Z Galileusza też się śmiali - Albert Jack

Reflow text when sidebars are open.
Gdyby świat jakimś cudem samoistnie wyleciał w powietrze, ostatnie, co dałoby się usłyszeć, to głos eksperta mówiącego:"To niemożliwe".
Peter Ustinov
Ciekawość koniec końców prowadzi do innowacji. Szczęśliwie jesteśmy istotami obdarzonymi wyobraźnią, które lubią się zastanawiać nad różnymi sprawami. Najwcześniejsze przykłady tej dociekliwości znajdujemy w pradawnych czasach, kiedy ludzie nauczyli się chodzić wyprostowani i zaczęli komunikować się ze sobą, pokazując na różne rzeczy i pokrzykując. Któregoś razu ktoś zapewne pomyślał: "Wiem, można by ten ciężki kamień albo tego martwego bawołu przesunąć, tocząc go na pniach drzew, zamiast ciągnąć po ziemi. Tak będzie łatwiej". To niewątpliwie doprowadziło do wynalezienia koła. Mniej więcej w tym samym czasie jakaś inna mądra głowa musiała wpaść na pomysł, że kiedy potrzyma się kawałek mięsa nad tym czymś, co się pali, smakuje ono lepiej. Wydaje się to oczywiste, ale była to innowacja. Ktoś gdzieś postanowił, że warto zaryzykować i nawet spalić jedzenie na popiół, tak jak spalały się kłody drewna, o czym już wiedziano, po to tylko, żeby zobaczyć, czy jadło będzie bardziej smakowite. Ale założę się, że byli i tacy, którzy się z niego naśmiewali, mówiąc: "Nie rób tego, to beznadziejny pomysł" (albo cokolwiek innego, co byłoby zgodne z ówczesnym sposobem wysławiania się). To również jest innowacja. Odkrycie i wynalazek.
Odkrywamy i wynajdujemy od niepamiętnych czasów, w tej czy innej formie, dzięki tym, którzy ryzykują i lekceważą rady mędrców. Przeszliśmy już jako rodzaj ludzki daleką drogę. O tym, krótko mówiąc, opowiada ta książka. Patrząc na wszystkie nasze innowacje i wynalazki dokonane w ciągu ostatnich 6000 lat, trzeba pojąć, choć wydaje się to wręcz niewiarygodne, że jedyne, co się w ogóle w tym czasie nie zmieniło, to ludzki mózg.
Można w to wierzyć lub nie, ale człowiek prehistoryczny byłby w stanie zrozumieć, na czym polega Windows 8.1, i mógłby też bez trudu przeprowadzić lądowanie rakiety na księżycu, gdyby tylko informacje, docierające do jego mózgu, były w owym czasie lepiej przetworzone. Sam mózg ludzki już wtedy był wspaniały i należałoby go tylko zaprogramować. Od tamtej pory upłynęło wiele, wiele lat i oczywiście stało się to faktem. Człowiek zaprogramował swój mózg tak, aby móc uczyć się nowych, lepszych sposobów działania i dzięki ciekawości ewoluował od pokazywania palcem i pokrzykiwania, od ogniska i kłód drewna do punktu, w którym znajdujemy się obecnie. To właśnie chęć poznania prowadziła do wynalazków, a także do migracji. "Ciekawe, co jest za tym wzgórzem. Może tam być woda albo lepsza roślinność. Może jest tam więcej tych królików, które tak lubimy jeść. Chodźmy sprawdzić". To dlatego nasi przodkowie opuścili pieczary i przenieśli się do chat stworzonych przez człowieka i tak dalej, i tak dalej. Przez cały ten czas, na każdym kroku, ktoś na pewno mówił im: "Nie, nie. To beznadziejny pomysł. To się nigdy nie uda". Albo matka krzyczała: "Nie właź na to coś, Jasiu, to nie jest bezpieczne. Zrobisz sobie krzywdę", po czym następowało BUM! i padało: "A nie mówiłam". Ale, jak wszyscy wiemy, Jaś musiał oczywiście natychmiast z powrotem wleźć na grzbiet konia.
Całkiem niedawno, w 1916 roku, ktoś powiedział o radiu: "Ta bezprzewodowa pozytywka nie ma żadnej wyobrażalnej wartości handlowej. Kto miałby zapłacić za wiadomość, która nie jest wysyłana do kogoś konkretnego?". No cóż, może wtedy było to dobre pytanie, ale wyobraźmy sobie świat bez radia. To samo mówiono o telewizji, lekceważąc ją jako nowość. "Amerykańskie rodziny nie będą siedziały godzinami, gapiąc się w pudło ze sklejki". Jakże bardzo można się mylić! King Gillette wymyślił, że mężczyźni będą korzystali z żyletki raz czy dwa, a potem ją wyrzucą i kupią nową. Jego przyjaciele, którzy jak jeden mąż używali brzytew przechodzących z pokolenia na pokolenie, powiedzieli mu, że zwariował. Nikt też nie potraktował poważnie George'a Devola, kiedy wynalazł ramię robota, a cały przemysłowy świat nie mógł po prostu zrozumieć, jak to możliwe, żeby zastąpić mężczyznę czy kobietę stojących z kluczem przy stole montażowym. Miliony mężczyzn i kobiet.
Telefon został odrzucony jako bezsensowna zabawka, a naczelny inżynier Poczty Brytyjskiej powiedział: "Mamy bardzo dobrych gońców. Dziękujemy". Prezes IBM uważał, że na rynku światowym znajdzie się miejsce dla nie więcej niż pięciu komputerów. Szczęśliwie dla nich (i dla nas) jego syn i następca widział to inaczej. Silnik odrzutowy, który zmienił życie wszystkich ludzi, Frank Whittle niemal okupił własnym życiem, ale się nie poddał. Beatlesom mówiono, że zespoły gitarowe wychodzą z mody, a Elvisa lekceważono, bo był tylko kierowcą ciężarówki. Strażakom radzono, aby zapuszczali wąsy, nawilżali je i wsadzali do ust przed wbiegnięciem do budynku pełnego dymu. Tak było do 1916 roku, kiedy w końcu ktoś zgodził się, że kaptur ochronny Garretta Morgana spojony z pierwowzorem maski gazowej to jednak dobry pomysł. Tyle że Morgan musiał przekonywać władze do swego wynalazku aż przez cztery lata.
O tym właśnie jest ta książka. Przedstawia historie niezliczonych wynalazczych i ciekawych umysłów, opowiada o tym, że ktoś gdzieś pomyślał: "Musi być na to jakiś lepszy sposób". Po czym taka osoba zabierała się do pracy i spędzała czasami wiele lat, poszukując tegoż sposobu. Po drodze zdarzały się też przypadki. Stopiona tabliczka czekolady spowodowała wynalezienie kuchenki mikrofalowej, a wypadek w laboratorium doprowadził do stworzenia bezpiecznego szkła. Zarówno J.K. Rowling, jak i Vladimirowi Nabokovowi powiedziano, że nikt nie będzie czytał ich książek, zaś Marilyn Monroe radzono, żeby podszkoliła się w maszynopisaniu.
Niektórzy dla swych wynalazków poświęcili życie. W przypadku spadochronu takich ludzi było de facto tysiące. Powszechnie wiadomo, że Maria Skłodowska-Curie spędziła całe życie, prowadząc doświadczenia w poszukiwaniu lekarstwa na raka, i sama zmarła na raka w wyniku tych eksperymentów, a Wan Hu spalił się, kiedy próbował, jako pierwszy, dotrzeć do gwiazd. Człowiek, który wynalazł współczesną prasę drukarską, poniósł śmierć, wkręciwszy się w nią. Lista osób, które poświęciły się, abyśmy mogli żyć w nasz nowoczesny sposób, jest długa. Co więcej, powstaje od bardzo dawna. Tylko tak ludzie mogli odkryć, które owoce leśne są trujące, a które można jeść bezpiecznie; co zabija, kiedy zjada się to na surowo, ale utrzymuje przy życiu, kiedy jest ugotowane; a również to, że krowy dają mleko jak najbardziej nadające się do picia. Jeżeli już o tym mowa, to ciekawe, co nasi przodkowie tak naprawdę robili tym krowom, kiedy się o tym dowiedzieli?
Na niektóre intrygujące pytania nie ma odpowiedzi, ale w niezliczonych przypadkach wiemy dokładnie, kto, co i jak odkrył. Tak więc zapraszam w podróż przez historię wynalazków i innowacji. Usiądźcie wygodnie i odkryjcie sami, co działo się w umysłach tych ludzi i kto potrafił rozpoznać dobry pomysł, kiedy taki przyszedł mu do głowy. Dowiecie się też, kto przekonywał ich, że to się nigdy nie uda. W końcu z Galileusza też się śmiali, kiedy po raz pierwszy zasugerował, że Ziemia nie jest centrum wszechświata.
Albert Jack
Bangkok
Radio
Latem 1894 roku nikomu nieznany dwudziestoletni Włoch Guglielmo Marconi zaprosił do swojego pokoju rodziców, żeby pokazać im, iż, naciskając najzwyczajniej przycisk, potrafi sprawić, że zadzwoni dzwonek na przeciwległej ścianie. Dokonał tego, wykorzystując promieniowanie elektromagnetyczne, przedstawione po raz pierwszy przez niemieckiego fizyka Heinricha Hertza w 1888 roku. Ojciec Marconiego, bogaty właściciel ziemski, sprawdziwszy, czy nie ma w tym jakiegoś podstępu (nie było żadnych kabli), wręczył synowi zawartość swego portfela, umożliwiając mu zakup sprzętu potrzebnego do prowadzenia jeszcze ambitniejszych eksperymentów.
Nie minął rok i Marconi potrafił już wysyłać i odbierać sygnały elektroniczne na odległość 2,5 kilometra, pokonując takie przeszkody, jak góry i budynki. Przekonany o wartości swego wynalazku, zwłaszcza o jego znaczeniu dla wojska i firm telegraficznych, które pracowicie zajmowały się okablowywaniem świata, Marconi napisał do Pietro Lacavy, włoskiego polityka, który w 1889 roku został ministrem poczt i telegrafów, i przedstawił mu w skrócie swój "bezprzewodowy telegraf", prosząc o dofinansowanie. Marconi nie otrzymał odpowiedzi, chociaż dużo później dokument pojawił się w ministerstwie ze słowami "na Lungarę" nabazgranymi na górze w poprzek strony; była to aluzja do osławionego zakładu dla obłąkanych przy via della Lungara w Rzymie.
