Z Matką Boską na rowerze. Podróż do cudownych obrazów, ikon i świętych źródeł Podlasia - Wojciech Koronkiewicz

Kup ebooka

33.99 zł

-
Proszę czekać

Gdy do salonu weszła gospo­dyni z her­batą i kanap­kami, ksiądz pro­boszcz nas przed­sta­wił:

- To jest Pan Cze­sław Nie­men, a to redak­tor z Radia Bia­ły­stok - powie­dział.

Gospo­dyni zro­biła wiel­kie oczy.

- Z Radia Bia­ły­stok?! A Basię Ciruk zna?

- Znam - odpo­wie­dzia­łem, wszy­scy bowiem w radiu znali Basię.

Gospo­dyni zapo­mniała o całym bożym świe­cie. Nie liczył się Cze­sław Nie­men, nie był ważny pro­boszcz, bo oto miała przed sobą czło­wieka, który zna Basię Ciruk!

Kim jest Basia Ciruk? W latach osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych była dzien­ni­karką Radia Bia­ły­stok. Ba! Była praw­dziwą gwiazdą! Ale nie taką zimną i wynio­słą. O nie! Kiedy Basia Ciruk pro­wa­dziła audy­cję, można było do niej zadzwo­nić i zamó­wić pio­senkę. Można się było zwie­rzyć na ante­nie ze swo­ich pro­ble­mów. Basia Ciruk, to była gwiazda do rany przy­łóż.

Pamię­tam uśmiech Cze­sława Nie­mena i uśmie­cham się do wspo­mnień, a tym­cza­sem rower wjeż­dża na dziel­nicę Sta­ro­sielce. Ulica Barsz­czań­ska. Po pra­wej budynki komu­nalne, po lewej - za torami - widać Las Tur­czyń­ski. Są plany, aby wyciąć 27 hek­ta­rów tego lasu i zro­bić tam cmen­tarz. Oko­liczni miesz­kańcy pro­te­stują. Mówią, że miejsc na bia­ło­stoc­kich cmen­tarzach wystar­czy na dłu­gie lata, a ten las jest dla bia­ło­sto­czan natu­ral­nym rezer­wu­arem świe­żego powie­trza. Prze­ciwko wycince zebrano już kilka tysięcy pod­pi­sów. Pisma i pod­pisy krążą po wszel­kich instan­cjach, od pre­zy­denta mia­sta, przez woje­wodę, mar­szałka, mini­stra śro­do­wi­ska, a na bisku­pie koń­cząc. Trwa to od lat. Teren należy do Skarbu Pań­stwa. Jeśli Kościół otrzyma go za darmo, to rachu­nek jest pro­sty. Grze­chem byłoby tych milio­nów nie zaro­bić. A może grze­chem byłoby wła­śnie kosz­tem ludzi i lasu zaro­bić?

Pociąg zła­pa­łem w Łapach. Co prawda, do świę­tych miejsc posta­no­wi­łem jeź­dzić rowe­rem, ale tym razem muszę sko­rzy­stać z pociągu. Tak jak sko­rzy­stała ikona, do któ­rej jadę.

Otóż, obraz Matki Boskiej Hody­szew­skiej jest jedną z ikon, które zostały wywie­zione do Rosji w 1915 roku. Był to rok zna­mienny. Trwa wielka wojna. Nad­ciąga armia nie­miecka i ludzie ucie­kają na wschód. Bar­dzo czę­sto nie chcą wcale ucie­kać, ale są do ucieczki zmu­szani. Całe wsie. Pozo­sta­wiają swoje domy i cały doby­tek. Zabie­rają w pośpie­chu to co naj­cen­niej­sze, w tym święte ikony. Wielu pod­czas tej wędrówki zmarło. Wiele ikon w Rosji na zawsze zagi­nęło.

