie, kiedy Ostatni Imperator się o tym dowie? Pomyśli, że to my! Wyśle nas do Czeluści, a może nawet po prostu wyśle swojego kolosa, żeby nas pozabijał! Po co ten mąciwoda zrobił coś takiego? Czy nie rozumie, jakich szkód narobił?

- Rozumie - odparł Mennis. - Ostrzegł nas, Tepper. Przybył tu, by namącić.

- Ale po co?

- Bo wiedział, że sami się nigdy nie zbuntujemy. Zatem nie dał nam wyboru.

Tepper pobladł.

Ostatni Imperatorze, pomyślał Mennis. Nie mogę tego zrobić. Zaledwie dźwigam się rankami na nogi. Nie ocalę tych ludzi.

Ale czy miał wybór?

Odwrócił się.

- Tepper, zbierz ludzi. Musimy uciec, zanim wieści o tej katastrofie dotrą do Ostatniego Imperatora.

- Dokąd pójdziemy?

- Jaskinie na wschodzie - odparł Mennis. - Wędrowcy mówią, że tam właśnie ukrywają się zbuntowani skaa. Może nas przyjmą.

Tepper pobladł jeszcze bardziej.

- Ale... będziemy musieli wędrować przez wiele dni. Spędzać noce we mgle!

- Mamy wybór - odparł Mennis. - Równie dobrze możemy zostać tutaj i umrzeć.

Tepper przez chwilę stał osłupiały i Mennis zaczął się obawiać, że mógł nie wytrzymać wstrząsu, jaki wywołała ta sytuacja. Po chwili jednak młodszy mężczyzna pobiegł pozbierać pozostałych ludzi.

Mennis westchnął, spoglądając znów na snujący się dym i przeklinając w duchu tego szaleńca Kelsiera.

Rzeczywiście, nowe dni.

 

ARS ARCANUM

Poznaj obszerne notatki autora na temat każdego z rozdziałów, usunięte sceny i rozszerzoną informację o świecie na www.brandonsanderson.com.

SKRÓCONY WYKRES ALLOMANCJI

Metal

Efekt

Tytuł Mglistego

Żelazo

Przyciąga najbliższe metale

Szarpacz

Stal

Odpycha najbliższe metale

Monetostrzelny

Cyna

Wyostrza zmysły

Cynooki

Cyna z ołowiem

Zwiększa możliwości fizyczne

Cynozbrojny, Zbir

Cynk

Uspokaja uczucia

Uspokajacz

Mosiądz

Rozpala uczucia

Podżegacz

Miedź

Ukrywa Allomancję

Magazynuje wspomnienia

Brąz

Ujawnia Allomancję

Szperacz

 

Alfabetyczny spis Allomancji

Brąz (wewnętrzny umysłowy metal odpychający). Osoba spalająca brąz może wyczuć, kiedy inni w pobliżu stosują Allomancję. Allomanci spalający metale emitują "Allomantyczne pulsacje" - coś w rodzaju bicia bębnów, słyszalnego jedynie dla osoby, która spala brąz. Mglisty spalający Brąz jest znany jako Szperacz.

Cyna z ołowiem (wewnętrzny fizyczny metal odpychający). Osoba spalająca cynę z ołowiem zwiększa atrybuty fizyczne ciała. Staje się silniejsza, bardziej odporna, zręczniejsza. Cyna z ołowiem zwiększa również poczucie równowagi ciała i zdolność gojenia ran. Mglisty, który spala Cynę z Ołowiem, jest znany jako Cynozbrojny lub Zbir.

Cyna (wewnętrzny fizyczny metal odpychający). Osoba spalająca cynę ma wyostrzone zmysły. Widzi dalej, ma lepszy węch, a jej zmysł dotyku staje się bardziej wyczulony. Efektem ubocznym jest możliwość widzenia poprzez mgłę, co pozwala widzieć w nocy o wiele dalej, niż pozwoliłyby na to nawet wyostrzone zmysły. Mglisty, który spala Cynę, jest znany jako Cynooki.

Cynk (zewnętrzny umysłowy metal przyciągający). Osoba spalająca cynk może Uspokajać emocje innej osoby, tłumiąc je i sprawiając, że niektóre stają się słabsze. Ostrożny Allomanta może Uspokoić wszystkie emocje z wyjątkiem jednej, co sprawia, że osoba czuje się tak, jak on tego chce. Cynk jednak nie pozwala czytać ani myśli, ani nawet uczuć. Mglisty, który spala Cynk, jest znany jako Uspokajacz.

Cynooki - Mglisty, który spala cynę.

Cynozbrojny - Mglisty, który spala cynę z ołowiem.

Dymiarz - Mglisty, który spala miedź.

Miedź (wewnętrzny umysłowy metal przyciągający). Osoba spalająca miedź wydziela niewidzialną chmurę, która chroni wszystkich w jej wnętrzu przed zmysłami Szperacza. Pozostając w takiej "chmurze miedzi". Alomanta może spalać dowolny metal, bez obaw, że ktoś wyczuje jego allomantyczne pulsacje, spalając brąz. Jako efekt uboczny, osoba spalająca miedź jest niewrażliwa na wszelkie działania umysłowej Allomancji (Uspokajanie lub Podżeganie). Mglisty, który spala Miedź, jest znany jako Dymiarz.

Monetostrzelny - Mglisty, który spala stal.

Mosiądz (zewnętrzny umysłowy metal odpychający). Osoba spalająca mosiądz może Podżegać umysły innych osób, rozpalać je i niektóre czynić silniejszymi. Nie pozwala czytać ani myśli, ani nawet uczuć. Mglisty, który spala Mosiądz, jest znany jako Podżegacz.

Podżegacz - Mglisty, który spala mosiądz.

Stal (zewnętrzny umysłowy metal odpychający). Osoba spalająca żelazo może widzieć przezroczyste niebieskie linie prowadzące do najbliższych źródeł metalu. Wielkość i jasność linii zależy od wielkości i bliskości źródła metalu. Widać wszystkie źródła metalu, nie tylko żelaza. Allomanta może wtedy umysłem ściągnąć taką linię i Przyciągnąć do siebie źródło metalu. Mglisty, który spala Stal, jest znany jako Monetostrzelny.

Szarpacz - Mglisty, który spala żelazo.

Szperacz - Mglisty, który spala brąz.

Uspokajacz - Mglisty, który spala cynk.

Zbir - Mglisty, który spala cynę z ołowiem.

Żelazo (zewnętrzny fizyczny metal przyciągający). Osoba spalająca żelazo może widzieć przezroczyste niebieskie linie prowadzące do najbliższych źródeł metalu. Wielkość i jasność linii zależą od wielkości i bliskości źródła metalu. Widać wszystkie źródła metalu, nie tylko żelaza. Allomanta może wtedy umysłem ściągnąć taką linię i Przyciągnąć do siebie źródło metalu. Mglisty, który spala Żelazo, jest znany jako Szarpacz.

 

Uważam się za człowieka z zasadami. Ale który człowiek sądzi inaczej? Nawet rzezimieszek, jak zauważyłem, uważa swoje czyny za w pewnym sensie "moralne".

Może inna osoba, czytając o moim życiu, nazwie mnie religijnym tyranem. Może nazwie mnie arogantem. Czemu opinia tego człowieka miałaby być mniej ważna niż moja własna?

Chyba wszystko sprowadza się do jednego faktu. W ostatecznym rozrachunku to ja mam wojsko.

1

Z nieba spadał popiół.

Vin obserwowała, jak puszyste płatki unoszą się w powietrzu. Leniwie. Beztrosko. Swobodnie. Kłębki sadzy spadały jak czarny śnieg, zasypując ciemne miasto Luthadel. Wirowały wokół murów, unosząc się na wietrze i tańcząc w małych wirach nad kocimi łbami. Wydawały się takie beztroskie. Jakie to uczucie?

Vin siedziała skulona w jednym z otworów obserwacyjnych - ukrytej alkowie, wbudowanej w mur budynku. Można było obserwować z niej ulice i w porę dostrzec zagrożenie. Vin nie miała warty, otwór był jednym z niewielu miejsc, gdzie mogła być sama.

A Vin lubiła samotność. "Kiedy jesteś sam, nikt nie może Cię zdradzić". Słowa Reena. Brat nauczył ją tak wielu rzeczy, a potem poparł je czynem, jak to zawsze obiecywał . "Tylko tak się nauczysz, Vin. Każdy cię zdradzi. Każdy".

Popiół padał dalej. Czasem Vin wyobrażała sobie, że jest jak ten popiół, albo jak wiatr, albo wręcz jak mgła. Czymś bezmyślnym, co po prostu istnieje, nie myśli, nie martwi się, nie cierpi. Wtedy byłaby... wolna.

Opodal rozległo się szuranie, a potem drzwi w głębi alkowy otwarły się.

- Vin! - zawołał Ulef, wsadzając głowę do środka. - Jesteś! Camon szuka cię od pół godziny.

Właśnie dlatego się tu schowałam.

- Powinnaś się ruszyć - rzekł Ulef. - Zaraz się zacznie robota.

Ulef był młodym chłopcem. Miłym na swój sposób i naiwnym. Oczywiście, o ile można nazwać naiwnym kogoś, kto wychował się w tym światku. Ale to nie znaczyło, że i on jej nie zdradzi. Zdrada nie miała nic wspólnego z przyjaźnią. Na ulicy życie było ciężkie, więc jeśli złodziej skaa nie chciał być złapany i powieszony, musiał myśleć praktycznie.

A bezwzględność była jednym z najpraktyczniejszych uczuć. Kolejne powiedzonko Reena.

- No i co? - zapytał Ulef. - Powinnaś iść. Camon jest wściekły.

A kiedy nie jest? - pomyślała Vin. Skinęła głową i wygramoliła się z ciasnej, ale bezpiecznej niszy. Wyminęła Ulefa i wyskoczyła na korytarz, a potem do zrujnowanej spiżarni. Pomieszczenie było jednym z wielu na zapleczu sklepu, który stanowił fasadę dla ich kryjówki. Jaskinia szajki znajdowała się w pełnej tuneli kamiennej pieczarze pod budynkiem.

Wyszła tylnymi drzwiami. Ulef wlókł się za nią. Zadanie miało być wykonane o kilka przecznic dalej, w bogatszej części miasta. Było dość skomplikowane - właściwie jedno z bardziej skomplikowanych, z jakimi się spotkała Vin. Gdyby uznać, że Camon nie zostanie złapany, to może być naprawdę intratna robota. Jeśli zostanie schwytany... Cóż, oszukiwanie szlachty i obligatorów to bardzo niebezpieczne zajęcie - ale z pewnością lepsze niż praca w kuźni czy fabryce włókienniczej.

Wyszła z alejki, kierując się ku ciemnej, otoczonej kamienicami uliczce w jednym z licznych slumsów skaa w mieście. Skaa, zbyt chorzy, by pracować, leżeli skuleni po kątach i kanałach, obsypywani lekkim popiołem. Vin opuściła głowę i włożyła kaptur, aby uchronić się przed wciąż opadającymi płatkami.

Wolna. Nie, nigdy nie będę wolna. Reen już się o to postarał, kiedy odchodził.

***

- Jesteś! - Camon uniósł krótki, gruby palec i dźgnął nim w kierunku jej twarzy. - Gdzie byłaś?

Vin nie pozwoliła, by bunt i nienawiść pojawiły się w jej spojrzeniu. Po prostu spuściła wzrok, pokazując Camonowi to, co chciał zobaczyć. Były inne sposoby okazania siły. Tej lekcji nauczyła się samodzielnie.

Camon warknął cicho, po czym uderzył ją w twarz. Siła tego ciosu rzuciła Vin na ścianę, policzek zapłonął bólem. Oparła się o drewno, ale zniosła karę w milczeniu. To tylko kolejny siniak. Była dość silna, żeby o tym nie myśleć. To nie pierwszy raz.

- Słuchaj - syknął Camon. - To ważna robota. Warta tysiąca skrzyńców, warta tysiąc razy więcej niż ty. Nie dopuszczę, żebyś ją schrzaniła. Rozumiesz?

Vin skinęła głową.

Camon obserwował ją przez chwilę, z zaczerwienioną z gniewu pulchną twarzą. Wreszcie odwrócił wzrok, mamrocząc pod nosem.

Coś go zdenerwowało. Coś innego, niż tylko Vin. Może słyszał o buncie skaa daleko na północy, o kilka dni drogi stąd. Jeden z lordów na prowincji, niejaki Themos Tresting, został podobno zamordowany, a jego posiadłość spalono do gołej ziemi. Takie zamieszki źle wpływały na interesy, sprawiały, że arystokracja była czujniejsza, mniej naiwna. A to z kolei bardzo poważnie zmniejszało zyski Camona.

Szuka kogoś, żeby się wyładować, pomyślała Vin. Zawsze robi się nerwowy przed robotą.

Spojrzała na Camona, zlizując krew z wargi. Musiała okazać nieco swej pewności siebie, bo spojrzał na nią kątem oka i znowu sposępniał. Podniósł rękę, jakby chciał ją znowu uderzyć.

Użyła odrobiny Szczęścia.

Wykorzystała naprawdę odrobinkę: potrzebowała reszty do pracy. Skierowała je na Camona, uspokajając jego zdenerwowanie. Przywódca się zawahał - nieświadom dotknięcia Vin, czuł jednak jego skutki. Stał tak przez chwilę, po czym westchnął i odwrócił się ze spuszczoną głową.

Otarła usta, patrząc, jak odchodzi. Szef złodziei wydawał się bardzo przekonujący w swoim stroju szlachcica. Był to najbogatszy strój, jaki Vin widziała - biała koszula, na niej ciemnozielona kamizelka z grawerowanymi złotymi guzikami. Czarny surdut był długi, według najnowszej mody, a na głowie Camona spoczywał czarny kapelusz. Jego palce lśniły od pierścieni, miał nawet długą laskę pojedynkową. Doprawdy, Camon doskonale udawał szlachcica - kiedy przychodziło do odtwarzania jakiejś roli, niewielu złodziei mogło się z nim równać. Oczywiście, o ile potrafił zapanować nad swoją złością.

Samo pomieszczenie robiło znacznie skromniejsze wrażenie. Vin wstała, a tymczasem Camon łajał innych członków szajki. Wynajęli jeden z apartamentów na górnym piętrze lokalnego hotelu. Niezbyt luksusowy - ale o to właśnie chodziło. Camon miał odegrać rolę niejakiego "lorda Jedue", szlachcica zaściankowego, który popadł w ciężkie problemy finansowe i przybył do Luthadelu, by starać się o ostatnie desperackie kontrakty.

Główny salon został przekształcony w coś w rodzaju pokoju przesłuchań, z wielkim biurkiem, za którym zasiadał Camon, i o ścianach udekorowanych tanimi obrazkami. Obok biurka stali dwaj mężczyźni, odziani w oficjalne liberie służby. Mieli odgrywać rolę służących Camona.

- Co to za hałasy? - zapytał mężczyzna, który właśnie wszedł do pokoju.

Był wysoki, ubrany w prostą szarą koszulę i parę spodni, z wąskim mieczem przy pasie. Theron był drugim przywódcą - akurat ta robota była przygotowana przez niego. To on wprowadził Camona jako partnera - potrzebował kogoś, kto odegrałby rolę lorda Jedue, a wszyscy wiedzieli, że Camon jest jednym z najlepszych.

Camon podniósł wzrok.

- Hm? Hałasy? Och, tylko drobny problem z dyscypliną. Nie przejmuj się tym, Theronie. - Camon podkreślił swe słowa niedbałym ruchem dłoni, nie bez kozery doskonale odgrywał role arystokratów. Był tak arogancki, że mógł śmiało pochodzić z jednego z Wielkich Domów.

Theron zmrużył oczy. Vin wiedziała, co prawdopodobnie myśli. Zastanawiał się, na ile ryzykowne będzie wbicie noża w tłuste plecy Camona, skoro tylko przestanie być potrzebny. Wreszcie wysoki mężczyzna odwrócił wzrok od Camona i spojrzał na Vin.

- A to kto?

- Członek mojej drużyny - odparł Camon.

- Myślałem, że nie potrzebujemy nikogo innego.

- A jej owszem - odparł. - Nie zwracaj na nią uwagi. Moja część zadania to nie twój interes.

Theron przyglądał się Vin, widocznie zauważając jej zakrwawioną wargę. Odwróciła wzrok, ale czuła jego spojrzenie, błądzące po całym jej ciele. Miała na sobie zwykłą białą koszulę i ubranie robocze. Nie wyglądała szczególnie atrakcyjnie - wymięta, z młodzieńczą twarzą, nikt by jej pewnie nie dał tych szesnastu lat. Mimo to są mężczyźni, którzy lubią takie kobiety.

Zastanawiała się, czy nie użyć na niego odrobiny Szczęścia, ale w końcu się odwrócił.

- Obligator zaraz tu będzie - rzekł. - Jesteście gotowi?

Camon wywrócił oczyma i usadowił się za biurkiem.

- Wszystko jest w idealnym porządku. Zostaw mnie, Theron! Wracaj do siebie i czekaj.

Theron zmarszczył brwi, ale okręcił się na pięcie i wyszedł, mamrocząc coś pod nosem.

Vin rozejrzała się po pokoju, przyglądając się kolejno wystrojowi, służbie i atmosferze. Wreszcie podeszła do biurka Camona. Przywódca siedział, przeglądając stos papierów - widocznie usiłował się zdecydować, które z nich pozostawić na blacie.

- Camonie - odezwała się Vin - służba wygląda za dobrze.

Camon zmarszczył brwi i spojrzał na nią.

- Co tam mamroczesz?

- Służący - powtórzyła Vin, wciąż mówiąc przyciszonym głosem. - Lord Jedue ma być zdesperowany. Ma bogate stroje, które zostały mu z dobrych czasów, ale nie mógłby sobie pozwolić na tak bogatą służbę. Wziąłby skaa.

Camon spojrzał na nią gniewnie, ale się zamyślił. Fizycznie między szlachtą i skaa była niewielka różnica. Służący, których wybrał Camon, byli jednak odziani jak pośledniejsi arystokraci - wolno im było nosić kolorowe kamizelki i stali przed nim nieco zbyt pewni siebie.

- Obligator musi myśleć, że jesteś bliski nędzy - rzekła Vin. - Możesz zamiast tego wypełnić pokój skaa.

- Co wiesz? - Camon spojrzał na nią koso.

- Wystarczy. - Natychmiast pożałowała tego słowa, bo zabrzmiało zbyt butnie.

Camon uniósł pokrytą klejnotami dłoń i Vin przygotowała się na kolejny policzek. Nie mogła sobie pozwolić na wykorzystanie jeszcze odrobiny swego Szczęścia. I tak niewiele jej go pozostało.

Ale Camon nie uderzył jej. Westchnął tylko i położył pulchną dłoń na jej ramieniu.

- Czemu ciągle musisz mnie prowokować, Vin? Wiesz, jakie długi pozostawił twój brat, kiedy uciekł. Zdajesz sobie sprawę, że ktoś mniej miłosierny ode mnie sprzedałby cię do burdelu dawno temu? Jak by ci się to podobało służyć szlachcicowi w łóżku, dopóki mu się nie znudzisz, zanim skaże cię na śmierć?

Vin spojrzała na swoje stopy.

Uścisk Camona zacieśnił się, jego palce wbiły się w jej skórę w miejscu, gdzie szyja przechodziła w ramię, i dziewczyna mimowolnie jęknęła z bólu. Uśmiechnął się, widząc jej reakcję.

- Doprawdy, nie wiem, po co cię trzymam, Vin - rzekł, jeszcze mocniej zaciskając chwyt. - Powinienem był pozbyć się ciebie wiele miesięcy temu, kiedy twój brat mnie zdradził. Chyba mam za miękkie serce.

Puścił ją wreszcie, po czym wskazał miejsce pod ścianą pokoju, obok wielkiej rośliny w doniczce. Posłuchała, ustawiając się tak, by dobrze widzieć cały pokój. Zaledwie Camon odwrócił wzrok, potarła ramię.

To tylko ból. Potrafię sobie poradzić z bólem.

Camon siedział przez chwilę. A potem, jak się tego spodziewała, skinął na służących.

- Wy dwaj! - rozkazał. - Jesteście za dostatnio ubrani. Idźcie przebrać się w coś, aby wyglądać bardziej na służących skaa, i sprowadźcie tu jeszcze z sześciu ludzi, kiedy będziecie wracać.

Wkrótce pomieszczenie wypełniło się zgodnie z sugestią Vin. Obligator przybył niedługo potem.

Vin obserwowała, jak prelan Laird dumnie wkracza do pokoju. Był ogolony na zero, jak wszyscy obligatorzy, i miał na sobie ciemnoszarą szatę. Tatuaże Zakonu wokół oczu identyfikowały go jako prelana, starszego urzędnika w Kantonie Zakonu. Za jego plecami tłoczył się rząd pośledniejszych obligatorów, o znacznie mniej skomplikowanych tatuażach wokół oczu.

Camon wstał na widok prelana, okazując szacunek - gest, który nawet najwyższy z arystokratów Wielkiego Domu uznawał za stosowny wobec obligatora rangi Lairda. Laird nie odpowiedział tym samym, lecz podszedł do biurka i zajął miejsce naprzeciw Camona. Jeden z członków szajki, odgrywający rolę służącego, podbiegł i podsunął obligatorowi tacę z chłodnym winem i owocami.

Laird wybrał sobie owoc, pozwalając, by służący stał z tacą obok niego niczym mebel.

- Lord Jedue - rzekł wreszcie. - Cieszę się, że mamy okazję się spotkać.

- Ja również, wasza miłość - odparł Camon.

- Możesz mi zatem wyjaśnić, dlaczego nie byłeś w stanie przybyć do budynku Kantonu, zamiast żądać, abym to ja zjawił się tutaj?

- To moje kolana, wasza miłość - odrzekł Camon. - Lekarze zalecają, bym podróżował możliwie jak najmniej.

A ty bałeś się, że wylądujesz w twierdzy Zakonu, pomyślała Vin.

- Rozumiem - odparł Laird. - Niefortunna przypadłość dla człowieka, który zajmuje się transportem.

- Nie muszę sam wyruszać w podróże, wasza miłość - odrzekł Camon, skłaniając głowę. - Tylko je organizuję.

Dobrze, pomyślała Vin. Camon, pamiętaj, masz pozostać służalczy. Musisz się wydawać zdesperowany.

Vin potrzebowała powodzenia tej akcji. Camon groził jej, bił ją, ale uważał za szczęśliwy amulet. Nie była pewna, czy zdawał sobie sprawę z tego, dlaczego wszystkie jego plany łatwiej było zrealizować w jej obecności, ale chyba jednak potrafił skojarzyć fakty. Dzięki temu była cenna - a Reen zawsze mówił, że nieodzowni najdłużej pozostają przy życiu.

- Rozumiem - powtórzył Laird. - Cóż, obawiam się, że nasze spotkanie odbyło się zbyt późno. Kanton Finansów już przegłosował twoją ofertę.

- Tak szybko?! - zawołał ze szczerym zdumieniem Camon.

- Tak - odparł Laird, pociągając łyk wina, ale wciąż nie odprawiając sługi. - Zdecydowaliśmy, że nie przyjmiemy twojego kontraktu.

Camon siedział przez chwilę jak skamieniały.

- Przykro mi to słyszeć, wasza miłość.

Laird przyszedł spotkać się z tobą, pomyślała Vin. Więc wciąż istnieje pole do negocjacji.

- Istotnie - ciągnął Camon - to doprawdy niefortunne, ponieważ zamierzałem złożyć wam jeszcze lepszą ofertę.

Laird uniósł tatuowaną brew.

- Wątpię, czy to coś zmieni. W Radzie znajduje się frakcja, która uważa, że Kanton będzie lepiej obsłużony, jeśli wybierze bardziej stabilną firmę transportową do przewozu naszych ludzi.

- A to by był poważny błąd - odparł gładko Camon. - Bądźmy szczerzy, wasza miłość. Obaj wiemy, że ten kontrakt to ostatnia szansa Rodu Jedue. Teraz, kiedy straciliśmy kontrakt z Farwanem, nie możemy już sobie pozwolić na wysyłanie łodzi aż do Luthadelu. Bez patronatu Zakonu mój ród jest zrujnowany finansowo.

- Przyznam, że to nie ma wielkiego wpływu na moją decyzję, wasza lordowska mość - odparł obligator.

- Doprawdy? - odparował Camon. - Wasza miłość, proszę sobie zadać to pytanie: kto będzie wam lepiej służył? Czy ród, który ma tuziny kontraktów, pomiędzy które musi dzielić swoją uwagę, czy taki, który wasz kontrakt uważa za swą ostatnią nadzieję? Kanton Finansów nie znajdzie bardziej spolegliwego partnera, niż desperat. Niech to moje łodzie sprowadzają z północy waszych akolitów, niech moi żołnierze ich eskortują, a nie będziecie rozczarowani.

Dobrze, pomyślała Vin.

- Cóż... rozumiem - odparł obligator, nieco zaniepokojony.

- Chętnie przyznam wam przedłużony kontrakt, za stałą cenę ryczałtową pięćdziesięciu skrzyńców na głowę i podróż, wasza miłość. Twoi akolici mogą teraz podróżować do woli naszymi łodziami i zawsze będą mieli niezbędną eskortę.

Obligator uniósł brew.

- To połowa poprzedniej ceny.

- Przecież mówiłem, że jesteśmy zdesperowani - odparł Camon. - Mój ród chce utrzymać łodzie w ruchu. Pięćdziesiąt skrzyńców to dla nas żaden zysk, ale to nie ma znaczenia. Kiedy kontrakt z Zakonem przywróci nam stabilność, będziemy mogli znaleźć inne kontrakty, by napełnić swoje skarbce.

Laird się zamyślił. Oferta była istotnie bajeczna - w normalnych warunkach wydawałaby się wręcz podejrzana. Jednakże z zachowania Camona było widać, że jego ród jest na granicy zapaści finansowej. Drugi przywódca, Theron, pracował przez pięć lat, budując, oszukując i kombinując, aby dojść do tego momentu. Zakon byłby szalony, gdyby nie rozważył takiej oferty.

Laird też zdawał sobie z tego sprawę. Stalowy Zakon nie był silny wyłącznie biurokracją i władzą prawną Ostatniego Imperium - sam również stanowił coś w rodzaju arystokratycznego rodu. Im więcej miał bogactw, tym lepsze były jego własne kontrakty handlowe, tym lepsze punkty nacisku różne Kantony Zakonu miały między sobą - i w relacjach z arystokratycznymi rodami.

Było jednak widać, że Laird wciąż się waha, Vin widziała to w jego spojrzeniu, doskonale znała ten podejrzliwy wzrok. Nie da się złapać na ten kontrakt.