Tymczasem młody Włoch kontynuował swoje doświadczenia i osiągał coraz lepsze rezultaty, przekazując sygnały na coraz większe odległości, i wreszcie w 1896 roku postanowił pojechać do Anglii, gdzie zaprezentował swoje pomysły Williamowi Preece'owi, głównemu inżynierowi elektrykowi Poczty Brytyjskiej, który od 1892 roku osobiście dokonywał eksperymentów z transmisją bezprzewodową. Preece natychmiast dostrzegł wartość nowej techniki Marconiego i przedstawił ją w Towarzystwie Królewskim w Londynie w trakcie wykładu zatytułowanego "Bezprzewodowe przesyłanie sygnałów w przestrzeni", wygłoszonego 4 czerwca 1897 roku. W tym samym roku przewodniczący Towarzystwa Królewskiego, Lord Kelvin, oświadczył nabożnie: "Radio nie ma przyszłości".
Jednakże już w początkach 1899 roku Marconi przesyłał wiadomości z Kornwalii do Francji, a w listopadzie tego roku został zaproszony do Ameryki, aby tam zademonstrować swoje urządzenie. W drodze powrotnej Marconi i jego asystenci zainstalowali na pokładzie SS St. Paul nadajnik i tenże liniowiec pasażerski był pierwszym w historii statkiem, który poinformował o przewidywanym czasie przybycia do portu, znajdując się około 106 kilometrów od wybrzeży Anglii. Zbudowawszy stację w South Wellfleet w Massachusetts, 18 stycznia 1903 roku Marconi połączył amerykańskiego prezydenta Theodore'a Roosevelta z angielskim królem Edwardem VII, co stało się wydarzeniem powszechnie znanym. Po raz pierwszy w historii nawiązana została bezprzewodowa łączność transatlantycka, z wykorzystaniem alfabetu Morse'a, między Ameryką a Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii.
W ciągu dekady przedsiębiorstwo Marconiego zbudowało potężne nadajniki po obu stronach Atlantyku i było odpowiedzialne za niemal całą łączność między statkami a lądem. Utworzono nawet nocny serwis informacyjny, aby kapitanowie statków mogli przekazywać wiadomości pasażerom. Telegram bezprzewodowy Marconiego postawił w stan pogotowia brytyjską policję, powiadamiając ją, że istnieje prawdopodobieństwo, iż osławiony morderca dr Crippen znajduje się na pokładzie kanadyjskiego liniowca SS Montrose przemierzającego Pacyfik w drodze do Quebec, co pozwoliło detektywom zaokrętować się na szybszy statek i aresztować przestępcę w chwili przybycia do portu 31 lipca 1910 roku. Był to pierwszy w historii wypadek wykorzystania łączności bezprzewodowej w celu schwytania zabójcy. Stacja radiotelegraficzna Marconiego otrzymała także informację o zatonięciu Titanica w kwietniu 1912 roku, dzięki czemu można było przekazać wiadomość innym statkom znajdującym się w tym rejonie i uratować wielu ludzi.
Rakieta nigdy nie będzie w stanie opuścić atmosfery ziemskiej.
"New York Times", 1936.
Choć trudno to sobie wyobrazić, całkiem możliwe, że bez wynalazku Marconiego wszyscy pasażerowie Titanica straciliby życie, a zatonięcie statku mogłoby do dziś pozostawać tajemnicą, ponieważ nikt nie dowiedziałby się, dlaczego nie dopłynął do Nowego Jorku. Gdyby urządzenie to zostało skonstruowane nieco wcześniej, tajemnicą nie byłby los Mary Celeste. Jak na ironię, samemu wynalazcy zaoferowano bezpłatny przejazd na pokładzie Titanica podczas jego dziewiczego rejsu, ale Marconi postanowił udać się w podróż trzy dni wcześniej innym statkiem. Zatrudniony w stacji Marconiego David Sarnoff koordynował akcję ratunkową i w miarę, jak napływały wiadomości, sporządzał listę osób, które przeżyły. Prawdopodobnie obsługiwał stację w pojedynkę przez siedemdziesiąt dwie godziny bez przerwy, tak w każdym razie utrzymywał, ale nie tym Sarnoff zapewnił sobie miejsce w dziejach radia. Historia Sarnoffa jest jeszcze ciekawsza.
To właśnie David Sarnoff, ambitny pracownik Marconiego, uświadomił sobie, że istnieją dużo większe możliwości wykorzystania fal radiowych niż tylko zwykłe połączenia jednego miejsca z drugim. Od 1892 roku używano do tego celu telefonu, aczkolwiek posługiwano się kablami, które ograniczały zasięg. Sarnoff natomiast uzmysłowił sobie, że ta sama wiadomość mogłaby być wychwytywana przez wiele odbiorników, gdyby wszystkie one pracowały na tej samej częstotliwości radiowej. Jeżeli można było mieć jednego słuchacza, stwierdził, to dlaczego nie stu albo milion, albo nawet dziesięć milionów, przy dokładnie takich samych kosztach dla stacji nadawczej? Musiał wszakże być ostrożny, ponieważ w 1913 roku prokurator federalny Stanów Zjednoczonych podał do sądu innego wynalazcę Lee de Foresta (1873-1961), pracownika Federal Telegraph Company; zaskarżyli go akcjonariusze, którzy poczuli się oszukani w związku z przygotowywanymi przez de Foresta planami rozwoju radia. Odnotowano następujące oświadczenie prokuratora: "Lee de Forest oznajmił w wielu gazetach i opatrzył to swoim podpisem, że w niedługim czasie możliwe będzie przesyłanie ludzkiego głosu na drugą stronę Atlantyku. Na podstawie tych absurdalnych i specjalnie wprowadzających w błąd stwierdzeń, niemający rozeznania ludzie dali się namówić do zakupu akcji w jego przedsiębiorstwie".