Ikona z Hody­szewa jest jedną z nie­wielu, któ­rym udało się powró­cić. Oto jeden z miesz­kań­ców wio­ski nawią­zał kon­takt z osobą, która ikonę wywio­zła. Znane było więc miej­sce pobytu. Sta­ra­niem pol­skich władz ikona powró­ciła do Pol­ski. Tra­fiła do War­szawy i została umiesz­czona w sobo­rze św. Marii Mag­da­leny. Był rok 1926.

W roku 1928 przy­je­chała pocią­giem do Sze­pie­towa, gdzie witało ją 10 tysięcy osób. Dla­tego wła­śnie pojadę pocią­giem. Posta­no­wi­łem tę scenę zoba­czyć.

Sie­dzę na pero­nie dworca w Łapach Osse i czy­tam histo­rię ikony. Czas jej powsta­nia okre­śla się na 1630 rok. Uka­zała się na gru­szy, po czym prze­nie­siono ją do kaplicy w Kiew­ła­kach. Po kilku dniach ikona jed­nak znik­nęła i znów poja­wiła się na gru­szy. To był znak, że chce być wła­śnie tu i ni­gdzie indziej. Zbu­do­wano więc dla niej kaplicę, a wkrótce obok wytry­snęło źró­dło cudow­nej wody. Wieś obok nazy­wała się Hody­szewo. Zamiesz­ki­wana była przez lud­ność wyzna­nia pra­wo­sław­nego.

W 1881 roku ukoń­czono budowę muro­wa­nej świą­tyni. Cudowna ikona została prze­nie­siona do nowej cer­kwi i umiesz­czona w iko­no­sta­sie. Znane są liczne cuda i uzdro­wie­nia.

Tym­cza­sem wybu­cha wojna. W 1915 roku ikona zostaje wywie­ziona w głąb Rosji. W 1926 roku zostaje spro­wa­dzona z powro­tem do Pol­ski i umiesz­czona w pra­wo­sław­nym sobo­rze w War­sza­wie. Dla­czego w War­sza­wie?

Kiedy w cza­sie wojny spa­lił się kościół w pobli­skim Piet­ko­wie, kato­licki ksiądz zaczął odpra­wiać nabo­żeń­stwa w opusz­czo­nej hody­szew­skiej cer­kwi. I - jak pisze ksiądz Grze­gorz Sosna w swo­jej pięk­nej książce - "po I woj­nie świa­to­wej dotych­cza­sowa para­fia w Hody­sze­wie została zli­kwi­do­wana, a cer­kiew rewin­dy­ko­wano".

Nad­jeż­dża pociąg. Wsia­dam z rowe­rem. Patrzę przez okno i zasta­na­wiam się, co też ozna­cza, że rewin­dy­ko­wano cer­kiew? Rewin­dy­ka­cja, to odzy­ski­wa­nie utra­co­nej wła­sno­ści. Ale czyją utra­coną wła­sno­ścią była cer­kiew?

Jest rok 1926. Ikona wró­ciła do War­szawy, została umiesz­czona w pra­wo­sław­nym sobo­rze, ponie­waż cer­kiew w Hody­sze­wie rewin­dy­ko­wano. Ale choć cer­kwi już nie ma, to miej­scowy pro­boszcz i biskup łom­żyń­ski dokła­dają sta­rań, aby ikona do para­fii wró­ciła. Sank­tu­arium w Hody­sze­wie na swo­jej stro­nie inter­ne­to­wej zamiesz­cza taki opis: "Dzięki zabie­gom pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej Igna­cego Mościc­kiego, obraz po kon­ser­wa­cji, opra­wiony w nowe, piękne ramy, został zwró­cony do Hody­szewa w maju 1928 roku. Przy­by­cie obrazu odbyło się przy licz­nym udziale wier­nych z całego regionu. Na sta­cji w Sze­pie­to­wie na wize­ru­nek Matki Boskiej Hody­szew­skiej ocze­ki­wał ponad 10-tysięczny tłum wier­nych".

Otóż, działo się to około 450 roku. Gdy pewien ano­ni­mowy żoł­nierz armii cesar­stwa bizan­tyj­skiego prze­cho­dził w pobliżu wrót strze­gą­cych sto­licy, Kon­stan­ty­no­pola, napo­tkał ślepca, który popro­sił go o łyk wody. Żoł­nierz nie mógł jed­nak zna­leźć żad­nego źró­dła. Wów­czas usły­szał głos, który naka­zał mu udać się do pobli­skiego zagaj­nika, odna­leźć źró­dło i dać nie­wi­do­memu pić, a następ­nie prze­myć wodą jego oczy. Ten sam głos nazwał go cesa­rzem. Żoł­nierz zro­zu­miał, że mówi do niego Matka Boża i postą­pił tak, jak naka­zała. Wów­czas śle­piec odzy­skał wzrok. A kiedy w 457 roku pro­roc­two się speł­niło i żoł­nierz - Leon I - został cesa­rzem bizan­tyj­skim, zbu­do­wał cer­kiew nad cudow­nym źró­dłem, w któ­rym to miej­scu zda­rzały się kolejne przy­padki uzdro­wień.

- Kto pierw­szy zauwa­żył, że ikona wydziela mirrę? - pytam.

- Zauwa­żyli to bra­cisz­ko­wie pod­czas spo­tka­nia świą­tecz­nego - odparł brat Jan. - Dokład­nie w przed­dzień święta tej ikony - 23 kwiet­nia, w wiel­ka­nocny czwar­tek. Pro­szę spoj­rzeć tro­chę z boku, a zauważy Pan wyraźne kro­ple. Mirra zbie­rana jest do spe­cjal­nego naczy­nia. O, tego tutaj. Pod­czas nabo­żeń­stwa kapłan namasz­cza wier­nych tym ole­jem. Kiedy olej się koń­czy, znów go zbie­ramy. Czy to nie wspa­niałe, że przy­da­rzyło się wła­śnie teraz, w cza­sie pan­de­mii? Wize­ru­nek Matki Boskiej Życio­daj­nego Źró­dła zawsze poma­gał w okre­sie zaraz i cho­rób. Tak jakby Matka Boska chciała nam powie­dzieć: "Jestem z Wami".

Drzwi cer­kwi otwo­rzyły się i weszła kobieta z mężem.

- Odwie­dzają nas wierni nie tylko pra­wo­sławni - uśmie­cha się brat Jan. - Także kato­licy. Było już chyba ze czter­dzie­stu księży, zakon­nice. Nikt nie patrzy, że cud wyda­rzył się w cer­kwi, a nie w kościele. Matka Boska jest prze­cież jedna.

Kobieta kupuje świeczkę, aby zapa­lić ją przy ołta­rzu. W skle­piku obok świe­czek leżą obrazki z wize­run­kiem cudow­nej ikony.

- Cuda zda­rzają się cały czas - mówi brat Jan, widząc, że przy­glą­dam się obraz­kom. - Pewna rodzina kupiła taki obra­zek i posta­wiła w domu obok zeschłych gałą­zek wierzby. Stały w dzbanku już ze dwa tygo­dnie, od Nie­dzieli Pal­mo­wej. Jak Pan myśli, co się stało? Rano patrzą i oczom nie wie­rzą - wierzba wypu­ściła świeże listki! Tak jakby i gałązki poczuły moc bożą.

Któ­re­goś dnia zadzwo­niła do nas kobieta z Gdań­ska. Ma nowo­twór. Trze­cie sta­dium. Jest kato­liczką i pytała, czy może przy­je­chać do cer­kwi, by się pomo­dlić przed obra­zem? Przy­je­chała z mężem i dwu­na­sto­let­nim synem. Zapy­tała, czy może się u nas wyspo­wia­dać? Oczy­wi­ście, że tak, spo­wie­dzi nikomu nie odma­wiamy, a komu­nię po spo­wie­dzi można przy­jąć u nas lub w kościele. Wyspo­wia­dali się wszy­scy troje, a kiedy po dwóch godzi­nach wycho­dzili, kobieta skrzy­żo­wała ręce na piersi i powie­działa: "Ojcze, ja już wiem, że będzie dobrze".

Inna z kolei dzwo­niła z Biel­ska-Bia­łej. Ma cho­rego syna i nie może z nim przy­je­chać. Bła­gała, aby wysłać choć odro­binę mirry na waciku. Wysła­li­śmy.

A ile było innych zda­rzeń, ile było obja­wień! Tego nie opo­wie żadna lite­ra­tura... - zamy­śla się brat Jan.

***

Przed wyj­ściem kupuję święty obra­zek.

- Pro­szę przy­ło­żyć do ikony - dora­dza brat Jan.

Pod­cho­dzę do wize­runku Matki Boskiej, przy­kła­dam święty obra­zek i choć jestem nie­prak­ty­ku­jący, choć przy­je­cha­łem tu jedy­nie z cie­ka­wo­ści, to jed­nak i ja wypo­wia­dam szep­tem swoją prośbę.

- Za to, co napi­sa­łeś o Świę­tej Wodzie przej­dziesz na kola­nach wokół groty przy­naj­mniej dwa razy! - zawo­łał męż­czy­zna w jasnej koszuli i kolo­ratce.

- Ja coś napi­sa­łem? - otwie­ram oczy ze zdzi­wie­nia.

- Napi­sa­łeś! - mówi męż­czy­zna w kolo­ratce. - W latach dzie­więć­dzie­sią­tych! Mam zresztą ten wyci­nek gdzieś zacho­wany!

W latach dzie­więć­dzie­sią­tych? Dwa­dzie­ścia albo nawet trzy­dzie­ści lat temu? Ktoś trzy­mał tyle czasu jakiś wyci­nek, aby posłać mnie teraz na kolana? O matko! Co mnie zatem czeka za moje obecne pisa­nie?

Na wszelki wypa­dek ucie­kam do kościoła.

***

Kościół jest pod wezwa­niem Matki Boskiej Bole­snej. Nad ołta­rzem wisi obraz "Matka Boska Sied­miu Bole­ści". Nama­lo­wany został w 1947 roku przez Helenę Rab­czyń­ską, matkę ówcze­snego pro­bosz­cza.

Pro­bosz­cza wyjąt­ko­wego, bo to wła­śnie on zbu­do­wał w Świę­tej Wodzie grotę nad źró­dłem i posta­wił olbrzy­mie beto­nowe figury anio­łów.

Para­fia kato­licka w Wasil­ko­wie na swo­jej stro­nie inter­ne­to­wej podaje: "Począt­kowo w miej­scu tym znaj­do­wał się jedy­nie obraz Matki Bożej, nad któ­rym wznie­siono skromne zada­sze­nie. Około 1719 r. powstała, jako wotum za uzdro­wie­nie, drew­niana unicka kaplica, którą w 1875 r. prze­jęła pra­wo­sławna cer­kiew. (...) Po odzy­ska­niu przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści kaplicę prze­ka­zano kato­li­kom".

Można się w tym pogu­bić. Unicka kaplica, prze­jęta przez cer­kiew, prze­ka­zana kato­li­kom. Kto więc w końcu komu zabrał? Takie pyta­nia nie pro­wa­dzą do niczego dobrego. Ta histo­ria będzie się zresztą powta­rzać jesz­cze wie­lo­krot­nie.

Przyj­rzyjmy się na razie obra­zowi. Nad ołta­rzem wisi obraz nama­lo­wany w 1947 roku. Co się stało z poprzed­nim?

Cudowna ikona została wywie­ziona do Rosji w 1915 roku. Na owej iko­nie Matka Boska miała serce prze­bite szty­le­tem. "Matka Sied­miu Bole­ści", nama­lo­wana przez matkę pro­bosz­cza, przy­tula do piersi cier­niową koronę. Kopia obrazu Matki Boskiej ze szty­le­tem wisi w cer­kwi.

Dwa zupeł­nie różne wize­runki. Jeden nawią­zu­jący do tra­dy­cji, drugi nama­lo­wany przez matkę pro­bosz­cza.

***

W przed­sionku kościoła można prze­czy­tać, że pierw­sze udo­ku­men­to­wane uzdro­wie­nie miało miej­sce w 1719 roku. Dzier­żawca supra­skiej papierni, Bazyli Len­czew­ski, za sprawą wody z cudow­nego źró­dła został uzdro­wiony ze śle­poty. W akcie wdzięcz­no­ści szlach­cic ufun­do­wał nad źró­dłem drew­nianą kaplicę.

Ale skąd papier­nik Bazyli wie­dział, że woda ze źró­dła uzdra­wia? Wycho­dzę z kościoła i kie­ruję się do kamien­nej groty. Z otworu w kamie­niu pły­nie woda.

Ksiądz Grze­gorz Sosna w swo­jej książce Święte miej­sca i cudowne ikony. Pra­wo­sławne sank­tu­aria na Bia­ło­stoc­czyź­nie przy­ta­cza inną wer­sję o Bazy­lim Papier­niku. Róż­nica na pierw­szy rzut oka wydaje się nie­wielka, ale zmie­nia wszystko. Otóż, według tej wer­sji, kiedy Bazyli Papier­nik na sta­rość znie­do­łęż­niał i oślepł, syn wywiózł go do lasu. I zosta­wił.

- No i cóż w tym dziw­nego? - zapy­tał mój ojciec. - To dość powszechny zwy­czaj był. Znie­do­łęż­nia­łych rodzi­ców wywo­żono do lasu.

To naprawdę takie pro­ste? Wywieźć rodzi­ców do lasu? Ale jak ten wyjazd wyglą­dał? Czy stary ojciec coś podej­rze­wał? Czy syn wyja­śnił powód wyjazdu? Jak? "Chodźże tatko, poje­dziemy z wizytą do krew­nych? Do zna­chora?". Może od razu powie­dział: "Zbie­raj się, już czas tobie do lasu"?

Co było dalej? Wsia­dają na fur­mankę, jadą, koń idzie powoli. O czym roz­ma­wiają? Wjeż­dżają do lasu, w któ­rym syn zostawi nie­wi­do­mego ojca. I znów rodzą się w gło­wie pyta­nia. Zosta­wił przy dro­dze, czy odpro­wa­dził bar­dziej w głąb lasu? Przy dro­dze chyba nie, ojciec mógłby prze­cież zatrzy­mać innych podróż­nych. Być może sąsia­dów z tej samej miej­sco­wo­ści. Mógłby poskar­żyć się na syna i popro­sić, by do domu odwieźli. Czy odwo­ziło się sta­rych z powro­tem do domu? Czy też powszechną wie­dzą było to, że jak stary w lesie, to lepiej już ni­gdzie nie odwo­zić? A we wsi? Nikt we wsi nie zapy­tał, co się z ojcem stało? Jestem wobec tych pytań bez­radny. Jak ten śle­piec pozo­sta­wiony w lesie.

Ojciec sły­szy odda­la­jące się kroki syna. Czy woła go? Czy prosi o zmi­ło­wa­nie? Czy też może jest spo­kojny i pogo­dzony z losem? Tak ma być. Syn, któ­rego wykar­mił i wycho­wał, zosta­wia ojca w lesie. To nor­malne. Taka tra­dy­cja.

Sie­dzi ojciec pod drze­wem. Sły­szy śpiew pta­ków, szum drzew. A wokół ciem­ność. Co ma robić? Sie­dzieć, cze­kać? Ale na co? Że może syn, pełen wyrzu­tów sumie­nia, jed­nak wróci? Czy też iść gdzieś, samemu szu­kać ratunku?