Z gleby kujawskiej - Stanisław Przybyszewski

Kup ebooka

7.49 zł
6.14 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Z GLEBY KUJAWSKIEJ

Zdaje się, że Remy de Gourmont wypowiedział ostry i dość płytki paradoks: Ludzie piszący dzielą się na dwie kategorje: na tych, którzy mają talent, a tymi są symboliści, i na tych, którzy go nie mają, a więc realiści.

Paradoks ten, który był niegdyś bojowym okrzykiem pewnej grupy artystów, nazwanych symbolistami, ukrywa jednakowoż pewną głębszą prawdę, jeżeli symbolizm nie oznacza pewnej kliki literackiej, ale zostanie pojęty w jego rzeczywistem znaczeniu. Zapomnijmy zatem, jakie kierunki literackie łączą się z nazwą symbolizmu, dekadentyzmu, satanizmu, i jak się te wszystkie izmy nazywają, zapatrujmy się tylko na istotę samą. Teorya symbolizmu jest prosta i jasna, jak każda prawda. Amiel mówi, że krajobraz jest stanem duszy i w tem powiedzeniu tkwi zasadnicza prawda tak zwanego symbolizmu. Dla symbolisty bowiem jest myśl identyczną z bytem. Istota, która się tylko objawia we wewnętrznych fenomenach bytu, jest ta sama, która żyje w duszy człowieka. Dusza, a istota świata jest jedno. Symbolista zatem czuje intuicyjnie związek swej duszy z duszą całej natury, a poza przypadkowością rzeczy widzi jakiś tajemny świat, poza czasowością bezgranicze wieczności, z której sam się wyłonił. Rzeczywistość jest dlań li tylko symbolem innego a wyższego świata, a razem z Shelleyem patrzy na świat jak przez różnobarwne szkło, w którem odwieczne Jedno się łamie. Dwojaki zatem jest rodzaj artystów: Ci, co z nabożeństwem i czcią wnikają w życia wewnętrzne bogactwo, piękność i tajnie, co w sercu swem zbudowali ołtarz w kształt onego, na którym w Atenach napisano: Nieznanemu Bogu; a z drugiej strony ci, co z bezmyślną obojętnością pływają po wierzchu życia, chwytają zmysłami bezpośrednią rzeczywistość, nie troszcząc się bynajmniej o wewnętrzny związek rzeczy, wyławiają tu i owdzie małe "coins de nature", które z lepszem lub gorszem powodzeniem opisywać umieją. Symbolista zatem - nie w znaczeniu kliki, ale tak jak go określiłem - to artysta, który poza każdem zjawiskiem docieka istoty, który we wszystkich czy to politycznych, czy społecznych formułkach widzi tylko rzeczy przypadkowe i przemijające, szumowiny i pianę na odwiecznym oceanie bytu. Dla niego nie istnieją oderwane przejawy, wiąże on je w jedną nierozerwalną całość, dla każdego atomu kreśli jego niezmierzony horyzont w wszechbycie, w każdej kropli oceanu odzwierciedla mu się całe niebo, a po najdrobniejszym promieniu wybiega okiem ku wielkiemu prasłońcu, z którego promień ów spłynął. Istota symbolizmu, a zatem istota wszystkich nowych kierunków literackich jest dążenie do syntezy. Mniejsza o to, czy ten poplątany chaos najrozmaitszych kierunków, okrzyków bojowych, najśmieszniejszych teoryi, zdołał choć w części wyłonić ze siebie ideał gwiazdę, do którego dąży, i który urzeczywistnić pragnie, w każdym razie jest to dla psychologa niezmiernie ciekawy i pocieszający objaw oderwania się sztuki od płaskiego naturalizmu i pozytywizmu, a powrót jej do potężnych źródeł, jakie nam Mickiewicz i Słowacki w ostatnich latach życia odkryli. Dla symbolisty jest rzeczywistość złudną, kłamliwą Mają, która nam zakrywa istotę rzeczy, zmysły tracą dlań wartość, bo rozrywają to, co jest niepodzielnie Jedno, nic go nie obchodzą przypadkowe, a przemijające zjawy życia, on wierzy tylko duszy swej, wiąże cząstki i cząsteczki świata, jakie do jego duszy przez zmysły spływają znowu w jedną całość - świat rzeczywisty zanika z przed jego oczu: On zapatrzony w bogactwo i przepych tego świata, który sobie sam w swej duszy odtworzył, jedyny rzeczywisty świat. I tak maluje Munch, potężny malarz norweski, niebo, jak może nigdy objektywnie nie wygląda, ale takie on je widział w chwilach obłędnej rozpaczy, poszarpane w dzikie pasy krzyku, rozstrzępione w podarte szmaty majaczących snów - tak pisze Mombert, najtęższy współczesny poeta niemiecki, o swojem sercu, co laską swoją rozlśniewa nad morzem, bo morze przestało być morzem, a stało się uczuciem i tak słyszy Jan Kasprowicz w jednym z największych swoich poematów "Przy szumie drzew" te dźwięki, szumy, rozhowory, szelesty, szmery i szepty lip, jaworów, buków, klonów i świerków, nie poza sobą, ale w sercu swojem, w duszy swej:

"Las szumiał A szumy jego wnikały powoli W wszystkie me żyły. Krwi mej każdy atom Zdawał się zmieniać w miljonową cząstkę Jakiejś symfonii i zlewać się razem Z szumem, z szelestem, z pomrukiem i szeptem Drzew, konarami, chwiejących nademną I tajemnicze przejęły mnie dreszcze. I wnet uczułem, że szumiące drzewa Nie nad mą głową tak szumią, lecz we mnie.

Doznałem wrażenia, żem się przedzierzgnął w jeden z tych jaworów, buków czy klonów lub świerków a potem, że ci liściami naodziani boru tego mieszkańce, zrośli się w olbrzymie jakieś pradrzewo, rozparli tę nikłą uwięź cielesną, która już nie gniotła, i mą prawdziwą stali się istotą. A teraz odrzućmy to hasło symbolizmu, z którem się tyle błazeństw, śmieszności, snobizmu powiązało, powróćmy do rodzimych i daleko prostszych określeń. Człowiek, który jest w stanie świat w sobie od nowa w nowej potędze i piękności odtworzyć, który poza przypadkową zjawą rzeczy widzi odwieczną ciągłość istoty bytu, ten jest twórca - a wszystko reszta, to tylko literatura.

----------

Wracam znowu do mego tak wyśmianego i wyszydzonego pojęcia "metasłowa." Mówiąc o Szopenie mówiłem, że człowiek pierwotny nie nie nazywał przypadkowem słowem jakiś przedmiot poza sobą, tylko w chwili, kiedy tworzył pierwsze słowo, zrobiło coś w nim ogromne wrażenie, czy to miłości, czy zemsty, czy strachu, coś wezbrało w nim olbrzymią falą, rwało się ku krtani, rozpierało mu piersi, aż w uszach jego rozległ się jego własny przeciągły krzyk czy to zdumienia, czy przestrachu, czy też pragnienia. Ze słów w ten sposób wyśpiewanych tworzyły się pierwotne pojęcia. Uczucia, które w ten sposób zdołał ze siebie wykrzyczeć, czy też wyśpiewać, przenosił bez wszystkiego na rzeczy, które dopiero nauczył się rozpoznawać: kiedy po raz pierwszy patrzył na gwiazdy, wydawały mu się olbrzymią trzodą owieczek - w skłębionych chmurach widział stadninę krów - nawet po dziś dzień chłonie tęcza w podaniach ludu - krowy pasące się na łące; myślał o jakimśkolwiek czasowniku, był on mu niezrozumiały bez przynależnego obrazu, tak że słowa wspierać nie rozumiał bez kolumn, które wspierają sufit pałacu królewskiego, a jeszcze w średnich wiekach było dla nas taka current metaforą, jak "cel" zupełnie niepojęte bez dodania czarnego punktu w tarczy, do którego bolce łuków zmierzają. Tak więc człowiek aż w najpóźniejsze czasy posługiwał się, by swoje pojęcia i wrażenia komuś innemu udzielić przenośnią - metaforą. Cudowne przykłady takich pierwotnych metafor mamy w Pieśni nad Pieśniami, gdzie Salomon włosy swej kochanki porównuje z trzodą kóz, schodzących z wyżyn góry Galaadu, zęby jej, jako stado owiec jednakich, gdy wychodzą z kąpieli; obie piersi jako dwoje bliźniąt sarnich, które się pasą między liljami i t. d.

Z czasem zatraciła się przenośnia. Słowo stało się abstrakcyjnem. Nie pojmujemy i nie znamy ani uczuciowego, ani metaforycznego związku, jaki wytworzył wszystkie nasze abstrakcyjne słowa. Słowo stało się, jak już kiedyś powiedziałem, zdawkową monetą, zatraciło swój genetyczny, obrazowy charakter, a dziś jest li tylko matematycznym znaczkiem. Czy dla nas liczba jakaś ma jakiekolwiek uczuciowe znaczenie? nie! Ale trzeba pamiętać, że pierwotny człowiek, by wypowiedzieć dajmy na to "cztery", przeszedł ciężką mękę porodu. Gdy widział prócz siebie tyle innych postaci, zdjęło go zdziwienie, potem czuł się przerażony, aż wybełkotał słowo, które się coprawda ustaliło w miarę, jak się to zjawisko powtarzało, ale równocześnie straciło swój uczuciowy podkład. Człowiek pierwotny był twórcą. I ten, który umie odtworzyć słowo w jego pierwotnem znaczeniu, umie widzieć słowo jako obraz, odsłonić tajemnicę jego genezy, który umie nową genesis i nowy obraz słowu podłożyć, ten jest twórcą. Pierwotny człowiek, a dzisiejszy twórca, to bardzo spokrewnione i zbliżone typy. Tylko podczas gdy człowiek pierwotny miał do rozporządzenia kilku zaledwie pojęciami, twórca dzisiejszy panuje nad niezliczoną mocą pojęć, które oczywiście powstały za pomocą metafory, pierwiastek metaforyczny zagubiły, a siłą twórcy jest właśnie to, by tym tysiącom i tysiącom pojęć dać od nowa ich obrazowy charakter, jeżeli nie historyczny, to nowy, z własnej wyobraźni stworzony. Pierwotny człowiek odnosił wszystkie nowe zjawiska do dawniej mu już znanych obrazów i równocześnie łączył nowe pojęcia uczuciowym związkiem ze staremi. Dusza wydawała mu się być jeziorem - a czystość jeziora, jego głębie i piękność przenosił bez wszystkiego na pojęcia duszy. Czasownik ssać łączył się z pojęciem mleka, picie mleka z pojęciem siły, a w dalszym ciągu tworzył słowa, jak chłopiec, dziewica, matka, wielki. U nas się ten związek uczuciowy zupełnie zatracił, któż z nas łączy widnokrąg z pojęciem wzgórza. Paska z giermkiem, brata z obowiązkiem noszenia siostry na swoich barkach podczas dalekich wędrówek? Ten, który umie odtworzyć każde pojęcie w obrazie, który umie odtworzyć uczuciowe związki pomiędzy pojedynczemi pojęciami, który nie logicznie, ale wewnętrznie, uczuciowo łączy wszystkie pozrywane i przez mózg rozstrzępione rzeczy świata zewnętrznego, ten jest twórcą i znowu: et tout le reste c'est de la litterature. Takim twórcą jest Jan Kasprowicz. W tem jego potęga, w tem jego wyłączne stanowisko twórcy, jakiego od czasów naszych wielkich mistrzów nikt nie zajmował. Czem jest ziemia rodzinna dla zwykłego człowieka? Łączą się z nią pewne osobiste wspomnienia, które już ziemi nie tyczą, ale zewnętrznych losów człowieka. Dajcie mu ołówek w rękę, a będzie umiał narysować mniej lub więcej wiernie cały krajobraz: paru kreskami naznaczy góry, w ten lub ów sposób spiętrzone, będzie umiał naznaczyć, że tu lub owdzie stał ten a ten dom - roztkliwi się na wspomnienia, że tam się bawił, a tam cierpiał, ale to wszystko nie da najmniejszego pojęcia o ziemi, co najwyżej da nam zewnętrzną linię tego, co człowiek ten w młodości swej przeżył. Inaczej twórca, tej miary co Kasprowicz. On pierwszy nadał ziemi, że tak powiem, jej metaforyczny charakter. On słyszy, jak ta ziemia pracuje i dyszy i męczy się w wiecznych porodach, jak się według słów Ujejskiego we dnie stroi w pychę, a w nocy broczy się we krwi - on czuje, jak się ta ziemia w nim rozpiera potężną łaską Św. Ducha, kiedy w przeczystem południu Zielonych Świątek na świat spływa, to znowu wszystek jad i truciznę bagien i moczarów z niego sączy. On cierpi znojem i trudem tej ziemi, kiedy śniegi roztapia i w jedną kałużę się zamienia, cieszy się jej umajonym przepychem godowej Matki Zielonej, z przerażoną grozą wsłuchuje się w upiorne czary świąt zadusznych, a w krzyż rozciągnięty, z szeroko rozwartemi ramiony; tuli się do niej w wielką a ponurą godzinę, kiedy Syn Boży po tysiączne razy umiera na krzyżu, za grzech pierworodny. W całej literaturze Kasprowicz jest jedyny autochton, Syn Ziemi i sam to odczuł i sam to najsilniej wyraził, kiedy w swym potężnym poemacie "Święty Boże, Święty Mocny", mówi o synu, z ziemi porodzonym, dla którego każe grób kopać. "Niechaj w nim kości położy ten, który powstał z tej ziemi, który miał w sobie jej trud, jej tajemniczy jęk, idący z głębin przestworzy w południa senny skwar". Niechaj w nim spocznie na wieki ten, który zabrał z jej chat żalniki łez i czekał, kiedy przyjdzie wybawienia kres, i z jej szumiących zbóż zgarniał ten dziwny, przejmujący szum i w swoich dum treść go zamykał i w świat jak wielką świętość niósł.

----------

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.