Zdaje się, że Remy de
Gourmont wypowiedział ostry i dość płytki paradoks: Ludzie piszący
dzielą się na dwie kategorje: na tych, którzy mają talent, a tymi
są symboliści, i na tych, którzy go nie mają, a więc
realiści.
Paradoks ten, który był niegdyś bojowym okrzykiem pewnej grupy
artystów, nazwanych symbolistami, ukrywa jednakowoż pewną głębszą
prawdę, jeżeli symbolizm nie oznacza pewnej kliki literackiej, ale
zostanie pojęty w jego rzeczywistem znaczeniu.
Zapomnijmy zatem, jakie kierunki literackie łączą się z
nazwą symbolizmu, dekadentyzmu, satanizmu, i jak się te wszystkie
izmy nazywają, zapatrujmy się tylko na istotę samą.
Teorya symbolizmu jest prosta i jasna, jak każda prawda.
Amiel mówi, że krajobraz jest stanem duszy i w tem
powiedzeniu tkwi zasadnicza prawda tak zwanego symbolizmu.
Dla symbolisty bowiem jest myśl identyczną z bytem. Istota,
która się tylko objawia we wewnętrznych fenomenach bytu, jest ta
sama, która żyje w duszy człowieka. Dusza, a istota świata jest
jedno.
Symbolista zatem czuje intuicyjnie związek swej duszy z
duszą całej natury, a poza przypadkowością rzeczy widzi jakiś
tajemny świat, poza czasowością bezgranicze wieczności, z której
sam się wyłonił. Rzeczywistość jest dlań li tylko symbolem innego a
wyższego świata, a razem z Shelleyem patrzy na świat jak przez
różnobarwne szkło, w którem odwieczne Jedno się łamie.
Dwojaki zatem jest rodzaj artystów: Ci, co z nabożeństwem i
czcią wnikają w życia wewnętrzne bogactwo, piękność i tajnie, co w
sercu swem zbudowali ołtarz w kształt onego, na którym w Atenach
napisano: Nieznanemu Bogu; a z drugiej strony ci, co z bezmyślną
obojętnością pływają po wierzchu życia, chwytają zmysłami
bezpośrednią rzeczywistość, nie troszcząc się bynajmniej o
wewnętrzny związek rzeczy, wyławiają tu i owdzie małe "coins de
nature", które z lepszem lub gorszem powodzeniem opisywać umieją.
Symbolista zatem - nie w znaczeniu kliki, ale tak jak go
określiłem - to artysta, który poza każdem zjawiskiem docieka
istoty, który we wszystkich czy to politycznych, czy społecznych
formułkach widzi tylko rzeczy przypadkowe i przemijające, szumowiny
i pianę na odwiecznym oceanie bytu. Dla niego nie istnieją oderwane
przejawy, wiąże on je w jedną nierozerwalną całość, dla każdego
atomu kreśli jego niezmierzony horyzont w wszechbycie, w każdej
kropli oceanu odzwierciedla mu się całe niebo, a po najdrobniejszym
promieniu wybiega okiem ku wielkiemu prasłońcu, z którego promień
ów spłynął.
Istota symbolizmu, a zatem istota wszystkich nowych
kierunków literackich jest dążenie do syntezy.
Mniejsza o to, czy ten poplątany chaos najrozmaitszych
kierunków, okrzyków bojowych, najśmieszniejszych teoryi, zdołał
choć w części wyłonić ze siebie ideał gwiazdę, do którego dąży, i
który urzeczywistnić pragnie, w każdym razie jest to dla psychologa
niezmiernie ciekawy i pocieszający objaw oderwania się sztuki od
płaskiego naturalizmu i pozytywizmu, a powrót jej do potężnych
źródeł, jakie nam Mickiewicz i Słowacki w ostatnich latach życia
odkryli.
Dla symbolisty jest rzeczywistość złudną, kłamliwą Mają,
która nam zakrywa istotę rzeczy, zmysły tracą dlań wartość, bo
rozrywają to, co jest niepodzielnie Jedno, nic go nie obchodzą
przypadkowe, a przemijające zjawy życia, on wierzy tylko duszy
swej, wiąże cząstki i cząsteczki świata, jakie do jego duszy przez
zmysły spływają znowu w jedną całość - świat rzeczywisty zanika z
przed jego oczu: On zapatrzony w bogactwo i przepych tego świata,
który sobie sam w swej duszy odtworzył, jedyny rzeczywisty świat. I
tak maluje Munch, potężny malarz norweski, niebo, jak może nigdy
objektywnie nie wygląda, ale takie on je widział w chwilach
obłędnej rozpaczy, poszarpane w dzikie pasy krzyku, rozstrzępione w
podarte szmaty majaczących snów - tak pisze Mombert, najtęższy
współczesny poeta niemiecki, o swojem sercu, co laską swoją
rozlśniewa nad morzem, bo morze przestało być morzem, a stało się
uczuciem i tak słyszy Jan Kasprowicz w jednym z największych swoich
poematów "Przy szumie drzew" te dźwięki, szumy, rozhowory,
szelesty, szmery i szepty lip, jaworów, buków, klonów i świerków,
nie poza sobą, ale w sercu swojem, w duszy swej:
"Las szumiał
A szumy jego wnikały powoli
W wszystkie me żyły. Krwi mej każdy atom
Zdawał się zmieniać w miljonową cząstkę
Jakiejś symfonii i zlewać się razem
Z szumem, z szelestem, z pomrukiem i szeptem
Drzew, konarami, chwiejących nademną
I tajemnicze przejęły mnie dreszcze.