De Forest został później uniewinniony, ale niemal zbankrutował w międzyczasie. Sarnoff wysnuł wnioski z tej lekcji i zamiast wydawać publiczne oświadczenia, spokojnie eksperymentował, aż wpadł na pomysł nadawania przez radio muzyki z gramofonu. Po raz pierwszy uznano, że technika wykorzystująca fale radiowe może służyć rozrywce, a nie tylko przekazywaniu informacji. Kolegom Sarnoffa ta myśl raczej nie bardzo zaimponowała, a jeden z nich wygłosił znany komentarz: "Bezprzewodowa pozytywka nie ma żadnej wyobrażalnej wartości handlowej. Kto miałby zapłacić za wiadomość, która nie jest wysyłana do kogoś konkretnego?". Sarnoff niezrażony przedstawił w skrócie swój pomysł w 1916 roku w notatce do wiceprezesa i dyrektora generalnego przedsiębiorstwa Marconiego, Edwarda J. Nally'ego, który, dostrzegając potencjał projektu, wstrzymał się jednak z jego przyjęciem, ponieważ zasoby firmy były już nadwerężone z racji toczącej się I wojny światowej.
W 1919 roku biznes Marconiego zakupiło amerykańskie przedsiębiorstwo General Electric i Sarnoff jeszcze w tym samym roku ponownie przedstawił swoją notatkę, tym razem Owenowi D. Youngowi, nowemu dyrektorowi naczelnemu, który wcześniej stworzył Radio Corporation of America (RCA), amerykańską firmę elektroniczną zajmującą się przede wszystkim łącznością wojskową. Sarnoff znów został zlekceważony. Wykorzystując wzrost liczby pełnych entuzjazmu radiowców amatorów posługujących się w całej Ameryce samodzielnie budowanymi odbiornikami, w końcu zademonstrował jednak swój pomysł. Zorganizował sprawozdanie ze stoczonej 2 lipca 1921 roku walki bokserskiej wagi ciężkiej między legendarnym Jackiem Dempseyem a francuskim bohaterem wojennym Georges'em Carpentierem. Zapowiadano ją jako pojedynek stulecia i była w istocie pierwszą, w której ze sprzedaży biletów uzyskano milion dolarów, jako że przybyło niemal 100000 widzów. Jednocześnie oszałamiająca liczba 300000 osób słuchała w całym kraju komentarza radiowego Sarnoffa dobiegającego z trzeszczących odbiorników domowej produkcji. Do końca roku popyt na domowe radia stał się tak wielki, że stacje nadawcze zaczęły pojawiać się we wszystkich stanach. Narodził się w ten sposób przemysł radiowy, mimo przewidywań szanowanego amerykańskiego wynalazcy Thomasa Edisona, który uważał, w 1922 roku, że "moda na radio wkrótce przeminie". Kwaśne winogrona, panie Edison? Współcześnie prawie 85 procent Amerykanów wciąż słucha radia w jakimś momencie dnia, podobnie jak ponad 90 procent Europejczyków.
A co stało się z włoskim politykiem Pietro Lacavą, który sugerował, że już jako dwudziestolatek Marconi był obłąkany? No cóż, piastował z powodzeniem urzędy ministra handlu i transportu oraz ministra finansów w kolejnych włoskich rządach. Nic dziwnego, że Włosi nie osiągnęli niczego znaczącego od czasów renesansu. Sądziłem, że to dlatego, iż są zbyt zajęci uprawianiem seksu i oglądaniem piłki nożnej. Ale wydaje się, że powodem może być powierzanie odpowiedzialnych stanowisk ludziom takim jak Lacava. Lacava zmarł w spokoju 26 grudnia 1912 roku, trzy lata po tym, jak Marconiemu przyznano za jego osiągnięcia Nagrodę Nobla.
Jak bardzo można się mylić
Oprah Winfrey stała się jedną z najpotężniejszych kobiet i odniosła jeden z największych sukcesów - w skali światowej - w telewizji. Ale dla znamienitej gospodyni programów talk show droga do chwały wcale nie była łatwa. Aby osiągnąć sławę i fortunę, musiała poradzić sobie z trudnym dzieciństwem, czasami nawet maltretowaniem, i przetrwać wiele załamań kariery. Między innymi zwolniono ją kiedyś z pracy w charakterze reporterki telewizyjnej, ponieważ uznano, że "nie nadaje się do TV".
Teleskop - i dlaczego śmiano się z Galileusza
Zgodnie z powszechnie dostępną dokumentacją teleskop został wynaleziony przypadkiem przez urodzonego w Niemczech holenderskiego optyka Hansa Lippersheya (1570-1619). Z pewnością złożył on pierwszy wniosek o przyznanie patentu na ten przyrząd, w 1608 roku, kiedy to podobno wpadł na pomysł wynalazku, zobaczywszy dwójkę dzieci bawiących się soczewkami w jego warsztacie. Lippershey zauważył, że gdy patrzy się na odległy wiatrowskaz przez dwie soczewki o różnej sile trzymane niedaleko od siebie, wydaje się, że ów wiatrowskaz znajduje się bliżej. Istnieją inne sugestie, między innymi taka, że zwyczajnie wykradł projekt rywalizującemu z nim wytwórcy okularów. Tak czy inaczej był to pierwszy wniosek patentowy na to urządzenie i został złożony w Stanach Generalnych Holandii 2 października 1608 roku. Jeszcze w tym samym miesiącu krótką wzmiankę o patencie Lippersheya zamieszczono w zakończeniu raportu dyplomatycznego wydanego przez ambasadora Królestwa Syjamu. Kiedy raport został rozprowadzony w Europie, swoje własne eksperymenty zaczęli prowadzić różni czołowi naukowcy i matematycy tego okresu. Należeli do nich między innymi Anglik Thomas Harriot (1560-1621; patrz "Ziemniaki"), wenecjanin brat Paolo Sarpi (1552-1623) i stosunkowo mało znany nauczyciel geometrii z uniwersytetu w Padwie Galileo Galileusz (1564-1642), który znalazł się przypadkiem w Wenecji, kiedy dotarł tam wspomniany raport.
Świat naukowy po raz pierwszy zwrócił uwagę na Galileusza w 1586 roku, kiedy opublikował on książkę na temat swego projektu wagi hydrostatycznej, a następnie stworzył pierwszy na świecie precyzyjny termoskop (termometr). W 1609 roku ów mężczyzna ze słynnego miasta Piza jako pierwszy zrozumiał pełnię możliwości, jakie dawał teleskop, ale równocześnie zdał sobie sprawę, że soczewki okularów były po prostu niedostatecznie silne i że, jeżeli ma osiągnąć prawdziwy sukces dzięki temu nowemu wynalazkowi, który, jak uważał, mógł przedstawiać dużą wartość dla wojska, musi ten problem rozwiązać. Galileusz przystąpił wówczas do uczenia się precyzyjnego rzemiosła, jakim było wytwarzanie soczewek, i wkrótce udało mu się dziesięciokrotnie - w stosunku do tego, co widać gołym okiem - zwiększyć siłę przyrządu, oficjalnie zwanego już teraz teleskopem (od słowa teleskopos pochodzącego ze starożytnej greki, co oznacza "dalekowidzenie"). W sierpniu 1609 roku opuścił swój dom w Padwie i udał się do Wenecji, gdzie zaprosił dygnitarzy z senatu do Bazyliki św. Marka i poprosił ich, aby wspięli się na wieżę dzwonniczą. Ze szczytu dzwonnicy pokazał im, że dzięki jego nowemu wynalazkowi można dojrzeć statki na morzu dwie godziny wcześniej niż gołym okiem.
Doża (książę) Wenecji Leonardo Donato (1536-1612) natychmiast uświadomił sobie wartość urządzenia, które mogło ostrzec o nadciągającej wrogiej flocie na kilka godzin wcześniej, niż było to dotychczas możliwe, i zamówił teleskop dla własnej marynarki. Następnie wynagrodził Galileusza, przyznając mu dożywotnią pracę wykładowcy i podwoił jego pensję. Łatwo sobie wyobrazić, że mogłoby to być dostatecznie wielkie osiągnięcie dla czterdziestopięcioletniego prowincjonalnego wykładowcy, ale Galileusz i jego teleskop dopiero wyruszali w podróż, która miała na zawsze odmienić cywilizację; w podróż, która koniec końców zniszczyła samego wynalazcę. Galileusz odwrócił swój teleskop od horyzontu i 7 stycznia 1610 roku skierował go ku niebu, a to, co zobaczył, zmieniło świat bezpowrotnie.
Dotychczasowe rozumienie wszechświata przez człowieka bazowało na tym, co można było dojrzeć gołym okiem, a to ograniczało się do księżyca i gwiazd. Najjaśniejsze z tych gwiazd poruszały się, jak się wydawało, w innych kierunkach, niezgodnych ze stałymi orbitami w konstelacjach i nikt nie był w stanie wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje. Zgodnie z panującym w owym czasie przekonaniem Ziemia znajdowała się w centrum wszechświata, a Słońce, Księżyc i gwiazdy krążyły wokół niej (wierzono w to głównie dlatego, że tak mówiła Biblia). Uważano również, że wszystkie ciała niebieskie są absolutnie nieskazitelne, tak jak chciał Bóg. Jednakże Galileusz, badając Księżyc przez teleskop, zobaczył kratery, łańcuchy górskie i doliny. Dowodziło to niedoskonałości Księżyca, a to musiało oznaczać, że planeta Ziemia wcale nie jest wyjątkowa, jak niezmiennie utrzymywały kolejne pokolenia duchownych.
Galileusz zwrócił następnie uwagę na jedną z wędrujących jasnych gwiazd, którą Rzymianie zwali Jowiszem. Kiedy patrzyło się nań gołym okiem, Jowisz wyglądał jak wszystkie inne gwiazdy, ale Galileusz natychmiast doszedł do wniosku, że musi to być inna planeta, podobna do tej, na której stał. To był inny świat. Zauważył również cztery mniejsze gwiazdy wokół Jowisza, każdej nocy zmieniające pozycje, i uświadomił sobie, że muszą to być księżyce krążące po własnej orbicie wokół tej planety. To oczywiście oznaczało, że nie krążą one bezpośrednio wokół planety Ziemia, tak jak to czyni nasz Księżyc. Galileusz czuł, że ma w ręku materiał, który wzbudzi gwałtowne emocje. Czyżby gdzieś tam istniał inny świat? Napisana przez niego książka o tych odkryciach, zatytułowana Wysłannik gwiazd, trafiła do druku błyskawicznie, w ciągu zaledwie sześciu tygodni. Z dnia na dzień Galileusz stał się sensacją. Jednakże wielu naukowców wyśmiało jego odkrycia i odrzucało je jako zasadnicze nieporozumienie. Niektórzy natomiast widzieli w tym potwierdzenie teorii Kopernika zaprezentowanej w poprzednim wieku, zgodnie z którą Słońce jest centrum wszechświata, a wszystko inne krąży wokół niego. Ci wszakże na ogół zachowywali milczenie, gdyż wiedzieli, że ta teoria nie będzie dobrze przyjęta przez najpotężniejszą i najniebezpieczniejszą grupę ludzi na ich własnej planecie, przez Kościół rzymskokatolicki.
Galileusz jednak nie zaprzestał poszukiwań i w następnej kolejności zwrócił uwagę na inną wędrującą gwiazdę, zwaną przez Rzymian Wenus. Przez swój teleskop zaobserwował zmieniający się w ciągu kilku miesięcy kształt i rozmiar planety. Tydzień po tygodniu przyglądał się, jak Wenus przeobraża się z dużego rogala w mały płaski dysk. Kiedy na powierzchnię planety ponownie wpełzały cienie, wracała do kształtu rogala. Galileusz natychmiast pojął znaczenie tego zjawiska; mogło to świadczyć jedynie o tym, że Wenus krąży wokół Słońca, a nie wokół Ziemi. To z kolei oznaczało dla Galileusza, że Ziemia z pewnością nie jest centrum wszechświata; jest nim natomiast Słońce. To znamienne odkrycie miało mieć dalekosiężne i poważne konsekwencje, jako że w jego efekcie astronom wszedł w bezpośredni konflikt z jednym z podstawowych wierzeń i dogmatów Kościoła rzymskokatolickiego. Jego przedstawiciele nauczali od wieków, że Bóg umieścił rodzaj ludzki w centrum wszechświata, a teleskop Galileusza stanowił dla nich i głoszonych przez nich prawd pierwsze poważne wyzwanie. Był to początek konfliktu między nauką a religią, który trwa do dziś - Biblia jasno stanowi, że "słońce wschodzi i zachodzi, i wraca na swoje miejsce", a w jednym z psalmów mówi: "Umocniłeś Ziemię w jej podstawach; na wieki wieków się nie zachwieje". Upraszczając, oznaczało to, że jeżeli obserwacje teleskopowe Galileusza okażą się prawdziwe, może to istotnie podważyć podstawy chrześcijaństwa. I okazały się prawdziwe.
Podróże kosmiczne to kompletne banialuki.
Dr Richard van der Riet Woolley, doradca rząduZjednoczonego Królestwa do spraw badań kosmosu, 1956(W następnym roku wystrzelony został Sputnik 1).
Wyobraźmy sobie zatem, jak niewygodna była ta sytuacja dla Galileusza, który jako dobry katolik nie chciał podważać uznanych prawd Kościoła. Nie miał też ochoty dać się łamać kołem, wrzucić we wrzącą oliwę albo spalić na stosie za kwestionowanie stanowiska Watykanu, co przytrafiło się innym heretykom. Starał się więc znaleźć jakąś płaszczyznę porozumienia i broniąc idei, że Słońce jest centrum wszechświata, sugerował, że nie powinno się brać dosłownie każdego ustępu Biblii. Być może, podpowiadał, pewne fragmenty napisano z myślą o "innego rodzaju ruchach Ziemi, nie o jej obrotach". Doskonale zdając sobie sprawę, jak noszący sutanny duchowni traktowali w tamtych czasach heretyków, udał się do Rzymu, aby spróbować przekonać dostojników watykańskich, że nie powinni zakazywać propagowania jego idei, lecz je przyjąć. Życie Galileusza było już wówczas naprawdę zagrożone i kiedy w Rzymie wydano dekret nakazujący mu wyrzeczenia się głoszonych teorii, czym prędzej się do tego zobowiązał. Przez następną dekadę Galileusz unikał kontrowersji i dopiero wybór kardynała Barberiniego na papieża Ubrana VIII w 1623 roku zachęcił go do ponownego przyjrzenia się odkryciom, których dokonał za pomocą swojego teleskopu - Barberini bowiem był niegdyś przyjacielem i zwolennikiem astronoma.
