Z dziejów honoru w Polsce
(wypisy więzienne)
Lukrecjusz i gusła
I
W styczniu 1952 r., wkrótce po zerwaniu z rządem komunistycznym i w trakcie nagonki zorganizowanej przez "niezłomnych" publicystów emigracyjnych i urzędowych w kraju, pisał Czesław Miłosz do Melchiora Wańkowicza: "dzisiaj patrzę na konflikt światowy całkiem inaczej niż inni. Jest to największy konflikt od czasu wyłonienia się w Rzymie chrześcijaństwa, końca tego konfliktu nie zobaczę, ale rozumiem jego rozmiary i rozumiem, jakie to nakłada na człowieka obowiązki. Rozwój wypadków będzie inny, niż się przypuszcza, bo kto "zdrowym rozumem" chce to ogarnąć, będzie bity, tu nie chodzi o to, że my mamy tyle bomb, a oni tyle itp., bo zagadnienie należy do innej sfery, teologicznej, czy jak kto chce. Moi rodacy zagraniczni wyobrażają sobie ten konflikt jako coś w rodzaju Dżyngis-chana, który zabrał im kraj, nie wiedząc, że każdym swoim dniem przeżytym poddają się Dżyngis-chanowi, tym więcej, im więcej wrzeszczą o swoich cennościach jak u Gombrowicza, bo im więcej treści z nich wycieka, tym ten Dżyngis-chan jest mocniejszy... (...). A w Polsce, o, tam się czuje grozę i wymiar tego, co się dzieje, co jest tylko częścią olbrzymiego przewalania się globu w zupełną zagładę albo na jakiś inny tor, pewnie ani po myśli jednych, ani drugich. (...). Ale konflikt dzisiejszy nie jest konfliktem z Hitlerem i należy włączyć w rachunek, jak z perspektywy dwudziestu lat pewne sprawy będą wyglądać - bo to nieprawda, że jest tylko zabór Polski - jest takie przekształcenie, że nikt jej nie pozna, jest to zjawisko w ruchu: a będą bici wszyscy, którzy nie potrafią swoich umysłów dostosować do pojmowania zjawisk w ruchu"[1].
Mniej więcej w tym samym czasie, kilka miesięcy wcześniej, latem 1951, znakomity historyk Witold Kula napisał esej Gusła. Gusła zostały skonstruowane jako korespondencja dwóch przyjaciół historyków, którzy spierają się o ocenę zachodzących przemian. Dla podkreślenia wagi tego sporu Kula obdarzył swych bohaterów rzymskich imionami Klaudiusza i Lucjusza, komunistów określił mianem "chrześcijan", hitlerowców nazwał "barbarzyńcami", Krótki kurs historii WKP(b) przyrównał do Dziejów Apostolskich, Stalina do papieża, a uchwały partyjne do postanowień soborowych. Klaudiusz i Lucjusz nie są "chrześcijanami", łączy ich wszakże niechęć do społecznego porządku "przedchrześcijańskiego" (czyli przedwojennego).
Lucjusza wyposażył Kula w cechy intelektualisty "poputczyka" ("towarzysza drogi"), Klaudiusz jest zdecydowanie niechętny sekcie sprawującej władzę. "Nie różnimy się w stwierdzaniu faktów - pisał Lucjusz do Klaudiusza - (...) różnimy się natomiast obliczem, jakim na te fakty patrzymy, i oczekiwaniami, jakie z ich skutkami wiążemy". Przystępując do wyłożenia swoich racji, poczynił Klaudiusz znamienne zastrzeżenie: "gdy tyle tak ważnych przemian się dokonuje (...), gdy tyle rąk z entuzjazmem pracuje nad naprawą zmurszałego (obaj się co do tego zgadzamy) gmachu naszego imperium i przebudową z gruntu niemoralnej (i co do tego jesteśmy zgodni) struktury społecznej naszej cywilizacji (...), gdy tylu wczorajszych intelektualistów, chrześcijan, a i niechrześcijan znajduje radość i ulgę w zagubieniu się w tym zbiorowym wysiłku - my znajdujemy czas i ochotę na ogólne rozważania nad stanem i przewidywanym losem poszczególnych wartości naszej, grecko-rzymskiej kultury". Świadom wieloznaczności tej formuły Lucjusz wyjaśnia: "Jeszcze kilka lat temu (kilka lat - a przecież w innej epoce), gdy mówił ktoś (najczęściej zresztą wykrzykiwał) o niej - a i ty, i ja wiedzieliśmy, co o tym sądzić. Wiedzieliśmy, że te słowa służyć miały za sztandar do walki przeciwko chrześcijanom, i rozumieliśmy dobrze, kto i dlaczego najczęściej i najgłośniej miał te słowa na ustach. Wiedzieliśmy, że ci ludzie najmniej z tą kulturą w naszym jej rozumieniu mieli wspólnego - i wiedzieliśmy też, że chrześcijanie, z całą ich tak często wypominaną "wschodnią obcością" zmieścili w swej ideologii wiele najistotniejszych tej kultury ideałów i uczciwych konsekwencji jej podstawowych założeń. Byli też jedyni, którzy te hasła mieli nie tylko na ustach, ale reprezentowali sobą gotowość walki o ich realizację. Przeto musimy baczyć, by przez nas z kolei nie zaczęły przemawiać tamte głosy. Byśmy nie stali się katarynkami przez tamte ręce nakręcanymi. Stalibyśmy się przecież śmieszni! Kto chce realizacji bardzo ważnych celów - nie może protestować przeciwko zastosowaniu mniej ważnych, a niezbędnych dla ich realizacji środków".
Przypomina Lucjusz, że: "Gdy niedawno ustały prześladowania chrześcijan (...), odetchnęliśmy z ulgą. Gdy zaś objęli władzę w Imperium w doniosłych chwilach odparcia inwazji barbarzyńców - obaj wiedzieliśmy, że przychodzą do władzy ludzie na pewno bardziej ideowi niż ci, którzy od niej odeszli".
"Oczywiście - dodaje - obaj nie byliśmy tak naiwni, by przypuszczać, że odtąd już konsulów i pretorów wybierać się będzie uczciwie, że straż liktorska nie będzie już nadużywała swej władzy, czy że kłamstwa wśród haseł i tez propagandy oficjalnej znikną. Wystarczyło nam, że przed tragicznie i beznadziejnie rozkładającym się Imperium i jego ludami stanęła jakaś perspektywa ratunku. Zmiana ogólnego kierunku rozwojowego, zejście z gościńca prowadzącego w przepaść na drogę trudną, lecz gdzieś przecież wiodącą, było dla nas rzeczą zasadniczą. I choć oburzałeś się, widząc, jak w czyste dotąd szeregi chrześcijan napływają tysiącami najnędzniejsi karierowicze, jak wczorajsi ich prześladowcy biją dziś pokłony przed krzyżem - rozumiałeś przecież, wiem to, głęboką mądrość ich Kościoła i zrozumienie najistotniejszych ludzkich praw rządzących zachowaniem się jednostki w społeczeństwie, które wykazywali ich przywódcy. Fakt: człowiek, który wczoraj, w okresie chaosu spowodowanego inwazją barbarzyńską, był złym człowiekiem - dziś, w czasach normalnych, ujęty w dodatku w ramy sprawnie działającej organizacji Kościoła Chrześcijańskiego, nie tylko że przestanie nim być, nie tylko że będzie pożyteczny, lecz stanie się człowiekiem porządnym. A robienie z ludzi nieporządnych porządnych czyż nie jest najwyższą zasługą panującego systemu i czyż nie jest najlepszym wyrazem tego, iż jest on najistotniejszym spadkobiercą humanistycznych idei, naszej, grecko-rzymskiej kultury, idei, których kultura ta dotąd nie umiała wprowadzić w życie?
A więc nie będziemy tu mówić o praktyce rządzenia, o tych rzeczach, które niepokoją tłum".
Przyjrzyjmy się rozumowaniu Lucjusza. Metaforyczność formuł nie jest w tym momencie przypadkiem. Owa nieokreśloność ogólników pozwala na rezygnację z refleksji na temat okoliczności i sposobów, którym "chrześcijanie" zawdzięczali władzę. Z wyżyn metafory można pominąć tak drobne incydenty jak pakt Ribbentrop - Mołotow, datę 17 września 1939 r., praktyki sowietyzatorskie na ziemiach wschodnich przed czerwcem 1941 r. (likwidacja polskiego życia publicznego, wywózki, areszty), mord katyński; ogląd z tej perspektywy pozwala pominąć Jałtę i proces Okulickiego, narzucanie reżimu "chrześcijańskiego" przez obcą armię, terror policyjny i sfałszowanie wyborów. Mistyka przełomu cywilizacyjnego pozwala pamięć o tych faktach stłumić, myślenia o nich zaniechać. Również pojęcie "człowiek ideowy" kryje w sobie niemałą mistyfikację. Nic nie ujmując ideowości poszczególnych komunistów, więźniów sanacji czy też działaczy podziemnej PPR, nie ma przecież rozsądnych powodów, by twierdzić, że np. Bierut był bardziej ideowym człowiekiem niż Pużak, Minc - niż Eugeniusz Kwiatkowski, a Rola-Żymierski, Spychalski czy Berling - niż Sosnkowski, Okulicki czy Rzepecki; że - generalnie - komuniści byli bardziej ideowi od żołnierzy AK czy Batalionów Chłopskich.
Równie znamienna jest rezygnacja z refleksji o "praktyce rządzenia; o tych rzeczach, które niepokoją tłum". Bowiem właśnie owa "praktyka rządzenia", rola przemocy i kłamstwa w życiu publicznym stanowiła o niechęci Lucjusza, np. do sanacji. Wybitny polityk tego okresu, Eugeniusz Kwiatkowski, wypowiedział w Dysproporcjach wiele słów mądrych i myśli przenikliwych, a przecież nie te słowa, lecz "praktyka rządzenia", Brześć, Bereza i Ozon rzeźbiły rysy wizerunku "zmurszałego gmachu" i "z gruntu niemoralnej cywilizacji".
Czemu przeto Lucjusz o tym wszystkim zapomina? Czemu Klaudiusz nie przywołuje tych faktów jako kontrargumentów? Bo obaj chcą o tym zapomnieć; bo obserwując triumf "chrześcijan", chcą wierzyć w autentyczność ich haseł, a w świecie ich rządów chcą znaleźć i dla siebie miejsce pod słońcem. "Chrześcijanie" to rzeczywistość. Czy można odrzucić rzeczywistość? Ona jest; jest nieuchronnym następstwem procesu historycznego. Problem polega więc na tym, by wpisać się w rzeczywistość, szukać jej stron pozytywnych i budzących nadzieję, ale przy tym zachować swą duchową tożsamość i wierność wartościom kultury "grecko-rzymskiej".
Nie jest to wszakże łatwe. Lucjusza i Klaudiusza różni od "chrześcijan" stosunek do prawdy. "Chrześcijanie prawdę znają - pisze Lucjusz. - My - nie. Na tym polega pierwsza najbardziej zasadnicza różnica między nami a nimi. Mimo całej sympatii, jaką do nich czujemy, różnica ta wydaje się nieprzebyta. (...) Z tego, że oni prawdę znają, wynika - niezależnie od tego, co ich przywódcy mówić będą o swym stosunku do nauki - iż faktycznie będzie ona w ich świecie zdegradowana. Bowiem prawda jest znana i teoretycznie nie może się zmieniać".
Jest to wszakże tylko teoria. "W praktyce zespół prawd uznanych przez chrześcijan ulega zmianom - lecz nie zostanie on zmieniony pod wpływem najbardziej przekonywającego wywodu Twego czy mego. Zmienia go tylko wypowiedź któregoś z ich biskupów czy innego czczonego przez nich męża. Nie to jest ważne, co się mówi, lecz to, kto mówi".
"W pierwszych dziesięcioleciach - przywołuje Lucjusz przykład - istnienia ich sekty wśród wyznawców ich gminy w Efezie zaczęły przeważać odmienne od przyjętych w innych gminach poglądy na sprawę małżeństwa, na stanowisko społeczne kapłanów etc. Wówczas jeden z pierwszych propagatorów chrześcijaństwa, tzw. św. Paweł, napisał do gminy efeskiej list, w którym te innowacje potępił. Zwolennicy innowacji natychmiast zamilkli. Czy (...) tylko ze względu na karność kościelną? Nie, Klaudiuszu, sąd taki byłby niedocenieniem zjawiska. Oni zostali naprawdę przekonani o błędności swych poglądów. Lecz czy przekonały ich zawarte w liście Pawła argumenty? Bynajmniej, Przyjacielu. Nie one, lecz podpis, podpis autorytetu, ten ich przekonał!".
Różnica jest nieprzekraczalna. "Gdy my, mimo że studiujemy i wielbimy autorów, walczymy z autorytetami - oni uprawiają ich kult. My walczymy o to, by każdą myśl rozpatrywać, zapominając o osobie jej autora. (...) U nich przeciwnie, osoba autora gra doniosłą rolę w ocenie jego myśli, a jego "niedowiarstwo" czy "odszczepieństwo" faktycznie w ich rozumieniu zwalnia ich od poważnego rozpatrywania jego pism".
Lucjusza uderza jeszcze, że "chrześcijanie (...) doskonale współpracują z tymi, których uważają za pogan - a nie ścierpią wśród siebie, ba, prześladować gotowi tych spośród nich samych, których uważają za nieprawowiernych, tych, którzy różnią się od nich poglądami na często, naszym zdaniem, zgoła drugorzędne sprawy. Heretyk jest gorszy od poganina - mówiąc ich stylem". Lucjusz stara się zrozumieć sekret doktryny: "chrześcijański stosunek do prawdy jest inny niż nasz, gdyż jako całość, jako ideologia, jako Kościół Wojujący urzeczeni są oni pięknem innej wartości. Przecież to dążenie do sprawiedliwości przyświeca im w pracy i w walce. Ono jest tym słońcem, które zaćmiewa im słońca inne!". Natomiast oni - Lucjusz i Klaudiusz - są potomkami świata starego, świata, który stworzył wspaniałą naukę i kulturę, ale także "zło jako regułę współżycia ludzkiego", a i legalizację tego zła w doktrynie i obyczajowości. "Wielu przeciwko temu powstawało - powiada Lucjusz - lecz któż zajął tak bezkompromisowe stanowisko negacji wobec niesprawiedliwości jak chrześcijanie? I któż, tak jak oni, wykazał gotowość protestowania nie słowem, lecz czynem, gotowość działania i wyciągania w tym działaniu najdalszych konsekwencji?". Oni jednak odwołali się do "spracowanych i obciążonych" i "miliony odpowiedziały na to wezwanie i jeśli nawet nie przyjęły wyraźnie religii chrześcijańskiej, jeśli nawet często, powtarzając wulgarne napaści, krytykują chrześcijan - to przecież dają im bezwiednie najsilniejsze możliwe poparcie: nie zezwolą na cofnięcie żadnej z reform przez chrześcijan wprowadzonych". I dalej: któż "na świecie całym szczerze dziś walczy o ich sprawę poza chrześcijanami? (...) A jeśli tak - to ani Ty, ani ja nie mamy prawa protestowania przeciwko niedogodnościom drogi, która prowadzi do celu wielkiego, do którego innej drogi nie znamy. Nie mamy prawa bronić tym, których nasz świat krzywdził, dążenia do sprawiedliwości - choćby nawet na tej drodze obumierało wiele wartości nam najdroższych. W wypadku konfliktu wielkich wartości prawda czy sprawiedliwość jest ważniejsza? I Ty, i ja wiemy, że sprawiedliwość".
Lucjusz powtarza więc to, co sami "chrześcijanie" o sobie chętnie mówili: wywód z pozoru jest spójny. Wszakże nawet na temat tych milionów, co odpowiedziały na wezwanie, można mieć rozmaity pogląd. W Rosji najpierw odpowiedziały, a zaraz potem zakneblowano im usta; w Polsce od początku odpowiedziały negatywnie: dlatego trzeba było fałszować wyniki referendum i wyborów. Co się tyczy aprobaty reform - sprawa jest sporna. Reforma rolna, bezpłatna oświata i lecznictwo - tak, tych reform masy będą bronić. Ale istota reform "chrześcijańskich" była inna: totalizacja życia zbiorowego, likwidacja swobód obywatelskich, pozbawienie "spracowanych i obciążonych" wszystkich wcześniej wywalczonych praw, uczynienie człowieka własnością aparatu wszechwładnej sekty ideologicznej sprawującej "kierowniczą rolę", wprzęgnięcie idei sprawiedliwości w rydwan polityki imperialnej. Tych zaś przeobrażeń masy z pewnością bronić nie będą chciały. Czy istotnie nikt na świecie poza "chrześcijanami" nie walczył o ich sprawę? Wielkie to i demagogiczne uproszczenie. Co ważniejsze jednak: czy kremlowski "papież" i jego ludzie w istocie o tę sprawę walczyli? Czy może też aspiracji "spracowanych i obciążonych" do godnego życia używali jako instrumentu podboju świata?
Wreszcie: czy można sprawiedliwość fundować na codziennym deptaniu prawdy? Tak bym replikował Lucjuszowi. On jednak przewiduje tylko ostatnie z tych stwierdzeń jako kontrargument Klaudiusza: "starasz się więc wykazać - pisze - że drogą do sprawiedliwości kroczyć można, nie obrażając w niczym dążenia do prawdy, tak jak my ją rozumiemy. Że więc rażące nas zjawiska (...) są z punktu widzenia dążenia do prawdy szkodliwe, a dla realizacji sprawiedliwych - nie niezbędne". I replikuje: "spróbuj udowodnić ten pogląd z podniesionym czołem! - Wytłumacz, dlaczego z reguły obrońcy naszej, grecko-rzymskiej, kultury znajdują dla siebie (często wbrew własnej woli) protektorów w najbardziej podejrzanych sferach? Dlaczego w praktyce tylko prawowierni chrześcijanie walczą o prawa "sprawiedliwych i obciążonych" tak w Italii, jak i w wyzyskiwanych "prowincjach Imperium"?".
Rzekłbym: Lucjuszu, mijasz się z prawdą. Powtarzasz frazesy propagandowe, ulegasz szantażowi. W praktyce nie tylko ta sekta walczy o prawa "obciążonych" (gdy jest w opozycji), choć nikt tak okrutnie jak ta sekta, gdy znajdzie się u władzy, tych praw nie likwiduje. Obrońcy naszej kultury mają zaś różnych protektorów, nie tylko podejrzanych, ale gdyby nawet i tak było, to jeszcze nie powód, że Platona palić trzeba na stosach, a Sokratesa zmuszać do wypicia cykuty. To zaś czynią ludzie z tej sekty. Czynią to z fanatyzmem, gdyż - słusznie stwierdza Lucjusz - "wiara jest ich bronią. I ta broń dotąd okazuje się skuteczna, sprawna". Straszna to broń - rzekłbym Lucjuszowi...
On wszakże streszcza argumenty Klaudiusza: słyszę, jak mówisz, że "prawda działania musi wynikać z jakiejś prawdy poznawczej, z jakiejś poprawności metody. Z kłamstwa nie wynika prawda!". I kontrargumentuje: "w zmurszały gmach starego świata biły jednocześnie dwa tarany. Jeden z nich nazwijmy imieniem tego, który najpełniej wyraził odważną, świecką, wolną myśl: nazwijmy go imieniem Lukrecjusza. Drugi taran - to Biblia. Oba one były wrogie staremu światu - ale wrogość Lukrecjusza nie szła w parze z równym stopniem obcości. Należał on przecież do tego świata. Biblia natomiast w każdym calu była i wroga, i obca. Lukrecjusz wyrażał nas. Stary świat pokonała Biblia. Dziś Ty, metodą Lukrecjusza, analizujesz Biblię. To ciekawe. Metoda ta dotąd nigdy jeszcze nie była stosowana wobec takiego obiektu. Ale czy to do czegoś prowadzi? Z dwojga złego ciekawszą byłaby już analiza Lukrecjusza metodą Biblii. Nowy, nowy w każdym calu świat musi być analizowany również z gruntu nowymi metodami. Nie znamy ich, ani Ty, ani ja. Może ich jeszcze nie stworzono?
Więc nie oburzaj się na chrześcijańskie gusła, wierzenia i legendy.
Przyjacielu, odrobina pokory.
(...) Nie potrafię ci wykazać, dlaczego dla skutecznej walki o dobro przydatne są dziś te ich wszystkie gusła - ale potrafię Ci wskazać dziesiątki przykładów, w których walka z tymi gusłami miała jak najwyraźniejsze podłoże obrony istniejącego zła". Bowiem to ludzie tej sekty "prowadzą ludy Imperium ku ratunkowi! Więc jak nam sądzić o tym, co w ich doktrynie jest konieczne, a co zbędne? W duszy chrześcijanina apostoł góruje nad badaczem. Tak jest dobrze!".
Oto mechanizm rozumowania, które wiedzie Lucjusza do popadnięcia w stan mistycznego upojenia intelektualisty zafascynowanego niezrozumiałą dlań siłą. Abdykując z prawa do czynienia normalnego użytku ze swojego rozumu, powtarza wszakże uporczywie: "oni prowadzą ludy Imperium ku ratunkowi". Aż korci spytać: skąd ta pewność, Lucjuszu, skoro metodą lukrecjuszowską niepodobna tego udowodnić, zaś ich "Biblia" jest metodą guślarską? "W duszy chrześcijanina apostoł króluje nad badaczem" - powiada Lukrecjusz, a sam wyrzeka się namysłu nad tym, co w ich doktrynie jest konieczne, a co zbędne. Ale w duszy każdego propagandysty apostoł góruje nad badaczem - powiedziałbym Lukrecjuszowi. On jednak nie chce słuchać: "fakty, o których mówię, są bardzo mocne i miliony ludzi dają im świadectwo. (...) stwierdzenie tych faktów wymaga od nas upokorzenia się swą niewiedzą".
Napominając zaś przyjaciela - "A chwilowo strzeżmy się, abyśmy się nie stali (...) katarynkami nakręcanymi przez obie ręce. Znamy przecież tak dobrze ten mechanizm! Szlachetni ludzie, którzy godzą się na wszystkie reformy wprowadzane w Imperium przez chrześcijan, a bronią "tylko" tego czy innego imponderabile, nie rozumiejąc, że w ten sposób spełniają rolę zwalczających reformy! (...)
Mówisz, że w ten sposób zaginą na świecie wartości, które kochamy? - rozwija swój wywód Lukrecjusz. - Mylisz się, Przyjacielu. Miłość do nich Cię zaślepia. Wartości w kulturze nie giną, lecz ulegają ciągłym przekształceniom, przetasowaniom. Zmieniają się ich proporcje - lecz nici się nie rwą. Być może, niewykluczone, że wartości, które my reprezentujemy, są w tej chwili na pewien czas w fazie zmniejszania swej roli. Ale, na bogów!, znasz przecież autorów! Czy którykolwiek z nich twierdził, że trzeba być reprezentantem właśnie tych wartości, które akurat zwyżkują?!".
Henryk Elzenberg trafnie - myślę - scharakteryzował ten sposób rozumowania: "Wszelkie wymowne zapewnienia - pisał - że "siła nic nie może przeciw duchowi", służą tylko pokrzepieniu na duchu; gdybyśmy tego byli tak pewni, nie musielibyśmy tak wciąż się utwierdzać. Dzięki sile można się stać panem nie tylko cudzego ciała i czynu, ale także myśli i uczuć. Kobieta - jak to nieraz widzimy w poezji greckiej - może pokochać człowieka, który zburzył jej miasto i zabił ojca i matkę; tak Achillesa pokochała Bryzeis. Niewolnik na korzyść pana działa najprzód z musu, potem stopniowo coraz bardziej z przyzwyczajenia, a w końcu z solidarności: gra tu dużą rolę sztuka dla sztuki, satysfakcja, że się swoje zrobiło dobrze, a także, przy p o t r z e b i e działania, praktyczna - na co dzień przynajmniej - niemożliwość działania inaczej, niż na korzyść pana i w jego służbie. W końcu niewolnik gotów jest panu być w d z i ę c z n y, że wolno mu służyć"[2].
Tak wywody Lucjusza postrzegane są z zewnątrz. On sam próbuje wierność rzeczywistości kreowanej przez "chrześcijan" uzgodnić z wiernością wartościom lukrecjuszowskim. Pytanie jednak: jak dochować wierności tym wartościom w świecie, który je codziennie gwałci?
Klaudiusz, jego przyjaciel, w swej replice pomija wątki zapoczątkowane Lucjuszowym listem. Opisuje degradację nauki, dziwaczne obrzędy rytualne, które uchodzą za rozwijanie wiedzy, hierarchiczność struktury społeczeństw rządzonych przez "chrześcijan", panujący w sekcie kult autorytetu. "Stąd ich ojcowie Kościoła i synody kościelne, które uważają się za uprawnionych do zabierania głosu, i to decydującego, w sprawach literatury pięknej, sztuk plastycznych, historii, astronomii, biologii... I potem... jakżeż świat staje się prosty, gdy taki czy inny problem naukowy może być rozstrzygnięty po prostu powołaniem się na tekst np. św. Hieronima lub na decyzję w tej sprawie np. soboru nicejskiego".
W konkluzji czyni wszakże Klaudiusz znamienne wyznanie: "jeśli rozmawiam czy koresponduję z Tobą - to nie dla ćwiczeń retorycznych, lecz dlatego, że ja chciałbym ci ulec, ja chciałbym, byś mnie przekonał. Cała dusza buntuje się przeciwko rosnącej izolacji, ale nie widzę sposobu... Wierzę w naukę (...), w jej nieśmiertelność i człowieka dzięki niej żywot wieczny. A to, co widzę, to dowody obumierania nauki, na długo".
Lucjusz odpowie na to: "czy zastanowiłeś się kiedyś, jak powstawały chrześcijańskie pisma święte? Czyś próbował wyobrazić sobie ogrom odpowiedzialności spoczywającej na każdym z ich soborów wówczas, gdy decydował takie czy inne uchwały? Czy pod literacką formą pustelniczych nieraz dzieł potrafiłeś dostrzec, że każda linijka tych pism powstawała z potrzeb walki wyzyskiwanych o wyzwolenie, rodziła się w warunkach śmiertelnego zagrożenia, w jakim ich ruch wyzwoleńczy w każdej chwili się znajdował? W warunkach przez wiele pokoleń się toczącej, a zawsze na śmierć i życie zaciętej walki - dorobek naszej kultury stawał co dzień wobec najwyższej próby. To z niego, co wytrzymało tę próbę, wchodziło do arsenału na zawsze. Trwały dorobek wiedzy ludzkiej. Broń uciśnionych. Selekcja, o której pisałeś - to właśnie odrzucanie tego, co nie wytrzymało próby. A zagrożenie trwa i walka trwa! Odrzucone w boju nieużyteczne bronie zbierzemy troskliwie z pobojowiska i schowamy do muzeum - ale po ostatecznym zwycięstwie!".
Odpowiedziałbym Lucjuszowi fragmentem wiersza Zbigniewa Herberta (Trzy studia na temat realizmu):
na koniec oni
autorzy płócien podzielonych na prawą stronę i lewą stronę
którzy znają tylko dwa kolory
kolor tak i kolor nie
wynalazcy prostych symbolów
otwartych dłoni i zaciśniętych pięści
śpiewu i płaczu
ptaków i pocisków
uśmiechów i szczerzenia zębów
którzy mówią
potem kiedy zamieszkamy w owocach
będziemy używali subtelnego koloru "może"
i "pod pewnym warunkiem" o perłowym połysku
ale teraz ćwiczmy dwa chóry
i na pustą scenę
pod oślepiające światło
rzucamy ciebie
z okrzykiem: wybieraj póki czas
wybieraj na co czekasz
wybieraj
I aby ci pomóc nieznacznie popychamy języczek wagi
Lucjusz uważa jednak te techniki "chrześcijan" za incydentalne.
Kontynuuje: "Zły masz stosunek do chrześcijańskich pism świętych. Z pietyzmem bierz do ręki ich zwoje. (...). To zweryfikowane krwią doświadczenia śmiertelnej walki o wolność od jej początków do dziś. To to z naszej wielkiej nauki, co okazało się w ostatecznym rachunku pożyteczne. To kanon". I dalej: "Razi Cię u chrześcijan jedna hierarchia autorytetu? Chrześcijanie twierdzą, że wszystkie rzeczy i sprawy ludzkie zabarwione są w ich terminologii - "religijnie" i że nie masz takich, które byłyby "religijnie" obojętne. Pamiętasz, że kiedyś, w rozmowie, musiałeś, choć bardzo niechętnie, przyznać im w tym rację. A skoro tak - to nie protestuj przeciwko ich hierarchii autorytetów. Takie są właśnie, wiesz to dobrze, prawidła mobilizacji sił i walki".
Teza o klasowym i politycznym "zabarwieniu" dzieł kultury może mieć charakter akademicki, może być płochą hipotezą ujawniającą ukryte sensy historii kultury. Na taką hipotezę mógł przystać i Klaudiusz: analiza społecznych funkcji muzyki kościelnej jest przecież dopuszczalna. Rzecz w tym jednak, że dla "chrześcijan" wyznawca poglądu odmiennego, czy odmiennej interpretacji tego samego poglądu, stawał się wrogiem godnym już tylko unicestwienia. Jak więc nie protestować? Lucjusz wszakże w zapamiętaniu rozwija swą myśl: "Bij, Przyjacielu! Gorsz się, jeśli wolisz! Ale: ja wierzę w dogmat o nieomylności papieża i soboru! Tak. Mam odwagę to powiedzieć: Kościół ma zawsze rację! I jeśli dodam do tego: "nawet wówczas, gdy jej nie ma" - to nie będzie to cynicznym uśmieszkiem. Twierdzę, że "Kościół ma zawsze rację, nawet wówczas, gdy jej nie ma" dlatego że Kościół musi mieć pełne prawo próbować, szukać i błądzić. To nie sprzeczność, Klaudiuszu. Kościół jest reprezentantem nowych, pozbawionych dotąd głosu sił. Kościół jest ich organizatorem do wielkiej walki i do budowy nowego, lepszego świata. Gdzież, pytam, siły te miały możność sprawdzać, próbować, przygotowywać się do wielkich zadań, wobec których stanęły? W koszarach niewolników kampańskich latyfundiów czy w barakach dla tragarzy ostyjskiego portu? Za wielka była sprzeczność między minionym światem a nimi. Obraz przyszłego świata mógł się tworzyć tylko w nocnych dyskusjach niewolników, w twórczej myśli ich proroków. Dziś dopiero przyszedł czas na próbę. A próby - to możliwość błędu. Do tego chrześcijanie muszą mieć prawo! Niech błądzą! Każdy ich błąd, wyeliminowany, zwiększa ich siły na przyszłość, zwiększa pewność i celność ich działań, przyspiesza - nie bójmy się tego słowa - Królestwo Boże na ziemi".
Przerwijmy cytowanie. Krótki kurs historii WKP(b), broszury Lenina, przemówienia Stalina i Żdanowa jako "zwerfikowane krwią doświadczenia śmiertelnej walki o wolność", jako "kanon" - czyż to nie przerażający owoc pracy intelektualisty nad likwidacją normalnych funkcji własnego mózgu? Utożsamiając "spracowanych i obciążonych" z "chrześcijanami", Lucjusz przyjmuje tych ostatnich z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ich usprawiedliwieniem ma być - Królestwo Boże na ziemi. Tu właśnie najbrutalniej ujawnia się nadużycie metafizyki "chrześcijańskiej". Bowiem chrześcijanie, ci bez cudzysłowu, nigdy Królestwa Bożego na ziemi nie obiecywali. Intelektualista z lukrecjuszowskiej szkoły biorący serio takie deklaracje - czyż może być smutniejszy objaw autodegradacji rozumu?
Jednak wtedy nie było to takie oczywiste. Klaudiusz napisze przyjacielowi w odpowiedzi: "zgodzę się, że chrześcijanie odkryli zasadnicze prawo dziejów narodów: prawo o wyzysku większości przez mniejszość, i takimi czy innymi metodami - mniejsza o nie - doszli do jedynie słusznego wniosku, że ten wielowiekowy wyzysk może być i powinien być zlikwidowany. Umieli też zmobilizować masy do walki o tę zmianę i do jej obrony, gdy się już dokonała". Po tej wstępnej aprobacie pryncypiów Klaudiusz znów lokuje swą polemikę w sferze sporu o kulturę wyjałowioną przez "chrześcijan", o naukę poddaną ideologicznym szamanom. Przyjmując przesłanki wywodu Lukrecjusza, broni już tylko tej dziedziny, która dotyka go bezpośrednio jako intelektualistę. Nie jest to już spór o naturę panującego systemu, lecz o stosunek "chrześcijan" do intelektualistów i ich warsztatu twórczego.
Np. Dzieje Apostolskie to "dzieło - pisze Klaudiusz - o charakterze bałwochwalczym, tyle że chwali inne niż nasze bałwany. Celem tego dzieła jest wykazać, że Kościół Chrześcijański był wspólnym dziełem św. Piotra i św. Pawła, którzy zawsze byli zgodni i zawsze we wszystkim mieli rację. Dzieło to może być dla nas nawet interesujące jako przejaw pewnej kultury - ale nie oczekujesz chyba, żebym przyjął je za wykładnię prawdy historycznej?!". I wyjaśnia: "Przed odparciem barbarzyńców byliśmy potrzebni chrześcijanom. Naszym świeckim, lukrecjuszowskim, jak to nazwałem, taranem burzyliśmy (...) raczej współdziałaliśmy w burzeniu starego świata. I nam, i światu zdawało się, że zbliżamy się do chrześcijan. Po wyzwoleniu... pamiętasz jeszcze tych parę pięknych lat po wyzwoleniu? Po wyzwoleniu okazało się, że w nauce chrześcijańskiej tkwi wiele elementów płodnych naukowo, których nie przeczuwaliśmy. Zachłystywaliśmy się nimi. A jeszcze później? A teraz? Dziś nasza świeckość nie jest im już potrzebna. (...)
Dziś my, którzy wzrośliśmy w walce z legendami, w walce o wolną świeckość, dogłębną, bezlitosną, dziś my tworzyć mamy nowe legendy.
Ich świat - to wielkie misterium. W tym świecie możliwe są tylko dwie role: ministranta i ikonoklasty. Ikonoklasta walczy o prawdę - ministrant czyni ludzkie życie znośniejszym.
Rację ma ministrant.
Cóż - gdy ja potrafię być tylko ikonoklastą!".
Lucjusz na to: ich świat to życie. "Życie jest zawsze racjonalne. Życie ma zawsze rację". I dalej: "Piszesz o Dziejach Apostolskich. Piszesz słusznie. Ale czyś widział kiedyś gromadkę spracowanych byłych niewolników, którym ich kapłan czytał i tłumaczył te dzieje? Czyś widział, jak każdy nowy kraj, ogarniany przez chrześcijaństwo, przeżywając kolejno te same etapy, korzysta z doświadczeń poprzednich, studiuje dokumenty, analizuje prawidłowości, ustala różnice? Miliony ludzi, tworząc historię - żyją historią. (...) Budują nowe z książką historyczną w ręku".
Odpowiedziałbym na to cytatem z Miłosza:
Przeklina lud, a błazny mu śpiewają
Że nigdy nie był tak jak dzisiaj wolny.
I szuka znaków co się w niebie palą:
Pokój służalstwa? Czy zagłada wojny?
(W praojcach swoich pogrzebani)
Klaudiusz odpowie jednak inaczej: "Ich nauka dowodzi tego, czego już dowiedziono, ich sztuka ilustruje to, co już wiadome. Ich człowiek żyje w szczęściu posiadania prawdy, nie dręczy się niewiedzą, nie szuka, nie tworzy...". Po czym cytuje jednego z ojców Kościoła: "Jak to dobrze jest wiedzieć, że jest to światło dla wszystkich ludzi i że przyjdzie czas, gdy wszyscy to zrozumieją". Od siebie zaś Klaudiusz dorzuca: "Jak to dobrze jest wiedzieć, że jest już światło... Nie trzeba już szukać prawdy, tropić jej, badać - trzeba tylko rozszerzać, propagować istniejącą... Jak to dobrze jest wiedzieć... Szczęście, cielęce szczęście...".
Na to Lucjusz: "Klaudiuszu! Obudź się wreszcie! Czy nie widzisz? Rzeka czasu płynie wartkim nurtem. Ciebie też unosi. (...) Pokieruj łodzią! Wypłyń na główny nurt! Twoja wola i siła fali zawiodą cię razem daleko. Patrz na mijane brzegi - lecz porzuć dziecinną zabawę chwytania gałęzi. Nie uchwycisz tego, co mija! Tak właśnie jest dobrze!".
Herbert odtworzył ten dialog w Prologu do Napisu:
Wyrzuć pamiątki. Spal wspomnienia i w nowy życia strumień wstąp.
Jest tylko ziemia. Jedna ziemia i pory roku nad nią są.
Wojny owadów - wojny ludzi i krótka śmierć nad miodu kwiatem.
Dojrzewa zboże, kwitną dęby. W ocean schodzą rzeki z gór.
Tak mówi Chór. Zaś On odpowiada:
Płynę pod prąd a oni ze mną
nieubłaganie patrzą w oczy
uparcie szepczą słowa stare
jemy nasz gorzki chleb rozpaczy
Tak mógłby przecież odpowiedzieć Klaudiusz... Lucjusz zaś na to: "Po czymż Ty ronisz krokodyle łzy? Po jakim człowieku, po jakiej nauce? Mówisz, że po człowieku szukającym prawdy. Więc co ci jest tak drogie? Szukanie dla szukania? Ale przecież przez tysiąclecia istnienia nauki ludzkiej coś już odkryto, coś już stwierdzono, coś już ustalono! Droga pod górę, którą się wspinamy, nie musi być przez każdego człowieka powtarzana od podnóża. Starczy mu jeszcze drogi w górę, gdy zacznie od miejsca, do którego już ludzkość się wspięła! Twój dawny, wątpiący człowiek pocieszał się pięknem samego wspinania się, samego wysiłku, samego sukcesu. Prawda przezeń odkryta była mu droga, okupiona bólami twórczymi i uwieńczona radością twórczą - i nic mu nie przeszkadzało, że odkryły ją już setki ludzi przed nim. Za takim człowiekiem tęsknisz, samotnym, wątpiącym, wyizolowanym z ludzkości, wyrwanym z historii. (...) Broń się, Klaudiuszu! Dojrzewaliśmy w buncie przeciwko światu, który nas wydał - a dziś on, miniony, bierze za to odwet. (...) Dziś stare zaczyna się od nowa. Próbuje mówić Twoimi, uczciwymi ustami. Broń się, Klaudiuszu! Wpłyń na wartki nurt".
Klaudiusz: "Nie potrafię, Lucjuszu, chyba nie potrafię... Tak jak nie można wyprzeć się własnych rodziców, tak nie można wyprzeć się swego kraju - tak też nie można wyzwolić się z władzy czasu, który nas wydał. (...) W naszym świecie obowiązywała wierność w przyjaźni, po prostu. U nich obowiązuje ona, o ile i jak długo spojona jest wspólną pracą dla zbiorowości. U nas obowiązywało po prostu: przestrzeganie powierzonej tajemnicy. U nich obowiązuje ona o tyle, o ile tajemnica ta jest tajemnicą zbiorowości. U nas obowiązywała: pomoc prześladowanemu. U nich jest ona przestępstwem! (...) Ach, to ich zhierarchizowane społeczeństwo! To dążenie do awansu w hierarchii, praca na pokaz, odgadywanie myśli zwierzchnika, ubieganie krytyki, praca nie z myślą o tym, by było dobrze, ale by nikt nie mógł zarzucić, że jest źle! To ciągłe oddziaływanie góry na dół, cotygodniowe, codzienne niemal kazania o wciąż tej samej treści, umacnianie maluczkich w przekonaniu o słuszności paru zasadniczych, prostych, uproszczonych aż do fałszu uproszczeń, wciąż tych samych prawd! (...) Słabnę w dyskusji, wiem to. Schodzę od zasad - do błędów wykonania, które przecież od początku z programu naszej dyskusji wyeliminowaliśmy. Schodzę z racjonalnej płaszczyzny na wyliczanie objawów, które mi są obce, które mnie drażnią. Ale to dlatego, Lucjuszu, że zwlekam z wyznaniem Ci, że ja się i tego Królestwa Bożego na ziemi - też boję! Powiedziałem już. Trzeba ciągnąć dalej. Cytowany już w poprzednim moim liście święty pisał: "Człowiek - to brzmi dumnie". Dlaczego to słowo tak dumnie brzmiało dla niego? Dlatego że patrzył on na człowieka takiego - powiedzmy odważnie - jakim ukształtował go stary, miniony, zły świat. Wielkość człowieka ujawniała się wyłącznie w walce z tym światem. W walce o wolność dla siebie i dla innych, w odwadze ataku, w rozpaczy buntu, w pogardzie dla małości. Wielki był człowiek, gdy kruszył bałwany, którym kłaniała się epoka. Wielki był, gdy umiał spojrzeć na świat swoim niezależnym spojrzeniem i gdy umiał bronić prawdy tego, co dostrzegł.
Historia nie zna innej wielkości człowieka, jak tylko ta, która wywalczona była w walce z innymi ludźmi. W walce z ich siłą fizyczną, marnością moralną, nędzą umysłową. Nie ma wielkości człowieka, jak tylko w walce z innymi! Nie ma wielkości człowieka, jak tylko w walce o wolność!
Lucjuszu! Co umożliwi osiągnięcie wielkości człowiekowi wolnemu?".
Tak oto Klaudiusz doprowadził wywód do absurdu. Skoro bowiem swoje refleksje polemiczne przerzuca ze sfery krytyki arcyniewolniczej codzienności w gwiezdne strefy filozoficznych kłopotów ludzi zupełnie wolnych, skoro miast dociekać totalitarnej niedoli, rozważa odwieczny problem, "co będzie, jak już będziemy w Raju?" - jest całkowicie gotów do kapitulacji przed "chrześcijanami".
Elzenberg powiadał: "Jeśli się ktoś chwali, że nie popełnił czegoś złego, co mógł był popełnić, i z wielką elokwencją argumentuje, że przecież "nie godziło się", "nie uchodziło", znaczy to, że swej cnoty żałuje. Nie poszedł za swym interesem, bo się krępował, teraz korci go stracona sposobność".
I w rzeczy samej: w następnym liście informuje Klaudiusz Lucjusza, że biskup Aleksandrii wezwał go "do objęcia kierownictwa aleksandryjskiej biblioteki"! W Aleksandrii też rozpoczyna pracę siedemdziesięcioosobowy komitet do przekładu pism świętych z hebrajskiego, aramejskiego i greckiego - na łacinę. "Kierując biblioteką - miałbym wziąć udział w pracach tego komitetu jako rzeczoznawca od historii języków wschodnich. Czy śniły nam się kiedyś takie możliwości naukowe?
Nie jadę z lekkim sercem. Wiem, że te możliwości mają granice. Wiem, że nie pozwolą mi skreślić z tekstu owych słów: Tu es Petrus et in hanc petram ecclesiam meam aedificabo - mimo że są one jawnym późniejszym wtrętem, dopisanym dla umocnienia władzy zwierzchniej rzymskiego biskupa. Ale czy dla tej oczywistej dla każdego myślącego człowieka bzdury mam z tych możliwości rezygnować? Zbyt na to kocham moją pracę".
Po czym namawia Lucjusza, by wraz z nim udał się do Aleksandrii. Wystarczyła atrakcyjna propozycja pracy w ukochanym zawodzie, by Klaudiusz przełamał swój wstręt do kłamstwa, do zhierarchizowanego społeczeństwa, do pustki "chrześcijańskiej" kultury.
Lucjusz odpowiada mu na propozycję: "Nie pojadę, Klaudiuszu, do Aleksandrii. Jeszcze nie pojadę... Śmiejesz się, że ja, taki zawsze "pozytywny" - zwlekam? Nie śmiej się. Daruj. Niezbadane są jeszcze drogi serca człowieka na przełomie dwóch epok".
Tak więc Lucjusz nie czuje się dostatecznie dojrzały do prac nad publikacją dokumentów ewidentnie sfałszowanych. Ale dodaje: "Czekaj na mnie, za pół roku, najdalej za rok. Przyjadę do Aleksandrii, na pewno!".
W tymże - zamykającym korespondencję - liście podsumuje Lucjusz swoje argumenty: "czy myślałeś kiedyś - pisze do Klaudiusza - jak skomplikowany jest ów podstawowy proces przemian, które przeżywamy? Dla nas - to upadek pogaństwa, likwidacja despotyzmu cezarów, odparcie barbarzyńców... Ale dla niewolników - to pęknięcie kajdan na rękach i na nogach, otwarcie baraków-więzień, wolność, wolność nie myśli, lecz przede wszystkim życia, jedzenia, pracy! Czy wyobrażałeś sobie, jaką jest droga, która z koszar dla niewolników prowadzi do obywatelstwa? Corocznie tysiące niewolników z niedawnych latyfundiów rozpoczyna ludzkie, samodzielne życie kolonów. Niewolnicy z kopalni vipasceńskich też otrzymują wolność - a konieczne jest, by dalej pracowali. I przy tym wszystkim chleba nie może zabraknąć, choć nie można już przykuwać niewolników do wioseł okrętów kursujących między Ostią a Egiptem. Chleba nie może zabraknąć i broni nie może zabraknąć, i budowa nowego świata musi posuwać się naprzód. I człowiek, przede wszystkim świeżo wyzwolony człowiek - nie może się zgubić w obcym mu jeszcze świecie. A jeśli nawet, jak mówisz, droga z koszar dla niewolników prowadzi poprzez realizację publikańskich marzeń, poprzez mieszkanko z bohomazem na ścianie i kwiatkami w oknach - to dostrzeżemy w tym wielki awans praw człowieka. Człowieka takiego jak Ty i ja, tyle że upośledzonego dotąd - i nie staniemy przecież dlatego w poprzek drogi! Nie jest to droga łatwa, bynajmniej... A sprawna organizacja kościelna i ciągłe oddziaływanie Kościoła na wiernych ma ją właśnie ułatwić, ba, może umożliwić. Nasze karne podporządkowanie się tej organizacji i temu oddziaływaniu - to nasz w tym udział. (...) W skomplikowanym życiu współczesnego świata każdy fakt ma wiele różnych aspektów. I oceniając go - nie wolno nam patrzeć pod naszym kątem widzenia, my, którzy należeliśmy i należymy do wybranych. Inni są od nas ważniejsi. Bo są liczniejsi. Bo byli dotąd bardziej upośledzeni. Bo oni wywalczyli sobie i nam wolność".
Jak refren wracają słowa Miłosza:
Przeklina lud, a błazny mu śpiewają,
Że nigdy nie był tak jak dzisiaj wolny.
"Przypomnij - pisze dalej Lucjusz - ostatnie lata Imperium, przed inwazją barbarzyńską.
Staliśmy wówczas, ramię przy ramieniu, niewielką, ale dobraną grupą uczonych i artystów. Występowaliśmy przeciwko bezprawiu, wyzyskowi, ciemnocie, broniliśmy prześladowanych chrześcijan, przestrzegaliśmy niechcących słuchać o grożącym śmiertelnym niebezpieczeństwie barbarzyńskim. Byliśmy z siebie samych i z siebie nawzajem bardzo, ale to bardzo zadowoleni. Wydawaliśmy się sobie i mądrzy, i szlachetni, i odważni, i bezkompromisowi, i niezależni, i wolni, przede wszystkim wolni, mimo wszystko, wbrew wszystkiemu!
Minęło zaledwie parę lat. Trudno stwierdzić, że nie byliśmy ani tacy mądrzy, ani tacy znów wolni. Niedaleko szukając, nasza wymiana listów pokazuje przecież, jak bardzo, buntując się przeciwko niemu, tkwiliśmy przecież w sidłach starego, złego świata! I nawet zrozumieć w pełni jest nam trudno wielkość czasów, do którychśmy nie dorośli!".
Tak brzmi samokrytyka intelektualisty, który zbyt późno zrozumiał, że oto:
"Uciskane dotąd narody Imperium wyruszyły w wielką drogę prowadzącą do Królestwa Bożego na ziemi. Ruszyliśmy wraz z nimi. A w drodze - jak to w drodze: każdy z nas różne miał tempo. Wyruszyliśmy razem - lecz szybko rozciągnęliśmy się w marszu. Co pewien czas ktoś z nas ustawał, potem znów szybko podgonił... Dziś dzielą nas już nieraz tysiące, tysiące kroków, wielkich kroków rzymskiego legionisty. Głosu swego już nie słyszymy, a słysząc, nie rozumiemy. Każdy z nas skłonny jest pogardzać zarówno tym, który wysforował się naprzód - jak i tym, który pozostaje w tyle. O pierwszym myśli, że to tak się spieszy do tej manny niebieskiej - o drugim, że przywiązany do starego, złego świata. Ale idziemy, nieuchronnie idziemy - tak jak nasze narody. W sercu każdy z nas przeżywa to, co drugi przeżył wczoraj, trzeci przeżyje jutro... (...) Nie ma dychotomicznego podziału ludzi - są tylko kamienie milowe na tej samej, wielkiej drodze... (...) Nie grozi żadnemu z nas wpadnięcie w tę wstrętną pogardę dla tych, co na przodzie, i dla tych, co w tyle. Starajmy się równać krok...".
Zbigniew Herbert inaczej postrzegał ten marsz ku "Królestwu Bożemu na ziemi". Pisał:
Odeszły pasterskie fletnie
złoto niedzielnych trąbek
zielone echa waltornie
i skrzypce także odeszły -
pozostał tylko bęben
i bęben gra nam dalej
odświętny marsz żałobny marsz
proste uczucia idą w takt
na sztywnych nogach
dobosz gra
i jedna myśl i słowo jedno
gdy bęben wzywa stromą przepaść
niesiemy kłosy lub nagrobek
co mądry nam wywróży bęben
gdy w skórę bruków bije krok
ten hardy krok co świat przemieni
na pochód i na okrzyk jeden
(Pieśń o bębnie)
Lucjusz: "Świat będzie chrześcijański - czy się to komu podoba, czy nie! I choć przygaśnie w nim może - na pewien czas - wiele drogich nam gwiazd - będzie to świat, w którym olbrzymiej większości ludzi będzie lepiej niż w dawnym. Zboczenie na krok z drogi, z szeregu dążących do stworzenia tego nowego, lepszego świata - to przejście na stronę wroga, który z obu stron, jawnie i podstępnie, we dnie i w nocy tę drogę atakuje. Przejście na stronę wroga. Zadrżałeś, kochany? Zadrżałeś na pewno, tak jak i ja, gdy pisałem te słowa. Wszystko raczej niż to! Nie ma rzeczy dość ważnej (...), dla której można by do tego dopuścić! Wszystko raczej - niż znaleźć się przeszkodą na drodze milionów walczących o stworzenie sobie życia spokojnego i szczęśliwego! I nie najstraszniejsze byłoby tu to, że - stratują... Równajmy krok!".
nareszcie idzie ludzkość cała
nareszcie każdy trafił w krok
cielęca skóra pałki dwie
rozbiły wieże i samotność
i stratowane jest milczenie
a śmierć niestraszna kiedy tłumna
(Pieśń o bębnie)
Lucjusz: "Nigdy, w żadnej epoce ludzie nie wiedzieli, nie mogli wiedzieć, jakim będzie geniusz jutra. Ale jak słońce wschodzi po nocy, jak wiosna przychodzi po zimie, tak zawsze, z siłą konieczności, w każdej epoce ludzkość osiągała nową, nieznaną dotąd wielkość! Ich świat jest przyszłym światem. Z ich świata, a nie przeciw ich światu, wyrośnie nowa ludzka wielkość, a z nią... może i ratunek wielu z tych wartości, które są nam drogie? Może to już niedługo? Równajmy krok! Więcej: przyspieszajmy kroku! Tylko w ten sposób szybciej ją dostrzeżemy!".
kolumna prochu nad pochodem
rozstąpi się posłuszne morze
zejdziemy nisko do czeluści
do pustych piekieł oraz wyżej
nieba sprawdzamy nieprawdziwość
i wyzwolony od przestrachów
w piasek się zmieni cały pochód
niesiony przez szyderczy wiatr
i tak ostatnie echo przejdzie
po nieposłusznej pleśni ziemi
zostanie tylko bęben bęben
dyktator muzyk rozgromionych
(Pieśń o bębnie)
Łatwo dostrzec różnice w argumentacji Klaudiusza i Herberta. Może dlatego "chrześcijanie" wiedzieli, że Herbertowi nie warto nawet proponować, by jechał do Aleksandrii.
W ostatnim liście Lucjusz zastanawia się, "czy ta nasza wymiana listów, tak przecież ostatecznie "pozytywna" - nie powinna być przez nas opublikowana. Na pewno ważniejsza niż listy tego kabotyna Cicerona! Ale nie. Może pomogłaby ona niektórym, takim jak my - ale może by liczniejszym zaszkodziła? (...) Ale to nie najważniejsze! Najważniejsze to wyrazić to nowe, co się rodzi!". Jakiż więc sens ma owa tylekroć deklarowana wierność wartościom, które "nie zwyżkują"? Jeden tylko: wśród urzędowego kłamstwa i prywatnego samooszustwa, wśród duchowej i publicznej aprobaty dla poczynań "chrześcijan", wśród wychwalania ich nieoczywistych zasług i przenikania ich oczywistych łajdactw - ocalić własną świadomość. Tam, gdzie kończą się Gusła, zaczyna się opisany przez Miłosza Ketman. Powiedział Elzenberg: "Jeśli moje życie zewnętrzne - ale t y l k o zewnętrzne - jest całkowicie uregulowane przez władze, tak że ani ono nie wpływa na wewnętrzne, ani na odwrót, natenczas obie dziedziny ostro się od siebie odcinają i życie wewnętrzne stanowi własny swój świat niezależny, odrębny. Ale na to trzeba, by władza - czy to przez poszanowanie, czy jak to bywa wobec niewolników, przez wzgardę - z u p e ł n i e nie sięgała do wnętrza. Wtedy to się wypracowuje najbardziej samodzielne, najmniej poddane wpływom środowiska, najbardziej uduchowione i zwarte poglądy na świat. I najbardziej bezsilne".
II
Wszakże bezsilność Lucjusza jest szczególnego rodzaju. To bezsilność człowieka ogarniętego i pchanego przez tłum podążający pod nadzorem w wyznaczonym kierunku; człowieka, który nie mogąc odmienić swego losu, próbuje go zracjonalizować i dojrzeć w konieczności cnotę, by móc łudzić się, że jego niewolnicza egzystencja kryje w sobie jakiś wyższy sens. Podobny mechanizm psychologiczny opisał Arthur Koestler w powieści Ciemność w południe, głośnej analizie literackiej wielkich procesów moskiewskich. Uwięziony przez Stalina Rubaszow, jeden z historycznych przywódców bolszewickich (wzorowany na postaci Bucharina), rozważa w swej celi absurdalne zarzuty o sabotaż i szpiegostwo, po czym przyznaje się do niepopełnionych czynów, uznając logikę wywodów Gletkina, oficera śledczego. Gletkin zaś twierdził po prostu, że taki pokazowy proces potrzebny jest rewolucji. Rewolucja to jedyny sens życia starego bolszewika. "Być może - zastanawia się Rubaszow - rewolucja w tym okresie historycznym potrzebuje tyranii, użytecznego kłamstwa, niesprawiedliwych ofiar. Być może rewolucja potrzebuje, bym się przyznał do niepopełnionej zbrodni, bym został osądzony w sfałszowanym procesie i niewinnie stracony".
Dialogi Rubaszowa z Gletkinem są nader pouczające. Oto próbka: Gletkin: "Ile mieliście lat, kiedy wam dano pierwszy zegarek?". Rubaszow: "Nie pamiętam dokładnie, może osiem albo dziewięć". Gletkin (patrząc oczyma, które jak zwykle nie miały żadnego wyrazu): "Ja miałem szesnaście lat, kiedy mnie nauczono, że godzina dzieli się na minuty. Gdy chłopi z mojej wsi musieli jechać do miasta, szli na stację o świcie i spali w poczekalni aż do nadejścia pociągu, co zwykle miało miejsce w południe; czasem pociąg przyjeżdżał dopiero wieczorem lub następnego ranka. Ci chłopi pracują teraz w naszych fabrykach. W mojej wsi na przykład stoi teraz największa na świecie fabryka szyn żelaznych. W ciągu pierwszego roku nadzorcy kładli się spać między jednym wypróżnieniem pieca hutniczego a drugim; robili to z takim uporem, że trzeba ich było rozstrzelać. We wszystkich innych krajach chłopi mieli sto lub dwieście lat czasu, aby wyrobić w sobie poczucie precyzji przemysłowej i przywyknąć do obchodzenia się z maszynami. Tutaj dano im na to tylko dziesięć lat. Gdybyśmy ich za każde najmniejsze przewinienie nie wyrzucali i nie rozstrzeliwali, stanąłby cały kraj, a chłopi położyliby się spać na podwórzach fabryk i spali, póki by trawa nie wyrosła ponad kominy i wszystko nie było znowu jak przedtem. W zeszłym roku przyjechała do nas jakaś delegacja kobiet z Manchesteru, z Anglii. Pokazano im wszystko, a one napisały potem artykuły pełne oburzenia, w których twierdziły, że robotnicy przędzalni w Manchesterze nigdy by nie pozwolili na takie traktowanie siebie. Czytałem, że przemysł włókienniczy w Manchesterze istnieje dwieście lat. Czytałem także, jak się tam odnoszono do robotników dwieście lat temu, kiedy wszystko się zaczynało. Wy, towarzyszu Rubaszow, posłużyliście się właśnie tymi samymi argumentami, co owa delegacja kobiet z Manchesteru. A wy przecież znacie się lepiej na rzeczy niż te kobiety. Można się więc dziwić, że używacie tych samych argumentów. Ale mimo wszystko wy macie z nimi jedną rzecz wspólną: dano wam zegarek, kiedy byliście jeszcze dzieckiem...".
Monolog Gletkina stawia Rubaszowa wobec następującej alternatywy: albo uznać, że jest to wyznanie rzecznika interesów "nowej klasy", stróża "wyzysku nowego typu", odmówić solidarności z tym rozumowaniem, a tym samym całe życie w służbie bolszewizmu uznać za błąd, albo też dostrzec w słowach tego policjanta z awansu społecznego głos ludu i "konieczności dziejowych", którym raz jeszcze stary bolszewik z inteligenckiej zamożnej rodziny winien się podporządkować.
Dylemat Rubaszowa: wierność Prawdzie czy wierność Rewolucji, zostaje wszakże przetransformowany przez niego samego w dylemat: wierność dniom wczorajszym czy jutrzejszym. "Jakim prawem my - zastanawia się Rubaszow - którzy schodzimy ze sceny, patrzymy z taką wyższością na Gletkinów? Kiedy na ziemi ukazał się pierwszy neandertalczyk, małpy się pewnie śmiały. Małpy, wysoko cywilizowane, przerzucały się zgrabnie z gałęzi na gałąź; neandertalczyk był niezdarny i przygwożdżony do ziemi. Małpy, nasycone i spokojne, żyły w atmosferze subtelnego rozbawienia albo też, pogrążone w filozoficznej kontemplacji, łapały muchy; neandertalczyk człapał ponuro po świecie, wywijając maczugą. Małpy patrzyły na niego z uśmiechem z wysokości drzew i obrzucały go orzechami. Czasem ogarniała je zgroza: one jadły owoce i słodkie rośliny, delikatnie i z wyrafinowaniem; neandertalczyk pożerał surowe mięso, mordował zwierzęta i swoich współtowarzyszy. Zwalał drzewa, które rosły od niepamiętnych czasów, poruszał skały z prawiecznej posady, wykraczał przeciwko każdemu prawu i każdej tradycji dżungli. Był prostacki, okrutny, nie miał godności zwierząt - z punktu widzenia wysoko rozwiniętych małp był barbarzyńskim cofnięciem się historii".
Rubaszowowi nie wystarcza już analogia do pierwszych chrześcijan - on sięga aż do małp. Ponieważ jednak nawet w przybliżeniu nie wiadomo, co małpy myślały o neandertalczykach, bez ryzyka błędu można przyjąć, że wywody Rubaszowa są rozpaczliwą próbą zakłamania życiowej klęski. Bowiem jego śmierć tym różni się od śmierci przeciwników Stalina, że tamci uzasadnień dla swej ofiary nie musieli szukać w kłamstwie.
Wszelako byłoby błędem pomijać kontekst historyczny dylematów Rubaszowa. Dla bolszewika-inteligenta alternatywa Hitler czy Stalin wcale nie była propagandową konstrukcją. Tylko spoglądając na mapę polityczną świata lat trzydziestych naszego wieku, można zrozumieć cały dramatyzm sytuacji intelektualistów, którzy mając świadomość - choćby niepełną - stalinowskich zbrodni, opowiadali się jednak po stronie komunizmu, widząc w nim zaporę dla triumfalnego marszu swastyki i czarnych koszul. Tym ludziom świat jawił się jako pole konfliktu z faszyzmem, co czyniło ich podatnymi na przyjęcie stalinowskich mistyfikacji. Rubaszow wolał śmierć niż postawę, która byłaby na rękę Hitlerowi, tak jak Lucjusz panicznie lękał się, by jego ustami nie zaczęli przemawiać wrogowie "spracowanych i obciążonych".
I tak, mówiąc słowami Miłosza, "z małego nasienia prawdy wyprowadzali roślinę kłamstwa".
III
Na dialog Lucjusza z Klaudiuszem można wszakże spojrzeć i innym okiem. Oto Drieu La Rochelle, francuski pisarz uformowany duchowo przez I wojnę światową: konserwatysta, wróg nowoczesnej techniki i miłośnik ciała ludzkiego. W liberalno-permisywnej cywilizacji widział źródło współczesnej dekadencji. Wielbiciel kultury greckiej już w 1934 r. opowiedział się za faszyzmem. Odpowiadały mu deklaracje Hitlera o potrzebie edukacji młodzieży przez sport, o redukcji "niepotrzebnego intelektualizmu". Klęskę Francji w 1940 r. przyjął jako naturalny skutek wcześniejszej dekadencji; teraz jedyną radę widział w odnowieniu zdegenerowanych Francuzów przez wysportowanych niemieckich Ariów, których zwycięstwo w wojnie jawiło mu się jako nieuchronna konieczność. Dlatego zaproponował Abetzowi, niemieckiemu gubernatorowi Paryża, wydawanie pisma mającego służyć normalizacji stosunków zwycięzcy z podbitą Francją. Na redaktora naczelnego zaproponował Jeana Paulhana, jednego z najbardziej miarodajnych intelektualistów przedwojennej Francji, którego próbował skłonić do objęcia tej funkcji. Paulhan się wahał. Bezpośrednio pod wrażeniem klęski pisał do jednego z przyjaciół: "Wśród tej potwornej zdrady, zdrady nawet nie umówionej - jakby całkowicie naturalnej - nie wiadomo, co robić. Powiedz, czy masz jeszcze nadzieję, czy ufasz we Francję, czy wierzysz, że wszystko da się jeszcze odtworzyć?".
Sam nie był jeszcze zdecydowany, gdy otrzymywał listy od kusicieli. Jeden z nich, Jouhandeau, pisał: "tak mało zabitych, tak wielu jeńców. Widzi się wyraźnie, że to nie jest wojna. To rewolucja". Chardonne dodawał: "Francja jest martwa, Hitler jest naszą opatrznością".
Opisując ten nastrój i cytując te głosy, Paulhan dorzucał w liście do przyjaciela własny komentarz: "Zwróć też uwagę, że każdy sąd jest teraz obciążony prognozą. Jeśli zwycięstwo i ucisk niemiecki ma trwać sześć miesięcy, próba podjęta przez Dr [Drieu La Rochelle - A.M.] jest obrzydliwa. Jeśli jednak ma trwać sto lat, próba ta jest genialna, odważna, niezbędna. A Drieu wierzy i zawsze wierzył, że potrwa to sto lat".
Po namyśle Paulhan odmówił przyjęcia posady redaktora w prohitlerowskiej gazecie literackiej. Do Drieu La Rochelle'a napisał otwarcie: "jestem niezbyt skłonny, by zobaczyć w hitleryzmie coś więcej niż przejściowy szał". Paulhan, francuski Klaudiusz, nie pojechał do Aleksandrii. Ciekawa byłaby wszakże jego korespondencja z francuskim Lucjuszem, gdyby ów szał był mniej przejściowy...
IV
Dylemat intelektualisty poddanego ciśnieniu historii opisuje Jacek Bocheński w Boskim Juliuszu. Tę znakomitą książkę można potraktować także jako komentarz do Guseł. Bocheński, który jako młodziutki chłopiec oddał swe pióro w służbę "chrześcijan", po kilku latach sporządził swój rozrachunek z Historią. Posłużył się przy tym - jak kilku innych znaczących pisarzy - epoką wielbionego przez siebie antyku.
Lucjusz z Guseł Witolda Kuli wierzy - jak pamiętamy - "w dogmat o nieomylności papieża", ponieważ "Kościół jest reprezentantem nowych, pozbawionych dotąd głosu sił i ich organizatorem do wielkiej walki i budowy nowego, lepszego świata".
Bocheński natomiast zauważy, że "człowiek nabiera potęgi proporcjonalnie do ilości popełnionych zabójstw. Potopy i piekła nie zostały przecież wynalezione bez powodu, jest w nich boska racja stanu. Ale uzasadnienie akcji tego rodzaju nie może mieć nic wspólnego z utylitaryzmem. Żaden Bóg nie oświadcza: zrobiłem piekło, ponieważ przynosi mi korzyść".
To prawda, że podboje w czasach przedchrześcijańskich nie wymagały właściwie usprawiedliwienia. Nikt przynajmniej nie potrzebował ich uzasadniać rzekomym interesem podbijanego. Wystarczyło własne "męstwo", które w języku łacińskim znaczy to samo co "cnota". Późniejsze wojny chrześcijan z poganami i chrześcijan między sobą zmierzały na ogół do nawróceń, podejmowano je w imię wyższego ideału, w celach pożytecznych dla przeciwnika, a zatem, jeśli zgodzić się z owymi motywacjami, wojny te polegały przeważnie na wzajemnym świadczeniu sobie dobrodziejstw.
Lucjusz z Guseł nie lubił Cycerona; nazywał go kabotynem. Skąd ta niechęć? Czy nie stąd, że w historii Cycerona dostrzegał krzywe zwierciadło dla własnych poczynań? Bocheński - przypomnijmy - pisał o Cyceronie, rekonstruując jego sposób rozumowania, tak oto:
"Tu musiał zapytać sam siebie: dlaczego przegrałem? Jaki błąd popełniłem, że Klodiusz zdołał mnie obalić? (...) Na pozór błąd był tylko taktyczny. Polegałem - uważa Cycero - na nie dość pewnych sojusznikach. Omyliłem się w ich ocenie. Sądziłem, że nie zawiodą, a w momencie krytycznym zawiedli. Pozostałem sam. Nie umiałem tak zobowiązać sojuszników, sprząc ich ze mną takimi łańcuchami, tak zawęźlić wzajemnych interesów, aby mi nic nie groziło. Więc nie był to błąd ideologiczny. Nie mam się czego wstydzić jako filozof, ale pod względem taktycznym rozegrałem sprawę nieumiejętnie.
Skoro jednak rzecz się tak przedstawia, wynikają stąd dalsze konsekwencje. Padłem przecież ofiarą nadmiernego zaufania do ludzi? Jakich ludzi? Tak zwanych najlepszych, optymatów. Zaufałem zwolennikom pewnego kierunku politycznego. Wciąż jestem z nimi jednomyślny w kwestiach ideowych, popieram ruch, ale przestałem dowierzać ludziom ruchu. Zaraz, zaraz... Ostatecznie ruch tworzą właśnie ci ludzie. Jeżeli zraziłem się do ludzi, czy mogę nie zrazić się do ruchu? Czuję, że coś fałszywego tkwi w samej istocie sprawy, nie tylko w charakterze poszczególnych osób. Idzie tu o ruch pewnej klasy społecznej, a słabość moralna klasy przesądza o słabości moralnej ruchu. Czy zatem służę dobrej orientacji politycznej, jeśli jest to orientacja klasy zdeprawowanej? Ba! A cóż innego mam do wyboru? Lepszą klasę? Którą? Prymitywny motłoch uliczny? Demagogię popularów? Dziedzictwo po Katylinie? Ohydną robotę Klodiusza? Nic więcej nie istnieje. Co najwyżej Cezar, który, po pierwsze, uprawia grę osobistą, zgodną z własnymi, niepohamowanymi ambicjami, po drugie, schlebia tłumom. No i jest jeszcze Pompejusz, nie mniejszy indywidualista, sprzymierzony obecnie z Cezarem. Ale właśnie na Pompejuszu zawiodłem się najboleśniej.
Nie ma dobrego wyjścia z tych wszystkich zawiłości. Jestem skazany na klasę "najlepszych", ponieważ jej niczym nie zastąpię. Zamiana może być tylko ze złego na gorsze. Ale ta klasa nie obroni mnie, bo nie potrafi i nie chce. Składa się po prostu z ludzi zazdrosnych, którzy nie cierpią mnie jako wybitnej osobistości. W ich polityce nie idzie o idee. Ich polityka to głównie rozgrywka między pewną liczbą osób dążących do kariery. Muszę się z tym liczyć bardziej niż dotychczas. A skoro nie mam dobrego wyjścia, muszę wybrać j a k i e ś wyjście, naturalnie bez pełnego przekonania. Nie będzie to droga prostolinijna, niech więc przynajmniej będzie korzystna, czyli bezpieczna. (...) Należy zaniechać frontalnych ofensyw przeciwko złu. Z częścią zła wypada się chwilowo sprzymierzyć, jeśli można. Trzeba zająć dogodniejsze pozycje, umocnić zaplecze i manewrować".
Tak - z grubsza rzecz biorąc - wyglądał pierwszy etap ewolucji intelektualisty od złego "starego" do dobrego "nowego" świata, od - u Cycerona - optymatów do Cezara, od - u Lucjusza - "cezarów" do "chrześcijan".
Bohater książki Bocheńskiego, Antykwariusz, komentuje rozterki duchowe swego przyjaciela: "Myśląc tak, Cycero nie wie jeszcze, że wpada w sidła zastawione przez Cezara. Sądzi, iż to on przechytrza Cezara. W rzeczywistości Cezar przechytrza już jego. Wodzowi, zajętemu wojną w Galii, nie potrzeba niczego więcej, aniżeli takiej właśnie ewolucji poglądów Cycerona. (...) Zwierzątko oswaja się samo - pomyślał Cezar. - Nie płoszmy go. Zaczyna jeść z ręki". Cycero wpadł w tarapaty, gdy wreszcie poparł Cezara. Żalił się w liście do Attykusa: "Jeżeli mówię o polityce to, co jest słuszne, uważają mnie za maniaka. Jeżeli głoszę, co nakazuje konieczność, uchodzę za sługusa. Jeżeli milczę, powiadają, że się dałem złamać i wykończyć. Wyobraź sobie, jak mnie to musi boleć!".
Komentarz Bocheńskiego: "O, z tej odmiany zapatrywań ciężko się wytłumaczyć filozofowi! Dlatego pięćdziesięcioletni erudyta oznajmia: teraz dopiero nauczyłem się pewnych rzeczy, i to nie z książek, lecz z doświadczenia. No, a poza tym - kontynuuje - zajrzyjcie do Platona. Przecież właśnie Platon uważa, że forsowanie jakiego bądź poglądu jest dopuszczalne o tyle, o ile można przekonać obywateli. Potępia zaś wszelkie narzucanie poglądu siłą. Otóż poglądy obywateli rzymskich uległy zmianie wcześniej niż moje. Ja się tylko dostosowałem do otoczenia. Wielu ludzi, niegdyś przeciwnych Cezarowi, obecnie go popiera. Gdybym trwał przy starych przekonaniach i próbował je narzucać innym, postępowałbym wbrew Platonowi. (...) Wszyscy popierają Cezara! Byli mu wprawdzie przeciwni, ale już popierają. Nawet "najlepsi" to robią. Czy wszyscy się mylą, czy raczej myliłby się ten, kto by wystąpił przeciw Cezarowi? Ale nikt nie występuje. Zapanowała nadzwyczajna solidarność. (...) Na Herkulesa, to niesamowite! Lecz dostatecznie groźne, by zrezygnować z oporu".
Komentarz Bocheńskiego: "Widzimy zatem, ile różnych czynników rozbraja Cycerona. Widzimy, że przynajmniej jednym z tych czynników jest własny rozum filozofa, który istotnie każe rewidować zastarzałe opinie i uprzedzenia. Dołącza się interesowność osobista, niechęć do optymatów, kompleks "popełnionego błędu", lęk przed możliwymi burzami i osamotnieniem (...). Z drugiej strony dokucza tylko świadomość hańby, obawa o zachowanie twarzy wobec historii, gdyby trzeba było zbyt wyraźnie sprzeniewierzyć się ideałom, wyznawanej etyce i (...) filozofii".
Rekonstrukcji Bocheńskiego trudno odmówić siły perswazyjnej. Jego Cyceron jest mniej wzniosły niż bohaterowie Guseł, ale nie mniej przekonywający. Jest wszakże intelektualistą widzianym z nieco innej perspektywy. Ten Cyceron jest po prostu wcześniejszym chronologicznie wcieleniem Lucjusza z Guseł. To Lucjusz z epoki, gdy zawiera z "chrześcijanami" praktyczne "małżeństwo z rozsądku"; miłość do nich zacznie sobie wmawiać później, dopiero wtedy, gdy publicznych deklaracji miłosnych "chrześcijanie" od niego zażądają. Nad jego postępkami nie unosi się jeszcze aura mistycznej wiary w budowę "Królestwa Bożego na ziemi", choć Konieczność Dziejowa zaczyna już kołatać do bram jego duszy. Tą duszą wszakże wciąż rządzi kanon starożytnych wartości moralnych. "Zaś starożytność - powiada Bocheński - ceniła związki przyjacielskie człowieka z człowiekiem. Traktowała politykę raczej jako sprawę między poszczególnymi osobami niż między ugrupowaniami reprezentującymi różne kierunki ideowe, zatem w polityce i w stosunkach osobistych obowiązywały te same kryteria. Wymagano solidności, dotrzymywania przyjaźni osobie, odpłacania dobrodziejstw dobrodziejstwami, to właśnie było moralne, to świadczyło o ludziach". Ślady tego łatwo odczytać w listach bohaterów Guseł. Wszelako Lucjusz Kuli to Cycero Bocheńskiego po przełomie ideologicznym, po przekroczeniu duchowego Rubikonu, kiedy to przestał analizować Biblię metodą Lukrecjusza, a zaczął swej lukrecjuszowskiej genealogii przyglądać się nieufnym okiem neofity zafascynowanego siłą zwycięskiej sekty.
V
Przyglądając się duchowym ewolucjom i moralnej ekwilibrystyce Cyceronów, Lucjuszów i Klaudiuszów, Czesław Miłosz zapisał:
Należy uznać za dowiedzione, że jesteśmy lepsi od tamtych.
Łatwowiernych, zapalonych a słabych, mało sobie ceniących życie.
I udzielał im wielu ironicznych rad:
2
Szanuj nabyte umiejętności, o dziecię Europy.
Dziedzicu gotyckich katedr, barokowych kościołów
I synagog, w których rozbrzmiewał płacz krzywdzonego ludu,
Dziedzicu Kartezjusza i Spinozy, spadkobierco słowa "honor",
Pogrobowcze Leonidasów,
Szanuj umiejętności nabyte w godzinie grozy.
Umysł masz wyćwiczony, umiejący rozpoznać natychmiast
Złe i dobre strony każdej rzeczy.
Umysł masz sceptyczny a wytworny, dający uciechy
O jakich nic nie wiedzą prymitywne ludy.
Tym umysłem wiedziony, rozpoznasz natychmiast
Słuszność rad, których udzielamy.
Niech dnia słodycz przenika do płuc.
Po to mądre a ścisłe przepisy.
3
Nie może być mowy o triumfie siły
Bowiem jest to epoka gdy zwycięża sprawiedliwość.
Nie wspominaj o sile, by cię nie posądzono
Że w ukryciu wyznajesz doktryny upadłe.
Kto ma władzę, zawdzięcza ją logice dziejów.
Oddaj logice dziejów cześć jej należną.
Niech nie wiedzą usta wypowiadające hipotezę
O rękach, które właśnie fałszują eksperyment.
Niech nie wiedzą twoje ręce fałszując eksperyment
O ustach, które właśnie wypowiadają hipotezę.
Umiej przewidzieć pożar z dokładnością nieomylną.
Po czym podpalisz dom i spełni się co być miało.
4
Z małego nasienia prawdy wyprowadzaj roślinę kłamstwa,
Nie naśladuj tych co kłamią, lekceważąc rzeczywistość.
Niech kłamstwo logiczniejsze będzie od wydarzeń,
Aby znużeni wędrówką znaleźli w nim ukojenie.
(...)
5
Niech słowa twoje znaczą nie przez to co znaczą
Ale przez to wbrew komu zostały użyte.
Ze słów dwuznacznych uczyń swoją broń,
Słowa jasne pogrążaj w ciemność encyklopedii.
Żadnych słów nie osądzaj, zanim urzędnicy
Nie sprawdzą w kartotece kto mówi te słowa.
Głos namiętności lepszy jest niż głos rozumu.
Gdyż beznamiętni zmieniać nie potrafią dziejów.
6
Nie kochaj żadnego kraju: kraje łatwo giną.
Nie kochaj żadnego miasta: łatwo rozpada się w gruz.
Nie przechowuj pamiątek, bo z twojej szuflady
Wzbije się dym trujący dla twego oddechu.
Nie miej czułości dla ludzi: ludzie łatwo giną
Albo są pokrzywdzeni i wzywają twojej pomocy.
Nie patrz w jeziora przeszłości: tafla ich rdzą powleczona
Inną ukaże twarz niż się spodziewałeś.
7
Kto mówi o historii, jest zawsze bezpieczny.
Przeciwko niemu świadczyć nie wstaną umarli.
Jakie zapragniesz, możesz przypisać im czyny,
Ich odpowiedzią zawsze będzie milczenie.
Z głębi nocy wynurza się ich pusta twarz.
Nadasz jej takie rysy, jakich ci potrzeba.
Dumny z władzy nad ludźmi dawno minionymi
Zmieniaj przeszłość na własne, lepsze podobieństwo
8
Śmiech powstający z szacunku dla prawdy
Jest śmiechem, którym śmieją się wrogowie ludu.
Wiek satyry skończony. Odtąd nie będziemy
Podstępną mową szydzić z nieudolnych monarchów.
Surowi jak przystało budowniczym sprawy
Pozwolimy sobie jedynie na pochlebną żartobliwość.
Z ustami zaciśniętymi, posłuszni rozumowaniu
Wkraczajmy ostrożnie w erę wyzwolonego ognia.
(Dziecię Europy)
Gusła Witolda Kuli opowiadają o intelektualistach wyciągających wnioski z mądrych słów poety.
VI
Czym są bowiem w istocie Gusła, ten błyskotliwy, uczciwy i świetnie napisany esej? Dla Witolda Kuli był świadectwem, dla nas - źródłem.
Lubił Kula cytować zdanie Micheleta: "Trzeba wziąć źródło na łoże tortur, zmusić je, by wykrztusiło informacje". Poddajmy przeto Gusła próbie tortur. Ten zapis świadomości duchowej uczonych orientacji "lukrecjuszowskiej" (tym mianem Kula obdarzył intelektualistów lat trzydziestych z kręgu niekomunistycznej lewicy) ilustruje nade wszystko specyficzną izolację tych ludzi. Ich poparcie dla "chrześcijan" jest wynikiem kompleksów, ignorancji, a troszkę i słabego charakteru. Emocje tych ludzi wyznaczył przede wszystkim skrajny krytycyzm wobec epoki świeżo minionej. Świat rządów sanacji był dla nich światem zdrady ich ideałów - nie była to argumentacja dorabiana ex post. Znów przywołajmy na świadka Czesława Miłosza, który w 1936 r. pisał: "Ten kraj jest krajem kłamstwa, dziedziną łgarzy i ślepych. (...) Już nie litość, nie humanitaryzm prowadzi mnie i moich rówieśników. Prowadzi nas nienawiść do kłamstwa, jakie ten kraj podbiło. W ryku megafonów, w wianiu chorągwi, w mamlaniu uroczystych obchodów: kłamstwo, kłamstwo. W parszywych kabaretowych piosenkach, w merdaniu dziennikarzy, w głosach dzieci nawet: kłamstwo, kłamstwo".
W 1940 r. Miłosz powtórzył:
Widziałem polską ziemię, ziemię krwi i potu -
No cóż, to prawda, krzywdy był kraj i ucisku.
Niechże go sobie tam, na jakimś obelisku
Skłamią jak dotąd.
(W malignie 1939)
Te przytoczenia pozwalają zrozumieć emocję Lucjusza, który w tym rozgoryczeniu nazwie Piłsudskiego "naszym małym, jakże małym, Cezarem". Powie to człowiek, który rzeczników świata "spracowanych i obciążonych" dojrzy w Stalinie i Bierucie... zdrada sanacji, przegrana emigracja, siła "chrześcijan" - wszystko to złożyło się w 1945 r. na akces ludzi formacji "lukrecjuszowskiej" do Nowej Władzy.
Stąd też ich idealizacja pierwszego okresu "chrześcijańskich" rządów. Z sentymentem mówią o tym okresie bohaterowie Guseł, to samo pisze Miłosz do Wańkowicza, powróci ten wątek w polemikach toczonych po 1956 r. A przecież ów idealizowany czas był epoką bezwzględnej wojny toczonej przez "chrześcijan" ze społeczeństwem, epoką skrytobójczych mordów, masowych uwięzień ludzi z AK, fałszowanych wyborów i fingowanych procesów przeciwników politycznych. Zarazem jednak - i nie ma w tym sprzeczności - był to okres szerokiego marginesu dla akceptujących Nową Władzę intelektualistów, którzy służyć mieli do jej uwierzytelnienia w oczach opini polskiej i międzynarodowej. Potem - jak słusznie zauważył Klaudiusz - ich świeckość przestała być potrzebna. Trudno orzec, co ważniejsze jest w argumentacji Lucjusza: autentyczne przekonanie, że "chrześcijanie" są rzecznikami świata pracy, czy też lęk, by nie powrócić do antykomunistycznych stereotypów myślowych, ostatecznie odrzuconych po klęsce politycznej "polskiego Londynu", by nie powtarzać argumentów ludzi odsuniętych od władzy przez "Kościół". Ten lęk jest również jednym z ważnych motywów w listach Miłosza, który nie ukrywa, że antykomunizm emigracji to dlań "cofnięcie się na wcześniejszy szczebel świadomości", że jednym z motywów jego akcesu była właśnie "potężna nienawiść" do politycznej głupoty "Londynu" ("Pomnażać liczbę cieniów nie warto" - pisał). Rzeczywistość polską postrzegał Miłosz jako wybór między "pokojem służalstwa" a "zagładą wojny", między "gładką ścianą Wschodu" a "murem polskim Ciemnogrodu". Lucjusz rozumował zapewne podobnie, a wybierając "Wschód", czuł się w potrzebie uwznioślenia go. Powtórzmy: wierzył, bo chciał wierzyć, bo uważał, że musi wierzyć, bo innej drogi nie widział.
Było w tym prawdopodobnie nieco "złej wiary", sporo naiwności i wiele nadziei, że "czas ciemności jak zima przeminie", a wartości kultury "grecko-rzymskiej" uda się przenieść w inną epokę. Lucjusz jest też modelowym niemal przykładem "plebejskiego kompleksu" polskiego lewicowego inteligenta noszącego w sobie bezustanne, odziedziczone po szlacheckich demokratach "poczucia winy człowieka uprzywilejowanego wobec krzywdzonych plebejuszy". Rzecz w tym wszakże, że po wojnie Lucjusz stykał się z ludem głównie z "chrześcijańskich" gazet, filmów i oficjalnych przemówień i że nieraz wie lepiej - powtarzając "chrześcijańskie" formuły - od samego ludu, co temu ludowi jest naprawdę potrzebne do szczęścia.
Swój "plebejski kompleks" transformuje Lucjusz w "kompleks chrześcijański", utożsamiając interes godności ludu z wolą polityczną "Kościoła". Gdy widzi wokół siebie "tyle rąk z entuzjazmem pracujących nad naprawą", widzi to, co chce widzieć, co uważa, że powinien widzieć. By jednak to właśnie zobaczyć i usłyszeć - trzeba było najpierw oślepnąć i ogłuchnąć. I oto ten lukrecjuszowski intelektualista popada w mistykę Nowej Wiary, bije czołem prymitywnym broszurkom propagandowym, dostrzega w nich to, "co z naszej wielkiej nauki okazało się w ostatecznym rachunku pożyteczne".
Czy Lucjusz zwariował? Nie, nie zwariował. Natomiast doznał objawienia religijnego. Nie uwierzył wprawdzie w dosłowność sformułowanego Kanonu Nowej Wiary, ale uznał, że Nowa Wiara jest instrumentem walki o lepszy świat, o sprawiedliwość, a więc - w konsekwencji - także o wolność i prawdę.
Przypadek Lucjusza jest ciekawy, bo jest typowy. Tak rozumował Rubaszow, tak rozumowało wielu intelektualistów uformowanych duchowo w epoce faszyzmu. Jeśli postrzegało się świat jako alternatywę pomiędzy Nową Wiarą a Hitlerem, to wybór Nowej Wiary przestawał być absurdalny. Jeśli w dodatku Nową Wiarę poznawało się najpierw z subtelnych analiz Marksa, to tezy propagandowych broszurek zaczęły jawić się jako nieuchronna prymitywizacja myśli odkrywczej i przenikliwej. W tym sensie "lukrecjuszowski" intelektualista był bardziej podatny na argumenty Nowej Wiary niż "niewolnik", który z oficjalnych przemówień i tychże broszurek dowiedział się, że został wyzwolony i uszczęśliwiony przez "chrześcijan", a zwiększony wyzysk będzie odtąd nazywał się współzawodnictwem pracy. Propozycje Nowej Wiary dla intelektualistów były bardziej kuszące.
Rozumowanie Lucjusza nie jest jednak po prostu szukaniem uzasadnień dla koniunkturalizmu. Ciekawa byłaby analiza porównawcza tez Lucjusza z argumentacją takich francuskich pisarzy jak Sartre czy Merleau-Ponty. Ci również zdołali zgwałcić swój rozum dla popierania sowieckiej polityki, lecz nie potrafili przeobrazić się z dnia na dzień z intelektualistów w dyspozycyjnych partyjnych kaznodziejów. Sartre'a, tak jak i Lucjusza, do "chrześcijan" zbliżała przeprowadzona na wysokich piętrach abstrakcji intelektualna analiza procesu historycznego i żywiołowa nienawiść do burżuazji; tak jak na Lucjusza, na Sartre'a odstraszająco działały bliższe kontakty z "chrześcijanami".
Lucjusz i Klaudiusz tym wszakże różnili się od Sartre'a, że żyli pod rządami sekty, która do ideologicznych uchwał i fanatycznych pochodów dorzucała chętnie argument w postaci oficera śledczego. Lucjusz dyskretnie o tym milczy, Klaudiusz wspomni gorzko, że w rozumieniu "chrześcijan" pomoc prześladowanemu jest przestępstwem... Wnet zaopatruje to twierdzenie w pokrętny wywód o nowym kontekście społecznym norm moralnych. Klaudiusz boleje nad tym, ale polemizować z etyką donosu nie umie. Już nie umie...
W 1951 r., gdy powstawały Gusła, Elzenberg zapisał w swym dzienniku: "etyka czysto społeczna, o ile rości sobie pretensje do tego, by być nie tylko regulatorem stosunków między ludźmi, ale słowem ostatnim o dobru i obowiązku, jest już nie czymś szanowanym i cennym, ale po prostu narzędziem do mordowania wartości".
Zastanawiam się, dlaczego Kula kazał Klaudiuszowi tak brzydko skapitulować? Może chciał przez to wyżej moralnie wynieść Lucjusza? Może chciał zadokumentować swe przeświadczenie, że inna droga nie była możliwa? A może uznał to po prostu za nieuchronną konsekwencję słabych "linii fortyfikacyjnych" swego bohatera? Klaudiusz bowiem kiepsko radził sobie z ciśnieniem otaczającej rzeczywistości - dość postawić na jego miejscu Stanisława Ossowskiego, także uczonego "lukrecjuszowskiej" proweniencji, by wyobrazić sobie inne argumenty i stanowczą odmowę wyjazdu do Aleksandrii. Dlaczego więc Klaudiusz bronił się tak słabo? Czy była to słabość wyjątkowa? Otóż myślę, że do chwalebnych wyjątków należał raczej Ossowski. Klaudiusz ulegał presji otoczenia, płynął nurtem rzeki uregulowanej przez "chrześcijan".
Znów odwołam się do Elzenberga. "Nacisk psychiczny - pisał filozof - jaki wywiera społeczeństwo, jest bodaj cięższy do zniesienia niż ordynarny p r z y m u s mniej lub więcej fizyczny wywierany przez machiny państwowe. Stwierdzam to wyraźnie na sobie: uleganie przymusom fizycznym teraz, podczas wojny, nie wprawia w taki stan przygnębienia, jak uleganie niektórym naciskom społecznym śród znośnych nawet skądinąd współobywateli własnych, w czasie pokoju. Straszno powiedzieć, ale ja przy najeźdźcy czuję się w jakimś znaczeniu - może przerafinowanym - m n i e j n i e w o l n i k i e m. Groza totalizmu na tym polega, że mnoży on niejako jedno przez drugie: fizyczny nacisk państwowy przez pseudomoralny nacisk społeczny - wytwarzając coś, czego w tym stopniu nigdy chyba jeszcze człowiek nie zaznał".
Na taką sytuację nie można skutecznie odpowiedzieć samoizolacją: nie wystarczy w samotności ubolewać nad własnym nieprzystosowaniem do wilczej rzeczywistości. Człowiek postępujący w ten sposób jest już złowiony na wędkę pokusy. "Trzeba - powiada Elzenberg - żyć tak, jak się myśli; w przeciwnym razie, prędzej czy później, zaczyna się myśleć tak, jak się żyło".
Dlatego Gusła dziś czytane są przestrogą. Przestrogą dla intelektualistów zaopatrzonych w abstrakcyjne formuły ideologiczne, wyposażonych w "plebejski kompleks", wrażliwych głównie na wolność dla swego warsztatu, a także dla tych, którzy w spotkaniu z przemocą szukają winy raczej w sobie niż w przemocy. Jedni i drudzy znów przecież podążyć mogą za głosem fletu nowego szczurołapa. Gusła powiadają przecież - choć może nie z tą intencją były pisane - że Klaudiuszowi nie opłacało się paskudzić udziałem w edycji sfałszowanych pism "ojców Kościoła"; nie kalkulowała mu się jazda do Aleksandrii. A i wiara Lucjusza w konieczności historyczne objawione "ojcom Kościoła" została zweryfikowana nadspodziewanie szybko, już po kilku latach. Jesienią 1956 r. zostało z niej już bardzo niewiele...
Zbigniew Herbert zanotował taki oto obraz tej "jesieni sprawiedliwej": "Tej jesieni drzewa nareszcie mają spokój. Stoją cały czas w twardej nieco pogardliwej zieleni i ani cienia żółci, ani ziarna czerwieni w liściach. Trawa jest gęsta, mocno wbita w skórę ziemi i niczym nie przypomina sierści starych zwierząt. Nietknięte róże toczą swoje rozgrzane planety wokół nieruchomych i chudych jak księżyce owadów.
Tylko pomniki przeżywają jesień tym tragiczniejszą, że już ostatnią. Spróchniałe cokoły ukazują nietrwałość budowniczych imperium. Sypią się skrzydła aniołów i pióropusze admirałów. Pęknięte czoło filozofa odsłania przeraźliwą pustkę rozbitych naczyń. Tam, gdzie był palec wskazujący proroka, płynie teraz mały pajączek uczepiony babiego lata.
Siwi zakochani idą pod wiecznymi drzewami, ścieżką zasypaną chrupkimi paluszkami bogów i cezarów". (Jesień sprawiedliwa)
Tyle zostało z gromkich prawd uchwalonych przez "chrześcijańskie" sobory i z historycznych objawień ich cezarycznego "papieża", któremu za życia stawiano pomniki.
VII
W tym czasie podjął polemikę z argumentami Lucjusza znakomity polski historyk Witold Kula. W głośnej książce Rozważania o historii (do której Gusła zostały dołączone jako dodatek) podjęty został ten temat w rozdziale Historia - nowy Bóg.
"Czy religiolodzy przypuszczali - zastanawiał się Kula - że w połowie XX w. zacznie zdobywać sobie świat nowa religia, dzika i barbarzyńska, przypominająca okrutnych wschodnich bogów, Molocha pożerającego swoje dzieci, Baala, któremu na ofiarę składa się pierworodnych, Minosa, w którego paszczę idzie się ze śpiewem na ustach i girlandami uwieńczoną głową?
Potomni niemało będą mieć trudu z ustaleniem daty Bożego Narodzenia owego Nowego Boga. Czy rodził się on wówczas, gdy ktoś powiedział "wolność jest to zrozumiana konieczność?" (...) Czy wówczas, gdy tak proste okazało się rozłożenie człowieka na czynniki pierwsze: dym z komina, włosy na materace, kości do cukrowni oraz mały kawałek mydła, i gdy jedyną niezniszczalną częścią człowieka okazywały się złote zęby, wyrywane z bezwładnych szczęk? (...) Czy wówczas, gdy od człowieka, na którego padło najlżejsze choćby oskarżenie, odwracali się jak od zapowietrzonego najbliżsi, i gdy poczucie osamotnienia jednostki dochodziło do szczytów nieznanych antycznej tragedii?".
Istota nowej religii polegała na "wierze w prawidłowości historii, prowadzące rzekomo ludzkość z nieuchronną koniecznością ku zgubie lub do wrót raju".
Korzeni religii szuka Kula w rosnącym poczuciu bezradności. Systemy totalitarne przekreśliły możliwość wywierania realnego wpływu zwykłych ludzi na sprawy społeczne. Wobec hitleryzmu bezsilna była demokracja niemiecka i europejska. Cóż mógł robić antyfaszysta? "Może oczywiście pisać i mówić, że to czy tamto mu się nie podoba, może zbierać podpisy pod protestami przeciwko zesłaniu Karla Ossietzky'ego do Dachau, może dążyć do "wstrząśnięcia sumieniem świata", ujawnieniem okrucieństw faszyzmu - bezsilność jednak wszystkich tych metod, którym najpiękniejsze postacie Europy poświęcały wszystkie swe siły w latach trzydziestych, ujawniła się w tym właśnie okresie z całą jaskrawością". Temu poczuciu bezradności towarzyszyło "rosnące przekonanie o prawidłowości i nieuchronności owych (...) błogosławionych czy złowróżebnych procesów". Tak więc bezradność zespolona z przekonaniem o istnieniu konieczności historycznej składają się na Nową Wiarę: "w wypadku przekonania o kierunkowości przemian historycznych - dodaje Kula - możliwa jest również i postawa aktywna (...) pod jednym warunkiem: że się aprobuje ów kierunek, że się go uważa za pożyteczny, że się go moralnie dodatnio wartościuje. W wypadku przeciwnym pozostaje albo postawa bierności, albo straceńcza walka w obronie przegranej we własnym przekonaniu sprawy. (...) Pozytywna ocena kierunku przewidywanych przemian nie wyklucza jednak postawy w pewnym sensie religijnej wobec konieczności historii. Nie wyklucza bowiem (...) składania na jej ołtarzu ofiar".
Sytuując swe uwagi w obrębie refleksji marksistowskiej, Kula dowodzi:
"Marksizm jest chyba najjaskrawszym przykładem doktryny podkreślającej z jednej strony z całą mocą determinizm i nieuniknioną jednokierunkowość przemian dziejowych - z drugiej zaś ze wszystkich sił mobilizującej masy do aktywnego działania w kierunku tych właśnie przemian. Pozorna sprzeczność między tymi dwoma elementami była w ciągu ostatnich osiemdziesięciu lat [pisane w 1956 r. - A.M.] przedmiotem niezliczonych dyskusji między marksistami a przeciwnikami marksizmu (...). Oczywiście w dziejach marksizmu instytucjonalnego w praktyce raz na jedną, raz na drugą z tych cech kładziono większy nacisk. Stalinizm, z typowym dla siebie woluntaryzmem, z praktycznym przekonaniem o wszechmocy władzy państwowo-partyjnej, gubił determinizm historyczny (...)".
Zdaniem Kuli - "Rzecz sprowadza się do odpowiedzi na pytanie: jak zwalczyć zarówno poczucie bezsiły, jak i poczucie wszechmocy, jedno i drugie zarówno zgubne? Jak zwalczyć zarówno fatalistyczną bierność, z jaką mogą być przyjmowane niesione przez historię klęski, jak i nie liczącą się z ofiarami chęć przyspieszenia tego, co wydaje się historyczną koniecznością? (...) rozwiązanie sprawy leży w zagadnieniach instytucjonalnych gwarancji bezpieczeństwa tak międzynarodowego, jak wewnętrznego. Strach przed historią jest odwrotnie proporcjonalny do zakresu realnej wolności i bezpieczeństwa jednostki".
Spór dotyczy rozumienia charakteru prawidłowości historycznych. Przekonanie o ich nieistnieniu "otwiera pole do arbitralnego fanatyzmu, do eksperymentów na żywym ciele społeczeństw". Wszelako przekonanie, że "przyszłość bez reszty i we wszystkich detalach jest zdeterminowana", przy dodatnim jej wartościowaniu "może skłaniać (i nieraz skłaniało) do nie liczącego się z kosztami dążenia do przyspieszenia procesu dziejowego. Jeżeli przed nami jest raj, w którym wśród obfitości dóbr ludzie żyć będą jak aniołowie (...) - to rzecz jasna żadne ofiary nie są zbyt wielkie, by nadejście tego wieku przyspieszyć".
"Przekonanie więc o istnieniu prawidłowości historycznych - konkluduje Kula - może być społecznie groźne tylko o tyle, o ile z pojęciem owych prawidłowości wiążemy: 1. przekonanie o ich mechanicznej i wszechobejmującej wszechmocy, 2. idealizując wyobrażenie jakiegoś punktu docelowego rozwoju".
Na pytanie "czy prawidłowości historyczne mają kształt fatalistycznych przeznaczeń?" - Kula odpowiada wywodem: "Przemian w kierunku kapitalizmu chcieli w Polsce (...) faktycznie zarówno bankierzy, jak i rewolucyjni demokraci. Walka między nimi toczyła się właśnie o to "jak". Ex post, mądrzejsi o 100 lat, stwierdzić możemy, że i to "jak" było zdeterminowane, że nie było możliwości, by Polska inną niż odgórną drogą weszła w epokę kapitalistyczną. Po pierwsze jednak, współcześni o tym wiedzieć nie mogli, po wtóre zaś, gdyby rewolucyjni demokraci, wiedząc o tym, powstrzymywali się od działania, to pomijając, że nie byliby wówczas rewolucyjnymi demokratami, przejście do kapitalizmu dokonałoby się w sposób jeszcze "gorszy". Przemiana była przecież wypadkową wszystkich działających sił społecznych. Korzystniejsze dla chłopów w Królestwie niż w Cesarstwie przeprowadzenie uwłaszczenia może tu być jaskrawym dowodem. Żeby zrealizowane było to, co realnie możliwe - muszą być tacy, którzy walczą o cele nierealne". Co się zaś tyczy celu finalnego, owego "Królestwa Bożego na ziemi", wieszczonego przez "chrześcijan" i wyglądanego przez Lucjusza, to Kula napisze:
"Jeśli więc słyszymy ludzi, którzy głoszą zbliżający się koniec kultury ludzkiej - albo wzywają nas do bliskiego już raju ziemskiego (co na jedno wychodzi), kładą ofiary w obronie okopów Świętej Trójcy - albo nie liczą się z ofiarami na ołtarzu przyszłości - to możemy im odpowiedzieć:
"Ludzie wierzyli w Baala, Minosa i Minotaura. Abraham był gotów zatopić nóż w gardle swego syna Izaaka, a Agamemnon sam zaprowadził swą córkę do ołtarza w Aulidzie. Pierwsi chrześcijanie wierzyli, że koniec świata nadejdzie, nim umrze św. Jan na Patmos, a współcześni Bolesławowi Chrobremu wierzyli, że nadejdzie on w r. 1000. Jeśli chcecie być im podobni - to wierzcie podobnie".
Ale jeśli dla uzasadnienia tych postaw ludzie powołują się na historię i jej nauki, na prawidłowości historyczne i na historyczną świadomość - to obowiązkiem historyka jest powiedzieć im:
"Veto! T e g o historia n i e uczy!"".
VIII
Dokonana przez Witolda Kulę eksplikacja mechanizmu wiary Lucjusza jest przekonywająca, jest też - dodajmy - zbieżna w swych zasadniczych tezach z opisem "zniewolonego umysłu" Miłosza. Gusła były, bez żadnej wątpliwości, aktem oporu umysłu przeciw zniewoleniu; były też dramatycznym zapisem bezradności tego umysłu. W dialog Lucjusza z Klaudiuszem wpisany był historyczny kontekst: ich skrajny determinizm historyczny był uogólnieniem własnej, najzupełniej oczywistej, bezradności.
Rzecz to nienowa: wielka emigracja po 1831 r. odpowiadała na tragizm bezradności - mesjanizmem; elity polskie po klęsce powstania styczniowego na taki tragizm odpowiadały ideą pracy organicznej. Po 1945 r., w opanowanym przez czynowników Nowej Wiary "zagłębiu oświęcimskim" (określenie Jana Strzeleckiego), sytuacja beznadziejności i bezwyjściowości zrodziła Historię - nowego Boga. Nowy Bóg fascynował intelektualistów siłą swych armii, rozmachem swych budowli, dynamizmem swych poczynań. Wnet jednak okazało się - ba! obwieszczono to publicznie! - że siłę "Kościoła" gwarantował bezwzględny terror, że budowle mają kształt potiomkinowskich wiosek, a dynamizm wzorowany jest raczej na politycznych praktykach samowładnych carów Rosji niż rewolucyjnych ruchów skrzywdzonych i poniżonych. Potężny na pozór gmach nowego imperium rychło objawił się jako zmurszały. I w ten zmurszały gmach - by strawestować słowa Lucjusza - "biły jednocześnie dwa tarany. Jeden z nich nazwijmy imieniem tego, który najpełniej wyraził odważną, świecką, wolną myśl: nazwijmy go imieniem Lukrecjusza. Drugi taran - to Biblia".
Powiedzmy też inaczej: krytykę stalinowskiego mechanizmu podejmowano z dwojakiej perspektywy. Dla jednych była to krytyka Antychrysta, który uwięził Prymasa i biskupów, prześladował wiarę, deptał boskie przykazania. Symbolem tej krytyki była Biblia czytana przez miliony katolików. Dla drugich wszakże, takich jak Kula i inni intelektualiści spod znaku Lukrecjusza, krytyka stalinizmu polegała na godzeniu w abstrakcyjny dogmat Nowej Wiary, w spetryfikowane formy systemu, który stracił moc rozwojową i stał się konserwatywnym hamulcem postępu. Intelektualista lukrecjuszowski krytykował martwą formę w imię dialektyki rozwoju, postulował, by instytucje systemu, wyrosłego z ducha ideologii marksistowskiej, poddać marksistowskiej analizie historycznej. Był to więc postulat "uhistorycznienia komunizmu". Komunizm przestawał być "Królestwem Bożym na ziemi", a stawał się jedną z możliwych odpowiedzi ludzkości na wezwanie cywilizacyjne swego czasu. Cechy charakterystyczne tej epoki formułował Kula następująco: "Świat współczesny stoi wobec: 1. wielkiego skoku ku dalszemu jednoczeniu się ludzkości, 2. likwidacji prywatnej własności środków produkcji (przynajmniej w tradycyjnym rozumieniu słowa "własność"), 3. niesłychanej koncentracji dyspozycji źródłami energii, a tym samym całym życiem gospodarczym, 4. niesłychanego postępu technicznego, rewolucjonizującego pojęcia pracy fizycznej i umysłowej i rewolucjonizującego proporcje podziału życia ludzkiego na godziny pracy i godziny od niej wolne.
I tym razem rzecz w tym, "jak" się to dokona".
Tak oto mistyce "Królestwa Bożego na ziemi" przeciwstawiony został namysł nad potrzebami przeobrażającego się świata.
Witold Kula jest racjonalistą; jest wrogiem każdej religii i każdej wiary. Z tej też perspektywy osądzał Nową Wiarę: to nie przypadek, że komunistów przyrównywał do chrześcijan, a ich partię do Kościoła. Podobnej operacji dokonywał Miłosz w Zniewolonym umyśle, Andrzejewski w powieści Ciemności kryją ziemię, Ossowski w pisanych do szuflady szkicach czy Kołakowski w eseju Kapłan i błazen. Niechęć do religii i Kościołów była czymś oczywistym dla intelektualistów nurtu "lukrecjuszowskiego". Spór dotyczył wyłącznie zagadnienia form walki. Zdaniem Kuli źródłem religijności jest "poczucie osamotnienia i bezradności wobec potężnych sił, na które nie można oddziaływać (...). Stąd dygresyjny wniosek: skuteczna walka z religijnością to nie ograniczenie praw Kościoła czy bajeczki o małpie - lecz umacnianie gwarancji wolności obywatelskich!".
Uczeń Lukrecjusza znów nie rozumiał Biblii...
IX
Z perspektywy Kuli spór o wydarzenia roku 1917 czy 1945 jest równie jałowy jak dyskusje z jakobinami na temat terroru: może mieć znaczenie historyczne, o ile odpowie na pytanie o przyczyny terroru i jego mechanizmy. Jest to czas przeszły dokonany - na spór o wartości nie ma w nim miejsca. Dlatego Kula nie rozważa problemu moralnej odpowiedzialności Lucjusza i Klaudiusza za afirmację poczynań "chrześcijan". Wydaje się, że zarówno Klaudiusz, jak i Lucjusz, jak i każdy intelektualista zaangażowany w życie publiczne epoki stalinowskiej mógłby w chwili rozrachunku powtórzyć za Marią Dąbrowską: "Lepiej błądzić, niż nie robić nic". Nie każdy jednak tak odpowiadał. Esej Kołakowskiego Odpowiedzialność i historia zawiera opcję na rzecz indywidualizacji etycznej powinności i polemikę z obyczajem redukcji błędu moralnego do wskazania na "konieczności dziejowe". Był więc ten esej wczorajszego adepta Nowej Wiary deklaracją przeświadczenia o bezwzględności norm moralnych w życiu jednostki; relatywizm historyzmu nie uchylał rygoryzmu etycznego. Był zarazem praktycznym opowiedzeniem się za stanowiskiem wczorajszych antagonistów, intelektualistów opornych już w latach stalinizmu na pokusy Nowej Wiary. Szkic Stefana Kisielewskiego o Skiwskim był zakamuflowaną polemiką właśnie z takim pojmowaniem Konieczności Historycznej, jakie prezentowała na swych łamach "Kuźnica", a w swych listach - bohaterowie Guseł. Esej Stanisława Ossowskiego Z nastrojów manichejskich był z kolei polemiką z jednokierunkową wizją wszechwładnego Postępu. Ossowski, jak Kula, wywodził się z kręgu "lukrecjuszowskiego", Kisielewski był od tej formacji nader odległy - a w tym przedmiocie zajęli stanowisko zdumiewająco zbieżne. Łączył ich nie tylko sceptycyzm wobec mniemanych konieczności dziejowych objawionych "chrześcijanom", ale nade wszystko przekonanie o potrzebie wierności wartościom prymarnym, także wtedy, gdy są deptane.
Kula w swych ostatecznych konkluzjach rozwiązywał na przyszłość problem podobnie. Przezwyciężając płaszczyznę sporu Lucjusza z Klaudiuszem, zanotował: "determinacja historyczna działa jedynie w najogólniejszych ramach (...) ważne jest nie tylko, a może nawet nie tyle to, co się dokona, lecz i to, jak się dokona. Czy owa koncentracja dyspozycji sprowadzi na świat erę powszechnego faszyzmu - czy też stworzymy instytucjonalne, realne formy społecznej kontroli nad ową skoncentrowaną dyspozycją i nadamy w ten sposób realny na miarę naszej epoki sens utopijnym, odwiecznym marzeniom ludzkości o ludowładztwie. A to zależy od świadomej walki o to ludowładztwo.
Przynajmniej założyć trzeba, że zależy - bo inaczej żyć nie warto".