I wnet uczułem, że szumiące drzewa
Nie nad mą głową tak szumią, lecz we mnie.
Doznałem wrażenia, żem się przedzierzgnął w jeden z tych
jaworów, buków czy klonów lub świerków a potem, że ci liściami
naodziani boru tego mieszkańce, zrośli się w olbrzymie jakieś
pradrzewo, rozparli tę nikłą uwięź cielesną, która już nie gniotła,
i mą prawdziwą stali się istotą.
A teraz odrzućmy to hasło symbolizmu, z którem się tyle
błazeństw, śmieszności, snobizmu powiązało, powróćmy do rodzimych i
daleko prostszych określeń.
Człowiek, który jest w stanie świat w sobie od nowa w nowej
potędze i piękności odtworzyć, który poza przypadkową zjawą rzeczy
widzi odwieczną ciągłość istoty bytu, ten jest twórca - a wszystko
reszta, to tylko literatura.
----------
Wracam znowu do mego tak wyśmianego i wyszydzonego pojęcia
"metasłowa." Mówiąc o Szopenie mówiłem, że człowiek pierwotny nie
nie nazywał przypadkowem słowem jakiś przedmiot poza sobą, tylko w
chwili, kiedy tworzył pierwsze słowo, zrobiło coś w nim ogromne
wrażenie, czy to miłości, czy zemsty, czy strachu, coś wezbrało w
nim olbrzymią falą, rwało się ku krtani, rozpierało mu piersi, aż w
uszach jego rozległ się jego własny przeciągły krzyk czy to
zdumienia, czy przestrachu, czy też pragnienia.
Ze słów w ten sposób wyśpiewanych tworzyły się pierwotne
pojęcia. Uczucia, które w ten sposób zdołał ze siebie wykrzyczeć,
czy też wyśpiewać, przenosił bez wszystkiego na rzeczy, które
dopiero nauczył się rozpoznawać: kiedy po raz pierwszy patrzył na
gwiazdy, wydawały mu się olbrzymią trzodą owieczek - w skłębionych
chmurach widział stadninę krów - nawet po dziś dzień chłonie tęcza
w podaniach ludu - krowy pasące się na łące; myślał o jakimśkolwiek
czasowniku, był on mu niezrozumiały bez przynależnego obrazu, tak
że słowa wspierać nie rozumiał bez kolumn, które wspierają sufit
pałacu królewskiego, a jeszcze w średnich wiekach było dla nas taka
current metaforą, jak "cel" zupełnie niepojęte bez dodania czarnego
punktu w tarczy, do którego bolce łuków zmierzają. Tak więc
człowiek aż w najpóźniejsze czasy posługiwał się, by swoje pojęcia
i wrażenia komuś innemu udzielić przenośnią - metaforą.
Cudowne przykłady takich pierwotnych metafor mamy w Pieśni
nad Pieśniami, gdzie Salomon włosy swej kochanki porównuje z trzodą
kóz, schodzących z wyżyn góry Galaadu, zęby jej, jako stado owiec
jednakich, gdy wychodzą z kąpieli; obie piersi jako dwoje bliźniąt
sarnich, które się pasą między liljami i t. d.
Z czasem zatraciła się przenośnia. Słowo stało się
abstrakcyjnem. Nie pojmujemy i nie znamy ani uczuciowego, ani
metaforycznego związku, jaki wytworzył wszystkie nasze abstrakcyjne
słowa. Słowo stało się, jak już kiedyś powiedziałem, zdawkową
monetą, zatraciło swój genetyczny, obrazowy charakter, a dziś jest
li tylko matematycznym znaczkiem.
Czy dla nas liczba jakaś ma jakiekolwiek uczuciowe
znaczenie? nie! Ale trzeba pamiętać, że pierwotny człowiek, by
wypowiedzieć dajmy na to "cztery", przeszedł ciężką mękę porodu.
Gdy widział prócz siebie tyle innych postaci, zdjęło go zdziwienie,
potem czuł się przerażony, aż wybełkotał słowo, które się coprawda
ustaliło w miarę, jak się to zjawisko powtarzało, ale równocześnie
straciło swój uczuciowy podkład.
Człowiek pierwotny był twórcą.
I ten, który umie odtworzyć słowo w jego pierwotnem
znaczeniu, umie widzieć słowo jako obraz, odsłonić tajemnicę jego
genezy, który umie nową genesis i nowy obraz słowu podłożyć, ten
jest twórcą.
Pierwotny człowiek, a dzisiejszy twórca, to bardzo
spokrewnione i zbliżone typy.
Tylko podczas gdy człowiek pierwotny miał do rozporządzenia
kilku zaledwie pojęciami, twórca dzisiejszy panuje nad niezliczoną
mocą pojęć, które oczywiście powstały za pomocą metafory,
pierwiastek metaforyczny zagubiły, a siłą twórcy jest właśnie to,
by tym tysiącom i tysiącom pojęć dać od nowa ich obrazowy
charakter, jeżeli nie historyczny, to nowy, z własnej wyobraźni
stworzony.
Pierwotny człowiek odnosił wszystkie nowe zjawiska do
dawniej mu już znanych obrazów i równocześnie łączył nowe pojęcia
uczuciowym związkiem ze staremi. Dusza wydawała mu się być jeziorem
- a czystość jeziora, jego głębie i piękność przenosił bez
wszystkiego na pojęcia duszy. Czasownik ssać łączył się z pojęciem
mleka, picie mleka z pojęciem siły, a w dalszym ciągu tworzył
słowa, jak chłopiec, dziewica, matka, wielki.
U nas się ten związek uczuciowy zupełnie zatracił, któż z
nas łączy widnokrąg z pojęciem wzgórza. Paska z giermkiem, brata z
obowiązkiem noszenia siostry na swoich barkach podczas dalekich
wędrówek?
Ten, który umie odtworzyć każde pojęcie w obrazie, który
umie odtworzyć uczuciowe związki pomiędzy pojedynczemi pojęciami,
który nie logicznie, ale wewnętrznie, uczuciowo łączy wszystkie
pozrywane i przez mózg rozstrzępione rzeczy świata zewnętrznego,
ten jest twórcą i znowu: et tout le reste c'est de la litterature.
Takim twórcą jest Jan Kasprowicz.
W tem jego potęga, w tem jego wyłączne stanowisko twórcy,
jakiego od czasów naszych wielkich mistrzów nikt nie zajmował.
Czem jest ziemia rodzinna dla zwykłego człowieka? Łączą się
z nią pewne osobiste wspomnienia, które już ziemi nie tyczą, ale
zewnętrznych losów człowieka. Dajcie mu ołówek w rękę, a będzie
umiał narysować mniej lub więcej wiernie cały krajobraz: paru
kreskami naznaczy góry, w ten lub ów sposób spiętrzone, będzie
umiał naznaczyć, że tu lub owdzie stał ten a ten dom - roztkliwi
się na wspomnienia, że tam się bawił, a tam cierpiał, ale to
wszystko nie da najmniejszego pojęcia o ziemi, co najwyżej da nam
zewnętrzną linię tego, co człowiek ten w młodości swej przeżył.
Inaczej twórca, tej miary co Kasprowicz. On pierwszy nadał
ziemi, że tak powiem, jej metaforyczny charakter. On słyszy, jak ta
ziemia pracuje i dyszy i męczy się w wiecznych porodach, jak się
według słów Ujejskiego we dnie stroi w pychę, a w nocy broczy się
we krwi - on czuje, jak się ta ziemia w nim rozpiera potężną łaską
Św. Ducha, kiedy w przeczystem południu Zielonych Świątek na świat
spływa, to znowu wszystek jad i truciznę bagien i moczarów z niego
sączy. On cierpi znojem i trudem tej ziemi, kiedy śniegi roztapia i
w jedną kałużę się zamienia, cieszy się jej umajonym przepychem
godowej Matki Zielonej, z przerażoną grozą wsłuchuje się w upiorne
czary świąt zadusznych, a w krzyż rozciągnięty, z szeroko
rozwartemi ramiony; tuli się do niej w wielką a ponurą godzinę,
kiedy Syn Boży po tysiączne razy umiera na krzyżu, za grzech
pierworodny.
W całej literaturze Kasprowicz jest jedyny autochton, Syn
Ziemi i sam to odczuł i sam to najsilniej wyraził, kiedy w swym
potężnym poemacie "Święty Boże, Święty Mocny", mówi o synu, z ziemi
porodzonym, dla którego każe grób kopać. "Niechaj w nim kości
położy ten, który powstał z tej ziemi, który miał w sobie jej trud,
jej tajemniczy jęk, idący z głębin przestworzy w południa senny
skwar". Niechaj w nim spocznie na wieki ten, który zabrał z jej
chat żalniki łez i czekał, kiedy przyjdzie wybawienia kres, i z jej
szumiących zbóż zgarniał ten dziwny, przejmujący szum i w swoich
dum treść go zamykał i w świat jak wielką świętość niósł.
----------
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.