Koci mędrzec
Obserwowałem ją, kiedy spała. Siadałem wysoko na szafie i patrzyłem. Była taka delikatna, taka bezbronna, tak zabawnie dziecinna... Choć przecież od jakiegoś czasu była już kobietą. Spotkaliśmy się po raz pierwszy na cmentarzu. Stawiała świeczkę na grobie swojej zmarłej ciotki. Przechadzałem się między alejkami. Miała wtedy zaledwie dwanaście lat. Zauważyła mnie. Wszyscy mnie ignorowali, ale nie ona. Tamtego dnia spojrzała mi w oczy i szepnęła: "Będę odwiedzała cię co roku".
Zgodnie z daną obietnicą wracała co roku. Byłem jednak zbyt nieśmiały i chowałem się za nagrobkami, by móc obserwować ją z ukrycia. Widziałem, jak się zmienia, jak jej okrągłe rysy wysmuklają się coraz bardziej. Z roku na rok była coraz piękniejsza.
W końcu przestała przychodzić, a ja zacząłem jej szukać. Szukałem tak długo, aż znalazłem. Co noc wślizgiwałem się do jej domu przez otwarte okno i obserwowałem ją, kiedy spała. Czasami siadywałem na parapecie i patrzyłem na słone łzy, spływające po jej policzkach. Płakała głównie wieczorami, żeby nikt nie widział. Była nieszczęśliwa, ale nie przeszkadzało jej to w uśmiechaniu się do wszystkiego i wszystkich za dnia. Ktoś mógłby powiedzieć, że była sztuczna, ale ona po prostu nie chciała dzielić się z innymi swoim nieszczęściem. Bardzo chciałem jej pomóc, ale co taki zwykły kot jak ja mógłby zrobić?
Dziwiłem się często: dlaczego spędza wieczory samotnie? Wielu mężczyzn nie było w stanie przejść obok niej obojętnie, a jednak była sama i wciąż płakała. Każdy jej czyn, nawet najdrobniejszy emanował miłością. Nigdy wcześniej nie widziałem takiej kobiety, tak bardzo przepełnionej dobrem, a równocześnie... tak samotnej. Tak spragnionej, by kochać i być kochaną.
Było w jej życiu kilku mężczyzn, ale żaden nie został na dłużej. Mimo tego nie zraziła się do nich. Niestrudzenie czekała na tego jedynego, z którym mogłaby założyć rodzinę. Była zwykłą dziewczyną. W dzień studiowała, wieczorem albo szła do biblioteki, albo siadała w fotelu i czytała książkę. Czasami chodziła nad morze z przyjaciółmi lub spokojnie popijała kawę w jednej z pobliskich kawiarni.
Nigdy nie udawała, że jest kimś innym albo że sprawia jej przyjemność robienie rzeczy, których nie lubiła. Nie próbowała również nadążać za światem, żyła swoim własnym rytmem.
Czasami budziła się w środku nocy tylko po to, żeby szerzej otworzyć okno i popatrzeć na księżyc. Miała swoje upodobania w naturze, lubiła burze i ulewne deszcze, przed którymi nigdy nie lubiła się chować. Wszystkie te zjawiska napawały ją szczerą i bezgraniczną miłością do świata, a równocześnie uświadamiały jej, jak słaby jest człowiek i jak niewiele znaczy. Miała poczucie, że gdzieś tam musi być coś większego, jakiś Absolut, obdarzony bezgraniczną siłą i mądrością.
Tego dnia siedziałem na parapecie, a ona wydawała mi się bardziej energiczna niż zwykle, pełniejsza życia. Zdziwiłem się: dlaczego ściągnęła z szafy swoje pudło z pamiętnikami i zaczęła przepuszczać zapisane kartki przez bezlitosną niszczarkę? Czasami zatrzymywała na chwilę swoje niszczycielskie działania, żeby coś przeczytać i się zaśmiać.
W końcu zrozumiałem, że nie jest to pozbawiony motywów wybryk. Zwykle, kiedy zaczynał się w jej życiu nowy etap, brała kuchenne nożyczki i ścinała sobie włosy wedle własnego upodobania, aby potem umówić się do fryzjera i wyrównać to, co jej nie wyszło. Zrozumiałem, że niszczenie pamiętników symbolizowało jeszcze mocniejsze przejście do kolejnego etapu.
W pięćdziesięciu ośmiu zeszytach było zapisane całe jej dotychczasowe życie. Pierwszy zeszyt sięgał czasów szkoły podstawowej. Nie wiedzieć czemu żegnała się z nim - jakby z ulgą. Zdawało się, że jest zupełnie pogodzona z unicestwieniem stron, które tak skrzętnie zapisywała. Niszczarka co jakiś czas się zapełniała i dziewczyna przekładała paski papieru do wielkiego, niebieskiego worka.
Może nie chciała, żeby ktokolwiek w przyszłości czytał jej pamiętniki, poznał ją tak naprawdę? Tak, jak nawet ona sama siebie nie znała? A może po prostu nie chciała powierzać życia grubemu zeszytowi w niebieską kratkę? Może uznała, że te pamiętniki są jak stary przyjaciel z dawnych lat. Może uznała, że przychodzi taki moment, kiedy po prostu trzeba się z nim pożegnać, nawet jeśli się tego bardzo nie chce. Bywa, że bez pożegnania niemożliwy jest nowy początek.
W pamiętniku opisywała wszystko: radości i cierpienia, bóle i najgłębsze marzenia. Wszystkie jej słowa były prawdziwe, choć można było z łatwością zauważyć, że przebija przez nie jakaś bliżej niesprecyzowana i najgłębsza tęsknota serca. Przez te wszystkie lata, kiedy obserwowałem jej najdrobniejsze zachowania, zawsze było coś takiego, czym mnie zaskakiwała.
Gdy wszystkie zeszyty zostały zniszczone, wyszła na chwilę z domu, by wyrzucić śmieci. Potem wróciła i zachowywała się tak, jakby na coś czekała. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Do jej mieszkania wszedł jakiś mężczyzna, wyglądał znajomo, ale nie miałem pewności, czy była to ta sama osoba, którą pamiętałem sprzed lat.
Wyglądał jakoś inaczej, poważniej. Miał na sobie granatową koszulę i czarne spodnie. Od razu wpadli sobie w ramiona, długo to trwało, zanim przeszli do pokoju i usiedli obok siebie na kanapie. Okno było przymknięte, więc nie wiedziałem, o czym rozmawiali.
Widziałem tylko, jak ona uśmiecha się niemal bez przerwy. Cieszyła się każdą sekundą. Wyszła z pokoju, mężczyzna nadal siedział na kanapie, opierał dłonie o swoje kolana i bezwiednie wpatrywał się w parkiet, uśmiechając się pod nosem. Wróciła do pomieszczenia, trzymając tacę, na której stały dwie filiżanki kawy i pudełko z ciastkami. Rozmawiali i popijali gorący napój. Potem wyszli z domu, podążyłem za nimi - poszli nad morze, ciągle rozmawiali, przez grzeczność postanowiłem nie podsłuchiwać i poprzestać jedynie na przyglądaniu się im.
Poczułem się spokojny. W końcu mogłem zostawić ją w dobrych rękach i pozwolić jej co wieczór uśmiechać się przez sen, bo tego dnia osiągnąłem pewność, że już nigdy nie zapłacze w poduszkę, a nawet jeśli - to na pewno nie będzie z tym sama. Obok niej od teraz zawsze będzie ktoś, kto obejmie ją ramieniem, wytrze jej łzy i każdym swym uczynkiem oraz słowem będzie dawał jej gwarancję swoich uczuć.
Ucieszyłem się w duchu, że odnalazła to, za czym tak przez lata płakała w poduszkę. Na szczęście niektóre wspomnienia są na tyle silne, że żyją nawet po przepuszczeniu przez niszczarkę.
Opowieść o naiwnym królu i lubieżnej królowej
Każdej nocy królowa wymykała się ze swoich komnat, by zaczerpnąć kąpieli w dworskiej fontannie, oświetlonej blaskiem bezlitosnego księżyca. Jej małżonek nawet nie drgnął, gdy wymykała się z królewskiego łoża. Co wieczór poiła go magiczną miksturą otrzymaną od okolicznej wieszczki w podzięce za darowanie życia.
Królowa, choć niewątpliwie była kobietą urodziwą, nie miała w sobie dziewczęcego wdzięku. Otaczająca ją aura niewypowiedzianej stanowczości budziła pożądanie wielu mężczyzn, jednak w żadnym z nich nie wzbudzała uczuć wyższych, tych, o których od wieków piszą poeci.
Noc, choć piękna, bywa zdradliwa, skrywa tajemnice, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Królowa, zahipnotyzowana swym rytuałem, zdjęła nocne szaty i weszła do fontanny. Była kobietą rozwiązłą, nie obawiała się, że zostanie zauważona przez kogoś z dworu. W mrokach swego serca miała nadzieję, że przyciągnie spojrzenie Christiana, poety dworskiego. Jednakże młodzieniec ten, zakochany w skromnej kuchareczce Marie, pozostawał niewzruszony urokami lubieżnej królowej.
Doradca królewski, nękany sprawami dyplomacji, nie mógł zmrużyć oka, więc wybrał się na spacer po dziedzińcu. Księżycowe światło oplotło nagie ciało zuchwałej królowej. Doradca, który publicznie uchodził za człowieka powściągliwego, prywatnie słynął z grubiaństwa i nachalności.
Królowa, spostrzegłszy swojego obserwatora, wyszła z fontanny, kierowana długo tłumionym pożądaniem. Tej nocy nie wróciła już do królewskich komnat, oddając się czynnościom, które do resztek zbrukały jej dawno utraconą godność.
Noc jednak nie trwa wiecznie, a i słońce kiedyś wzejść musi. Gdy tylko król otworzył oczy, zauważył brak małżonki - i poprzysiągł zemstę na tym, który uwiódł królową. Naiwny był to bowiem król, który ufał swej niewiernej małżonce.
Gdy królowa przekroczyła wreszcie próg jednej z królewskich komnat, wnet zaniosła się szlochem i wyznała mężowi, że dworski poeta Christian uwiódł ją i wykorzystał, hańbiąc zarówno imię jej, jak i imię króla.
Łatwowierny król nakazał ściąć głowę dworskiemu poecie i obiecał dać wszystko, czego zapragnie, temu, kto zetnie głowę zdrajcy.
Królewski doradca - usłyszawszy to rozporządzenie - natychmiast udał się do niczego niespodziewającego się poety i skrócił go o głowę. Następnie zaniósł ją do króla na złotej tacy. Uradowany władca nakazał powiesić głowę zdrajcy nad główną bramą, by zawiadomić w ten sposób lud, że żaden niegodziwiec nie ukryje się przed królewskim mieczem.
Zniecierpliwiony doradca upomniał się o nagrodę, życząc sobie prawa do łoża królowej i połowy królestwa. Potrójnie zhańbiony król od razu zrozumiał, że człowiek, którego bezmyślnie skazał na śmierć, był niewinny. W duchu przeklął siebie, swoją małżonkę i całe królestwo.
Od tamtej pory na zamku zapanował wieczny mrok. Pozostała w nim tylko jedna dobra iskierka, za sprawą skromnej kuchareczki, której smutne pieśni rozbrzmiewały w zamkowych murach.
Biuro rzeczy znalezionych
Całe życie spędziłem na zastanawianiu się, kim powinienem być i jaki powinienem być. Oczywiście pewnie nie muszę mówić, że była to absolutna strata czasu, która zaowocowała zgubieniem własnego ja. Ludzie mówią, że we wszystkim można przesadzić - i mają rację. Jestem tego najlepszym przykładem.
Kiedy bardzo chcesz być "jakimś", któregoś dnia łapiesz się na tym, że właściwie jesteś nikim, bezkształtną masą, która pozbawiła samą siebie indywidualności na rzecz przerysowanych ideałów. Nie masz nawet siły załamać się i zapłakać, zastanawiasz się tylko, co byś zrobił na swoim miejscu, gdybyś był sobą.
Któregoś razu, gdy wysiadłem z metra, ujrzałem przed sobą ogromny billboard: "Biuro Rzeczy Znalezionych - u nas nic nie ginie". Jako typowy prymityw wychowany przez telewizyjno-radiową aparaturę konsumpcyjną, zaufałem billboardowi i - nie zastanawiając się nad niczym - poszedłem do Biura Rzeczy Znalezionych.
W progu powitała mnie uśmiechnięta, długonoga kobieta o figurze modelki, prosto z reklam bielizny Victoria's Secret. Muszę przyznać, że byłem bardzo zaskoczony, w takim miejscu spodziewałbym się raczej staruszka z drewnianą nogą i szklanym okiem.
- Czym mogę służyć? - zapytała. Powstrzymując się od tego, co naprawdę chciałbym powiedzieć, wybąkałem tylko, że zgubiłem w metrze mój ulubiony parasol. Była to jedyna rzecz, która przyszła mi do głowy tak na poczekaniu. Oczywiście nie przyszedłem po to, żeby odnaleźć parasol, ale żeby odnaleźć samego siebie.
- Przykro mi, niestety nie mamy tutaj takich rzeczy - odpowiedziała modelka, przybierając nadąsany wyraz twarzy.
- Podobno to Biuro Rzeczy Znalezionych, ludzie codziennie gubią parasole w metrze, jak to możliwe, że nie macie tutaj żadnego? Podobno nic tutaj nie ginie. - powiedziałem.
- Nic nie ginie, to prawda. - Uśmiechnęła się modelka, a ja powoli zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie robi ze mnie idioty.
- Proszę wybaczyć, ale nie rozumiem - odparłem urażony.
- Nic nie ginie. Gdyby tutaj coś było, mogłoby zginąć. Ale skoro nie ma tutaj nic, to nic nie może zginąć. Żeby coś mogło zginąć, musiałoby być.
- Przepraszam, ale czy uczą was takich tekstów na sesjach Victoria's Secret? Przyznam, że to lepsze niż puste frazesy o pokoju na świecie, wypowiadane przez laureatki nagrody Miss Kalarepy. - Powinienem był powstrzymać te słowa, zanim wyszły z moich ust. Później... było już tylko gorzej.
Kichnąłem, a kiedy otworzyłem oczy, nie stała przede mną modelka, a starzec odziany w łachmany i poniszczone sandały.
- To jakiś fotomontaż czy inna sztuczka?
- To jest rzeczywistość. - odpowiedział starzec.
Wezbrała we mnie ochota, aby go uderzyć - nie lubię, jak ktoś usiłuje grać ze mną w kalambury, a zwłaszcza kiedy są tak dziwne.
- A... gdzie jest ta modelka? - zapytałem.
- Żadnej modelki nie było.
- Mógłbyś udzielać bardziej szczegółowych odpowiedzi na moje pytania.
- Nie widzę takiej potrzeby. - powiedział starzec.
- Co to jest za miejsce?! - zapytałem nie bez poirytowania.
- A jakie miejsce lubisz?
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie!
- A ty nie odpowiedziałeś na moje. - odrzekł starzec niewzruszony moim napadem wściekłości.
- Nie mam pojęcia, jakie jest moje ulubione miejsce. Nie mam swojego ulubionego miejsca! - krzyczałem.
- Przyszedłeś tutaj, by odnaleźć siebie, a w ogóle nie chcesz współpracować.
- Nie wiem, co lubię, jasne?! Nie wiem! Gdybym wiedział, tobym tutaj nie przychodził.
- Nie mam zatem ci nic do powiedzenia. Są takie rzeczy, których nikt nie zrobi za ciebie, musisz je zrobić sam - ale skoro nawet tego nie chcesz, to nie ma sensu. Nie warto. Nikt ci nie pomoże, jeśli nie spróbujesz pomóc sam sobie.
Potem nie było już starca, nie było Biura Rzeczy Znalezionych, nic nie było. Mnie też już nie było, nie było mnie jeszcze bardziej niż wtedy, gdy wyszedłem z metra.