Rozdział I
Jak wyglądał farmer Oak. Zdarzenie
Kiedy farmer Oak się uśmiechał, kąciki jego ust rozciągały się niemal od
ucha do ucha, a dokoła zwężonych jak szparki oczu tworzyły się
zmarszczki rozchodzące się na kształt promieni na niezdarnym rysunku
przedstawiającym wschód słońca.
Na imię było mu Gabriel; w dni powszednie był to młodzieniec pełen
zdrowego rozsądku, swobodny w ruchach, zawsze właściwie ubrany, a w ogóle porządny chłop. W niedziele poglądy jego stawały się mgliste, a on, sam nieskory do powzięcia decyzji, przy tym robił wrażenie, że
krępuje go świąteczne ubranie i parasol. Ogólnie biorąc, można by
powiedzieć, że czuł, iż pod względem moralnym zajmuje sam ową rozległą
przestrzeń iście laodycejskiej obojętności, jaka dzieli członków
parafialnego bractwa od bandy miejscowych pijaków. To znaczy, że
wprawdzie chodził do kościoła, lecz już podczas Credo, mimo że
zamierzał pilnie słuchać kazania, zaczynał ukradkiem ziewać i myśleć, co
też będzie na obiad. Aby określić jego charakter na podstawie
powszechnej opinii, należy wiedzieć, że gdy jego znajomi i przyjaciele
byli w złym humorze, to uważali go raczej za niedobrego człowieka, gdy
byli weseli, mieli go za poczciwca, a gdy wpadali w nastrój ni to
wesoły, ni smutny, był dla nich człowiekiem, którego barwa moralna jest
mieszaniną białego z czarnym.
Oak przeżywał sześć razy więcej dni powszednich niż niedziel, toteż
najwłaściwiej wyglądał w ubraniu codziennym, a przyjaciele, myśląc o nim, wyobrażali go sobie zawsze ubranego w sposób zwykły. Na co dzień
nosił niski kapelusz o główce rozciągniętej u dołu wskutek nasuwania go
głęboko na czoło w obronie przed wichrem oraz kitel przypominający
surdut doktora Johnsona; jego dolne kończyny tkwiły w zwykłych
skórzanych sztylpach i butach wyraźnie za dużych, co zapewniało każdej
stopie obszerną przestrzeń, przy czym buty te były uszyte tak, że ten,
kto je nosił, mógł cały dzień stać w wodzie, nie odczuwając wilgoci;
widocznie szewc, twórca tych butów, był człowiekiem sumiennym i starał
się wynagrodzić każdy brak w kroju nadaniem im wygodnych rozmiarów i trwałości.
Pan Oak nosił zawsze w charakterze zegarka coś, co można by nazwać
srebrnym zegarem; mówiąc jaśniej, pod względem kształtu i przeznaczenia
był to zegarek kieszonkowy, a gdy chodzi o rozmiary - zegar pokojowy.
Zegarek ten kilkakrotnie starszy od Gabrielowego dziadka miał tę
właściwość, że albo chodził za prędko, albo wcale. Jego mała wskazówka
zsuwała się czasem ze sztyfcika, a wtedy, aczkolwiek minuty były
oznaczone dokładnie, nie można było zgadnąć, do jakiej godziny się
odnoszą. Skłonność do zatrzymywania się zegarka Oak leczył za pomocą
uderzeń i potrząsań; nie odczuwał dwóch pierwszych braków dzięki częstej
obserwacji i porównania ze słońcem i ruchem gwiazd albo też przysuwał
twarz do szyby sąsiada, by dojrzeć godzinę na zielonej tarczy zegara
znajdującego się wewnątrz pokoju. Należy wspomnieć, że dostęp do
kieszonki w spodniach Oaka był nieco utrudniony na skutek zbyt wysokiego
umieszczenia paska od spodni (które podciągał również zbyt wysoko pod
kamizelkę), toteż przy wydobywaniu zegarka z kieszeni właściciel jego
musiał przechylać się mocno na bok, aż skutkiem wysiłku twarz jego
stawała się czerwona, i wyciągał zegarek za łańcuszek niby wiadro ze
studni.
Gdyby jednak pewnego grudniowego poranka, kiedy dzień był niezwykle
ciepły i słoneczny, ktoś spostrzegawczy obserwował Gabriela idącego
wśród swoich pól, to mógłby go ujrzeć w zgoła innym świetle. Mógłby
zauważyć, że pewne zabarwienie i linie jego twarzy nie znamionują
jeszcze dojrzałej męskości, a niektóre rysy są na pół chłopięce. Jego
wzrost i budowa wystarczyłyby, by mu nadać postawę imponującą, gdyby te
zalety potrafił odpowiednio wykorzystać. Niektórzy mieszkańcy, zarówno
mieszkańcy miast, jak i wsi, miewają pewną właściwość, jaką należy
przypisać raczej ich mentalności niż budowie fizycznej: oto garbią się i pochylają, zmniejszając przez to swoje wymiary. Oak, dzięki wrodzonej
skromności, jaka przystoi chyba tylko westalkom, na skutek ciążącego na
nim przekonania, że nie należy mu się żadne poczesne miejsce w świecie,
chodził zawsze w sposób bezpretensjonalny, lekko przygarbiony, co
uwidoczniało się w spadku jego ramion. Można by to nazwać wadą u człowieka, o ile ceni on bardziej swą powierzchowność niż swobodę
ruchów, czego o Oaku nie można było powiedzieć.
Osiągnął właśnie wiek, kiedy mówiąc słowo "człowiek", nie stawiamy już
przed nim przymiotnika "młody". Znajdował się obecnie w najwspanialszym
rozkwicie wieku męskiego, gdyż jego umysł i uczucia były wyraźnie
rozgraniczone; przeżył już ten okres, kiedy młodość bezkrytycznie miesza
je razem, a nie osiągnął jeszcze stadium, kiedy oba te czynniki łączą
się z powrotem pod wpływem żony i rodziny. Krótko mówiąc, miał lat
dwadzieścia osiem i był kawalerem.
Pole, na którym znajdował się tego ranka, wznosiło się stromo w kierunku
łańcucha wzgórz zwanego Norcombe Hill. U podnóża tych wzgórz biegła
szosa łącząca Emminster z Chalk-Newton. Oak, rzuciwszy okiem za
żywopłot, ujrzał zjeżdżający po pochyłości ozdobny wóz na resorach,
pomalowany jaskrawą żółtą farbą i zaprzężony w dwa konie. Obok wozu
szedł woźnica trzymający prostopadle bat. Na wozie piętrzyła się sterta
gospodarskich sprzętów i doniczkowych roślin, a na szczycie tego
wszystkiego siedziała młoda i ładna dziewczyna. Gabriel nie przyglądał
się jej dłużej niż minutę, gdy wóz zatrzymał się tuż przed nim.
- Zgubiliśmy tylną deskę wozu, panienko - powiedział woźnica.
- Wiem, kiedy wypadła - odrzekła dziewczyna miękkim, lecz dość silnym
głosem. - Słyszałam jakiś trzask, gdy zjeżdżaliśmy z górki, ale nie
wiedziałam, skąd pochodzi.
- Muszę po nią wrócić.
- Dobrze - odparła.
Mądre konie stały zupełnie spokojnie, a odgłos kroków woźnicy dobiegał z odległości coraz ciszej i ciszej.
Dziewczyna siedziała na szczycie sterty bez ruchu, pośród stołów i krzeseł ustawionych do góry nogami, oparta o dębową ławę, mając przed
sobą przód wozu udekorowany doniczkami pelargonii, mirtu i kaktusów oraz
klatką z kanarkiem. Wszystko to pewnie zabrała z okna dopiero co
opuszczonego domu. Była tam również kotka w wiklinowym koszyku
wyglądająca spod uchylonego wieczka i zmrużonymi oczkami śledząca
tęsknie loty fruwających dokoła ptaków.
Przez jakiś czas piękna dziewczyna siedziała bezczynnie na miejscu, a jedynym dźwiękiem słyszanym w ciszy było podskakiwanie i zeskakiwanie
kanarka z pręcika swego więzienia. W pewnej chwili spojrzenie jej padło
w dół. Nie patrzała ani na kanarka, ani na kota, ale na przedmiot
owinięty w papier i leżący między klatką i koszykiem. Odwróciła się, by
sprawdzić, czy woźnica nie nadchodzi. Nie było go jeszcze widać, więc
oczy jej pobiegły znów w stronę paczki. Było oczywiste, że myślą zwraca
się ku jej zawartości. Wreszcie położyła ją sobie na kolanach i rozwinęła z papieru. Ukazało się małe ręczne lusterko, w którym zaczęła
się uważnie przeglądać. Rozchyliła wargi i uśmiechnęła się.
Był uroczy poranek, słońce rozświetlało szkarłatem pąsowy żakiet
dziewczyny i rzucało miękki blask na jej jasną twarz i czarne włosy.
Otaczające ją pelargonie, mirty i kaktusy były świeże i zielone, a w obecnej, pozbawionej zieleni porze roku dodawały szczególnego,
wiośnianego wdzięku tej całości złożonej z koni, wozu, mebli i dziewczyny. Co ją skłoniło do odegrania takiej sceny wobec jedynych
widzów, jakimi były wróble, kosy i niezauważony dotąd farmer? Może
uśmiechem tym, początkowo wywołanym sztucznie, próbowała sprawdzić swe
zdolności w tej dziedzinie? Nikt tego nie wie; lecz twarz jej rozjaśniła
się teraz naprawdę szczerym uśmiechem, przy czym zarumieniła się, a dostrzegłszy rumieniec w lusterku, zarumieniła się jeszcze bardziej.
Zmiana miejsca i nadarzająca się sposobność do przejrzenia się w lusterku - przejście od zwykłego ubierania się w sypialni do chwili, gdy
dziewczyna znalazła się w podróży, nadało tej błahej czynności posmak
czegoś nowego, czego sama przez się nie posiadała. Obrazek był pełen
wdzięku. Przysłowiowa kobieca słabość wystąpiła oto w pełnym blasku
słońca, co dodało jej świeżości niejako pierwotnej. Scena ta nasuwała
Gabrielowi nieodparcie wnioski natury dość sceptycznej, mimo że w danej
chwili nastrojony był wspaniałomyślnie... Przecież dziewczyna nie
potrzebowała wcale zaglądać do lusterka. Nie poprawiała kapelusza, nie
przygładzała włosów, nie prostowała fałdów sukni, w ogóle nie robiła
niczego, co usprawiedliwiałoby chęć zajrzenia do lustra. Po prostu
przyglądała się sobie jako pięknemu tworowi natury rodzaju żeńskiego.
Myśli jej zdawały się szybować w jakiejś odległej dali, ku możliwym
dramatom, w których główną rolę będą odgrywali mężczyźni - ku wizjom
prawdopodobnych triumfów, gdyż uśmiech jej świadczył o tym, że w wyobraźni widzi serca zwyciężone i zdobyte. Wszystko to było jednak
tylko przypuszczeniem, a całą serię tych drobnych czynności wykonywała w sposób tak mechaniczny, że w ogóle nie należy przypisywać im
jakiejkolwiek intencji.
Dały się słyszeć kroki nadchodzącego woźnicy. Dziewczyna zawinęła
lusterko w papier i wszystko powróciło na dawne miejsce.
Gdy wóz minął go, Gabriel wysunął się ze swego punktu obserwacyjnego i skierowawszy się na szosę, podążył za nim aż do rogatki u podnóża gór,
gdzie przedmiot jego kontemplacji zatrzymał się, by opłacić myto. Oak
znajdował się już o jakie dwadzieścia kroków od rogatki, gdy usłyszał
sprzeczkę. Chodziło o różnicę dwóch pensów, o które upominał się
człowiek stojący przy szlabanie.
- Na tej kupie rzeczy siedzi siostrzenica mojej pani i powiada, że to,
co płacę, powinno wystarczyć wam, lichwiarzu, i że nie zapłaci ani
grosza więcej - brzmiały słowa woźnicy.
- W takim razie siostrzenica twojej pani tędy nie przejedzie -
oświadczył dozorca rogatkowy, opuszczając szlaban.
Oak popatrzył to na jednego, to na drugiego i zamyślił się: "Dwa pensy,
toż to wartość znikoma! Co innego trzy pensy, to już kwota określona i stanowiłaby pewne uszczuplenie dziennej wypłaty, o co już warto się
targować, ale dwa pensy!".
- Macie tu - rzekł, podchodząc bliżej i podając dozorcy dwa pensy. -
Pozwólcie tej panience przejechać. - Mówiąc to, spojrzał na nią.
Dziewczyna, słysząc, co powiedział, spuściła wzrok.
Uroda Gabriela była czymś tak pośrednim między pięknością świętego Jana
i brzydotą Judasza Iskarioty przedstawionych na witrażu kościoła, do
którego uczęszczał, że ani jeden rys jego twarzy nie był godny ani
uwagi, ani wyróżnienia. Czarnowłosa dziewczyna w czerwonym żakiecie była
widocznie tego samego zdania, gdyż spojrzała na niego przelotnie i kazała woźnicy jechać dalej. Może w spojrzeniu tym była odrobina
wdzięczności, ale nie wyraziła jej słowami. Jest jednak bardziej
prawdopodobne, że jej w ogóle nie czuła, bo wprawdzie Oak umożliwił jej
przejazd, ale naraził na porażkę w sprzeczce, a wiadomo, jak kobiety
przyjmują tego rodzaju przysługi.
Strażnik, biegnąc spojrzeniem za oddalającym się wozem, rzekł do Oaka:
- Piękna dziewczyna, co?
- Tak, ale ma swoje wady - odparł Gabriel.
- To prawda, panie farmerze.
- A największą jej wadą jest... no, ta co zwykle.
- Że zawraca głowy chłopcom, prawda?
- O, nie!
- Więc co?
Gabriel, widocznie nieco urażony obojętnością uroczej podróżniczki,
spojrzał tam, gdzie zza płotu widział scenę z lusterkiem, i odpowiedział:
- Próżność!
Rozdział II
Noc. Owczarnia. Wnętrze. Inne wnętrze
Była już blisko północ w wigilię świętego Tomasza, najkrótszego dnia w roku. Nad wzgórzem, skąd przed kilku dniami Oak obserwował w słońcu
podróżniczkę na żółtym wozie, dął ostry północny wiatr.
Norcombe Hill leżące niedaleko od pustynnego Toller Down było jednym z zakątków, jakie nasuwają przechodniom wrażenie, że znajdują się w obliczu czegoś najbardziej niezniszczalnego, co może istnieć na ziemi.
Była to bezkształtna, wypukła przestrzeń wypełniona mieszaniną wapna i ziemi - zwykły okaz tych miękko zarysowanych falistości globu
ziemskiego, które podczas wielkich katastrof mogą pozostać nienaruszone,
natomiast znacznie większe wyniosłości i zawrotne granitowe przepaście
ulegają zniszczeniu.
Od strony północnej wzgórza były porośnięte starą, zanikającą buczyną;
jej najwyższe szeregi rysowały się na tle nieba, tworząc nad ich falistą
linią frędzlę podobną do grzywy. Dzisiejszej nocy drzewa te osłaniały
południowe zbocze od najgwałtowniejszych porywów wichru, który smagał
las, hulał po nim z głuchym pomrukiem lub zrywał się nad górnymi
konarami z powoli zamierającym jękiem. Zeschłe liście w zagłębieniach
gruntu szeleściły i kłębiły się, a słabsze podmuchy wiatru,
przedostawszy się do nich, porywały je i pędziły po trawie. Kilka kępek
rozwiniętych później liści, mimo że zima była w pełni, pozostało jeszcze
pośród dokolnej martwoty na gałęziach i spadając z suchym chrzęstem,
trącały o pnie drzew.
Między tym na pół zalesionym i na pół nagim wzgórzem a majaczącym w dali
widnokręgiem, nad którym mętnie rysowały się górskie szczyty, zalegała
tajemnicza głąb bezdennego mroku, a dochodzące stamtąd odgłosy pozwalały
przypuszczać, że to, co się za nimi kryje, posiada niejakie cechy
podobieństwa do tego, co znajduje się przed nimi. Wiatry o różnym
nasileniu i niejako różnego rodzaju poruszały wątłe trawy porastające
wzgórze mniej lub bardziej obficie: jedne szarpały gwałtownie źdźbłami,
inne przebiegały po nich niby grabiami, jeszcze inne czesały je niby
miękką szczotką. Wtedy człowiek musiał instynktownie przystanąć i nasłuchiwać, jak z lewej i prawej strony drzewa zawodzą żałośnie i szumią do siebie wzajem rytmiczną antyfoną katedralnych chórów; jak
żywopłoty i wszystko objęte wiatrem podchwytuje dźwięk, zniżając go do
najcichszego łkania, i jak nagły poryw wiatru mknie na południe, by
zamilknąć bezpowrotnie.
Niebo było czyste, niezwykle czyste, a migotanie wszystkich gwiazd
zdawało się pulsowaniem jednej całości, tętniącym miarowo w takt
jakiegoś powszechnego rytmu. Gwiazda Polarna świeciła wiatrowi prosto w oczy, a od wieczora Wielka Niedźwiedzica okrążała ją z wolna, aż
znalazła się pod kątem prostym do południka. Różnica w zabarwieniu
gwiazd, o których w Anglii częściej się czyta, niż się je ogląda, była
tu wyraźnie widoczna. Królewska jaśń Syriusza kłuła w oczy stalowym
blaskiem; gwiazda zwana Kapellą była żółta, Aldebaran i Betegeiza lśniły
płomienną czerwienią.
Ktoś stojący na wzgórzu w taką jasną noc odczuwa niemal wyraźnie
krążenie Ziemi na wschód. Wrażenie to powstaje może na skutek
panoramicznego przesuwania się gwiazd nad przedmiotami znajdującymi się
na ziemi i można je osiągnąć podczas kilku minut ciszy, gdy się patrzy
ze szczytu wzgórza, skąd widok jest bardziej rozległy, albo też pod
wpływem wiatru i samotności. Tak czy inaczej wrażenie przesuwania się na
wschód jest żywe i utrwala się na długo w pamięci. Poezja ruchu jest
frazesem zużytym, ale by zaznać samemu takiej rozkoszy, należy stanąć
późną nocą na wzgórzu i oderwawszy się myślą od reszty ludzi,
pogrążonych w tej chwili we śnie i lekceważących tego rodzaju sprawy,
długo i spokojnie obserwować swój majestatyczny pochód wśród gwiazd. Po
takiej nocnej warcie trudno jest znaleźć się z powrotem na ziemi i trudno uwierzyć, że słaba istota ludzka zdolna jest objąć duchem
majestat takiej gwiezdnej wędrówki.
Nagle i niespodziewanie pod wysokim niebem rozbrzmiała cała seria
dźwięków. Miały one wyrazistość, jakiej nie znalazłbyś w szumie wiatru,
i biegły jeden za drugim w sposób, jakiego nie znalazłbyś w przyrodzie.
Były to dźwięki fletu farmera Oaka.
Tony te nie ulatywały swobodnie w powietrze; były raczej przytłumione i czymś tak zahamowane, że nie mogły rozlegać się daleko. Biegły od strony
ciemnego punkciku pod żywopłotem - od pasterskiego szałasu, który w tej
chwili wyglądał tak nikle, że nikt obcy nie odgadłby jego przeznaczenia
ani sensu.
Cały ten obrazek wyglądał jak malutka Arka Noego na malutkim Araracie,
naśladująca w ogólnych zarysach i tradycyjnym kształcie biblijną arkę
wykonaną przez wytwórcę zabawek, a kształt owej arki utrwalił się w ludzkiej wyobraźni jako jeden z najwcześniejszych wrażeń dzieciństwa.
Szałas ten stał na kółkach, które blisko o stopę podnosiły go nad poziom
ziemi. Takie szałasy wywozi się na pole, gdy nadchodzi okres kocenia się
owiec, by podczas przymusowego nocnego czuwania zapewnić pasterzowi
schronienie.
Dopiero od niedawna ludzie zaczęli nazywać Gabriela Oaka farmerem. W ubiegłym roku, dzięki uporczywym wysiłkom, pracowitości i chronicznej
pogodzie ducha, udało mu się wydzierżawić niewielką owczą farmę,
obejmującą również Norcombe Hill, oraz zakupić dwieście owiec. Przedtem
był przez krótki czas rządcą, a jeszcze dawniej zwykłym pasterzem, gdyż
od dzieciństwa pomagał ojcu hodować owce bogatych dziedziców aż do
czasu, gdy stary Oak przeniósł się na wieczny spoczynek.
Ten śmiały krok, dokonany bez niczyjej pomocy, i przejście od roli
płatnego rządcy do gospodarza farmy ze stadem owiec zakupionych na
kredyt był w życiu Gabriela punktem zwrotnym, z czego sam jasno zdawał
sobie sprawę. Pierwszym ważnym momentem w jego nowej sytuacji było
kocenie się owiec, a ponieważ hodowlą ich zajmował się od dzieciństwa,
był więc dość przezorny, by w tym okresie nie powierzać dozoru nad
stadem najemnikowi lub komuś nieobeznanemu z tą czynnością.
Wiatr w dalszym ciągu uderzał o ściany szałasu, ale dźwięk fletu ucichł.
Przed chatką zajaśniał prostokąt światła, a w drzwiach zarysowała się
postać farmera Oaka. Trzymał w ręku latarkę i zamknąwszy drzwi, około
dwudziestu minut krzątał się po tym zakątku pola, a światło ukazywało
się lub znikało to tu, to tam, oświetlając lub pogrążając w cieniu jego
postać.
Ruchy Oaka nacechowane spokojną energią były raczej powolne i doskonale
dostosowane do wykonywanej czynności. Ponieważ często u podstaw piękna
leży celowość, należy przyznać, że jego krzątanina nie była pozbawiona
wdzięku. W razie potrzeby potrafił jednak zdobyć się na błyskawiczną
myśl lub czyn nie gorzej od nawykłych do pośpiechu ludzi z miasta; mimo
to pod względem moralnym, fizycznym i umysłowym miał naturę raczej
statyczną, ulegającą rzadko albo i wcale podszeptom chwili.
Uważne rozejrzenie się w terenie, choćby przy bladym świetle gwiazd,
pozwalało stwierdzić, jak umiejętnie część tego tak zwanego dzikiego
urwiska została przez Oaka przystosowana do wykonania jego zimowych
planów. W rozsianych tu i ówdzie punktach widniały wkopane w ziemię,
kryte słomianym daszkiem kojce, w których kłębiły się i majaczyły blade
cienie białych, potulnych owieczek. Brzęk dzwonków, którego nie słychać
było podczas jego nieobecności, rozległ się na nowo, bardziej jednak
głuchy i przytłumiony runem owiec. Gdy Oak znów oddalił się od stada,
dzwonki brzęczały dalej. Wkrótce powrócił do szałasu, niosąc w ramionach
świeżo urodzone jagnię, składające się z czterech nóg, dużych jak u starej owcy, połączonych zbyt wątłą na pozór błoną pokrywającą zaledwie
połowę substancji nóg, które w tej chwili stanowiły prawie całe ciało
zwierzątka.
Ułożył tę odrobinę życia na wiązce siana przed małym piecykiem, gdzie
grzał się garnek mleka. Zgasił dmuchnięciem latarkę i zdusił knot
palcami, gdyż chatka była oświetlona świeczką zawieszoną na skręconym
drucie. Twarde leże złożone z niedbale rzuconych na ziemię worków na
zboże zajmowało prawie połowę małej izdebki. Tam młody człowiek
rozciągnął się jak długi, rozluźnił na szyi wełniany szal i zamknął
oczy. A zanim ktoś nienawykły do fizycznej pracy zdecydowałby się, na
którym boku ma się ułożyć, farmer Oak już spał.
W danej chwili wnętrze szałasu było miłe i przytulne, a purpurowa garść
ognia w połączeniu ze światłem świecy rzucała wesołe refleksy wszędzie
tam, dokąd mogła dosięgnąć, nawet na zwykłe sprzęty i narzędzia. W kącie
stał kij pastuszy, a na półce ustawione rzędem zwykłe butelki i blaszanki należące do owczarskiej apteczki i lecznicy: spirytus,
terpentyna, dziegieć, magnezja, imbir i olej rycynowy jako najważniejsze
środki lecznicze. Na trójkątnej półce w rogu chatki widniał chleb, ser,
słonina oraz kubek na piwo lub jabłecznik, czerpane z dzbana stojącego
poniżej. Obok tych zapasów żywności leżał flet, z którego czuwający
samotnik dobywał niedawno śpiewne tony dla zabicia wlokącego się
monotonnie czasu. Wnętrze było wietrzone za pomocą dwóch okrągłych
otworów, na wzór świetlików w kabinach okrętowych; były one opatrzone w drewniane zasuwane drzwiczki.
Jagnię ożywione ciepłem zaczęło beczeć, a dźwięk ten, jak zwykle dźwięki
oczekiwane, dotarł natychmiast do uszu i mózgu Gabriela. Przechodząc od
najgłębszego snu do pełnej świadomości z tą samą łatwością, jaka
towarzyszyła mu przy procesie odwrotnym, spojrzał na zegarek, ale
widząc, że krótsza wskazówka znów opadła, nałożył kapelusz, wziął na
ręce jagnię i wyniósł je w mrok. Ułożywszy drobne stworzonko obok matki,
stanął i uważnie rozejrzał się po niebie, by z położenia gwiazd
wywnioskować, która godzina.
Syriusz i Aldebaran promieniujące w kierunku Plejad znajdowały się w połowie drogi na południową stronę nieba, a zawieszony między nimi
Orion, szybujący wraz ze swą wspaniałą konstelacją skrajem widnokręgu,
nie płonął chyba nigdy żywszym blaskiem niż nocy dzisiejszej. Kastor i Pollux ze swym spokojnym światłem sięgały już prawie zenitu; jałowy i ponury orszak Pegaza sunął na północo-zachód, w oddali poprzez zarośla
iskrzyła się Wega niby lampa zawieszona wśród bezlistnych drzew, a Kasjopea wdzięcznie wsparła się na najwyższych gałęziach jodeł.
- Pierwsza - powiedział do siebie Gabriel.
Oak dość często zdawał sobie sprawę, że jego obecny sposób życia
niepozbawiony jest pewnego powabu, toteż rzuciwszy okiem na niebo niczym
na pożyteczny instrument, stał i patrzał na nie z zachwytem jak na
najpiękniejsze dzieło sztuki. Przez chwilę zdawał się oczarowany wymowną
samotnością dokolnej scenerii, a może raczej zupełnym oderwaniem się od
wszelkich spraw człowieczych.
Ludzkie zwady, troski i radości zdawały się nie istnieć i jak gdyby na
całej objętej nocą półkuli ziemskiego globu nie było żadnej świadomej
istoty ludzkiej prócz niego; mógł sobie wyobrażać, że wszystkie inne
przeszły na stronę słoneczną.
Pogrążony w takich myślach, z oczami utkwionymi w dal, spostrzegł, że
to, co poprzednio brał za gwiazdę świecącą nisko na skraju zarośli, nie
było wcale gwiazdą. Było to sztuczne światełko mrugające z niedalekiej
odległości. Czasem, gdy oczekując kogoś miłego, znajdziemy się nocą w zupełnej samotności, ogarnia nas nieokreślony lęk, ale stokroć gorzej
działa na nasze nerwy nagłe odkrycie, że nie jesteśmy sami, lecz
towarzyszy nam ktoś tajemniczy a nieznany, podczas gdy wszystko, co nam
dyktuje logika, a więc intuicja, wrażliwość, pamięć, analogia, dowody,
prawdopodobieństwo, indukcja składają się na świadomość, że jesteśmy
zupełnie sami.
Farmer Oak skierował się ku zaroślom i poprzez niższe gałęzie przedostał
się na stronę niezasłoniętą od wiatru. Niewyraźny kształt majaczący pod
stokiem przypomniał mu, iż w zagłębieniu wydrążonym w stromiźnie wzgórza
stoi szopa zbudowana w ten sposób, że od tylnej ściany dach znajduje się
na jednym poziomie z ziemią. Ścianę frontową tworzyły deski przybite do
słupów i dla trwałości pociągnięte smołą. Poprzez szczeliny w dachu i bocznej ścianie przedostawały się smugi i punkciki światła, tworząc
jasność, która go tu zwabiła. Oak podszedł od tyłu i schyliwszy się nad
dachem z okiem przyłożonym do szpary, mógł dokładnie zobaczyć wnętrze.
W szopie znajdowały się dwie kobiety i dwie krowy. Obok krów stał
cebrzyk pełen dymiącego naparu z otrąb. Jedna z kobiet była już dobrze w średnim wieku. Jej towarzyszka musiała być młoda i zgrabna. Oak nie mógł
osądzić dokładnie, jak wygląda, gdyż oko jego znajdowało się wprost nad
jej głową, tak że widział ją jak gdyby z lotu ptaka, niby szatan
Miltona, kiedy ten po raz pierwszy zajrzał do raju. Nie miała na sobie
czepka ani kapelusza, ale była okryta szerokim płaszczem, którego górną
część nasunęła niedbale na głowę.
- No, teraz już możemy wracać do domu - powiedziała starsza kobieta,
ująwszy się pod boki i spoglądając na ukończoną robotę. - Spodziewam
się, że Stokrotka rychło już przyjdzie do siebie. Jeszcze nigdy nie
najadłam się tyle strachu, ale nie żałuję, żem się zerwała ze snu, byle
tylko wyzdrowiała.
Młoda kobieta, której powieki, korzystając z każdej chwili ciszy,
wyraźnie kleiły się do snu, ziewnęła, nie otwierając jednak zbyt szeroko
ust; było to widocznie zaraźliwe, gdyż jak gdyby w odpowiedzi z ust
Gabriela wyrwało się również lekkie ziewnięcie.
- Chciałabym - odezwała się - żebyśmy były dość bogate, by do takiej
roboty nająć człowieka.
- Ale skoro nie jesteśmy bogate, musimy to robić same - odpowiedziała
starsza - a ty musisz mi pomagać, skoro już tu zostałaś.
- Przy tym wszystkim zgubiłam gdzieś kapelusz - mówiła dalej młodsza -
pewnie przeleciał za płot. Pomyśleć, że wiatr taki słaby, a jednak mi go
porwał.
Krowa stojąca na wyprostowanych nogach należała do rasy devońskiej, jej
ściśle przylegająca skóra porośnięta była jaskrawą czerwoną sierścią o tak jednostajnym zabarwieniu od oczu aż do ogona, jak gdyby zanurzono ją
w farbie tego koloru, a jej długi grzbiet stanowił matematycznie prostą
linię. Druga była srokata w łaty szare i białe. Obok niej Oak zauważył
małe, chyba jednodniowe cielątko patrzące głupkowato na obie kobiety, co
świadczyło o tym, że dopiero od niedawna przyzwyczaiło się do władania
wzrokiem; przy tym często spoglądało na latarkę, którą pewnie brało
mylnie za księżyc, gdyż jego dziedziczny instynkt w tak krótkim czasie
nie zdążył jeszcze ulec kontroli doświadczenia.
- Trzeba by posłać po owsianą mąkę - rzekła starsza kobieta - bo otręby
już się skończyły.
- Dobrze, ciociu, sama po nią pojadę, jak się tylko rozwidni.
- Ale nie mamy damskiego siodła.
- Bądź spokojna, mogę pojechać na męskim.
Słowa te wzbudziły w Oaku jeszcze większą chęć przyjrzenia się jej
twarzy, ale ponieważ przeszkadzał temu jej płaszcz nałożony na głowę
oraz jego zawieszona w powietrzu pozycja, więc musiał zadowolić się
odtwarzaniem jej rysów w wyobraźni. Nawet wtedy, gdy obserwujemy coś z normalnej pozycji poziomej, kształtujemy i barwimy przedmiot obserwacji
zgodnie z naszą wewnętrzną chęcią, niezależnie od tego, co nam ukazują
oczy. Gdyby Gabriel mógł był od razu ujrzeć wyraźnie jej twarz, to
uznałby ją za bardzo piękną, gdyż w owej chwili dusza jego łaknęła
jakiegoś boskiego pierwiastka piękna i była gotowa na jego przyjęcie. Od
pewnego czasu czuł potrzebę znalezienia jakiegoś właściwego kształtu do
zapełnienia wzrastającej w nim pustki, a że obecna sytuacja stwarzała
obszerne pole dla fantazji, więc wyobrażał ją sobie jako skończoną
piękność.
I oto na skutek kapryśnego zbiegu okoliczności, gdy natura niby
zapracowana matka przerwie na chwilę nieustanną pracę i pobudzi dzieci
do śmiechu, dziewczyna odrzuciła płaszcz, a sploty czarnych włosów
opadły na czerwony żakiet. Oak natychmiast poznał w niej heroinę żółtego
wozu, mirtów i lusterka, a mówiąc prozaicznie - dziewczynę, która była
mu dłużna dwa pensy.
Kobiety ułożyły cielątko z powrotem obok matki, wzięły latarkę i wyszły,
a światełko, opuszczając się coraz niżej ze wzgórza, znikło we mgle.
Gabriel Oak powrócił do owczarni.
Rozdział III
Dziewczyna na koniu. Rozmowa
Ospale budził się dzień. Zjawisko to bywa zawsze na ziemi przedmiotem
nowego zainteresowania i Oak bez żadnego innego powodu prócz tego, że
nocne zdarzenie odbyło się właśnie tam, udał się znów na zalesione
wzgórze. Zamyślony wlókł się, gdy od stóp pagórka doleciał go tętent
kopyt końskich; wkrótce ukazał się gniady kucyk z dziewczyną na
grzbiecie, wspinający się po ścieżce wiodącej obok szopy dla bydła. Była
to dziewczyna z ubiegłej nocy. Gabriel natychmiast przypomniał sobie, że
mówiła o porwanym przez wiatr kapeluszu. Pewnie przyjechała tu, aby go
odnaleźć. Szybko przebiegł oczami rów i o dziesięć jardów dalej znalazł
kapelusz wśród liści. Zabrał go i powrócił do swego szałasu. Tam ukryty
zaczął obserwować przez okienko nadjeżdżającą dziewczynę.
Wkrótce nadjechała, rozglądając się dokoła i szukając to po jednej, to
po drugiej stronie żywopłotu. Gabriel miał już wyjść i wręczyć jej
zgubę, gdy niespodziewane widowisko skłoniło go do powstrzymania się od
tego zamiaru. Ścieżka, minąwszy szopę, przecinała lasek. Nie była to
droga dla konnych, lecz jedynie dla pieszych, gdyż gałęzie drzew
rozpostarte na wysokości zaledwie siedmiu stóp uniemożliwiały jeźdźcowi
trzymanie się prosto na siodle. Dziewczyna ubrana nie w amazonkę, tylko
w zwykłą suknię, przez chwilę rozglądała się dokoła, jak gdyby chcąc się
upewnić, że w pobliżu nie ma żywego ducha, po czym zręcznie rozłożyła
się na wznak na końskim grzbiecie, trzymając głowę przy ogonie, nogi na
końskich łopatkach, a oczy utkwione w niebo. Dokonała tej nagłej zmiany
pozycji z szybkością zimorodka i bezszmernym ruchem jastrzębia. Oczy
Gabriela z trudnością zdołały ten ruch uchwycić. Chudy, porośnięty
gładką sierścią konik, widocznie nawykły do takich sztuczek, obojętnie
dreptał dalej. W ten sposób dziewczyna przejechała pod sklepieniem nisko
rozpostartych liści.
Widocznie czuła się nieźle, leżąc tak między końską głową i ogonem, lecz
zaraz za laskiem, gdy owa nienormalna pozycja stała się niepotrzebna,
zajęła inną, znacznie wygodniejszą od poprzedniej. Miała pod sobą męskie
siodło, było więc jasne, że jadąc po damsku, nie mogłaby utrzymać się
mocno na śliskiej skórze siodła. Toteż wyprostowawszy się błyskawicznie,
niby odgięte drzewko, powróciła do zwykłej pozycji prostopadłej i przekonana, że w pobliżu nie ma nikogo, usiadła w sposób odpowiadający
budowie siodła, lecz niepraktykowany przez kobiety, i pokłusowała w kierunku młyna Tewnell.
Oak, ubawiony, a może trochę zdziwiony, zawiesił kapelusz w szałasie i podążył do owiec. Po upływie godziny dziewczyna przyjechała z powrotem,
lecz tym razem siedziała na koniu jak należy i trzymała przed sobą worek
otrąb. W pobliżu szopy spotkała chłopca, który jej przyniósł skopek do
dojenia i pomógł przy zsiadaniu. Chłopiec odprowadził konia, zostawiając
jej skopek.
Wkrótce z wnętrza szopy dało się słyszeć w regularnych odstępach na
przemian to ciche, to znowu głośne strzykanie mleka świadczące o tym, że
ktoś tam doi krowę. Gabriel wziął zgubiony kapelusz dziewczyny i usadowił się przy ścieżce, którą powinna przechodzić, wracając ze
wzgórza.
Po pewnym czasie nadeszła, niosąc w prawej ręce skopek, kołyszący się na
wysokości jej kolan. Dla zachowania równowagi wyciągnęła lewe ramię
obnażone tylko na tyle, by wzbudzić w Oaku żal, że nie dzieje się to w lecie, gdyż wtedy mogło być odsłonięte znacznie wyżej. W jej całej
postaci i w ruchach było coś promiennego, co zdawało się świadczyć o przekonaniu, że jej istnienie na świecie jest czymś nieodzownym i najbardziej pożądanym, a to poniekąd zuchwałe mniemanie o sobie nie
oburzało, gdyż ktokolwiek na nią patrzył, nie mógł odmówić jej
słuszności. Podobnie jak wyjątkowa godność w zachowaniu się geniusza
jest zrozumiała, podczas gdy przybierana przez miernotę bywa śmieszna,
owo tak wysokie mniemanie o sobie było u niej tylko podkreśleniem
własnej wartości. Dziewczyna z pewnym zdziwieniem spojrzała na twarz
Gabriela wyłaniającą się niby księżyc spoza żywopłotu.
Mgliste wyobrażenie farmera, jakie ów powziął o jej urodzie, w porównaniu z żywym portretem, który mu się teraz ukazał, uległo raczej
zmianie, ale zmiana ta wypadła na korzyść dziewczyny. Pierwszym punktem
tego nowego osądu był jej wzrost. Wydawała się wysoka, ale skopek w jej
ręku był mały, a żywopłot niski, toteż uwzględniając błąd wynikający z porównania z tymi przedmiotami, dojdziemy do wniosku, że wzrost
dziewczyny nie przekraczał miary wzrostu, jaka u kobiet najbardziej nam
się podoba. Jednocześnie kształty jej były proporcjonalne i wyraziste.
Każdy podróżujący po hrabstwach Anglii, a obdarzony poczuciem piękna,
zauważy, że u Angielek klasycznie piękna twarz rzadko idzie w parze z klasyczną budową, gdyż skończenie piękne rysy skupiają w sobie zwykle
całe piękno na niekorzyść pozostałej reszty ciała; natomiast wdzięczna i proporcjonalna figura towarzyszy najczęściej pospolitym rysom twarzy.
Nie zamierzając stroić prostej mleczarki w szaty nimfy, należy przyznać,
że wobec przyjemności, z jaką patrzyło się na jej harmonijną urodę,
wszelki krytycyzm byłby tu nie na miejscu. Zarysy górnej części figury
świadczyły o tym, że musiała mieć piękną szyję i ramiona, ale nikt tego
nie widział od czasu, gdy była dzieckiem. Gdyby ją ubrać w wyciętą
suknię, pewnie uciekłaby i ukryła się gdzieś w krzakach. Mimo to nie
była wcale nieśmiała, tylko instynkt kazał jej podciągać linię dzielącą
widoczne od niewidocznego wyżej, niż to czynią kobiety z miasta.
To, że dziewczyna, napotkawszy oczy Oaka badające jej twarz i figurę,
pomyślała o swojej urodzie, było zupełnie naturalne i prawie pewne.
Gdyby w tej chwili okazała nieco więcej zmieszania, znaczyłoby, że jest
próżna; gdyby uwidoczniła je mniej, byłoby to dowodem poczucia godności.
Na wsi promienie wzroku męskiego zdają się działać na dziewczęce twarze
łaskocząco, toteż panienka potarła buzię ręką, jak gdyby Gabriel
podrażnił jej różową powierzchnię dotykiem, a jednocześnie poprzednia
swoboda jej ruchów stała się bardziej powściągliwa. Mimo to nie ona się
zarumieniła, lecz mężczyzna.
- Znalazłem kapelusz - powiedział Oak.
- To mój - odrzekła, poprzestając taktownie na lekkim uśmiechu, choć
miała ochotę wybuchnąć głośnym śmiechem. - Wiatr mi go porwał w nocy.
- Dziś o pierwszej nad ranem?
- Rzeczywiście - zdziwiła się. - Skąd pan wie?
- Bo wtedy i ja tu byłem.
- Pan jest farmerem Oakiem, prawda?
- Tak, coś w tym rodzaju. Niedawno tu przybyłem.
- Czy to duża farma? - zapytała, rozglądając się dokoła i odrzucając w tył włosy, które w falistych zagłębieniach były czarne; że jednak minęła
dopiero godzina od wschodu słońca, promienie złociły wypukłe fale
własnym blaskiem.
- Nie, nieduża. Około stu. - (Mówiąc o ziemi, wieśniacy opuszczają
zwykle słowo "mórg").
- Dziś rano potrzebny mi był właśnie kapelusz - ciągnęła - gdyż musiałam
pojechać do młyna.
- A tak, wiem o tym.
- Skąd?
- Bo widziałem panią.
- Gdzie? - wypytywała go, a wszystkie mięśnie jej twarzy i ciała
zesztywniały pod wpływem nagłej obawy.
- Tutaj, kiedy pani zjeżdżała ze wzgórza, a potem przez lasek - odrzekł
farmer Oak z miną świadczącą wymownie, że dobrze wie o pewnym zdarzeniu;
patrzył bowiem na daleki punkt we wskazanym wyżej kierunku, a potem
odwrócił się, by spotkać się ze wzrokiem swojej rozmówczyni.
Pewne spostrzeżenie kazało mu oderwać od niej oczy tak nagle, jak gdyby
schwytano go na kradzieży. Przypomnienie groteskowych póz, jakie
przybierała, jadąc przez lasek, wywołało w dziewczynie dreszcz irytacji
i krew uderzyła jej do głowy. Nastąpiła chwila, gdy kobieta, na ogół
nieskłonna do czerwienienia, gwałtownie się zarumieniła; na obliczu
mleczarki nie było ani skrawka skóry, który by się nie zaróżowił. Po
twarzy jej stopniowo przemknęły wszelkie odcienie dziewiczego rumieńca,
począwszy od czerwieni prowansalskiej aż do szkarłatu toskańskiego,
wobec czego Oak taktownie odwrócił głowę.
Zdjęty współczuciem patrzył dalej w przeciwnym kierunku, czekając, kiedy
mleczarka ochłonie na tyle, by mógł znów na nią spojrzeć. Wtem usłyszał
lekki szmer, jakby szelest suchego liścia trącanego wiatrem. Spojrzał i zobaczył, że odeszła.
Gabriel z wyrazem twarzy na pół tragicznym, na pół komicznym powrócił do
pracy.
Minęło pięć ranków i pięć wieczorów. Dziewczyna przychodziła regularnie,
by wydoić zdrową krowę i pielęgnować chorą, lecz nigdy nie pozwoliła
sobie spojrzeć w stronę Oaka. Jego brak taktu głęboko ją uraził, nie
dlatego, że Gabriel ją widział, gdyż było to mimowolne, ale dlatego, że
dał jej do zrozumienia, iż ją widział. Bo podobnie jak bez odpowiedniego
przepisu prawa nie ma przestępstwa, tak bez świadków nie ma
nieprzyzwoitości; jej zaś wydawało się, że przeszpiegi Gabriela uczyniły
z niej kobietę nieprzyzwoitą, bez żadnej winy z jej strony. Dla niego
stało się to źródłem głębokiego żalu i fatalnym zdarzeniem, które
wniosło w jego życie jakiś ukryty żar.
Cała ta znajomość mogła była z wolna utonąć w zapomnieniu, gdyby nie
wypadek, jaki zdarzył się pod koniec tego samego tygodnia. Pewnego
popołudnia chwycił mróz, a wzrastając pod wieczór, coraz mocniej
zaciskał pęta. Było tak zimno, że w chatach oddech śpiących przymarzał
do pościeli, a mieszkańcom murowanych dworów, siedzącym w salonach przed
kominkiem, marzły plecy, mimo że twarze płonęły od żaru. Tego wieczora
niejedna mała ptaszyna zasnęła bez kolacji wśród nagich gałęzi drzew.
Gdy zbliżała się godzina udoju, Gabriel zajął swe zwykłe stanowisko nad
dachem obórki. Wreszcie przemarzł i dorzuciwszy kotnym owcom nieco
więcej podściółki, wrócił do szałasu i dołożył drew do ogniska. Wiatr
dął do wnętrza przez szparę u progu; chcąc temu zapobiec, Oak zatkał
szparę workiem i obrócił posłanie nieco bliżej strony południowej. Wtedy
wicher wdarł się przez okienko do wentylacji, a były tam dwa, każde po
jednej stronie chatki.
Gabriel wiedział, że gdy w chatce pali się ogień, a drzwi są zamknięte,
wtedy jedno z tych okienek winno być otwarte; wybiera się zawsze to od
strony niewystawionej na wiatr. Zamknąwszy zasuwkę otworu, przez który
najmocniej wiało, zamierzał już otworzyć przeciwległy, gdy po chwili
namysłu postanowił usiąść, zostawiając na parę minut oba okienka
zamknięte, zanim temperatura w chatce cokolwiek się podniesie. Usiadł
więc.
Zaczęła go boleć głowa w jakiś niezwykły sposób, a tłumacząc to sobie
zmęczeniem na skutek przerywanego snu poprzednich nocy, postanowił
wstać, odsunąć zasuwkę i wtedy dopiero pozwolić sobie na zaśnięcie.
Zasnął jednak, nie wykonawszy swego zamierzenia.
Nie dowiedział się nigdy, jak długo był nieprzytomny. W pierwszych
chwilach odzyskania świadomości wydało mu się, że wokół niego dzieją się
jakieś niezwykłe rzeczy. Pies wył, bolała go straszliwie głowa, ktoś nim
potrząsał, czyjeś ręce rozluźniały mu na szyi szalik.
Otworzywszy oczy, spostrzegł, że wieczorny zmierzch w jakiś
nieoczekiwany sposób zgęstniał w mrok. Obok niego siedziała dziewczyna o niezwykle miłych ustach i białych zębach. Lecz, co dziwniejsze, co
znacznie dziwniejsze, głowa jego spoczywała na jej kolanach, a jej palce
odpinały mu kołnierzyk.
- Co się stało? - zapytał Oak bezmyślnie. O mało się nie roześmiała,
lecz powód do śmiechu był niedostateczny.
- Jeszcze nic - odrzekła - skoro pan nie umarł. To cud, że się pan nie
udusił w tej swojej chałupie.
- Ach, ta chałupa! - westchnął Gabriel. - Zapłaciłem za nią dziesięć
funtów. Ale sprzedam ją i będę sobie siadał pod płotkami ze słomianym
daszkiem jak ludzie za dawnych czasów, a spać będę na garści słomy. Już
kiedyś urządziła mi podobny figiel. - Gabriel, chcąc wyrazić się
dobitniej, uderzył pięścią w podłogę.
- To nie chałupa zawiniła - zauważyła tonem świadczącym, że jest tym
nowym typem kobiety, która już wie, co powie, zanim rozpocznie zdanie
mające wyrazić myśl. - Trzeba było zastanowić się i nie być tak
nierozsądnym, żeby zostawiać oba okienka zamknięte.
- Tak, trzeba było - odrzekł Oak z roztargnieniem, gdyż chciał dłużej
rozkoszować się wrażeniem, że oto leży przy niej z głową opartą o jej
kolana, zanim całe to zdarzenie nie dołączy się do szeregu zdarzeń
minionych. Pragnął, by wiedziała, jakie jest to wrażenie, ale snadniej
byłoby mu pochwycić w siatkę zapach, niż zamknąć nieuchwytność swych
uczuć w grubych okach ludzkiej mowy. Toteż zachował milczenie.
Pomogła mu usiąść, a wtedy Oak zaczął wycierać mokrą twarz i wstrząsać
się niby Samson.
- Jakże zdołam pani podziękować? - powiedział wreszcie z wdzięcznością,
gdy twarz jego odzyskała swe naturalne czerstwe kolory.
- O, nie ma o czym mówić - odrzekła z uśmiechem, zatrzymując ten uśmiech
na przyjęcie każdego następnego pytania Gabriela.
- W jaki sposób pani mnie znalazła?
- Usłyszałam, że pański pies wyje i drapie do drzwi szałasu. Było to
właśnie w chwili, kiedy przyszłam wydoić Stokrotkę (a był to szczęśliwy
przypadek, gdyż za tydzień lub dwa przestaniemy ją doić i nie będę już
tu przychodziła). Pies mnie zobaczył i zaczął na mnie skakać i ciągnąć
mnie za suknię. Weszłam więc do szałasu i rozejrzawszy się dokoła,
natychmiast spostrzegłam, że obie zasuwki są zamknięte. Mój wuj miał
szałas podobny do tego i słyszałam, jak pouczał swego pasterza, żeby
nigdy nie zasypiał, zanim nie otworzy jednej zasuwki. Pchnęłam drzwi, a tu pan leży jak martwy. W braku wody polałam pana mlekiem, zapominając,
że to nie pomoże, bo jest ciepłe.
- Ciekaw jestem, czybym umarł - powiedział Gabriel cicho, zwracając się
raczej do siebie niż do niej.
- O, nie - odparła dziewczyna. Widocznie wolała możliwość mniej
tragiczną, gdyż ocalenie człowieka od śmierci wywołałoby rozmowy
odpowiadające całej powadze takiego czynu, a tego pragnęła uniknąć.
- Zdaje mi się, że pani uratowała mi życie, panno... nie wiem, jak pani na
imię. Wiem tylko, jak się nazywa ciotka pani.
- Wolałabym tego panu nie mówić, raczej nie. Zresztą po co miałabym to
mówić, skoro prawdopodobnie nie będziemy już mieli ze sobą nic do
czynienia.
- A jednak chciałbym wiedzieć.
- Może pan zapytać moją ciotkę. Ona panu powie.
- Ja nazywam się Gabriel Oak.
- A ja nie. Zdaje mi się, że pan jest zadowolony ze swego nazwiska, bo
wymawia je pan tak dobitnie: Gabriel Oak.
- Widzi pani, nie będę miał już nigdy w życiu innego i dlatego muszę je
szanować.
- A moje wydaje mi się zawsze jakieś dziwaczne i nieprzyjemne.
- Pewnie wkrótce zmieni je pani na inne.
- Ho, ho, jak to łatwo wyrabia sobie pan opinię o innych, panie Gabrielu
Oak.
- Ależ, panno... Proszę mi wybaczyć te słowa, myślałem, że sprawię pani
przyjemność. Wiem, że nie dorównam pani w sztuce wysłowienia się. Nie
byłem nigdy bystry. Ale dziękuję pani. Proszę mi podać rączkę.
Przez chwilę wahała się, nieco zmieszana takim staromodnym, poważnym
zakończeniem lekkiej rozmowy.
- Dobrze - odpowiedziała i podała mu rękę, zaciskając wargi ze sztywną
obojętnością. Gabriel zatrzymał ją tylko przez małą chwilkę, ale że bał
się okazać zbyt otwarcie swe uczucia, przeszedł do drugiej ostateczności
i zaledwie dotknął jej palców ruchem człowieka obojętnego.
- Bardzo żałuję - rzekł po chwili.
- Czego?
- Że tak krótko trzymałem rękę pani w swojej.
- Jeżeli pan chce, to mogę mu ją podać raz jeszcze. Proszę. - I znów
podała mu dłoń. Tym razem Oak zatrzymał ją dłużej, o wiele, wiele
dłużej.
- Jaka miękka - zauważył. - Mimo zimowej pory nie szorstka ani chropawa.
- No, może już dosyć! - rzekła, nie cofając jednak dłoni z uścisku. -
Zdaje mi się, że pan miałby ochotę ją pocałować. Jeśli tak, to proszę.
- Nie przyszło mi to do głowy - oświadczył naiwnie Gabriel - ale chętnie
to zrobię.
- A właśnie, że pan nie zrobi! - zawołała, wyrywając mu dłoń. Gabriel
zrozumiał, że raz jeszcze popełnił nietakt.
- A teraz niech pan zgadnie, jak mi na imię - powiedziała przekornie i uciekła.
Rozdział IV
Postanowienie Gabriela. Odwiedziny. Omyłka
Mężczyźni zwykle odnoszą się pobłażliwie do wyższości kobiet jedynie w tym wypadku, gdy poczucie owej wyższości bywa w nich bezwiedne; zdarza
się jednak, że kobieta świadoma swej wyższości może się podobać, gdy da
do zrozumienia zajętemu nią mężczyźnie, że może ją zdobyć.
Owa powabna i urocza dziewczyna rychło wtargnęła zwycięsko w sferę uczuć
młodego farmera.
Miłość jest niesłychanie chciwym lichwiarzem (wymianie serc kryjących na
dnie uczucia czyste zwykle towarzyszy chęć zdobycia nadmiernego zysku
natury duchowej, podobnie jak miłość niższego gatunku pożąda nadmiernych
korzyści natury cielesnej i materialnej). Toteż każdego ranka uczucia
Oaka były tak czułe jak rynek pieniężny w obliczaniu swych możliwości.
Oak czekał na zjawienie się dziewczyny w podobny sposób, jak pies jego
czekał na podanie mu posiłku, a uderzony tym podobieństwem Gabriel
uważał je za coś dla siebie upokarzającego i zaczął niechętnie patrzeć
na psa. Mimo to nadal ukryty za żywopłotem oczekiwał jej przyjścia, a w ten sposób uczucia jego pogłębiały się, nie otrzymując z jej strony
żadnych oznak wzajemności. Nie wiedział jeszcze, jak ująć w słowa to, co
miał jej do powiedzenia, a nie umiejąc układać miłosnych frazesów, które
kończą się tam, gdzie się zaczynają, ani namiętnych opowieści
Dźwięcznych i pełnych szału,
a nieznaczących nic...
wolał milczeć.
Rozpytawszy się tu i ówdzie, dowiedział się, że dziewczyna nazywa się
Betsaba Everdene i że krowa, do której przychodziła, straci mleko mniej
więcej za tydzień. Bał się tedy dnia ósmego.
Ten ósmy dzień wreszcie nadszedł. Krowa nie dawała już mleka, a Betsaba
Everdene przestała przychodzić na wzgórze. Życie Gabriela dosięgło
szczytu, jakiego do niedawna nie mógł nawet przeczuwać. Dla
przyjemności, zamiast gwizdać, rozkoszował się powtarzaniem imienia
Betsaba; polubił włosy czarne, mimo że od lat chłopięcych uznawał tylko
kasztanowate, i do tego stopnia odgrodził się od świata, że miejsce,
jakie w nim zajmował, stało się znikomo maleńkie. Miłość potrafi obudzić
siłę nawet w istotnej słabości. Małżeństwo przeobraża szał miłości w pragnienie rozciągnięcia opieki nad ukochaną istotą - a moc tego
opiekuństwa winna pozostawać, i na szczęście częstokroć pozostaje, w prostym stosunku do nieporadności, której miejsce zajmuje. Gabrielowi
zaświtała teraz nowa myśl i powiedział sobie: "Muszę się z nią ożenić
albo, klnę się na Boga, jestem skończonym niedołęgą!".
Jednocześnie łamał sobie głowę nad wynalezieniem jakiegoś pretekstu,
który by usprawiedliwił złożenie wizyty w domku ciotki Betsaby.
Sposobności tej dostarczyła mu śmierć owcy, matki pozostałego przy życiu
jagnięcia. Pewnego dnia z pozoru letniego, a w istocie zimowego, w piękny styczniowy poranek, gdy skrawek błękitu na niebie był
dostatecznie duży na to, by ktoś radośnie nastrojony zapragnął go
jeszcze więcej rozszerzyć, w ranek osrebrzony bladym słońcem Oak ułożył
jagnię w odświętnym koszyku i wyruszył przez pola do domku ciotki
dziewczyny, pani Hurst. Pies jego, George, kroczył za nim z wielką
godnością, jak gdyby rozumiał, że w życiu pasterza nastąpił poważny
zwrot.
Gabriel w skupieniu spoglądał na pióropusz dymu kłębiący się nad
kominem. Poprzedniego wieczora pobiegł myślą do tego komina, skąd
dobywał się dym, widział ognisko, a obok niego... obok niego Betsabę w sukience, jaką nakładała, wychodząc z domu; bowiem suknia, w której ją
widywał na wzgórzu, przez skojarzenie pozostawała w ścisłym związku z jej osobą i wraz z nią mieściła się w kręgu jego uczuć; a w tym wczesnym
okresie miłości jej strój zdawał się być nieodłącznym składnikiem
uroczej całości zwanej Betsaba Everdene.
Jego własny strój, dostosowany zręcznie do okoliczności, był czymś
pośrednim między nienagannie schludnym ubraniem na co dzień i niedbale
włożonym ozdobnym strojem odświętnym, słowem taki, jaki nakładał na
siebie w pogodny dzień targowy albo w słotną niedzielę. Wypucował
dokładnie kredą srebrny łańcuszek do zegarka, założył do butów nowe
sznurowadła, wypolerował mosiężne skuwki do sznurowania, poszedł w głąb
lasku po nowy kij i w powrotnej drodze porządnie go ostrugał; włożył
jasną wzorzystą kamizelkę, całą w kwiaty łączące w sobie wdzięk róży i lilii bez ich stron ujemnych, i zużył cały zapas olejku na swoje włosy
koloru piaskowego, zazwyczaj suche i nieodparcie kędzierzawe, aż nadał
im nowy wspaniały odcień wahający się między kolorem guana i kitu. Przy
tym czupryna przylegała mu do głowy niby łupina do jądra gałki
muszkatołowej albo mokre algi do skały po odpływie morza.
Nic nie mąciło ciszy dokoła domku, prócz świergotu gromadki wróbli na
rynnach; można by pomyśleć, że plotki i skandale są w nie mniejszym
stopniu głównym tematem kłótni tych drobnych koteryjek na dachu niż tych
dużych pod dachem. Nad tym wstępem do wizyty Oaka zdawał się ciążyć
jakiś zły omen, gdyż w chwili gdy zbliżył się do furtki, ujrzał w ogródku kota prężącego gniewnym łukiem grzbiet na widok psa George'a.
Pies nie zwracał na to uwagi, bowiem dożył już wieku, kiedy zwykł był w sposób cyniczny unikać wszelkiego szczekania jako niepotrzebnego
tracenia tchu; istotnie, nigdy nie szczekał, nawet na owce, chyba na
wyraźny rozkaz pana, co czynił z doskonałą obojętnością; brzmiało to
niby groźne kazanie w środę popielcową, które aczkolwiek przykre, musi
być jednak czasem wygłoszone ku przestrodze owieczek i dla ich własnego
dobra.
Spoza laurowych krzaków, za którymi ukrył się kot, rozległ się jakiś
głos:
- Moje biedactwo! To szkaradne psisko chciało cię zagryźć na śmierć,
prawda, kiciu?
- Przepraszam - zwrócił się Oak w stronę głosu - ale mój George szedł za
mną łagodnie jak baranek.
Nie dokończył jeszcze zdania, gdy ogarnęło go złe przeczucie co do tego,
czyje ucho było odbiorcą jego odpowiedzi. Nikt się nie ukazał, tylko
słychać było, że za krzakami ktoś się oddala.
Gabriel zamyślił się tak głęboko, że na skutek tego zamyślenia na czole
zarysowały mu się drobne zmarszczki. Gdy wynik rozmowy zapowiada się
raczej gorzej niż lepiej, to już pierwsze odchylenie od tego, czego się
spodziewamy, wywołuje w nas dotkliwe uczucie porażki. Oak nieco
zmieszany podszedł do drzwi; między rzeczywistością a tym, co sobie
wyobrażał, nie było nic wspólnego.
Ciotka Betsaby była w domu.
- Może pani będzie łaskawa zawiadomić pannę Everdene, że ktoś pragnąłby
z nią pomówić - rzekł Oak. (Nie wymienił swego nazwiska, tylko nazwał
się ktosiem, lecz nie należy uważać tego za oznakę złego wychowania
wieśniaków; świadczy to raczej o ich wielkiej skromności, o jakiej
mieszkańcy miast, mimo biletów wizytowych i drukowanych zawiadomień, nie
mają wcale pojęcia).
Okazało się, że Betsaba wyszła. Widocznie był to jej głos.
- Proszę, niech pan wejdzie, panie Oak.
- Dziękuję - odrzekł Gabriel, idąc za nią w stronę komina. - Przyniosłem
dla panny Everdene jagniątko. Chciałem jej zrobić przyjemność.
Dziewczęta lubią je hodować.
- Może i lubią - powiedziała pani Hurst z roztargnieniem - ale ona
przyjechała tu tylko w gościnę. Niech pan chwilkę zaczeka, to Betsaba
wkrótce nadejdzie.
- Dobrze, zaczekam - zgodził się Gabriel, siadając. - Co prawda, pani
Hurst, nie przyszedłem tu dla jagnięcia. Krótko mówiąc, przyszedłem, by
ją zapytać, czy nie zechciałaby wyjść za mąż.
- Doprawdy?
- Tak. Bo gdyby zechciała, to chętnie bym się z nią ożenił. Nie wie
pani, czy jakiś inny chłopak nie zaleca się do niej?
- Chwileczkę, niech pomyślę - rzekła pani Hurst, niepotrzebnie
poprawiając pogrzebaczem ogień. - Ależ dalibóg, tak, tak, i to niejeden!
Widzi pan, panie Oak, to ładna dziewczyna, a przy tym uczona, miała być
nawet guwernantką, ale jest do tego zbyt roztrzepana. Nie powiem, żeby
ci chłopcy przychodzili aż tutaj, ale, mój Boże, to leży w naturze
kobiet, że muszą mieć z tuzin zalotników!
- Jaka szkoda! - powiedział farmer Oak, patrząc ze smutkiem na szczelinę
w kamiennej podłodze. - Jestem tylko prostym człowiekiem, ale miałbym
jedyną szansę, gdybym był się zgłosił pierwszy... Widzę, że nie mam już po
co czekać, bom przyszedł tu tylko w tej sprawie. A więc pójdę już do
domu. Do widzenia, pani Hurst.
Nie uszedł jeszcze dwustu jardów, gdy usłyszał za sobą "hop! hop!"
wołane cienkim dyszkantem mniej donośnym, niż zwykle brzmi okrzyk
rzucony przez pola. Obejrzał się i zobaczył, że goni za nim jakaś
dziewczyna, powiewając białą chusteczką.
Przystanął, a dziewczyna podbiegła bliżej. Była to Betsaba Everdene.
Gabriel zaczerwienił się; ona była już czerwona, jak się okazało, nie ze
wzruszenia, ale na skutek biegu.
- Panie Oak... ja... - urwała, chwytając oddech, i stanąwszy przed nim,
patrzyła na niego z ukosa, podparłszy się pod bok.
- Właśnie byłem u pani z wizytą - rzekł Gabriel, czekając, co usłyszy
dalej.
- Tak, wiem - mówiła, dysząc jak ptaszek z twarzą mokrą i od biegu
czerwoną, niby płatek peonii, zanim słońce wypije zeń kroplę rosy. - Nie
sądziłam, że pan przyjdzie, żeby mnie prosić o rękę. Gdybym wiedziała,
byłabym zaraz przyszła z ogrodu. Pobiegłam za panem, by powiedzieć, że
ciotka niesłusznie zrobiła, pozwalając panu odejść, skoro wiedziała, że
pan się o mnie stara.
Twarz Gabriela się rozjaśniła.
- Przykro mi, że droga pani tak się zmęczyła z mego powodu - rzekł,
czekając z wdzięcznością na dalszą z jej strony łaskawość. - Proszę
chwilkę poczekać, póki pani nie odzyska tchu.
- Ciotka myliła się, mówiąc panu, że mam już swojego chłopca - ciągnęła
Betsaba. - To nieprawda, nie mam żadnego ani nigdy go nie miałam, ale że
dla kobiet czas szybko mija, więc zrobiło mi się strasznie żal, że pan
odszedł, myśląc, że mam wielu konkurentów.
- Doprawdy, jestem szczerze rad, że to słyszę - rzekł farmer Oak, a twarz jego rozjaśniła się właściwym mu przeciągłym uśmiechem i poczerwieniała z radości. Wyciągnął dłoń, by pochwycić jej rękę, która
porzuciwszy właśnie swą poprzednią pozycję, wdzięcznym ruchem spoczęła
na piersi, by uciszyć głośne bicie serca. Zaledwie jej dotknął, gdy
cofnęła się w tył tak, że prześliznęła mu się między palcami niby
węgorz.
- Mam niezły folwarczek - rzekł Gabriel tonem o pół stopnia mniej pewnym
niż w chwili, gdy sięgał po jej rękę.
- Tak, wiem.
- Pewien znajomy pożyczył mi na początek trochę pieniędzy, ale ja to
wkrótce spłacę i choć jestem zwykłym prostym człowiekiem, to jednak od
czasu, gdy byłem chłopcem, cokolwiek się wyrobiłem. - Gabriel wymówił
słowo "cokolwiek" tonem świadczącym o tym, że jest to tylko grzeczna
odmiana słowa "bardzo". - Gdy się pobierzemy, jestem pewny, że będę
pracować dwa razy więcej niż teraz.
Przysunął się o krok i znów wyciągnął rękę, ale Betsaba szybko cofnęła
się i stanęła przy rosnącym tam karłowatym krzaku dzikiej róży pokrytym
czerwonymi jagodami głogu, a widząc, że Oak swym zachowaniem zdradza
chęć objęcia jej, a może nawet uściskania, ukryła się za krzakiem.
- Co to ma znaczyć, farmerze Oak? - zdumiała się, patrząc nań spoza
krzaka szeroko otwartymi oczami. - Przecież ja wcale nie mówiłam, że
wyjdę za pana.
- Ładna historia! - zawołał Oak z rozpaczą. - Czyż się goni za kimś w ten sposób po to tylko, by mu powiedzieć, że się go nie chce?
- Chciałam tylko powiedzieć - mówiła żywo, a jednak na pół świadoma
niedorzecznej sytuacji, w jaką się sama wplątała - że nie tylko nie mam
tuzina konkurentów, jak twierdzi moja ciotka, ale dotychczas nawet nikt
się o mnie nie starał. Nie znoszę, by myślano, że jestem własnością
jakiegoś mężczyzny, choć możliwe, że kiedyś nią będę. Przecież gdybym
chciała przyjąć pańskie oświadczyny, to nie gnałabym za panem w taki
sposób; byłoby to z mojej strony BEZWSTYDNE. Ale przecież nie ma w tym
nic złego, żem tak biegła, aby sprostować fałszywe wiadomości, jakie pan
o mnie usłyszał.
- Ach nie, nie ma w tym nic złego - przyznał Oak. Nie należy jednak być
zbyt wspaniałomyślnym w tak pochopnym wyrażaniu swego sądu. Toteż Oak,
rozważywszy całą sytuację, dodał: - Zresztą nie jestem pewny, czy nie
było w tym nic złego.
- Przecież nie miałam już czasu, by się zastanowić, czy chcę wyjść za
pana, czy nie, bo byłby pan już zdążył skryć się za wzgórzem.
- A więc - rzekł Gabriel nieco wzmocniony na duchu - proszę się na
chwilę zastanowić. Ja trochę poczekam, panno Everdene. A może mnie pani
zechce. Zgódź się, Betsabo. Kocham cię daleko goręcej, niż to się zwykle
zdarza.
- Spróbuję - odrzekła nieco onieśmielona - o ile uda mi się to tutaj, na
dworze, gdzie myśli tak mi się rozbiegają.
- Niech mi pani da choć mniej więcej do zrozumienia.
- To proszę mi zostawić trochę czasu. - Betsaba z zadumą zapatrzyła się
w dal, omijając wzrokiem Gabriela.
- Potrafię panią uszczęśliwić - mówił spoza krzaku, wpatrzony w kark
odwróconej od niego dziewczyny. - Za rok lub dwa miałaby pani pianino;
teraz żony farmerów coraz częściej kupują sobie pianina, a ja zacznę
pilnie wprawiać się w grze na flecie, abyśmy wieczorami mogli grywać
razem.
- Owszem, to by mi się podobało.
- Kupiłbym za dziesięć funtów taką lekką bryczuszkę do wyjazdu na targ;
mielibyśmy ładne kwiaty i drób, to jest kury i koguty, gdyż uważam, że
są pożyteczne - mówił dalej, lawirując między poezją i prozą.
- Bardzo by mi się to podobało.
- I pod szkłem grządkę ogórków, jak prawdziwi państwo.
- Tak, tak...
- A po ślubie dalibyśmy do gazety ogłoszenie w rubryce matrymonialnej.
- Ach, to byłoby wspaniale!
- A w łóżeczkach dzieci, jedno w drugie sami chłopcy. A w domu zaś, przy
ognisku, co spojrzę, to zobaczę panią, a pani, co spojrzy, to zobaczy
mnie.
- Zaraz, zaraz, proszę być przyzwoitym.
Tu mina jej zrzedła i przez chwilę dziewczyna zachowała milczenie.
Gabriel nie przestawał wpatrywać się w czerwone jagody głogu tak
uporczywie, że w przyszłości dzika róża stała się dla niego niejako
symbolem miłosnych oświadczyn. Betsaba zwróciła się do niego ruchem
stanowczym.
- Nie - rzekła - nic z tego, nie wyjdę za pana.
- Namyśl się jeszcze.
- Dość już zastanawiałam się, myśląc o tym przez cały ten czas. Z jednej
strony wyjście za mąż sprawiłoby mi przyjemność. Ludzie zaczęliby o mnie
mówić i uważać, że mi się poszczęściło, a ja byłabym z tego dumna i tak
dalej... no, ale mąż...
- Cóż mąż?
- ...byłby, jak pan sam mówi, ciągle przy mnie. Kiedykolwiek spojrzę, to
go zobaczę...
- Oczywiście, byłby przy pani, to znaczy ja byłbym tym mężem.
- Chcę przez to powiedzieć, że na weselu chętnie byłabym panną młodą,
ale pod warunkiem że potem nie musiałabym mieć męża... Ale ponieważ
kobieta nie może paradować w tej roli sama, więc pewnie nie wyjdę za
mąż, przynajmniej jeszcze nie teraz.
- Ależ to bzdura!
Widząc, że jej wyznanie spotkało się z tak ostrą krytyką, Betsaba
urażona w swej godności odwróciła się od niego.
- Klnę się na Boga, że żadna dziewczyna nie powiedziałaby nic równie
głupiego! - zawołał Oak. - Ależ moja najdroższa, niech pani nie będzie
taka! - mówił dalej pojednawczym tonem, przy tym westchnął szczerze i głęboko, lecz mimo że westchnienie to podobne było do szumu sosny,
jednak zaledwie zdołało zmącić dokolną ciszę. - Dlaczego mnie pani nie
chce? - żalił się, okrążając krzak róży, by się do niej zbliżyć.
- Nie mogę - odparła, cofając się.
- Ale dlaczego? - nalegał; wreszcie przystanął i patrzył na nią poprzez
krzew, widząc z rozpaczą, że nigdy jej nie dosięgnie.
- Bo nie kocham pana.
- Tak, ale...
Stłumiła ziewnięcie, ale tak nieznaczne, że nie przekraczało form
dobrego wychowania.
- Nie kocham pana - powtórzyła.
- Ale ja panią kocham i wystarczyłoby mi, żeby mnie pani choć trochę
lubiła!
- Och, panie Oak, to byłoby brzydko z mojej strony, zacząłby pan mną
gardzić.
- Nigdy! - oświadczył pan Oak tonem tak poważnym, że mocą tego słowa
zdawał się przeniknąć przez krzew prosto w jej ramiona. - Jedno jest dla
mnie pewne w tym życiu, to że będę panią zawsze kochał, zawsze tęsknił i pragnął jej aż do śmierci. - Słowa te wypowiedział ze szczerym patosem,
a jego duże opalone ręce drżały zupełnie widocznie.
- Strasznie mi przykro, że nie mogę wyjść za pana, skoro ma pan dla mnie
tyle uczucia - rzekła cokolwiek zasmucona i rozejrzała się beznadziejnie
dokoła, jak gdyby w poszukiwaniu wyjścia z tej moralnej rozterki. -
Jakże teraz żałuję, że biegłam za panem! - Mimo to było widoczne, że
chętnie powróciłaby do poprzedniego wesołego tonu, a twarz jej przybrała
wyraz filuterny. - Nie, panie Oak, nic z tego nie będzie. Mnie przydałby
się ktoś, kto by mnie poskromił, gdyż jestem zbyt samowolna, a pan by
tego nie potrafił.
Oak spuścił wzrok, patrząc uparcie w ziemię, a wyraz jego twarzy
świadczył o tym, że wszelką argumentację uważa za bezowocną.
- Panie Oak - odezwała się nad wyraz trzeźwo i rozsądnie. - Pan jest ode
mnie zamożniejszy, ja nie posiadam w majątku ani pensa i jestem na
utrzymaniu ciotki. Z nas dwojga jestem bardziej wykształcona i nie
kocham pana ani trochę. Oto jak sprawa wygląda z mojej strony. A teraz
co do pana. Jest pan farmerem na dorobku i o ile w ogóle pan się ożeni
(o czym pan teraz jeszcze nie myśli), to przezorność nakazuje, by pan
wziął żonę z posagiem, co by panu pozwoliło nabyć większy folwark niż
ten, jaki pan posiada obecnie.
Gabriel spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem i głębokim uznaniem.
- Przecież sam zawsze tak samo myślałem - przyznał się naiwnie. Farmer
Oak posiadał dwa razy więcej cnót chrześcijańskich niż przeciętny
chrześcijanin, zbyt wiele, by mu to pozwoliło dojść do ładu z Betsabą.
Cechowały go duża pokora i aż przesadna uczciwość.
Betsaba się zmieszała.
- Więc po co pan przychodzi i niepokoi mnie? - powiedziała prawie, a może nawet zupełnie rozgniewana, a czerwone plamy na jej policzkach
uwydatniły się jeszcze bardziej.
- Nie mogę zrobić tego, co byłoby...
- Słuszne?
- Nie... raczej rozsądne.
- No, teraz wyszło szydło z worka, panie Oak! - zawołała jeszcze
bardziej wyniośle, kręcąc pogardliwie głową. - Jak pan myśli, czy wobec
tego wyznania mogłabym wyjść za pana? Bo ja tak nie myślę...
Przerwał jej namiętnie:
- Proszę mnie nie sądzić tak fałszywie! Dlatego że jestem dość szczery,
by przyznać się do myśli, na którą wpadłby każdy mężczyzna w moim
położeniu, to pani już czerwienieje i staje się dla mnie uszczypliwa.
Jeżeli chodzi o to, jakoby pani miała być dla mnie niezbyt dobrą partią,
to nonsens! Że pani umie wyrażać się jak dama, o tym wie cała parafia, a słyszałem, że wuj pani ma w Weatherbury taki duży folwark, jakiego ja
nie będę miał nigdy. Czy mógłbym przyjść do pani dziś wieczorem albo
może w niedzielę, poszlibyśmy razem na spacer? Nie żądam, nie żądam, by
się pani zgodziła od razu, jeżeli pani sobie tego życzy.
- Nie, nie, nie mogę, proszę nie nalegać. Nie kocham pana, więc byłoby
to śmieszne - dokończyła ze śmiechem.
Żaden mężczyzna nie lubi, by jego uczucia stały się przedmiotem zabawy w ciuciubabkę.
- Więc dobrze - powiedział Oak stanowczo, z miną człowieka, który odtąd
zamierza pędzić wszystkie dnie i noce nad studiowaniem Pisma Świętego. -
Wobec tego nie będę już pani niepokoił.
Rozdział V
Wyjazd Betsaby. Tragedia pasterska
Pewnego dnia wiadomość o wyjeździe Betsaby dosięgła Gabriela i wywarła
na niego wpływ mogący zadziwić każdego, kto by nie podejrzewał, że im
dobitniej wyrażamy rezygnację, tym mniej jest ona stanowcza.
Łatwo zauważyć, że nie ma ścieżki mogącej nas wyprowadzić z kręgu
miłości, aczkolwiek istnieje taka, która do niej wiedzie. Niektórzy za
najkrótsze wyjście uważają małżeństwo, lecz i to nieraz zawodzi.
Rozłąka, ów dar losu ofiarowany Gabrielowi pod postacią wyjazdu Betsaby,
byłaby dla ludzi pewnego pokroju skutecznym środkiem na zapomnienie,
natomiast dla innych - przeciwnie, stwarza powód do idealizowania osoby
oddalonej; ich uczucie, mimo że spokojne i nieskłonne do wybuchów,
płynie jednak nurtem głębokim i nieprzerwanym. Oak należał do typu ludzi
o charakterze stałym i od chwili wyjazdu Betsaby czuł, że jego głęboko
ukryta miłość płonie teraz jeszcze gorętszym płomieniem - to wszystko.
Początkowa przyjaźń z jej ciotką została zwarzona przez nieudane
konkury, a wiadomości o Betsabie otrzymywał tylko pośrednio. Mówiono, że
wyjechała do miejscowości zwanej Weatherbury, oddalonej o dwadzieścia
mil, ale w jakim charakterze - czy w gościnę, czy na stałe - tego nie
mógł się dowiedzieć.
Gabriel miał dwa psy. Starszy, George, odznaczał się czarnym jak heban
nosem, okolonym wąskim paskiem różowej skóry, i sierścią w nieregularne
plamy koloru na przemian białego i brudnoszarego. Z biegiem lat jednak
owa szarość na skutek długiego przebywania na słońcu i deszczu stopniowo
wypełzła i zatarła się w obficiej porośniętych miejscach, przechodząc w kolor brązowoczerwony, jak gdyby niebieskawy składnik tej szarości
wypłowiał, tak jak odcień indygo z czasem zatarł się na obrazach
Turnera. Pierwotnie była to sierść, jednak podczas długoletniego
przebywania wśród owiec zdawała się przeobrazić w wełnę pośledniej
wartości i gatunku.
Pies ten dawniej należał do pewnego pasterza, człowieka niewybrednych
obyczajów, unoszącego się łatwo strasznym gniewem, toteż George lepiej
rozumiał wszystkie stopnie potępienia spadającego na jego głowę i wyrażonego w obelgach i przekleństwach niż najbardziej ordynarny staruch
w całej okolicy. Długie doświadczenie pozwoliło mu tak dokładnie
rozumieć różnicę między takimi okrzykami jak: "Pójdź tu do nogi" czy:
"Do nogi, draniu!", że w żadnym wypadku nie pomylił się ani o włos co do
stopnia szybkości, z jaką odrywał się od owczych ogonów, kiedy chciał
uniknąć spotkania z pasterskim kijem. Mimo że stary, był jeszcze zręczny
i godzien zaufania.
Młodszy pies, syn George'a, był zapewne wykapanym portretem matki, gdyż
nie znalazłbyś w nim najmniejszego podobieństwa do ojca. Uczył się
pilnowania owiec, by po śmierci starego zająć jego miejsce w owczarni,
ale dotychczas poznał zaledwie pierwsze zasady tego fachu i teraz
jeszcze było mu niesłychanie trudno rozumieć różnicę między dobrym a nazbyt dobrym spełnianiem obowiązku. Poważny, a jednak tępogłowy był ten
psiak (nie miał żadnego imienia, lecz z jednakową gotowością przybiegał
na każde życzliwe zawołanie), toteż gdy kazano mu pędzić owce, robił to
tak gorliwie, że gdyby go nie odwołano i gdyby nie przykład starego
George'a, byłby je z przyjemnością pędził przez cały powiat.
Tyle o psach. Na najdalszym krańcu Norcombe Hill znajdował się wapienny
dół, skąd całe pokolenia czerpały i dostarczały wapno do pobliskich
folwarków. Po obu stronach tego dołu biegły w kształcie litery V dwa
żywopłoty niestykające się jednak końcami. Wąskie przejście między
żywopłotami znajdujące się bezpośrednio nad brzegiem dołu było
prowizorycznie zabezpieczone wątłymi sztachetkami.
Pewnego wieczora farmer Oak, powróciwszy do domu w przekonaniu, że tego
dnia dalszy nadzór nad owcami jest zbyteczny, zawołał jak zwykle na psy,
by je zamknąć w szopie aż do rana. Na wołanie to odpowiedział tylko
jeden - stary George; drugiego nie mógł znaleźć ani w domu, ani na łące
czy w ogrodzie. Przypomniał sobie wtedy, że zostawił oba psy na wzgórzu
zajęte pożeraniem zdechłego jagnięcia (takim mięsem karmił je rzadko
kiedy, chyba w braku innego pożywienia) i przypuszczając, że młodszy
pies nie dokończył jeszcze kolacji, wszedł do szałasu, by oddać się
rozkoszy spędzenia nocy na posłaniu, na co ostatnio pozwalał sobie tylko
w niedzielę.
Była cicha, wilgotna noc. Przed samym świtem obudziły go znajome dźwięki
rozlegające się jednak jakoś inaczej niż zwykle. Dla pasterza dźwięk
dzwonków owczarskich, podobnie jak dla innych tykanie zegara, jest czymś
tak zwykłym, że zauważa go tylko wtedy, gdy dźwięk nagle ucichnie lub
też brzmi zupełnie inaczej niż codzienne leniwe brzęczenie, które dla
pasterskiego wprawnego ucha słyszane nawet z oddali oznacza, że w owczarni wszystko jest w porządku. W uroczystej ciszy budzącego się
ranka Gabriel usłyszał, że te dźwięki są niezwykle szybkie i gwałtowne.
Taki odmienny brzęk dzwonków rozlega się w dwóch wypadkach: gdy stado
nagle wpada na nowe pastwisko i z pośpiechem rzuca się żarłocznie do
jedzenia, co powoduje przerywane, szybkie dzwonienie, lub wtedy gdy owce
popędza się do szybkiego biegu, a wtedy w brzęku ich dzwonków daje się
słyszeć jakby nieustanne drżenie. Doświadczone ucho Oaka poznało, że
przyczyną dźwięku, jaki słyszy w tej chwili, jest gwałtowny bieg owiec.
Wyskoczył z posłania, narzucił ubranie, przebiegł pędem przez łąkę
otuloną w poranne mgły i wspiął się na wzgórze. Wcześniej okocone owce
trzymał w pewnym oddaleniu od tych, które jeszcze nie urodziły, a było
ich w owczarni Oaka przeszło dwieście. Właśnie wszystkie te owce jak
gdyby znikły bez śladu ze wzgórza. Pozostałych pięćdziesiąt sztuk wraz z jagniętami znajdowało się oddzielnie na drugim końcu pastwiska, tak jak
był je zostawił, ale reszta stanowiąca trzon stada gdzieś się
zapodziała. Z piersi Gabriela wyrwał się głośny zew pasterza:
- Baś, baś, owieczki, baś, baś!
W odpowiedzi nie odezwało się ani jedno beknięcie. Podszedł do żywopłotu
- był w nim wyłamany otwór, a w tym otworze ujrzał ślady owczych
raciczek. Trochę zdziwiony, że o tej porze roku owce wyłamały
ogrodzenie, przypisywał to raczej ich apetytowi na zimowy bluszcz,
pieniący się obficie w lasku, i wszedł za żywopłot. W lasku nie znalazł
ani jednej owcy. Zawołał raz jeszcze. Odezwały się echem doliny i najdalsze wzgórza, tak jak niegdyś żeglarze nawoływali Hylasa
zaginionego nad brzegiem Mysji1, ale nie odezwała się żadna owca.
Szedł więc dalej wśród drzew krawędzią wzgórza. Na jego szczycie, gdzie
nad brzegiem wapiennego dołu zbiegały się końce dwóch wspomnianych wyżej
żywopłotów, ujrzał młodszego psa stojącego nieruchomo i posępnie na tle
nieba niczym Napoleon na Wyspie Św. Heleny.
Oak zrozumiał, że stało się coś strasznego: posunął się dalej, czując,
że słabnie. W pewnym miejscu sztachety zostały wyłamane i Oak ujrzał
ślady swoich owiec. Pies podbiegł do niego i polizał mu rękę, okazując
swym zachowaniem, że za swoje usługi oczekuje niemałej nagrody. Oak
spojrzał w przepaść. Pod stopami jego leżały owce martwe lub konające,
cały stos dwustu poszarpanych ciał tak skłębionych, że robiły wrażenie,
jak gdyby było ich dwa razy więcej.
Oak był człowiekiem głęboko uczuciowym; uczuciowość ta, której podlegał
niby prawu grawitacji, często obracała wniwecz jego plany polityczne
graniczące ze strategią. Ciemną stronę pasterskiego zawodu stanowiła
świadomość, że owce w końcu zawsze przemieniają się w baraninę, że
nadchodzi dzień, kiedy każdy pasterz staje się wierutnym zdrajcą wobec
swej bezbronnej owczarni. Toteż teraz pierwszym jego uczuciem był żal z powodu przedwczesnej zguby tych potulnych owieczek wraz z ich
nieurodzonymi jagniętami.
Dopiero po chwili uświadomił sobie inną stronę sprawy: owce nie były
ubezpieczone. Wszystkie oszczędności jego skromnego życia za jednym
zamachem rozsypały się w proch; nadzieja, że zdoła się utrzymać na
stanowisku niezależnego farmera, zgasła może na zawsze. W okresie między
osiemnastym a dwudziestym ósmym rokiem życia, zanim zdobył obecną
pozycję, Gabriel wykazał tyle energii, cierpliwości i pracowitości, że
niewiele mu z tego chyba pozostało. Oparł się o sztachety i zasłonił
twarz rękami.
Stan otępienia nie może jednak trwać wiecznie, toteż farmer Oak powoli
oprzytomniał. Charakterystyczne i godne uwagi były jego pierwsze słowa -
słowa wdzięczności:
- Chwała Bogu, że nie jestem żonaty; co ONA by robiła w tej nędzy, która
mnie teraz czeka!
Oak podniósł głowę i nie wiedząc, co ma robić dalej, w milczeniu patrzył
na otaczającą go scenerię. Na najdalszym skraju wapiennego dołu wisiał
zwężony szkielet brudnożółtego księżyca, któremu pozostało już niewiele
dni istnienia, bo z lewej strony uparcie zbliżała się doń gwiazda
poranna. Powierzchnia stawu lśniła matowym blaskiem niby oko umarłego, a wraz z przebudzeniem się świata powiał lekki wiatr, który wydłużał
odbicie księżyca i potrząsał nim, tworząc na wodzie fosforyczną smugę
światła. Wszystko to Oak widział i zapamiętał.
O ile dało się stwierdzić, biedny psiak w głębokim przekonaniu, że skoro
go trzymają do pędzenia owiec, to im prędzej je pędzi, tym lepiej, po
uraczeniu się mięsem zdechłego jagnięcia, ze wzmożonym zapałem i energią
spędził wszystkie owce w jeden kąt i pognał potulne zwierzątka przez
płot i pola, aż przerażone, samą siłą rozpędu wyłamały część przegniłych
sztachet i runęły z brzegu w przepaść. Syn George'a wykonał swój
obowiązek tak sumiennie, że jako nadmiernie gorliwy robotnik nie
zasługiwał na dłuższy żywot, toteż został schwytany i w sposób tragiczny
zastrzelony w południe tego samego dnia. Jest to jeszcze jeden przykład
przekornego losu będącego udziałem psów i innych filozofów, którzy
doprowadzają rozumowanie do logicznego wniosku i usiłują zachować się
konsekwentnie na świecie tak pełnym kompromisów.
Gabriel kupił swą farmę od pewnego handlarza, który ze względu na jego
uczciwy wygląd i charakter sprzedał mu ją na dogodnych warunkach,
pobierając od niego odsetki aż do ostatecznego spłacenia należności. Oak
obliczył, że wartość inwentarza, zbiorów i narzędzi będących jego
prywatną własnością wystarczy na spłacenie długu, tak więc sam został
wolnym człowiekiem, zachowując tylko ubranie, które miał na sobie, i nic
więcej.
Rozdział VI
Jarmark. Podróż. Pożar
Minęły dwa miesiące. I oto nadszedł dzień lutowy, kiedy to w powiatowym
mieście Casterbridge odbywał się doroczny jarmark najmu robotników.
Przy końcu ulicy stało dwustu do trzystu wesołych, ochoczych mężczyzn
czekających na uśmiech losu; wszyscy byli ludźmi tego typu, dla których
praca nie jest niczym gorszym niż zmaganie się z prawem ciężkości,
przyjemność zaś - niczym lepszym niż przerwa w tym zmaganiu. Wśród nich
woźnice i furmani odznaczali się kawałkiem biczyska okręconego dokoła
kapelusza, strzecharze trzymali w ręku słomiane powrósła, pasterze -
kije pasterskie; w ten sposób farmerzy mogli na pierwszy rzut oka poznać
zawód najemnika.
W tłumie tym znajdował się młody człowiek atletycznej budowy,
odróżniający się od innych bardziej pańskim wyglądem; wyższość owa była
tak widoczna, że kilku ogorzałych wieśniaków stojących opodal zwracało
się do niego z zapytaniami i biorąc go za farmera, tytułowało go panem.
Odpowiedź jego brzmiała zawsze jednakowo:
- Ja sam poszukuję pracy jako rządca. Czy nie wiecie o kim, kto takiego
potrzebuje?
Gabriel był teraz bledszy niż dawniej, miał w oczach więcej zamyślenia,
a w ogólnym wyrazie więcej smutku. Przeszedł przez ogniową próbę
nieszczęścia, która więcej mu dała, niż zabrała. Wzniósłszy się na
skromne stanowisko króla pasterzy, runął z tej wysokości na samo dno
legendarnej bagnistej otchłani, natomiast osiągnął nieznany mu
dotychczas pełen godności spokój oraz obojętność względem losu, która
aczkolwiek często doprowadza człowieka do upodlenia, staje się czasem
podłożem jego wzniosłości. W ten sposób z poniżenia powstaje
wywyższenie, a ze straty - korzyść.
Rankiem pułk kawalerii opuścił miasto, a sierżant ze swym oddziałem
przejeżdżał ulicami i bębnieniem wzywał nowych rekrutów. Zbliżał się już
wieczór, a Gabriel jeszcze nie znalazł pracy, toteż zaczynał żałować, że
nie zaciągnął się do wojska i nie wyjechał stąd, by służyć ojczyźnie.
Zmęczył się długim staniem na rynku, a że było mu obojętne, do jakiej
pracy ma się zabrać, postanowił wystarać się o inne zajęcie niż praca
rządcy.
Zdawało się, że wszyscy farmerzy poszukują pasterzy do owiec, a przecież
hodowla owiec była jego specjalnością. Skręcił więc w jakąś ciemną
ulicę, potem w jeszcze ciemniejszy zaułek i wszedł do kuźni.
- Jak długo potrwa sporządzenie pasterskiego kija?
- Dwadzieścia minut.
- A ile ma kosztować?
- Dwa szylingi.
Oak usiadł na ławce i niebawem kowal wręczył mu żelazny zakrzywiony hak,
do którego ponadto dołączył drewniany kij.
Gabriel skierował się następnie do składu gotowych ubrań, dobrze znanego
wśród włościan. Ponieważ nabycie pasterskiego kija pochłonęło znaczną
część jego kapitałów, postarał się zamienić swoje palto na długi
przepisowy kitel, jaki zwykle nosili pasterze.
Po załatwieniu tej transakcji pośpieszył znów na rynek i stanął na
brzegu chodnika z kijem pasterskim w ręku.
Teraz, kiedy przedzierzgnął się w pasterza, zdawało się, że najbardziej
poszukiwano właśnie rządców. Jednakże niektórzy farmerzy zauważyli go i podchodzili bliżej. Następowały dialogi mniej więcej takiej treści.
- Skąd tu przybywacie?
- Z Norcombe.
- Daleko stąd?
- Piętnaście mil.
- Na czyjej farmie pracowaliście ostatnio?
- Na własnej.
Powyższa odpowiedź działała nieodmiennie niby wieść o nagłym wybuchu
cholery. Wypytujący go farmer podążał dalej, potrząsając z niedowierzaniem głową. Gabriel, podobnie jak jego pies, wydawał się zbyt
dobry, by mu można było ufać, wobec tego szanse jego nie wzrosły ani na
jotę.
Bezpieczniej jest korzystać z pierwszej nadarzającej się sposobności i bez namysłu zastosować się do niej, niż mieć plan gotowy i czekać, kiedy
uda się wprowadzić go w czyn. Gabriel żałował, że przystroił się w barwy
pasterskie, zamiast tego, by z góry przygotować się na przyjęcie każdej
pracy mającej popyt na jarmarku. Kilku wesołych chłopców gwizdało i śpiewało opodal giełdy zbożowej. Dłoń Gabriela spoczywająca przez pewien
czas bezczynnie w kieszeni kitla dotknęła fletu, który tam przedtem
włożył. Nadarzyła się sposobność, by zastosować w praktyce drogo
okupioną umiejętność.
Wyjął flet i zaczął grać Jasia na jarmarku, a grał jak ktoś, kto nigdy
w życiu nie zaznał smutku. Oak potrafił włożyć w tę melodię jakąś iście
arkadyjską słodycz, a dźwięki tej dobrze znanej piosenki radowały
zarówno jego własne serce, jak i otaczających go gapiów. Grał od ucha i w pół godziny zarobił tyle pensów, że dla nędzarza suma ta stanowiła
niemal majątek.
Rozpytując się tu i ówdzie, dowiedział się, że nazajutrz podobny jarmark
ma się odbyć w Shottsford.
- Daleko to stąd?
- Będzie z dziesięć mil za Weatherbury.
Weatherbury! Przecież Betsaba tam udała się przed dwoma miesiącami!
Wiadomość ta podziałała nań tak, jak gdyby o północy zajaśniało słońce.
- Jak daleko stąd do Weatherbury?
- Pięć do sześciu mil.
Betsaba prawdopodobnie dawno już stamtąd wyjechała, ale miejscowość ta
budziła w nim dość zainteresowania, by uczynić Shottsford najbliższym
terenem poszukiwania pracy, skoro miasteczko to leżało w okolicy
Weatherbury. Zresztą mieszkańcy jego nie byli pozbawieni wewnętrznych
cech dość interesującej natury. Jeżeli wierzyć temu, co o nich mówiono,
tworzyli oni zespół najbardziej hardych, wesołych i zepsutych chłopów w całym powiecie. Oak postanowił, że idąc do Shottsford, spędzi noc w Weatherbury, i od razu wyruszył gościńcem, który mu wskazali; wiódł
wprost do owej wsi.
Gościniec prowadził przez bagniste łąki przerzynane niewielkimi
strumyczkami, których migotliwe powierzchnie splatały się pośrodku, a przy brzegach marszczyły, tam zaś gdzie prąd był bardziej wartki,
pokrywały się płatami białej piany płynącej przed siebie z niezmąconym
spokojem. Na miejscach wyżej położonych suche i martwe liście niesione
na skrzydłach wiatru z szelestem toczyły się tam i sam po ziemi, a małe
ptaszyny kryjące się w żywopłotach stroszyły piórka, układając się
wygodnie na noc i pozostawały na miejscu, kiedy Oak szedł dalej, lecz
ulatywały, gdy zatrzymywał się, by na nie spojrzeć. Minął las Yalbury,
gdzie łowne ptactwo sadowiło się na żerdkach, i słyszał chrapliwe
gdakanie bażantów i sapiące poświsty ich samiczek.
Przebył trzy do czterech mil, gdy tymczasem cały krajobraz pogrążył się
w jednostajnym mroku. Zeszedłszy ze wzgórza Yalbury, zaledwie zdołał
rozróżnić rysujący się przed nim kształt wozu ukrytego pod rozłożystymi
gałęziami jakiegoś dużego drzewa.
Podszedłszy bliżej, zauważył, że przy wozie nie było koni, a wokół ani
żywej duszy. Prawdopodobnie zostawiono go tu na noc, gdyż prócz małej
wiązki siana nic na nim nie było. Gabriel usiadł na dyszlu i zastanowił
się nad sytuacją. Obliczył, że zdążył już przebyć znaczną część drogi, a będąc od świtu na nogach, poczuł gwałtowną chęć położenia się na sianie,
zamiast wędrować dalej aż do wsi Weatherbury i w dodatku płacić tam za
nocleg.
Zjadłszy ostatnią kromkę chleba z szynką i pociągnąwszy z butelki łyk
jabłecznika zabranego przezornie z domu, wsunął się do pustego wozu.
Połowę siana podesłał pod siebie, o ile w ciemności mógł to zrobić
dokładnie, drugą częścią nakrył się wraz z głową niby pierzyną i poczuł
się pod względem fizycznym tak dobrze i przytulnie jak nigdy w życiu.
Człowiekowi, który jak Oak pod względem skłonności do refleksji tak
bardzo odstawał od otoczenia, trudno było otrząsnąć się zupełnie z melancholii, gdy zaczął rozpamiętywać obecną, tak niepomyślną kartę
swego życia. Toteż rozpatrując swe miłosne i pasterskie klęski, wkrótce
zasnął, bowiem pasterze, podobnie jak żeglarze, nie czekają długo na
bożka snu, lecz potrafią go przywołać w każdej chwili.
Obudził się nagle, nie mając pojęcia, jak długo spał, i zauważył, że wóz
jest w ruchu. Wóz nie miał resorów i zbyt szybko toczył się po drodze,
co w danych warunkach czyniło jazdę nader niewygodną, gdyż głowa
Gabriela podskakiwała na dnie wozu niby pałka na bębnie. Po chwili
usłyszał głosy ludzkie dochodzące od przodu wozu. Taka kłopotliwa
sytuacja mogła była przestraszyć człowieka nawykłego do powodzenia, lecz
nieszczęścia są najskuteczniejszym narkotykiem na wszelkie strachy,
toteż Gabriel tylko ostrożnie wysunął głowę spod siana i pierwszym
widokiem, jaki ujrzał, były gwiazdy na niebie. Wielka Niedźwiedzica
stała pod kątem prostym w stosunku do Gwiazdy Polarnej, z czego Gabriel
wywnioskował, że musi być koło dziewiątej, czyli mówiąc innymi słowami,
spał dwie godziny. Dokonał tej drobnej astronomicznej obserwacji bez
żadnego wyraźnego celu, lecz jednocześnie ukradkiem odwrócił się, by, o ile to możliwe, zbadać, w czyich rękach się znajduje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki