Z głębi serca - Agata Przybyłek

Kup ebooka

37.90 zł
30.32 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

 

Czasami człowiek pragnie w życiu dużej zmiany. Emilia Pieczkowska chciała jej od wielu lat, ale dopiero jakiś czas temu wreszcie się na nią zdecydowała. Co ją wcześniej blokowało? Lęk. Na pewno też przejmowanie się opiniami ludzi, choć doszła do takiego momentu w swoim życiu, że przestały mieć one dla niej znaczenie. Rodzice wychowali ją na grzeczną dziewczynkę, potem przez lata starała się być przykładną żoną i matką. Dzień w dzień powielała utarte schematy i robiła wszystko, by zadowolić innych, przez co zapomniała o sobie.

Dwa lata temu postanowiła wreszcie, że nie chce już tak żyć, i na nowo odnalazła szczęście. Jak to się stało? Za sprawą Oresta Borowskiego, byłego policjanta, którego los postawił niespodziewanie na jej drodze. To właśnie z nim Emilia przeżyła cudowny romans. Od lat była żoną Jerzego, spokojnego mężczyzny, szanowanego w okolicy właściciela okolicznej żwirowni, w ich małżeństwie jednak od dawna nie działo się dobrze. Żyli pod jednym dachem, ale z dala od siebie, każde zajęte własnymi sprawami. Często już nawet nie chciało im się kłócić, gdy coś im nie pasowało, po prostu w milczeniu każde szło w swoją stronę. Z perspektywy czasu Emilia zastanawiała się, dlaczego nie odeszła od męża wcześniej. Może po prostu potrzebowała silnego bodźca, jakiegoś wyzwalacza, który uruchomiłby lawinę nieuchronnych zmian?

Teraz Oresta już przy niej nie było. Nie żył. A ona wciąż czuła się najsmutniejszą i najsamotniejszą kobietą na świecie.

Kiedy przed dwoma laty wydarzył się nieszczęśliwy wypadek, Emilia do ostatniej chwili nie dopuszczała do siebie myśli, że już nigdy nie zobaczy Oresta. Że więcej go nie usłyszy, nie spojrzy w jego rozbawione oczy i nie spędzą już razem namiętnego wieczoru, nie przytulą się do siebie, spełnieni po chwilach namiętności. Niestety, życie było okrutne.

Emilia uważała Oresta za dobrego, szlachetnego mężczyznę i chyba to właśnie dobre serce zawiodło go w objęcia śmierci. Zginął, ratując życie nastoletniej dziewczyny, za którą w ostatnich tygodniach życia czuł się odpowiedzialny. Połączyły go z Leną trudne doświadczenia. On również w dzieciństwie zaznał przemocy domowej, więc szybko nawiązali dobry kontakt. Kiedy nastolatka znalazła się w sytuacji zagrożenia życia, Orest nie wahał się ani chwili. Pojechał do niej i wdał się w bójkę z jej ojcem. Niestety, skończyło się to dla niego tragicznie, z czym Emilia nie umiała się do tej pory pogodzić. Zawsze wierzyła w życiową sprawiedliwość. Zawsze. Czy za dobre czyny człowiek nie powinien zostać hojnie obdarowany przez los? Od śmierci Oresta mnóstwo razy zadawała sobie to pytanie - i wiele innych. Nie znajdowała jednak odpowiedzi.

Emilia straciła osobę, która odmieniła jej życie. Po śmierci Oresta nie wiedziała, co dalej. Czuła się tak, jakby zapadł jej się grunt pod nogami. Do męża nie zamierzała wrócić, ale samotność ją przerażała. Po wyprowadzce z domu wynajęła nieduże mieszkanie na obrzeżach pobliskiego miasteczka i rzuciła się w wir pracy, żeby nie myśleć ciągle o Oreście ani o rozwodzie, który wydawał się toczyć w nieskończoność z powodu biurokracji. Wsparciem była dla niej przyjaciółka Edyta i nastoletni syn. Łukasz, o dziwo, wcale nie miał do niej żalu za to, że postanowiła odejść od jego ojca.

- Powinniście się rozejść już dawno temu - skwitował, kiedy Emilia powiedziała mu o swojej decyzji.

Zaskoczył ją wtedy.

- Naprawdę tak sądzisz?

- Mamo, nie jestem najlepszy w uczuciach, ale nawet głupek by się zorientował, że od lat nie układa wam się z ojcem. Starzy nie jesteście, przynajmniej nie jakoś tragicznie, więc poukładacie sobie życia osobno.

- Dziękuję za zrozumienie - wydusiła bliska łez.

Łukasz przytulił ją mocno.

- Każde dziecko chce, żeby jego rodzice byli szczęśliwi. Wierz mi.

- Wierzę. Tylko martwię się, czy ty w tej sytuacji będziesz szczęśliwy.

- Ja niedługo i tak wyprowadzę się z domu, bo idę na studia. Pewnie, wolałbym tu wracać co któryś weekend i widzieć was razem, ale jakoś przeżyję to, że będzie inaczej. Tylko żebyś nie znalazła sobie dużo młodszego od siebie chłopaka, bo tego bym nie zniósł - zastrzegł od razu i atmosfera stała się mniej patetyczna. - Matka jednego z moich kumpli zadała się z niewiele starszym ode mnie kolesiem. To trochę... obleśne.

- Zapewniam, że nic takiego się nie wydarzy.

- Skąd możesz wiedzieć? Kryzys wieku średniego dopiero przed tobą.

- Wydaje mi się, że nie jestem typem, który nagle zacznie odwiedzać gabinet chirurga plastycznego, kupować drogie ubrania i podrywać chłopaków w wieku syna.

- Trzymam cię za słowo. - Łukasz się uśmiechnął.

Emilia poczuła ogromną ulgę. Bała się, jak syn przyjmie wiadomość o rozwodzie, a Jerzy nie chciał uczestniczyć w tej rozmowie, mówiąc, że to jej głupi pomysł, więc sama musi się wytłumaczyć Łukaszowi.

Typowe - pomyślała, gdy to powiedział. Taki właśnie ostatnio był Jerzy: spychał na nią wiele spraw i wyjeżdżał do pracy. Niekiedy aż nie mogła się nadziwić, że kiedyś byli razem szczęśliwi. Gdy się wyprowadzała, pomyślała, że za domem będzie tęsknić dużo bardziej niż za mężem.

Los postawił na jej drodze kolejnego anioła - dawno niewidzianą kuzynkę, która przyjechała w rodzinne strony po śmierci matki. Emilia spotkała Zosię na pogrzebie ciotki i postanowiły odnowić relację. Kuzynka zaproponowała, by Pieczkowska przeniosła się na Pomorze Zachodnie i pomogła jej w biznesie. Prowadziła dobrze prosperujący ośrodek położony w lesie nad jeziorem, który słynął z zajęć jogi organizowanych przez cały rok.

- Muszę to przemyśleć - odpowiedziała Emilia, ale już po kilku dniach zadzwoniła do Zosi z informacją, że podjęła decyzję.

I takim sposobem znowu spakowała cały swój dobytek w kilka dużych toreb. Udała się w podróż, która miała odmienić jej życie.

 

* * *

 

Kiedy Emilia wysiadła z samochodu przed bramą ośrodka Ostoja, cieszyła się, że może wreszcie rozprostować nogi. Jechała kilka godzin z dwiema krótkimi przerwami na skorzystanie z toalety i napicie się kawy, a ponieważ to była najdłuższa podróż, w jaką udała się sama od lat, czuła się zmęczona.

Nawet w tym stanie nie mogła nie uśmiechnąć się na widok okolicy, w której miała zamieszkać. Choć kilka dni temu przejrzała stronę internetową ośrodka stworzonego przez Zosię, na żywo wyglądał on dużo lepiej niż na zdjęciach, a okolica była urokliwa. Działka znajdowała się w lesie, ze wszystkich stron otaczały ją drzewa. Wiodła do niej wąska droga, ale Emilia nie sądziła, by stanowiło to problem dla przyjeżdżających tu gości. Teren otaczał drewniany płot, a nad bramą wisiał szyld z nazwą. Emilia widziała za nią nowoczesne, drewniane budynki między drzewami. W dużych oknach oraz przeszklonych drzwiach odbijały się drzewa oraz pojedyncze promienie słońca.

Emilia ruszyła wytyczoną alejką za znakami wskazującymi recepcję. Wzdłuż ścieżki rosły rododendrony, kępki traw oraz nieduże iglaki, których nazw Emilia nie znała. Gdy weszła przez obrotowe drzwi w drewnianym budynku w typie nowoczesnej stodoły, znalazła się w recepcji. Za drewnianym kontuarem stała młoda dziewczyna w czarnym uniformie.

- Dzień dobry. Gdzie znajdę Zosię?

- Zosię?

- Zofię Małecką. Właścicielkę ośrodka.

- Och, chodzi o panią Małecką. Przepraszam najmocniej, nie skojarzyłam od razu. Szefowa ma ważne spotkanie z kontrahentem.

- Zosia wie, że miałam dzisiaj przyjechać. Jestem jej kuzynką.

Recepcjonistka się zawahała.

- Szefowa kazała sobie nie przeszkadzać, prowadzi naprawdę ważne spotkanie, więc może poczeka pani chwilę? Mogę zaproponować kawę albo herbatę?

Emilia wypiła dzisiaj już dwie caff? latte po drodze, ale była tak zmęczona podróżą, że skusiła się na trzecią. Usiadła na miękkiej kanapie i zapatrzyła się na leśny krajobraz za oknem. Poczuła się jak na wczasach, chociaż przecież nie przyjechała tu odpoczywać.

Kiedy dziewczyna przyniosła jej kawę, Emilia podziękowała i wyszła z kubkiem na zewnątrz, żeby zadzwonić do Łukasza i dać mu znać, że dojechała bezpiecznie.

- Cześć, mamo.

- Cześć, synku. Możesz rozmawiać?

- Idę właśnie na uczelnię.

- Chciałam ci tylko dać znać, że dotarłam bezpiecznie.

- To super. Jak droga?

- Na szczęście bez przygód.

- Cieszę się.

- No dobra, to nie przeszkadzam ci już. - Emilia odetchnęła głęboko leśnym powietrzem. - Ciekawych zajęć. I pozdrów Natalkę.

- Pozdrowię. Dzięki, mamo.

Emilia schowała telefon do kieszeni i upiła łyk kawy. Tęskniła za Łukaszem, ale jednocześnie bardzo chciała, by zdobył wyższe wykształcenie, więc akceptowała to, że rzadko się widzą, odkąd wyjechał na studia. Cieszyła się, że jest szczęśliwy z Natalią, swoją dziewczyną, którą poznał na uczelni. Kierował swoim życiem. Ono było przecież tak krótkie...

Zosia nadal nie przychodziła, więc Emilia postanowiła rozejrzeć się trochę po terenie ośrodka. Z kubkiem kawy przeszła się leśnymi alejkami między budynkami. Dostrzegła kort do tenisa, siłownię na świeżym powietrzu i strefę rekreacyjną, w której ustawiono leżaki oraz drewniane ławki. Przysiadła na jednej w zacienionym zakątku. I wtedy dotarło do niej, że już się cieszy z przyjazdu tutaj, choć nie wiedziała jeszcze, co w tym miejscu ją spotka. Ciasne, wynajmowane mieszkanie bardzo ją męczyło, w miasteczku ciężko było uciec od wścibskich spojrzeń. Jurek należał do wpływowych osób w gminie. Był zamożny i wiele robił dla lokalnej społeczności: a to wspierał zbiórki charytatywne, gdy rodzice zbierali na leczenie dzieci, a to sfinansował sprzęt gimnastyczny dla szkoły. Gdy zbliżały się dni miasta, zostawał jednym ze sponsorów festynu połączonego z występami na żywo. Emilia wiedziała, że pozostając tam, już do końca życia będzie nosiła łatkę jego byłej żony, i to tej złej, skoro to ona złożyła pozew o rozwód. Spotkanie z Zosią było więc dla niej swojego rodzaju błogosławieństwem. Pomimo smutnych okoliczności i pogrzebu.

Siedziała zadumana, aż w końcu znalazła ją Zosia. Miała na sobie lnianą, białą sukienkę do kolan o kroju długiej koszuli. Włosy zaczesała w elegancki kok, na szyi i w uszach połyskiwała złota biżuteria. Gdy się uściskały, Emilia pochwaliła jej wygląd.

- No wiesz, na spotkaniach z kontrahentami trzeba jakoś się prezentować - zaśmiała się kuzynka, po czym usiadły na ławce. - Ale nie rozmawiajmy chwilowo o mojej pracy, bo to były wyczerpujące negocjacje i muszę się od nich zdystansować. Opowiadaj lepiej, jak minęła ci podróż. Trafiłaś do naszej Ostoi od razu? Niektórzy goście mają z tym problem, zwłaszcza że GPS lubi szwankować w tych lasach.

- Na szczęście nie błądziłam.

- To dobrze. Ale pewnie jesteś zmęczona godzinami za kółkiem, co?

Emilia uśmiechnęła się i przyznała:

- Padam z nóg.

- W takim razie teraz zapraszam na późny obiad, a potem pokażę ci twoje nowe lokum, żebyś mogła się odświeżyć i odetchnąć.

- Brzmi jak dobry plan.

Zosia poprowadziła Emilię do restauracji znajdującej się w tym samym budynku co recepcja. Emilia oddała po drodze kubek po kawie miłej dziewczynie, która ją dla niej zaparzyła, a potem weszły z Zosią do niemal całkiem przeszklonej sali restauracyjnej. Podobnie jak recepcja, była utrzymana w odcieniach szarości, beżu i brązu. Przy wejściu znajdował się długi bar ze sporym wyborem alkoholi oraz słodkości, ale Emilia z kuzynką minęły go i usiadły przy jednym ze stolików. Zosia zdawała się nie przejmować tym, że niektóre w pobliżu były zajęte przez gości. Kelner przyniósł im menu, złożyły zamówienie i dostały świeże pieczywo z pastą oliwkową jako przystawkę.

- Bardzo smaczna - pochwaliła pastę Emilia.

- Zatrudniam niezłych kucharzy.

- Pewnie masz sporo pracy, co?

- Żebyś wiedziała. Stąd też moja propozycja, żebyś przyjechała mi pomóc. Mimo tego, że dajemy z siebie z Markiem wszystko, to czasami odnosimy wrażenie, że pewne sprawy nas przerastają.

- Z przyjemnością pomogę - zapewniła Emilia. - Tylko co ja właściwie miałabym tutaj robić?

- No właśnie, bo ja w końcu nie powiedziałam ci, co z Markiem planujemy! - uświadomiła sobie Zosia, po czym nachyliła się do niej lekko. - Chcemy przyciągnąć do ośrodka nową grupę gości, mianowicie rodziny z dziećmi. Wybudowaliśmy ostatnio kolejny budynek z miejscami noclegowymi, większe, rodzinne pokoje i nieustannie pracujemy nad poszerzeniem oferty o atrakcje dla najmłodszych, ale mamy na głowie tyle spraw, że żadne z nas nie może się temu całkowicie poświęcić. Pomyśleliśmy, że mogłabyś się tym zająć. Potrzebujemy kogoś zaufanego, a ty jesteś kreatywna, no i do niedawna pracowałaś z rodzinami i dziećmi, więc na pewno wiesz, czego oczekują od ośrodków tego typu klienci. Może udałoby nam się uzyskać jakieś dofinansowanie, żeby mogły tu przyjeżdżać też takie trudne rodziny? Wiesz, żeby oderwać się od problemów, znaleźć życiowy balans... Po prostu chcemy rozwinąć ośrodek i przyda nam się dodatkowa para rąk do pracy. No i oczywiście kolejna głowa pełna pomysłów.

Emilia wzięła głęboki oddech, bo tego się nie spodziewała.

- A ja myślałam, że będę pomagać w recepcji albo zostanę kimś w stylu: przynieś, podaj, pozamiataj - bąknęła, na co Zosia się roześmiała.

- Zwariowałaś? Na pewno byśmy ci czegoś takiego nie zaproponowali.

- Właśnie widzę, że macie co do mnie bardziej górnolotne plany. Tylko czy ja się nadaję na takie ważne stanowisko? Do tej pory albo robiłam wyklejanki z papieru z podopiecznymi, albo nadzorowałam rodziny z problemami. Nie mam doświadczenia w biznesie.

- Ja i Marek też nie mieliśmy, dopóki nie odziedziczyliśmy campingu po jego rodzicach i nie postanowiliśmy go rozbudować.

- Sama nie wiem... - Emilia nadal miała wątpliwości. - Chcecie mi powierzyć bardzo odpowiedzialne zadanie.

- Kochana, ale przecież nie zostawimy cię z nim sami i nie rzucimy od razu na głęboką wodę! - zapewniła Zosia. - Najpierw na spokojnie we wszystko cię wdrożę i powiem, na czym najbardziej nam zależy, a potem zaczniesz stawiać pierwsze kroki na stanowisku.

- Widzę, że wszystko sobie dobrze przemyśleliście. - Emilia uśmiechnęła się i po krótkim wahaniu zdecydowała: - A więc zaczyna się kolejny nowy rozdział w moim życiu.

- Mam nadzieję, że piękny.

- Bardzo bym tego chciała - powiedziała z nadzieją Pieczkowska.

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

 

 

Tomasz Nowobilski nie zawsze lubił swoją pracę poza granicami kraju, ale miała ona kilka niezaprzeczalnych plusów. Po pierwsze, w Niemczech zarabiał tyle, że mógł pracować tylko dziewięć miesięcy, a pozostałe trzy, zwykle te wakacyjne, spędzać w swoim domu na zachodzie Polski i pracować zdalnie po wykorzystaniu urlopu, a po drugie, dostał w Lubece duże mieszkanie firmowe, z którego miał niedaleko nad morze. Miasto słynęło z portu, ale on pracował w firmie, która budowała tutaj i w okolicy drogi i mosty. A dokładniej: tworzył projekt tych inwestycji, liczył, rysował, dobierał komponenty. Był konstruktorem i najwięcej czasu w pracy spędzał przy komputerze, dzięki czemu mógł raz w roku wracać do Polski, choć oczywiście nieraz musiał odwiedzić budowę.

Przez większość swojego życia Tomasz nie wyobrażał sobie, że mógłby zamieszkać na dłużej poza Polską, choć znał dobrze angielski i niemiecki. Urodził się w rodzinie patriotycznej. Jego dziadkowie pochodzili z terenów dzisiejszej Ukrainy i Litwy, ale rodzice przyszli na świat już nad Odrą.

Tomasz był jedynakiem, ale miał mnóstwo kuzynostwa. Przez jego dom rodzinny na wsi przewijały się rzesze dzieci i on sam często przesiadywał u bliskich. Teraz część krewnych wyjechała do Szczecina, a część tak samo jak on - do Niemiec albo dalej na zachód w poszukiwaniu lepszej pracy. Z wieloma osobami kontakt mu się urwał, ale kiedy Tomasz wracał do domu, który odziedziczył po rodzicach, nadal miał kogo odwiedzić i do kogo zajrzeć na kawę.

Zdecydował się na wyjazd z kraju po tym, jak kilka lat temu posypało mu się życie. Zapragnął zmienić otoczenie i bez wahania zrealizował ten cel. Czy żałował? Czasami. Życie na emigracji wyglądało nieco inaczej niż w Polsce i niektóre aspekty bardzo mu się nie podobały, jak na przykład to, że wiele osób w firmie patrzyło na niego z góry tylko dlatego, że był narodowości polskiej. Przyjeżdżając do Lubeki, Tomasz starał się mieć otwartą głowę i nie myśleć stereotypowo, choć wiele słyszał o niechęci obywateli Niemiec do Polaków. Niestety, niektórzy naprawdę zachowywali się wobec niego karygodnie, choć na szczęście nie było takich wielu. Zazwyczaj starał się nie reagować na zaczepki, ale ostatnio coraz częściej wyrywały mu się cięte riposty i bardzo już czekał na swój tegoroczny trzymiesięczny wyjazd, żeby odetchnąć i znowu nabrać do pewnych spraw dystansu.

Poza tym był już zmęczony projektem, nad którym przez ostatnie miesiące pracował, i chciał go skończyć. Tęsknił też za swoim starym mercedesem, którego podczas pobytów w Polsce remontował w garażu. Już jako dzieciak pasjonował się samochodami i ta pasja z upływem lat wcale nie słabła, chociaż pochłaniała znacznie więcej pieniędzy niż kiedyś. Gdy był małym chłopcem, zadowalał się oglądaniem magazynów motoryzacyjnych, które kupował mu ojciec. Teraz Tomasz lubił przejechać się drogim autem albo właśnie pochylić się nad swoim mercedesem w garażu. W tym samochodzie ciągle było coś do zrobienia.

Tomasz był sam i wieczory dłużyły mu się w nieskończoność. Przez kilka tygodni pobytu w domu po rodzicach pracował zdalnie, podczas reszty wykorzystywał urlop, więc miał sporo czasu dla siebie. Oglądał seriale, na które zwykle brakowało mu czasu, słuchał podcastów, między innymi dotyczących jego hobby, czyli starych samochodów, i czytał książki. Jeden z jego kuzynów, z którym co prawda nie utrzymywał już kontaktu (większość jego bliskich w dorosłym życiu wyprowadziła się z wioski), powiedział mu kiedyś w żartach, że na wsi ma tylko dwa wyjścia, jak sobie z tą nudą poradzić: albo mógł naprawiać ten swój stary samochód, albo pić. Z tym, że Tomasza alkohol jakoś nigdy szczególnie nie pociągał. Owszem, lubił napić się piwa w towarzystwie albo sączyć wino podczas randek, choć na te ostatnie teraz już właściwie nie chadzał. Alkohol był jednak dla niego tylko dodatkiem do spotkań towarzyskich, a nie jakimś silnym pragnieniem, z którym nie mógłby sobie poradzić.

- A ja myślałem, że wszyscy Polacy piją na umór - rzucił kiedyś do niego szef podczas jakiegoś firmowego spotkania.

- Stereotypy - mruknął Tomasz, oburzając się w duchu.

Nie znosił walczyć z tym zaściankowym myśleniem, że wszyscy Polacy chleją, są biedni i kradną. Po takich rozmowach często się zastanawiał, ile czasu jeszcze musi upłynąć, by niektórzy ludzie uświadomili sobie, że świat ciągle pędzi do przodu i pewne rzeczy się zmieniają. Z szefem nie wypadało jednak wejść w dyskusję, zwłaszcza że to był typ, który lubił mieć rację. Tego też Tomasz nauczył się od życia: czasami lepiej powiedzieć mniej niż za dużo. Kilka razy uniknął dzięki temu kłopotów, więc stosował się do tej zasady. Nawet jeśli potem musiał w inny sposób rozładowywać nagromadzone w sobie emocje. Zazwyczaj przelewał je na papier, choć miał raczej ścisły umysł. Bez trudu uzyskał tytuł inżyniera, a potem magistra, przez całe studia tylko raz musiał podejść do poprawki. Pracę dostał od razu. Zaoferowała mu ją znana szczecińska firma po tym, jak Tomasz odbył tam praktyki studenckie.

- Szukamy właśnie kogoś takiego jak pan - usłyszał podczas rozmowy po zakończeniu wakacji.

Pieniądze oferowano dobre, w grę wchodził służbowy samochód, więc Tomasz bez wahania się zgodził. I szybko polubił tę pracę, choć dojeżdżając z miejscowości rodzinnej do miasta, stał w korkach albo trafiał na wypadek, przez co docierał do domu później, niżby chciał. Wiedział jednak, że przebywa w dobrym zespole, od którego może się wiele nauczyć, a zdobycie doświadczenia zawodowego było dla niego bardzo ważne.

Dopiero później zrozumiał, że tak naprawdę co innego znacznie bardziej się liczy, ale młodość rządzi się przecież swoimi prawami, zresztą chyba nie znał nikogo, kto nie popełniałby błędów. Tomasz w ogóle był dość refleksyjnym mężczyzną, lubił rozmyślać. I dużo pisał. Czasem wiersze, czasem fragmenty powieści, choć nigdy żadnej nie skończył ani nie skleił tych części w sensowną całość. Wiele z zapisanych kartek po prostu wyrzucał, a część leżała w mieszkaniu w Lubece i w wiejskim domu po rodzicach ukryta przed światem.

Tomasz nikomu nie przyznawał się do tego, że pisze. To była jego prywatna sfera i nie chciał do niej nikogo wpuszczać, zwłaszcza że pisał teksty, które wiele osób określiłoby jako "niemęskie" - o miłości. To miłość sprawiła bowiem, że znajdował się teraz w tym, a nie innym miejscu, samotny i ze złamanym sercem. Niestety, w jego przypadku to uczucie niosło za sobą więcej chwil pełnych cierpienia niż tych cudownych, szczęśliwych.

Czy wszystkie miłości są takie? - pytał czasem sam siebie i stawiał to pytanie też bohaterom swoich tekstów.

Chciał wierzyć, że nie. Naprawdę chciał w to wierzyć. Miłość była przecież uczuciem tak wspaniałym, że nie mogła jedynie sprowadzać człowieka na manowce i kończyć się łzami. Może więc on po prostu źle trafił? I właśnie dlatego jego życie tak bardzo się pogmatwało? Gdy patrzył na szczęśliwe, zakochane pary, nasuwał mu się właśnie taki wniosek.

Tylko czym on sobie zasłużył na taki smutny los, na samotność oraz problemy?

Choć bardzo chciał, Tomasz nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Był dobrym dzieckiem. Nigdy nie przysparzał wielu zmartwień rodzicom. Nie pił i nie ćpał, co było dość popularne u młodzieży, wśród której dorastał. Papierosów też nie palił za często, właściwie to tylko dla towarzystwa i pod koniec studiów całkowicie to porzucił, gdy stwierdził, że szkoda mu zdrowia. Uczniem był niezłym. Może za dużo się nie uczył, ale wiedza zazwyczaj wchodziła mu do głowy sama podczas lekcji i na sprawdzianach zdobywał dobre stopnie. W liceum zawsze przynosił do domu pod koniec roku świadectwo z paskiem, bez problemu dostał się na upragnione studia, co rodzice skwitowali słowami:

- Jesteśmy z ciebie dumni, Tomciu.

Nigdy też świadomie nikogo nie skrzywdził na tyle, żeby zasłużył sobie na los, który go spotkał. Co więc poszło w jego życiu nie tak?

Wracając w pewne poniedziałkowe popołudnie do mieszkania w Lubece, Tomasz znowu zadał sobie to pytanie i po raz któryś doszedł do tego samego wniosku: dokonał złego wyboru. Ostatnie lata jego życia nie były żadną karą, tylko konsekwencją podjętej przed laty decyzji, która okazała się opłakana w skutkach.

Ale czy mógł to przewidzieć?

Nie, raczej nie. Kiedy jako młody chłopak zakochał się w Anecie, nie myślał racjonalnie i stracił głowę dla tej dziewczyny. To uczucie było silne. Tak silne, że pewnie nawet gdyby chciał, to nie mógłby się mu oprzeć. Było między nimi coś magicznego, coś hipnotycznego, co przyciągało ich do siebie jak przeciwne bieguny magnesu, i dopiero z perspektywy lat Tomasz był w stanie spojrzeć obiektywnie na tę relację.

Ale czy pierwsze miłości właśnie takie nie były? Nieokrzesane, silne, pozbawione pierwiastka realizmu, który umieli wnosić w związki ludzie po przejściach?

Po powrocie do mieszkania Tomasz zjadł szybki obiad, a potem usiadł do biurka, żeby znowu dać upust swoim emocjom i napisać krótki wiersz - chciał poczuć się lepiej.

Zamiast jednak to zrobić, zapatrzył się na kartkę i zaczął wspominać początki związku z Anetą. Podparł twarz ręką i zasępił się.

Byliśmy wtedy tak młodzi - pomyślał z sentymentem. Tacy młodzi i tacy naiwni...

 

* * *

 

Choć widywał Anetę na korytarzach liceum, poznali się lepiej dopiero w klasie maturalnej. Zwyczajem szkoły sztandar nosiła trójka uczniów z ostatniej klasy i jakimś zrządzeniem losu funkcję tę zaproponowano Tomkowi, Anecie i piegowatej Zosi, przewodniczącej samorządu szkolnego, za którą chłopak nie przepadał. Ale to nie miało wtedy znaczenia. Wiosną, kiedy uczniowie opuszczający szkołę przekazali sztandar młodszym kolegom, Tomek zabujał się w Anecie, ale nie miał jej odwagi o tym powiedzieć.

Okazja nadarzyła się dopiero jesienią, kiedy zdążyli się już trochę lepiej poznać i mieli za sobą sporo rozmów o szkole i życiu. Tak się złożyło, że wspólny kolega zaprosił oboje na ognisko z okazji kończącego się lata. Tomasz nieczęsto chodził na takie imprezy, ale kiedy dowiedział się, że Aneta też przyjdzie, pojechał. W nowej koszulce i z fryzurą prosto od fryzjera - po licznych prośbach mama umówiła go na wizytę. Pamiętał, że czuł się jak młody Bóg, jadąc na ognisko samochodem ojca. Bardzo liczył na to, że jego odświeżony wygląd oczaruje Anetę i w końcu pójdą krok dalej, czego pragnął od wielu miesięcy.

Wyglądała przepięknie! Stała w grupce znajomych i zaśmiewała się do rozpuku z jakiegoś żartu, który opowiedział jeden z chłopaków. Jej długie blond włosy powiewały na wietrze, w tęczówkach oczu odbijały się promienie wieczornego słońca, a biało-liliowa sukienka opływała jej ciało, idealnie podkreślając krągłości.

Tomasz zaniemówił. Przystanął i przez moment po prostu pożerał ją wzrokiem, ale potem podszedł do niego jeden z kolegów, by się przywitać, więc oderwał spojrzenie od ukochanej i podał rękę kumplowi. Nie rozmawiali jednak zbyt długo. Przyciąganie do Anety było tak silne, że Tomasz szybko zostawił znajomego i podszedł do ukochanej dziewczyny.

Gawędzili przy ognisku i pieczeniu kiełbasek, dla Tomasza świat przestał istnieć. Wieczór był magiczny. Ogień trzaskał, złociste iskry unosiły się w górę, jakby chciały wzlecieć do gwiazd. Aneta siedziała obok, wybuchała śmiechem, dotykała go. Tomasz nie wiedział wtedy, czy to jej dłonie go grzeją, czy ogień, ale oddałby wszystko, żeby ta noc trwała jak najdłużej. Kiedy odwoził Anetę do domu, pocałował ją na pożegnanie, a ona się nie odsunęła. Był to nieśmiały pocałunek, młodzieńczy, trochę niepewny, ale Tomasz do tej pory pamiętał wspaniałe uczucie, które ogarnęło go, gdy przywarł ustami do pełnych warg dziewczyny.

To jest właśnie miłość! - przemknęło mu wtedy przez głowę.

Od następnego dnia w szkole byli nierozłączni podczas przerw i Tomasz zawsze odprowadzał Anetę do domu po lekcjach, gdy miał tylko taką możliwość. Ich relacja kwitła, miłość z dnia na dzień stawała się coraz silniejsza. Kiedy kilka tygodni później Tomasz zebrał się na odwagę i trzymając w dłoni bukiet kwiatów, zapytał Anetę, czy zostanie jego dziewczyną, od razu się zgodziła.

Poszli świętować przy pizzy. W miasteczku była tylko jedna pizzeria, tuż przy pozostałościach starych murów otaczających niegdyś miasto. Dzień należał do ciepłych, więc Tomasz zaproponował, by zajęli stolik na zewnątrz. Ten moment również pamiętał do teraz: roześmianą twarz Anety, kiedy snuli plany na przyszłość. Byli wtedy tak pełni zapału!

Tomasz westchnął. Wtedy jeszcze życie było takie proste...

 

 

 

 

 

Jacek patrzył na nieznajomą, która zatrzymała się naprzeciw niego. Był zaskoczony, że ktoś w ogóle zainteresował się jego muzyką. Zwykle ludzie nie zwracali na niego uwagi - albo przyzwyczaili się już, że przesiaduje tutaj i gra, albo traktowali melodię jak element krajobrazu. Jednak ta dziewczyna była inna. Zatrzymała się, żeby z nim porozmawiać, a do tego bezsprzecznie musiała mieć dobry słuch, skoro wyłapała zmienione przez niego fragmenty.

Był pod wrażeniem. Kiedy po pracy przyjechał tu g rać, sądził, że po prostu chwilę pobrzdąka, żeby wyrzucić z siebie emocje. Samotnie, tak jak zazwyczaj. Ostatnio tylko mewy i Bałtyk słuchały wygrywanych przez niego emocji, ale jemu to nie przeszkadzało. Nigdy nie miał parcia na szkło ani nie tworzył po to, aby ludzie go podziwiali. Muzyka stanowiła dla niego sposób na wyrażenie siebie. Po śmierci Alicji i Majki bardzo często właśnie w ten sposób radził sobie z bólem - brał gitarę, jechał nad morze i grał, czasem płacząc. Najgorsze etapy żałoby miał już za sobą i teraz odreagowywał tak głównie inne rzeczy: samotność czy niezrozumienie dla wielu spraw. Trącał struny tak, jak podpowiadało mu serce, i często dawał się ponieść muzyce. Przerabiał znane piosenki, niekiedy nawet wymyślał nowe melodie. Wpatrując się w morze, zupełnie nie zwracał uwagi na ludzi, którzy go otaczali. Aż do dzisiaj.

Ta dziewczyna go zaintrygowała. Jacek mimowolnie otaksował ją wzrokiem. Była atrakcyjna, choć obszerne dresy trochę to maskowały. Miała wyraziste kości policzkowe i bardziej wąskie, podłużne niż okrągłe oczy. Poza tym cechowała ją trudno uchwytna elegancja, choć nosiła sportowe ubranie i takież obuwie. Na pewno była też młodsza od niego. Dałby jej najwyżej dwadzieścia osiem lat, może nawet mniej. Jej twarz zdobił umiejętnie zrobiony makijaż, ale nie przesadny, raczej delikatny. Podkreśliła kosmetykami urodę. Brązowe włosy, mocno przycięte, sięgały ramion.

Jacek odwrócił wzrok od dziewczyny i znowu skupił się na muzyce.

- Też grasz? - zapytał Ester.

- Kiedyś chciałam nauczyć się grać na gitarze, ale ostatecznie wybrałam pianino.

Jacek pomyślał, że ten instrument do niej pasuje.

- Mnie matka chciała w dzieciństwie namówić na grę na pianinie, ale byłem uparty i nie uległem.

- Nie żałujesz?

- Skąd - odrzekł i z czułością położył ręce na swojej gitarze.

- Ta tutaj to moja najlepsza przyjaciółka.

Ester rzuciła ciepłym tonem:

- W takim razie gratuluję dobrze dokonanego wyboru.

- Dzięki.

- A wracając do muzyki... Często tworzysz własne aranżacje?

- Czasami się zdarza.

- Szkoda, że tylko czasami. Jesteś w tym niezły.

- A ty jesteś znawczynią?

- Może tak, może nie - zbyła go.

Jacek posłał jej zaciekawione spojrzenie, ale zignorowała je.

- Często tu grasz? - spytała. - Byłam przy stawie w ostatnich dniach kilka razy i nigdy cię nie widziałam.

- Nie przychodzę tu regularnie.

- Szkoda. Twoja muzyka pasuje do tego miejsca.

- Dlaczego tak sądzisz?

- Jest nastrojowa, a to miejsce jest klimatyczne. Moim zdaniem to dobre połączenie - wyjaśniła.

- Dzięki, ale pewnie wiele osób się z tobą nie zgodzi.

- Tak myślisz? - powątpiewała.

- Ludzie przychodzą nad morze słuchać szumu fal, a nie muzyki.

- No tak. Co racja, to racja - mruknęła.

Jacek szybko dodał:

- Ale dobrze wiedzieć, że są osoby, którym to nie przeszkadza.

- Do usług.

- Na długo przyjechałaś? - zapytał ośmielony.

Ester zmrużyła oczy.

- Skąd wiesz, że przyjechałam? Może jestem stąd?

- Nie sądzę. Nie wyglądasz mi na miejscową.

- Znasz tutaj wszystkich?

- Wszystkich to nie, ale ludzi związanych z muzyką i owszem.

Teraz to ona popatrzyła na niego zaintrygowana.

 

Fragment książki A. Przybyłek, Sięgnij ze mną gwiazd.