Teraz moja kolej, pomyślała.

Użyła Szczęścia na Lairdzie. Sięgnęła ku niemu bardzo ostrożnie - nie była pewna, co właściwie robi, albo dlaczego. Jednak dotyk ten był całkiem instynktowny, wyszkolony przez wiele lat subtelnych ćwiczeń. Miała zaledwie dziesięć lat, kiedy się zorientowała, że inni ludzie nie potrafią robić tego, co ona.

Delikatnie naparła na uczucia Lairda, stłumiła je. Stał się mniej podejrzliwy, mniej przestraszony. Posłuszny. Jego obawy rozpłynęły się, Vin ujrzała, jak w jego oczach pojawia się spokojne uczucie kontroli.

Wciąż jednak wydawał się nieco niepewny. Vin naparła mocniej. Prelan przechylił głowę z zamyśloną miną. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale znów natarła na niego, desperacko rzucając na szalę ostatnie uncje Szczęścia.

Laird zawahał się znowu.

- Doskonale - rzekł. - Przedstawię Radzie twoją nową ofertę. Może jednak uda nam się dojść do porozumienia.

 

Gdyby ludzie przeczytali te słowa, niechby się dowiedzieli, jak ciężkim brzemieniem jest moc. Starajcie się nie dać skrępować jej łańcuchom. Proroctwa Terrisa głoszą, że będę miał moc, by uratować świat.

Ale sugerują, że moja moc może go również zniszczyć.

2

W opinii Kelsiera miasto Luthadel - siedziba Ostatniego Imperatora - było posępnym miejscem. Większość budynków wzniesiono z kamiennych bloków, z dachami z dachówek dla bogatych, a drewnianymi dla pozostałych. Budowle były stłoczone, co sprawiało wrażenie, że są przysadziste, choć niektóre miały trzy piętra.

Kamienice i sklepy były do siebie całkiem podobne: nie było to miejsce, gdzie człowiek chciałby zwracać na siebie uwagę. Oczywiście, o ile nie byłeś członkiem arystokracji.

W całym mieście było rozrzuconych kilkanaście monolitycznych twierdz. Skomplikowane, ozdobione rzędami podobnych do włóczni iglic i głębokich podcieni, mieściły w sobie domostwa wysokiej szlachty. W istocie były po prostu oznakami szlachectwa. Każda rodzina, która mogła sobie pozwolić na zbudowanie twierdzy i utrzymywanie wysokiej stopy życia w Luthadelu, była uważana za Wielki Ród.

Większość otwartych przestrzeni w mieście znajdowała się właśnie wokół tych twierdz. Wolne place pośród kamienic były niczym polany w lecie, a same twierdze - jak samotne góry wznoszące się ponad resztą krajobrazu. Czarne góry. Podobnie, jak reszta miasta, zamki były poznaczone plamami wielu lat popielistych opadów.

Każda budowla w Luthadelu - dosłownie każda, jaką Kelsier kiedykolwiek widział - była w jakimś stopniu poczerniała. Nawet mury miejskie, na których teraz stał, były pokryte patyną sadzy. Budowle ogólnie były najciemniejsze u góry, gdzie zbierał się popiół, ale deszcz i wieczorna rosa przenosiły sadzę po gzymsach i wzdłuż ścian. I, jak farba spływająca po obrazie, czerń ściekała po ścianach budynków w nierównych frędzlach.

Ulice oczywiście były całkowicie czarne. Kelsier stał i czekał, obserwując miasto, kiedy grupa robotników skaa pracowała na ulicy poniżej, oczyszczając ostatnie zaspy popiołu. Zawiozą je potem do rzeki Channerel, która przepływa przez centrum miasta, zmywając sterty popiołu, by hałdy w końcu nie zasypały grodu. Czasem Kelsier zastanawiał się, czemu całe imperium nie stało się jedną wielką kupą popiołu. Podejrzewał, że popiół może kiedyś zacznie rozkładać się w glebę, ale utrzymanie pól i miast w stanie nadającym się do użytku wymagało na razie nieprawdopodobnego wysiłku.

Na szczęście zawsze było dość skaa, by odwalić tę robotę. Robotnicy w dole byli odziani w proste płaszcze i spodnie, utytłane w popiele i zniszczone. Podobnie jak robotnicy na plantacjach, które opuścił kilka tygodni temu, pracowali znużonymi, pozbawionymi nadziei ruchami. Obok robotników przeszła druga grupa skaa, przywołanych odległym dźwiękiem dzwonów, który wyznaczał dla nich kolejną zmianę i kolejny dzień pracy w kuźniach i hutach. Metal był głównym towarem eksportowym Luthadelu, w mieście wybudowano mnóstwo kuźni i rafinerii. Jednakże spiętrzenia rzeki dawały znakomitą lokalizację również dla młynów do ziarna i krosien fabryk tekstyliów.

Skaa pracowali. Kelsier odwrócił się od nich, spoglądając ku centrum miasta, gdzie wznosił się pałac Ostatniego Imperatora, niczym potworny owad o najeżonym kolcami grzbiecie. Kredik Shaw, Wzgórze Tysiąca Wież. Pałac był kilkakrotnie większy od każdej ze szlacheckich posesji i zdecydowanie największym budynkiem w mieście.

Kiedy Kelsier tak stał i przyglądał się miastu, spadła kolejna fala popiołu. Płatki osiadały lekko na ulicach i budynkach. Ostatnio pada dużo popiołu, pomyślał, zadowolony z pretekstu, by nasunąć kaptur na twarz. Popielne Rumaki znów się uaktywniły.

Nie obawiał się, że ktokolwiek w Luthadelu może go rozpoznać - od jego schwytania minęły trzy lata. Jednakże kaptur dodawał mu pewności siebie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Kelsier zechce być widzianym i rozpoznawanym. Na razie wolał pozostać anonimowy.

Wreszcie ujrzał postać zbliżającą się ku niemu wzdłuż muru. Dockson był niższy od Kelsiera, miał kwadratową twarz, która doskonale pasowała do jego dość krępej sylwetki. Ciemne włosy skrywał mu kaptur pospolitego, brunatnego płaszcza, a twarz zdobiła niewielka bródka, którą zapuścił od czasu pierwszego młodzieńczego zarostu dwadzieścia lat temu.

Podobnie jak Kelsier, miał na sobie strój szlachecki: kolorową kamizelkę, ciemny surdut i spodnie, oraz cienki płaszcz dla ochrony przed popiołem. Tkaniny nie były zbyt bogate, ale arystokratyczne - znak przynależności do klasy średniej Luthadelu. Większość ludzi ze szlachetnych rodów nie była dość bogata, by zostać uznanymi za członków Wielkiego Domu, ale w Ostatnim Imperium szlachectwo nie wiązało się wyłącznie z pieniędzmi. Miały w nim swój udział również pochodzenie i historia, Ostatni Imperator był nieśmiertelny i najwyraźniej doskonale pamiętał ludzi, którzy wspierali go we wczesnych latach panowania. Potomkowie tych ludzi, nieważne, jak zubożeli, zawsze będą faworyzowani.

Odzież sprawi, że przechodzące patrole nie zadadzą wielu pytań. W przypadku Kelsiera i Docksona ten strój był oczywiście jedynie przebraniem. Żaden z nich w istocie nie był szlachcicem, choć technicznie rzecz biorąc, Kelsier był przynajmniej półkrwi. Jednakże to z wielu względów bywało gorsze, niż być normalnym skaa.

Docson podszedł do Kelsiera i przystanął, opierając się o blankę. Splótł ręce na kamieniu.

- Spóźniłeś się o kilka dni, Kell.

- Postanowiłem zrobić kilka przystanków na północnych plantacjach.

- Ach - odparł Dockson. - Więc jednak maczałeś palce w sprawie śmierci lorda Trestinga?

Kelsier się uśmiechnął.

- Można tak powiedzieć.

- Jego śmierć spowodowała spore zamieszanie wśród lokalnej szlachty.

- Mniej więcej taka była intencja - odparł Kelsier. - Choć, mówiąc uczciwie, nie planowałem niczego aż tak dramatycznego. W gruncie rzeczy był to bardziej przypadek niż cokolwiek innego.

Dockson uniósł brew.

- Jak można "przypadkowo" zabić szlachcica w jego własnej posesji?

- Nożem w serce - odparł Kelsier. - A raczej kilkoma nożami. Zawsze lepiej dmuchać na zimne.

Dockson wzniósł oczy w niebo.

- Jego śmierć chyba nie jest wielką stratą, Dox - rzekł Kelsier. - Nawet wśród szlachty Tresting był znany z okrucieństwa.

- Nie obchodzi mnie Tresting - odparł Dockson. - Po prostu zastanawiam się, jakim muszę być idiotą, żeby iść z tobą na kolejną robotę. Atakować prowincjonalnego lorda w jego własnej posesji, otoczonej strażą... szczerze mówiąc, Kell, prawie już zapomniałem, jaki z ciebie wariat.

- Wariat? - Kelsier się zaśmiał. - To nie było wariactwo. Ot, taka mała dywersja. Powinieneś zobaczyć, co planuję teraz!

Dockson stał nieruchomo przez chwilę, po czym także się roześmiał.

- Na Ostatniego Imperatora, dobrze, że wróciłeś, Kell! Obawiam się, że stałem się dość nudny przez te ostatnie kilka lat.

- Zajmiemy się tym - obiecał Kelsier. Odetchnął głęboko, spojrzał na opadający delikatnie popiół. Ekipy zamiataczy skaa już wzięły się do roboty, oczyszczając ulice z ciemnego pyłu. Za nimi przeszedł strażnik, skinieniem głowy pozdrawiając Kelsiera i Docksona. Czekali w milczeniu, aż znów zostaną sami.

- Dobrze jest wrócić - rzekł wreszcie Kelsier. - Luthadel jest dla mnie dziwnie przyjaznym miejscem, nawet jeśli to ponura, pusta dziura. Zorganizowałeś spotkanie?

Dockson skinął głową.

- Ale nie możemy spotkać się przed wieczorem. Jak się tu w ogóle dostałeś? Moi ludzie pilnowali bram.

- Hm? Ach, wśliznąłem się wieczorem.

- Ale jak... - Dockson się zawahał. - Och, racja. Będę musiał się przyzwyczaić.

Kelsier wzruszył ramionami.

- Nie rozumiem, przecież zawsze pracujesz z Dziećmi Mgły.

- Tak, ale to co innego - odparł Dockson. Podniósł dłoń, aby powstrzymać dalsze argumenty. - Nie trzeba, Kell. Nie wzbraniam się, po prostu potrzebuję trochę czasu, żeby się przyzwyczaić.

- Dobrze, kto dzisiaj będzie?

- Cóż, pojawią się oczywiście Breeze i Ham. Są bardzo ciekawi tej twojej tajemniczej roboty... nie wspomnę już, że dość zirytowani, że nie chcę im powiedzieć, co kombinowałeś przez ostatnie kilka lat.

- I dobrze - odparł Kelsier. - Niech się dalej zastanawiają. A co z Trapem?

Dockson pokręcił głową.

- Trap nie żyje. Zakon dogonił go w końcu parę miesięcy temu. Nawet nie zawracali sobie głowy wysyłaniem go do Czeluści - ścięli go na miejscu.

Kelsier przymknął oczy i cicho westchnął. Wydawało się, że Stalowy Zakon ostatecznie dopadnie każdego. Czasem Kelsier myślał sobie, że życie skaa Mglistego nie ma nic wspólnego z przetrwaniem, a raczej z wyborem odpowiedniego momentu na śmierć.

- No to zostaliśmy bez Dymiarza - rzekł wreszcie, otwierając oczy. - Masz jakieś propozycje?

- Ruddy - podsunął Dockson.

Kelsier pokręcił głową.

- Nie, jest dobrym Dymiarzem, ale nie dość dobrym człowiekiem.

Dockson się uśmiechnął.

- Nie dość dobrym człowiekiem, aby znaleźć się w złodziejskiej szajce... Kell, tęskniłem za pracą z tobą. No cóż, to kto?

Kelsier zamyślił się na chwilę.

- Czy Clubs dalej prowadzi swój warsztat?

- O ile wiem, to tak - powoli odrzekł Dockson.

- Podobno to jeden z najlepszych Dymiarzy w mieście.

- Zdaje się, że tak - odparł Dockson. - Ale czy nie jest znany z tego, że trudno się z nim współpracuje?

- Nie jest taki zły - mruknął Kelsier. - Trzeba się tylko do niego przyzwyczaić. Poza tym sądzę, że do tej konkretnej roboty może... dać się namówić.

- Doskonale. - Dockson wzruszył ramionami. - Zaproszę go. O ile wiem, Tineye jest jego krewnym. Czy jego też mam zaprosić?

- Dobrze. - Dockson skinął głową. - Cóż, poza tym pozostaje tylko Yeden. Oczywiście, o ile jest nadal zainteresowany...

- Będzie tam - zapewnił Kelsier.

- Lepiej, żeby był - odparł Dockson. - W końcu to on nam płaci.

Kelsier przytaknął, po czym zmarszczył brwi.

- Nie wspomniałeś o Marshu.

Dockson wzruszył ramionami.

- Mówiłem ci, że twój brat nigdy nie aprobował naszych metod, a teraz... znasz Marsha. Nie będzie chciał w ogóle mieć do czynienia z Yedenem i całą rebelią, a co dopiero z garścią takich rzezimieszków jak my. Musimy znaleźć kogo innego do infiltracji obligatorów.

- Nie - zaoponował Kelsier. - Zrobi to. Muszę tylko go przekonać.

- Skoro tak twierdzisz - Dockson zamilkł i obaj stali przez chwilę, wsparci na parapecie, wodząc wzrokiem po pokrytym popiołem mieście.

Wreszcie Dockson pokręcił głową.

- To szaleństwo, prawda?

Kelsier się uśmiechnął.

- Przyjemnie, co?

- Fantastycznie - zgodził się Dockson.

- To będzie robota jak żadna inna - mruknął Kelsier, spoglądając na północ i w kierunku pokręconego budynku w centrum miasta.

Dockson odszedł od muru.

- Mamy kilka godzin do spotkania. Chciałbym ci coś pokazać. Myślę, że wciąż jest czas... jeśli się pospieszymy.

Kelsier się obejrzał.

- Właśnie się wybierałem zmyć głowę mojemu grzecznemu bratu. Ale...

- Nie będziesz żałował - obiecał Dockson.

***

Vin siedziała w kącie głównego pomieszczenia, trzymając się jak zwykle w cieniu. Im mniej ją było widać, tym bardziej była ignorowana przez pozostałych. Nie mogła sobie pozwolić na marnowanie Szczęścia na opędzanie się od niewczesnych zalotów. Zaledwie miała czas zregenerować to, co zużyła kilka dni temu, w czasie spotkania z obligatorem.

Wokół stolików zebrała się zwykła klientela, grając w kości lub dyskutując na temat drobnych robót. Dym z kilkunastu różnych fajek unosił się i kłębił pod sklepieniem, a ściany były pokryte ciemnymi plamami, jakie pozostawiły niezliczone lata podobnego traktowania. Podłoga była ciemna od śladów popiołu. Podobnie, jak większość złodziejskich szajek, banda Camona nie przesadzała z czystością.

W głębi sali znajdowały się drzwi, a za nimi kręte kamienne schodki, wiodące do fałszywej kratki ściekowej w alejce. Ta sala, podobnie jak wiele innych ukrytych w imperialnej stolicy Luthadelu, nie miała prawa istnieć.

Z przedniej części pomieszczenia, gdzie Camon z kilku innymi bandytami spędzali miłe popołudnie przy piwie i świńskich dowcipach, dobiegał rubaszny śmiech. Stolik Camona znajdował się tuż przy barze, gdzie drinki, serwowane po zawyżonych cenach, były kolejnym sposobem na wykorzystanie tych, którzy dla niego pracowali. Element kryminalny Luthadelu szybko się uczył od swojej szlachty.

Vin robiła co mogła, by pozostać niewidzialna. Pół roku temu nie przypuszczała, że jej życie bez Reena może stać się jeszcze gorsze. A jednak, pomimo wybuchów wściekłości, pilnował, by inni bandyci nie pozwalali sobie z Vin na poufałość. W szajkach złodziejskich było niewiele kobiet - najczęściej wszystkie kobiety, które pogrążały się w półświatku, kończyły jako dziwki. Reen zawsze powtarzał, że dziewczyna musi być twarda - twardsza nawet od mężczyzny - jeśli chce przetrwać.

"Myślisz, że jakikolwiek przywódca będzie chciał cię wlec w swojej ekipie?" powiadał. "Nawet ja nie chcę z tobą pracować, a jestem twoim bratem".

Plecy wciąż pulsowały jej bólem. Camon wychłostał ją wczoraj. Krew zniszczy koszulę, a nie stać ją na nową. Camon już położył rękę na jej zarobkach, żeby pokryć długi, których narobił jej brat.

Ale ja jestem silna, pomyślała.

W tym była cała ironia. Chłosta już prawie nie bolała, gdyż częste napady gniewu Reena uczyniły ją odporną, a jednocześnie nauczyły, jak wydawać się żałosną i cierpiącą. W pewien sposób chłosta odnosiła wręcz odwrotny skutek. Za każdym razem Vin wychodziła z niej silniejsza i lepiej zahartowana.

Camon wstał. Sięgnął do kieszeni kamizelki i wyjął złoty zegarek. Skinął głową jednemu ze swych towarzyszy i rozejrzał się po sali, szukając... Vin.

Jego spojrzenie wbiło się w nią.

- Już czas - rzekł.

Zmarszczyła brwi.

Czas? Na co?

***

Kanton Finansów Zakonu był imponującą budowlą, ale - prawdę mówiąc - wszystko, co dotyczyło Stalowego Zakonu, było imponujące.

Wysoki, masywny budynek miał ogromne rozetowe okno na frontowej ścianie, choć z zewnątrz szkło wydawało się ciemne. Po obu stronach okna zwisały proporce, a poplamiona sadzą czerwona tkanina była zapisana hymnami pochwalnymi na cześć Ostatniego Imperatora.

Camon obserwował budynek krytycznym okiem. Vin wyczuwała jego obawę. Kanton Finansów nie był raczej najgroźniejszym z urzędów Zakonu - Kanton Inkwizycji, a nawet Kanton Ortodoksji miały znacznie gorszą opinię. Jednakże dobrowolne wejście do jakiegokolwiek urzędu Zakonu... oddanie się we władzę obligatorów... cóż, takiego czynu można dokonać jedynie po starannym namyśle.

Camon zaczerpnął tchu, po czym ruszył przed siebie, stukając laską po kamieniach w rytm kroków. Miał na sobie strój bogatego szlachcica i towarzyszyło mu sześciu członków szajki - w tym i Vin - w charakterze "służby".

Vin weszła za Camonem po stopniach, po czym przystanęła, kiedy jeden ze "służących" podskoczył, aby otworzyć drzwi przed swoim "panem". Z całej szóstki najwyraźniej tylko Vin nie wiedziała o planie Camona. Podejrzane było to, że Therona - partnera Camona w skoku na Zakon - nie było w zasięgu wzroku.

Vin weszła do budynku Kantonu. Z rozetowego okna padało wibrujące, czerwone światło, poprzecinane błękitnymi promieniami. W ogromnym holu za biurkiem siedział samotny obligator z tatuażami średniego poziomu wokół oczu.

Camon podszedł do niego, stukając laską po dywanie.

- Jestem lord Jedue - rzekł.

Co robisz, Camonie? - pomyślała Vin. Do Therona twierdziłeś, że nigdy nie spotkasz się z prelanem Lairdem w jego biurze w Kantonie. A teraz sam tu przyszedłeś.

Obligator skinął głową, odnotowując coś w swojej księdze. Machnął ręką.

- Do poczekalni możesz wziąć ze sobą jednego służącego, reszta musi zostać tutaj.

Pogardliwe sapnięcie Camona dobitnie świadczyło o jego zdaniu na temat tego ograniczenia. Obligator nawet nie uniósł głowy sponad księgi. Camon stał przez chwilę i Vin nie była pewna, czy jest naprawdę wściekły, czy tylko odgrywa rolę urażonego szlachcica. Wreszcie wyciągnął palec i dźgnął nim powietrze, wskazując na Vin.

- Chodź - rzekł i odwrócił się, powoli kierując się ku wskazanym drzwiom.

Pokój za nimi był urządzony z przepychem i wygodą. Kilku panów szlachetnego rodu odpoczywało w różnych wyczekujących pozycjach. Camon wybrał sobie fotel, usadowił się w nim, po czym wskazał stół zastawiony winem i ciasteczkami z czerwonym lukrem. Vin posłusznie podała mu kielich wina i talerz z ciastkami, ignorując ssanie żołądka.

Camon pożerał ciastka, mlaszcząc cicho.

Jest zdenerwowany. Jeszcze bardziej niż przedtem.

- Kiedy wejdziemy, masz się nie odzywać - polecił z pełnymi ustami.

- Zdradzasz Therona - odparła szeptem.

Skinął głową.

- Ale jak? Dlaczego?

Plan Therona był skomplikowany w realizacji, ale koncepcja była prosta. Co roku Zakon przesyłał nową grupę akolitów obligatorów z północnego klasztoru na południe, do Luthadelu, by dokończyli nauk. Theron odkrył jednak, że ci akolici i ich nadzorcy zwozili ukryte w bagażu ogromne sumy z funduszy Zakonu, by przechować je w twierdzy w Luthadelu.

Rabunek w Ostatnim Imperium był trudną sprawą, zwłaszcza przy nieustannych patrolach strzegących kanałów żeglownych. Jednakże, jeśli ktoś sam kierował barkami przewożącymi akolitów, był w stanie przeprowadzić napad. W odpowiedniej chwili strażnicy zwracali się ku swoim pasażerom - i człowiek mógł nieźle zarobić, a potem zwalić wszystko na rabusiów.

- Drużyna Therona jest słaba - odparł cicho Camon. - Za dużo wydał na tę robotę.

- Ale przecież mu się zwróci... - zaprotestowała.

- Nigdy, jeśli wezmę teraz wszystko, co się da i ucieknę - odrzekł Camon z uśmiechem. - Namówię obligatorów, żeby wypłacili mi zaliczkę na uruchomienie floty, a potem zniknę i zostawię Theronowi załatwienie spraw z rozwścieczonym Zakonem, kiedy ten się zorientuje, że został nabrany.

Vin wyprostowała się, nieco wstrząśnięta. Przygotowanie takiej akcji z pewnością kosztowało Therona wiele tysięcy skrzyńców - jeśli teraz poniesie porażkę, będzie zrujnowany. A z Zakonem depczącym mu po piętach nie będzie miał nawet szansy na zemstę. Camon szybko się dorobi i jednocześnie uwolni się od jednego z najpotężniejszych rywali.

Theron był głupcem, że wziął do tego Camona, pomyślała. Ale kwota, którą obiecał Camonowi, była ogromna. Prawdopodobnie przypuszczał, że zachłanność Camona powstrzyma go od nieuczciwości, zanim sam Theron nie spłata mu psikusa. Camon po prostu był szybszy niż ktokolwiek mógł sądzić, nawet Vin. Jak Theron mógłby się zorientować, że Camon sam udaremni jego pracę, zamiast czekać i skraść cały ładunek z barki?

Poczuła ucisk w żołądku.

To tylko jeszcze jedna zdrada, pomyślała z bólem. Dlaczego wciąż tak się tym przejmuję? Wszyscy wszystkich zdradzają. Takie jest życie...

Miała ochotę znaleźć sobie kąt, najlepiej bezpieczny i ciasny, i ukryć się. Sama.

Wszyscy cię zdradzą. Wszyscy.

Ale nie miała dokąd pójść. Wreszcie wszedł jakiś obligator niższej rangi i wywołał lorda Jedue. Vin poszła za Camonem do sali audiencyjnej.

Mężczyzna, który na nich czekał, usadowiony wygodnie za biurkiem, nie był jednak prelanem Lairdem.

Camon przystanął w wejściu. Ujrzał gabinet, wyściełany szarym dywanem i biurko. Ściany były nagie, a jedyne okno wąskie na szerokość dłoni. Obligator, który na nich czekał, miał jeden z najbardziej skomplikowanych tatuaży wokół oczu, jakie Vin kiedykolwiek widziała. Nie była pewna, jaka ranga z nich wynika, ale kreski wędrowały daleko poza uszy i na czoło obligatora.

- Lord Jedue - rzekł dziwny obligator.

Podobnie jak Laird miał na sobie szarą szatę, ale różnił się bardzo od poważnych, biurokratycznych ludzi, z jakimi Camon miewał wcześniej do czynienia. Ten był szczupły, ale muskularny, a jego ogolona na gładko, trójkątna głowa nadawała mu drapieżny wygląd.

- Odniosłem wrażenie, że będę miał przyjemność z prelanem Lairdem - rzekł Camon, wciąż nie wchodząc do środka.

- Prelan Laird został odwołany do innych zadań. Jestem wielki prelan Arriev, przewodniczący rady, która rozpatrywała twoją ofertę. Masz rzadką możliwość porozmawiania ze mną bezpośrednio. Zwykle nie prowadzę tych spraw osobiście, ale nieobecność Lairda sprawiła, że musiałem wziąć na siebie część jego obowiązków.

Instynkt Vin sprawił, że zesztywniała.

Musimy się stąd wynosić. Natychmiast.

Camon stał nieruchomo przez dłuższą chwilę i widziała, że się zastanawia. Uciekać od razu? Czy podjąć ryzyko dla większej zdobyczy? Vin nie obchodziła zdobycz, chciała tylko żyć. Camon jednak nie został przywódcą bez ryzyka od czasu do czasu. Powoli wszedł do gabinetu i rozglądając się ostrożnie, zajął miejsce naprzeciwko obligatora.

- Dobrze, wielki prelanie Arriev - rzekł ostrożnie. - Przyjmuję, że skoro zostałem wezwany na kolejne spotkanie, to rada rozważyła moją ofertę?

- W istocie - odparł obligator. - Choć muszę przyznać, że niektórzy członkowie Rady są niechętni, by robić interesy z rodem tak bliskim katastrofy ekonomicznej. Zakon ogólnie woli podchodzić konserwatywnie do swoich operacji finansowych.

- Rozumiem.

- Ale - wtrącił Arriev - na pokładzie znajdzie się wielu, którzy chętnie skorzystaliby z oszczędności, jakie nam zaoferowałeś.

- A z jaką grupą ty się identyfikujesz, wasza miłość?

- Jeszcze nie podjąłem ostatecznej decyzji. - Obligator się pochylił. - Dlatego zauważyłem, że masz tę rzadką okazję, by mnie przekonać. Zrób to, lordzie Jedue, a będziesz miał swój kontrakt.

- Z pewnością prelan Laird przedstawił szczegóły naszej oferty - odparł Camon.

- Tak, ale chciałbym usłyszeć te argumenty od ciebie. Zrób to dla mnie.

Vin zmarszczyła brwi. Pozostała w głębi sali, stojąc w pobliżu drzwi, wciąż niepewna, czy nie powinna uciekać.

- I co? - zagadnął Arriev.

- Potrzebujemy tego kontraktu, wasza miłość - odrzekł Camon. - Bez niego nie będziemy w stanie kontynuować naszej działalności transportowej, Wasz kontrakt pozwoli nam na uzyskanie tak potrzebnego okresu stabilności, szansę na utrzymanie naszych barek do czasu, aż znajdziemy kolejne kontrakty.

Arriev przez moment przyglądał się Camonowi.

- Z pewnością stać cię na więcej, lordzie Jedue. Laird powiedział, że byłeś bardzo przekonujący... chciałbym usłyszeć coś, co pozwoli mi uwierzyć, że zasłużyłeś na nasz kontrakt.

Vin przygotowała swoje Szczęście. Mogła sprawić, by Arriev stał się skłonniejszy do negocjacji, ale... coś ją powstrzymało. Sytuacja wydawała się bardzo ryzykowna.

- Jesteśmy dla was najlepszym wyborem, wasza miłość - rzekł Camon. - Obawiasz się, że mój ród poniesie klęskę ekonomiczną? Cóż, jeśli tak się stanie, co stracicie? W najgorszym razie moje barki przestaną kursować, a wy będziecie musieli znaleźć innych kupców. Jednak, jeśli wasz kontrakt wystarczy, by utrzymać moją działalność, będzie to dla was oznaczało wieloletni i bardzo korzystny interes.

- Rozumiem - odparł Arriev niedbale. - A dlaczego właśnie Zakon? Dlaczego nie znajdziesz sobie kogoś innego? Przecież z pewnością istnieją inne możliwości wykorzystania twoich statków... inne grupy, które rzucą się na takie stawki.

Camon zmarszczył brwi.

- Nie chodzi o pieniądze, wasza miłość, chodzi o zwycięstwo, o dowód zaufania - właśnie to zyskamy, otrzymując kontrakt od Zakonu. Jeśli wy nam zaufacie, inni też to uczynią. Potrzebuję waszego poparcia. - Camon zaczął się obficie pocić. Chyba już pożałował swojej gry. Czy został zdradzony? Czy to Theron stał za tym dziwnym spotkaniem?

Obligator czekał spokojnie. Vin wiedziała, że może ich zniszczyć. Gdyby nabrał podejrzeń, że próbują go oszukać, mógł ich przekazać Kantonowi Inkwizycji. Niejeden szlachcic wszedł do budynku Kantonu i nigdy go nie opuścił.

Zacisnęła zęby, sięgnęła ku niemu i użyła Szczęścia na obligatorze, sprawiając, by przestał być podejrzliwy.

Arriev się uśmiechnął.

- Cóż, przekonałeś mnie - oznajmił.

Camon westchnął z ulgą.

- Twój ostatni list sugerował, że potrzebujesz trzech tysięcy skrzyńców jako zaliczki, aby odnowić sprzęt i podjąć działalność - mówił Arriev. - Przejdź do skryby w głównym holu, by dokończyć papierkową robotę i byś mógł się zgłosić po niezbędne fundusze.

Obligator wyjął ze stosu arkusz grubego, biurokratycznego papieru i przyłożył pieczęć na samym dole. Podał arkusz Camonowi.

- Oto twój kontrakt.

Camon uśmiechnął się szeroko.

- Wiedziałem, że Zakon będzie właściwym wyborem - rzekł, przyjmując kontrakt. Wstał, skłonił się obligatorowi z szacunkiem, po czym skinął na Vin, aby otwarła mu drzwi.

Uczyniła to.

Coś jest nie w porządku, pomyślała. Coś jest bardzo nie w porządku. Zatrzymała się, kiedy Camon wychodził i obejrzała na obligatora. Wciąż się uśmiechał.

Szczęśliwy obligator to zawsze zły znak.

Jednak, kiedy szli przez poczekalnię z jej szlachetnymi gośćmi, nikt ich nie zatrzymał. Camon opieczętował i dostarczył kontrakt odpowiedniemu skrybie, a żołnierze wciąż się nie zjawiali, by ich aresztować. Skryba wyjął małą skrzynkę pełną monet i obojętnie podał Camonowi.

A potem po prostu opuścili budynek Kantonu. Camon zebrał pozostałą służbę z widoczną ulgą. Żadnego alarmu, żadnych krzyków. Żadnego tupotu żołnierskich butów. Byli wolni. Camon zdołał oszukać zarówno Zakon, jak i drugiego przywódcę.

A przynajmniej tak się wydawało.

***

Kelsier wepchnął do ust jeszcze jedno czerwono lukrowane ciasteczko i żuł je z satysfakcją. Gruby złodziej i jego przerażona służąca przeszli przez poczekalnię do wyjścia. Obligator, który z nimi rozmawiał, pozostał w gabinecie, widocznie czekając na kolejnego petenta.

- No i co? - zapytał Dockson. - Co o tym myślisz?

Kelsier spojrzał na ciasteczka.

- Całkiem niezłe - rzekł, częstując się kolejnym. - Zakon zawsze miał doskonały gust. To oczywiste, że i przekąski mają znakomite.

Dockson przewrócił oczami.

- Mówię o dziewczynie, Kell.

Kelsier uśmiechnął się i ułożył cztery ciastka w stertę na dłoni, po czym skinął głową w stronę drzwi. Poczekalnia Kantonu była zbyt tłoczna, by w niej dyskutować o delikatnych sprawach. Po drodze zatrzymał się i powiedział sekretarzowi obligatora, że musi przełożyć spotkanie.

Minęli hol wejściowy, po drodze przechodząc obok tłustego herszta, który cicho rozmawiał ze skrybą. Kelsier wyszedł na ulicę, naciągnął kaptur na głowę dla ochrony przed wciąż padającym popiołem, po czym poszedł w dół ulicy. Zatrzymał się w bocznej alejce, zajmując taką pozycję, by wraz z Docksonem obserwować drzwi budynku Kantonu. Z zadowoleniem przeżuwał ciastka.

- Skąd się o niej dowiedziałeś? - zapytał pomiędzy jednym kęsem a drugim.

- To twój brat - odparł Dockson. - Camon próbował wykręcić numer Marshowi kilka miesięcy temu i ona też z nim wtedy była. Właściwie to ta mała maskotka Camona stała się już dość sławna w pewnych kręgach. Wciąż nie jestem pewien, czy on aby w ogóle wie, kim ona jest. Wiesz, jak przesądni bywają złodzieje.

Kelsier skinął głową, otrzepując dłonie.

- Skąd wiedziałeś, że ona dzisiaj tu będzie?

Dockson wzruszył ramionami.

- Kilka napiwków we właściwe ręce. Miałem tę dziewczynę na oku od dnia, kiedy Marsh mi ją pokazał. Chciałem, żebyś sam zobaczył ją w akcji.

Po drugiej stronie ulicy drzwi budynku Kantonu otwarły się wreszcie i u szczytu schodów stanął Camon, otoczony grupką "służących". Drobna, krótkowłosa dziewczyna była wśród nich. Na jej widok Kelsier zmarszczył brwi. Jej kroki były nerwowe i płochliwe, podrywała się za każdym razem, kiedy ktoś wykonał zbyt gwałtowny gest. Prawa strona jej twarzy wciąż była nieco bledsza od gojącego się już siniaka.

Kelsier spojrzał na nadętego Camona. Muszę wymyślić dla tego gościa coś szczególnie odpowiedniego.

- Biedactwo - mruknął Dockson.

- Wkrótce się od niego uwolni - rzekł Kelsier. - Dziwne, że nikt wcześniej jej nie odkrył.

- Więc twój brat miał rację?

- Jest co najmniej Mglistym, a jeśli Marsh twierdzi, że czymś więcej, jestem gotów mu uwierzyć. Jestem nieco zaskoczony, że używa Allomancji na członku Zakonu, zwłaszcza w budynku Kantonu, ale podejrzewam, że nie jest nawet świadoma tego, że wykorzystuje swoje zdolności.

- Czy to możliwe? - zapytał Dockson.

Kelsier skinął głową.

- Można palić minerały śladowe w wodzie, jeśli nie potrzeba dużo mocy. Dlatego właśnie Ostatni Imperator zbudował tu swój zamek, w ziemi jest mnóstwo metali. Powiedziałbym...

Urwał, marszcząc lekko brwi. Coś było nie w porządku. Spojrzał w kierunku Camona i jego grupy. Wciąż byli widoczni w niewielkiej odległości w głębi ulicy. Kierowali się na południe.

W portalu budynku Kantonu pojawiła się kolejna postać. Szczupły, o pewnej siebie postawie, wokół oczu nosił tatuaże wielkiego prelana Kantonu Finansów. Prawdopodobnie był to ten sam prelan, które przed chwilą rozmawiał z Camonem. Obligator wyszedł na zewnątrz, a za nim pojawił się drugi mężczyzna.

Dockson za plecami Kelsiera zesztywniał.

Drugi mężczyzna był wysoki i silnie zbudowany. Kiedy się obrócił, Kelsier ujrzał, że w każdy z jego oczodołów ktoś wbił gruby metalowy kolec. Trzon kolców miał średnicę oczodołu, a podobne do gwoździa końcówki były tak długie, że wystawały na około cala z tyłu jego nagiej czaszki. Płasko zakończone trzony, wystające z oczodołów w miejscu gałek ocznych, lśniły jak dwa srebrzyste dyski.

Stalowy Inkwizytor.

- A "to" co tu robi? - szepnął Dockson.

- Spokój - polecił Kelsier, usiłując zmusić się do wypełnienia własnego polecenia.

Inkwizytor spojrzał w ich stronę, zwracając ku Kelsierowi kolce, po czym zwrócił się w kierunku, w którym odszedł Camon wraz z dziewczyną. Podobnie jak wszyscy Inkwizytorzy, miał skomplikowane tatuaże wokół oczu - większość czarnych, z jedną wyraźną czerwoną kreską - które dobitnie świadczyły o jego wysokiej randze w Kantonie Inkwizycji.

- On nie jest tutaj z naszego powodu - odparł Kelsier. - Nic nie palę. Pomyśli, że jesteśmy zwyczajną szlachtą.

- Dziewczyna - mruknął Dockson.

Kelsier skinął głową.

- Powiedziałeś, że Camon kombinuje z oszukiwaniem Zakonu już od jakiegoś czasu. Dziewczyna prawdopodobnie została namierzona przez któregoś z obligatorów. Są wyszkoleni, by rozpoznawać, kiedy Allomanta dotyka ich uczuć.

Dockson zmarszczył brwi. Po drugiej stronie ulicy Inkwizytor rozmawiał z drugim obligatorem, po czym obaj ruszyli wolno w kierunku, w którym znikł Camon.

- Chyba wysłali za nimi ogon - mruknął Dockson.

- To Zakon - odparł Kelsier. - Założę się, że co najmniej dwa.

Dockson przytaknął.

- Camon doprowadzi ich prosto do swojej kryjówki. Dziesiątki ludzi zginą. Nie wszyscy są wspaniałymi jednostkami, ale...

- Walczą z Ostatnim Imperium na swój własny sposób - dokończył Kelsier. - Poza tym, nie mam zamiaru pozwolić, aby potencjalni Mgliści wymknęli się z naszych rąk... Chcę pogadać z tą dziewczyną. Dasz sobie radę z ogonami?

- Kell, mówiłem, że stanę się nudny, nie leniwy - odparł Dockson. - Potrafię sobie poradzić z paru lokajami Zakonu.

- Dobrze - odparł Kelsier, sięgając do kieszeni płaszcza.

Wyjął mała fiolkę, w której w roztworze alkoholowym pływały płatki kilku metali. Żelazo, stal, cyna czysta i stopiona ze srebrem, miedź, brąz, cynk i mosiądz - osiem podstawowych metali allomantycznych. Kelsier wyjął zatyczkę i jednym szybkim łykiem wypił zawartość.

Schował pustą fiolkę i otarł dłonią usta.

- Ja się zajmę Inkwizytorem.

Dockson spojrzał na niego z lękiem.

- Chcesz pójść i tak sobie go załatwić?

Kelsier pokręcił głową.

- To zbyt niebezpieczne. Po prostu odwrócę jego uwagę. A teraz ruszaj. Lepiej, żeby ogony nie wiedziały, gdzie jest kryjówka.

Dockson skinął głową.

- Spotkamy się na piętnastym skrzyżowaniu - rzekł, po czym ruszył alejką i zaraz znikł za rogiem.

Kelsier doliczył do dziesięciu, po czym sięgnął w głąb siebie i zaczął spalać metale. Jego ciało wypełniło się siłą, jasnością i mocą.

Kelsier uśmiechnął się, po czym - spalając cynk - sięgnął i mocno szarpnął emocje Inkwizytora. Istota zamarła i okręciła się w miejscu, spoglądając w kierunku budynku Kantonu.

No to teraz się pogonimy, pomyślał Kelsier.

 

Przybyliśmy do Terris na poczatku tego tygodnia i muszę powiedzieli, że wieś bardzo mi się spodobała. Ogromne góry na północy - z nagimi lodowcami na szczytach, okryte płaszczem lasu - stoją niczym czujni bogowie, strzegący zielonej, żyznej ziemi. Moje własne ziemie na południu są równinami, myślę, że wyglądałyby mniej posępnie, gdyby dorzucić im parę gór.

Tutejsi ludzie to przede wszystkim pasterze - choć zdarzają się drwale i rolnicy. Ta ziemia to głównie pastwiska, i dziwne, jak miejsce tak skromne i rolnicze mogło stać się źródłem proroctw i teologii, na których dzisiaj opiera się cały świat.

3

Camon liczył monety, wrzucając złote skrzyńce jeden po drugim do małego pudełka na stole. Wciąż wydawał się nieco zaskoczony i nic dziwnego. Trzy tysiące skrzyńców to bajeczna kwota pieniędzy. O wiele więcej, niż Camon zarobiłby w ciągu roku, nawet bardzo dobrego. Zbiry z jego najbliższego otoczenia siedzieli z nim przy stole, a ale - i śmiech - płynęły swobodnym strumieniem.

Vin siedziała w kącie, usiłując zrozumieć uczucie przerażenia, jakie ją ogarniało. Trzy tysiące skrzyńców. Zakon nie powinien był nigdy dopuścić, by taka suma została wydana aż tak łatwo. Prelan Arriev wydawał się o wiele za sprytny, żeby tak łatwo dać się podejść.

Camon wrzucił do skrzyni kolejną monetę. Vin nie była pewna, czy ten pokaz bogactwa to głupota, czy spryt. Szajki złodziejskie pracowały zgodnie z jedną ścisłą zasadą. Każdy otrzymywał dolę proporcjonalną do jego pozycji w grupie. Czasem kusiło, by zabić przywódcę i zgarnąć wszystko dla siebie, ale ogólnie przywódca, który miał szczęście, oznaczał więcej pieniędzy dla każdego. Jeśli zabijesz go za wcześnie, odetniesz sobie dalsze dochody - nie mówiąc już o ściągnięciu sobie na głowę gniewu pozostałych rabusiów.

Ale jednak trzy tysiące skrzyńców... To wystarczy, by skusić najbardziej nawet logicznego złodzieja. Wszystko było nie tak.

Muszę się stąd wynosić, pomyślała. Uciec od Camona, z dala od kryjówki, gdyby coś miało się stać.

Ale... odejść? Sama? Nigdy przedtem nie była sama, zawsze miała Reena. To on prowadził ją od miasta do miasta, pokazując kolejne złodziejskie bandy. Kochała samotność. Ale sama myśl o tym, że mogłaby być zdana wyłącznie na siebie, gdzieś w mieście, przerażała ją. Dlatego nigdy nie uciekła od Reena, dlatego została przy Camonie.

Nie mogła odejść - ale musiała. Spojrzała ze swego kąta na członków szajki. Wśród nich niewielu było takich, do których żywiła jakiekolwiek przywiązanie. Jednak było kilku takich, których krzywdy nie chciałaby, nawet, gdyby obligatorzy zwrócili się przeciwko szajce. Kilku ludzi, którzy nie próbowali jej wykorzystać, lub - w niektórych przypadkach - nawet okazali jej pewną sympatię.

Na szczycie tej listy znajdował się Ulef. Nie był przyjacielem, lecz najbliższym znajomym od czasów Reena. Jeśli pójdzie z nią, przynajmniej nie będzie sama. Ostrożnie wstała i przeszła pod ścianą do miejsca, gdzie siedział Ulef, pijąc w grupie młodszych bandytów.

Pociągnęła go za rękaw. Obejrzał się. Był podpity.

- Vin?

- Ulef - szepnęła. - Musimy wyjść.

Zmarszczył brwi.

- Wyjść? Dokąd?

- Jak najdalej - odparła cicho. - Wyjść stąd.

- Teraz?

Skinęła głową.

Obejrzał się na swoich kumpli, którzy chichotali cicho, rzucając na Ulefa i Vin wymowne spojrzenia.

Ulef się zaczerwienił.

- Chcesz gdzieś pójść, tak tylko ty i ja?

- Nie tak - odrzekła. - Tylko... muszę odejść z kryjówki. I nie chcę być sama.

Ulef zmarszczył brwi. Pochylił się ku niej. Jego oddech lekko pachniał ale.

- O co właściwie chodzi, Vin? - zapytał.

Vin się zawahała.

- Ja... myślę, że coś się zdarzy, Ulefie - szepnęła. - Coś, co ma związek z obligatorami. Po prostu nie chcę teraz być tutaj.

Ulef siedział przez chwilę w milczeniu.

- Dobrze - rzekł. - Ile to może potrwać?

- Nie wiem - odrzekła. - Co najmniej do wieczora. Ale musimy iść teraz.

Skinął głową.

- Czekaj tu przez chwilę - szepnęła i odwróciła się. Rzuciła okiem na Camona, który śmiał się z własnego dowcipu, i ostrożnie przeszła przez brudne od popiołu pomieszczenia do pokoju w głębi kryjówki.

Sypialnia szajki mieściła się w prostym, długim korytarzu, wzdłuż którego ułożono materace. Był zatłoczony i niewygodny, ale i tak lepszy niż zimne uliczki, w których sypiała przez wiele lat, podróżując z Reenem.

Pewnie będę musiała znów przyzwyczaić się do alejek, pomyślała. Kiedyś to przeżyła. Przeżyje znowu.

Podeszła do swojego materaca. Z sąsiedniej sali dochodziły stłumione rozmowy i śmiechy mężczyzn. Uklękła, spoglądając na swój skąpy majątek. Gdyby coś się stało szajce, nie będzie mogła tu wrócić. Nigdy. Ale nie mogła wziąć ze sobą materaca - byłoby to zbyt ostentacyjne. Pozostawała jedynie niewielka szkatułka, w której przechowywała najbardziej osobiste przedmioty, kamyk z każdego miasta, w którym bywała, kolczyk - Reen powiedział, że to matka jej go dała - i kawałek obsydianu wielkości dużej monety. Był obłupany, całkiem nieregularnie, ale Reen nosił go przy sobie jako coś w rodzaju amuletu i było to jedyne, co po sobie zostawił, kiedy uciekł pół roku temu. Kiedy ją porzucił.

Zawsze mówił, że to zrobi, pomyślała. Nie sądziłam, że rzeczywiście odejdzie... I właśnie dlatego musiał to zrobić.

Chwyciła kawałek obsydianu w rękę, kamyki wrzuciła do kieszeni. Kolczyk zawiesiła w uchu - była to prościutka ozdoba, zwykła kropla metalu, niewarta nawet kradzieży, dlatego nie bała się zostawić go pod materacem. Nosiła go jednak bardzo rzadko, z obawy, że ozdoba doda jej kobiecości.

Nie miała pieniędzy, ale Reen nauczył ją kraść i żebrać. I jedno, i drugie było trudne w Ostatnim Imperium, a zwłaszcza w Luthadelu, ale znajdzie sposób, jeśli będzie musiała.

Pozostawiła szkatułkę i materac, po czym wróciła do ogólnej sali. Może przesadzała, może nic się nie stanie. Ale jeśli... Cóż, Reen nauczył ją jednego: chronić własny kark. Zabranie Ulefa było dobrym pomysłem. Miał kontakty w Luthadelu. Jeśli coś się stanie szajce Camona, Ulef prawdopodobnie znajdzie pracę dla siebie i dla niej...

Zamarła w progu głównej sali. Ulef nie czekał na nią przy stole, gdzie go zostawiła. Stał spłoszony w przedniej części sali. Koło baru. Obok... Camona.

- A to co? - Camon wstał, z twarzą czerwoną jak słońce. Odepchnął krzesło i na pół pijany rzucił się w jej stronę. - Zwiewasz? Chcesz mnie zdradzić Zakonowi, tak?

Vin rzuciła się w kierunku schodów, desperacko potykając się o stoły i potrącając towarzyszy.

Camon rzucił w ślad za nią drewniane krzesło, które uderzyło ją w sam środek pleców, obalając na podłogę. Poczuła okropny ból między łopatkami, kilku towarzyszy krzyknęło, kiedy stołek odskoczył od niej i z trzaskiem upadł na klepisko.

Vin leżała oszołomiona. A potem... coś w jej wnętrzu... coś, o czym wiedziała, ale nie rozumiała tego... dodało jej sił. Przestało jej się kręcić w głowie, ból skupił się w jednym punkcie. Niezdarnie stanęła na nogi.

Camon już był przy niej. Uderzył ją w twarz, zanim jeszcze wstała. Jej głowa poleciała w bok od siły ciosu, ale kręgi w karku strzeliły tak boleśnie, że ledwie poczuła ponowne zderzenie z podłogą.

Camon pochylił się, chwycił ją za kołnierz koszuli i postawił na nogi, znów unosząc pięść. Vin nie próbowała nawet myśleć czy mówić - nie było na to czasu. Jednym desperackim wysiłkiem zebrała całe swoje Szczęście i rzuciła na Camona, uspokajając jego furię.

Camon zawahał się. Jego spojrzenie złagodniało na chwilę. Postawił ją na podłodze.

A potem wściekłość powróciła. Twarda. Przerażająca.

- Cholerna dziwka - warknął, chwytając ją za ramiona i potrząsając. - Ten twój zdradziecki braciszek nigdy mnie nie szanował, a ty jesteś taka sama. Za dobry byłem dla was. Powinienem był...

Vin próbowała się wyrwać, ale Camon trzymał mocno. Rozpaczliwie czekała na pomoc innych członków szajki, ale wiedziała, na co może liczyć. Obojętność. Odwrócili się z zakłopotaniem na twarzach, ale nie wydawali się zmartwieni. Ulef stał wciąż koło stolika Camona i ze wstydem wbijał wzrok w ziemię.

Wydało jej się nagle, że słyszy głos, szepczący jej do ucha. Głos Reena. Idiotka! Brak litości to najmądrzejsze z uczuć. Nie masz tu żadnych przyjaciół. Nigdy ich nie będziesz miała w przestępczym świecie!

Szarpnęła się znowu, ale Camon uderzył ją po raz kolejny, aż upadła na ziemię. Cios ogłuszył ją. Jęknęła, gdy całe powietrze uciekło jej z płuc.

Wytrzymać, tylko wytrzymać, myślała jak przez mgłę. Nie zabije mnie przecież. Potrzebuje mnie.

Kiedy jednak odwróciła się mozolnie, ujrzała, że Camon nadal pochyla się nad nią z twarzą pełną pijackiej wściekłości. Wiedziała już, że tym razem będzie inaczej, to nie będzie zwykłe lanie. Myślał, że zamierzała zdradzić go i wydać Zakonowi. Nie zachowywał już kontroli nad sobą.

W oczach miał mord.

Błagam! - desperacko myślała Vin, sięgając po swoje Szczęście, usiłując zmusić je do pracy. Żadnej reakcji. Szczęście ją opuściło, choć i tak miała go mało.

Camon pochylił się, mrucząc coś pod nosem i szarpnął ją za ramię. Podniósł rękę - jego mięsista dłoń zwinęła się znowu w pięść, mięśnie się napięły ... Kropla potu spłynęła z zaczerwienionej furią twarzy i skapnęła z podbródka wprost na jej policzek.

O kilka stóp dalej drzwi do klatki schodowej zadygotały, a potem otwarły się z trzaskiem. Camon znieruchomiał z uniesioną ręką i gniewnie spojrzał na wejście, by sprawdzić, który z jego ludzi miał pecha wybrać sobie właśnie ten moment na powrót do kryjówki.

Vin skorzystała z tej chwili roztargnienia. Ignorując nowo przybyłego, usiłowała się uwolnić z rąk Camona, ale była zbyt słaba. Twarz jej płonęła w miejscu, gdzie ją uderzył, na wargach czuła smak krwi. Rękę miała wykręconą pod dziwnym kątem, a bok bolał w miejscu, gdzie uderzyła nim o podłogę. Wbiła paznokcie w dłoń Camona, ale nagle poczuła, że słabnie, jej wewnętrzna siła zawiodła ją dokładnie tak samo, jak wcześniej Szczęście. Ból wydał jej się nagle silniejszy, bardziej obezwładniający, bardziej... wymagający.

Desperacko obejrzała się w stronę drzwi Była blisko, tak rozpaczliwie blisko. Prawie już uciekła. Jeszcze trochę... dalej...

Wtedy ujrzała mężczyznę, stojącego w milczeniu w wejściu. Nie znała go. Wysoki, o sokolej twarzy, miał jasne włosy i był ubrany w swobodny strój szlachecki. Płaszcz odrzucił do tyłu. Miał może trzydzieści pięć lat, nie nosił kapelusza ani laski.

I wyglądał na bardzo, bardzo wściekłego.

- Co to znaczy?! - zawołał Camon. - Kim ty jesteś?!

Jak on minął czujki...? - myślała Vin, usiłując odzyskać jasność myślenia. Ból... Potrafi sobie poradzić z bólem. Obligatorzy... czy to oni go przysłali?

Nowo przybyły spojrzał na Vin i wyraz jego twarzy nieco złagodniał. A potem podniósł wzrok na Camona i oczy mu pociemniały.

Gniewne okrzyki herszta zostały ucięte, kiedy jakaś potężna siła odrzuciła go w tył, odrywając jego ramię od barku Vin, a jego samego ciskając na podłogę, aż zadrżały wszystkie deski.

W sali zapadła cisza.

Muszę uciekać, myślała gorączkowo Vin, zbierając się na czworaki. Camon jęczał z bólu o kilka stóp dalej i Vin szybko odpełzła na bok, chowając się pod pusty stół. Kryjówka miała ukryte wyjście, klapę w podłodze pod tylną ścianą. Jeśli zdoła do niej dotrzeć...

Nagle ogarnął ją obezwładniający spokój. Uczucie spadło na nią jak nagły ciężar, zagłuszając całkowicie jej własne emocje, jakby zmiażdżyła je potężna dłoń. Jej strach zgasł jak zdmuchnięta świeca i nawet ból wydawał się mało ważny.

Zwolniła, zastanawiając się, czego się tak bała. Wstała, zatrzymując się przed klapą. Oddychała ciężko, wciąż nieco oszołomiona.

Camon właśnie próbował mnie zabić! - ostrzegała ją logiczna część umysłu. A ktoś atakuje naszą kryjówkę.

Jednakże emocje nie nadążały za logiką. Czuła się... spokojna. Niewzruszona. I coraz bardziej zaciekawiona.

Ktoś właśnie zastosował na niej Szczęście.

W jakiś sposób rozpoznała to uczucie, choć nigdy wcześniej osobiście go nie doznała. Zatrzymała się przy stole, z jedną ręką na blacie, po czym powoli się odwróciła. Nowo przybyły wciąż stał u stóp schodów. Obserwował ją przez chwilę krytycznym spojrzeniem, po czym uśmiechnął się rozbrajająco.

Co się dzieje?

Przybysz wreszcie wszedł do sali. Reszta szajki Camona pozostała przy stolikach. Wydawali się zaskoczeni, ale dziwnie beztroscy.

Używa Szczęścia przeciwko wszystkim naraz... Ale... jak może to robić jednocześnie i tak długo? Vin nigdy nie była w stanie zebrać dosyć Szczęścia, by starczyło go na coś więcej niż pojedyncze, krótkie dotknięcie.

Przybysz wszedł do sali i Vin dopiero teraz zobaczyła, że za jego plecami stoi ktoś jeszcze. Drugi mężczyzna był mniej imponujący. Niższy, z ciemną, krótką bródką i prostymi, krótko ostrzyżonymi włosami, również był odziany w szlachecki strój, choć mniej elegancki.

Po drugiej stronie pomieszczenia Camon jęknął i usiadł, trzymając się za głowę. Spojrzał na przybyszów.

- Pan Dockson! Ależ, uch... co za niespodzianka!

- Istotnie - odparł niższy mężczyzna. - Dockson.

Vin zmarszczyła brwi, czując, że ci mężczyźni są jej jakby znajomi. Gdzieś już ich widziała.

Kanton Finansów. Siedzieli w poczekalni, kiedy wychodziliśmy wraz z Camonem.

Camon chwiejnie stanął na nogach, obserwując jasnowłosego gościa. Spojrzał na dłonie tamtego, które były pokryte dziwnymi, przeplatającymi się bliznami.

- Na Ostatniego Imperatora - wyszeptał. - Ocalały z Hathsin!

Vin zmarszczyła brwi. Tytuł nie był jej znany. Czy powinna znać tego człowieka? Jej rany wciąż pulsowały bólem, pomimo spokoju, jaki odczuwała, kręciło jej się w głowie. Oparła się na blacie, by nie upaść, ale nie usiadła.

Kimkolwiek był przybysz, Camon widocznie uważał go za ważną osobistość.

- Proszę, i pan Kelsier - warknął. - Cóż za zaszczyt!

Przybysz - Kelsier - pokręcił głową.

- Nie mam wielkiej ochoty cię słuchać.

Camon wydał z siebie cichy jęk bólu, kiedy znów coś odrzuciło go w tył. Kelsier nawet nie ruszył palcem, by tego dokonać. A jednak Camon padł na ziemię, jakby pchnęła go jakaś niewidzialna siła.

Bandyta zamilkł, a Kelsier rozejrzał się po sali.

- Czy wszyscy wiedzą, kim jestem?

Wielu z członków szajki przytaknęło.

- Dobrze. Przybyłem tu, drodzy przyjaciele, ponieważ macie wobec mnie wielki dług.

W sali panowała cisza, jeśli nie liczyć jęków Camona. Wreszcie ktoś odezwał się nieśmiało:

- My... panie Kelsier?

- Tak. Widzicie, pan Dockson i ja właśnie uratowaliśmy wam życie. Wasz dość niekompetentny przywódca wyszedł z Kantonu Finansów Zakonu godzinę temu i wrócił do kryjówki. Podążali za nim dwaj zwiadowcy Zakonu, jeden prelan wysokiej rangi i jeden Stalowy Inkwizytor.

Cisza.

O Panie, pomyślała Vin. Miała rację... nie byli dość szybcy. Ale jeśli był tam Inkwizytor...

- Inkwizytorem się zająłem - odrzekł Kelsier, pozwalając, aby wszyscy domyślali się, w jaki sposób to uczynił.

Kim musiał być człowiek, który "zajął się" Inkwizytorem? Krążyły plotki, że te istoty są nieśmiertelne, mogą zaglądać do ludzkiej duszy, a jako wojownicy są niepokonani.

- Żądam zapłaty za wyświadczone usługi - oznajmił Kelsier.

Tym razem Camon nie wstał. Upadł bardzo ciężko i teraz był zdezorientowany. W sali panowała cisza. Wreszcie Milev - ciemnoskóry mężczyzna, który był zastępcą Camona - podniósł kuferek ze skrzyńcami zakonu i podbiegł, usłużnie podając go Kelsierowi.

- To pieniądze, jakie Camon dostał z Zakonu - wyjaśnił skwapliwie. - Trzy tysiące skrzyńców.

Milev tak bardzo chce mu się przypodobać, pomyślała Vin. To coś więcej niż tylko Szczęście, albo to jakiś rodzaj Szczęścia, którego ja nigdy nie byłabym w stanie użyć.

Kelsier zawahał się, ale przyjął skrzynkę z monetami.

- A ty kim jesteś?

- Milev, panie Kelsier.

- Cóż, przywódco Milev, uznam to wynagrodzenie za zadowalające... o ile zrobisz dla mnie jeszcze coś.

Milev znieruchomiał.

- A cóż by to miało być?

Kelsier wskazał ruchem głowy półprzytomnego Camona.

- Zajmij się nim.

- Oczywiście - odparł Milev.

- Chcę, żeby żył, Milev - zaoponował Kelsier, unosząc palec. - Ale nie chcę, żeby się tym cieszył.

Milev skinął głową.

- Uczynimy z niego żebraka. Ostatni Imperator nie lubi tej profesji... Camon będzie miał ciężki żywot w Luthadelu.

A Milev pozbędzie się go i tak, skoro tylko uzna, że Kelsier tego nie widzi.

- Dobrze - mruknął Kelsier, po czym otwarł kuferek i zaczął odliczać złociste skrzyńce. - Pomysłowy z ciebie człowiek, Milev. Szybki i nie tak łatwo cię onieśmielić, jak innych.

- Miałem już wcześniej do czynienia z Dziećmi Mgły, panie Kelsier - odparł Milev.

Kelsier skinął głową.

- Dox - rzekł, zwracając się do swego towarzysza. - Gdzie spotykamy się dzisiaj?

- Myślałem, że dobrym miejscem będzie sklep Clubsa - odparł zapytany.

- Niezbyt neutralne miejsce - odparł Kelsier. - Zwłaszcza gdy nie zechce się do nas przyłączyć.

- To prawda.

Kelsier spojrzał na Mileva.

- Planuję robotę w tej okolicy. Przydałoby mi się wsparcie miejscowych. - Pokazał mu stosik mniej więcej setki skrzyńców. - Chcemy skorzystać z waszej kryjówki dziś wieczorem. Można to załatwić?

- Oczywiście - odparł Milev, skwapliwie zgarniając monety.

- Doskonale - rzekł Kelsier. - A teraz wyjdźcie.

- Wyjść? - zapytał z wahaniem Milev.

- Tak - odrzekł Kelsier - Weź swoich ludzi... razem z byłym szefem... i idźcie sobie. Chcę porozmawiać w cztery oczy z panną Vin.

W pomieszczeniu znów zapadła cisza i Vin wiedziała, że nie ona jedna zastanawia się, skąd Kelsier zna jej imię.

- No co, słyszeliście? - warknął Milev.

Machnięciem ręki nakazał kilku zbirom zebrać z podłogi Camona i skierował całą resztę w stronę schodów.

Vin obserwowała, jak odchodzili, czując narastający niepokój. Ten Kelsier był potężnym człowiekiem, a instynkt podpowiadał jej, że potężni ludzie są niebezpieczni. Czy wiedział o jej Szczęściu? Widocznie tak, bo jakiż miałby inny powód, żeby ją wyróżniać?

Jak ten Kelsier będzie chciał mnie wykorzystać? - myślała, rozcierając ramię w miejscu, gdzie uderzyła nim o podłogę.

- A poza tym, Milevie - niedbale dorzucił Kelsier - jeśli mówię "sam na sam" to znaczy, że nie chcę być podglądany przez czterech ludzi, którzy obserwują nas przez judasze w ścianie. Weź ich łaskawie ze sobą na ulicę, dobrze?

Milev pobladł.

- Oczywiście, panie Kelsier.

- Doskonale. W zaułku znajdziecie dwóch martwych szpiegów Zakonu. Czy możecie posprzątać za nas trupy?

Milev skinął głową i odwrócił się.

- A, Milev, jeszcze jedno - dodał Kelsier.

Milev obejrzał się znowu.

- Dopilnuj, by żaden z twoich ludzi nas nie zdradził - rzekł cicho Kelsier. Vin znów poczuła to samo: zwiększony nacisk na swoje emocje. - Wasza grupa wpadła już w oko Stalowemu Zakonowi... nie róbcie sobie wroga jeszcze ze mnie.

Milev przytaknął skwapliwie, po czym znikł na klatce schodowej, zamykając za sobą drzwi. Kilka chwil później Vin usłyszała kroki ludzi opuszczających pomieszczenie obserwacyjne, po czym wszystko ucichło. Została sama z człowiekiem, który z jakiegoś powodu wywierał tak szczególny wpływ na ludzi, że mógł utrzymać w ryzach całe pomieszczenie pełne rzezimieszków i złodziei.

Zerknęła na zamknięte na zasuwę drzwi. Kelsier obserwował ją spokojnie. Co by zrobił, gdyby spróbowała ucieczki?

Twierdzi, że zabił Inkwizytora, pomyślała. I... używa Szczęścia. Muszę zostać, choćby tylko po to, żeby się zorientować, ile wie.

Kelsier uśmiechnął się szerzej, aż wreszcie zachichotał.

- To była naprawdę zbyt dobra zabawa, Dox.

Drugi mężczyzna, ten którego Camon nazwał Docksonem, prychnął i podszedł do nich. Vin znieruchomiała, ale Dox nie skierował się w jej stronę, lecz do baru.

- Przedtem byłeś już wystarczająco nieznośny, Kell - zauważył. - Nie mam pojęcia, co myśleć o tej twojej nowej sławie. A przynajmniej nie wiem, jak myśleć, żeby się nie śmiać.

- Zazdrosny jesteś.

- Tak, naturalnie. Jestem potwornie zazdrosny o twoje zdolności do dominowania nad drobnymi kryminalistami. Jeśli coś ci to powie, uważam, że byłeś zbyt surowy dla Camona.

Kelsier usiadł przy jednym ze stolików. Jego wesołość przygasła nieco, gdy przemówił:

- Widziałeś, co robił dziewczynie.

- Właściwie nic nie widziałem - odparł oschle Dockson, przeglądając zapasy w barze. - Ktoś mi zasłonił przejście.

Kelsier wzruszył ramionami.

- Popatrz na nią, Dox. Biedactwo, prawie ją zatłukł na śmierć. Nie czuję żadnego współczucia do tego człowieka.

Vin siedziała tam, gdzie przedtem, obserwując obu mężczyzn. W miarę, jak napięcie uchodziło z jej mięśni, rany i stłuczenia zaczęły pulsować bólem. Cios pomiędzy łopatki - będzie z niego niezły siniak - i uderzenie w twarz paliły coraz bardziej. Wciąż jeszcze kręciło jej się w głowie.

Kelsier obserwował ją uważnie. Zacisnęła zęby. Ból. Poradzi sobie z bólem.

- Potrzeba ci czegoś, dziecko? - zapytał Dockson. - Mokrą chusteczkę na twarz?

Nie odpowiedziała, koncentrując się na Kelsierze.

No dawaj. Powiedz, czego ode mnie chcesz. Rozegraj to.

Dockson po chwili wzruszył ramionami, po czym na chwilę schylił się pod bar. Kiedy się wyprostował, w dłoni miał kilka butelek.

- Coś dobrego? - zagadnął Kelsier.

- A jak ci się zdaje? - zapytał Dockson. - Nawet wśród złodziei Camon raczej nie jest znany z wytwornego smaku. Mam skarpetki warte więcej niż to wino.

Kelsier westchnął.

- A daj mi szklankę, tak czy owak. - Spojrzał znowu na Vin. - Chcesz coś?

Nie odpowiedziała.

Kelsier się uśmiechnął.

- Nie bój się, jesteśmy znacznie mniej straszni, niż sądzą twoi przyjaciele.

- Myślę, że to nie byli jej przyjaciele, Kell - rzekł Dockson zza baru.

- Masz rację - zgodził się Kelsier. - Nieważne. Dziecko, nie masz się czego obawiać z naszej strony, jeśli nie liczyć oddechu Doxa.

Dockson wywrócił oczami.

- Albo żartów Kella.

Vin stała w milczeniu. Mogła udawać słabą i nieporadną, jak przy Camonie, ale instynkt podpowiadał jej, że ci ludzie nie zareagują przyjaźnie na taką taktykę. Pozostała zatem tam, gdzie była, oceniając sytuację.

Znów ogarnął ją ten sam spokój. Zachęcał ją do rozluźnienia, zaufania, spełnienia propozycji mężczyzn...

Nie! Została na miejscu.

Kelsier uniósł brew.

- A to niespodzianka.

- Co? - zapytał Dockson, nalewając wino do szklanki.

- Nic - mruknął Kelsier, obserwując Vin.

- Chcesz się napić czy nie, mała? - wtrącił Dockson.

Vin nie odpowiedziała. Przez całe życie, odkąd sięgała pamięcią, miała swoje Szczęście. To czyniło ją silną, dawało jej przewagę nad innymi złodziejami i pewnie tylko dzięki niemu jeszcze żyła. Przez cały ten czas nie miała jednak pojęcia, jak i dlaczego może go używać. Logika i instynkt podpowiadały jej to samo - że musi się zorientować, co wie ten człowiek.

Jakkolwiek planował ją wykorzystać, jakiekolwiek były jego zamierzenia, będzie to musiała znieść. Musi się dowiedzieć, jak stał się taki potężny.

- Ale - rzekła wreszcie.

- Ale? - zapytał Kelsier. - Na pewno?

Skinęła głową, obserwując go uważnie.

- Lubię.

Kelsier potarł podbródek.

- Będziemy musieli nad tym popracować - mruknął. - Ale dobrze, siadaj.

Z wahaniem podeszła i usiadła przy stoliku naprzeciw Kelsiera. Jej rany pulsowały bólem, ale nie mogła sobie pozwolić na okazanie słabości. Słabość zabija. Musi udawać, że nie czuje bólu. Przynajmniej, kiedy siedziała, nie kręciło jej się w głowie.

Dockson dołączył do nich chwilę później, podając Kelsierowi szklankę wina, a Vin kufel ale. Na razie go nie tknęła.

- Kim jesteście? - zapytała cicho.

Kelsier uniósł brew.

- Nie owijasz w bawełnę, co?

Nie odpowiedziała.

Westchnął.

- To tyle, jeśli chodzi o moją intrygującą aurę tajemniczości.

Dockson prychnął cicho.

Kelsier się uśmiechnął.

- Nazywam się Kelsier. Jestem kimś, kogo właściwie można nazwać szefem szajki, ale moja szajka nie przypomina tych, które zapewne znasz. Ludzie tacy jak Camon i jego podwładni lubią uważać się za drapieżników, karmiących się na szlachcie i różnych organizacjach Zakonu.

Vin pokręciła głową.

- Nie drapieżnicy. Ścierwojady.

Ktoś mógłby pomyśleć, że tak blisko pod nosem Ostatniego Imperatora, szajki złodziejskie nie mają prawa bytu. A jednak Reen udowodnił, że rzeczywistość jest wręcz odwrotna. Potężna, bogata szlachta zbierała się wokół Ostatniego Imperatora. A tam, gdzie istniała potęga i bogactwa, istniała tez korupcja - zwłaszcza że Ostatni Imperator miał tendencję do pobłażliwszego traktowania szlachty aniżeli skaa. Widocznie miało to coś wspólnego z sympatią dla ich przodków.

W każdym razie szajki złodziejskie takie, jak szajka Camona były szczurami żywiącymi się na korupcji i zepsuciu miasta. I podobnie jak gryzonie, nie dało się ich całkowicie wyplenić, zwłaszcza w mieście o tak licznej populacji jak Luthadel.

- Ścierwojady - odparł Kelsier z uśmiechem. Lubił się uśmiechać. - Bardzo odpowiednie określenie, Vin. Cóż, Dox i ja też byliśmy ścierwojadami... tylko trochę wyższego gatunku. Byliśmy lepiej urodzeni, można rzec... A może tylko ambitniejsi.

Zmarszczyła brwi.

- Jesteście szlachcicami?

- Ale skąd - odparł Dockson.

- A przynajmniej nie czystej krwi - dodał Kelsier.

- Przecież mieszańcy podobno nie istnieją - ostrożnie zauważyła Vin. - Zakon na nich poluje.

Kelsier uniósł brew.

- Mieszańcy, tacy jak ty?

Vin zadrżała. Skąd...?

- Nawet Stalowy Zakon nie jest nieomylny, Vin - rzekł Kelsier. - Jeśli mogli przeoczyć ciebie, mogli też przeoczyć innych.

Vin się zamyśliła.

- Milev. Nazwał was Dziećmi Mgły. To jakiś rodzaj allomanty, tak?

Dockson spojrzał na Kelsiera.

- Jest spostrzegawcza - zauważył, kiwając z aprobatą głową.

- Istotnie - zgodził się Kelsier. - Ludzie nazywają nas Dziećmi Mgły, Vin. Choć ta nazwa jest nieco na wyrost, ponieważ ani ja, ani Dox technicznie nimi nie jesteśmy. Jednak bardzo często z nimi współpracujemy.

Vin przetrawiała tę informację pod bacznymi spojrzeniami obu mężczyzn. Allomancja. Mistyczna moc, którą posiadała szlachta, otrzymana od Ostatniego Imperatora jakieś tysiąc lat temu w nagrodę za lojalność. Podstawowa doktryna Zakonu; nawet skaa taki jak Vin wiedział o tym. Szlachta miała allomancje i przywileje dzięki swoim przodkom; skaa zostali ukarani z tego samego powodu.

Prawda była jednak taka, że Vin nie wiedziała, co to jest allomancja. Miało to coś wspólnego z walką, a przynajmniej tak jej się zdawało. Podobno jeden "Mglisty" był tak niebezpieczny, że mógł zabić całą szajkę złodziei. Jednakże skaa, których znała, mówili o tej mocy szeptem i niepewnie. Do tej pory nigdy nie brała pod uwagę możliwości, że może być to po prostu to samo, co jej Szczęście.

- Powiedz mi, Vin - zagadnął Kelsier, pochylając się. - Czy wiedziałaś, co robisz temu obligatorowi w Kantonie Finansów?

- Użyłam mojego Szczęścia - odparła cicho. - Używam go, żeby ludzie się mniej gniewali.

- Albo byli mniej podejrzliwi. Łatwiejsi do oszukania.

Vin skinęła głową.

Kelsier uniósł palec.

- Jest wiele rzeczy, których będziesz się musiała nauczyć. Technik, zasad i ćwiczeń. Jedna lekcja jednak nie może czekać. Nigdy nie stosuj allomancji na obligatorach. Są przeszkoleni w rozpoznawaniu, kiedy ich emocje są przez kogoś manipulowane. Nawet wysokiej szlachcie nie wolno Naciągać i Naciskać uczuć obligatora. To przez ciebie obligator posłał po inkwizytora.

- Módl się, dziewczę, żeby ta kreatura nigdy więcej nie wpadła na twój ślad - dodał cicho Dockson, sącząc wino.

Vin pobladła.

- Nie zabiliście tego inkwizytora?

Kelsier pokręcił głową.

- Tylko trochę powodziłem go za nos, a i to było dość niebezpieczne, że tak powiem. Nie martw się, wiele plotek na ich temat to wyssane z palca bzdury. Teraz, kiedy stracił twój ślad, nie odnajdzie cię tak łatwo.

- Najprawdopodobniej - dodał Dockson.

Vin z niepokojem spojrzała na niego.

- Najprawdopodobniej - zgodził się Kelsier. - Jest wiele rzeczy, których nie wiemy na temat Inkwizytorów. Wydaje się, że nie żyją według normalnych zasad. Te kolce, które przechodzą przez ich oczy, na przykład, powinny ich w zasadzie zabić. Nic, czego się dowiedziałem o allomancji, nie dostarczyło mi jeszcze żadnego wyjaśnienia, jak te istoty żyją. Gdyby podążał za tobą zwykły Szperacz-Mglisty, nie martwilibyśmy się. Ale Inkwizytor... no cóż, musisz mieć oczy otwarte. Oczywiście, widać, że masz to doskonale opanowane.

Vin przez chwilę siedziała w milczeniu, zakłopotana. Wreszcie Kelsier ruchem głowy wskazał jej kufel ale.

- Nie pijesz.

- Mogłeś coś tam wrzucić - odparła.

- O, nie mam potrzeby wrzucać ci czegokolwiek do napoju - odparł z uśmiechem, wyjmując z kieszeni surduta jakiś przedmiot. - W końcu zawartość tej fiolki na pewno wypijesz bardzo chętnie.

Postawił na blacie niewielką szklaną fiolkę. Zmarszczyła brwi na widok jej zawartości. Na dnie osiadło coś ciemnego.

- Co to jest? - zapytała.

- Gdybym ci powiedział, nie byłoby tajemnicy - odparł Kelsier. - Fiolka jest napełniona roztworem alkoholowym i płatkami metalu, Vin.

- Metalu? - zapytała, marszcząc brwi.

- Dwóch z ośmiu podstawowych allomantycznych metali - wyjaśnił. - Musimy zrobić kilka testów.

Vin niepewnie zerknęła na fiolkę.

Kelsier wzruszył ramionami.

- Musisz to wypić, jeśli mamy się dowiedzieć czegokolwiek na temat tego twojego Szczęścia.

- Najpierw ty wypij połowę - odparła.

Kelsier uniósł brew.

- Ciut paranoiczna, jak mi się zdaje.

Westchnął, wziął fiolkę i odkorkował.

- Najpierw zamieszaj - powiedziała Vin. - Żebyś zebrał trochę osadów.

Wzniósł oczy w górę, ale spełnił jej żądanie. Wstrząsnął fiolką i przełknął połowę jej zawartości. Odstawił buteleczkę z rozmachem.

Vin zmarszczyła brwi, spojrzała zezem na Kelsiera, który uśmiechnął się w odpowiedzi. Wiedział już, że ją ma. Pokazał jej własną moc, skusił ją. "Jedynym powodem, aby być służalczym wobec możnych, jest nadzieja, że nauczysz się kiedyś, jak im odebrać to, co mają". Słowa Reena.

Wzięła fiolkę i przełknęła jej zawartość. Siedziała przez chwilę, oczekując na jakąś magiczną przemianę albo wzbierające uczucie siły... albo oznaki otrucia. Ale nic.

Ależ... popsuł całą atmosferę.

Zmarszczyła brwi, oparła się o oparcie krzesła. Z ciekawości sięgnęła ku swemu Szczęściu.

I poczuła, jak ze zdumienia oczy wychodzą jej z orbit.

Było tam, jak ogromny złoty skarb. Magazyn tak niewiarygodnej potęgi, że nie umiała jej objąć rozumem. Zawsze musiała oszczędzać Szczęścia, trzymać je w zapasie, ostrożnie używając po odrobince. Teraz poczuła się jak głodująca kobieta zaproszona na szlachecką ucztę. Siedziała oszołomiona ogromem ukrytego w swym wnętrzu bogactwa.

- No - odezwał się Kelsier. - Spróbuj. Ułagodź mnie.

Sięgnęła, ostrożnie dotykając nowej masy Szczęścia. Wzięła odrobinę, skierowała na Kelsiera.

- Dobrze - pochwalił ją i pochylił się. - Ale wiemy już, że to potrafisz. Teraz prawdziwa próba, Vin. Widzę, że umiesz tłumić moje uczucia, ale czy umiesz też je rozniecać?

Zmarszczyła brwi. Nigdy wcześniej nie używała Szczęścia w taki sposób. Nie miała pojęcia, że to możliwe. Dlaczego był tym taki zainteresowany?

Podejrzliwie sięgnęła ku swemu źródłu Szczęścia. W tym momencie zauważyła coś interesującego. Początkowo sądziła, że ma do czynienia z jednym potężnym źródłem mocy, lecz w istocie były to dwa różne źródła. Dwa różne typy Szczęścia.

Osiem. Powiedział, że było ich osiem. Ale... co zatem robią inne?

Kelsier wciąż czekał. Vin sięgnęła ku drugiemu, nieznanemu źródłu Szczęścia, podobnie jak to robiła przedtem, i skierowała je ku niemu.

Kelsier uśmiechnął się szerzej i rozparł na krześle, spoglądając na Docksona.

- No i mamy. Zrobiła to.

Dockson pokręcił głową.

- Szczerze mówiąc, Kell, nie wiem co myśleć. Jeden z was wystarczy, żeby mnie przyprawić o ciarki. A dwoje...

Spojrzała na nich z powątpiewaniem przez zmrużone powieki.

- Dwoje czego?

- Nawet wśród szlachty, Vin, allomancja jest dość rzadka - odparł Kelsier. - Prawdę mówiąc, to umiejętność dziedziczna, przy czym najpotężniejsze rody znajdują się wśród wysoko urodzonej szlachty. Samo urodzenie jednak nie gwarantuje allomantycznej siły.

Wielu szlachciców ma dostęp do jednej allomantycznej umiejętności. Tacy ludzie, ci którzy potrafią używać allomancji w jednym z ośmiu podstawowych jej aspektów, zwani są Dziećmi Mgły. Takie umiejętności czasem pojawiają się u skaa, ale tylko wtedy, jeśli dany, lub dana skaa posiadają wśród swoich bliskich przodków szlachtę. Jednego Mglistego możesz znaleźć wśród... powiedzmy około dziesięciu tysięcy skaa krwi mieszanej. Im lepsi i bliżsi są szlachetni przodkowie, tym bardziej jest prawdopodobne, że skaa będzie Mglistym.

- Kim byli twoi rodzice, Vin? - zapytał Dockson. - Pamiętasz ich?

- Wychował mnie przyrodni brat, Reen - odrzekła cicho, zakłopotana. Nie lubiła mówić o tych sprawach z obcymi.

- Czy opowiadał ci o matce i ojcu?

- Czasami - przyznała. - Reen mówił, że matka była dziwką. Nie z wyboru, ale wiadomo, jak jest... - Urwała. Matka kiedyś próbowała ją zabić, kiedy jeszcze była bardzo młoda. Vin zaledwie pamiętała to zdarzenie. Reen ją ocalił.

- A ojciec, Vin? - dopytywał się Dockson.

Podniosła wzrok.

- Jest wysokim prelanem w Zakonie Stali.

Kelsier gwizdnął cicho.

- No cóż, widzę w tym zaniedbaniu pewną ironię.

Spuściła wzrok. Wreszcie sięgnęła po kufel i pociągnęła porządny łyk ale.

Kelsier się uśmiechnął.

- Większość wyższych rangą obligatorów w Zakonie to szlachta. Ojciec wraz z krwią podarował ci rzadki dar.

- Więc... jestem jednym z tych Mglistych, o których wspominałeś?

Kelsier pokręcił głową.

- Właściwie nie. Widzisz, zainteresowaliśmy się tobą właśnie dlatego, Vin. Mgliści mają dostęp jedynie do jednej umiejętności allomantycznej. Właśnie udowodniłaś, że masz dwie. A jeśli masz dostęp do dwóch z ośmiu, to masz również dostęp do reszty. Tak to działa - jeśli jesteś allomantką, to albo masz jedną umiejętność, albo wszystkie.

Kelsier pochylił się.

- Vin, jesteś tym, co ogólnie nazywa się Zrodzonym z Mgły. Nawet pośród szlachty są niezwykle rzadcy. Pośród skaa... cóż, powiedzmy, że w całym moim życiu spotkałem tylko jednego skaa Zrodzonego z Mgły.

Nagle w sali zapadła cisza. Wszystko jakby znieruchomiało. Vin spoglądała na swój kufel roztargnionym i pełnym zakłopotania wzrokiem. Zrodzona z Mgły. Słyszała opowieści, oczywiście. Legendy.

Kelsier i Dockson siedzieli w milczeniu, dając jej czas, by sobie wszystko przemyślała.

Wreszcie się odezwała.

- A... co to znaczy?

- To znaczy, że ty, Vin - rzekł Kelsier - jesteś kimś bardzo szczególnym. Masz moc, której mogą ci pozazdrościć najlepiej urodzeni arystokraci. Moc, która, gdybyś urodziła się wśród nich, uczyniłaby cię jedną z najbardziej zabójczych i wpływowych osób w całym Ostatnim Imperium. - Pochylił się ku niej. - Ale nie urodziłaś się arystokratką. Nie jesteś szlachetnej krwi, Vin. Nie musisz grać według ich zasad... i to czyni cię jeszcze potężniejszą.

 

Jak widać, kolejny etap mojej krucjaty zaprowadzi nas na wyżyny Terris. Powiadają, że to zimne, bezlitosne miejsce - ziemia, gdzie same góry stworzone są z lodu.

Nasi normalni służący nie wystarczą na taką podróż. Prawdopodobnie do noszenia bagaży trzeba będzie wynająć tragarzy z Terris.

4

- Słyszałeś, co powiedział! Planuje robotę. - Oczy Ulefa zalśniły podnieceniem. - Ciekawe, w który z Wielkich Domów uderzy.

- Z pewnością w jeden z najpotężniejszych - odparł Disten, jeden z głównych szpiegów Camona. Nie miał ręki, lecz jego oczy i uszy należały do najbystrzejszych w drużynie. - Kelsier nigdy nie zawraca sobie głowy drobiazgami.

Vin siedziała cicho, kufel piwa - ten sam, który podał jej Kelsier - stał przed nią na stole, wciąż prawie pełny. Wokół stołu tłoczyli się ludzie - Kelsier pozwolił złodziejom wrócić do domu na chwilę, zanim sam rozpocznie spotkanie. Vin wolałaby jednak posiedzieć samotnie. Życie z Reenem przyzwyczaiło ją do samotności - jeśli dopuścisz kogoś zbyt blisko, dasz mu więcej możliwości do zdrady.

Nawet po zniknięciu Reena Vin starała się pozostać samodzielna. Nie chciała odchodzić, ale nie czuła również, że powinna spoufalić się z pozostałymi członkami szajki. Oni z kolei nie mieli absolutnie nic przeciwko temu, by zostawić ją w spokoju. Pozycja Vin była niepewna, wszelkie spoufalanie się z nią mogło oznaczać kompromitację przez współudział. Jedynie Ulef starał się pozostać jej przyjacielem.

"Jeśli dopuścisz kogoś do siebie, zdrada będzie cię bolała jeszcze bardziej", szeptał Reen w jej głowie.

Czy Ulef naprawdę był jej przyjacielem? Z pewnością sprzedałby ją bardzo szybko. Wszyscy członkowie bandy przyjęli najpierw chłostę, a potem nagłe ocalenie Vin, nie wspominając nawet o własnej zdradzie czy odmowie pomocy. Zrobili tylko to, czego się po nich spodziewała.

- Ocalały dość dawno nie zawracał sobie głowy robotą - rzekł Harmon, podstarzały włamywacz o skołtunionej brodzie. - Rzadko widywano go w Luthadelu, tylko kilka razy w ciągu ostatnich paru lat. Właściwie chyba nie robił nic od...

- To pierwsza robota?! - ochoczo zawołał Ulef. - Pierwsza, odkąd uciekł z Czeluści? Więc to będzie coś spektakularnego!

- Mówił ci coś na ten temat, Vin? - zapytał Disten. - Vin?

Zamachał kikutem ramienia w jej kierunku, usiłując ściągnąć na siebie jej uwagę.

- Co? - zapytała, podnosząc wzrok. Trochę się ogarnęła po laniu, jakie dostała z ręki Camona i wreszcie przyjęła chusteczkę od Docksona, żeby otrzeć krew z twarzy. Z sińcami niewiele mogła zrobić. Ciągle pulsowały bólem. Miała nadzieję, że nic nie było złamane.

- Kelsier - powtórzył Disten. - Czy powiedział coś o robocie, którą szykuje?

Vin pokręciła głową. Spojrzała na zakrwawioną chusteczkę. Kelsier i Dockson odeszli całkiem niedawno, obiecując, że wrócą, kiedy sobie przemyśli to wszystko, co jej powiedzieli. W ich słowach było jednak coś więcej - zaproszenie. Cokolwiek planowali, zaprosili ją do udzialu.

- Dlaczego właśnie ciebie wybrał na swojego twixta, Vin? - zapytał Ulef. - Czy mówił coś na ten temat?

Właśnie tak sądzili - że Kelsier wybrał ją, aby była jego osobą do kontaktów z drużyną Camona... Mileva...

Podziemie Luthadelu miało dwa oblicza. Były tam regularne oddziały, takie jak drużyna Camona. I były grupy... specjalne. Składające się z wyjątkowo zręcznych, wyjątkowo zdolnych lub wyjątkowo utalentowanych. Allomantów.

Te dwie strony półświatka nie mieszały się ze sobą i zwyczajni złodzieje pozostawiali w spokoju tych lepszych od siebie. Czasem jednak któryś z tych zespołów Mglistych wynajmował zwykłych bandytów, aby odrobili za nich przyziemne zadania i wtedy wybierali sobie twixta - coś w rodzaju posłańca - który pracował z obu grupami. Stąd przypuszczenie Ulefa.

Ludzie z grupy Mileva zauważyli jej niechęć i zmienili temat na Mglistych. Mówili o Allomancji niepewnymi, przyciszonymi tonami, a ona słuchała z coraz większą niepewnością. Jak mogła być powiązana z czymś, co wszyscy otaczali tak nabożnym lękiem? Jej Szczęście... jej Allomancja... było czymś niewielkim, czymś, co wykorzystywała, by przetrwać, ale właściwie całkiem nieważnym.

Jednak taka moc... pomyślała, spoglądając na jej rezerwy Szczęścia.

- Ciekawe, co Kelsier robił przez kilka ostatnich lat? - zapytał Ulef. Na początku rozmowy wydawał się w jej obecności nieco skrępowany, ale szybko mu przeszło. Zdradziłby ją, ale taki był ten światek. Żadnych przyjaciół.

Ale Kelsier i Dockson wydawali się inni. Zdawało się, że sobie ufają. Udawali? A może byli jedną z tych rzadkich ekip, które naprawdę nie obawiały się zdrady?

Najbardziej niepokojąca w ich zachowaniu była otwartość wobec Vin. Wyglądało na to, że jej ufali, a nawet akceptowali ją po stosunkowo krótkim czasie. To nie mogło być szczere - nikt nie mógłby przeżyć w podziemiu, wykorzystując taką taktykę. Ich przyjazne zachowanie zbijało z tropu.

- Dwa lata... - mruknął Hrud, cichy zabijaka o płaskiej twarzy. - Musiał chyba cały ten czas spędzić na planowaniu roboty.

- To coś naprawdę wielkiego... - wymamrotał Ulef.

- Opowiedz mi o nim - szepnęła Vin.

- O Kelsierze? - zapytał Disten.

Skinęła głową.

- Na południu nie mówili o Kelsierze?

Vin zaprzeczyła.

- Był najlepszym przywódcą w Luthadelu - wyjaśnił Ulef. - Legenda, nawet wśród Mglistych. Obrabował kilka najbogatszych Wielkich Domów w mieście.

- I? - zapytał Vin.

- Ktoś go zdradził - odparł cicho Harmon.

Oczywiście, pomyślała.

- Kelsiera schwytał sam Ostatni Imperator - rzekł Ulef. - Wysłał go i jego żonę do Czeluści Hathsinu. Ale on uciekł. Uciekł z Czeluści, Vin! Jedyny, któremu się to kiedykolwiek udało.

- A żona? - zapytała Vin.

Ulef spojrzał na Harmona, który pokręcił głową.

- Jej się nie udało.

Więc i on kogoś stracił. Jak wobec tego może się tak głośno śmiać? Tak szczerze?

- Wtedy właśnie dorobił się tych blizn - dodał Disten. - Tych na ramionach. Dorobił się ich w Czeluściach, kiedy wspinał się po nagiej ścianie, najeżonej skałami.

Harmon prychnął.

- Nie tak. Zabił Inkwizytora podczas ucieczki, stąd ma blizny.

- Słyszałem, że walczył z jednym z potworów, które strzegą Czeluści - wtrącił Ulef. - Wsadził mu łapę w pysk i udusił od środka. A zęby podrapały mu ręce.

Disten zmarszczył brwi.

- Jak można kogoś udusić od środka?

Ulef wzruszył ramionami.

- Tak słyszałem.

- Ten człowiek nie jest zwyczajny - mruknął Hrud. - Coś się z nim stało w Czeluściach, coś złego. Przedtem nie był Allomantą, wiecie? Wszedł do Czeluści jako zwykły skaa, a teraz... Nie, na pewno jest Mglistym, ale nie wiem, czy jeszcze istotą ludzką. Za dużo łaził we mgle. Niektórzy powiadają, że prawdziwy Kelsier nie żyje, a to co ma jego twarz, to... coś innego.

Harmon pokręcił głową.

- A to już tylko głupoty, opowiadane przez skaa z plantacji. Wszyscy wychodziliśmy w czasie mgieł.

- Nie w mgły poza miastem - upierał się Hrud. - Tam są mgielne upiory. Chwytają człowieka i zabierają mu twarz, to pewne jak Ostatni Imperator.

Harmon wywrócił oczyma.

- Hrud ma rację z jednym - rzekł Disten. - To nie jest człowiek. Może nie jest też mgielnym upiorem, ale na pewno nie skaa. Słyszałem, że robił różne rzeczy, takie, które tylko "oni" potrafią. Ci, którzy wychodzą nocą. Widziałeś, co zrobił z Camonem.

- Zrodzony z Mgły - wymamrotał Harmon.

Zrodzony z Mgły. Vin oczywiście słyszała to określenie, zanim Kelsier je przy niej wymówił. Któż nie słyszał? Jednak plotki na temat Zrodzonych z Mgły sprawiały, że i historie opowiadane o Inkwizytorach i Mglistych wydawały się bardziej prawdopodobne. Powiadano, że Zrodzeni z Mgły sami byli zwiastunami mgieł, a Ostatni Imperator obdarzył ich wielkimi mocami. Jedynie najwyższa szlachta mogła być Zrodzona z Mgły; powiadano, że była to tajna sekta morderców, która mu służyła, wychodząca jedynie nocami. Reen zawsze jej tłumaczył, że to mit, a Vin uważała, że ma rację.

A Kelsier mówi, że ja - tak samo jak on - jestem jedną z nich. Jak mogła być kimś takim? Ona - dziecko prostytutki? Była nikim. Niczym.

"Nigdy nie ufaj człowiekowi, który przynosi dobre nowiny" pouczał ją Reen. "To najstarszy, ale i najłatwiejszy sposób, żeby kogoś oszukać".

Ale ona miała swoje Szczęście. Swoją Allomancję. Wciąż czuła zasoby, które dała jej fiolka Kelsiera, i próbowała swoich możliwości na członkach grupy. Nie ograniczając się już do odrobiny Szczęścia na dzień, czuła, że może wywoływać znacznie bardziej efektowne skutki.

Dochodziła do wniosku, że jej poprzedni cel życiowy - nie dać się zabić - był mało inspirujący. Mogła tak wiele zdziałać. Była niewolnicą Reena, potem niewolnicą Camona. Zostanie także niewolnicą Kelsiera, jeśli to doprowadzi ją do wolności.

Milev spojrzał na kieszonkowy zegarek i wstał.

- W porządku, wychodzimy.

Pomieszczenie zaczęło pustoszeć w oczekiwaniu na spotkanie z Kelsierem. Vin pozostała tam, gdzie była; Kelsier wyraźnie dał wszystkim do zrozumienia, że jest zaproszona. Przez chwilę siedziała w milczeniu, czując się znacznie lepiej teraz w pustym pomieszczeniu. Wkrótce zaczęli przybywać pierwsi towarzysze Kelsiera.

Pierwszy przybysz, który zszedł po schodach, miał sylwetkę żołnierza. Był odziany w luźną koszulę bez rękawów, odsłaniającą doskonale wyrzeźbione ramiona. Był dobrze umięśniony, ale nie otyły, a krótko obcięte włosy sterczały mu lekko.

Towarzyszem żołnierza był elegancko odziany mężczyzna w szlacheckim stroju - śliwkowa kamizelka, złote guziki, czarny kaftan, wraz z kapeluszem o krótkim rondzie i laską pojedynkową. Był starszy od żołnierza i nieco przy kości. Wchodząc, zdjął kapelusz, odsłaniając doskonale przycięte czarne włosy. Obaj mężczyźni rozmawiali przyjaźnie, ale urwali, kiedy ujrzeli pusty pokój.

- Ach, to będzie zapewne nasz twixt - powiedział mężczyzna w surducie. - Czy Kelsier już przybył, moja droga?

Mówił ze swobodną poufałością, jakby byli od dawna przyjaciółmi. Nagle, wbrew sobie, Vin poczuła, że lubi tego dobrze ubranego, eleganckiego człowieka.

- Nie - odpowiedziała cicho. Wprawdzie kombinezon roboczy i koszula zwykle jej wystarczyły, ale teraz nagle zaczęła żałować, że nie ma nic porządniejszego.

- Powinienem był się spodziewać, że Kell spóźni się na własne spotkanie - stwierdził żołnierz, siadając przy jednym ze stołów w pobliżu środka sali.

- Istotnie -rzekł mężczyzna w kubraku. - Chyba skorzystamy z jego spóźnialstwa i napijemy się czegoś. Ja przynajmniej bardzo chętnie...

- Zaraz panu coś podam. - Vin zerwała się na nogi.

- Jaka jesteś milutka - rzekł mężczyzna, wybierając miejsce obok żołnierza. Usiadł z jedną nogą założoną na drugą, laskę postawił z boku, jedną ręką wspierając się na gałce.

Vin podeszła do baru i zaczęła rozglądać się wśród napojów.

- Breeze.... - ostrzegawczo odezwał się żołnierz, kiedy Vin wybrała butelkę najdroższego z win Camona i zaczęła nalewać do kielicha.

- Hmmm...? - mruknął tamten, unosząc brew.

Żołnierz skinął głową w kierunku Vin.

- Och, niech będzie - odparł z lekkim westchnieniem mężczyzna w surducie.

Vin znieruchomiała z na pół przechyloną butelką i lekko zmarszczyła brwi. Co ja właściwie robię?

- Słowo daję, Ham - odparł mężczyzna w kaftanie - czasem jest z ciebie straszny sztywniak.

- Jeśli możesz kogoś Popchnąć, to nie znaczy, że koniecznie musisz to robić, Breeze.

Vin stała oszołomiona.

On... użył na mnie Szczęścia.

Kiedy Kelsier próbował nią manipulować, czuła jego dotyk i była w stanie mu się oprzeć. Teraz jednak nawet się nie zorientowała, co robi.

Podniosła wzrok na tamtego, mrużąc oczy.

- Zrodzony z Mgły.

Mężczyzna w kaftanie, Breeze, zachichotał.

- Ale skąd. Kelsier jest jedynym Zrodzonym z Mgieł skaa, jakiego kiedykolwiek poznasz, moja droga, i módl się, byś nigdy nie była w sytuacji, kiedy spotkasz szlachcica. Ja jestem tylko zwykłym, skromnym Mglistym.

- Skromnym? - Ham się zaśmiał.

Breeze wzruszył ramionami.

Vin spojrzała na napełniony do połowy puchar.

- Pociągnąłeś za moje uczucia. Przy pomocy... Allomancji, oczywiście.

- Pchnąłem je właściwie - odparł Breeze. - Ciągnięcie sprawia, że dana osoba jest mniej ufna i bardziej zdeterminowana. Popychanie uczuć... Łagodzenie ich, sprawia, że osoba staje się ufniejsza.

- Tak czy owak kontrolowałeś mnie - odparła Vin. - Zmusiłeś, bym podała ci drinka.

- Och, nie powiedziałbym, że cię zmusiłem - odrzekł Breeze. - Ja tylko z lekka skorygowałem twoje uczucia, wprowadzając cię w taki stan umysłu, w którym chętniej zrobisz to, czego ja chcę.

Ham podrapał się po podbródku.

- Nie wiem, Breeze. To interesujące pytanie. Czy wpływając na jej emocje, odebrałeś jej możliwość wyboru? Gdyby teraz, pod twoją kontrolą, zaczęła zabijać lub kraść, czy ta zbrodnia byłaby jej, czy twoja?

Breeze wzniósł oczy do nieba.

- Naprawdę to nie ma żadnego znaczenia. Nie powinieneś myśleć o takich sprawach, Hammondzie, zmęczysz sobie mózg. Ja ją tylko leciutko zachęciłem, używając do tego celu nieco niekonwencjonalnych metod.

- Ale...

- Nie będę się z tobą sprzeczał, Ham.

Mężczyzna westchnął z nieco zagubioną miną.

- Przyniesiesz mi może tego drinka...? - zapytał Breeze, spoglądając na Vin. - To znaczy, że skoro już stoisz, a i tak będziesz musiała tu podejść, żeby dojść do swojego stołka, to...

Vin przeanalizowała swoje emocje. Czy czuła się gotowa do spełnienia życzeń tego człowieka? Czy znowu była przezeń manipulowana?

Odeszła od baru, pozostawiając drinka na blacie.

Breeze westchnął, ale nie ruszył się, żeby wziąć szklankę.

Vin niepewnie podeszła do stołu, przy którym siedzieli obaj mężczyźni. Była przyzwyczajona do cieni i kątów - wystarczająco blisko, żeby podsłuchiwać, ale dość daleko, by szybko uciec. Przed tymi ludźmi jednak nie mogła się ukryć - nie teraz, kiedy pokój był taki pusty. Wybrała zatem krzesło przy stole znajdującym się obok i usiadła ostrożnie. Potrzebowała informacji - jak długo nie wiedziała, co się dzieje, znajdowała się w nowej grupie Mglistych na bardzo niekorzystnej pozycji.

Breeze zachichotał.

- Nerwowe maleństwo z ciebie!

Zignorowała ten komentarz.

- Ty. - Skinęła głową, wskazując na Hama. - Ty też jesteś Mglistym?

- Jestem Zbirem.

Vin zmarszczyła brwi, zmieszana.

- Palę cynę - wyjaśnił Ham.

Znów spojrzała na niego pytająco.

- Potrafi uczynić cię silniejszą, moja droga - wyjaśnił Breeze. - Uderza wszystko... zwłaszcza innych ludzi, którzy próbują wtrącać się do tego, co robimy.

- Nie tylko o to chodzi - odparł Ham. - Ogólnie zapewniam ochronę wypadów, dostarczam przywódcy ludzi i wojowników, jeśli uznam, że tacy są potrzebni.

- A kiedy nie są, zanudza cię na śmierć swoją przypadkową filozofią - dodał Breeze.

Ham westchnął.

- Breeze, słowo honoru, czasem nie wiem, dlaczego... - Urwał, bo drzwi otwarły się znowu i stanął w nich kolejny gość.

Nowo przybyły miał na sobie ciemnobeżowy kaftan, brązowe spodnie i prostą, białą koszulę. Jego twarz była jednak znacznie bardziej charakterystyczna niż ubranie. Była cała sękata i guzowata, jak pokręcony kawał drewna, a oczy lśniły mu pełnym nagany niezadowoleniem, jakie okazują jedynie starsi ludzie. Vin nie umiała określić jego wieku - był dość młody, by nie mieć zgarbionych pleców, a na tyle wiekowy, by nawet Breeze wydawał się przy nim młody.

Przybysz spojrzał na Vin i pozostałych, sapnął wzgardliwie i podszedł do stołu po drugiej stronie sali. Zanim usiadł, było widać, że mocno kuleje.

Breeze westchnął.

- Będę tęsknił za Trapem.

- Wszyscy będziemy - odparł cicho Ham. - Ale Clubs też jest dobry. Pracowałem z nim przedtem.

Breeze obserwował nowego.

- Ciekawe, czy zdołam przynajmniej jego zmusić do przyniesienia mi drinka.

Ham zachichotał.

- Zapłacę złotem, żeby zobaczyć, jak próbujesz.

- O, wierzę w to - odparł Breeze.

Vin obserwowała nowego, który wydawał się błogo ignorować ją i obu mężczyzn.

- Co z nim?

- Clubs? - zapytał Breeze. - On, moja droga, jest Dymiarzem. To on sprawi, żebyśmy wszyscy nie zostali odkryci przez Inkwizytorów.

Vin przygryzła wargi, przetwarzając nowe informacje i obserwując Clubsa. Mężczyzna spojrzał na nią groźnie, więc odwróciła wzrok. W tym momencie zauważyła, że Ham jej się przygląda.

- Podobasz mi się, mała - rzekł. - Inne twixty były zawsze albo zbyt nieśmiałe, żeby rozmawiać, albo zazdrosne, że weszliśmy na ich terytorium.

- Istotnie - odparł Breeze. - Nie przypominasz innych okruchów. Oczywiście, podobałabyś mi się znacznie bardziej, gdybyś mi przyniosła tę szklankę wina...

Vin zignorowała go i spojrzała na Hama.

- Okruch?

- Niektórzy co zarozumialsi członkowie naszej społeczności nazywają tak drobniejszych złodziejaszków - odparł Ham. - Nazywają was okruchami, ponieważ macie tendencję do angażowania się w... mniej inspirujące działania.

- Oczywiście, bez obrazy - dorzucił Breeze.

- Och, nie obraziłabym się o... - Urwała, czując nagle niezwykłą potrzebę przypodobania się temu dobrze ubranemu mężczyźnie. Spojrzała na Breeze'a gniewnie. - Przestań!

- Popatrz - odparł Breeze, spoglądając na Hama. - Wciąż zachowuje możliwość wyboru.

- Jesteś beznadziejny.

Uważają, że jestem twixtem, pomyślała Vin. Więc Kelsier nie powiedział im, kim jestem. Dlaczego? Z powodu braku czasu? A może ten sekret był zbyt cenny, by się nim dzielić? Na ile można było ufać tym ludziom? A jeśli myślą, że jest zwyczajnym "okruchem", dlaczego są dla niej tacy mili?

- Na kogo jeszcze czekamy? - zapytał Breeze, spoglądając na drzwi. - Oczywiście poza Kellem i Doksem.

- Yeden - odparł Ham.

Breeze zmarszczył brwi i zrobił kwaśną minę.

- A, racja.

- Zgadzam się - odrzekł Ham. - Ale chętnie się założę, że on myśli to samo o nas.

- Nie mam pojęcia, po co w ogóle został zaproszony - mruknął Breeze.

Ham wzruszył ramionami.

- Chyba ma to coś wspólnego z planem Kella.

- Ach, ten sławetny "plan". - Breeze się zadumał. - Co to może być za robota, cóż za robota...?

Ham pokręcił głową.

- Kell i ten jego przeklęty dramatyzm.

- Istotnie.

Kilka chwil później otwarły się drzwi i do pokoju weszła osoba, o której właśnie była mowa - Yeden. Okazał się bezpretensjonalnym człowiekiem i Vin nie mogła pojąć, dlaczego pozostali dwaj byli tak niezadowoleni z jego obecności.

Niski, o kręconych, ciemnych włosach, był odziany w prosty strój skaa i połatany, poplamiony sadzą brązowy płaszcz robotnika. Rozejrzał się po pomieszczeniu z lekką dezaprobatą, ale nie wydawał się tak otwarcie nieprzyjazny, jak Clubs, który siedział w najodleglejszym kącie sali i krzywił się do każdego, kto spojrzał w jego stronę.

Niezbyt duża ekipa, pomyślała Vin. Wraz z Kelsierem i Docksonem będzie ich raptem sześciu.

Oczywiście Ham powiedział, że prowadzi grupę "Zbirów". Czy ci ludzie to tylko przedstawiciele? Przywódcy mniejszych, bardziej wyspecjalizowanych grup? Niektóre ekipy właśnie w ten sposób pracowały.

Breeze spojrzał na zegarek kieszonkowy jeszcze trzykrotnie, zanim wreszcie pojawił się Kelsier. Zrodzony z Mgły przywódca wpadł przez drzwi z radosnym entuzjazmem, Dockson biegł tuż za nim w podskokach. Ham natychmiast wstał, uśmiechnął się szeroko i uścisnął Kelsierowi dłoń, Breeze również się podniósł, a choć jego powitanie było nieco mniej wylewne, Vin musiała przyznać, że nie widziała nigdy przywódcy równie radośnie witanego przez swoich podwładnych.

- Ach - rzekł Kelsier, spoglądając na drugą stronę pomieszczenia. - Clubs i Yeden też tu są. Więc jesteśmy wszyscy. Doskonale, strasznie nie lubię, kiedy każą mi czekać.

Breeze uniósł brew i razem z Hanem zajęli znowu swoje miejsca. Dockson przysiadł się do tego samego stołu.

- Czy otrzymamy jakiekolwiek wyjaśnienie twojego spóźnienia?

- Dockson i ja odwiedzaliśmy mojego brata - wyjaśnił Kelsier i podszedł do baru. Obrócił się i oparł łokciem o szynkwas, obserwując zebranych. Kiedy jego wzrok spoczął na Vin, mrugnął.

- Twojego brata? - zdziwił się Ham. - Czy Marsh przyjdzie na spotkanie?

Kelsier i Dockson wymienili spojrzenia.

- Nie dzisiaj - odparł Kelsier. - Ale w końcu do nas dołączy.

Vin obserwowała pozostałych.

Jakieś napięcia pomiędzy Kelsierem a jego bratem?

Breeze uniósł laskę i wycelował jej czubek w Kelsiera.

- Dobrze, Kelsier. Od ośmiu miesięcy ukrywasz przed nami, co to za robota. Wiemy, że to coś dużego, wiemy, że cię nosi z podniecenia, i wszyscy mamy już wystarczająco dość twoich tajemnic. Może wreszcie się złamiesz i powiesz, o co chodzi?

Kelsier się uśmiechnął. Wstał, wyprostował się i skinął ręką w stronę brudnego, pospolicie wyglądającego Yedena.

- Panowie, poznajcie naszego nowego pracodawcę.

Te słowa były ogromnym zaskoczeniem.

- On? - zapytał Ham.

- On. - Kelsier skinął głową.

- Co? - zapytał Yeden. - Nie umiecie pracować z kimś, kto naprawdę ma jakieś morale?

- Nie o to chodzi, mój drogi - odparł Breeze, układając laskę na kolanach. - Tylko o to, że widzisz... miałem dziwne wrażenie, że to ty nie lubisz pracować z takimi jak my.

- Nie lubię - zgodził się Yeden beznamiętnie. - Jesteście samolubni, niezdyscyplinowani, odwróciliście się plecami do reszty skaa. Ładnie się ubieracie, ale wasze wnętrza są brudne jak popiół.

Ham prychnął.

- O, już widzę, że ta robota będzie wspaniała na morale ekipy.

Vin obserwowała ich w milczeniu, przygryzając wargę. Yeden był widocznie robotnikiem skaa, prawdopodobnie z fabryki tekstyliów albo kuźni. Jakie powiązania miał ze światem przestępczym? I... czy będzie go stać na usługi złodziejskiej szajki, zwłaszcza wyspecjalizowanej, jak grupa Kelsiera?

Kelsier być może zauważył jej zmieszanie, bo stwierdziła, że patrzy na nią, choć słucha pozostałych.

- Wciąż nie całkiem rozumiem - odezwał się Ham. - Yedenie, wiem doskonale, co sądzisz o złodziejach. Więc... dlaczego nas wynająłeś?

Yeden się zmieszał.

- Dlatego - rzekł wreszcie - że wszyscy wiedzą, jak jesteście skuteczni.

Breeze zachichotał.

- To, że nie aprobujesz naszej moralności, nie oznacza, że nie skorzystasz z naszych umiejętności, kiedy będzie potrzeba. Rozumiem. Więc co to za robota? Co wspólnego ma z nami rebelia skaa?

Rebelia skaa? Kolejny element układanki znalazł się na miejscu. Podziemie dzieliło się na dwa odłamy. Większy z nich obejmował złodziei, szajki, dziwki i żebraków, którzy próbowali przeżyć poza dominującą kulturą skaa.

I byli rebelianci. Ludzie, którzy walczyli z Ostatnim Imperium. Reen zawsze nazywał ich głupcami - zresztą to zdanie podzielało wiele osób znanych Vin, zarówno z podziemia, jak i spośród skaa.

Wszystkie oczy powoli zwróciły się na Kelsiera, który znów oparł się o bar.

- Rebelia skaa, dzięki swemu przywódcy Yedenowi, wynajęła nas do bardzo szczególnej pracy.

- Jakiej? - zapytał Ham. - Rabunek? Morderstwo?

- Trochę i tego, i tego - odparł Kelsier. - A jednocześnie ani to, ani to. Panowie, to nie będzie zwykła robota. Będzie inna niż cokolwiek, co do tej pory zrobiła jakakolwiek szajka. Zamierzamy pomóc Yedenowi w obaleniu Ostatniego Imperium.

Milczenie.

- Słucham? - zapytał Ham.

- Dobrze słyszałeś, Ham - odparł Kelsier. - To właśnie ta robota, którą planuję - zniszczenie Ostatniego Imperium. A przynajmniej jego ośrodka władzy. Yeden wynajął nas, aby mieć armię i sposobność do przejęcia kontroli nad miastem.

Ham usiadł, po czym wymienił spojrzenia z Breeze'em. Obaj mężczyźni zwrócili się w stronę Docksona, który skinął głową. W sali jeszcze przez chwilę panowała cisza, po czym zakłócił ją sam Yeden, śmiejąc się.

- Nie powinienem był się na to godzić - rzekł, kręcąc głową. - Teraz, kiedy to mówisz, sam słyszę, jak głupio to brzmi.

- Yedenie, uwierz mi - odparł Kelsier. - Ci ludzie mają zwyczaj podejmowania się planów, które na pierwszy rzut oka wydają się idiotyczne.

- Może to i prawda, Kell - odparł Breeze - ale w tym przypadku zgadzam się z naszym niezadowolonym przyjacielem. Obalić Ostatnie Imperium... to coś, nad czym robotnicy skaa trudzili się przez ponad tysiąc lat! Dlaczego sądzisz, że potrafimy osiągnąć coś, czego nie udało się osiągnąć tamtym ludziom?

Kelsier się uśmiechnął.

- Nam się uda, ponieważ mamy wizję, Breeze. A tego zawsze rebelii brakowało.

- Słucham? - wtrącił z oburzeniem Yeden.

- Niestety to prawda - rzekł Kelsier. - Rebelia potępia ludzi takich jak ja z powodu naszej zachłanności, ale pomimo swej wybujałej moralności - którą poniekąd szanuję - nigdy nie potrafią niczego doprowadzić do końca. Yedenie, twoi ludzie kryją się w lasach i górach, planują, jak pewnego dnia powstaną i poprowadzą chwalebną wojnę przeciwko Ostatniemu Imperium. Nie wiecie jednak, jak przygotować porządny plan, a co dopiero wprowadzić go w życie.

Yeden spochmurniał.

- A ty nie wiesz, o czym mówisz.

- O? - Kelsier spojrzał na niego. - Powiedz, czego dokonała rebelia przez tysiąc lat walki? Jakie odnieśliście sukcesy i zwycięstwa? Masakra Tougier trzysta lat temu, gdzie zabito ponad siedem tysięcy skaa? Od czasu do czasu napaść na barkę lub porwanie drobnego szlachetki na miernym stanowisku?

Yeden spąsowiał.

- Nie potrafimy osiągnąć więcej z takimi ludźmi! Nie oskarżaj moich ludzi o te błędy, lecz całą resztę skaa. Nie możemy ich przymusić do pomocy. Przez całe tysiąclecie byli uciskani, teraz nie zostało w nich ani trochę ducha. Trudno jest zmusić jednego na tysiąc, aby nas słuchał, a co dopiero się zbuntował!

- Spokojnie, Yedenie - odrzekł Kelsier, unosząc dłoń. - Nie chcę zaniżać twojej odwagi. Jesteśmy po tej samej stronie, pamiętasz? Przyszedłeś do mnie specjalnie dlatego, że rekrutowałeś ludzi do swojej armii.

- Żałuję tej decyzji z każdą chwilą coraz bardziej, złodzieju - odparł Yeden.

- Już nam zapłaciłeś - odparł Kelsier. - Chyba trochę za późno się wycofywać. Ale my ci zdobędziemy armię, Yedenie. Ludzie w tym pokoju są najzręczniejszymi, najsprytniejszymi i najlepiej wykształconymi allomantami w mieście. Zobaczysz.

W sali znów zapadła cisza. Vin siedziała przy stole, ze zmarszczonymi brwiami obserwując wymianę zdań. W co ty grasz, Kelsier? Jego słowa dotyczące obalenia Ostatniego Imperium były tylko pretekstem. Wydawało się raczej, że zamierza wystrychnąć na dudka rebeliantów skaa. Ale... skoro mu już zapłacono, po co kontynuować szaradę?

Kelsier odwrócił się od Yedena i spojrzał na Breeze'a i Hama.

- Dobrze, panowie. Co sądzicie?

Mężczyźni wymienili spojrzenia. Wreszcie odezwał się Breeze.

- Sam Ostatni Imperator wie, że nigdy nie odrzucałem wyzwania. Ale, Kellu, tym razem kwestionuję twoje rozumowanie. Jesteś pewien, że damy radę?

- Całkowicie - odparł Kelsier. - Poprzednie próby obalenia Ostatniego Imperatora nie przyniosły skutku, ponieważ brakowało im właściwej organizacji i planowania. Jesteśmy złodziejami, panowie, i to wyjątkowo dobrymi. Możemy obrabować tych, których obrabować się nie da, i wystrychnąć na dudka najsprytniejszych. Wiemy, jak się podjąć niewyobrażalnie wielkiego zadania i podzielić je na małe, proste części, a potem wykonać każdą po kolei. Wiemy, jak osiągnąć to, czego chcemy. A to czyni nas doskonałymi kandydatami do tego zadania.

Breeze zmarszczył brwi.

- A... ile dostaniemy za dokonanie niemożliwego?

- Trzydzieści tysięcy skrzyńców - odparł Yeden. - Połowę teraz, połowę, kiedy zbierzecie armię.

- Trzydzieści tysięcy?! - zawołał Ham. - Za takie wielkie zadanie? Przecież to ledwo pokryje wydatki. Potrzebujemy szpiega, który wśród szlachty pilnowałby plotek, kilka dobrych kryjówek, nie wspomnę już o miejscu dość dużym, aby ukryć i przeszkolić całą armię...

- Teraz już nie możesz się targować, złodziejaszku - warknął Yeden. - Trzydzieści tysięcy może nie wydawać się dużą sumą, ale to owoc dziesięcioleci oszczędności z naszej strony. Nie możemy zapłacić więcej, ponieważ więcej nie mamy.

- To dobra robota, panowie - zauważył Dockson, po raz pierwszy włączając się do rozmowy.

- No cóż, to wspaniale - odparł Breeze. - Uważam się za bardzo miłego człowieka, ale... to wydaje się odrobinę zbyt altruistyczne. Nie mówiąc już o tym, że głupie.

- Hmm - wtrącił Kelsier - dla nas może być tam coś jeszcze...

Vin uniosła głowę, a Breeze się uśmiechnął.

- Skarbiec Ostatniego Imperatora - wyjaśnił Kelsier. - Plan w obecnej sytuacji dotyczy dostarczenia Yedenowi armii i możliwości opanowania miasta. Kiedy zajmie pałac, zdobędzie skarbiec i wykorzysta jego zasoby, by się umocnić. A w samym środku tego skarbca...

- Znajduje się atium Ostatniego Imperatora - uzupełnił Breeze.

Kelsier skinął głową.

- Nasza umowa z Yedenem opiewa na połowę zasobów atium, jakie znajdziemy w pałacu, nieważne, ile tego będzie.

Atium. Vin słyszała o tym metalu, ale nigdy go nie widziała. Podobno był niezwykle rzadki, używany wyłącznie przez szlachetnie urodzonych.

Ham się uśmiechał.

- No cóż - rzekł. - To zdobycz, która prawie może skusić.

- Podobno zapasy atium są ogromne.

- Ostatni Imperator sprzedaje ten metal w małych ilościach, żądając od szlachty niewyobrażalnych sum. Musi trzymać duże zasoby, żeby zapewnić sobie kontrolę rynku i wystarczające sumy na wypadek problemów.

- Prawda... - mruknął Breeze. - Ale czy jesteś pewien, że chcesz spróbować czegoś takiego wkrótce po... po tym, co się stało ostatnio, kiedy próbowaliśmy wejść do pałacu?

- Tym razem wszystko zorganizujemy inaczej - odparł Kelsier. - Panowie, to nie będzie łatwe zadanie, ale powinno się udać. Plan jest prosty. Znajdziemy sposób, aby zneutralizować Garnizon Luthadelu, co pozostawi teren bez sił policyjnych. A wtedy rozpętamy tu chaos.

- A mamy parę możliwości, jak tego dokonać - wtrącił Dockson. - O tym jednak możemy pomówić później.

Kelsier skinął głową.

- A potem w tym chaosie Yeden wraz ze swoją armią wkroczy do miasta i opanuje pałac, biorąc w niewolę Ostatniego Imperatora. Podczas, gdy Yeden będzie zabezpieczał miasto, my się zajmiemy atium. Damy mu połowę, a potem znikniemy z drugą. A potem jego zadanie będzie polegało na utrzymaniu wszystkiego, co zagarnął.

- To brzmi dość niebezpiecznie dla ciebie, Yedenie - zauważył Ham, spoglądając na przywódcę rebeliantów.

Ten wzruszył ramionami.

- Możliwe. Ale jeśli jakimś cudem uda nam się przejąć kontrolę nad pałacem, przynajmniej dokonamy czegoś, czego wcześniej nie udało się nigdy osiągnąć rebelii skaa. Dla moich ludzi to nie tylko kwestia bogactw - nawet nie przeżycia. Chodzi o dokonanie czegoś wielkiego, czegoś cudownego, żeby dać skaa nadzieję. Ale nie oczekuję, że tacy ludzie jak wy to zrozumieją.

Kelsier spojrzał z naganą w oczach na Yedena, który pociągnął nosem i usiadł. Ciekawe, czy użył allomancji,zastanawiała się Vin. Widziała już wcześniej relacje pracodawca-szajka i teraz wydało jej się, że to Yeden siedzi w kieszeni Kelsiera, a nie odwrotnie.

Kelsier spojrzał na Hama i Breeze'a.

- W tym jest coś więcej niż zwykły pokaz odwagi. Jeśli zdołamy ukraść to atium, będzie to ciężki cios dla finansowych podstaw władzy Ostatniego Imperatora. On istnieje głównie dzięki pieniądzom, jakie ma ze sprzedaży atium. Bez nich najprawdopodobniej nie będzie miał czym opłacać swoich wojsk. Nawet jeśli umknie z naszej pułapki... albo, jeśli po jego ucieczce zdecydujemy, żeby opanować miasto i mieć z nim jak najmniej do czynienia, będzie zrujnowany finansowo. Nie zdoła zebrać armii, żeby odebrać miasto Yedenowi. Jeśli to się uda, w mieście i tak zapanuje chaos, a szlachta będzie zbyt słaba, by stawić opór siłom rebelii. Ostatni Imperator zostanie sam, bez środków do zebrania wojsk.

- A kolosy? - zapytał cicho Ham.

Kelsier się zawahał.

- Jeśli wprowadzi te stwory do własnej stolicy, zniszczenie, jakie spowodują, będzie jeszcze bardziej niebezpieczne niż niestabilność finansowa. W chaosie prowincjonalna szlachta zbuntuje się i obwoła królami, a Ostatni Imperator nie będzie miał wojska, by przywołać ich do porządku. Buntownicy Yedena utrzymają Luthadel, a my, przyjaciele, będziemy bardzo, bardzo bogaci. Wszyscy dostaną to, czego pragną.

- Zapominasz o Stalowym Zakonie - warknął siedzący na uboczu Clubs. Prawie zapomniano o jego obecności. - Ci Inkwizytorzy nie pozwolą, by ich śliczna teokracja popadła w chaos.

Kelsier urwał i spojrzał na sękatego mężczyznę.

- Będziemy musieli znaleźć sposób na Stalowy Zakon. Mam nawet pewne plany. W każdym razie my, jako grupa, musimy zajmować się właśnie takimi problemami i rozwiązywać je. Musimy pozbyć się Garnizonu z Luthadelu. Niczego nie zdziałamy, dopóki oni patrolują ulice. Musimy znaleźć sposób, by w mieście zapanował chaos, a potem nie dopuścić, by obligatorzy trafili na nasz ślad. Jeśli jednak wszystko dobrze zaplanujemy, może będziemy w stanie zmusić Ostatniego Imperatora, by wysłał straż pałacową - może nawet Inkwizytorów - do miasta, żeby przywrócili porządek. To pozostawi pałac bez opieki, a Yeden zyska doskonałą sposobność, żeby uderzyć. A potem to już wszystko jedno, co się stanie z Zakonem czy garnizonem - Ostatni Imperator nie będzie miał za co utrzymać kontroli nad swoim imperium.

- Nie wiem, Kell - wtrącił Breeze, kręcąc głową. Wydawał się dziwnie przygaszony, jakby analizował plan zgodnie z własnym sumieniem. - Ostatni Imperator skądś bierze to atium. A jeśli wybierze się do kopalni i wykopie nowe zapasy?

Ham skinął głową.

- Nikt nie wie, gdzie jest kopalnia atium.

- Nie powiedziałbym, że nikt - odparł z uśmiechem Kelsier.

Breze i Ham wymienili spojrzenia.

- Ty wiesz? - zapytał Ham.

- Oczywiście - odparł Kelsier. - Pracując tam, straciłem rok życia.

- Czeluście?! - zawołał zaskoczony Ham.

Kelsier skinął głową.

- Dlatego właśnie Ostatni Imperator robi wszystko, żeby nikt nie wyszedł stamtąd żywy... nie może dopuścić, by jego tajemnica ujrzała światło dzienne. To nie jest kolonia karna, nie piekielne miejsce, gdzie skaa są wysyłani na śmierć. To kopalnia.

- Oczywiście... - mruknął Breeze.

Kelsier wyprostował się i wstał, odszedł od baru, kierując się w stronę stolika Hama i Breeze'a.

- Mamy szansę, panowie. Szansę, by dokonać czegoś wielkiego, czego nie dokonała żadna inna złodziejska szajka. Ograbimy samego Ostatniego Imperatora! Jest jeszcze coś. Czeluście omal mnie nie zabiły, a od czasu, kiedy uciekłem, pewne sprawy widzę... inaczej. Widzę skaa, pracujących bez nadziei. Widzę bandy złodziei, starających się przeżyć na resztkach z pańskich stołów, nieraz ginąc albo wciągając w to innych. Widzę rebelię skaa, która usiłuje stawiać opór Ostatniemu Imperatorowi i jak dotąd bezskutecznie. Rebelia ponosi klęskę, bo jest zbyt trudna w prowadzeniu, zbyt rozproszona. Za każdym razem, kiedy jeden z wielu kawałków nabiera rozpędu, Stalowy Zakon go miażdży. To nie sposób na pokonanie Ostatniego Imperium, panowie. Ale niewielka grupa - wyspecjalizowana i bardzo zręczna - może coś zdziałać. Możemy pracować swobodnie, bez większego ryzyka ujawnienia. Wiemy, jak unikać macek Stalowego Zakonu. Wiemy, jak myśli wysoko urodzona szlachta i jak to wykorzystać. Możemy to zrobić!

Urwał i zatrzymał się przed stołem Hama i Breeze'a.

- Nie wiem, Kell - mruknął Ham. - Nie chodzi o to, że się nie zgadzam z twoimi motywami. Po prostu... cóż, wydaje mi się to nieco szalone.

Kelsier się uśmiechnął.

- Wiem, że tak jest. Ale idziesz z nami, prawda?

Ham zawahał się, po czym skinął głową.

- Wiesz, że dołączę do was, niezależnie od tego, jakie to zadanie. To brzmi jak szaleństwo, ale tak jest ze wszystkimi twoimi planami. Tylko... tylko powiedz mi jedno. Mówisz poważnie, że chcesz obalić Ostatniego Imperatora?

Kelsier skinął głową. Vin była prawie gotowa mu uwierzyć.

- Dobrze zatem, wchodzę - rzekł Ham.

- Breeze? - zapytał Kelsier.

Elegancko ubrany mężczyzna pokręcił głową.

- Sam nie wiem, Kell. To naprawdę szalone, nawet jak na ciebie.

- Potrzebujemy cię, Breeze - rzekł Kell. - Nikt tak nie umie Uspokoić tłumu jak ty. Jeśli mamy stworzyć armię, potrzebujemy wszystkich Allomantów... i waszych mocy.

- Cóż, to prawda - zgodził się Breeze. - Ale i tak...

Kelsier uśmiechnął się, po czym postawił na stole kubek z winem, który Vin nalała dla Breeze'a. Nawet nie zauważyła, kiedy wziął go z baru.

- Pomyśl o tym wyzwaniu, Breeze - rzekł Kelsier.

Breeze spojrzał na kubek, potem podniósł wzrok na Kelsiera. Wreszcie zaśmiał się i sięgnął po wino.

- Dobrze, wchodzę.

- To niemożliwe - rozległ się nagle naburmuszony głos z głębi sali. Clubs siedział z założonymi rękami i przyglądał się Kelsierowi z grymasem na twarzy. - A co naprawdę planujesz, Kelsier?

- Jestem uczciwy - odrzekł Kelsier. - Planuję przejąć atium Ostatniego Imperatora i obalić jego imperium.

- Nie możesz - odparł tamten. - To idiotyzm. Inkwizytorzy powieszą nas na hakach za gardła.

- Możliwe - odrzekł Kelsier. - Ale pomyśl o nagrodzie, jeśli nam się uda. Bogactwo, potęga i ziemia, gdzie skaa mogą żyć jak ludzie, a nie jak niewolnicy.

Clubs prychnął głośno. Wstał gwałtownie, aż jego krzesło przewróciło się na podłogę.

- Żadna nagroda nie wystarczy. Ostatni Imperator próbował cię zabić raz... widzę, że nie spoczniesz, dopóki nie dasz mu szansy zrobić tego porządnie. - Z tymi słowy starszy człowiek odwrócił się i kuśtykając, opuścił salę. Zatrzasnął za sobą drzwi.

W sali zapadła cisza.

- Cóż, chyba potrzebny nam będzie inny Dymiarz - zauważył Dockson.

- Pozwolicie mu tak odejść?! - zawołał Yeden. - On wie o wszystkim.

Breeze zachichotał.

- Czy to nie ty miałeś być tym szczytem moralności naszej grupy?

- Moralność nie ma z tym nic wspólnego - odparł Yeden. - Przecież wypuszczanie kogoś w ten sposób to głupota! Może na nas sprowadzić obligatorów w ciągu kilku minut.

Vin skinęła głową, ale Kelsier zaprzeczył.

- Ja tak nie pracuję, Yedenie. Zaprosiłem Clubsa na spotkanie i przedstawiłem niebezpieczny plan - taki, który niektórzy ludzie nazwaliby głupim. Nie zamierzam go zamordować tylko dlatego, że uznał go za zbyt niebezpieczny. Jeśli zaczniesz robić takie rzeczy, w końcu przestaną w ogóle z tobą rozmawiać.

- Poza tym - dodał Dockson - nie zaprosilibyśmy na nasze spotkanie kogoś, komu nie zaufalibyśmy, że nas nie zdradzi.

Niemożliwe, pomyślała Vin, marszcząc czoło. Musi blefować, żeby zachować morale wśród grupy, przecież nikt nie jest aż taki naiwny. W końcu czy ktoś nie wspominał, że porażka Kelsiera kilka lat temu - wydarzenie, które posłało go do Czeluści Hathsin - była spowodowana zdradą? Prawdopodobnie w tej właśnie chwili za Clubsem podążają mordercy i obserwują, czy nie wybiera się zdradzić spisku.

- Dobrze, Yeden - rzekł Kelsier, wracając do sprawy. - Zaakceptowali. Plan wchodzi w życie. Czy nadal w to wchodzisz?

- A czy oddasz rebelii pieniądze, jeśli powiem: nie? - zapytał Yeden.

Jedyną odpowiedzią był cichy chichot Hama. Twarz Yedena pociemniała, ale tylko pokręcił głową.

- Gdybym miał inną opcję...

- Och, przestań się skarżyć - odrzekł Kelsier. - Oficjalnie jesteś teraz członkiem szajki złodziejskiej, więc równie dobrze możesz tu podejść i usiąść z nami.

Yeden zawahał się, po czym westchnął i podszedł. Usiadł przy stole Breeze'a, Hama i Docksona, obok którego stał Kelsier. Vin wciąż siedziała przy drugim stole.

Kelsier obejrzał się na nią.

- A co z tobą, Vin?

Zawahała się. Dlaczego on mnie pyta? Przecież wie, że ma nade mną władzę. Zadanie nie ma znaczenia, jeśli dowiem się tego, co on wie.

Kelsier czekał spokojnie.

- Wchodzę - rzekła, uznając, że to właśnie chce od niej usłyszeć.

Chyba odgadła prawidłowo, bo Kelsier uśmiechnął się i skinieniem głowy wskazał jej ostatnie krzesło przy stole.

Westchnęła, ale posłusznie wstała i podeszła do miejsca.

- Co to za dzieciak? - zapytał Yeden.

- Twixt - odparł Breeze.

Kelsier uniósł brew.

- Właściwie Vin jest czymś w rodzaju nowego rekruta. Mój brat przyłapał ją na Uspokajaniu jego emocji kilka miesięcy temu.

- Uspokajaczka, co? - mruknął Ham. - Zawsze nam się przyda jeszcze jedna.

- Jeśli o to chodzi - zauważył Kelsier - doskonale potrafi również Mącić ludzkie uczucia.

Breeze podskoczył.

- Poważnie? - zapytał Ham.

Kelsier skinął głową.

- Dox i ja przetestowaliśmy ją parę godzin temu.

Breeze zachichotał.

- A ja jej właśnie mówiłem, że prawdopodobnie nigdy nie zobaczy innego Zrodzonego z Mgły poza tobą.

- Drugi Zrodzony z Mgły w grupie... - mruknął z uznaniem Ham. - Cóż, ona w pewnym stopniu zwiększa nasze szanse.

- Co mówisz? - prychnął Yeden. - Skaa nie mogą być Zrodzonymi z Mgły. Nie jestem pewien, czy Zrodzeni z Mgły w ogóle istnieją! Z pewnością nikogo takiego nigdy nie poznałem.

Breeze uniósł brew i położył dłoń na ramieniu Yedena.

- Powinieneś nieco mniej mówić, przyjacielu - zasugerował. - W ten sposób nie będziesz wydawał się taki głupi.

Yeden strząsnął dłoń Breeze'a, a Ham parsknął śmiechem. Vin siedziała cicho, rozważając implikacje tego, co powiedział Kelsier. Ta część o kradzieży zapasów atium wydawała się kusząca, ale czy po to trzeba opanowywać całe miasto? Czy ci ludzie byli naprawdę tak nierozsądni?

Kelsier przyciągnął krzesło i usiadł, kładąc ręce na oparciu.

- Dobrze - rzekł - mamy już grupę. Szczegóły zaplanujemy na następnym spotkaniu, ale chcę, żebyście wszyscy sobie to przemyśleli. Mam pewne plany, lecz chciałbym, aby świeże umysły wszystko przemyślały. Musimy wymyślić sposób, aby wywabić garnizon Luthadelu z miasta i coś, co rozpętałoby w mieście taki chaos, żeby Wielkie Rody nie były w stanie zmobilizować sił do zatrzymania armii Yedena, kiedy zaatakuje.

Wszyscy członkowie grupy, z wyjątkiem Yedena, przytaknęli.

- Jednak, zanim wieczór się skończy - ciągnął Kelsier - jest jedna część planu, co do której muszę was ostrzec.

- Jeszcze jedna? - Breeze zachichotał. - Czy kradzież fortuny Ostatniego Imperatora i obalenie imperium nie wystarczy?

- Nie - odparł Kelsier. - Jeśli zdołam, to go jeszcze zabiję.

Milczenie.

- Kelsier - odezwał się Ham. - Ostatni Imperator jest Skrawkiem Nieskończoności. Jest kawałkiem samego Boga. Nie można go zabić. Nawet pojmanie go prawdopodobnie jest niemożliwe.

Kelsier nie odpowiedział. Jego spojrzenie jednak było pełne determinacji.

Właśnie, pomyślała Vin. Jest szalony.

- Ostatni Imperator i ja - rzekł cicho Kelsier - mamy niezałatwione porachunki. Zabrał mi Mare, omal nie odebrał mi zmysłów. Przyznaję, że mój udział w tej akcji w znacznej mierze jest spowodowany chęcią zemsty. Odbierzemy mu rząd, dom i fortunę. Jednakże, by to się udało, musimy się go pozbyć. Mogę zamknąć go w jego własnych lochach... a co najmniej wywabić go z miasta. Jednak myślę, że jest inne wyjście niż te dwie opcje. Tam, w czeluściach, do których mnie zesłał, załamałem się i doszedłem do przebudzenia moich allomanckich mocy. Teraz zamierzam ich użyć, aby go zabić.

Kelsier sięgnął do kieszeni i wyjął coś. Postawił to na stole.

- Na północy opowiadają taką legendę - rzekł. - O tym, że Ostatni Imperator nie jest nieśmiertelny, nie do końca. Powiadają, że może go zabić właściwy metal. Jedenasty metal. Ten metal.

Wszystkie oczy zwróciły się na przedmiot na stole. Była to wąska sztabka metalu, długości i grubości małego palca Vin, o gładkich bokach. Jego barwa była srebrzystobiała.

- Jedenasty metal? - mruknął Breeze. - Nie słyszałem o tej legendzie.

- Ostatni Imperator ją stłumił - odrzekł Kelsier. - Ale wciąż można ją znaleźć, jeśli wie się, gdzie szukać. Teoria allomancji mówi o dziesięciu metalach, ośmiu podstawowych i dwóch wysokich. Jednak jest jeszcze jeden, nieznany większości. Jeden, który jest potężniejszy niż dziesięć pozostałych.

Breeze zmarszczył czoło.

Yeden jednak wydawał się zaintrygowany.

- I ten metal jakoś może zabić Ostatniego Imperatora?

Kelsier skinął głową.

- To jego słaby punkt. Stalowy Zakon chciałby, żebyś wierzył w jego nieśmiertelność, ale nawet on może zginąć... z rąk allomanty spalającego ten metal.

Ham wziął cienką sztabkę w palce.

- Skąd to masz?

- Z północy - rzekł Kelsier. - Z ziemi w okolicy Dalekiego Półwyspu, miejsca gdzie ludzie wciąż pamiętają, jak nazywało się ich dawne królestwo, w czasach przed Wstąpieniem.

- Jak to działa? - zapytał Breeze.

- Nie jestem pewien - odparł Kelsier. - Ale zamierzam się dowiedzieć.

Ham obracał w palcach metal barwy porcelany, przyglądając mu się uważnie.

Zabić Ostatniego Imperatora? - pomyślała Vin. Ostatni Imperator był siłą, jak wiatr lub mgły. Nie zabija się takich istot. One przecież tak naprawdę nie żyją. Po prostu są.

- Nieważne - rzekł Kelsier, biorąc sztabkę z rąk Hama. - Nie musicie się teraz o to martwić. Zabicie Ostatniego Imperatora to moje zadanie. Jeśli to się okaże niemożliwe, wystarczy nam wywabienie go z miasta, a potem w głupi sposób go obrobimy. Po prostu pomyślałem, że powinniście wiedzieć, co planuję.

Chyba związałam się z szaleńcem, pomyślała Vin z rezygnacją. Ale to przecież nie miało znaczenia... o ile nauczy ją allomancji.

 

Nie rozumiem nawet, co powinienem zrobić. Terrisańscy filozofowie twierdzą, że dowiem się, co mam zrobić, kiedy nadejdzie czas, ale to niewielka pociecha.

Głębia musi zostać zniszczona i wygląda na to, że jestem jedynym, który może to zrobić. Już teraz rujnuje świat. Jeśli nie zatrzymam jej czym prędzej, nic nie zostanie na tej ziemi prócz kości i pyłu.

5

- Aha! - Tryumfująca twarz Kelsiera wychynęła spod baru Camona. Oczy błyszczały mu satysfakcją. Z łomotem postawił na kontuarze zakurzoną butelkę wina.

Dockson spojrzał na niego z rozbawieniem.

- Gdzieś ty ją znalazł?

- Jedna z sekretnych szuflad - odparł Kelsier, ścierając kurz.

- Myślałem, że znalazłem już wszystkie - zauważył tamten.

- Owszem. Ale jedna miała podwójne dno.

Dockson zachichotał.

- Sprytne.

Kelsier skinął głową, odkorkował butelkę i nalał do trzech szklanic.

- Cała sztuka polega na tym, żeby nigdy nie przestawać szukać. - Zaniósł wszystkie trzy szklanki do stołu, przy którym siedzieli Vin i Dockson.

Vin niepewnie wzięła szklankę do ręki. Spotkanie skończyło się kilka minut wcześniej. Breeze, Ham i Yeden wyszli, by przemyśleć sobie to, co powiedział im Kelsier. Vin czuła, że też powinna była odejść, ale nie miała dokąd. Dockson i Kelsier z kolei uznali za oczywiste, że powinna z nimi zostać.

Kelsier pociągnął długi łyk rubinowego wina i uśmiechnął się.

- O, tak jest o wiele lepiej.

Dockson skinął głową, ale Vin nie spróbowała trunku.

- Będziemy potrzebowali innego Dymiarza - zauważył Dox.

Kelsier przytaknął.

- Inni jednak zdaje się nieźle to przyjęli.

- Breeze wciąż jest niepewny.

- Nie wycofa się. Lubi wyzwania, a nigdy nie znajdzie większego niż to. - Kelsier uśmiechnął się. - Poza tym chybaby zwariował, gdyby miał świadomość, że coś robimy bez niego.

- Ale ma rację, że żywi pewne obawy - zgodził się Dockson. - Sam się trochę martwię.

Kelsier przytaknął i Vin zmarszczyła brwi. Więc oni poważnie myślą o tym planie? A może wciąż coś grają na mój użytek? Obaj mężczyźni wydawali się tacy kompetentni. Ale obalenie Ostatniego Imperium? Szybciej chyba powstrzymają płynące mgły lub wstające słońce.

- Kiedy przybędą tu pozostali przyjaciele? - zapytał Dockson.

- Za kilka dni - odparł Kelsier. - Będziemy wtedy potrzebować innego Dymiarza. No i będzie mi potrzeba trochę więcej atium.

Dockson zmarszczył brwi.

- Już?

Kelsier przytaknął.

- Większość zużyłem, wykupując kontrakt OreSeura, a ostatki na plantacji Trestinga.

Tresting. Szlachcic, który w zeszłym tygodniu został zamordowany we własnym domu. A co Kelsier miał z tym wspólnego? I co wcześniej powiedział na temat atium? Mówił, że Ostatni Imperator kontrolował szlachtę, utrzymując monopol na ten metal.

Dockson poskrobał się po zarośniętym policzku.

- Atium nie jest takie łatwe do zdobycia, Kell. Ostatnio potrzebowałeś ośmiu miesięcy planowania, żeby skraść sobie ten ostatni kawałek.

- Dlatego że chciałeś być delikatny - odparł Kelsier.

Dockson zmierzył go spojrzeniem pełnym obawy. Kelsier tylko uśmiechnął się szerzej i wreszcie Dockson wywrócił oczami z westchnieniem. Potem spojrzał na Vin.

- Nie spróbowałaś wina.

Pokręciła głową.

Po chwili pomyślała, że powinna coś odpowiedzieć:

- Nie lubię pić niczego, czego sama nie przygotowywałam.

Kelsier zachichotał.

- Przypomina mi Venta.

- Venta? - prychnął Dockson. - Dziewczyna ma lekką paranoję, ale nie aż taką. Przysięgam, ten facet był tak nerwowy, że mógł wyskoczyć ze skóry na odgłos bicia własnego serca.

Obaj mężczyźni parsknęli śmiechem. Vin jednak poczuła się tylko bardziej zakłopotana ich przyjaznym zachowaniem. Czego ode mnie oczekują? Że mam być jakimś czeladnikiem, czy coś?

- No dobrze - zagaił Dockson. - Może zatem powiesz mi, jak planujesz zdobyć sobie trochę atium?

Kelsier otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale na schodach rozległy się nagle kroki. Ktoś schodził do kryjówki. Dickson i Kelsier obejrzeli się. Vin, oczywiście usadowiła się tak, żeby mieć na oku oba wejścia do sali, nie musząc się poruszać.

Vin spodziewała się, że przybysz okaże się jednym z członków gangu Camona, wysłanego, by sprawdzić, czy Kelsier opuścił już kryjówkę. Dlatego była bardzo zaskoczona, kiedy drzwi otwarły się i pojawiło się w nich kwaśne, sękate oblicze człowieka zwanego Clubsem.

Kelsier uśmiechnął się z błyskiem w oku.

Nie jest zaskoczony. Zadowolony, ale nie zaskoczony, pomyślała.

- Clubs - rzekł przywódca.

Clubs stał w drzwiach, obrzucając pozostałych spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Wreszcie pokuśtykał w kierunku baru. Za nim szedł chudy, niezgrabnie wyglądający chłopak.

Podał Clubsowi krzesło i przystawił do stołu Kelsiera. Clubs usiadł ciężko, mamrocząc coś pod nosem. Wreszcie spojrzał na Kelsiera, mrużąc powieki i marszcząc nos.

- Uspokajacz sobie poszedł?

- Breeze? - zapytał Kelsier. - Tak, poszedł.

Clubs stęknął i spojrzał zezem na butelkę wina.

- Częstuj się - rzekł Kelsier.

Clubs skinął na chłopaka, który poszedł natychmiast do baru po szklankę, po czym spojrzał znów na Kelsiera.

- Musiałem być pewien - rzekł. - Nigdy sobie nie ufam, kiedy w okolicy jest Uspokajacz, zwłaszcza taki jak on.

- Jesteś Dymiarzem, Clubs - zauważył Kelsier. - Nie mógł ci wiele zrobić.

Clubs wzruszył ramionami.

- Nie lubię Uspokajaczy. To nie jest tylko allomancja... tacy ludzie... nie możesz im ufać, że właśnie tobą nie manipulują, kiedy są w pobliżu. Miedź czy nie miedź.

- Nie polegałbym na czymś takim, aby zdobyć sobie twoją lojalność - zaoponował Kelsier.

- Tak słyszałem - rzekł Clubs. Chłopak nalał mu wina. - Ale musiałem być pewien. Musiałem przemyśleć to sobie bez Breeze'a. - Skrzywił się, choć Vin nie bardzo wiedziała dlaczego, po czym wziął szklankę i łyknął połowę jej zawartości.

- Dobre wino - mruknął. Znów spojrzał na Kelsiera. - Więc Czeluście naprawdę doprowadziły cię do obłędu, hę?

- Tak - odparł śmiertelnie poważnie Kelsier.

Clubs uśmiechnął się.

- Chcesz to naprawdę przeprowadzić? Tę tak zwaną robotę.

Kelsier skinął głową.

Clubs wypił resztkę wina.

- No to masz Dymiarza. Nie za pieniądze. Jeśli mówisz poważnie o obaleniu rządu, to ja w to wchodzę.

Kelsier się uśmiechnął.

- I nie uśmiechaj się do mnie - warknął Clubs. - Nienawidzę tego.

- Gdzieżbym śmiał.

- Dobra. - Dockson dolał sobie wina. - To rozwiązuje kwestię Dymiarza.

- I tak nic to nie da - odparł Clubs. - Przegracie. Całe moje życie ukrywałem Mglistych przed Ostatnim Imperatorem i jego obligatorami. W końcu ich wyłapał.

- Więc po co chcesz nam pomagać? - zapytał Dockson.

- Po prostu chcę - odparł tamten, wstając. - Imperator dopadnie mnie wcześniej czy później. Przynajmniej będę mógł napluć mu w twarz, zanim odejdę. Obalenie ostatniego Imperium... - Uśmiechnął się. - To ma swój styl. Idziemy, mały. Musimy przygotować warsztat dla gości.

Vin obserwowała, jak odchodzą. Clubs, kulejąc, wyszedł za próg, chłopak zamknął za nim drzwi. Dopiero wtedy spojrzała na Kelsiera.

- Wiedziałeś, że on wróci.

Wzruszył ramionami, wstał i się przeciągnął.

- Miałem na to nadzieję. Ludzi przyciąga wizjonerstwo. To, co proponuję... cóż, nie jest to coś, od czego by się chciało wymigać... nie wtedy, kiedy jest się znudzonym staruszkiem, którego życie ogólnie irytuje. A teraz, Vin, przypuszczam, że twoja szajka zajmuje cały budynek?

- Tak. - Kiwnęła głową. - Sklep na górze to przykrywka.

- Dobrze - rzekł Kelsier, sprawdzając swój zegarek kieszonkowy, po czym podał go Docksonowi. - Powiedz swoim przyjaciołom, że mogą dostać kryjówkę z powrotem. Mgły już chyba wychodzą.

- A my? - zapytał Dockson.

- A my na dach. Tak jak powiedziałem, potrzebuję trochę atium.

***

Za dnia Luthadel był poczerniałym miastem, zżartym przez sadzę i czerwone światło słoneczne. Było twarde, charakterystyczne i przytłaczające.

W nocy jednak nadchodziły mgły, łagodząc kontury i wiele ukrywając. Potężne twierdze arystokracji stawały się upiornymi, majaczącymi w górze cieniami. Ulice były we mgle węższe, nawet duże deptaki wyglądały jak samotne, niebezpieczne zaułki. Nawet szlachta i złodzieje niechętnie i lękliwie opuszczali domy w nocy - trzeba było odwagi, by zanurzyć się w tę złowieszczą, mglistą ciszę. Czarne miasto nocą było miejscem dla desperatów i szaleńców, to była kraina wirującej tajemnicy i dziwnych istot.

Dziwnych istot, takich jak ja, pomyślał Kelsier. Stał na gzymsie, który prowadził wzdłuż krawędzi płaskiego dachu kryjówki. Pogrążone w mroku budynki wznosiły się w noc wokół niego, a mgły sprawiały, że wszystko się poruszało i falowało. Z niektórych okien padały słabe promyki światła, ale te maleńkie paciorki jasności były skulonymi, przerażonymi stworzonkami.

Po dachu przetoczył się podmuch zimnego wiatru, unosząc mgły, ocierając się o wilgotny od rosy policzek Kelsiera. Dawniej - zanim jeszcze wszystko poszło nie tak - zawsze przed zadaniem wychodził na dach, próbując spojrzeć na miasto. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że tej nocy wrócił do tego starego zwyczaju, dopóki nie spojrzał w bok, spodziewając się, że jak zwykle zobaczy tam Mare.

Zamiast niej ujrzał jednak tylko mgłę. Pustkę. Milczenie. Mgła zajęła jej miejsce. Nieudolnie.

Westchnął i się odwrócił. Vin i Dockson stali za nim na dachu. Oboje wydawali się zaniepokojeni, że stoją we mgle, ale jakoś radzili sobie z lękiem. W podziemiu nie zajdzie się daleko, jeśli nie nauczy się tolerować mgły.

Kelsier nauczył się znacznie więcej, niż ją "tolerować". Przebywał w niej w ciągu ostatnich lat tak często, że zaczynał lepiej czuć się w nocy, w maskujących objęciach mgieł, aniżeli w dzień.

- Kell - rzekł Dockson. - Musisz tak stać na gzymsie? Nasze plany są może nieco szalone, ale nie chciałbym, aby wraz z tobą rozbryznęły się na bruku.

Wciąż nie umie myśleć o mnie jako o Zrodzonym z Mgły, pomyślał Kelsier. Trzeba im wszystkim trochę czasu, by się do tego przyzwyczaili.

Wiele lat temu stał się najbardziej osławionym szefem szajki złodziejskiej w Luthadelu i dokonał tego nie będąc nawet allomantą. Mare była Cynowym Okiem, ale on i Dockson... byli zwykłymi ludźmi. Jeden mieszaniec bez mocy, drugi zbiegły skaa z plantacji. Razem rzucili na kolana Wysokie Rody, okradając najpotężniejszych ludzi w Ostatnim Imperium.

Teraz Kelsier był czymś więcej. O wiele więcej. Kiedyś śnił o Allomancji, marząc o mocy takiej, jaką miała Mare. Ona umarła, nim się Załamał, nabierając mocy. Nigdy nie zobaczy, co Kelsier potrafi z nią zrobić.

Przedtem arystokracja bała się go. Trzeba było zasadzki zastawionej przez samego Ostatniego Imperatora, żeby go schwytać. Teraz... całe Ostatnie Imperium zadrży, zanim z nim skończy.

Jeszcze raz rozejrzał się po mieście, wdychając mgłę, po czym zeskoczył z gzymsu i dołączył do Docksona i Vin. Nie mieli ze sobą latarni - światło gwiazd rozproszone przez mgły zwykle wystarczyło.

Kelsier zdjął kaftan i kamizelkę i podał je Docksonowi, po czym wyciągnął ze spodni koszulę.

- Dobrze - rzekł. - Od kogo powinienem zacząć?

Dockson zmarszczył brwi.

- Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? - Dockson westchnął. - Niedawno napadnięto na rody Urbain i Teniert, choć nie z powodu atium.

- Który z domów jest teraz najsilniejszy? - zapytał Kelsier, przykucając, aby rozwiązać sznurki plecaka, który spoczywał u stóp Docksona. - Kogo nikomu nie przyszłoby do głowy zaatakować?

Dockson się zamyślił.

- Venture - rzekł wreszcie. - Od kilku lat trzymają się na samym szczycie. Mają w gotowości kilkuset ludzi, a lokalna szlachta rodu obejmuje co najmniej dwa tuziny Mglistych.

Kelsier skinął głową.

- Doskonale, więc tam się wybiorę. Z pewnością mają atium. - Otwarł plecak, wyjął z niego ciemnoszary płaszcz, uszyty z setek długich, wstęgowatych pasków. Były przeszyte na ramionach i w poprzek piersi, ale większość zwisała luźno, jak nakładające się na siebie pióra.

Kiedy Kelsier go włożył, paski materiału zaczęły się kręcić i zwijać.

Dockson zaczerpnął tchu.

- Nigdy nie byłem tak blisko kogoś, kto to nosi...

- Co to jest? - zapytała Vin, a jej cichy, stłumiony przez mgłę głos, zabrzmiał niemal upiornie.

- Płaszcz Zrodzonego z Mgły - rzekł Dockson. - Wszyscy je noszą... To jest jak znak członkostwa w ich klubie.

- Jest tak pofarbowany i skrojony, by ukrywać postać we mgle - wyjaśnił Kelsier. - I ostrzega strażników miejskich i innych Zrodzonych, aby noszącej go osobie dali spokój . - Okręcił się i płaszcz zafalował. - Chyba mi w nim do twarzy.

Dockson wywrócił oczyma.

- Dobrze. - Kelsier zaśmiał się, pochylając się, by wyjąć z plecaka pas z materiału. - Dom Venture. Czy jest coś jeszcze, co powinienem wiedzieć?

- Podobno lord Venture ma sejf w gabinecie - rzekł Dockson. - I tam zapewne trzyma swój zapas atium. Gabinet znajduje się na drugim piętrze, trzy pokoje w głąb od południowego balkonu. Uważaj. W domu Venture oprócz normalnych żołnierzy i Mglistych jest około tuzina mgłobójców.

Kelsier skinął głową i zawiązał pas - nie miał klamry, ale był wyposażony w dwie małe pochwy. Wyjął z worka dwa szklane sztylety, sprawdził, czy nie są wyszczerbione, i wsunął je do pochew. Zdjął buty i pończochy. Wraz z butami znikł ostatni kawałek metalu, jaki miał na sobie, z wyjątkiem sakiewki z monetami i trzech fiolek z metalami przy pasie. Wybrał największą, wychylił jej zawartość i podał Docksonowi pustą buteleczkę.

- To tyle? - zapytał.

Dockson skinął głową.

- Życzę szczęścia.

Zza jego ramienia Vin bacznie obserwowała przygotowania Kelsiera. Ta mała, cicha istota kryła w sobie siłę, którą uznał za imponującą. Była paranoiczką, to fakt, ale na pewno nie była nieśmiała.

Będziesz miała swoją szansę, mała, pomyślał. Ale nie dzisiaj.

- Dobrze - rzekł, wyciągając monetę z sakiewki i zrzucając ją z dachu budynku. - Spotkamy się w sklepie Clubsa za jakiś czas.

Dockson skinął głową.

Kelsier odwrócił się i wrócił na gzyms dachu. Skoczył w dół z budynku.

Palił stal, drugi z podstawowych allomanckich metali. Wokół niego tańczyła mgła i rozpostarła się sieć przejrzystych niebieskich linii, widocznych tylko dla jego oczu. Linie były bardzo blade - oznaczało to, że źródła, które wskazywały, były niewielkie: zawiasy, gwoździe, inne drobiazgi. Rodzaj metalu nie miał znaczenia. Palenie żelaza lub stali zawsze będzie wskazywać niebieskimi promieniami wszelkie rodzaje metalu, o ile są dość bliskie i duże, by je zauważyć.

Kelsier wybrał linię, która wskazywała wprost pod niego, w kierunku monety. Paląc stal, Odepchnął monetę.

Jego spadek zatrzymał się natychmiast, został wyrzucony w powietrze wzdłuż niebieskiej linii w przeciwnym kierunku. Sięgnął w bok, wybrał haczyk okna, obok którego przelatywał i Odepchnął się od niego, kierując się w bok. Ostrożne odbicie się przeniosło go w górę, ponad dachem budynku znajdującego się dokładnie po drugiej stronie ulicy, naprzeciw kryjówki Vin.

Wylądował, przycupnął, po czym pobiegł wzdłuż szczytu dachu. Zatrzymał się w ciemności po drugiej stronie, wbijając wzrok w wirujące powietrze. Palił cynę, czuł, jak eksploduje życiem w jego piersi, wyostrzając mu zmysły. Nagle mgła wydała się mniej gęsta. Nie, to nie noc wokół niego się rozjaśniła, lecz po prostu zwiększyła się jego zdolność postrzegania. W dali, ku północy, z trudem rozróżniał ogromną budowlę. Twierdza Venture.

Kelsier pozostawił cynę płonącą. Paliła się powoli, nie musiał się obawiać, że jej zabraknie. Stał tak, a mgły delikatnie otulały jego ciało. Wirowały i kręciły się, tworząc lekki, ledwie dostrzegalny prąd wokół niego. Znały go, traktowały jak swojego, wyczuwały allomancję.

Skoczył. Odpychając się od metalowego komina za plecami, wykonał długi poziomy skok. W locie rzucił kolejną monetę. Maleńki kawałek metalu poleciał w ciemność i mgłę. Odepchnął się od monety, nim ta uderzyła w ziemię, swoim ciężarem popchnął ją w dół, aż uderzyła o kamienie. Skoro tylko dotknęła bruku, Odpychanie Kelsiera wyniosło go w górę, zmieniając drugą połowę skoku w zgrabny łuk.

Wylądował na kolejnym spiczastym drewnianym dachu. Odpychanie Stali i Przyciąganie Żelaza były pierwszymi rzeczami, których nauczył go Gemmel. "Kiedy Odpychasz coś, to jakbyś napierał na to swoim ciężarem" mówił mu stary wariat. "Nie możesz zmienić tego, ile ważysz - jesteś allomantą, nie jakimś mistykiem z północy. Nie Przyciągaj nic, co waży mniej od ciebie, chyba że chcesz, aby przyleciało do ciebie jak kamień, i nie Odpychaj niczego cięższego od siebie, chyba że chcesz zostać popchnięty w przeciwnym kierunku".

Kelsier podrapał blizny i otulił się ciasno mgielnym płaszczem. Przycupnął na dachu, słoje drewna wbijały się w bose palce stóp. Często żałował, że palenie cyny wzmacnia wszystkie jego zmysły... a przynajmniej nie musiało tego robić jednocześnie. Potrzebował lepszego wzroku, by widzieć w ciemności, umiał też dobrze wykorzystać lepszy słuch. Jednakże płonąca cyna sprawiała, że noc wydawała się jeszcze zimniejsza, a stopy wyczuwały każdy kamyk i pofałdowanie drewna, którego dotykały.

Twierdza Venture wznosiła się przed nim. W porównaniu z mrocznym miastem wyglądała, jakby płonęła światłem. Arystokracja żyła inaczej niż zwykli ludzie - mogła sobie pozwolić na kupno, a nawet rozrzutne używanie oleju i świec, co oznaczało, że nie muszą uginać się pod kaprysami pory roku czy słońca.

Twierdza była majestatyczna - tyle było widać po architekturze. Wprawdzie otaczał ją wysoki mur obronny, lecz sama twierdza była bardziej konstrukcją artystyczną niż fortyfikacją. Z boków wystawały krzepkie przypory, pozostawiając miejsce dla misternych okien i delikatnych iglic. Lśniące witrażowe okna rozciągały się wzdłuż boków prostokątnego budynku, całe rozjarzone blaskiem oświetlały otaczające mgły feerią barw.

Kelsier palił żelazo, rozpalał mocno, by znaleźć w mroku większe jego fragmenty. Był za daleko, by używać tak małych przedmiotów jak monety czy zawiasy. Potrzebował lepszego zakotwienia, żeby przebyć tę odległość.

Większość błękitnych linii była blada. Kelsier zaznaczył kilka, poruszając się powoli w górę i przed siebie - pewnie była to para strażników stojących na dachu. Kelsier wyczuwał zapewne ich napierśniki i broń. Pomimo allomanckich rozważań, większość szlachty nadal zbroiła swoich żołnierzy w metal. Mgliści, którzy mogli Odpychać lub Przyciągać metale, byli nieliczni, a pełni Zrodzeni z Mgły jeszcze rzadsi. Wielu lordów uznało zatem za niepraktyczne pozostawianie żołnierzy i gwardii bezbronnych, aby ustrzec się tak niewielkiego zagrożenia.

Większość szlachciców miała inne sposoby, by się uporać z allomantami. Kelsier się uśmiechnął. Dockson powiedział, że lord Venture prowadził oddział mgłobójców: jeśli to prawda, spotka się z nimi jeszcze przed świtem. Na razie zignorował żołnierzy, koncentrując się na ciągłej linii błękitu wskazującej na wysmukły dach twierdzy. Widocznie była pokryta arkuszami brązu lub miedzi. Kelsier rozpalił żelazo, zaczerpnął głęboko tchu i Pociągnął linię.

Nagłym szarpnięciem wzniósł się w powietrze.

Nie przestawał palić żelaza, wciągając się w kierunku twierdzy z ogromną szybkością. Krążyły plotki, że Zrodzeni z Mgły umieją latać, ale była to wielka przesada. Odpychanie i Przyciąganie metali zazwyczaj mniej przypominało latanie niż spadanie - tyle że w odwrotną stronę. Allomanta musiał Pociągać mocno, żeby uzyskać właściwy rozpęd, a to sprawiało, że leciał w kierunku swej kotwicy z oszałamiającą szybkością.

Kelsier wystrzelił w kierunku twierdzy, ciągnąc za sobą wirującą smugę mgły. Bez trudu wyminął mur obronny otaczający twierdzę, ale jego ciało i tak powoli kierowało się ku ziemi. Znowu ten przeklęty ciężar, ściągał go w dół. Nawet najszybsza strzała, lecąc, zawsze zdążała ku ziemi.

Działanie ciężaru w dół oznaczało, że zamiast wylądować na dachu, zakreślił łuk. Zbliżył się do ściany twierdzy kilkanaście stóp poniżej poziomu dachu, wciąż lecąc z przerażającą szybkością.

Zaczerpnął głęboko tchu i zaczął palić cynę z ołowiem, wykorzystując ją do zwiększenia siły fizycznej mniej więcej w ten sam sposób, jak czysta cyna wyostrzała jego zmysły. Obrócił się w powietrzu i uderzył w mur stopami. Nawet jego wzmocnione muskuły zaprotestowały przeciwko takiemu traktowaniu, ale udało mu się zatrzymać, nie łamiąc sobie kości. Natychmiast zwolnił uchwyt dachu, rzucił monetę i Odepchnął się od niej, kiedy zaczął spadać. Wyciągnął rękę, szukając źródła metalu nad sobą - jednej z drucianych ram witrażowego okna - i Pociągnął.

Moneta uderzyła o ziemię i nagle Kelsier był już w stanie utrzymać swój ciężar. Rzucił się w górę, Odpychając monetę i jednocześnie Pociągając okno. A potem, wygaszając oba metale, pozwolił, by rozpęd zaniósł go przez ostatnie kilka stóp w ciemną mgłę. Jego płaszcz łopotał cicho, kiedy przysiadł na krawędzi górnego chodnika dla strażników twierdzy, przewinął się ponad kamienną poręczą i łagodnie wylądował na gzymsie.

O trzy kroki od niego stał zaskoczony strażnik. Kelsier dopadł go w sekundę, wyskakując wysoko w górę i Pociągając lekko za napierśnik tamtego. Strażnik zachwiał się, a Kelsier wyrwał z pochwy jeden ze szklanych sztyletów, pozwalając, aby Pociąganie Żelaza rzuciło nim o przeciwnika. Wylądował stopami na piersi tamtego, przykucnął i ciął z siłą wspomaganą stopem cyny z ołowiem.

Strażnik upadł z poderżniętym gardłem, a Kelsier zwinnie wylądował obok niego, nasłuchując, czy nie rozlegnie się alarm. Wokół panowała cisza.

Kelsier pozostawił charczącego, dogorywającego strażnika. Był to zapewne jakiś pomniejszy szlachcic. Wróg. Gdyby to był nawet żołnierz skaa - zawsze chętny wydać towarzyszy za kilka monet - Kelsier tym chętniej pomógłby mu odejść ze świata.

Odepchnął się od napierśnika rannego, wskoczył na kamienny chodnik, a z niego na dach. Brąz był pod jego stopami zimny i śliski. Pobiegł w kierunku południowej części budynku, szukając balkonu, o którym wspomniał Dockson. Nie martwił się, że mogą go zauważyć; jednym celem tego wypadu było zdobycie nieco atium, dziesiątego i najpotężniejszego z ogólnie znanych metali allomantycznych. Drugim jego celem wzniecenie zamętu.

Bez trudu znalazł balkon. Szeroki, długi, prawdopodobnie pełnił rolę tarasu, gdzie mogły odpoczywać niewielkie grupki ludzi. W tej chwili jednak panowała na nim cisza - balkon był pusty, jeśli nie liczyć dwóch strażników. Kelsier przycupnął cicho w szarej mgle ponad balkonem; zwinięty szary płaszcz osłaniał jego postać. Dwaj strażnicy poniżej rozmawiali.

Czas nieco pohałasować.

Kelsier zeskoczył na gzyms wprost pomiędzy strażników. Paląc stop cyny z ołowiem, by wzmocnić ciało, sięgnął i silnym Pchnięciem Stali uderzył jednocześnie obu mężczyzn. Ponieważ znajdował się pośrodku, jego Pchnięcie rzuciło strażników w przeciwne strony. Mężczyźni krzyknęli z zaskoczenia, kiedy nagła siła rzuciła ich w tył i przelecieli przez balustradę balkonu w ciemną przepaść.

Kelsier otwarł szeroko drzwi balkonowe, pozwalając, aby wraz z nim wtargnęła do środka fala mgły, długimi mackami zagarniając ciemne pomieszczenie.

Trzeci pokój, pomyślał Kelsier. Drugi pokój był pustym, przypominającym szklarnię studiem. Niskie klomby były porośnięte krzewami, a wokół ścian rosły niewielkie drzewka, jedna ze ścian była ogromnym oknem, aby zapewnić dość światła słonecznego roślinom. Choć było ciemno, Kelsier wiedział, że rośliny będą miały nieco inne kolory niż zwykły brąz - niektóre będą białe, inne czerwonawe, a może niektóre nawet bladożółte. Rośliny, które nie były brązowe, stanowiły rzadkość hodowaną jedynie przez arystokrację.

Kelsier ruszył szybko przez studio. Zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami, zauważając światło padające przez szczeliny. Wygasił cynę, by wzmocniony wzrok nie doznał porażenia na widok oświetlonego pomieszczenia, i otwarł szeroko drzwi.

Wszedł do środka, mrugając od zbyt mocnego światła, ze szklanymi sztyletami w dłoniach. Pokój jednak był pusty - było widać, że to gabinet, bo na każdej ścianie płonęła latarnia umieszczona pomiędzy regałami z książkami, a w kącie stało biurko.

Kelsier schował noże, paląc stal i szukając źródeł metalu. W kącie pokoju był duży sejf - zbyt duży i oczywisty. I rzeczywiście, drugie źródło metalu zalśniło z wnętrza wschodniej ściany. Kelsier podszedł, dotykając dłońmi tynku. Podobnie jak wiele innych ścian w twierdzach szlacheckich, i ta była pokryta delikatnym freskiem. Dziwne stwory wylegiwały się pod czerwonym słońcem. Fałszywa część ściany stanowiła kwadrat o boku około dwóch stóp i umieszczono ją tak, by szczeliny kryły się we fresku.

Zawsze jest kolejny sekret, pomyślał Kelsier. Nie marnował czasu na zastanawianie się, jak otworzyć tę konstrukcję. Po prostu spalał stal - sięgnął do wnętrza i pociągnął za słabe źródło metalu, które, jak uznał, powinno być mechanizmem zamykającym skrytkę. Początkowo stawiało opór, przyciągając go do ściany, ale zapalił cynę z ołowiem i szarpnął mocniej. Zamek prysł i panel się odchylił, ukazując mały sejf wpuszczony w ścianę.

Kelsier się uśmiechnął. Wyglądał na dość mały, by mógł go unieść mężczyzna wspomagany cyną z ołowiem, o ile zdoła go wyrwać ze ściany.

Skoczył w górę. Odpychając Żelazo sejfu, wylądował stopami na ścianie, stając okrakiem nad wyrwanym panelem. Rozpalił cynę z ołowiem. Poczuł przypływ siły w nogach i zapalił stal, Pociągając sejf. Napiął się, stękając cicho z wysiłku. Była to próba, co ustąpi pierwsze - sejf czy jego nogi.

Sejf poruszył się w swoim gnieździe. Kelsier Pociągnął mocniej, jego mięśnie zaprotestowały. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Nagle sejf zadrżał i wyrwał się ze ściany. Mężczyzna upadł w tył, paląc stal i Odpychając sejf, aby zejść mu z drogi. Z czoła ściekały mu krople potu, gdy sejf z łomotem runął na drewnianą podłogę, wzbijając deszcz odłamków.

Do gabinetu wpadło dwóch przerażonych strażników.

- Najwyższy czas - zauważył Kelsier, unosząc dłoń i Przyciągając miecz jednego ze strażników.

Broń wyrwała się z pochwy, okręciła w powietrzu i ruszyła w stronę Kelsiera sztychem do przodu. Zgasił żelazo, odstąpił na bok i chwycił miecz za rękojeść w chwili, kiedy broń przelatywała obok niego.

- Zrodzony! - wykrzyknął strażnik.

Kelsier uśmiechnął się i skoczył w przód.

Strażnik wyjął sztylet. Kelsier Pchnął go, wyrywając broń z dłoni mężczyzny, po czym ciął, oddzielając głowę strażnika od reszty ciała. Drugi strażnik zaklął, szarpiąc rzemienie napierśnika.

Kelsier Pchnął swój miecz, zanim jeszcze skończył zamach. Ostrze wyskoczyło mu z ręki i świsnęło wprost w stronę drugiego strażnika. Zbroja tamtego upadła na ziemię - uniemożliwiając Kelsierowi Odepchnięcie jej - w tym samym momencie, kiedy ciało pierwszego ze strażników dotknęło podłogi. Chwilę potem miecz Kelsiera wbił się w nieosłoniętą pierś drugiego strażnika.

Mężczyzna potknął się i upadł.

Kelsier odwrócił się od ciał. Jego płaszcz zaszeleścił gwałtownie. Gniew Kelsiera nie był teraz tak zacięty, jak w dniu, kiedy zabił lorda Trestinga. Czuł go jednak przez cały czas - w swędzeniu blizn i wciąż dźwięczących w pamięci krzykach ukochanej kobiety. W opinii Kelsiera każdy człowiek, który popierał Ostatnie Imperium, tym samym tracił prawo do życia.

Rozpalił cynę z ołowiem, wzmacniając ciało, po czym przykucnął i podniósł sejf. Zachwiał się pod jego ciężarem, ale odzyskał równowagę i zaczął się cofać w kierunku balkonu. Może sejf zawierał atium, a może nie - nie miał teraz jednak czasu zastanawiać się nad innymi możliwościami.

Znajdował się w połowie oranżerii, kiedy usłyszał kroki. Obejrzał się i stwierdził, że gabinet wypełnia się ludzkimi postaciami. Każda miała na sobie szarą, luźną szatę, a w ręku zamiast miecza trzymała laskę i tarczę. Mgłobójcy.

Rzucił sejf na ziemię. Mgłobójcy nie byli allomantami, ale byli przeszkoleni, by walczyć ze Zrodzonymi z Mgły i Dziećmi Mgły. Nie mieli na sobie ani grama metalu i z pewnością byli przygotowani na jego sztuczki.

Kelsier odstąpił, przeciągając się z uśmiechem. Ośmiu mężczyzn otoczyło go kręgiem, poruszając się bezszelestnie i precyzyjnie.

To zaczyna być interesujące.

Mgłobójcy zaatakowali, wpadając po dwóch do oranżerii. Kelsier wyciągnął sztylety, uchylając się przed atakiem i tnąc w pierś pierwszym. Jednak mgłobójca odskoczył i zmusił Kelsiera do cofnięcia się, wymachując mu laską przed nosem.

Kelsier rozpalił cynę z ołowiem, pozwalając, by wzmocnione nogi przeniosły go potężnym skokiem z powrotem. Jedną ręką wyrwał garść monet i Pchnął je w przeciwników. Metalowe tarcze wystrzeliły ze świstem z jego rąk i poleciały w kierunku mgłobójców, lecz ci byli przygotowani - unieśli tarcze i monety odbiły się od drewna. Poleciały drzazgi, nie czyniąc nikomu krzywdy.

Kelsier obserwował kolejnych mgłobójców, którzy weszli do pokoju i ruszyli w jego kierunku. Nie mogli liczyć na dłuższą walkę - ich taktyka będzie polegała na tym, żeby rzucić się na niego i mieć nadzieję na szybkie zakończenie walki, a co najmniej zatrzymanie go, dopóki nie zbudzą się allomanci i nie przygotują do walki. Lądując, spojrzał na sejf.

Nie może uciec bez niego. On też musi szybko zakończyć walkę. Paląc cynę z ołowiem, skoczył w przód, świsnął na próbę sztyletem, ale nie był w stanie przedrzeć się przez obronę tamtego. Zaledwie na czas uchylił się, żeby mgłobójca nie rozwalił mu głowy ciosem laski.

Trzech mgłobójców skoczyło za jego plecy, odcinając mu drogę ucieczki na balkon. Wspaniale, pomyślał Kelsier, starając się mieć na oku wszystkich ośmiu naraz. Ruszyli na niego ostrożnie i precyzyjnie, działając w grupie.

Kelsier zacisnął zęby i znów rozpalił cynę z ołowiem. Kończyła się. Cyna z ołowiem spalała się najszybciej z ośmiu podstawowych metali.

Nie ma czasu na to, żeby się teraz zastanawiać. Ludzie za jego plecami atakowali i Kelsier musiał uskoczyć im z drogi, Pociągając za sejf, aby przenieść się na środek pokoju. Odepchnął się natychmiast, kiedy tylko znalazł się obok niego, wyskakując w powietrze wysoko, lecz na skos. Zwinął się w kłębek, przekoziołkował nad głowami dwóch atakujących i wylądował na podłodze obok pięknie utrzymanego klombu z drzewkami. Obrócił się, paląc cynę z ołowiem i unosząc rękę w obronie przed ciosem, którego się spodziewał.

Laska spadła na rękę. Przedramię eksplodowało bólem, ale wzmocniona cyną z ołowiem kość wytrzymała. Kelsier szedł dalej, wysuwając w przód drugą rękę, by wbić sztylet w pierś napastnika.

Mężczyzna, zaskoczony, cofnął się, wyrywając tym ruchem sztylet z dłoni Kelsiera. Drugi mgłobójca zaatakował, ale Kelsier przykucnął, po czym sięgnął w dół wolną ręką, namacał i wyrwał zza pasa sakiewkę z monetami. Mgłobójca przygotowywał się do zablokowania ostatniego sztyletu Kelsiera, lecz ten niespodziewanie użył drugiej ręki i wbił worek z monetami w tarczę tamtego.

Wepchnął monety w jej środek.

Mgłobójca krzyknął, gdy potężna siła Pchnięcia Stali odrzuciła go w tył. Kelsier rozpalił stal. Pchając tak mocno, że sam również został odrzucony w tył - uskakując z drogi dwójce kolejnych napastników, którzy próbowali go zaatakować. Kelsier i jego wróg oderwali się od siebie z ogromną siłą, ciśnięci w przeciwne strony. Kelsier zderzył się ze ścianą, ale Pchał nadal, rozpłaszczając swego przeciwnika - sakiewkę, tarczę i całą resztę - na jednym z ogromnych okien oranżerii.

Szkło pękło na milion kawałków, światło latarni z gabinetu zamigotało na odłamkach. Zdesperowana twarz mgłobójcy znikła w ciemności, a mgła - cicha i złowróżbna - zaczęła przesączać się przez strzaskane okna.

Pozostałych sześciu ludzi zbliżało się bezlitośnie i Kelsier musiał zignorować ból w ramieniu, żeby umknąć przed dwoma ciosami. Odskoczył z drogi, trącając małe drzewko, ale wtedy zaatakował trzeci, wbijając laskę w bok Kelsiera.

Atak rzucił go na klomb z drzewami. Kelsier potknął się, po czym upadł w pobliżu wyjścia, upuszczając sztylet. Jęknął z bólu, przetoczył się na kolana, trzymając za obolały bok. Innemu człowiekowi ten cios połamałby żebra, nawet Kelsier mógł liczyć na potężnego siniaka.

Sześciu ludzi ruszyło w przód, rozstawiając się, by znów go otoczyć. W oczach zaczęło mu się ćmić z bólu i zmęczenia. Zacisnął zęby, sięgnął do pasa i wyjął kolejną fiolkę metali. Przełknął zawartość jednym łykiem, uzupełniając cynę z ołowiem, po czym zapalił samą cynę. Światło omal go nie oślepiło, a ból w ramieniu i boku zdał się nagle ostrzejszy, lecz przypływ informacji z wyostrzonych zmysłów rozjaśnił mu w głowie.

Sześciu mgłobójców ruszało do natychmiastowego, skoordynowanego ataku.

Kelsier wysunął dłoń w bok, paląc żelazo i szukając najbliższego źródła metalu. Był nim gruby, srebrny przycisk do papieru na biurku w gabinecie. Kelsier podrzucił go w dłoni, po czym odwrócił się, wyciągając rękę w kierunku zbliżających się napastników i przyjął postawę obronną.

- No dobra - warknął.

Rozpalił ogień i eksplodował siłą. Prostokątna sztabka wyleciała mu z rąk i ze świstem przecięła powietrze. Pierwszy z mgłobójców podniósł tarczę, lecz poruszał się zbyt wolno. Sztabka uderzyła go w ramię z nieprzyjemnym chrupnięciem i mężczyzna upadł z krzykiem.

Kelsier skoczył w bok, unikając zamachu laską i ustawiając się tak, by mgłobójca znalazł się pomiędzy nim a jego powalonym kompanem. Znów zapalił żelazo, Przyciągając sztabkę do siebie. I znów metal ze świstem przeciął powietrze, uderzając tamtego w czaszkę. Odbił się i poleciał dalej, a człowiek osunął się na ziemię.

Jeden z pozostałych zaklął i rzucił się do ataku. Kelsier Pchnął wciąż lecącą sztabkę, odpychając ją od siebie i od atakującego z podniesioną tarczą mgłobójcy. Kelsier usłyszał, jak sztabka uderzyła w ziemię przed nim, i sięgnął w górę - paląc cynę z ołowiem - zaciskając rękę na lasce tamtego w pół ciosu.

Mgłobójca stęknął, walcząc z odzyskanymi siłami Kelsiera. Ten nawet nie zawracał sobie głowy wyrywaniem mu laski z dłoni - Pociągnął mocno za sztabkę za swoimi plecami, kierując ją z przerażającą szybkością między własne łopatki, i wykorzystał rozpęd, żeby obrócić mgłobójcę wokół siebie - wprost na tor lotu sztabki.

Mężczyzna upadł.

Paląc cynę z ołowiem Kelsier zaparł się, oczekując na kolejne ataki. Jak się należało spodziewać, pierwszy cios padł mu na barki. Upadł na kolana, słysząc trzask drewna, ale zapalona cyna pozwalała mu zachować przytomność. Ból i światło wirowały mu w mózgu. Pociągnął sztabkę - wyrywając ją z pleców umierającego - i odstąpił na bok, pozwalając, aby zaimprowizowana broń przeleciała obok.

Dwaj najbliżsi niego mgłobójcy przycupnęli ostrożnie. Sztabka uderzyła w tarczę jednego, ale Kelsier nie Odpychał dalej, żeby samemu nie stracić równowagi. Zamiast tego zapalił żelazo, ściągając sztabkę ku sobie. Uchylił się, zgasił żelazo i poczuł pęd powietrza przelatującego obok pocisku. Rozległ się trzask, kiedy sztabka uderzyła mężczyznę, który zakradał się od tyłu.

Kelsier okręcił się, paląc to żelazo, to stal, żeby posłać sztabkę ku dwóm pozostałym napastnikom. Odskoczyli, ale Kelsier szarpnął sztabkę, rzucając ją na ziemię tuz przed sobą. Mężczyźni patrzyli na nią czujnie, tymczasem Kelsier cofnął się i skoczył, Odpychając się stalą od sztabki i przelatując nad ich głowami. Mgłobójcy zakleli. Kelsier, lądując, Pociągnął znowu sztabkę, uderzając nią jednego z nich w tył głowy.

Mgłobójca upadł. Sztabka okręciła się kilka razy w ciemności i Kelsier chwycił ją w locie, czując jej zimną, śliską od krwi powierzchnię. Mgła z rozbitego okna pełzała u jego stóp, owijając mu się wokół kostek. Opuścił rękę, kierując ją wprost na ostatniego mgłobójcę.

Gdzieś w głębi pokoju rozległ się jęk rannego.

Ostatni mgłobójca cofnął się, rzucił broń i uciekł. Kelsier uśmiechnął się, opuszczając dłoń.

Nagle jakaś siła wyrwała sztabkę z jego dłoni. Kawałek metalu przeleciał przez pokój, rozbijając kolejne okno. Kelsier zaklął i obejrzał się, widząc, jak druga, większa grupa ludzi wpada do gabinetu. Ci mieli na sobie arystokratyczne stroje. Allomanci.

Kilku uniosło ręce i w kierunku Kelsiera poleciał grad monet. Rozpalił stal, odepchnął monety z drogi. Szyby leciały z okien, od drewna odpryskiwały drzazgi, kiedy monety rozleciały się po całym pokoju. Kelsier poczuł szarpnięcie paska, kiedy wyrwano mu ostatnią fiolkę z metalami, Pociągając ją w kierunku drugiego pokoju. Kilku krzepkich ludzi rzuciło się ku niemu w przysiadzie, uchylając się przed świszczącymi monetami. Zabijaki - Mgliści, którzy podobnie jak Ham, umieli palić cynę z ołowiem.

Czas się zbierać, pomyślał Kelsier, odpychając kolejną falę monet i zaciskając zęby z bólu, jaki promieniował z jego boku i ramienia. Obejrzał się - miał kilka chwil, ale nie zdąży na balkon. W czasie, gdy Mgliści zbliżali się do niego, zdążył jedynie zaczerpnąć głęboko tchu i rzucić się w stronę jednego z rozbitych okien. Skoczył w mrok, obracając się w powietrzu i mocno Pociągając za upuszczony sejf.

Szarpnęło nim, zawisł przy ścianie budynku, jakby wisząc na linie przyczepionej do sejfu. Poczuł, jak sejf przesuwa się, trąc o podłogę oranżerii, ściągany ciężarem Kelsiera, który uderzył o ścianę budynku, ale ciągnął dalej, chwytając się górnej framugi okna. Napiął mięśnie, stojąc do góry nogami w obramowaniu okna i Ciągnął sejf.

Sejf pojawił się na krawędzi wyższego piętra. Zachwiał się, po czym wypadł z okna i zaczął lecieć wprost na Kelsiera. Ten uśmiechnął się, gasząc żelazo i odpychając się nogami od budynku, rzucił się w mgłę, chwytając kątem oka widok gniewnej twarzy spoglądającej z wybitego okna.

Kelsier Pociągał ostrożnie za sejf, przemieszczając się w powietrzu. Mgły otaczały go, wijąc się, utrudniając mu widzenie, sprawiając, że czuł się tak, jakby w ogóle nie leciał, lecz wisiał pośrodku nicości.

Dotarł do sejfu, po czym okręcił się w powietrzu i Odepchnął od niego, wyrzucając się w górę.

Sejf uderzył w bruk tuż pod nim. Kelsier delikatnie Pchnął, zwalniając własny spadek, aż wreszcie zatrzymał się w powietrzu kilka stóp nad ziemią. Przez chwilę wisiał we mgle, a wstęgi płaszcza zwijały się i powiewały na wietrze.

Sejf rozbił się przy upadku. Kelsier rozchylił jego pogięte drzwiczki, łowiąc wzmocnionymi cyną uszami krzyki alarmu w budynku. Wewnątrz sejfu znalazł niewielką sakiewkę pełną klejnotów i kilka akredytyw na dziesięć tysięcy skrzyńców każdą. Wsadził je do kieszeni. Macał wnętrze sejfu, nagle ogarnięty uczuciem zawodu, że wszystko na nic, cała nocna praca. Dopiero po chwili jego palce natrafiły na mały woreczek na samym dnie.

Wyjął go i otworzył, odsłaniając kilka ciemnych, podobnych do paciorków kawałków metalu. Atium. Blizny zapłonęły, umysł wypełniły mu wspomnienia pobytu w Czeluściach.

Zamknął woreczek i wstał. Z rozbawieniem zauważył na bruku opodal poskręcaną postać - zmiażdżone upadkiem szczątki mgłobójcy, którego wyrzucił przez okno. Podszedł i szarpnięciem Pociągnięcia Stali odzyskał swoją sakiewkę z monetami.

Nie, to nie była zmarnowana noc. Nawet, gdyby nie znalazł atium, każda noc, która kończyłaby się śmiercią kilku szlachciców, winna być uznana za dobrze wykorzystaną. Przynajmniej zdaniem Kelsiera.

Chwycił sakiewkę jedną ręką, a worek z atium drugą. Wciąż palił cynę z ołowiem - bez siły, jaką dawała jego ciału, prawdopodobnie zemdlałby z bólu i ran - i ruszył w noc, kierując się w stronę sklepu Clubsa.