Opowiadałem już, zdaje się, jakiem dosiadał
mego pierwszego aeroplanu, na którym dane mi było pobić pewnego
rodzaju rekord w Arozie: spadałem, mianowicie, w ciągu trzech dni
kolejno do trzech rozpadlin skalnych. Stało się to, zanim mateczka
przyjechała. Od pierwszego spojrzenia zorientowałem się, że jest
zmęczona, wyczerpana, zmordowana, więc też, nie chcąc, ażeby
poczęła obnosić swoje troski po hotelu, ani żeby dostała się w samo
gniazdo wściekłych plotek, zapakowałem ją i dwa plecaki i powiodłem
ją na długą, orzeźwiającą, zupełnie łatwą wycieczkę w kierunku
pomocnym. Dopiero pęcherz na matczynej nodze zmusił nas do
wylądowania w "Magenruhe" - hotel na Scheejochu. Z pęcherzem czy
bez pęcherza - mateczka chciała iść dalej (nie zdarzyło mi się
spotkać w życiu większego zucha od mojej matki) ale ja
powiedziałem:
- Nie. Mamy tutaj turystyczne schronisko i to mi się z
gruntu podoba i nietylko z gruntu, ale i z nieba. Będziesz tu mogła
siadywać sobie na werandzie z lunetą, a ja powspinam się trochę na
szczyty. - Tylko bez wypadków - odpowiedziała mi na to. - Nie mogę obiecać, mateczko - odrzekłem - ale w każdym
razie będę pamiętał, że jestem twoim jedynym synem. Z tem wyruszyłem. Zbyteczne tłumaczyć, że po upływie paru dni byłem ze
wszystkimi turystami w schronisku na stopie wzajemnego traktowania
się per "idjota". Nie znosili mnie poprostu. Nie lubili mojej szyi
z wydatną grdyką - byli to bowiem przeważnie ludzie z głowami,
wciśniętemi w ramiona - nie podobał im się mój sposób bycia i
zadzierania mego lotniczego nosa w kierunku szczytów. Nie
odpowiadało im, że jestem jaroszem i że jest mi z tem dobrze, nie
podobała się im rdzawa i zielona, "iskra" w moim prostym wełnianym
garniturze. Wszyscy oni byli z tego zakazanego gatunku ludzi,
których nazywam wytwornie sowami - ostrożni, prawomyślni,
przeważnie z Oksfordu, solenni, traktowali swoje wspinaczki z
namaszczeniem małpy, mierzącej okulary. Rozsądni to byli, z rodzaju
tych, co kręcą głowami na temat: "Jabym się na to nie pisał".
Postępowali zawsze, zgodnie ze wskazówkami podręczników i
przewodników i sami się oceniali według ilości odbytych sezonów
górskich: jeden miał dziewięć sezonów, inny - dziesięć i tak dalej.
Ja byłem nowicjuszem i miałem, według nich, cierpliwie czekać aż
się co i dla mnie okroi. I to ja! Kpiny! Siedziałem kiedyś w palarni, pykając fajeczkę z
higjenicznym tytoniem - ich zdaniem wydzielał on zapach palonego
zielska - czekając, aż będę mógł wstawić słowo i przelać nieco
światła w ich umysły. Oni tymczasem odsunęli na stronę wzajemne
niechęci i połączyli swoje siły, aby mi dać do zrozumienia, jak
dalece im się nie podobam. - Słuchajcie, chłopcy, traktujecie te osławione góry za
poważnie - powiedziałem - to jest drobiazg; należy je brać na
wesoło. Spojrzeli na mnie okrągłemi ze zdziwienia oczyma. - Nie bawi mnie wcale cały uroczysty zamęt, jaki dokoła
tego wszystkiego czynicie. Alpiniści dawnego autoramentu szli w
góry z kijem, liną i lekkiem sercem. Taki też jest i mój stosunek
do tych spraw. - Ale nie nasz! - powiedział jakiś ugotowany na czerwono
bohater wysokogórski, cały w pęcherzach i z łuszczącą się skórą.
Powiedział to w sposób, który miał być miażdżący. - Mój pogląd jest słuszny - powiedziałem pogodnie,
wypuszczając kłąb dymu z mojej higjenicznej fajki. - Jak pan będzie miał trochę więcej doświadczenia, osądzi
pan trafniej - rzekł inny przywiędły młodzieniec, z małą, szarą
bródką. - Doświadczenie nigdy mnie niczego nie nauczyło -
odpowiedziałem. - To widać - powiedział ktoś i odwrócił się. Przyjąłem to
z idealnym spokojem. - Mam zamiar pójść na Mörderberg, nim stąd wyjadę -
rzekłem z flegmą i wywołałem sensację, - A kiedyż pan wyjeżdża? - Za tydzień albo coś w tym guście. - To nie jest wspinaczka, na którą może się ważyć turysta
w pierwszym roku - powiedział łuszczący się jegomość. - Pan już zupełnie nie ma na to danych. - Żaden przewodnik z panem nie pójdzie! Zwariowany pomysł. - Przechwałki. - Chciałbym widzieć, jak on to zrobi! Pozwoliłem im kipieć z wściekłości, a kiedy opadli nieco
poniżej punktu wrzenia, wtrąciłem: - Chętnie zabrałbym ze sobą mamę. Jest co-prawda, drobna,
ale chwalić Boga, wytrzymała, jak stal. Oni jednak poznali po moim źle ukrytym uśmiechu, że ich
prowokuję, więc poprzestali na nieartykułowanych dźwiękach i
przyciszonych uwagach, który to gwar przypominał do złudzenia
chrząkanie świń. Wreszcie ucięli małą rozmówkę w półtonach,
wyłączając całkowicie moją osobę. Wszystko to wzmocniło jeszcze
moje postanowienie. Jestem uparty, jak sobie co wbiję do głowy,
więc postanowiłem, że mateczka
pójdzie na Mörderberg, gdzie jeszcze nie była połowa tych
uroczystych goryli,
pójdzie, choćbym miał stamtąd wrócić trupem lub sierotą.
Rozmówiłem się z nią następnego dnia. Leżała na werandzie, owinięta
w pledy, i patrzyła na szczyty, - Wygodnie? - zapytałem.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI