Z jak Zachariasz - Robert C. O'Brien

-
Proszę czekać

4

nadal 25 maja

Zno­wu jest noc, a ja siedzę w ja­ski­ni z jedną za­pa­loną lampą.

Stało się coś nie­wytłuma­czal­ne­go: pies Faro wrócił. Nie mam pojęcia, jak to możliwe. Gdzie on się po­dzie­wał? Jak przeżył? Wygląda okrop­nie - jest chu­dy jak szkie­let, a na le­wym boku nie ma połowy sierści.

Chy­ba już pisałam, że Faro był psem Da­vi­da. Przy­był tu ra­zem z nim, kie­dy Da­vid spro­wa­dził się do nas pięć lat temu po śmier­ci ojca (zo­stał sie­rotą, bo jego mat­ka zmarła przy po­ro­dzie). Między Jo­se­phem a Da­videm było tyl­ko pół roku różnicy, więc bar­dzo się za­przy­jaźnili - właści­wie za­przy­jaźniliśmy się wszy­scy tro­je. Ale Faro za­wsze należał do Da­vi­da. To­wa­rzy­szył nam tyl­ko wte­dy, gdy szedł z nami Da­vid. Był - to zna­czy jest - kun­dlem, ale ma naj­więcej z se­te­ra, więc uwiel­biał po­lo­wać. Kie­dy szliśmy na po­lo­wanie, wy­star­czyło, by zo­ba­czył strzelbę, a tak się cie­szył, że aż trud­no było uwie­rzyć, iż kie­dy znaj­dzie zwie­rzynę, to sta­nie bez ru­chu. Ale za­wsze sta­wał, był świet­ny. Dla­te­go kie­dy Da­vid wy­je­chał z mo­imi ro­dzi­ca­mi, a po­tem pies zniknął, uznałam, że po­szedł szu­kać pana i wypuścił się przez wąwóz w mar­twotę. (Faro często bie­gał za pi­ka­pem, jeśli je­chał nim Da­vid. Trze­ba go było przy­wiązywać). Naj­wy­raźniej jed­nak nie uciekł przez wąwóz. Mu­siał miesz­kać w le­sie w po­bliżu prze­smy­ku i cze­kać na powrót Da­vi­da, żywiąc się tym, co upo­lo­wał.

Domyślam się, że usłyszał strzały i to go zwa­biło. Właśnie pro­wa­dziłam ob­ser­wację. Było po wpół do pierw­szej. Mężczy­zna, ubra­ny w nie­bie­ski kom­bi­ne­zon - ska­fan­dra już nie włożył - oporządził kurę za po­mocą noża wyjętego z wózka, a te­raz piekł ją na rożnie. Faro pod­szedł bar­dzo ostrożnie i za­trzy­mał się na skra­ju ogródka. Pa­trzył i wąchał. Kie­dy mężczy­zna pod­niósł wzrok i zo­ba­czył psa, prze­stał ob­ra­cać rożen. Przyglądał się nie­ru­cho­mo. Po­tem zro­bił krok naprzód, a Faro się cofnął. Mężczy­zna przy­kucnął, po­kle­pał się w ko­la­no, za­gwiz­dał i coś po­wie­dział. Usłyszałam gwizd, ale słów już nie. Wie­działam jed­nak, że woła psa. Chciał się z nim za­przy­jaźnić. Znów ru­szył przed sie­bie, a Faro zno­wu się cofnął. Od­ległość po­zo­stała bez zmian.

Mężczy­zna pod­dał się i wrócił do ogni­ska. To zna­czy wyglądało, jak­by się pod­dał, ale wie­działam, że to nie­praw­da. Wpadł na bar­dzo pro­sty po­mysł. Co jakiś czas pod­no­sił wzrok, żeby spraw­dzić, czy pies wciąż tam jest. Po kil­ku mi­nu­tach, gdy mięso już się upiekło, wszedł do domu i wrócił z dwo­ma ta­le­rza­mi (mo­imi!). Od­kroił duży kawałek kur­cza­ka. Otwo­rzył też puszkę ze skle­pu - w środ­ku było mięso. Wyłożył je wraz z kur­cza­kiem na je­den ta­lerz, a po­tem, po­ru­szając się bar­dzo ostrożnie, zaniósł aż za skraj ogro­du, do miej­sca, gdzie pierw­szy raz zo­ba­czył psa. Tam po­sta­wił na­czy­nie.

Po­tem bez­tro­sko wrócił do rożna, po­kroił so­bie kur­cza­ka i zjadł go z su­chym chle­bem, który wyjął z wózka. (Mogłam mu dać trochę świeżego chle­ba z mąki ku­ku­ry­dzia­nej). Zjadł całego kur­cza­ka, i to bar­dzo szyb­ko, a jed­no­cześnie kątem oka ob­ser­wo­wał psa. Faro zbliżał się krok po kro­ku, patrząc to na mężczyznę, to na ta­lerz, to zno­wu na mężczyznę, aż w końcu zna­lazł się przy wy­sta­wio­nym je­dze­niu. Trzy­mając się jak naj­da­lej ta­lerza, wyciągnął szyję, capnął kur­cza­ka w zęby i uciekł z piętnaście metrów. Łap­czy­wie pożarł mięso, po czym cofnął się po resztę i zro­bił to samo.

Po­si­liw­szy się, wrócił do ta­le­rza, ob­li­zał go, a później zaczął krążyć wokół ogro­du, węsząc. Cały czas trzy­mał się z dala od mężczy­zny. Okrążył dom dwu­krot­nie. Następnie, ku mo­je­mu prze­rażeniu, za­mer­dał ogo­nem tak jak wte­dy, gdy tro­pił. Odwrócił się i po­biegł pod górę w stronę ja­ski­ni. Zna­lazł moje ślady.

Mężczy­zna po­pa­trzył za nim, głośno za­gwiz­dał, a po­tem ru­szył w pościg. Ale pies zdążył mu zniknąć z pola wi­dze­nia, więc prędko się pod­dał. Na szczęście między do­mem a ja­ski­nią jest mnóstwo drzew i gęste zarośla, więc da­lej z pew­nością już go nie wi­dział. Wróciłam do ja­ski­ni, a po dwóch mi­nu­tach przy­biegł tu Faro.

Bied­ny psiak. Z bli­ska wyglądał jesz­cze go­rzej niż przez lor­netkę. Za­szcze­kał dwa razy, krótko i chra­pli­wie, a po­tem do mnie przy­biegł. Bałam się. Gdy­by tu zo­stał, gdy­by mężczy­zna się z nim za­przy­jaźnił, to Faro w końcu mu­siałby mnie zdra­dzić. Dla­te­go nie wie­działam, co robić - bałam się oka­zać mu ser­decz­ność. Szepnęłam: "Do­bry pie­sek", ale nie przy­tu­liłam go, cho­ciaż miałam ochotę. Tak na­prawdę, mimo że go lubiłam, a on lubił mnie, to prze­cież wca­le nie do mnie przy­szedł. Bywał w tej ja­ski­ni z tysiąc razy, gdy się tu ba­wi­liśmy. Te­raz krążył w kółko i węszył po kątach, szu­kając Da­vi­da. Kie­dy go nie zna­lazł, po kil­ku mi­nu­tach po­biegł z po­wro­tem w stronę domu.

To nie­do­brze, bo tam jest ten mężczy­zna, ta­lerz i je­dze­nie. Jeśli się za­przy­jaźnią, to Faro za­cznie przy­cho­dzić na gwizd­nięcie, tak jak przy­cho­dził do Da­vi­da. Mężczy­zna może trzy­mać go bli­sko sie­bie i przyjść za nim tu­taj.

Może to źle, że tak bar­dzo się tego boję. Po pro­stu nie wiem, co on zro­bi. Daw­niej lubiłam większość lu­dzi. W szko­le miałam mnóstwo ko­legów, miałam też chłopa­ka. Ale to była kwe­stia wy­bo­ru - niektórych prze­cież nie lubiłam, a wie­lu w ogóle nie znałam. Może to jest ostat­ni człowiek na świe­cie. Nie znam go. Co będzie, jeśli go nie po­lu­bię? Albo, co gor­sza, jeśli on nie po­lu­bi mnie?

Od nie­mal roku żyłam tu sama. Cze­kałam i mo­dliłam się, żeby ktoś przy­szedł, żebym miała z kim roz­ma­wiać, z kim pra­co­wać, z kim pla­no­wać przyszłość w do­li­nie. Ma­rzyłam, żeby to był mężczy­zna, bo to zna­czy, że kie­dyś, w przyszłości - wiem, to tyl­ko fan­ta­zja - w do­li­nie mogłyby się po­ja­wić dzie­ci. Te­raz jed­nak, gdy mężczy­zna rze­czy­wiście tu przy­był, zro­zu­miałam, że moje ma­rze­nia były zbyt pro­ste. Co praw­da każdy człowiek jest inny, ale ten w ra­diu, walcząc o prze­trwa­nie, wi­dział lu­dzi zde­spe­ro­wa­nych i ego­istycz­nych. Ten mężczy­zna to nie­zna­jo­my, jest ode mnie większy i sil­niej­szy. Jeśli to do­bry człowiek, nic mi się nie sta­nie. Ale jeśli nie, to co wte­dy? Może zro­bić, co mu się żyw­nie po­do­ba, a ja do końca życia będę jego nie­wol­nicą. To dla­te­go chcę się zo­rien­to­wać, jaki jest, przy­najm­niej na tyle, na ile po­zwa­la sama ob­ser­wa­cja.

Kie­dy pies wy­biegł z ja­ski­ni i minęło trochę cza­su, wróciłam do wyjścia i spoj­rzałam w stronę domu. Mężczy­zna miał w ręku nożycz­ki, po­sta­wił przed sobą nie­duże lu­ster­ko i strzygł włosy oraz brodę. Robił to długo i przy­ciął je bar­dzo krótko. Muszę przy­znać, że różnica jest znacząca, wygląda te­raz nie­mal przy­stoj­nie, choć z tyłu, tam gdzie nie wi­dział się w lu­strze, ma dość nierówną fry­zurę.

26 maja

Słonecz­ny dzień, taki jak wczo­raj, ale cie­plej­szy. Według mo­je­go ka­len­da­rza (mam tu w ja­ski­ni swój bu­dzik) dziś jest nie­dzie­la. Zwy­kle rano poszłabym do kościoła, a przez resztę dnia od­po­czy­wałabym, jak to należy robić w nie­dzielę. Cza­sem cho­dziłam na ryby, bo to prak­tycz­ny sposób spędza­nia wol­ne­go cza­su. Do kościoła brałam Bi­blię, a wiosną i la­tem również ja­kieś kwia­ty na ołtarz. Oczy­wiście nie uda­wałam, że je­stem na praw­dzi­wej mszy, ale sia­dałam i czy­tałam jakiś frag­ment Bi­blii. Cza­sa­mi wy­bie­rałam go sama - lubię Księgę Psalmów i Księgę Ko­he­le­ta - a kie­dy in­dziej otwie­rałam ją na chy­bił tra­fił. Zimą zwy­kle nie cho­dziłam do kościoła. Nie było ogrze­wa­nia, więc nie dało się tam wy­sie­dzieć.

W koście­le nig­dy nie od­by­wały się praw­dzi­we nabożeństwa, przy­najm­niej odkąd tu miesz­ka­my. Nie było też pa­sto­ra. Jest ma­lut­ki, zbu­do­wał go je­den z na­szych przodków - "wcze­sny Bur­den", jak ma­wiał oj­ciec - gdy osie­dli­li się w tej do­li­nie i sądzi­li chy­ba, że po­wsta­nie tu wio­ska. Ale nig­dy tak się nie stało, bo przez lata nie pro­wa­dziła tu żadna dro­ga, a je­dy­nie koński szlak. Dro­ga kończyła się za Ogden­town, na skrzyżowa­niu. Na msze jeździ­liśmy właśnie do Ogden­town.

Ale tego ran­ka mu­siałam za­po­mnieć o tym wszyst­kim. Mężczy­zna wstał wcześnie i ugo­to­wał so­bie śnia­da­nie, wciąż na ogni­sku przed do­mem. Działał szyb­ko i me­to­dycz­nie. Miał pla­ny, a ja prze­ko­nałam się, co za­mie­rza: chciał zba­dać całą do­linę, a także spraw­dzić, co jest da­lej. Wciąż nie wie­dział, jak da­le­ko sięga zie­lo­na roślin­ność.

Za­nim wy­ru­szył, wyłożył świeżą porcję mięsa z kon­ser­wy na ta­lerz Faro. Psa nig­dzie nie było widać - przy­najm­niej z początku, lecz gdy tyl­ko mężczy­zna od­szedł drogą, Faro wyłonił się z dre­wut­ni, gdzie prze­spał noc, zjadł i ru­szył za nim. Wi­działam, że chce iść z mężczyzną, który miał przy so­bie tę mniejszą strzelbę, ale jesz­cze bra­ku­je mu od­wa­gi. Po stu me­trach zawrócił, zno­wu powąchał ta­lerz, a po­tem położył się nie­opo­dal na­mio­tu.

Poszłam za mężczyzną, trzy­mając się leśnej ścieżki wy­so­ko na zbo­czu. Wcześniej czy później tu również zaj­rzy, a wte­dy będę mu­siała prze­nieść się na drugą stronę do­li­ny - wówczas też muszę za­cho­wać czuj­ność, bo w le­sie będzie go­rzej wi­docz­ny.

Dziś jed­nak trzy­mał się dro­gi. Nie włożył pla­sti­ko­we­go ska­fan­dra, a bez nie­go po­ru­szał się znacz­nie szyb­ciej, więc mu­siałam się sta­rać, żeby dotrzy­mać mu tem­pa - leśna ścieżka jest bar­dziej kręta, a poza tym uważałam, żeby nie hałaso­wać.

Wszedł do skle­pu, a kie­dy wy­szedł, byłam oszołomio­na - pra­wie go nie po­znałam. Zniknął po­marsz­czo­ny kom­bi­ne­zon. Te­raz mężczy­zna miał na so­bie nowy strój: spodnie w ko­lo­rze kha­ki, bar­dzo porządne, nie­bieską ko­szulę ro­boczą, a na­wet nowe buty ro­bocze i słomko­wy ka­pe­lusz. (Moje ubra­nia!) Na­prawdę wyglądał jak ktoś zupełnie inny, i to całkiem ład­nie. Przede wszyst­kim, gdy już przy­ciął włosy i brodę oraz porządnie się ubrał, wy­da­wał się znacz­nie młod­szy, choć wciąż dużo star­szy ode mnie. Myślę, że ma ze trzy­dzieści lat, może trzy­dzieści dwa.

Ru­szył da­lej drogą na południe, w stronę wąwozu na końcu do­li­ny. Pod­czas mar­szu rozglądał się dokoła, wszyst­ko go cie­ka­wiło, ale nie zwol­nił, póki nie do­tarł do prze­pu­stu. To właśnie tam ten węższy stru­myk, który naj­pierw wpa­da do sta­wu, a po­tem z nie­go wypływa, zagłębia się we wznie­sie­nie (to chy­ba początek końca do­li­ny), skręca w pra­wo i łączy się z Bur­den Cre­ek.

W tym miej­scu mężczy­zna się za­trzy­mał. Chy­ba do­tarło do nie­go, że w do­li­nie są dwa różne stru­mie­nie i że to nie Bur­den Cre­ek two­rzy staw. Jeśli spoj­rzeć uważnie, to właśnie tu­taj, gdzie się łączą, różnica jest bar­dzo wyraźna. Spraw­dzałam to wie­lo­krot­nie. Na­wet na ostat­nich me­trach w węższej rzecz­ce wciąż jest życie - strze­ble, ki­jan­ki, owa­dy (skocz­ki), zie­lo­ny mech na ka­mie­niach. W Bur­den Cre­ek w ogóle go nie ma, a gdy się już spo­tkają, woda aż do wąwozu jest przej­rzy­sta i mar­twa.

Nie wiem, czy on to wszyst­ko za­uważył, ale długo wpa­try­wał się w stru­myk, schy­lił się na­wet i oparł na dłoniach. Jeśli za­uważył, to na pew­no zaczął się mar­twić. Może właśnie wte­dy źle się po­czuł. Wkrótce miał się po­czuć bar­dzo źle.

Tak czy siak, zmar­twio­ny czy nie, po kil­ku mi­nu­tach pod­niósł się i ru­szył da­lej. Szedł równie ener­gicz­nie, jak do tej pory. Po kwa­dran­sie zbliżył się do końca do­li­ny i początku mar­two­ty. Da­lej dro­ga wie­dzie do go­spo­darstw amiszów.

On oczy­wiście tego nie wie­dział. Właści­wie, o ile się o tym nie wie, trud­no uwie­rzyć, że na południo­wym krańcu jest ja­kieś wyjście z do­li­ny. To dla­te­go, że wąwóz ma kształt bar­dzo dużej li­te­ry "S", więc aż do ostat­niej chwi­li człowiek sądzi, że do­cho­dzi do skal­nej ścia­ny porośniętej drze­wa­mi. Po­tem dro­ga (i stru­myk, który płynie obok niej) gwałtow­nie skręca w pra­wo, w lewo, zno­wu w pra­wo. Prze­bi­ja się przez wzgórze ni­czym tu­nel, w ogóle się nie wznosząc.

Z ko­lei po prze­ciw­nej stro­nie znaj­du­je się Bur­den Hill, więc w re­zul­ta­cie do­li­na jest kom­plet­nie od­gro­dzo­na. Kie­dyś mówiło się, że pa­nu­je tu na­wet inna po­go­da - nig­dy nie wpa­dał tu­taj wiatr z zewnątrz.

Kie­dy mężczy­zna do­tarł do wąwozu, stra­ciłam go z oczu - z mo­je­go punk­tu ob­ser­wa­cyj­ne­go na sto­ku nie da się zaj­rzeć w głąb. Jed­nak od­ci­nek dro­gi biegnącej przez wąwóz ma tyl­ko kil­ka­set metrów, więc wie­działam, że mężczy­zna wkrótce znów się po­ja­wi. Gdy zo­ba­czy martwą zie­mię po dru­giej stro­nie, zawróci. Bez ska­fan­dra nie mógł zapuścić się da­lej.

Usiadłam na słońcu i cze­kałam, przyglądając się kra­jo­bra­zo­wi w dole: wąskiej, ciem­nej dro­dze, która biegła pro­sto, rzecz­ce, która wiła się obok niej, i prze­ciw­nej stro­nie do­li­ny, znaj­dującej się już bli­sko, wznoszącej się łagod­nie, porośniętej dębami oraz bu­ka­mi - sta­ry­mi drze­wa­mi, które rzu­cały czar­ne cie­nie. Wyżej znaj­duje się sza­ra skała. Kie­dyś się tam wspi­na­liśmy, bo nie jest aż tak stro­ma, jak wy­da­je się z da­le­ka. Była go­dzi­na je­de­na­sta i zno­wu zro­biło się dość ciepło. Za mną słodko pach­niały krza­ki jeżyn, a wśród kwiatów bzy­czały psz­czoły. W ta­kich chwi­lach bra­ku­je mi śpie­wu ptaków.

Mężczy­zna mu­siał na dłużej za­trzy­mać się przy końcu wąwozu, może od­po­czy­wał, a może się rozglądał, bo wyłonił się do­pie­ro po dwu­dzie­stu mi­nu­tach. Ru­szył w stronę domu nie­co wol­niej­szym kro­kiem.

Mniej więcej w połowie tra­sy wresz­cie to się stało: za­trzy­mał się, szyb­ko usiadł pośrod­ku dro­gi i zaczął wy­mio­to­wać. Sie­dział tak przez kil­ka mi­nut, prze­chy­lo­ny na bok i wspar­ty na jed­nej ręce. Szar­pały nim tor­sje. Po­tem wstał i ru­szył da­lej.

Powtórzyło się to jesz­cze trzy razy, a po tym ostat­nim za­ta­czał się, ciągnąc strzelbę po zie­mi. Kie­dy w końcu do­brnął do na­mio­tu, wczołgał się do środ­ka. Już stamtąd nie wy­szedł. Zbliżył się Faro, te­raz już odważniej­szy. Powąchał wlot na­mio­tu, na­wet za­mer­dał ogo­nem, a po­tem usiadł obok pu­ste­go ta­le­rza.

Ale mężczy­zna go nie na­kar­mił. Nie roz­pa­lił ogni­ska ani nie zjadł ko­la­cji. Może rano po­czu­je się le­piej.

3

nadal 24 maja

Te­raz jest noc.

Ten człowiek jest w moim domu.

A może nie w domu, lecz przed nim, w małym pla­sti­ko­wym na­mio­cie, który tam po­sta­wił. Nie mam pew­ności, bo zro­biło się za ciem­no, żeby wi­dzieć wyraźnie. Ob­ser­wuję z ja­ski­ni, ale jego ogni­sko - roz­pa­lo­ne obok domu, w ogro­dzie - już zgasło. Roz­pa­lił je moim drew­nem.

Zszedł z Bur­den Hill po południu. Wdra­pałam się tu­taj, żeby mieć do­bry wi­dok. Wcześniej zjadłam obiad i prze­brałam się z po­wro­tem w dżinsy. Po­sta­no­wiłam się nie po­ka­zy­wać. Za­wsze jesz­cze mogę zmie­nić zda­nie.

Cie­ka­wa byłam, co zro­bi, kie­dy wej­dzie na szczyt wzgórza. Mu­siał przy­pusz­czać, choć nie mógł mieć pew­ności, że zbliża się do miej­sca, w którym wciąż coś żyje. Jak wspo­mniałam, z Clay­po­le Rid­ge widać do­linę, ale nie za do­brze - to wciąż dość da­le­ko. Zresztą może kie­dyś już się na­brał. Może myślał, że to złudze­nie.

Szczyt wzgórza jest płaski. Dro­ga przez ja­kieś sto metrów bie­gnie po­zio­mo, a do­pie­ro po­tem opa­da ku do­li­nie. Od połowy tego od­cin­ka widać już wszyst­ko: rzekę, dom, sto­dołę, drze­wa, łąkę. To był za­wsze mój ulu­bio­ny wi­dok, pew­nie dla­te­go, że ozna­czał powrót do domu. Mamy te­raz wiosnę, więc dokoła pełno świeżej zie­le­ni.

Kie­dy mężczy­zna do­tarł do tego miej­sca, za­trzy­mał się. Wypuścił dy­szel wózka i przez mi­nutę tyl­ko pa­trzył. Po­tem zbiegł drogą, ma­chając rękami. W ska­fan­drze po­ru­szał się bar­dzo nie­zdar­nie. Do­padł do przy­drożnego drze­wa, przy­ciągnął naj­bliższą gałąź, ze­rwał parę liści i przy­cisnął je do szkla­nej ma­ski. Domyślałam się, co myśli: "Czy one są praw­dzi­we?".

Ob­ser­wo­wałam go ze ścieżki w le­sie leżącej nie­zbyt wy­so­ko na zbo­czu wzgórza. Miałam ze sobą strzelbę. Nie wie­działam, czy pod tą maską on coś słyszy, ale nie ru­szałam się i nie hałaso­wałam.

Na­gle szarpnął za maskę, za zapięcie z tyłu, jak­by za­mie­rzał ją ściągnąć. Nie wi­działam dotąd jego twa­rzy, a je­dy­nie szklaną szybkę, więc pa­trzyłam uważnie. Po­tem się po­wstrzy­mał i pod­biegł z po­wro­tem do wózka. Odpiął z jed­nej stro­ny pla­sti­kową po­krywę i trochę ją uchy­lił. Włożył rękę pod spód i wyciągnął jakiś szkla­ny przed­miot - rurkę z me­ta­lo­wym prętem, przy­po­mi­nającą ogrom­ny ter­mo­metr. Urządze­nie miało po­ten­cjo­metr albo wskaźnik - z tej od­ległości nie wi­działam wyraźnie, ale mężczy­zna pod­niósł je na wy­so­kość twa­rzy i po­wo­li ob­ra­cał, bacz­nie mu się przyglądając. Zno­wu pod­szedł do drze­wa, cały czas patrząc na pręt. Po­chy­lił się, zbliżył go do dro­gi, po czym uniósł wy­so­ko w górę. A po­tem znów wrócił do wózka.

Wyjął stamtąd ko­lej­ne urządze­nie, po­dob­ne do tego pierw­sze­go, ale większe. Później wyciągnął coś czar­ne­go, okrągłego - to była słuchaw­ka, z której zwi­sał przewód. Podłączył go do urządze­nia, po czym zbliżył słuchawkę do ma­ski, do ucha. Zro­zu­miałam, co robi: spraw­dza działanie jed­ne­go sprzętu za po­mocą dru­gie­go. Już wie­działam, co to jest. Czy­tałam o ta­kich urządze­niach, ale nig­dy nie wi­działam ich na własne oczy: to wy­kry­wa­cze pro­mie­nio­wa­nia, licz­ni­ki Ge­ige­ra. Mężczy­zna ru­szył drogą, tym ra­zem za­szedł dużo da­lej - po­ko­nał pra­wie ki­lo­metr, cały czas wpa­trzo­ny w je­den licz­nik i wsłucha­ny w dru­gi.

Po­tem zdjął maskę i krzyknął.

Prze­stra­szyłam się, więc od­sko­czyłam. Zaczęłam biec, a po­tem przy­stanęłam. Nie krzy­czał na mnie, wi­wa­to­wał, wrzesz­czał jak lu­dzie na me­czu fut­bo­lo­wym. Nie usłyszał mnie (na szczęście). Jego krzyk poniósł się echem w głąb do­li­ny, a ja stałam całkiem nie­ru­cho­mo, cho­ciaż ser­ce mi waliło - tak daw­no nie słyszałam żad­ne­go głosu poza własnym, kie­dy cza­sem śpie­wam.

Po­tem za­padła ci­sza. Mężczy­zna przyłożył dłonie do ust i krzyknął jesz­cze raz, kie­rując głos w dół wzgórza. Tym ra­zem wołał, bar­dzo głośno:

- Jest tu kto?!

Zno­wu roz­legło się echo. Kie­dy umilkło, od­niosłam dziw­ne wrażenie, że zro­biło się jesz­cze ci­szej niż daw­niej. Człowiek tak bar­dzo przy­zwy­cza­ja się do ci­szy, że prze­sta­je zwra­cać na nią uwagę. Ale głos mężczy­zny był ładny, moc­ny. Przez mi­nutę już pra­wie zmie­niłam zda­nie. To był nagły, gwałtow­ny przypływ: chciałam zbiec ze wzgórza przez las i krzy­czeć: "Tu­taj je­stem". Chciałam się rozpłakać i do­tknąć jego twa­rzy. Ale w porę się opa­no­wałam, więc sie­działam ci­cho. Odwrócił się, a ja pod­niosłam lor­netkę do oczu. Ma­sze­ro­wał z po­wro­tem do swe­go wózka. Ma­ska zwi­sała mu na ple­cach jak kap­tur.

Miał brodę i długie, ciem­ne włosy. Przede wszyst­kim jed­nak zwróciłam uwagę na to, jaki był bla­dy. Przy­wykłam do opa­le­ni­zny swo­ich dłoni i ra­mion, wi­działam jed­nak fo­to­gra­fie górników, którzy całe dnie pra­cują pod zie­mią. On właśnie tak wyglądał. Jego twarz, jeśli do­brze wi­działam, była wąska i pociągła. Miał spo­ry nos. Te jego długie włosy, bro­da oraz bla­dość spra­wiały, że wyglądał dość dzi­ko, ale jed­no­cześnie - muszę przy­znać - trochę po­etyc­ko. Nie ko­ja­rzył się z oka­zem zdro­wia, był chu­dy.

Wrócił do wózka, po dro­dze często oglądając się przez ramię w kie­run­ku mo­je­go domu. Pew­nie myślał: "Może tam ktoś jest, może stąd mnie nie słychać?". Miał rację. Z czub­ka wzgórza do domu jest pra­wie półtora ki­lo­me­tra. Jed­no z urządzeń scho­wał pod pla­sti­ko­we przy­kry­cie, a po­tem zro­bił coś za­ska­kującego: wyjął broń i położył na wierz­chu, jak­by chciał ją mieć pod ręką. Zo­sta­wił też dru­gi licz­nik, ten ze słuchawką. Po­tem dźwignął dy­szel i ru­szył w dół wzgórza. Kie­dy zro­biło się stro­mo, wy­ko­nał obrót - te­raz wózek je­chał przo­dem, a on go przy­trzy­my­wał. Co ja­kieś piętnaście metrów sta­wiał wózek bo­kiem, przy­sta­wał, a po­tem przykładał słuchawkę do ucha. Poza tym jesz­cze dwu­krot­nie zawołał.

W ta­kim po­wol­nym tem­pie do­tarł na sam dół około sie­dem­na­stej (według mo­je­go ze­gar­ka), a do domu - równo o zmierz­chu. Wróciłam górną ścieżką do ja­ski­ni, gdzie te­raz je­stem, i ob­ser­wo­wałam go przez lor­netkę.

Kie­dy zna­lazł się przed do­mem, zo­sta­wił wózek w ogródku. Całe szczęście, że nie zdążyłam sko­sić tra­wy - zeszłego lata uznałam, że nie będę na­wet próbować, więc wy­rosła do ko­lan i jest tam spo­ro chwastów. Mężczy­zna zaczął się dziw­nie za­cho­wy­wać, po­ru­szał się bar­dzo ostrożnie. Za­miast ru­szyć do drzwi, ob­szedł dom dokoła i zaj­rzał w każde okno. Trzy­mał się na od­ległość, jak­by się bał albo nie chciał, żeby go za­uważono. W końcu wrócił do drzwi i ode­zwał się tak samo jak wcześniej:

- Jest tu kto?

Tym ra­zem nie krzy­czał już tak głośno, jak­by wie­dział, że nie do­cze­ka się od­po­wie­dzi. Na pew­no już to prze­ra­biał. Nie pu­kając, otwo­rzył drzwi i wszedł do środ­ka. Zaczęłam się de­ner­wo­wać. Czy coś tam zo­sta­wiłam? Pół wia­dra świeżej wody? Jaj­ko na półce? Wie­le rze­czy przy­cho­dziło mi na myśl. Każda by mnie zdra­dziła. Ale chy­ba nie zo­sta­wiłam ni­cze­go.

Po około dwu­dzie­stu mi­nu­tach wy­szedł. Wy­da­wał się trochę zdzi­wio­ny. Stał przed drzwia­mi, pa­trzył na drogę, roz­myślał. Ru­szył w jej kie­run­ku, a po­tem naj­wi­docz­niej zmie­nił zda­nie. Pew­nie za­mie­rzał udać się do skle­pu i kościoła. Nie widać ich z domu, ale oczy­wiście za­uważył je ze szczy­tu wzgórza, więc wie­dział, gdzie są. W każdym ra­zie za­miast tego spoj­rzał w nie­bo. Zaszło już słońce i robiło się ciem­no, dla­te­go wrócił do swo­je­go wózka i uniósł przy­kry­cie. Tym ra­zem wyciągnął stamtąd kil­ka różnych przed­miotów, w tym spo­ry kwa­dra­to­wy pa­ku­nek, który roz­winął i roz­sta­wił - to był właśnie na­miot.

Naj­wi­docz­niej wyj­rzał przez okno, kie­dy był w kuch­ni, i za­uważył dre­wut­nię, bo ob­szedł dom do­okoła i przy­niósł so­bie trochę drew­na na ogni­sko. Kie­dy je roz­pa­lił, wyjął z wózka jesz­cze więcej rze­czy. W bla­sku płomie­ni słabo wi­działam, zro­biło się już całkiem ciem­no, ale po chwi­li zo­rien­to­wałam się, że coś go­tu­je. Po posiłku długo sie­dział przy ogni­sku, aż w końcu po­wo­li zgasło. Jak już wspo­mniałam, nie­wie­le było widać, ale chy­ba wte­dy wszedł do na­mio­tu. Wy­da­je mi się, że zasnął. Mógł spędzić noc w domu, ale pew­nie jest nie­uf­ny. Przy­pusz­czam, że ten zie­lo­ny pla­stik - na ska­fan­drze, na­mio­cie, wózku - to coś, co po­wstrzy­mu­je promie­niowanie.

Te­raz wrócę do ja­ski­ni i pójdę spać. Nadal się boję. A jed­nak to - szu­kam od­po­wied­nie­go słowa - sym­pa­tycz­ne mieć świa­do­mość, że w do­li­nie jest ktoś jesz­cze.

25 maja

Chy­ba popełnił błąd. Nie je­stem pew­na. A jeśli to był błąd, to nie wiem, jak bar­dzo poważny. Mar­twię się, bo chy­ba mogłam go po­wstrzy­mać, cho­ciaż nie wiem jak. Mu­siałabym się ujaw­nić.

Kie­dy rano wyszłam z ja­ski­ni, bar­dzo ostrożnie, na czwo­ra­kach i z po­chy­loną głową, on był już na no­gach, choć do­pie­ro wzeszło słońce. Właśnie składał na­miot. Po­tem scho­wał go do wózka, a wte­dy bar­dzo szyb­ko wy­da­rzyło się kil­ka rze­czy.

Naj­pierw gdzieś zza za­gro­dy dla dro­biu za­gda­kała kura. Oczy­wiście zniosła jaj­ko. Nie­mal na­tych­miast za­piał ko­gut. Z od­da­li, jak­by w od­po­wie­dzi, za­ry­czała kro­wa, bar­dzo głośno i prze­ciągle. Mężczy­zna wypuścił z ręki pa­tel­nię i zaczął nasłuchi­wać. Wyglądał na oszołomio­ne­go, jak­by nie wie­rzył własnym uszom. Pew­nie nie słyszał zwierząt od po­nad roku.

Stał tak przez mi­nutę, nasłuchując, pa­trzył przed sie­bie i roz­myślał. Po­tem wziął się do ro­bo­ty. Zno­wu wyciągnął czuj­nik pro­mie­nio­wa­nia, ten mniej­szy, i mu się przyj­rzał. Nadal miał na so­bie ska­fan­der, choć już bez hełmu. Szarpnął zapięcie na ręka­wach i zdjął ręka­wi­ce. Sięgnął w głąb wózka. Wyjął jesz­cze jedną broń, większą, pew­nie woj­skową. To chy­ba ka­ra­bin, w dol­nej części ma kan­cia­sty ma­ga­zy­nek. Spoj­rzał na tę broń, a po­tem scho­wał ją z po­wro­tem i wszedł do na­mio­tu po tę mniejszą. To strzel­ba ka­li­ber 5,7 mm, tak jak moja, tyl­ko że z ry­glem, a moją przełado­wu­je się pompką. Po­szedł z nią do za­gro­dy dla dro­biu.

Na­tu­ral­nie kur tam nie było, bo kie­dy je wy­go­niłam, to za­mknęłam furtkę. Ale część zo­stała w po­bliżu - wie­działam, że tak będzie, bo właśnie tam je kar­mię. Nie wie­działam, co on robi, po­nie­waż między do­mem a ogro­dze­niem rosną duże krze­wy (bez i for­sy­cja). Jed­nak po chwi­li usłyszałam huk wy­strzału, a po paru mi­nu­tach wrócił z martwą kurą. Jedną z mo­ich kur!

Oczy­wiście trud­no mieć do nie­go pre­tensję. Nie wiem, ja­kie je­dze­nie ma w swo­im wózku, ale na pew­no nie jest to świeże mięso ani w ogóle nic świeżego. Dla­te­go ro­zu­miem, że zgłod­niał na samą myśl o ku­rach. (Pew­nie za parę dni cze­ka mnie to samo). Ale do kur się nie strze­la. Ja też je jem, tak jak je­dliśmy je za­wsze, ale nie oddałam ani jed­ne­go strzału. Ostat­nio strze­lałam jesz­cze przed wojną.

Położył kurę na wózku, a po­tem nie osku­bał jej ani nie oczyścił, lecz od razu ru­szył drogą w stronę skle­pu i kościoła - oraz krów. Za­brał ze sobą tę mniejszą strzelbę, a także szklaną rurkę.

Uznałam, że przy­najm­niej pierw­sze­go dnia po­win­nam mieć go na oku - dopóki le­piej nie po­znam jego zwy­czajów. Dla­te­go zno­wu wy­brałam się zna­jomą ścieżką przez las, biegnącą mniej więcej w dwóch trze­cich wy­so­kości zbo­cza. Dzięki temu mogłam go ob­ser­wo­wać z bliższej od­ległości. Miałam lep­szy wi­dok niż z ja­ski­ni, skąd nie widać długich od­cinków dro­gi, bo zasłaniają je drze­wa. Wzięłam lor­netkę oraz broń.

Od razu zo­ba­czył kro­wy, gdy tyl­ko minął sto­dołę i płot. Stały przy sta­wie, na od­ległym polu. Oj­ciec kie­dyś upra­wiał tam owies, ale zeszłej wio­sny na szczęście za­siał ko­strzewę. Kro­wy ra­zem z cie­la­kiem pasły się spo­koj­nie. Znaj­do­wały się na wol­ności, ale tak jak przy­pusz­czałam, nie od­da­liły się od domu. Kie­dy mężczy­zna po­szedł w ich stronę, uciekły, cho­ciaż nie­zbyt da­le­ko. Kro­wy po­tra­fią rozróżniać lu­dzi, lecz rze­czy­wiście nie­zbyt się tym przej­mują.

Ru­szył za nimi, a po­tem zmie­nił zda­nie i zbliżył się do sta­wu. Spoj­rzał na wodę, naj­pierw z pew­nej od­ległości, a po­tem, za­cie­ka­wio­ny, przyklęknął i zbliżył twarz do ta­fli. Wie­działam, że przygląda się strze­blom - za­wsze jest ich trochę przy brze­gu. Wyjął szkla­ny czuj­nik i zbliżył go do po­wierzch­ni sta­wu, a po­tem za­nu­rzył. Następnie na­brał wody w dłonie i spróbował. Była smacz­na - wiem o tym, bo sta­le ją piję, choć ja czer­pię ją ze stru­mie­nia na prze­ciw­ległym końcu. Wi­działam, że ma ochotę krzy­czeć z radości.

Po­szedł da­lej. Do kościoła, gdzie spędził kil­ka mi­nut. Do skle­pu, gdzie zo­stał na znacz­nie dłużej. Nie wie­działam, co tam robił - pew­nie spraw­dzał zna­le­zio­ne ar­ty­kuły za po­mocą licz­ni­ka. Wy­szedł z ja­kimś pudłem, chy­ba były w nim­kon­ser­wy. Da­lej się nie za­pusz­czał, ze skle­pu zawrócił do domu. Niósł pudło, strzelbę oraz licz­nik, więc był ob­ju­czo­ny.

Po dro­dze na­gle od­sta­wił kar­ton, uniósł broń i wy­strze­lił w krza­ki przy dro­dze. Może zo­ba­czył królika. W do­li­nie jest ich spo­ro, są też wie­wiórki. Zniknęły za to pra­wie wszyst­kie pta­ki z wyjątkiem kil­ku wron, które, jak widać, miały dość ro­zu­mu, żeby tu zo­stać. Inne pta­ki, ru­chli­we jak to one, wy­le­ciały w mar­twotę i zginęły. Mężczy­zna chy­ba nie tra­fił.

Była już pra­wie je­de­na­sta. Ja­sne słońce wi­siało wy­so­ko na nie­bie, a dzień zro­bił się ciepły. Mężczy­zna cały czas cho­dził w ska­fan­drze i dźwigał spo­ry ciężar. Wi­działam, że musi mu być gorąco - dwu­krot­nie przy­sta­wał na od­po­czy­nek i od­sta­wiał pudło. Właśnie dla­te­go, kie­dy wrócił do domu, popełnił błąd. Wykąpał się w Bur­den Cre­ek, tym mar­twym stru­mie­niu.

Naj­pierw położył kar­ton na wózku i zaczął wyj­mo­wać rze­czy. Tak jak przy­pusz­czałam, były to głównie kon­ser­wy, ale także kil­ka ko­stek mydła - roz­po­znałam nie­bie­skie opa­ko­wa­nia. Po­tem, ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, zdjął ubra­nie ochron­ne. Po pro­stu roz­piął su­wak z przo­du, ściągnął ska­fan­der z nóg i wy­szedł z nie­go. Pod spodem nosił bar­dzo cien­ki i lek­ki nie­bie­ski kom­bi­ne­zon. Ple­cy oraz ra­mio­na miał mo­kre od potu.

Po­tem, choć do tej pory był taki czuj­ny, za­cho­wał się nie­ostrożnie. Ro­zu­miem, dla­cze­go to zro­bił. Nie zna rozkładu do­li­ny, więc sądził, że to cały czas ten sam stru­mień. Nie wie­dział, że są tu dwa różne, a prze­cież wi­dział już żywe ryby. Był zgrza­ny, i pew­nie daw­no się nie kąpał, więc złapał mydło i prze­biegł przez drogę. Zdjął nie­bie­ski kom­bi­ne­zon, a po­tem z plu­skiem wsko­czył do wody. Gdy­by nie był taki nie­cier­pli­wy, mógłby za­uważyć, że tam nie ma ryb, a wzdłuż obu brzegów bie­gnie półme­tro­wy pas mar­twej tra­wy. Usy­cha też spo­ro po­bli­skich drzew. Ale nie za­uważył. Długo nie wy­cho­dził ze stru­my­ka.

Jak wspo­mniałam, nie wiem, jak poważny był to błąd. Nie orien­tuję się, co jest nie tak z wodą. W głębi do­li­ny stru­myk łączy się z dru­gim, tym od sta­wu, i przez wąwóz wypływają już ra­zem. Za punk­tem, w którym się sty­kają, są mar­twe - spraw­dzałam to wie­le razy, po­nie­waż sądziłam, że sko­ro minęło tyle cza­su, może woda w Bur­den Cre­ek zno­wu na­da­je się do pi­cia. Ale nie wpływają tam ryby, a jeśli wpływają, to zdy­chają i prąd nie­sie je da­lej. Może gdy­by mężczy­zna wziął ze sobą tę szklaną rurkę, to prze­ko­nałby się, że woda jest ra­dio­ak­tyw­na. Ale nie wiem tego z całą pew­nością - nie mam pojęcia, co ją za­truło. Pod ko­niec woj­ny w ra­diu mówili, że nie­przy­ja­ciel użył gazu, bak­te­rii i "in­nej bro­ni ma­so­we­go rażenia". Więc mogło to być wszyst­ko. Nie mam wy­bo­ru: muszę cze­kać i pa­trzeć, co będzie da­lej. Mam na­dzieję, że to go nie za­bi­je.

1

20 maja

Boję się.

Ktoś się zbliża.

To zna­czy tak mi się wy­da­je, choć nie mam pew­ności i modlę się, żeby to nie była praw­da. Weszłam dziś do kościoła i mo­dliłam się przez cały ra­nek. Po­kro­piłam wodą przed ołta­rzem i położyłam tam kwia­ty, fiołki i dereń.

Ale widzę dym. Widzę go już od trzech dni, ale jest in­a­czej niż po­przed­nio. Wte­dy, w zeszłym roku, wzbił się ol­brzy­mią chmurą bar­dzo da­le­ko stąd, a po­tem wi­siał na nie­bie przez dwa ty­go­dnie. To był pożar mar­twe­go lasu. Później zaczął padać deszcz, więc dym zniknął. Te­raz na­to­miast jest to wąski słup i nie sięga zbyt wy­so­ko.

Dym po­ja­wił się trzy razy, za­wsze późnym popołudniem. Nocą go nie widzę, a rano już go nie ma. Ale po południu znów się po­ja­wia i za każdym ra­zem jest bliżej. Naj­pierw wzno­sił się zza Clay­po­le Rid­ge, wi­działam tyl­ko sam czu­bek, nie­wy­raźną smużkę. Myślałam, że to chmu­ra, ale miała niewłaściwy ko­lor, była zbyt sza­ra, więc pomyślałam so­bie: prze­cież nig­dzie nie ma chmur. Wzięłam lor­netkę. Oka­zało się, że smu­ga jest wąska i pro­sta - to dym nie­wiel­kie­go ogni­ska. Kie­dy jeździ­liśmy pi­ka­pem, do Clay­po­le Rid­ge było dwa­dzieścia pięć ki­lo­metrów, cho­ciaż wygląda, jak­by to było bliżej. A dym wyłaniał się właśnie zza tego wznie­sie­nia.

Ja­kieś piętnaście ki­lo­metrów za Clay­po­le Rid­ge leży Ogden­town. Jed­nak w Ogden­town nie ma już żywych lu­dzi.

Wiem o tym, bo kie­dy skończyła się woj­na i te­le­fo­ny prze­stały działać, mój oj­ciec, mój brat Jo­seph i ku­zyn Da­vid po­je­cha­li pi­ka­pem, żeby spraw­dzić, co się stało. Naj­pierw wy­bra­li się do Ogden­town. Wy­ru­szy­li wcze­snym ran­kiem. Jo­seph i Da­vid byli pod­nie­ce­ni, ale oj­ciec miał poważną minę.

Kie­dy wrócili, było już ciem­no. Mat­ka się mar­twiła - nie było ich prze­cież tak długo - więc ode­tchnęliśmy z ulgą, gdy w końcu nad Bur­den Hill, dzie­sięć ki­lo­metrów stąd, błysnęły re­flek­to­ry ich auta.

Wyglądały jak światła la­tar­ni mor­skiej. To było je­dy­ne światło w oko­li­cy, oczy­wiście z wyjątkiem domu, przez cały dzień nie je­chały tędy inne sa­mo­cho­dy. Wie­dzie­liśmy, że to oni, bo je­den re­flek­tor, ten lewy, za­wsze mi­go­tał na nierównościach. Zaje­chali przed dom i wy­sie­dli. Chłopcy nie byli już pod­nie­ce­ni. Wyglądali na prze­stra­szo­nych, a oj­ciec wy­da­wał się cho­ry. Może rze­czy­wiście na­ba­wił się cho­ro­by, ale chy­ba przede wszyst­kim był zde­ner­wo­wa­ny.

Mat­ka po­deszła do nie­go, gdy scho­dził z pi­ka­pa.

- Co zna­leźliście?

- Ciała - od­parł. - Tyl­ko ciała. Wszy­scy nie żyją.

- Wszy­scy?

We­szliśmy do domu, gdzie paliły się lam­py. Obaj chłopcy szli za nami i nic nie mówili. Oj­ciec usiadł.

- To strasz­ne - po­wie­dział, a po­tem powtórzył: - Strasz­ne, strasz­ne. Jeździ­liśmy w kółko, rozglądaliśmy się. Trąbiliśmy. Po­tem po­szliśmy do kościoła i ude­rzy­liśmy w dzwon. Słychać go w pro­mie­niu ośmiu ki­lo­metrów. Cze­ka­liśmy dwie go­dzi­ny, ale nikt nie przy­szedł. We­szliśmy do kil­ku domów: do John­sonów, do Pe­tersów. Zna­leźliśmy ich tam, wszy­scy nie żyją. Na uli­cach leżały mar­twe pta­ki.

Mój brat Jo­seph zaczął płakać. Miał czter­naście lat. Chy­ba nie słyszałam, żeby płakał, odkąd skończył osiem.

21 maja

Jest co­raz bliżej. Dziś był pra­wie na szczy­cie grzbie­tu, ale nie­zu­pełnie, bo przez lor­netkę nie wi­działam ognia, a je­dy­nie dym - uno­sił się bar­dzo szyb­ko i nie­zbyt wy­so­ko nad zie­mią. Wiem, gdzie jest - na roz­sta­ju dróg. Za­raz za szczy­tem wznie­sie­nia naszą drogę prze­ci­na Dean Town Road, czy­li szo­sa biegnąca ze wscho­du na zachód. To szo­sa nu­mer 9, dro­ga sta­no­wa, szer­sza od na­szej dro­gi lo­kal­nej nu­mer 793. On się tam za­trzy­mał, a te­raz roz­myśla, czy ru­szyć dzie­wiątką, czy może prze­ciąć grzbiet. Piszę: "on", bo tak o nim myślę, choć może to "oni" albo na­wet "ona". Ale myślę, że jed­nak "on". Jeżeli wy­bie­rze szosę, znik­nie stąd i zno­wu wszyst­ko będzie do­brze. Po co miałby tu wra­cać? Ale jeśli prze­tnie grzbiet, na pew­no tu zej­dzie, bo zo­ba­czy zie­lo­ne liście. Po dru­giej stro­nie grzbie­tu, na­wet po dru­giej stro­nie Bur­den Hill, nie ma liści. Tam wszyst­ko jest mar­twe.

Muszę wyjaśnić kil­ka rze­czy. Po pierw­sze, dla­cze­go się boję. Po dru­gie, dla­cze­go piszę w tym ze­szy­cie ze skle­pu państwa Kle­inów, który stoi przy dro­dze półtora ki­lo­me­tra stąd.

Ze­szyt i za­pas długo­pisów wzięłam stamtąd w lu­tym. Prze­stała już wte­dy nada­wać ostat­nia sta­cja ra­dio­wa, którą wcześniej słyszałam bar­dzo słabo i tyl­ko nocą. Mil­czała od mniej więcej trzech czy czte­rech mie­sięcy. Piszę: "mniej więcej" - i między in­ny­mi właśnie po to mi ten ze­szyt - stwier­dziłam, że za­po­mi­nam, kie­dy wy­da­rzyły się różne rze­czy, a cza­sem nie wiem na­wet, czy w ogóle się wy­da­rzyły. Poza tym pomyślałam, że kie­dy za­cznę pisać, to będzie trochę tak, jak­bym miała z kim roz­ma­wiać, a gdy to po­tem prze­czytam, to tak, jak­by ktoś mówił do mnie. Ale tak na­prawdę nie­wie­le dotąd na­pi­sałam, bo nie miałam o czym.

Cza­sa­mi no­tuję, jaka była po­go­da, zwłasz­cza gdy przyszła bu­rza albo stało się coś nie­zwykłego. Za­pi­suję, kie­dy za­sa­dziłam coś w ogro­dzie, bo pomyślałam, że taka wie­dza przy­da mi się w przyszłym roku. Zwy­kle jed­nak nie piszę nic, po­nie­waż pra­wie każdy dzień jest taki sam jak po­przed­ni, a poza tym cza­sem myślę: po co w ogóle coś pisać, sko­ro nikt tego nie prze­czy­ta? Wte­dy mówię so­bie: kie­dyś, za parę lat, sama to prze­czy­tasz. Byłam pew­na, że je­stem ostat­nim człowie­kiem na świe­cie.

Ale te­raz mam o czym pisać. Myliłam się. Nie zo­stałam sama na świe­cie. Cieszę się, a jed­no­cześnie się boję.

Z początku, kie­dy wszy­scy ode­szli, sa­mot­ność była okrop­na. Całe dnie i przez większość nocy wpa­try­wałam się w drogę z na­dzieją, że zza wzgórza wresz­cie wyłoni się jakiś sa­mochód albo w ogóle kto­kol­wiek. Wciąż miałam sny, że ktoś tędy prze­je­chał, nie wiedząc, że tu je­stem. Bu­dziłam się i pędziłam na drogę, wyglądałam zni­kających tyl­nych świa­teł auta. Mijały ty­go­dnie i jed­na po dru­giej milkły ko­lej­ne sta­cje ra­dio­we. Kie­dy za­milkła ostat­nia, kie­dy nie ode­zwała się więcej, zro­zu­miałam, że nie po­ja­wi się tu już nikt, żaden sa­mochód. Oczy­wiście naj­pierw myślałam, że to w moim od­bior­ni­ku wyłado­wały się ba­te­rie, dla­te­go wzięłam nowe ze skle­pu. Wypróbowałam je w la­tar­ce, stąd wie­działam, że to sta­cja nie na­da­je.

W każdym ra­zie mężczy­zna z ostat­niej ra­dio­sta­cji po­wie­dział, że musi prze­rwać, bo za­brakło prądu. Po­wta­rzał w kółko swoją długość i sze­ro­kość geo­gra­ficzną, cho­ciaż wca­le nie był na stat­ku, tyl­ko na lądzie, gdzieś pod Bo­sto­nem. Mówił też inne rze­czy, które wca­le mi się nie po­do­bały. Dla­te­go zaczęłam roz­myślać. Wy­obraźmy so­bie, że zza wzgórza nad­je­dzie sa­mochód, a ja wy­biegnę mu na spo­tka­nie - co będzie, jeśli jego kie­row­ca okaże się sza­lo­ny? Albo jeśli to ktoś podły, a na­wet okrut­ny, bru­tal­ny? Jeśli to mor­der­ca? Co mogłabym wte­dy zro­bić? Tak na­prawdę to ten człowiek z ra­dia pod ko­niec też robił wrażenie sza­lo­ne­go. Bał się - w jego oko­li­cy zo­stało nie­wie­lu lu­dzi i bar­dzo mało je­dze­nia. Mówił, że lu­dzie po­win­ni za­cho­wać god­ność na­wet w ob­li­czu śmier­ci i że nikt nie jest lep­szy od in­nych. Błagał na an­te­nie i wi­działam, że dzie­je się tam coś strasz­ne­go. Raz na­wet prze­stał nad sobą pa­no­wać i zaczął płakać.

Dla­te­go podjęłam de­cyzję: jeśli ktoś się po­ja­wi, to za­nim się ujaw­nię, do­wiem się, kto to jest. Na­dzie­ja, że ktoś tu­taj przyj­dzie, kie­dy pa­nują cy­wi­li­zo­wa­ne wa­run­ki, a wkoło są inni lu­dzie - to jed­no. Lecz gdy nie ma ni­ko­go, wygląda to zupełnie in­a­czej. Stop­nio­wo to zro­zu­miałam. Ist­nieją spra­wy gor­sze niż sa­mot­ność. Kie­dy to pojęłam, zaczęłam prze­no­sić swo­je rze­czy do ja­ski­ni.

22 maja

Dziś po południu zno­wu po­ja­wił się dym, w tym sa­mym miej­scu, gdzie wczo­raj. Wiem, co on (ona? oni?) robi. Przy­szedł z północy. Te­raz roz­bił obóz na roz­drożu i bada szosę nu­mer 9, Dean Town Road, na wschód oraz na zachód. To mnie mar­twi. Sko­ro spraw­dza drogę na wschód i zachód, spraw­dzi też drogę na południe.

Dzięki temu wiem coś jesz­cze. Na pew­no ma ze sobą dość ciężki sprzęt i za­pa­sy. Zo­sta­wia je na roz­drożu, żeby po­ru­szać się szyb­ciej. Naj­praw­do­po­dob­niej odkąd wy­ru­szył, nie na­po­tkał żywej du­szy, in­a­czej nie po­rzu­całby tak swo­ich rze­czy. Albo ktoś mu to­wa­rzy­szy. Oczy­wiście może też po pro­stu od­po­czy­wać. Możliwe, że ma sa­mochód, ale nie sądzę. Oj­ciec mówił, że auta jesz­cze długo po­zo­staną ra­dio­ak­tyw­ne - to chy­ba dla­te­go, że są wy­ko­na­ne z me­ta­li ciężkich. Mój oj­ciec spo­ro wie­dział o ta­kich rze­czach. Nie był na­ukow­cem, ale czy­tał mnóstwo ar­ty­kułów na­uko­wych w ga­ze­tach i cza­so­pi­smach. Pew­nie właśnie dla­te­go tak bar­dzo się za­nie­po­koił, kie­dy po woj­nie prze­stały działać te­le­fo­ny.

Na­za­jutrz po wy­pra­wie do Ogden­town zno­wu ru­szy­li w drogę. Tym ra­zem dwo­ma pi­ka­pa­mi - na­szym i pana Kle­ina, właści­cie­la skle­pu. Uzna­li, że tak będzie le­piej, bo któreś z aut może się ze­psuć. Pan Kle­in i jego żona również po­je­cha­li, a w końcu moja mat­ka po­sta­no­wiła im to­wa­rzy­szyć. Chy­ba bała się roz­sta­nia z oj­cem. Odkąd usłyszała o tym, co wy­da­rzyło się w Ogden­town, mar­twiła się jesz­cze bar­dziej niż przed­tem. Jo­seph miał zo­stać w domu ze mną.

Tym ra­zem po­je­cha­li na południe: naj­pierw przez wąwóz do amiszów, żeby spraw­dzić, jak prze­trwa­li bom­bar­do­wa­nie. (To nie zna­czy, że ich zbom­bar­do­wa­no - naj­bliższe bom­by spadły da­le­ko stąd, oj­ciec sądził, że ze sto pięćdzie­siąt ki­lo­metrów albo i da­lej. Le­d­wo słysze­liśmy huk, ale po­czu­liśmy, jak zatrzęsła się zie­mia). Far­my amiszów leżały nie­opo­dal na­szej do­li­ny. To byli nasi przy­ja­cie­le, a przede wszyst­kim pana Kle­ina - jego główni klien­ci. Po­nie­waż nie mie­li sa­mo­chodów, a je­dy­nie ko­nie i wozy, rzad­ko jeździ­li aż do Ogden­town.

Po­tem, po wi­zy­cie u amiszów, nasi mie­li skręcić na zachód i zje­chać na szosę do Dean Town, po dro­dze za­ha­czając o Bay­lor. Dean Town to praw­dzi­we mia­sto - dwa­dzieścia tysięcy miesz­kańców, znacz­nie większe niż Ogden­town. To właśnie w Dean Town miałam iść za rok do ko­le­gium na­uczy­ciel­skie­go. Chciałabym zo­stać na­uczy­cielką an­giel­skie­go.

Wy­ru­szy­li wcze­snym ran­kiem. Pan Kle­in je­chał przo­dem. Kie­dy wyjeżdżali, oj­ciec położył mi dłoń na głowie, tak jak to robił, gdy miałam sześć lat. Da­vid nic nie po­wie­dział. Po go­dzi­nie zo­rien­to­wałam się, że Jo­seph zniknął. Zro­zu­miałam, gdzie jest - scho­wał się w pi­ka­pie pana Kle­ina. Ja też po­win­nam była na to wpaść. Obo­je baliśmy się zo­stać sami, ale oj­ciec kazał nam opie­ko­wać się zwierzętami. Poza tym mu­sie­liśmy tu być na wy­pa­dek, gdy­by ktoś nadje­chał, albo gdy­by włączo­no te­le­fo­ny i nasz za­dzwo­nił. Cóż, nie za­dzwo­nił i nikt nie nadje­chał.

Moja ro­dzi­na nie wróciła. Państwo Kle­ino­wie również. Wiem, że nie za­sta­li amiszów ani ni­ko­go w Dean Town. Tam też wszy­scy nie żyli.

Od tam­tej pory zdążyłam wejść na wzgórza ze wszyst­kich stron do­li­ny, a na szczy­tach wspi­nałam się na drze­wa. Wi­działam, że da­lej wszyst­kie drze­wa są mar­twe i nic się nie ru­sza. Nie chodzę tam.

2

23 maja

Piszę te słowa rano, około dzie­siątej trzy­dzieści. Właśnie od­po­czy­wam. Mu­siałam zro­bić kil­ka rze­czy, których bar­dzo nie chciałam robić. Ale gdy­bym po­cze­kała, aż tam­ten człowiek po­ko­na grzbiet, a po­tem wyj­dzie zza Bur­den Hill i go zo­baczę (to tam za­czy­na się moja do­li­na), byłoby za późno.

Oto, co trze­ba było zro­bić.

Wypuściłam kury z za­gro­dy dla dro­biu. Mu­siałam je wy­go­nić. Te­raz są wol­ne. Później zno­wu je złapię, przy­najm­niej większość, jeżeli nie po­trwa to zbyt długo.

Wypuściłam dwie kro­wy i cie­la­ka, młode­go bycz­ka, przez furtkę pa­stwi­ska. Je również mu­siałam wy­go­nić. Przez jakiś czas nic im się nie sta­nie. Tam da­lej, na po­lach przy dro­dze, wciąż jest dużo do­brej tra­wy, jest woda w sta­wie, a cie­lak będzie pił mle­ko mat­ki. To mlecz­ne kro­wy rasy Gu­ern­sey. Zwy­kle mam szczęście do zwierząt i do­brze o nie dbam. Kury sta­le znoszą jaj­ka, mam te­raz o dwie więcej niż na początku. Tyl­ko Faro, pies Da­vi­da, uciekł. Pew­ne­go ran­ka po pro­stu zniknął i już nie wrócił. Pew­nie wypuścił się poza do­linę na po­szu­ki­wa­nie Da­vi­da i zdechł.

Roz­ko­pałam ogródek wa­rzyw­ny, a wszyst­ko, co rosło, przy­kle­pałam i przy­kryłam su­chy­mi liśćmi. Nic nie widać. Właśnie to było naj­bar­dziej nie­przy­jem­ne, bo tak ład­nie się roz­wi­jało. Ale mam dość su­szo­ne­go je­dze­nia i kon­serw, więc dam so­bie radę. A gdy­by tam­ten człowiek zo­ba­czył za­dba­ny, od­chwasz­czo­ny ogród, od razu by wie­dział, że ktoś tu­taj miesz­ka.

Siedzę przed wejściem do ja­ski­ni. Widzę stąd pra­wie całą do­linę, mój dom i sto­dołę, dach skle­pu, wieżyczkę sta­re­go kościoła (z boku od­padło parę de­sek - mogę to na­pra­wić? nie wiem) oraz od­ci­nek stru­my­ka, który płynie piętnaście metrów stąd. Widzę też drogę: od punk­tu, w którym wyłania się zza Bur­den Hill, nie­mal aż do miej­sca, gdzie zno­wu zni­ka w wąwo­zie - w su­mie z sześć ki­lo­metrów. Wątpię jed­nak, żeby on za­uważył ja­ski­nię, po­nie­waż znaj­du­je się ona za do­mem, w połowie wy­so­kości zbo­cza, a nie­duże wejście zasłaniają drze­wa. Jo­seph, Da­vid i ja nie na­tra­fi­liśmy na nią przez lata, cho­ciaż ba­wi­liśmy się w po­bliżu pra­wie co­dzien­nie.

Oczy­wiście znaj­dzie dom, sklep oraz kościół, ale po dro­dze na pew­no wi­dział już wie­le ta­kich miejsc. Całe szczęście, że ostat­nio nie wy­cie­rałam ku­rzu. Dziś rano sta­ran­nie obej­rzałam cały dom i chy­ba nie ma tam żad­nych śladów nie­daw­nej byt­ności. Za­brałam kwia­ty sprzed ołta­rza w koście­le. Przy­niosłam tu obie lam­py oraz za­pas naf­ty.

Te­raz będę cze­kać. Na­pi­sałam, że jest około dzie­siątej trzy­dzieści, lecz nie mam pew­ności, jeśli cho­dzi o czas. Mój ze­ga­rek do­brze cho­dzi, ale mogę go usta­wiać tyl­ko według słońca. Nie wiem na­wet, czy zga­dza się data. Mam ka­len­darz, ale i tak trud­no - na­prawdę bar­dzo trud­no - się nie po­gu­bić. Naj­pierw skreślałam krat­ki ołówkiem. Po­tem, w ciągu dnia, pa­trzyłam na ka­len­darz i myślałam: czy dziś już za­zna­czałam? A im dłużej się za­sta­na­wiałam, tym bar­dziej nie mogłam so­bie przy­po­mnieć. Na pew­no parę dni prze­ga­piłam, a kie­dy in­dziej pew­nie skreśliłam po dwa. Te­raz mam lep­szy sys­tem: usta­wiam so­bie bu­dzik i kładę go obok ka­len­darza. Kie­dy dzwo­ni, od­zna­czam datę. Robię to tyl­ko rano, a wie­czo­rem nakręcam i prze­sta­wiam bu­dzik.

Zresztą chy­ba i tak wiem, jak usta­lić datę. Mam Al­ma­nach far­me­ra, w którym na­pi­sa­no, że najdłuższy dzień w roku to 22 czerw­ca. Za kil­ka ty­go­dni za­cznę co­dzien­nie spi­sy­wać go­dzinę wscho­du i za­cho­du słońca. Dzień, który okaże się najdłuższy, to będzie właśnie 22 czerw­ca.

W za­sa­dzie to chy­ba nie ma zna­cze­nia. Tyl­ko że 15 czerw­ca mam uro­dzi­ny, więc chciałabym usta­lić, kie­dy wy­pa­da ten dzień, żeby wie­dzieć, ile mam lat. Te­raz, za ja­kieś czte­ry ty­go­dnie, skończę szes­naście.

Mogłabym na­pi­sać bar­dzo dużo o ta­kich spra­wach - rze­czach, które mu­siałam wy­kom­bi­no­wać, kie­dy zro­zu­miałam, że je­stem sama i tak już zo­sta­nie, może na­wet do końca życia. Całe szczęście, że w po­bliżu był ten sklep, i to duży, wie­lo­branżowy, do­brze za­opa­trzo­ny ze względu na han­del z ami­sza­mi. Poza tym do­brze, że woj­na skończyła się wiosną (oczy­wiście wy­buchła również wiosną - trwała tyl­ko ty­dzień), więc miałam całe lato, żeby zro­zu­mieć, jak się spra­wy mają, upo­rać się ze stra­chem i za­sta­no­wić, w jaki sposób prze­trwam zimę.

Na przykład ogrze­wa­nie. W domu mie­liśmy piec ole­jo­wy i kuch­nię ga­zową. Ra­zem z te­le­fo­na­mi wy­siadł prąd, a bez prądu piec nie działał. Kuch­nia działała da­lej, ale wy­ma­gała bu­tli z ga­zem. Wie­działam, że w końcu się wy­czer­pią (są dwie), a wte­dy nikt nie przy­wie­zie no­wych. Dom ma jed­nak dwa ko­min­ki, je­den w sa­lo­nie, dru­gi w ja­dal­ni, a w dre­wut­ni zo­stał mniej więcej sąg porąba­ne­go drew­na. Zro­zu­miałam, że to nie wy­star­czy, więc właśnie tak spędziłam nieje­den po­ra­nek wiosną, la­tem i je­sie­nią - na cięciu drew­na piłą (wzięłam nową ze skle­pu, taką z rur­ko­wym kabłąkiem) i wożeniu go na sta­rym wózku, który stał w sto­do­le. Za­mknęłam resztę domu, dzięki cze­mu w tych dwóch po­miesz­cze­niach było ciepło, na­wet bar­dzo ciepło, z wyjątkiem kil­ku szczególnie zim­nych dni. Wte­dy po pro­stu wkładałam kil­ka do­dat­ko­wych swetrów. Oszczędzałam gaz, więc wy­star­czył na pra­wie całą zimę. Później go­to­wałam w ko­min­ku. Spo­ry z tym kłopot, bo garn­ki strasz­nie się smolą. W sto­do­le jest sta­ry piec na węgiel drzew­ny, z którego mat­ka ko­rzy­stała, kie­dy jesz­cze nie mie­liśmy gazu. Tego lata spróbuję - to zna­czy za­mie­rzałam spróbować - przy­tar­gać go do domu. Jest za ciężki, żebym mogła go udźwignąć, ale chy­ba zdołam go roz­mon­to­wać. Na­oli­wiłam już wszyst­kie śruby, żeby je ob­lu­zo­wać.

Zaczęłam rano, gdy od­po­czy­wałam. Po­tem zno­wu wzięłam się do pra­cy, zjadłam obiad, a te­raz jest popołudnie.

Zno­wu po­ja­wił się dym. Te­raz ogni­sko na pew­no znaj­du­je się po na­szej stro­nie Clay­po­le Rid­ge. Jeśli do­brze widzę, to w połowie dro­gi między grzbie­tem a Bur­den Hill. To zna­czy, że on (oni? ona?) za­uważył do­linę i jest już w dro­dze.

Mam wrażenie, że to początek końca. Muszę po­sta­no­wić, co zro­bię.

Dziw­ne. Nie wiem, kim on jest, ale po­ru­sza się wol­no. Sko­ro po­ko­nał grzbiet, a prze­cież mu­siał to zro­bić, to na pew­no zo­ba­czył do­linę i zie­lo­ne drze­wa, bo Clay­po­le Rid­ge jest wyższy od Bur­den Hill. Wiem, że do­linę stamtąd widać, przy­najm­niej jej dal­szy kra­niec, po­nie­waż w daw­nych cza­sach sama wspi­nałam się tam mnóstwo razy. Wo­bec tego po­wi­nien się spie­szyć. Jeżeli po­szedł drogą w stronę Dean Town, albo w prze­ciw­nym kie­run­ku, dzie­wiątką na wschód, oglądał tam tyl­ko mar­twotę, zupełnie jak ja. Wszyst­ko sza­ro-brązowe, drze­wa jak ba­dy­le. Skądkol­wiek przy­był, pew­nie po dro­dze wi­dział same po­dob­ne ob­raz­ki. Między grzbie­tem a Bur­den Hill kra­jo­braz jest wciąż taki sam. Zo­stało mu już tyl­ko trzy­naście ki­lo­metrów - a jed­nak chy­ba się za­trzy­mał i roz­bił obóz.

Może ju­tro rano wejdę pra­wie na sam szczyt Bur­den Hill, wdra­pię się na drze­wo i będę ob­ser­wo­wać. Nie wyjdę na drogę. Jest taka ścieżka, która bie­gnie w tym sa­mym kie­run­ku, tyl­ko że przez las, nie­co wyżej, na zbo­czu wzgórza. W grun­cie rze­czy las kry­je spo­ro ścieżek. Znam je wszyst­kie. Jeśli tam pójdę, to wezmę jedną z mo­ich strzelb, tę lekką, ka­li­ber 5,7 mm. Do­brze strze­lam, le­piej niż Jo­seph i Da­vid, cho­ciaż ćwi­czyłam tyl­ko na pusz­kach i bu­tel­kach. Ta duża, strzel­ba ojca do po­lo­wa­nia na je­le­nie, za moc­no ko­pie. Strze­lałam z niej, ale krzy­wię się, kie­dy pociągam za spust, a wte­dy go­rzej z cel­nością. Zresztą i tak nie przy­pusz­czam, że użyję bro­ni. Nie lubię bro­ni, ale uważam, że po­win­nam mieć ją przy so­bie. Prze­cież nie wiem, cze­go się spo­dzie­wać.

Dziś wie­czo­rem, za­nim pójdę - o ile pójdę - muszę przy­nieść do ja­ski­ni więcej wody i coś ugo­to­wać. Kie­dy ten człowiek do­trze do do­li­ny, nie będę mogła roz­pa­lać ognia. W dzień zo­ba­czyłby dym, a nocą płomie­nie, bo ogni­sko musi się znaj­do­wać przed ja­ski­nią. Raz spróbo­wa­liśmy roz­pa­lić je w środ­ku. Mu­sie­liśmy stamtąd ucie­kać, taki gęsty był dym. Dziś ugo­tuję kur­cza­ka, kil­ka ja­jek (na twar­do), upiekę chleb z mąki ku­ku­ry­dzia­nej. Dzięki temu nie będę zda­na wyłącznie na kon­ser­wy, przy­najm­niej przez jakiś czas.

Mogłabym nocą za­kra­dać się po wodę ze stru­my­ka. Ale bez­piecz­niej będzie zro­bić za­pas. Mam sześć dużych bu­tli, ta­kich na cydr, z za­tycz­ka­mi.

Woda: to była ko­lej­na de­cy­zja, którą mu­siałam podjąć, kie­dy za­brakło prądu. Koło domu była - wciąż jest - dwu­dzie­sto­me­tro­wa stud­nia z elek­tryczną pompą. Mie­liśmy elek­tryczny boj­ler, prysz­nic, wannę i tak da­lej, ale oczy­wiście prze­stały działać. Stało się to, jesz­cze za­nim moja ro­dzi­na wy­je­chała. Mu­sie­liśmy więc nosić wodę sami. Do wy­wier­co­nej stud­ni nie da się spuścić wia­dra, otwór jest zbyt wąski. Mie­liśmy więc do wy­bo­ru dwa stru­mie­nie. Ten obok ja­ski­ni, który widać stąd, płynie da­lej obok domu, ale po­tem skręca w lewo na pa­stwi­sko, gdzie się roz­sze­rza, tworząc porządny staw - wręcz małe je­zio­ro, przej­rzy­ste i dosyć głębo­kie. Żyją w nim lesz­cze i oko­nie. Ten dru­gi, noszący nazwę Bur­den Cre­ek (na cześć mo­jej ro­dzi­ny, tak samo jak wzgórze - Bur­denowie osie­dli­li się w tej do­li­nie jako pierw­si), jest większy i szer­szy, a do tego znaj­du­je się bliżej domu. Bie­gnie mniej więcej równo­le­gle do dro­gi, a po­tem wypływa z do­li­ny przez wąwóz na południu. W za­sa­dzie to po pro­stu mała rze­ka, bar­dzo ładna, a przy­najm­niej taka była.

Po­nie­waż jest bliżej, po­sta­no­wi­liśmy, że wodę będzie­my nosić właśnie stamtąd - w miarę po­trzeb, po dwa wia­dra na­raz. Po­tem, w samą porę, ja i Jo­seph coś za­uważyliśmy. Daw­niej w tym stru­mie­niu również były ryby, jed­nak mniej licz­ne i nie tak duże jak w sta­wie. Ale gdy pierw­szy raz po­szliśmy po wodę, zo­ba­czy­liśmy je mar­twe. Na brze­gu zna­lazłam nieżywe­go żółwia. Ten stru­myk wpa­da do do­li­ny przez roz­pa­dlinę w skal­nym grzbie­cie na lewo od Bur­den Hill. Woda płynie z zewnątrz i jest za­tru­ta. Długo ją ob­ser­wo­wa­liśmy (ale trzy­ma­liśmy się z da­le­ka). Oka­zało się, że nie ma w niej nic żywe­go, na­wet żab czy owadów.

Prze­stra­szy­liśmy się. Po­bie­gliśmy (z wia­dra­mi) do sta­wu - aż na dru­gi ko­niec, tam gdzie kończy się ten mniej­szy stru­myk. Jesz­cze nig­dy w życiu tak bar­dzo nie ucie­szyłam się na wi­dok strze­bli. Za­raz odpłynęły, tak jak zwy­kle. Woda była zdat­na do pi­cia i nadal jest. Stru­myk ma swój początek na wzgórzu, wewnątrz tej do­li­ny, i na pew­no wypływa głęboko spod zie­mi. Cały czas łowię ryby w sta­wie, a po­tem je zja­dam. To jed­no z mo­ich naj­lep­szych źródeł pożywie­nia. Tyl­ko zimą prze­stają brać.

Myślę, że ju­tro wy­ruszę sko­ro świt. Kie­dy już tak po­sta­no­wiłam, zaczęłam się mar­twić czymś bar­dzo głupim: tym, jak wyglądam. Jak je­stem ubra­na. Przyszło mi to do głowy dziś rano, kie­dy byłam w domu. Przej­rzałam się w lu­strze, co ostat­nio rzad­ko mi się zda­rza. Mam na so­bie nie­bie­skie dżinsy, ale męskie (w skle­pie są ich całe kar­to­ny, lecz dziewczęcych brak), więc źle na mnie leżą, są trochę za luźne. Poza tym chodzę w męskiej ko­szu­li ro­bo­czej z fla­ne­li i w chłopięcych te­nisówkach. Nie­zbyt ele­ganc­ki strój, a i fry­zurę mam nie­szczególnie sty­lową, po pro­stu ob­ci­nam włosy równo wokół szyi. Przez jakiś czas co wieczór je zakręcałam, tak jak do szkoły, ale to wy­ma­gało cza­su i wresz­cie zro­zu­miałam, że i tak tyl­ko ja się oglądam. Wo­bec tego włosy mam pro­ste, ale przy­najm­niej czy­ste. Roz­jaśniły się, bo dużo cza­su spędzam na dwo­rze. Chy­ba nie je­stem już tak chu­da jak kie­dyś, ale w tym ubra­niu trud­no to oce­nić.

Za­sta­na­wiam się, czy po­win­nam włożyć su­kienkę. A jeśli to praw­dzi­wa eki­pa ra­tun­ko­wa, jakaś ofi­cjal­na gru­pa? Może po­win­nam ukrad­kiem wrócić do domu, żeby się prze­brać. Zo­stała mi jesz­cze jed­na para porządnych spodni. Po­zo­stałe się wy­tarły. Od cza­su woj­ny nig­dy nie cho­dziłam w su­kien­ce, a zresztą w niej trud­no byłoby mi się wspiąć na drze­wo. Ale chy­ba pójdę na kom­pro­mis i włożę te do­bre spodnie.

24 maja

To mężczy­zna. Jest sam.

Ra­nek prze­biegł zgod­nie z pla­nem. Włożyłam porządne spodnie, wzięłam strzelbę i po­wie­siłam lor­netkę na szyi. Gdy wspięłam się na drze­wo, zo­ba­czyłam go, jak nad­cho­dzi drogą. Nie wiem, jak wygląda, bo od stóp do głów jest ubra­ny w jakiś zie­lon­ka­wy ska­fan­der, chy­ba pla­sti­ko­wy, a na twa­rzy ma szklaną maskę. Całość przy­po­mi­na trochę ska­fan­dry do nur­ko­wa­nia w zim­nej wo­dzie, ale jest luźniej­sza i bar­dziej ma­syw­na. Poza tym, również jak nur­ko­wie, mężczy­zna ma na ple­cach zbior­nik z tle­nem. Cho­ciaż nie widać twa­rzy, po­znałam, że to mężczy­zna - po jego po­stu­rze i po tym, jak się po­ru­sza.

Po­ru­sza się tak wol­no dla­te­go, że ho­lu­je wózek wiel­kości spo­re­go ku­fra na dwóch kołach ro­we­ro­wych, przy­kry­ty tym sa­mym zie­lo­nym pla­sti­kiem, z którego zro­bio­ny jest ska­fan­der. Wózek jest ciężki, więc mężczy­zna z tru­dem wciągnął go na Bur­den Hill. Co parę mi­nut przy­sta­wał, żeby od­począć. Do szczy­tu wzgórza zo­stało mu jesz­cze mniej więcej półtora ki­lo­me­tra.

Muszę zde­cy­do­wać, co zro­bię.