Jednakże książka autorstwa Galileusza z 1632 roku Dialog o dwu najważniejszych układach świata, która miała być zrównoważonym opisem diametralnie przeciwnych poglądów w formie zdrowej debaty, nie spotkała się z uznaniem hierarchii i Galileusza wezwano do stawienia się przed inkwizycją w Rzymie, gdzie natychmiast go oskarżono. W owym czasie pewnie już mocno żałował, że w ogóle zbudował swój teleskop. Mimo iż wielokrotnie zaprzeczał, że odrzuca Pismo Święte, został uznany za winnego herezji: "za wyznawanie poglądu, że Słońce tkwi nieruchomo w centrum wszechświata, że Ziemia nie jest w jego centrum i że się porusza oraz że można przyjmować za prawdopodobne poglądy uznane za sprzeczne z Pismem Świętym i ich bronić". Pod groźbą nawet jeszcze gorszej kary został skazany na dożywotni areszt domowy, a ponadto wprowadzono zakaz rozpowszechniania jego prac. Zarządzono również, że przez następne trzy lata ma raz w tygodniu czytać siedem psalmów pokutnych.
Galileusz zmarł w styczniu 1642 roku - jako jeden z niewielu, którzy zakwestionowali Pismo Święte Kościoła rzymskokatolickiego i mimo to odeszli w spokoju. Jego teleskop, pomyślany jako skuteczny przyrząd wojskowy, niezmiennie należy do tych nielicznych wynalazków, które dosłownie zmieniły bieg historii ludzkości, a ponadto stanowi jeden z pierwszych i co więcej, kluczowych dowodów na to, że Kościołowi katolickiemu ufać nie należało.
Klimatyzacja: król Chłodu
Nie ma pewności co do dokładnej daty początku rodzaju ludzkiego. Wielu historyków ocenia, że pierwsze dowody kontrolowania ognia sięgają miliona lat, podczas gdy inni utrzymują, że dowody na gotowanie pożywienia pochodzą sprzed 1,9 miliona lat. Wszyscy natomiast możemy przyjąć, że bez ognia ewolucja człowieka nie byłaby możliwa, tak więc rodzaj ludzki i ogień są ze sobą nierozerwalnie połączone.
To ogień umożliwił ludziom życie w zimnym klimacie, począwszy od zarania ludzkości do chwili obecnej, chociaż, trzeba to przyznać, dziś nie jest to już jedyna opcja. Dwa tysiące lat temu Rzymianie, którzy już wcześniej opanowali sztukę ogrzewania podłogowego, próbowali chłodzić pomieszczenia za pomocą zimnej wody z akweduktów krążącej wokół budynków. Kilka wieków później Chińczycy wynaleźli obrotowy wentylator, który był najskuteczniejszym sposobem utrzymywania chłodu przez następne 1700 lat.
Wreszcie próby uprzyjemnienia sobie życia w czasie długiego lata zaczęto podejmować w nowych, wielkich amerykańskich miastach. W 1758 roku Benjamin Franklin i John Hadley, profesor Uniwersytetu Cambridge, przeprowadzili szereg eksperymentów z odparowywaniem alkoholu i innych lotnych cieczy i stwierdzili, że powoduje to chłodzenie przedmiotu na tyle, że można zamrozić wodę. Wszelako do końca XIX wieku pomysł sprawowania pełnej kontroli nad środowiskiem wewnątrz budynku był równie śmieszny jak myśl o powstrzymaniu deszczu czy zablokowaniu dostępu promieniom słonecznym.
W 1901 roku Uniwersytet Cornella ukończył młody student inżynierii elektrycznej Willis Carrier, któremu następnie zaoferowano pracę w Buffalo Forge Company w Buffalo w stanie Nowy Jork. Było to biuro konstrukcyjne specjalizujące się między innymi w produkcji wentylatorów elektrycznych. Pierwsze zlecenie Carriera dotyczyło zakładów poligraficznych Sackett & Wilhelms Lithography Company z Brooklynu, gdzie drukowano czasopismo "Judge", najpopularniejszy w owym czasie amerykański magazyn kolorowy.
Umieścić człowieka w wielostopniowej rakiecie i wystrzelić go w pole grawitacyjne Księżyca, gdzie pasażerowie mogliby prowadzić obserwacje naukowe, może nawet wylądować i przeżyć, a potem powrócić na Ziemię? To wszystko szaleńcze marzenia godne Juliusza Verne'a. Ośmielam się powiedzieć, że taka wydumana przez człowieka podróż nigdy nie dojdzie do skutku, niezależnie od postępu technicznego w przyszłości.
Sir Harold Spencer Jones,astronom Królewski Zjednoczonego Królestwa, 1957.
W lipcowym upale 1902 roku firma Sackett & Wilhelms miała wielki problem. Z powodu poziomu wilgotności powietrza w ich budynkach nowa kolorowa farba, której używali do przygotowania okładki, nie chciała przywierać do papieru i najzwyczajniej się zsuwała. Carrierowi powierzono zadanie znalezienia sposobu na obniżenie temperatury w drukarni do 53°F (11,67°C), a także zmniejszenie wilgotności powietrza i to możliwie jak najszybciej; w przeciwnym razie firma będzie zmuszona pogodzić się z faktem, że nie przekaże milionom prenumeratorów kolejnego numeru miesięcznika.
Carrier pracował nad problemem w dzień i w nocy, aż wreszcie pewnego dnia wczesnym rankiem, stojąc na peronie zasnutego mgłą dworca kolejowego, dokonał swojego przełomowego odkrycia. Inżynier wiedział, że mgła to po prostu powietrze nasycone wodą i uświadomił sobie, że byłby w stanie osiągnąć taki stopień wilgotności, na jakim mu zależało, gdyby udało mu się uzyskać w pomieszczeniu 100 procent wilgotności. Mógłby wówczas wprowadzić tam tyle suchego powietrza, ile potrzeba do zredukowania wilgotności do określonego poziomu.
Był 17 lipca 1902 roku. Carriera czekał wyścig z czasem, jeżeli wydawcy mieli zdążyć z numerem sierpniowym, tak więc zabrał się czym prędzej do pracy nad swoją teorią. Wiedział już, że można ogrzewać przedmioty parą, nadmuchując powietrze na gorące uzwojenie. Jego prosty plan polegał na odwróceniu procesu, czyli wpompowaniu powietrza na zwoje, które byłyby chłodzone wodą. Stwierdził, że jest w stanie kontrolować temperaturę, wilgotność, cyrkulację powietrza i wentylację, wykorzystując swoje wentylatory. Niska temperatura i wilgotność, jakie natychmiast uzyskał w drukarni, pomogły gazecie zachować ciągłość ukazywania się i umożliwiły idealne rozprowadzenie farby drukarskiej i wydrukowanie nakładu gazety; amerykańskim czytelnikom nie odebrano przyjemności przeczytania w następnym miesiącu ich ulubionego czasopisma.
Przez pięć lat Carrier udoskonalał swój projekt i odkrył zależność nazwaną przez późniejszych inżynierów specjalizujących się w klimatyzacji prawem stałego punktu rosy. 17 maja 1907 roku wystąpił o przyznanie patentu, który ostatecznie uzyskał 3 lutego 1914 roku. Jednakże wojna w Europie sprawiła, że firmy produkcyjne koncentrowały swoje wysiłki na innych dziedzinach, tak więc Carrier zdecydował się odejść z Buffalo Forge Company i wraz z sześcioma innymi młodymi inżynierami utworzył w Nowym Jorku Carrier Engineering Company. Popyt na ich klimatyzatory utrzymywał się na stałym poziomie, ale dopiero w 1925 roku, kiedy Carrier i jego współpracownicy zaprojektowali system klimatyzacyjny dla Rivioli Theatre na Brodwayu, z kontrolowaniem warunków klimatycznych w pomieszczeniach po raz pierwszy zetknęły się szerokie kręgi społeczeństwa.
Niestety krach na giełdzie w 1929 roku i Wielki Kryzys, który po nim nastąpił, spowolniły rozwój firmy, chociaż w 1937 roku i tak stała się największym pracodawcą w Nowym Jorku. Ale dopiero w czasie powojennego boomu gospodarczego pod koniec lat czterdziestych i w latach pięćdziesiątych XX wieku wynalazek Carriera zaczął rewolucjonizować Amerykę. Kina, restauracje, fabryki, szkoły, szpitale, budynki użyteczności publicznej, centra handlowe i wszystkie rozwijające się miasta na Środkowym Zachodzie, Zachodnim Wybrzeżu czy Głębokim Południu instalowały jednostki klimatyzacyjne Carriera w takim tempie, na jakie pozwalała ich produkcja.
Dzięki nowym warunkom stworzonym przez klimatyzację miliony mieszkańców Wschodniego Wybrzeża były wreszcie gotowe przeprowadzić się na uprzednio niegościnne zachód i południe Stanów Zjednoczonych, a wraz z ludnością przemieszczały się siły ekonomiczne i polityczne. Do tego czasu dominujący wpływ na amerykański styl życia miały społeczności ze Wschodniego Wybrzeża, teraz na najpotężniejsze ośrodki miejskie wyrastały aglomeracje takie jak Dallas, Phoenix, Atlanta, Miami czy Los Angeles. Ze starej gwardii tylko Nowy Jork, Chicago i Filadelfia wciąż znajdują się wśród dziesięciu największych miast amerykańskich. A wszystko to przez klimatyzatory.
Carrier zdobył najwyższe uznanie i otrzymał wiele nagród za swoje odkrycie - wynalazek, który zmienił sposób funkcjonowania człowieka. Czy potraficie wyobrazić sobie przetrwanie, w dzisiejszych czasach, w niektórych klimatach południowo-wschodniej Azji czy Afryki, gdyby nie zlecono niegdyś dwudziestopięcioletniemu inżynierowi obniżenia wilgotności w drukarni i gdyby nie doznał on olśnienia na zasnutym mgłą nowojorskim peronie, co doprowadziło do udowodnienia, że coś, co było powszechnie uznawane za niemożliwe, okazało się koniec końców łatwo osiągalne? Willis Haviland Carrier zmarł jako bogaty człowiek w 1950 roku, a przedsiębiorstwo noszące jego nazwisko działa nadal, osiągając roczny poziom sprzedaży przekraczający 15 miliardów dolarów i dając zatrudnienie ponad 45000 ludzi.
Jak bardzo można się mylić
Karol Darwin już jako chłopiec porzucił wszelkie myśli o karierze medycznej i był często krytykowany przez swego ojca, który nazywał go "leniwym marzycielem". Darwin przyznał później: "Wszyscy moi nauczyciele, a także mój ojciec, uważali mnie za bardzo zwyczajnego chłopca o inteligencji raczej poniżej poziomu przeciętnego". W słowie wstępnym do swego przełomowego dzieła O powstawaniu gatunków (1869) napisał: "Nie widzę żadnego ważnego powodu, by poglądy przedstawione w tym tomie miały obrazić czyjeś uczucia religijne".
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji