Z kim tak ci będzie źle jak ze mną? Historia Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata - Remigiusz Grzela


Reflow text when sidebars are open.
Epizody, epizody, same epizody.
No, weźmy na przykład Niewinnych czarodziejów Wajdy. Ile trwa scena? Półtorej minuty. Na końcu zostawiam Łomnickiemu swój numer telefonu.
Nie lubię siebie w tym filmie.
Nawet tam, gdzie grałam większe role...
Non omnis moriar, jak to mówią.
Sto piosenek, a nigdy nie nagrałam głupiej płyty. Teraz jak pierwsza debiutantka uśmiecham się do panów z brzuszkiem, żeby sypnęli groszem na wydanie kaset magnetofonowych z moimi piosenkami. Taka mała i nieśmiała. Zagubiona. Ulubiona. Wasza Kalina. Kalinka maja. Znielubiona. Nie chcesz? Już nie chcesz? A jak je wydam, te płyty, kasety, to będę je sprzedawać wprost z łóżek polowych. Z łóżka do łóżka. Nóżka. Krótka, ale ładna.
Wiktorczyk, którego spotkałam w Klubie Księgarza, gdzie ściągnęła nas ta sama wystawa Mrożka, mówi, że teraz to taki czas, tylko otworzyć pornokabaret pod tytułem "Jak w przedwojennym burdelu". Bo tak nam nagle koledzy schamieli. Ci subtelni. Przedwojenni. Bez cenzora hulaj dusza. Nawet się szczerze zaśmiałam.
- Zenon, ale tylko ze mną w roli burdelmamy! Będę grała i śpiewała.
Zaproponowałam od razu tytuły kilku utworów: "Mój kochanek to bandyta", "Jak pantera w złotej klatce", "Dłonie, dłonie, dłonie", "Drżyj, kochany mój".
Teraz to Wiktorczyk się szczerze uśmiał. Ale do śmiechu to nam chyba nie jest. Kiedy się żegnaliśmy, powiedziałam:
- Tylko pospieszmy się. Żeby nas życie nie prześcignęło!
Tymczasem telefon.
- Dzień dobry, pani Kalino. Ja z "Dziennika Lubelskiego". Świąder Janusz. Czy zechciałaby pani zwierzyć się naszym czytelnikom, gdzie spędzi tegoroczne wakacje?
- Nie mam za co, wstyd się przyznać: zostaję w Warszawie. Ale tego niech pan nie pisze. Niech pan napisze, że Jędrusik pojedzie na Capri, nad cudowne morze, gdzie wieczorami będzie piła na powietrzu chłodne wino przyniesione wprost z piwniczki. Bo ja wprost uwielbiam Włochy. Z moim mężem Stanisławem Dygatem pojechaliśmy w podróż poślubną na Capri. I nie tylko, bo prowadził mnie ścieżkami swoich młodzieńczych fantazji: Napoli, Verona, Venezia, Roma... Lata pięćdziesiąte. Wie pan, czym to pachniało? Ten zakazany owoc? Tam było normalne życie, nie w Warszawie, gdzie Polacy egzystowali jak w hermetycznej, zamkniętej puszce. Jak w tych puszkach z szynką. "Ham" to ma na wieczku napisane. Nie lubię mięsa, odkąd zaprosili mnie na ognisko i podali prosiaka z zaszytym w środku cielaczkiem. Wieprzowina faszerowana młodą krówką. Nawet dzisiaj, jak to wspominam... Nie, nie mówmy o tym więcej. Wolę kasze, makarony, sałaty, pęczaki, a nade wszystko kociaki. Nie wiem, ile ich mam. Ludzie podrzucają psy i koty, bo wiedzą, że Kalina...
A ja mam astmę.
Dzisiaj nie wiadomo, kiedy i jak Staś wpadł na ten genialny pomysł, żeby wprowadziła się do małego warszawskiego mieszkanka, które na ulicy Dąbrowskiego 73 mieszkania 48 zajmował z pierwszą żoną Dziunią, córką Magdą i teściową. Uznał, że tak będzie prościej, wygodniej i ekonomiczniej. Dwa pokoje, czterdzieści metrów. W jednym Magda z babcią. W drugim on z dwiema "żonami". Zresztą wszyscy i tak obracali się w jednym towarzystwie, bo Dziunia Nawrocka była aktorką. Prozaik Tadeusz Kwiatkowski pod datą 17 lipca 1957 roku, czyli w tym dokładnie czasie, opisał jedną ze SPATiF-owskich scen: "Dosiadłem się do Kropki Minkiewiczowej i Marysi Brandysowej, która korzystając, że Kaziu jest w Kazimierzu nad Wisłą, spędza czas w SPATiF-ie. Piliśmy dużo, a potem Marysia zaproponowała, by połączyć stolik z tym, gdzie siedziała Stanisława Perzanowska w towarzystwie Hanny Skarżanki i jej smarkatego męża, Jędrusikówny (żony Stasia Dygata, również przebywającego w Kazimierzu) i jakichś nieznanych mi aktorów. Na końcu doszlusował Otek Axer i tak nam zeszło do drugiej w nocy. Zalana Marysia klękała przed Stanisławą Perzanowską, wyznając jej miłość i uwielbienie jako najlepszej polskiej aktorce [...]. Jędrusikówna mocno wydekoltowana tańczyła boogie, aż w pewnej chwili wyskoczyły jej na wierzch obie, zresztą ładne, piersi. Nad ranem skończyliśmy pić u Minkiewiczowej, która mimo oficjalnego rozwodu z Miniem korzysta z jego mieszkania, gdyż on jest w Londynie. Marysia, boso (zawsze po wódce zdejmuje buty), kołysała obfitymi biodrami na środku pokoju i powtarzała: ach, jak ja kocham Kazika, a jednocześnie starała się przygarnąć do siebie jakiegoś młodego aktora".
Ale jak to było, kiedy Kalina wprowadziła się na Dąbrowskiego? Wszyscy to zaakceptowali, ot tak?
No, wprowadziłam się. Po prostu. A z czego tu było robić ceregiele? Chcieliśmy być razem, a nie mieliśmy gdzie się podziać. To nie było znowu takie nadzwyczajne, że w małych mieszkaniach byli mężowie z byłą i aktualną żoną, ich dzieci z obu małżeństw i teściowie... A gdzie mieli pójść?
Byliśmy już po ślubie. Dziunia postanowiła akurat na miesiąc wyjechać, urlopu zażyć. No i Staś w swoim chłopięctwie zapytał, czy mogę się na ten miesiąc wprowadzić. Zgodziła się. Było coraz bliżej jej powrotu i wiedzieliśmy, że nie ma szans na znalezienie mieszkania. Kiedy stanęła w drzwiach, nawet dobrze zagrała, że nie jest zdziwiona. A może nie była? Miałam zostać kilka dni, potem tydzień i tak termin się przesuwał. Robiliśmy dobre miny do gry wstępnej. W końcu chyba nawet wszyscy się zaprzyjaźniliśmy. Że Dziunia nocowała z nami w pokoju? No, nocowała. Ostatecznie to był jej pokój. Co mam powiedzieć? Myśmy zawsze byli bardzo dyskretni [śmieje się]. Staś, to akurat moja pończoszka! Nie? A może to jej rękawiczka? Dziunia, gdzie kupiłaś te ze szwem? Taś, taś, taś, włóż pani pończoszkę... To nie jest moja ręka! [Śmieje się perliście]. Ciszej, dziecko zbudzisz! Czasami zupełnie jak słoń w składzie porcelany. Miły słoń z długą trąbą. "Słoniową miał głowę i nogi słoniowe". A z oczu nie słoń, ale słoniątko. Z serca lwiątko. Na dłoni dziewczątko. Na cnocie chomątko. Kiedy poznałam Stasia, to byłam dziewicą. Nie wierzysz? Szybko się uczyłam. Pojętna jestem. Prawe piersiątko. I lewe piersiątko. Rusałeczka. Brodaweczka. Cyc, kurwa, pij mleko, nie będziesz kaleką!
Początek? No, chyba jakoś musiał z Dziunią ustalić, że z nimi zamieszkam. Wszyscy byliśmy dorośli i akceptowaliśmy tę niewygodną dla każdego sytuację. A w alkowie... Oni się lubili zamieniać. Mieli długą historię. Nie no, to ironia. Pewnie, że wolałabym mieszkać tylko ze Stasiem. Ale my potrafiliśmy stworzyć sobie przestrzeń tylko dla nas nawet w większym towarzystwie. Jakaś prywatka, spotkanie u przyjaciół - wystarczył nam fragment tapczanu, żeby sobie spojrzeć w oczy, przytulić się. Ja się w nim zupełnie gubiłam. Nurzałam. Turlałam się z nim. Pierdoliłam. Nie ma co owijać w bawełniane gacie. No, opowiedz coś miłego, pięknego ukochanej swej, umiłowanej swej, a kiedy trzeba - szmacie pozbawionej hamulców. "Wio, koniku, a jak się postarasz"... Babka śpi i dziecko śpi. Skąd ten stres? Na stres najlepsza pizdeczka. Cipeczka. Pipuchna. Okrakiem. Prostakiem. Krzywa wieża w piździe [śmieje się]. Kto pije, ten długo żyje! Na zdrowie, Stach! Na zdrowie, Cipunia!
Dziunia! Chciałam się marcować, kocić się chciałam. Miauuu... Jak chciał, pierdolił. A jak nie chciał, ja go pierdoliłam. Jebałam, bo chciałam. Spójrz mi w oczy, Paź. Kochasz swoją dziewczynkę? Brzoskwinkę? Kurwę swą i świętą? Kurwę? Czy jest piękniejsze słowo, Paź? Dziunia cię tego nauczyła? Dziunia, naucz panią. Co ciii...? Patrzy? Niech patrzy. Po to ma oczy. Oczęta. Kroczęta. Zanurz się. Zagub się. Zamódl się w nas na amen! Na kolana. Nie, Dziunia? Na kolana, Paź!
A ja ci, kurwa, nie powiem, czy to prawda czy nie. Wszyscy kochali naszą sypialnię. Wszyscy mówili o naszej sypialni. Naga, półnaga, w szlafroczku, z takim, z owakim, z tyczkarzem... No, "wtyczkarz", jak mówił żartobliwie Staś. Akurat... Wszyscy mówili o naszej sypialni. Jakby to był, kurwa, Watykan, najważniejsze miejsce na świecie. Wszechkomitet Kurwa Wszechcentralny. Biały Dom i Kneset.
W naszej sypialni zgubiły się wszystkie jego książki i wszystkie moje role. Przepadły. Nie ma, kurwa. Jedno, co nie przepadło - prześcieradło. Pusty śmiech bierze. Bym wiedziała, tobym je oprawiła. I na aukcję Desy. Praca pod tytułem: Kalina's smell. Stanislaw's sperm. Po raz pierwszy. Po raz drugi. Czy pan da więcej? Po raz drugi. Po raz trzeci! Szczęśliwym nabywcą jest pan z numerem 44.
A potem nastawał świt i trzeźwiał poranek.
Magda Dygat w Rozstaniach: "Pamiętam, jak długo trzeba było czekać na wejście do łazienki rano i jak po raz pierwszy zostało podważone moje zaufanie do drugiej żony ojca. Co rano wszyscy w domu wywracali kieszenie w poszukiwaniu drobnych, żeby kupić coś na śniadanie. Potem każdy wychodził na miasto w poszukiwaniu pieniędzy. Macocha i ja wyłączone byłyśmy z obowiązku aprowizacji domu, ja musiałam iść do szkoły, a ona na ogół leżała na kanapie z powodu jakichś dolegliwości. Atmosfera była przyjazna i serdeczna do momentu, kiedy okazało się, że druga żona ojca przez cały ten czas ukrywała swój stan posiadania. Pech chciał, że stało się to w dniu, w którym matka, w desperacji spowodowanej brakiem innych możliwości, poszła sprzedać butelki. Scena, w której z rąk macochy wyślizguje się torebka i wylatują z niej banknoty różnej wielkości, była dramatyczna, żenująca i filmowa, szczególnie że brały w niej udział dwie aktorki".
Aleksandra Wierzbicka - dziedziczyła po Kalinie - mówi o liście Władysławy Nawrockiej ("wszystkie pisała ołówkiem"), w którym wspominała Sopot i to, jak Kalina sprzedała swój złoty pierścionek, bo były potrzebne pieniądze na życie, a jednak poszli za to zaszaleć do Grandu.
- Więc nie było tak, że Kalina się nie dokładała - tłumaczy i dodaje, że Dziunia i Kalina miały ze sobą kontakt nawet po śmierci Dygata.
W październiku 1956 roku Kalina Jędrusik została zaangażowana do Teatru Narodowego, którego dyrektorem był Erwin Axer. Kiedy chwilę później obejmie dyrekcję Teatru Współczesnego, Kalina pójdzie za nim.
Axer był znakomitym reżyserem i nowoczesnym menadżerem teatru. Pod jego dyrekcją Współczesny stał się najgłośniejszym teatrem Warszawy. Cenił Kalinę jako aktorkę, co kilkakrotnie po latach powtarzał. Ale miał też słabość do kobiet.
Barbara Krafftówna, która została zaangażowana do Współczesnego dekadę później, tak opowiadała mi o Axerze:
- Uwielbiał płeć żeńską. Był koneserem, ale jednocześnie z dystansem. Niemniej warunki, w jakich się egzystowało we Współczesnym, były przaśne. Jedna garderóbka męska i jedna żeńska, gdzieśmy siedziały stłoczone jedna przy drugiej. No i bufecik, wokół małego stoliczka stłoczeni i: analizy artystyczne, przytulanki, odpoczywanki z głową na ramieniu. Przyszła moda tak zwanych biodrówek. Było upalnie, no i tak stoimy przytuleni, coś opowiadamy, bardzo poważna analiza. Czuję, że Erwin tu pogłaskał, tam pogłaskał, tu przytulił, ale dalej analizujemy, sprzeczamy się. Czuję, że rączka mi wchodzi w te biodrówki z tyłu. Nagle widzę, że koledzy też widzą rączkę wchodzącą coraz głębiej, i tak sobie błądzi ta rączka z tyłu, błądzi i błądzi. A tu dyskusja trwa w najlepsze, myślę: uuuu, zaraz będzie pewnie jakiś komentarzyk. Mówię: "Erwinie kochany, nie pamiętam, czy mam w umowie tę rączkę w spodniach, czy nie mam w umowie?". Zapadła cisza. Rączka się po cichutku wysuwa. On mówi: "Ja też nie pamiętam".
Kiedy Kalina pracowała we Współczesnym, Dygat był kierownikiem literackim Zespołu Filmowego Iluzjon.
Niewinni czarodzieje. Kalina o długich jasnych włosach zapisuje w małym notesie wywiad z Bazylim (Tadeusz Łomnicki), perkusistą w zespole jazzowym, w którym grają Krzysztof Komeda, Andrzej Trzaskowski, Andrzej Nowakowski, a na wielkim kontrabasie mikry, bo wyższy od Napoleona o całe dwa centymetry, Roman Polański.
Białowłosy Bazyli (uczesany na Komedę) właśnie jak półbóg zszedł ze sceny. Za kulisami czeka na niego zakochana w nim Mirka (Wanda Koczeska), którą postanowił ignorować. Mirka przysłuchuje się wywiadowi.
Kalina: Czy to prawda, że gra pan dopiero od trzech lat?
Łomnicki: A tak, intensywnie, i wszystko, co robię, staram się robić raczej dokładnie.
Kalina (uśmiechając się): To znaczy... dobrze?
Łomnicki: Dokładnie.
Kalina: Co pana skłoniło do zajmowania się jazzem?
Łomnicki: Lubię muzykę.
Kalina: A poważną także?
Łomnicki: Oczywiście.
Kalina: Hmm... Sądząc po pseudonimie, studiuje pan raczej medycynę.
Łomnicki: Jestem lekarzem, ściślej mówiąc, lekarzem sportowym, od pół roku pracuję w CWKS.
Kalina: Sport jest pana hobby?
Łomnicki: Ja nie mam żadnego hobby.
Kalina: A jazz?
Łomnicki: Jazz? A, poddaję się. Przez duże "h".
Kalina: Jeszcze jedno pytanie, już ostatnie. Pańskie plany na przyszłość?
Łomnicki: Umówić się z panią... na kawę.
Kalina: Aha. A na dalszą metę?
Łomnicki: To wyjechać do Rzymu na olimpiadę.
Kalina: Ślicznie dziękuję. [Zapisuje swój numer, wyrywa kartkę z notesu, podaje]. Najlepiej do dziesiątej rano. Na razie.
Występuje jako Kalina Jędrusik-Dygat. Kiedy zaczynają się zdjęcia do tego filmu, jest związana ze Stanisławem Dygatem od czterech lat. W filmie są sceny bokserskie, kręcone w Hali Gwardii. Choćby ta, w której Bazyli w lekarskim kitlu decyduje, kogo wpuścić na ring, a kogo nie. Boksera gra Jerzy Skolimowski.
Bokserem był Stanisław Dygat. Stąd lekko złamany nos. W Pożegnaniach pisał: "Wybrałem sobie boks chyba dlatego, że ojciec powiedział: boksy, foksy [...]. Ach, znaleźć się teraz na ringu, gdzie jest tylko jedna sprawa: ty mnie albo ja ciebie! I gdzie tylko jeden problem: jak zręcznością i taktyką pokonać przeciwnika, który jak ja ma te same szanse - głowę, nogi, korpus i ręce, i jeszcze na tych rękach rękawice".
Kiedy Daniel Olbrychski zagrał w filmie Bokser, opowieści o człowieku, który upada, ale jest w stanie z bagna podnieść się i zawalczyć o mistrzostwo, Dygat napisał: "Pojawił się ktoś w naszej sztuce bardzo ważny. Pojawił się chłopak obdarzony absolutnym słuchem filmowym. Nie umiem napisać o nim tak, jak bym chciał, bo nie znalazłem jeszcze właściwych słów dla wzruszeń, których mi dostarcza". Pokochał Olbrychskiego, bo kochał tych upadających bohaterów, którzy mogą się wydźwignąć. We własnych książkach dawał im perspektywę, złudzenie.
W filmie Juliana Dziedziny, który wyprzedził Rocky'ego o dziesięć lat, zagrał legendarny bokser Leszek Drogosz.
"Pewien pan felietonista sportowy w "Rzeczpospolitej" przypomniał, jak obserwował jako młody człowiek kibiców siedzących o cztery rzędy niżej na stadionach sportowych". Tymi kibicami byli Stanisław Dygat, Gustaw Holoubek i Tadeusz Konwicki - opowiadał ten ostatni Przemysławowi Kanieckiemu w książce W pośpiechu. "Sport zupełnie co innego znaczył. Sport był rodzajem poezji w tych jakichś chmurkach społecznych, sport był też urlopem psychicznym od codzienności. Sport był przede wszystkim bezinteresowny, nikt nie liczył w sporcie, że zarobi złotówkę, to była przyjemność, to była okazja zademonstrowania jakichś dobrych cech. Honoru, godności, satysfakcji z rywalizacji - przy czym ta rywalizacja wiązała się z szacunkiem dla rywala czy partnera [...]. Kibice inaczej odbierali sport. Widownia sportowa w Warszawie miała wdzięk. Była tolerancyjna, umiała oklaskiwać innych zawodników, była elegancka na swój sposób, zabawna, dowcipna. Pamiętam pięćdziesiąty któryś rok, 1951 czy 1952. Hala Mirowska. Mistrzostwa Polski w boksie. W wadze ciężkiej walczył bokser, który zaczął jeszcze przed wojną, a po wojnie na Ziemiach Odzyskanych, na Dolnym Śląsku, został starostą. To była walka finałowa, rywal młody, wobec tego widownia krzyczała: bij starostę, bij starostę! No ale starosta wygrał i dostał w nagrodę za mistrzostwo Polski - zegarek. Okrzyki na widowni: panie starosto, która godzina!"
Młodzi, pełni wdzięku na tle miasta, które wciąż dźwiga się z ruin, choć wojna skończyła się trzynaście lat temu. Gruzy leżą jeszcze na wielu ulicach Śródmieścia, ale już króluje nad nimi biała bryła Pałacu Kultury.
Młodzi prowadzą ze sobą obyczajowe i intelektualne gry, iskrzące dialogi (pisał je Jerzy Andrzejewski, choć żona Komedy Zofia zrecenzuje: fałszywe, sztuczne, nigdy tak nie mówiliśmy), mocują się na puenty, abstrakcyjne skojarzenia. Słowem, musiała unosić się nad nimi "aureola filozoficzna" - to określenie, którego używała Agnieszka Osiecka.
Jazzowa, swingująca młodzież. Tak łatwo jest kogoś poznać, z kimś zatańczyć, napić się, zaprosić do domu, napić się. Edmund (Zbigniew Cybulski) prosi, aby Bazyli poderwał dla niego spotkaną w knajpie dziewczynę. To Pelagia (Krystyna Stypułkowska). Splot okoliczności sprawia, że to Bazyli zaprosi ją do domu. Pelagia i Bazyli od razu spisują umowę:
Paragraf 1: Kieliszek wódki oraz prezentacja imion.
Paragraf 2: Pocałunek.
Paragraf 3: Chwila inteligentnej rozmowy.
Paragraf 4: Pora na łóżko (tapczan) z największym marginesem wolności.
Paragraf 5: ?
Grają pudełkiem zapałek w rozbieranego.
Agnieszka Osiecka była na drugim roku łódzkiej filmówki i zaangażowała się do pracy przy Niewinnych czarodziejach. Andrzej Wajda na planie improwizował, nie było wiadomo, jaką scenę nakręci. Osiecka z nudów namawiała Stypułkowską, żeby poszła z Łomnickim do łóżka. Bo film był i o tym, że oboje chcą, ale jeszcze nie teraz. Tymczasem Stypułkowska była dokładnie jak Pelagia i inne dziewczyny z lat pięćdziesiątych, które miały ambicję przedłużania gry miłosnej w nieskończoność, by ostatecznie nie pójść do łóżka.
Scenę gry w zapałki zapamiętała Osiecka jako jedyną z polskich filmów tamtego czasu o gęstej erotycznej temperaturze.
"Gra przestaje być zabawna, kiedy jest tylko grą" - mówi Pelagia.
Krystyna Stypułkowska, choć nie była zawodową aktorką, nie ustępuje na milimetr kolegom. Zagrała w kilku filmach i rozmyła się we mgle. Dziennikarze odnaleźli ją w Waszyngtonie. Uczyła polskiego polityków i dyplomatów, wśród jej uczennic była Madeleine Albright.
Jazz powracał po latach zmaltretowania, po Październiku 1956. Słuchało się Billie Holiday i Mahalii Jackson. Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga. Duke'a Ellingtona i Counta Basiego. Arta Tatuma, Oscara Petersona. Pojawił się hard-bop. Narkotyzował tenorowy saksofon Sonny'ego Rollinsa. A combo Jazz Messengers z muzyką płynącą tak, jakby nie istniał żaden brzeg, narzucało styl młodym muzykom. Po Październiku dotarły do Polski piosenki francuska i włoska. Juliette Gréco, Yves Montand, w 1957 roku śpiewano Ciao ti dir? - piosenkę, którą Adriano Celentano wygrał właśnie festiwal rocka w Mediolanie. W 1958 przez dwa tygodnie był w Polsce kwartet Brubecka - siedem miast, dwanaście koncertów. W Berlinie Zachodnim, dokąd Brubeck z żoną i synem przyleciał z Kopenhagi i skąd miał dalej pojechać pociągiem do Polski, orientuje się, że aby dostać się na pociąg w Berlinie wschodnim, musi przejść Bramę Brandenburską, a na to nie ma pozwolenia. Ktoś chce nawet przeszmuglować go w bagażniku. Po różnych perypetiach Brubeckowie trafiają do hotelu Orbis w Szczecinie. Muzyk zapamięta dziewczyny wchodzące nocą do pokoju, by dorzucać węgiel do kaflowego pieca.
Komeda pytany o swoich guru odpowiada: Dave Brubeck i Gerry Mulligan. Zachodni jazzmani nawiązują współpracę z polskimi. W 1960 roku Stan Getz gra z Triem Trzaskowskiego.
Agnieszka Osiecka pisała w Szpetnych czterdziestoletnich: "Malutki zespolik Krzysztofa Komedy, przytulony w ciasnej piwniczce Hybryd, nie podrywał już do tańca, jak zespoły w Stodole, u Kolejarzy czy w Czerwonej Oberży. Wyzwalał za to rytmiczne pstrykanie palcami i senne kiwanie głową: "O, tak, tak to jest!". Ruda czupryna Krzysia Komedy łagodnie płynęła nad klawiszami jak lampka nocna. Zawsze ze dwie lub trzy rozmarzone panny, niczym topielice, zwieszały się z instrumentu, a my, ci, co stali w drzwiach, mówiliśmy szeptem".
Ruda czupryna Krzysia.
Rude włosy Kaliny.
Dźwięk sączył się z głośników, dym z papierosów, a dziewczyny, takie jak Sława Przybylska i Wanda Warska, śpiewały w klubowych piwnicach smutne songi o miłości i rozstaniu. O zawiedzionych nadziejach, zlęknionych marzeniach, rozczarowaniach, które idą parami... Pędzący przez miasto białą lambrettą Łomnicki. Nocne snucia się, zaułki. "Oczy niebieskie i siwe. Dwuzłotówki w kieszeniach na kino"... Kalina wpisywała w formularzach w rubryce "kolor oczu": żółte.
Nocni wędrowcy, wagabundy, podobni do tych z obrazu Edwarda Hoppera. To wszystko było w tej muzyce.
A w Niewinnych czarodziejach, według Martina Scorsesego jednym z największych arcydzieł polskiego kina, z dzisiejszej perspektywy same legendy, choćby Jerzy Skolimowski, współautor scenariusza z Jerzym Andrzejewskim. Przyznawał po latach, że napisał ten film o sobie: "To ja grałem na bębnach, jeździłem na skuterze, brałem udział w koncertach, balangach, wygłupach. Bohater jest lekarzem, bo chciałem mu dać jakiś gloryfikujący zawód".
Powiedziała mi kiedyś Krystyna Morgenstern:
- Co roku z Kubą robiliśmy przyjęcia w ogrodzie, nadal je kontynuuję. "U was bywają same legendy", usłyszałam. A my wszyscy znamy się z czasu, kiedy byliśmy młodzi, nikt z nas nie miał nic więcej niż osobowość, lgnęliśmy do siebie. Nie mając niczego, mieliśmy wszystko. Odpadali jedynie ci, którzy nie mieli nic do powiedzenia.
Agnieszka Osiecka pisze w Szpetnych... o Październiku 1956 jako początku pewnego końca: "Byliśmy jak stado domowych gęsi, które trzepoczą skrzydłami w czas odlotów, patrzą zamglonymi oczami za sznurami dzikich sióstr, ale braknie im siły, aby polecieć za nimi. Zdawało nam się, że tworzymy symfonię, a udało nam się napisać tylko uwerturę. Odwieczne polskie preludium, księga składająca się z samych wstępów. Więc mówię: raczej otchłanna praca wiru niż podniebna praca samolotu, raczej spirala, płytki świder niż przeszywający grom. Hymn mało lotnych gęsi".
Ale Osiecka pisała to na początku lat osiemdziesiątych, więc z innej perspektywy, z poczuciem przegranej.
Manifest niewinnych czarodziejów to popaździernikowy koniec lat pięćdziesiątych i wbrew Osieckiej wciąż jeszcze się wydaje, że początek to naprawdę początek, a młodość to naprawdę niewinność.
Szukam ich w piosenkach Wandy Warskiej: "oczy niebiesko-zielone, i włosy za bardzo kręcone... i chcą się umawiać, i chcą też przeszkadzać, chcą na kredyt żyć, bez pieniędzy chodzić po świecie, na kredyt soki pić", "na kredyt mierzyć sukienki, szczęśliwi widzą, że ptaki stadami znów muzykują, szczęśliwi to słyszą, szczęśliwi to czują"...
Piękni dwudziestoletni czarodzieje, dla których świat jest jak bańka mydlana, pianka z chłodnego piwa, lepka wata cukrowa, babie lato, polny dmuchawiec, wiatr we włosach, kiedy mkniesz lambrettą...
Byli, ale się zmyli.
Szli środkiem ulicy, w słońcu, roześmiani, z poczuciem, że przechodnie uskoczą przed nimi, jakby miasto miało się rozstąpić jak morze albo jakby zeszli z chmury. I w jakimś sensie zeszli z chmury. Nie siedmiu gniewnych, gdzie tam, dwudziestu gniewnych, a na samym czele ona, z burzą gęstych kruczych loków, Lidia Zamkow, aktorka i reżyserka. Każdy z nich przywozi swoją opowieść. Na przykład matka Lidki Zamkow była bojarką, a ojciec, lekarz, był Żydem. Lidka nienawidziła matki, bo mogła go wykupić z Pawiaka, miała za co, ale nie wykupiła. Ojciec zginął w Palmirach. Wytresowała w sobie męski charakter, aktora potrafiła "wpastować w ziemię", byle osiągnąć efekt. Emocje przygłuszała alkoholem, sama robiła ratafię, a piła jak większość z nich, starszych i młodszych, przedwojennych i wojennych.
Przywiozła do Gdańska, gdzie obejmowała kierownictwo artystyczne Teatru Wybrzeże, swoich krakowskich studentów i aktorów, na których mogła liczyć. Wyrazisty Leszek Herdegen, który zostanie kierownikiem literackim teatru, ale zagra też piękne role, jej późniejszy mąż; mistrz prowokacji, wiotki jak witka Bogumił Kobiela; zwracająca uwagę nie tylko dekoltem Kalina Jędrusik, choć filigranowa i można by ją zmieścić w jednej dłoni. Włosy długie, prawie do pasa. Naturalnie rude. Naturalnie blond. Tlenione. Pociemnione. Trudno rozstrzygnąć w słońcu.
- Starenia, ale przestrzeń, tu się zaczyna teatr, od nas się zaczyna - rozmarza się Zbyszek Cybulski, mrużąc oczy pod ciemnymi okularami, ale kto wie, czy ich w ogóle potrzebuje. Koledzy podejrzewają, że z tymi okularami to blaga.
Już, już umieli grać samymi sobą, coś podkreować, dorysować, wymyślić.
- Co to jest Cybulski? Ten, co mamrocze pod nosem? - pytali na egzaminie do krakowskiej szkoły.
- Przyszedł w krótkich spodniach. Zacinał się. Ale tak cudownie się śmiał. Miał niesamowity śmiech - wspominała Kalina po jego śmierci.
Na egzaminach chciała nawiązać kontakt ze wszystkimi. Była ciekawa, co kto przygotował. Próbowała wyczuć, jakie ma szanse z fragmentami powieści Jezioro Bodeńskie Dygata, którego uwielbiała. Jego książkami zaczytywał się jej ojciec. Chciała się dobrze zaprezentować przed szacowną komisją. Wyrazisty makijaż, długie rzęsy, a co? W filmie chce grać, nie na klasztornych organach. Obciskająca niebieska jedwabna bluzka. Obciśnięta czarna spódnica. Dziewczątko.
- Jak zdam, to się od razu zapiszę na historię sztuki. Sztuka zawsze mnie fascynowała, zwłaszcza współczesna.
- To chyba nie jest ta historia sztuki, o której mówisz - skwitował Lucjan Kydryński, akurat odprowadzał kogoś na egzamin.
Ale Kalina rzeczywiście zdała na drugi kierunek studiów, historię sztuki. Zapisała się też na lekcje śpiewu operowego. Mówiła, że wyciągnie koloraturę, i wyciągała.
Kiedy aktorka Zofia Czerwińska zaczęła studia w krakowskiej szkole teatralnej, Kalina była już na czwartym roku.
- Pamiętam jak dziś. Kalina wchodziła do szkoły i od razu wszystkich czarowała. Przyćmiewała sobą to, co działo się dookoła. Jej wejścia były wydarzeniem. Nikt inny nie miał takiego wdzięku, takiego uroku. A do tego miała ogromny talent. Dość szybko się poznałyśmy. Widocznie było coś w moim sposobie bycia, bo Kalina dała mi znać, że mnie polubiła. My, z pierwszego roku, byliśmy zafascynowani tą całą grupą, w której był też Bobek Kobiela czy Zbyszek Cybulski. Chętnie podrywał moje koleżanki, na przykład Kryśkę Maciejewską [późniejszą żonę Zbigniewa Zapasiewicza].
A teraz, w Gdańsku, płyną środkiem ulicy.
Zamkow jest ich idolką, mentorką, dobrą wróżbą. Zabrała prawie samych młodych, bo sama jest młoda, w lipcu skończy trzydzieści pięć lat. Tyle samo ma Dziunia Nawrocka, aktorka ze sporym doświadczeniem, żona pisarza Dygata, której też dała angaż w Wybrzeżu. Najstarsza w tej grupie jest aktorka Cieszkowska, urodzona w 1901 roku, ale teraz jak lustro odbija ich światło. Idą, tworząc iluzję. Byli "światoburczy" - to określenie Jerzego Afanasjewa, z którym za chwilę będą reperować dusze, zabliźniać ludzkie rany.
Zamkow zabrała tylu młodych, bo wie, że z nimi będzie mogła robić dokładnie taki teatr, jaki chce. Może ich lepić jak plastelinę. Tym desantem jasności zwiększy zespół aktorski do siedemdziesięciu osób, z taką grupą można zrobić każdy spektakl. No i co ważne, może liczyć na ich lojalność.
Czuli respekt. Nigdy nie wchodziła w dyskusje, nie musiała, a dzień przed premierą pisała do każdego listy z uwagami. Sama była aktorką i wiedziała, jak reżyserzy zapędzają się w swoich nieokiełznanych monologach demiurgów i jak w tym ostatnim momencie, zanim urodzi się rola, mogą jednym słowem zburzyć. Sama czuła się raczej rzemieślniczką. Inscenizatorką doświadczeń.
"W życiu Dygata jakoś nic się nie kończyło. Zaczynało się wspaniale i szczęśliwie, urywało i zaczynało na nowo... jakby bez konspektu. Jego książki były młode i kochali je najbardziej młodzi" - tak po jego śmierci pisał Janusz Głowacki w "Kulturze".
Dygat sam był chłopcem, szybko się nudził i kiedy na firmamencie pojawiała się kometa, musiał przynajmniej spróbować ją schwycić.
Za chwilę skończy czterdzieści lat, wiadomo, jaka to granica dla czujących się młodo kobiet i mężczyzn, a zwłaszcza dla chłopców.
Planuje przenieść się do Gdańska, do żony, aktorki Władysławy Nawrockiej. W Warszawie ma pod opieką ośmioletnią córkę Magdę. Chcą sobie z Dziunią jakoś ułożyć sprawy rodzinne. W Teatrze Wybrzeże podobno miał zostać kierownikiem literackim. Nie znajduję go jednak w kolejnych zespołach literackich teatru. Pytanie zadaję jeszcze w archiwum Teatru Wybrzeże. Nigdy tam nie pracował, chociaż na przykład Kalina Jędrusik po latach tak mówiła. Rozumiem, dlaczego w książce Rozstania jego córka Magda Dygat robi wyrzut: "Kochany Tato, dlaczego matki praca była ważniejsza niż Twoja? [...] Dlaczego wszystko jest na Twojej głowie? Jak Ty sobie ułożyłeś to życie, żeby dać się spychać na drugi plan! Przecież Ty jesteś pisarzem! Mnie to potwornie denerwuje i zasmuca".
Na początku grudnia 1953 roku, jeszcze z Warszawy, pisał do Dziuni, że spokojnie poczeka z przeprowadzką, żeby nie zakłócać jej pracy. "Ja przyjadę na premierę, kiedy zechcesz, ale myślę, że najlepiej na ostatnią chwilę (sobota ew. piątek). Na próbę absolutnie nie chcę przyjść ani nic Ci mówić. Zaraz po tej premierze wróciłbym do Warszawy i natychmiast (przez ten czas tu wszystko zorganizowałoby się) nastąpiłaby przeprowadzka [...]. Ciągle żyję pod strasznym terrorem finansowym. Zostałem nieco nadszarpnięty, bo w czasie gdy miałem być bogaczem, zamówiłem dla Ciebie luksusowy prezent. Po bankructwie zapomniałem o tym, a pewnego dnia przynieśli mi i musiałem wykupić. Nie posyłam Ci, bo chcę Ci dać osobiście, zresztą boję się, że zbiłby się. Nie powiem co, mogę tylko powiedzieć tyle, że to pięknie pachnie i jest cieczą we flakoniku. Jest to najwyższego gatunku na świecie i nawet w Paryżu uchodziłoby za luksus. Była to wyjątkowa okazja, bo czegoś takiego w Polsce się nie znajdzie". Podpisał list jako "Mysikrólik". W postscriptum dodał, że prosi żonę o oszczędzanie. [Cytuję za książką Magdy Dygat Rozstania].
W liście wspomina też o zabiegu, jaki ma przejść. Zdecydował się na wyrwanie wszystkich zębów. Radykalna była wtedy profilaktyka.
Premiera, o której mowa, to Barbarzyńcy Gorkiego, pierwszy tytuł w reżyserii Lidii Zamkow, odkąd objęła dyrekcję teatru. Zagrają w niej obie: Władysława Nawrocka i Kalina Jędrusik (w znacznie mniejszej roli). Choć to dwudziesta, trzydziesta rola Nawrockiej, przecież nie liczy, jest równie zdenerwowana co za pierwszym razem. Gra po raz kolejny w nowym mieście, w nowym zespole, jakby zaczynała, a może po prostu ucieka...
Dla Kaliny to w ogóle debiut. Tymczasem ma wysoką gorączkę. Wygląda na to, że nie zagra. Nie przychodzi na ostatnie próby. Na scenę wchodzi za nią Lidia Zamkow. Ale kiedy Kalina uświadamia sobie, że Zamkow zagra za nią premierę, natychmiast wstaje z łóżka. Zaskakuje wszystkich, a najbardziej reżyserkę. Od wejścia na scenę objawy grypy mijają. Jest dokładnie tak, jak słyszała od starszych kolegów. Scena leczy każdą chorobę.
Dzień 16 grudnia 1953 ważny jest dla wszystkich. Zamkow wybrała Barbarzyńców, realistyczną sztukę "pierwszego pisarza proletariatu", chcąc zaznaczyć, że będzie robić teatr zaangażowany. Zrobiła spektakl o systemie opartym na przemocy i nierówności społecznej. Miała wszystko: talent, rozgłos i swój własny zespół. Dawała gwarancję poziomu artystycznego. Recenzent miesięcznika "Teatr" zauważa, że "bardzo interesująco, z prawdą i przejęciem prowadzą dialog Nawrocka i Juliusz Lubicz-Lisowski". Wymienia też Kalinę Jędrusik, która przekonywająco i ciepło gra córkę burmistrza uciekającą z carskiego Ciemnogrodu w objęcia studenta Stiepana (Leszek Herdegen), by z nim wyruszyć w świat.
Widząc Kalinę, od razu skojarzył tę zjawiskową dziewczynę, którą kiedyś zobaczył spacerującą sopockim Monciakiem i za którą obejrzał się i patrzył może za długo, zważywszy na idącą obok żonę.
Monciak stanie się symbolem dla wszystkich. Magda Dygat zapamiętała, że kiedy przeprowadzili się na Wybrzeże i stanęli na Monte Cassino w stronę morza, ojciec przyrzekł, że wszystko się teraz odmieni. "I słowa dotrzymał" - puentuje gorzko w filmie dokumentalnym Mój ojciec Staś.
Na widowni obok Dygata siedzą również jego siostra Danuta z mężem Witoldem Lutosławskim, kompozytorem. Choć w 1948 roku premierę miała jego I symfonia, szybko wycofano ją z repertuaru. Był socrealizm i władza uznała jego muzykę za "zbyt formalistyczną". Lutosławski był na cenzurowanym. Postanowił przeczekać, pisząc do filmu, teatru i komponując pod pseudonimem piosenki. Wróci do łask dopiero w 1955 roku, kiedy za Koncert na orkiestrę dostanie Nagrodę Państwową I stopnia i Order Sztandaru Pracy II stopnia.
Z listów wiemy, że Dygat zachwycony był żoną, cytował jej pochlebne opinie znajomych, którzy widzieli Barbarzyńców. Nic nie wskazuje na to, że za chwilę wszystko się urwie i zacznie na nowo, równie wspaniale i szczęśliwie, zupełnie bez konspektu.
Po premierze świętuje z aktorami.
- Ale co, dobrze było? Dobrze?
Kłęby papierosowego dymu, entuzjazmu i wiary w nowy teatr. Po to tu przyjechali. Zmieniać. Intelektualnie elektryfikować.
- No, przedstaw mnie mężowi.
I Dziunia przedstawia.
Kalina siada między nimi.
- Ładnie pani sobie pohradziła między tymi wygami.
- A ja dzięki panu zostałam aktorką.
- Jak to dzięki mnie?
- Na egzaminie do krakowskiej szkoły mówiłam fragmenty Jeziora Bodeńskiego. To ukochana powieść mojego ojca.
- Pozwoli pani - powiedział, nalewając wódkę. - Za zdrowie ojca. Chciałbym go kiedyś poznać.
- Tatuś też chciałby poznać pana. Przedstawię panów sobie.
- A pani?
- Ja?
- Czy to też pani ukochana powieść?
Kalina śmieje się.
- Powiedzmy, że jedna z...
Przy stole pojawia się Lidia Zamkow, która długo rozmawiała w innym towarzystwie.
- Gratuluję, Dziunia była wspaniała! - mówi, odgarniając dłonią długie i ciężkie loki. - Chyba pan bardzo dumny z żony.
Dygat wstaje i podchodzi do Dziuni, siedzącej po prawej stronie Kaliny. Całuje ją najpierw w dłoń, a potem w usta.
- No już! Kurwa! Później nie mogłeś!? - krzyczy Kalina, zauważając wchodzącego do sali Zbyszka Cybulskiego.
- Nie mogłem na premierę, starenia, ale przyjdę was zobaczyć jutro.
- Miło. Drugi spektakl zawsze jest, kurwa, najgorszy, wiesz lepiej niż ja! - przekrzykuje towarzystwo, idąc w jego kierunku.
- A, zapomniałbym - mówi Dygat i wręcza Dziuni niewielki przewiązany wstążką pakunek.
Dziunia natychmiast podaje go Zamkow.
- Bardzo ci dziękuję, nawet nie wiesz, Lidka, jak mi pomogłaś.
Zaskoczona reżyserka rozwiązuje wstążkę.
- Ojej, skąd wiedziałaś? - pyta wzruszona, oglądając ceramiczny dzbanek.
- Leszek zdradził, że zbierasz.
Dygat odwraca się i szuka wzrokiem Kaliny, o, jest, wyłania się, patrzy na nią odrobinę za długo, co zauważa Nawrocka i też przystaje, i patrzy na nich. Poczuł, że chodzą mu mrówki po krzyżu.
Kometa oddala się do innej konstelacji. Ale chłopiec przez długą lunetę nadal na nią patrzy.
Jest wiosna 1954. Dość melodramatyczna. Najpierw Stanisław Dygat chce napisać książkę o marynarzach, żeby wymigać się od socrealistycznej idei pisania o robotnikach. Ile to godzin przesiedział w portowych knajpach, rozpytując marynarzy o ich marzenia, miłości, rozczarowania. Upijał się nie tylko tymi opowieściami. W końcu doszedł do wniosku, że ma to gdzieś, nie napisze takiej powieści, bo marynarze są po prostu zbyt inteligentni. A inteligentnych miał dość jako pisarz od "inteligenckich obrachunków".
Tamtej wiosny co wieczór siada na widowni Teatru Wybrzeże i ogląda francuską komedię romantyczną Nie igra się z miłością de Musseta w reżyserii Hugona Morycińskiego.
Po latach wracają do rodzinnej rezydencji: Oktaw (Jerzy Woźniak), syn Barona, który skończył cztery kierunki studiów doktoranckich i zdążył już zaznać świata, a także jego kuzynka Kamilla (Kalina Jędrusik), która skończyła szkołę przy klasztorze. Zgodnie z wolą rodziców mają się pobrać. Młodzi znają się od dziecka.
KAMILLA
Dzień dobry, kuzynie; zdawało mi się, nie wiem, czy trafnie, że kiedyśmy się rozstali dziś rano, byłeś smutny. Ująłeś mnie za rękę, a ja się broniłam; otóż, przychodzę cię prosić, abyś mi podał dłoń. Odmówiłam ci pocałunku, oto proszę, masz. [całuje go] [...] Wstępuję do klasztoru [...]. Przychodzę, aby wskrzesić na kwadrans dawne nasze życie. Wydałam ci się szorstka i wyniosła; to bardzo naturalne, wyrzekłam się świata. Jednakże, zanim go opuszczę, rada byłabym usłyszeć twoje zdanie. Czy sądzisz, że dobrze czynię, zostając zakonnicą?
OKTAW
Nie pytaj mnie o to, ja bowiem nigdy nie zostanę mnichem.
KAMILLA
Przez te dziesięć lat, które żyliśmy z dala od siebie, ty zacząłeś szkołę życia. Wiem, co jesteś wart; przy takim sercu i głowie jak twoje musiałeś wiele się nauczyć w krótkim czasie. Powiedz mi, czy miałeś kochanki? [...]
OKTAW
Miałem.
KAMILLA
Kochałeś je?
OKTAW
Z całego serca.
KAMILLA
Gdzież są teraz? Czy wiesz?
OKTAW
[...] Nie jestem ich mężem ani bratem; powędrowały, gdzie im się podobało.
KAMILLA
Musiała być z pewnością jedna, którą wolałeś od innych. Jak długo kochałeś tę, którą kochałeś najwięcej?
OKTAW
Dziwna z ciebie dziewczyna! Chcesz bawić się w spowiednika? [...]
KAMILLA
Czy znasz człowieka, który by kochał tylko jedną kobietę?
"Osobliwym urokiem teatru Musseta jest to, że jest on tak cudownie młody - pisał tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński, dodając, że Musset pisał Nie igra się z miłością, mając trochę ponad dwadzieścia lat. - Nieomylną jest przenikliwość tego młodego chłopca jako psychologa". Dodawał we wstępie do Komedii Musseta: "Kiedy dialog się rozgrzeje, kiedy te młode usta zaczną miotać słowa na przemian gorzkie, tkliwe, namiętne, wyzywające, doprawdy, mało znam rzeczy w literaturze, które by miały tę bezpośredniość czucia".
I ta młodość porywa. Kalina jest prawie w wieku Musseta. Skończyła dwadzieścia cztery lata. Dygat 5 grudnia skończy czterdzieści. Chłopcy lata z torsami kolorów, kiedy na nich patrzysz, wirują pod sceną... La jeunesse, la jeunesse - młodość, jak w piosence. Więc rozumiesz, więc kochasz... La jeunesse, la jeunesse.
Tymczasem na spektaklu pojawia się Janusz Morgenstern, nie jest jeszcze reżyserem, dopiero terminuje w zawodzie jako asystent Wandy Jakubowskiej przy filmie Opowieść atlantycka. Prosta historia: francuscy chłopcy na wybrzeżu Atlantyku znajdują Niemca, dezertera z Legii Cudzoziemskiej, walczącej w Wietnamie. "Atlantyk" kręcą na wydmach w Łebie. Jakubowska prosi Morgensterna o znalezienie młodej, utalentowanej i ślicznej aktorki. Ponieważ w Gdańsku jest paczka jego przyjaciół, wśród nich Bobek Kobiela i Zbyszek Cybulski, postanawia do nich pojechać, poradzić się. Pamięta, że zostali zaangażowani z całym rokiem krakowskiej szkoły teatralnej.
- Starenia, pójdź na spektakl, jesteś taka mała, zdolna.
I mała okazała się zjawiskowa. W przerwie spektaklu idzie do garderoby.
- Proszę na mnie poczekać przed teatrem.
I poczekał. A Kalina od razu chwyciła go za rękę. Nie zauważył, że czeka na nią pisarz Stanisław Dygat, którego nie znał jeszcze osobiście. Ściskała Morgensterna za rękę, demonstrując Dygatowi, że go nie zauważa. Minęła go dość ostentacyjnie.
Przez lata Dygat nie będzie mógł tego zapomnieć Morgensternowi.
Zofia Pohorecka, siostra Kaliny, prawie co wieczór czeka na nią po spektaklu. I każdego wieczora spotyka przed garderobą "wysokiego szatyna z bukietem czerwonych róż".
- Boże, to znowu on, myślałam niezadowolona. Nie mogę wrócić z Kaliną do domu... Zabiegał o względy Kaliny wytrwale, co z pewnością jej zaimponowało. Byli w sobie zakochani i zachowywali się jak para przeżywająca pierwszą miłość.
Dygat znowu z kwiatami. Dygat przyszedł podziękować. Dygat czeka przed teatrem. Dygat chciałby porozmawiać na spacerze.
Gdzie mieszkam? Długa 72, ale tam nie pójdziemy, panie Staś.
Więc idą, prawie unoszą się, kometa nad nimi, idą blisko, prawie biegną, płyną. Autobus zatrzymuje się z piskiem. Dygat chwyta Kalinę za rękę, jakby chciał odciągnąć, by nie wpadła pod koła, jakby chciał przyciągnąć, uratować. Śmieją się oboje. Kierowca tylko puka się w głowę. Wbiegli, jakby razem chcieli popełnić samobójstwo.
Miłość podzielna jest.
Pojemna jest.
Miłość nie zazdrości,
choć szuka poklasku.
Nie unosi się pychą,
dopuszcza bezwstyd,
szuka swego,
nie pamięta złego,
cieszy się z niesprawiedliwości,
współweseli z kłamstwem.
Wszystko ledwo znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję.
Czy wszystko przetrzyma?
Miłość nie ustaje.
Unoszą się nad ziemią. A noc taka piękna. Kalina zdejmuje buciki na obcasie. Zimny, wilgotny piasek. Zrobiło się już nieważnie chłodno. Światła miasta. Niewidoczny już bezkres morza. Wiatr, nieważny chłód, Księżyc w nowiu, w koniunkcji ze Słońcem. Oba ciała mijają się, mijają i zajmują względem siebie to samo położenie.
- Należy ukłonić się Księżycowi w nowiu - tłumaczy Kalina. - Wówczas przyniesie prezent. Niespodziankę. - Nagle słychać liryczną kompozycję. - Komeda? Komeda Halleya - śmieje się Kalina.
Na plażę wbiegają inni bosonodzy, wprost z dancingu w Grand Hotelu. Płyną ku nim jak rybki, wielorybki. Wężykiem. Muzyka sączy się. Wężyk zawija raz w jedną, raz w drugą stronę. Muzyka sączy się. Kalina i Staś stoją na plaży. Wężyk wymija ich i wpływa wprost do morza. Radośnie skaczą jeden po drugim.
W ubraniach.
Wyłowiłeś mnie z morza, Staś,
z morskiej piany.
La la la wyłowiłeś mnie z morza, Paź,
taś taś, Paziu, słuchaj grzecznie, co Pani rozkaże,
taś taś, Paź, duży Staś całkiem mały,
gdy lanie dostanie.
I ta feeria dźwięków, kiedy śmieje się ta dziewczyna.
Jestem złotą rybką i teraz spełnisz moje trzy życzenia!
- Koleś się zatrzyma, przecież nas widzi - zdążył powiedzieć do mechanika Rolfa Wüthericha, widząc młodzieńca prowadzącego forda customa tudora. Jechali drogą numer 466 z prędkością pięćdziesięciu pięciu mil na godzinę i nie dawało to pola do manewru.
To były jego ostatnie słowa. Wütherich przeżyje, ale kilkakrotnie podejmie próby samobójcze, by ostatecznie wypełnić przeznaczenie, ginąc w wypadku samochodowym dwadzieścia sześć lat później.
Tamtego dnia, 30 września 1955, umarł dwudziestoczteroletni James Dean, buntownik amerykańskiego kina, i zarazem narodził się jego trwający do dzisiaj kult. Widzowie chętnie wyznają wiarę w zmarłych bohaterów. Pod koniec roku 2019 "The Hollywood Reporter" ogłosił, że choć James Dean nie żyje od prawie sześćdziesięciu pięciu lat, zagra w nowym filmie Finding Jack o wojnie w Wietnamie. Podobno twórcy filmu bardzo długo poszukiwali odpowiedniego aktora, aż zrozumieli, że najlepszy byłby Dean, i postanowili go wskrzesić. Rodzina zgodziła się na cyfrowe odtworzenie jego postaci. Ale w połowie lat pięćdziesiątych nikomu to się nawet nie mogło przyśnić. Dean, który zdążył zagrać jedynie w trzech filmach i uchodził za symbol skłóconej ze światem młodzieży, wtargnął do mitologii.
Potrzebny był i martwy, i żywy. Cierpliwie czekano, że się znów objawi.
Objawiał się tu i tam.
Kiedy w 1959 roku film Popiół i diament Andrzeja Wajdy zostanie pokazany na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji i otrzyma nagrodę krytyków filmowych z całego świata FIPRESCI, świat zobaczy nowego Deana w Zbigniewie Cybulskim. W wywiadach będą powracać pytania o to, czy aktor, grając Maćka Chełmickiego, był w niego zapatrzony.
Jerzy Afanasjew zapamiętał Cybulskiego, jak leży na łóżku i czyta książkę o Deanie.
"Dużo pisano o mojej koncepcji roli w filmie Popiół i diament: dlaczego dżinsy i pionierki, i James Dean - mówił Cybulski w 1967 roku w wywiadzie dla "Życia Literackiego". - Chodziłem bardzo często podpatrywać młodzież, jak stała przed domem towarowym. Jeszcze nie było filmów z Jamesem Deanem. Nic nie robili. Trzymali ręce w kieszeniach, palili papierosy. Pogadywałem sobie z nimi, pytałem, co robią. - Czekamy. - Na co? - Aż się coś zdarzy [...]. Po latach, kiedy poznałem Jamesa Deana i jego sylwetkę psychiczną, zrozumiałem, że jest to też postać z kategorii ludzi, którzy czekają, aż coś się zdarzy. Zawezwano mnie do Popiołu i diamentu. Pierwsze ujęcie zaczynało się od sceny w ubikacji. Za chwilę będę kręcić, a ja nie mam klucza do roli. Oparłem się o drzwi. Kołysałem się, drzwi skrzypnęły. Wajda zawołał: - To trzeba właśnie tak! - Co tak? - Kołysać się".
Cybulski w większości wywiadów powtarzał za Xawerym Dunikowskim, że trzeba umieć wąchać czas. A obaj, Dean i Cybulski, byli chłopakami swojego czasu.
Po Popiele i diamencie miasta pełne są młodzieńców w ciemnych okularach. Cybulski ma naśladowców, sobowtórów, fanów. Lgnie do nich, do nich i do innych, jakby stale czegoś szukał, coś chciał uchwycić. Obsesyjnie podgląda. "Był jakby tym, który z rękoma w kieszeni, gwiżdżąc, idzie na wykład z atomistyki, w południe wstępuje na kieliszek, a w nocy pracuje w zajezdni. Był wcieleniem nas wszystkich, stąd jego liczne przyjaźnie, stąd niechęć do niego jako aktora, stąd jego buty trampa, kurtka, torba w kratkę, jak u wagabundy" - pisał w książce o nim Jerzy Afanasjew.
Cybulski zaplątuje się w ludzi, chce być kochany. A ludzie łatwo prześwietlają. Prosisz o miłość, czujesz się słaby, nie zasługujesz na naszą uwagę. Cybulski przeczuwa klęskę. Czy to możliwe, starenia, żeby już mnie nie chcieli?
Często po wódce recytuje Obłok w spodniach Majakowskiego:
bezczelny i zjadliwy wyznęcam się każdym zdaniem.
Nie mam w duszy swej ani jednego siwego włosa,
nie gra starczej czułości flet w niej!
Opromieniwszy świat gromem głosu,
idę - piękny
dwudziestodwuletni.
Chcesz -
od mięsa wścieklejszy rozkrwawię muskuły
i, jak niebo, będę tony zmieniał co dnia -
chcesz -
a będę najpokorniej czuły
nie mężczyzna, lecz - obłok w spodniach!
[fragment w przekładzie Mieczysława Jastruna]
Ten sam Afanasjew: "W chwilach rozterek Cybulski szuka przyjaciół. Dlaczego? A może w Maćku [Chełmickim, bohaterze Popiołu i diamentu] tkwiły siły niebezpieczne? A może ta rola, która kończy się wstrętną klęską na śmietniku - ten współczesny, powojenny Hamlet w obcisłych dżinsach, przypominających teatralny trykot - może śmierć tej postaci niszczy jednocześnie żywego aktora? Bohatera? Może Maćkowi nie wolno znów zmartwychwstać? Był nieśmiały. Był bardzo nieśmiały [...]. Lubi Staszka Dygata, przesiaduje u Dygata. Czy wnętrze człowieka może zardzewieć? Czy samotny, pozostawiony sam sobie człowiek może się pokryć rdzą? Rdzą niemożliwości, nieufności, borykania się?".
"Przyjeżdżaj natychmiast. Sprawa życia lub śmierci" - napisał w telegramie wysłanym do Gustawa Gottesmana, szefa "Przeglądu Kulturalnego". Chciał jak najszybciej przedstawić przyjacielowi Kalinę.
Ich La La Land trwa w najlepsze. Codziennie przeżywają nowy melodramat, jakby byli do tego gatunku stworzeni.
Kiedy w Sopocie pojawia się Tadeusz Konwicki i odwiedza Dygata w Domu Aktora, jak wspominał po latach: "w ponurym, poniemieckim domu", ten natychmiast przedstawia Kalinę, mówiąc, że to jego nowa żona, choć nie byli jeszcze wtedy małżeństwem. "Ale my nie przywiązywaliśmy wagi do formalności".
W wywiadzie rzece W pośpiechu Konwicki opowiadał Przemysławowi Kanieckiemu: "Brezentowy płaszcz, jakiś pokoik na poddaszu w przytułku dla aktorów miejscowego teatru, Kalina. Bieda taka, że ja się tam czułem milionerem. No i z panem Stanisławem ruszyliśmy w miasto, czyli w Sopot, z takimi przystankami w celu zaspokojenia pragnienia [...]. Nie byliśmy wybredni i co tam nam dano w jakim barze, to wypijaliśmy, czyli wieczorem wróciliśmy do tego pokoiku na tak zwanym rauszu. Kalina była wtedy młodziutką, drobną, strasznie sympatyczną, strasznie poczciwą, naiwną dziewczyną. Pan Dygat wyniośle zażądał herbaty, Kalinka szybko zaparzyła nam herbatę. I pan Dygat podniósł filiżaneczkę, i powiada: - A gdzie cukier? - Nie ma cukru - Kalina nieśmiałym głosem mówi. No, więc była mała nieprzyjemna scysja domowa. Ja oczywiście mogłem, bo miałem troszkę gotówki, cukier kupić, ale to był wieczór, sklepy pozamykane, i tak się ten dzień skończył".
Dygat chciał się Kaliną pochwalić, pokazać ją światu. Już wtedy snuł plany o uczynieniu z niej ikony na miarę Marilyn Monroe.
Kochał się w Hollywood i aktorkach od zawsze. Kiedy nauczył się pisać, wysyłał listy do amerykańskich gwiazd, marząc, że któregoś dnia je pozna. "Miłość do gwiazd filmowych jest najczystsza, najpiękniejsza, bezinteresowna - dowodził w powieści Podróż. - Toteż niesłusznie jest lekceważona i ośmieszana, czasami nawet tępiona przez starszych. Płótno ekranu nie grozi rozczarowaniem, którego tyle doznaje się potem na płótnie pościeli".
Po raz pierwszy zakochał się, mając cztery lata. Obiektem jego westchnień była Ossi Oswalda, którą zobaczył w filmie Lalka z 1919 roku w kinie Colosseum przy Nowym Świecie 19. Tam kupił papierową lalkę prezentującą Ossi. Z arkusza można było wyciąć nie tylko ją, ale też sukienki. Pisał, że tak rozbierając i ubierając Ossi, przeżył swoją pierwszą miłość "na podłożu erotyczno-seksualnym". Potem były: Vilma Bánky (Król cyrku z 1923 roku), Betty Bronson (Piotruś Pan, 1924), Virginia Valli (East Side, West Side, 1927), Sally Eilers (Buster na froncie, 1930). Filmy oglądał na podstawie fotosów wystawionych w gablotach przed kinem. Zdarzało się, że przez to spóźniał się do szkoły. Podobne wspomnienia ma Józef Hen, choć młodszy od Dygata o dziewięć lat. Jako dziecko konstruował sobie filmy na podstawie fotosów, by później opowiedzieć kolegom, że był w kinie i film oglądał.
"Ciekawe, że nigdy, nigdy nie interesowałem się wielkimi gwiazdami, jak Greta Garbo, Marlena Dietrich czy Pola Negri. Były za dumne, za wyniosłe, nie zwracały na mnie uwagi. No, a potem? A potem zacząłem się kochać w zupełnie realnych aktorkach z krwi i kości o nazwiskach polskich" - wyznawał w felietonie dla "Ekranu" w 1959 roku.
W domu na Żoliborzu, w którym zamieszka z Kaliną, powiesi nad łóżkiem portret Marilyn Monroe.
W powieści Podróż z 1958 roku pisał: "Miłość do aktorek filmowych ma jeszcze tę dobrą i piękną stronę, że rywalizacja nie dzieli, ale łączy, bez zastrzeżeń, bez ukrytych zadrażnień i konfliktów".
Krytyczka filmowa Wiesława Czapińska zapamiętała, jak Dygat i Kalina idą sopockim Monciakiem. "On wielki, ona drobniutka, filigranowa, talia osy, włosy długie prawie do pasa. Szli zatopieni w sobie, ona wtulona w jego potężne ramię, on pochylony coś jej szeptał na ucho. Nie widzieli nikogo poza sobą. Widać było, że są bez pamięci zakochani".
Kalina zagra w Teatrze Wybrzeże jeszcze jedną rolę - Larysę Dmitriewną w Pannie bez posagu Aleksandra Ostrowskiego, chętnie granego dziewiętnastowiecznego rosyjskiego dramaturga realisty. Larysa jest piękną, nostalgiczną dziewczyną, która upokorzona przez mężczyzn, sama decyduje się ich upokarzać, namówiona przez swoją chciwą i ambitną matkę.
W 1954 roku na Politechnice Gdańskiej powstaje studencki teatr Bim-Bom, a jego kierownictwo obejmuje Zbigniew Cybulski, któremu teatr repertuarowy nie odpowiada. Wkrótce dołączy do niego Bogumił Kobiela, przewodząc grupie z Wyższej Szkoły Ekonomicznej. Od początku mają poczucie, że z Bim-Bomem tworzą manifest swojego pokolenia. Manifest wolności. Wokół socrealizm, a raptem wybucha kabaret zapatrzony w Chaplina, oparty na nieokiełznanej wyobraźni i wyrafinowanym dowcipie. Zamiast sceny kilka stołów, wystarczy pomysł rozwijany w improwizacji.
Agnieszka Osiecka od razu przylgnęła do tych wariatów sentymentalnych nieludzko, sentymentalnością nie do podrobienia. "Jeden pan z Oruni wyrzeźbił sobie Kasię Karską z Bim-Bomu i z tą rzeźbą, jak podręczną lalką, prowadzał się po mieście. Mój szef z "Głosu Wybrzeża", Sławomir Sierecki, wymalował na ścianie swojej kawalerskiej izdebki Juliette Gréco naturalnej wielkości, i chcąc zapalić światło, musiał przekręcić kontakt umieszczony w jej sercu" - pisała w Szpetnych czterdziestoletnich.
Jerzy Afanasjew pisał o reperowaniu młodych dusz. Bim-Bom był wąchaniem czasu.
Kalina Jędrusik nie do końca umiała się w tym teatrzyku odnaleźć, choć ją fascynował. To nie znaczy, że nie miała przyjemności z pojawiania się w jego programach.
Dla Zbyszka Cybulskiego Bim-Bom był wszystkim: i matką, i bratem, i nauczycielem. "Gdybym umierał, co brzmi pompatycznie, wszystkie moje filmy, sztuki, Kapelusz pełen deszczu, to wszystko nic - myślałbym tylko o naszym teatrze. Przez Bim-Bom zbliżyłem się do człowieka. Do swego zawodu" - zwierzył się Jerzemu Afanasjewowi.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej