Z Bagdadu do Stambułu - Karol May

Kup ebooka

12.50 zł
8.60 zł (8,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pośród złodziei

Na południe od wielkich pustynnych obszarów Syryi i Mezopotamii leży oblany morzem Czerwonem z jednej, a zatoką Perską z drugiej strony, półwysep Arabski, którego najdalszy brzeg południowy sięga w głąb burzliwego Arabsko-Indyjskiego morza. Kraj ten otacza z trzech stron wązkie wprawdzie, ale bardzo urodzajne wybrzeże, które, wznosząc się stopniowo w głąb lądu, tworzy pusty płaskowyż. Posępne, a miejscami dzikie okolice tego płaskowyżu zamykają zwłaszcza od wschodu pasma niedostępnych gór, do których należy zaliczyć głównie góry Szammar. Dzielono ten półwysep w starożytności na Arabia petraea, Arabia deserta i Arabia felix, czyli na Arabię petrejską, pustynną i szczęśliwą. Jeżeli niektórzy geografowie dotąd jeszcze przypuszczają, że określenie petraea pochodzi od grecko-łacińskiego wyrazu petra, znaczącego: "skała, kamień" i że dlatego ta część Arabii nazywa się "skalistą", to jest to wynikiem zapatrywania błędnego. Nazwę tę odnieść raczej należy do starożytnego miasta Petra, które było stolicą najdalej na pół noc wysuniętej prowincyi tego kraju. Arab nazywa swą ojczyznę Dżesirat el Arab, podczas gdy Turcy i Persowie nadają jej nazwę Arabistanu. Dzisiaj dzielą ten kraj rozmaicie, ale koczujący jego mieszkańcy uznają tylko różnice, charakteryzujące poszczególne plemiona. Nad tą krainą wznosi się wiecznie pogodne sklepienie niebios, z którego nocą mrugają w dół gwiazdy czyste i jasne. Przesmykami górskimi i po równinach pustynnych, w większej części mało jeszcze zbadanych, uwija się półdziki syn stepów na wspaniałym koniu lub niezmordowanym wielbłądzie. Oko jego sięga wszędzie, bo on żyje w sporze i niezgodzie z całym światem, z wyjątkiem członków własnego plemienia. Od jednych granic ku drugim przemyka bądźto łagodny powiew czystej i miękkiej, bądź groźny pomruk ponurej, dzikiej poezyi, owiewający wędrowca wszędzie, gdziekolwiekby tu chciał przebywać. Stąd to pochodzi, że przed wiekami już znano setki arabskich wieszczów i poetek, których pieśni żyły w uściech ludu, dopóki nie utrwalono ich na dalsze czasy za pomocą rylca. Za praojca właściwych Arabów, czyli Joktanidóu uchodzi Joktan, syn Huta, a potomek Sema w piątem pokoleniu. Owóż tego Joktana potomkowie zamieszkiwali Arabię szczęśliwą i wybrzeże Tehama aż w dół ku Perskiej zatoce. Obecnie wiele plemion widzi swą wyższość i honor w pochodzeniu od Izmaela, syna Hagary. Według podania miał ten Izmael przybyć razem z ojcem Abrahamem do Mekki i zbudować tam świętą Kaabę. Prawdą natomiast jest, że Kaabę założyli, a przynajmniej wykończyli Koreiszyci. Między jej świętościami największej sławy zażywały: źródło Cem-Cem i czarny kamień, który rzekomo spadł z nieba. Do tego świętego miejsca odbywały pielgrzymki różne plemiona Arabów, by umieścić tutaj swych bożków plemiennych i domowych i składać im wśród modłów ofiary. To też Mekka stała się tem dla Arabów, czem były Delfy dla Greków, a Jerozolima dla Żydów: tworzyła ona ognisko dla szeroko rozprószonych nomadów, bez którego byliby się pogubili, każdy gdzieindziej. Ponieważ ten ważny punkt znajdował się w posiadaniu Koreiszytów, dlatego byli oni plemieniem najpotężniejszem i najznakomitszem, a zarazem najbogatszem w całej Arabii; gromadzący się tu bowiem zewsząd pielgrzymi nie przybywali nigdy bez podarunków lub kosztownych towarów. Pewien ubogi członek tego szczepu, imieniem Abd Allah, umarł w roku 570. po Chrystusie, a w kilka miesięcy potem, przypadającego w poniedziałek dnia 20. kwietnia 571. roku powiła wdowa jego, Amina, chłopczyka, którego później nazwano Mohammed. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa miał przedtem chłopiec inne imię, a zaszczytne imię Mohammeda otrzymał dopiero wówczas, gdy dzięki swej działalności proroczej stał się wybitnym człowiekiem. Imię to pisze się także Muhammed, Mohammad lub Muhammad, ale ze względu na cześć, jaką wierni otaczają proroka, nie wymawia go nikt w tem brzmieniu; wyraz zmienia się na Mehemmed. Po ojcu odziedziczył chłopiec tylko dwa wielbłądy, pięć owiec i abisyńską niewolnicę. Z tego powodu zdać się musiał na opiekę i pomoc najpierw dziadka swego Abd-al-Muttaliba, a po jego śmierci obydwu swoich wujów Cuheira i Abu Taleba. Ponieważ jednak obaj ci mężowie niewiele mogli dlań uczynić, przeto musiał zarabiać na chleb jako pasterz owiec. Potem został poganiaczem wielbłądów i nosicielem łuków i kołczanów; wtedy to zapewne obudziło się i rozwinęło w nim wojownicze usposobienie. Mając dwadzieścia pięć lat, wstąpił do służby u bogatej wdowy po kupcu Chadidży i służył jej z taką wiernością i poświęceniem, że polubiła go i weszła z nim w związek małżeński. Ale Mohammed stracił potem wielki majątek żony. Utrzymywał się więc odtąd aż do czterdziestego roku życia jako kupiec i handlarz. Podczas dalekich podróży stykał się z Żydami i Chrześcijanami, z Braminami i Czcicielami ognia i starał się poznać ich religie. Cierpiał na epilepsyę, a wskutek tego na rozstrój nerwowy, co wywołało u niego skłonność do halucynacyi. Jego religijne dociekania nie sprzyjały leczeniu choroby tak, że w końcu zamknął się w jaskini, położonej w pobliżu Mekki, na górze Hara. Tu miał pierwsze wizye. Grupa wiernych, którzy się dokoła niego gromadzili, składała się z początku tylko z żony Chadidży, niewolnika Zaida, dwu mieszkańców Mekki, Othmana i Abu Bekra, oraz młodego brata stryjecznego, Alego, który otrzymał potem zaszczytny przydomek Areth-Allah. On należy do najnieszczęśliwszych bohaterów Islamu. Ten Ali, którego imię znaczy po polsku: "wysoki, wzniosły", urodził się w roku 602. i cieszył się tak wielkiem poważaniem Muhammeda, że dostał za żonę córkę jego, Fatimę. Kiedy prorok po raz pierwszy wygłosił w gronie rodzinnem nowe artykuły wiary i zapytał: "Kto z pośród was chce być moim zwolennikiem?", w szyscy odpowiedzieli milczeniem; tylko młody Ali, porwany wspaniałą poezyą wykładu, zawołał głosem donośnym i stanowczym: "Ja chcę być i nigdy cię nie opuszczę!" Tego nie zapomniał mu Mohammed nigdy. Był to wojownik waleczny i szalenie odważny, przyczynił się też w znacznej części do niezmiernie szybkiego rozszerzenia się Islamu. Mimo to, kiedy Mohammed umarł bez rozporządzenia ostatniej woli, pominięto go i obrano kalifem teścia mohammedowego, Abu Bekra. Po nim nastąpił w roku 634. drugi teść proroka, imieniem Omar, po którym znowu przyszedł zięć Mohammeda, Othman. W ro ku 656. zasztyletował go syn Abu Bekra. Jako sprawcę tego mordu posądzono Alego, a kiedy partya jego obwołała go kalifem, wielu namiestników odmówiło mu posłuszeństwa. Walczył on o kalifat przez cztery lata, aż w roku 660. zamordował go Abd-er-Rahman. Pochowany jest w Kufie, gdzie też postawiono mu pomnik. Odtąd datuje się rozłam, dzielący Mahometan na dwa wrogie obozy: Sunnitów i Szyitów. Rozdziału tego właściwie nie wywołały różnice w pojmowaniu zasad Islamu; jest to raczej kwestya osób, kwestya, kto powinien być następcą proroka. Wyznawcy Szii twierdzą, że ani Abu Bekr, ani Omar, ani Othman, lecz jedynie Ali miał prawo do pierwszego namiestnictwa po proroku. Sporów, które powstały potem pomiędzy obydwoma partyami o przymioty Boga, o fatum, o wieczność Koranu i o przyszłą nagrodę za życie na ziemi, nie należy uważać za zbyt istotne. Ali pozostawił dwu synów: Hassana i Hosseina. Pierwszego wybrali kalifem Szyici, podczas gdy stronnicy Sunny powierzyli kalifat Muawiji I., założycielowi dynastyi Ommajadów. Ten drugi przeniósł swą rezydencyę do Damaszku, ustanowił dziedziczność kalifatu i już za życia wymusił uznanie następcą syna swego Dżezida, który okazał się później takim okrutnikiem, że wspomnienie jego spotyka się nawet u Sunnitów z przekleństwem. Hassan nie mógł podołać Muawiji i umarł otruty w roku 670. w Medynie. Brat jego Hossein sprzeciwiał się uznaniu Dżezida i stał się bohaterem jednego z najtragiczniejszych epizodów w historyi Islamu. Dłoń Muawiji ciężyła potężnie na prowincyach, a namiestnicy jego wspierali go w tem ze wszystkich sił. I tak naprzykład nakazał Zijad, namiestnik Basry, żeby po zachodzie słońca nikt pod karą śmierci nie ważył się pokazać na ulicy. Wieczorem po ogłoszeniu tego rozkazu spotkano dwieście osób poza ich domami i pościnano im natychmiast głowy. Następnego dnia liczba ich była już daleko mniejsza, a trzeciego wieczoru nie widać już było nikogo. Najsroższym z Ommajadów był Hadjasz, namiestnik Kufy, którego tyranię przypłaciło życiem sto dwadzieścia tysięcy ludzi. Jeszcze gorszym od Muawiji okazał się syn jego, Dżezid. Za czasów tego potwora przebywał Hossein w Mekce, gdzie przyjmował posłów z Kufy, wzywających go, by przybył do nich, ponieważ chcą go uznać kalifem. Poszedł za tem wezwaniem - na swoją zgubę. Ze stu zaledwie wiernymi zwolennikami przybył Hossein pod Kufę, ale zastał ją już obsadzoną przez przeciwników. Rozpoczął bezowocne układy, a tymczasem wyczerpały się zapasy żywności, woda wyschła w żarze słonecznym, popadały zwierzęta, a towarzyszom jego wyzierała śmierć blada z zapadłych, błyszczących od gorączki oczu. Daremnie wołał do Allaha i proroka o pomoc i ocalenie; zguba jego była "w księdze zapisaną". Obeid Allah, jeden z dowódców Dżezida, uderzył nań pod Kerbelą, wyrżnął w pień cały jego orszak, a jego samego kazał zabić. Zastano go w chwili, kiedy prawie konał z braku wody, ale nie miano dlań litości. Bronił się bezskutecznie resztką sił niknącego życia - ale ucięto mu głowę, wbito ją na włócznię i obnoszono w tryumfalnym pochodzie. Stało się to 10. muharremu i do dziś jest ten dzień u Szyitów dniem żałoby. W Hindostanie noszą obraz z głową Hosseina na włóczni podobnie, jak to się stało w dniu jego śmierci i naśladują podkową, sporządzoną ze szlachetnych kruszców tętent jego rumaka. Dnia 10. muharremu rozlega się okrzyk boleści od Borneoli Celebes przez całe Indye i Persyę aż do Mogrebu azyatyckiego, gdzie Szia posiada jeszcze nielicznych rozprószonych wyznawców, a w Kerbeli odbywa się przedstawienie dramatyczne, które pod względem scen najdzikszej rozpaczy nie ma równego sobie. Biada Sunnicie, biada giaurowi, któryby się chciał dnia tego pokazać wśród rozszalałej do wściekłości tłuszczy Szyitów! Rozdartoby go w kawały! Ten wstęp historyczny niech posłuży do lepszego zrozumienia tego, co nastąpi. Powzięliśmy nad Cabem postanowienie jechać wzdłuż tej rzeki do Kurdów Szirban, a następnie do Kurdów Zibar. Do Szirbanich mieliśmy polecenia od beja z Gurari i od meleka z Lican, a stąd począwszy, liczyliśmy na dalszą pomoc. Szirbanie przyjęli nas gościnnie, ale Zibarowie bardzo nieprzyjaźnie; później udało mi się zapewnić sobie ich przychylność. Dotarliśmy szczęśliwie do rzeki Akry, spotkaliśmy się tu jednak u dzikiej ludności górskiej z taką złośliwością, że musieliśmy po różnych przykrych doświadczeniach zwrócić na południowy wschód. Przeszliśmy Cab na wschód od Ghara Surgh, zostawiliśmy po lewej stronie Pir Hazan i nie mogąc zaufać tamtejszym Kurdom, trzymaliśmy się z konieczności wzdłuż Dżebel Pir Mam kierunku południowo-wschodniego, aby potem zboczyć na prawo i dostać się do Tygrysu gdzieś między Diyaleh a Małym Cabem. Spodziewaliśmy się, że Arabowie Dżerboa przyjmą nas gościnnie i dadzą nam pewnych przewodników, tymczasem dowiedzieliśmy się ku wielkiemu, naszemu zmartwieniu, że oni połączyli się z Obeidami i Ben i Lamami, aby wszystkim szczepom, zamieszkałym pomiędzy Tygrysem i Thatharem dać poznać ostrza swych włóczni. Szammarowie byli wprawdzie zaprzyjaźnieni z jednym szczepem Obeidów, którego szejkiem był Eslah el Mahem, ale człowiek ten mógł tymczasem zmienić swe przekonanie, a o innych szczepach wiedział Mohammed Emin na pewne, że są względem Haddedihnów nieprzyjaźnie usposobione. Wśród takich okoliczności uważaliśmy za rzecz najstosowniejszą zwrócić się ku Sulimanii, a potem dopiero postanowić, co dalej. Uwolniwszy Amada el Ghandur i doprowadziwszy go szczęśliwie aż tutaj, woleliśmy pójść dalej dokoła, aniżeli wystawiać się na nowe niebezpieczeństwa. Tak dostaliśmy się po dłuższym czasie, oraz po wielu wysiłkach i niedostatkach szczęśliwie do północnych stoków gór Cagros. Wieczór już zapadał, kiedy rozłożyliśmy się na brzegu lasu, w którym rosły same czimary. Ponad nami wisiało niebios sklepienie, pełne takiego blasku, jaki tylko w tych stronach można oglądać. Znajdowaliśmy się w pobliżu granic Persyi, której powietrze słynie z przezroczystości. Gwiazdy świeciły tak jasno, że chociaż księżyca nie było ani w kalendarzu, ani na niebie, mogłem o trzy kroki dokładnie rozróżnić wskazówki na zegarku, a czytać mogłem nawet drobne pismo. Światło Jowisza było tak silne, że nawet wówczas gdybym brzegiem dalekowidza z odśrubowanemi soczewkami zakrył był tarczę samej płanety, trudnoby mi było odróżnić jego księżyce. Widać było nawet ciała niebieskie, dostrzegalne tylko przez teleskop. Przeźrocze takiego firmamentu wywiera głębokie wrażenie na duszy i dzięki temu zrozumiałem, dlaczego w Persyi miała swą kolebkę astrologia, ta niewolna matka szlachetnej córki, która zapoznaje nas z błyszczącymi światami niebios. Ze względu na nasze położenie woleliśmy nocować na wolnem powietrzu. Za dnia jeszcze kupiliśmy sobie od pewnego pasterza jagnię, a teraz roznieciliśmy ogień, aby je sprawić, ostrzyc i upiec razem ze skórą. Konie pasły się w pobliżu. W ostatnich czasach musiały się nadzwyczajnie wytężać i należało im dać przez kilka dni wypocząć, co jednak było niemożliwem. Sami mieliśmy się dobrze z wyjątkiem jednego z nas. Był to sir Dawid, który miał wielkie zmartwienie. Oto przed kilku dniami przeszedł febrę, która trwała około dwudziestu czterech godzin. Potem choroba ustała, ale równocześnie rozwinął się u niego ten okropny dar Wschodu, który łacinnik nazywa febris alleppensis, Francuz mai d'Aleppo albo bouton d'Alep. Ten "guz alepski", nawiedzający nietylko ludzi, lecz i niektóre zwierzęta, jak psy i koty, rozpoczyna się zawsze krótkotrwałą febrą, poczem wyrasta na twarzy, piersiach, na rękach lub nogach guz, który wydziela jakąś ciecz, nie znika piawie przez cały rok i pozostawia po sobie nie niknącą już nigdy bliznę. Nazwa tego obrzmienia jest nieodpowiednia, ponieważ choroba ta pojawia się nietylko w Aleppo, lecz także w całej okolicy Antyochii, Mossulu, Diarbekru, Bagdadu i w niektórych stronach Persyi. Widziałem już niejednokrotnie to szpecące obrzmienie, ale nigdy jeszcze w tych rozmiarach, co u naszego poczciwego master Lindsaya. Nie dość bowiem na tem, że błyszczało czerwonością, przechodzącą w ciemny kolor, ale było na tyle bezczelne, że obrało sobie nos za siedlisko, ten nos, który i tak był nieszczęśliwy z powodu zbyt pokaźnych rozmiarów. Nasz Englishman nie znosił swego nieszczęścia z poddaniem się, z jakiem był powinien jako gentleman i przedstawiciel very great and excellent nation, lecz okazywał gniew i zniecierpliwienie, którego wybuchy zmuszały często serca słuchaczy do udziału w cierpieniach. I teraz siedząc przy ogniu, obmacywał ustawicznie oboma rękami ową nieznośną nabrzmiałość. - Master! - rzekł do mnie. - Popatrzeć tu! - Gdzie? - Hm! Głupie pytanie! Naturalnie, że na moją twarz! Yes! Znowu urosło? - Co? Kto? - 's death! Ten guz! Czy bardzo urósł? - Bardzo! Wygląda zupełnie jak ogórek. - All devils! To straszne! Okropne! Yes! - Może z czasem będzie z tego fowling-bull, sir! - Czy chcecie dostać w twarz, master? Jestem zaraz do usług! Chciałbym, żebyście sami mieli ten nędzny swelling na nosie. - Czy was boli? - Nie. - To cieszcie się! - Cieszyć się? Zounds! Jakże mogę się cieszyć, kiedy ludzie myślą, że mój nos przyszedł na świat razem ze snuff-boxem! Jak długo będę to miał? - Prawie rok, sir! Wytrzeszczył oczy, że omal nie cofnąłem się ze strachu, zwłaszcza że przerażenie rozwarło mu usta tak szeroko, iż nos razem ze snuff-boxem (tabakierą) mogły wejść do środka. - Rok? Cały rok? Całych dwanaście miesięcy? - Tak mniej więcej. - Oh! Ah! Horrible! Straszna, okropna rzecz! Czyż niema żadnego środka? Plaster? Maść? Przyłożyć papkę? Odciąć? - Nic, całkiem nic. - Ależ na każdą chorobę są pewne środki! - Na tę niema, sir! Ta nabrzmiałość nie jest wcale niebezpieczna, lecz gdy się ją przetnie lub choćby draśnie, może być nawet bardzo groźną. - Hm! A co potem, jak zejdzie? Czy to widać jeszcze? - Rozmaicie bywa. Im większy był guz, tem większa zostaje dziura. - My sky! Dziura? - Niestety! - Ojoj! Straszny tu kraj! Nędzna okolica! Postaram się o to, aby wrócić do Old England! Well! - Wstrzymajcie się trochę, sir! - Czemu? - Co powiedzianoby w starej Anglii na to, że sir Dawid Lindsay pozwala swemu nosowi zakładać filie! - Hm! macie słuszność, master! Ulicznicy biegaliby za mną. Zostanę tutaj i będę się... - Zihdi! - przerwał mu Halef, zwracając się do mnie - nie oglądaj się! - Siedziałem obrócony plecyma do lasu i pomyślałem sobie natychmiast, że mały hadżi dostrzegł coś poza mną. - Co widzisz? - spytałem. - Parę oczu. Prosto za tobą stoją dwa czimary, a między nimi krzak dzikiej gruszy. Tam siedzi człowiek, którego oczy ujrzałem. - Czy widzisz jeszcze? - Czekaj! Obserwował niepostrzeżenie, jak tylko mógł, a ja pouczyłem tymczasem drugich, że się mają zachować tak, jak dotychczas. - Teraz! - rzekł Halef. Powstałem i jąłem udawać, że szukam chróstu na ogień. Oddaliłem się przytem od obozu tak, że nie można mnie było zobaczyć. Następnie wszedłem do lasu i skradałem się znowu z powrotem. Nie upłynęło dziesięć minut, kiedy znalazłem się za czimarami, gdzie miałem sposobność przekonać się o bystrości wzroku Halefa. Między drzewami a krzakiem leżał człowiek i przypatrywał się uważnie temu, co robimy przy ognisku. Co to miało znaczyć? Znajdowaliśmy się w okolicy, gdzie na kilka mil dokoła nie było żadnych osad ludzkich. Uwijały się tu tylko rozmaite pomniejsze szczepy kurdyjskie, które się wzajemnie zwalczają, a kiedy niekiedy mógł tu zabłądzić z Persyi jakiś szczep koczowniczy, by coś zrabować i uciec. Było tu przytem dość włóczęgów, rozbitków zniszczonych plemion, którzy szukali sposobności, aby się przyłączyć do innego szczepu. Nie mogłem swobodnie i z ufnością zbliżyć się do podpatrującego, przysunąłem się więc pocichu do niego i schwyciłem go za kark. Przeraził się tak dalece, że zesztywniał zupełnie i nie bronił się wcale, gdy go podniosłem i zawlokłem do ogniska. Tam położyłem go n a ziemi i dobyłem sztyletu. - Człowieku, nie rusz się, bo cię zakłuję! - oświadczyłem mu groźnie. Nie byłem wcale tak srogo usposobiony, ale nieznajomy wziął moją groźbę na seryo i złożył ręce błagalnie. - Panie, litości! - To od ciebie zależy. Jeśli mię okłamiesz, zginąłeś. Ktoś ty? - Jestem Turkomanem z plemienia Bejat. Turkoman? Tutaj? Sądząc z ubrania, można było przypuścić, że mówi prawdę. Wiedziałem też, że dawniej istnieli Turkomani pomiędzy Tygrysem a granicą perską, zgadzało się zaś i to, że szczep Bejatów do nich należał. Luryjska pustynia i równina Tapespi były terenem ich włóczęgi. Kiedy jednak Nadir Szach wpadł do bagdadzkiego ejaletu, powlókł Bejatów do Khorassanu. Nazwał tę prowincyę z powodu jej położenia i właściwości "mieczem Persyi" i starał się ją zaludnić walecznymi, wojowniczymi mieszkańcami. - Bejat? - zapytałem. - Kłamiesz! - Mówię prawdę, panie! - Bejaci nie mieszkają tu, lecz w odległym Khorassanie. - Masz słuszność; ale kiedy musieli opuścić te okolice, zosłało przecież kilku, a ci tak się rozmnożyli, że liczą teraz przeszło tysiąc wojowników. Mamy letnie siedziby w okolicach ruin Kizzel-Karaba i nad brzegami Kuru-Czai. Przyszło mi na myśl, że o tem słyszałem. - A teraz znajdujecie się tu w pobliżu? - Tak, panie. - Ile macie namiotów? - Nie mamy namiotów. To mię uderzyło. Skoro plemię koczownicze opuszcza obóz bez namiotów, to znaczy to zazwyczaj, że jest na wyprawie rozbójniczej lub wojennej. Pytałem dalej: - Ilu was jest dzisiaj? - Dwustu! - A kobiet? - Nie mamy ich z sobą. - Gdzie wasz obóz? - Niedaleko stąd. Jeśli obejdziesz tamten róg lasu, będziesz u nas. - Więc zauważyliście tu nasz ogień? - Spostrzegliśmy go, a chan wysłał mnie, abym zbadał, co za ludzie się tu znajdują. - Dokąd idziecie? - Na południe. - Do jakiej miejscowości? - W okolice Sinny. - To jest przecież w Persyi. - Tak. Przyjaciele nasi obchodzą tam wielką uroczystość, na którą nas zaprosili. To mię znów uderzyło. Ci Bejaci mieli swoje sadyby nad brzegami Kuru-Czai i obok ruin Kizzel-Karaba, a zatem w pobliżu Kifri; to miasto zaś leżało na południowy zachód od naszego dzisiejszego obozowiska, podczas gdy Sinna leżała o dwie trzecie tego oddalenia na południowym wschodzie. Dlaczego Bejaci nie udali się wprost z Kifri do Sinny? Czemu tak daleko kołują? - Co robicie tu w górze? - zapytałem więc. - Czemu przedłużyliście sobie drogę w dwójnasób? - Bo musielibyśmy iść przez kraj baszy z Sulimami! a on jest naszym nieprzyjacielem. - Ależ tutaj jesteście także na jego terytoryum. - Tu nas szukać nie będzie. Wie o tem, żeśmy wyruszyli i przypuszcza, że znajdzie nas na południe od swej rezydencyi. To zdanie miało cechy prawdopodobieństwa, ale mimo to nie miałem jeszcze szczerego zaufania do tego człowieka. Powiedziałem sobie jednak, że obecność tych Bejatów może nam tylko przynieść pożytek. Pod ich osłoną mogliśmy dojść do Sinny i wówczas nie potrzebowaliśmy się obawiać niczego. Turkoman uprzedził moje pytanie, które chciałem zadać w tej sprawie. - Panie, czy mię uwolnisz? Nic wam przecież nie zrobiłem! - Uczyniłeś tylko, co ci kazano; jesteś wolny! Odetchnął z widoczną ulgą. - Dziękuję ci, panie! W którą stronę zwrócone są głowy waszych koni? - Na południe. - Przychodzicie z północy? - Tak. Przybywamy z k raju Tijarich, Berwarich i Chaldanich. - To jesteście odważni i waleczni ludzie. Do którego plemienia należycie? - Ten mąż i ja jesteśmy emirami z Frankistanu, a ci drudzy, to nasi przyjaciele. - Z Frankistanu? - Panie, czy zechcecie pójść z nami? - A czy twój chan poda mi przyjaźnie swoją dłoń? - Z pewnością. My wiemy, że Frankowie są wielkimi wojownikami. Czy pójść i powiedzieć mu o was? - Idź i zapytaj, czy nas przyjmie! Powstał i oddalił się szybko. Moi towarzysze zgodzili się na to, co uczyniłem; szczególnie cieszył się tem Mohammed Emin. - Effendi - rzekł - słyszałem często o Bejatach. Żyją oni w ciągłej niezgodzie z Arabami: Dżerboa, Obejde i Ben i Lam, a więc i nam się przydadzą. Nie mówmy jednak, że jesteśmy Haddedihnami; niech lepiej o tem nie wiedzą. - I teraz jeszcze musimy być ostrożni, gdyż nie wiemy, jak chan nas przyjmie. Przyprowadźcie konie i przygotujcie broń, aby nas żaden niespodziany wypadek nie zaskoczył! Bejaci musieli się tymczasem bardzo długo naradzać, gdyż, zanim dali o sobie znak życia, upiekło się nasze jagnię i zjedliśmy je. Turkoman, który był u nas, zjawił się z trzema jeszcze towarzyszami. - Panie - rzekł - chan mnie przysyła. Przyjdźcie do niego, miło nam będzie was powitać. - To idźcie naprzód i prowadźcie nas! Dosiedliśmy koni i ruszyliśmy za nimi ze strzelbami w ręku. Po obejściu rogu leśnego nie spostrzegliśmy jeszcze nic podobnego do obozu, zaledwie jednak minęliśmy pas gęstych zarośli, dostaliśmy się na plac, otoczony dokoła krzakami, a w pośrodku niego płonęło potężne ognisko. Miejsce na obóz wybrane było doskonale, gdyż z zewnątrz nie łatwo je było zobaczyć. Ogień nie służył do ogrzania ludzi, lecz do sporządzenia wieczerzy. Około dwustu ciemnych postaci leżało rozrzuconych po trawie, a trochę z boku opodal migocącego ognia siedział chan, który powoli powstał, gdyśmy się zjawili. Podjechaliśmy tuż obok niego i zeskoczyliśmy z koni. - Pokój z tobą! - powitałem go. - Mi newahet kerdem - składam swój ukłon! - odrzekł, pochylając się. To było po persku. Może chciał mi dowieść w ten sposób, że jest rzeczywiście Bejatem, którego szczep macierzyński ma siedzibę w Khorassanie. Pers jest Francuzem Wschodu. Język perski jest giętki i dźwięczny, dzięki czemu przyjęło go i wprowadziło na swych dworach bardzo wielu książąt azyatyckich. Ale uprzejme, pochlebne, często płaszczące się zachowanie Persa, nie robiło na mnie nigdy korzystnego wrażenia; prosta, surowa uczciwość Araba więcej mi się podobała. Inni zerwali się także, a wszystkich ręce wyciągnęły się usłużnie, aby wziąć od nas konie, my jednak trzymaliśmy je za cugle, nie wiedząc jeszcze, czy to gościnność, czy podstęp. - Oddaj im konie! - rzekł chan. - Niech się nimi zaopiekują. Chciałem się zaraz upewnić, zapytałem więc w perskim języku: - Hesti irszad engic - czy zapewniasz nam bezpieczeństwo? Skłonił się na znak potwierdzenia i podniósł rękę do góry. - Mi zaukend chordem - przysięgam na to! Usiądźcie ze mną i pomówmy! Bejaci zabrali konie, mój tylko został w ręku Halefa, który zawsze bardzo dobrze wiedział, czem może mi sprawić przyjemność. Zajęliśmy miejsca obok chana. Blask ognia padał prosto na nas tak, że mogliśmy się wzajemnie dokładnie rozpoznać. Chan był człowiekiem w średnim wieku i bardzo wojowniczej postaci. Rysy jego były otwarte i budzące zaufanie, a pełne szacunku oddalenie, w jakiem podwładni jego odeń się trzymali, pozwalało wnosić o miłującym uczciwość i świadomym swej wartości charakterze. - Czy znasz już moje imię? - zapytał. - Nie - odpowiedziałem. - Jestem Hajder Mirlam, siostrzeniec sławnego Hassan Kerkusz-Beja. Czy słyszałeś o nim? - Tak. Rezydował w pobliżu wsi Dżenijah, leżącej przy drodze pocztowej z Bagdadu do Tanku. Był to wojownik bardzo waleczny, ale mimo to miłował pokój i każdy opuszczony znajdował u niego dobrą opiekę. On powiedział mi swoje imię, względy uprzejmości więc wymagały, żebym mu podał moje. Ciągnąłem więc dalej. - Twój wywiadowca powiedział ci już, że jestem Frankiem. Nazywają mnie Kara Ben Nemzi. Mimo słynnej oryentalnej zdolności panowania nad sobą, nie mógł stłumić okrzyku zdumienia: - Ajah - oh! Kara Ben Nemzi! W takim razie ten drugi człowiek z czerwonym nosem, to emir z Inglistanu, który chce wykopywać kamienie i napisy? - Czy słyszałeś o nim? - Tak, panie! Powiedziałeś mi tylko swoje imię, ale ja znam ciebie i jego. Ten mały człowiek, trzymający twojego konia, to hadżi Halef Omar, którego boi się tylu wielkich! - Zgadłeś. - A kto są ci dwaj inni? - To moi przyjaciele, którzy imiona swe położyli pod kuran. Kto ci o nas opowiadał? - Znasz Ibn Zedara Ben Huli, szejka Abu Hammedów? - Tak. Czy to twój przyjaciel? - Nie jest ani moim przyjacielem, ani wrogiem, i nie mam obowiązku pomścić go na tobie. Nie bój się! - Ja się nie boję! - Wierzę temu. Spotkałem się z nim koło Eski Kifri i dowiedziałem się, że z twojej winy musi płacić haracz. Bądź ostrożnym, panie! Zabije cię, skoro wpadniesz mu w ręce. - Znajdowałem się w jego ręku, a nie zabił mnie. Byłem jego jeńcem, ale on nie zdołał mnie zatrzymać. - Słyszałem o tem. Zabiłeś lwa sam jeden i wśród ciemności, a potem odjechałeś z jego skórą. Czy sądzisz, że i ja nie potrafiłbym cię zatrzymać, gdybyś był moim jeńcem? To brzmiało podejrzanie, ale ja odpowiedziałem spokojnie: - Nie zatrzymałbyś mnie; a nie pojmuję nawet, w jaki sposób próbowałbyś mię wziąć do niewoli. - Panie, nas dwustu, a was tylko pięciu! - Chanie, nie zapominaj, że dwaj emirowie z F ran - kistanu znajdują się pośród tych pięciu, a oni warci tyle, co dwustu Bejatów! - Odzywasz się bardzo dumnie! - A ty pytasz bardzo niegościnnie. Czyż mam wątpić w rzetelność twego słowa, Hajder Mirlamie? - Jesteście moimi gośćmi, pomimo że nie znam imion tych dwu mężów i będziecie ze mną spożywać chleb i mięso. Łaskawy uśmiech okrasił jego usta, a wzrok, rzucony ku Haddedihnom, powiedział mi resztę. Mohammed Emina można było dzięki śnieżno-białej brodzie poznać pośród tysięcy. Na skinienie chana przyniesiono kilka czworokątnych kawałków skóry, a na nich podano chleb, mięso i daktyle, po jedzeniu zaś tytoń do fajek, przyczem chan własnoręcznie podawał nam ogień. Teraz dopiero mogliśmy się uważać za jego gości, dałem więc Halefowi znak, aby konia mego zaprowadził do innych. Spełniwszy to polecenie, usiadł Halef także koło nas. - Jaki cel waszej wędrówki? - pytał chan. - Jedziemy ku Bagdadowi - odpowiedziałem przezornie. - A my dążymy do Sinny - rzekł chan. - Może pojedziecie razem z nami? - Pozwolisz na to? - Miło mi będzie widzieć was u siebie. Pójdź i podaj mi rękę, Kara Ben Nemzi! Niech moi bracia będą braćmi twoimi, a moi wrogowie twoimi nieprzyjaciółmi! Podał mi rękę, a ja przybiłem na znak zgody, poczem postąpił taksamo z drugimi, którzy cieszyli się serdecznie, że znaleźli tu tak niespodzianie przyjaciela i obrońcę. Musieliśmy później tego żałować. Chan nie miał względem nas złych zamiarów, ale zdawało mu się, że zyskał w nas dobry nabytek, który mu przyniesie wielką korzyść. - Jakie szczepy spotyka się po drodze stąd do Sinny? - pytałem. - To wolny kraj; to ten, to ów pasie tu swoje trzody, a ten zostaje, który silniejszy. - Do którego szczepu jesteście zaproszeni? - Do Dżiafów. - Ciesz się więc swymi przyjaciółmi, gdyż to plemię jest najpotężniejsze w całym kraju! Boją się go Szejk Izmael, Cengeneh, Kelogawani, Kelore, a nawet Szenki i Hallali. - Emirze, czy byłeś już kiedy tutaj? - Nigdy jeszcze. - Ale znasz przecie wszystkie szczepy w tej okolicy? - Nie zapominaj, że jestem Frank. - Tak, Frankowie wiedzą o wszystkiem, nawet o tem, czego nie widzieli. Czy słyszałeś także o szczepie Bebbeh? - Tak. To najbogatszy szczep na dalekiej i szerokiej przestrzeni tego kraju, a sioła swe i namioty ma w okolicach Sulimanii. - Dobrze to znasz. Czy masz pośród nich przyjaciół lub nieprzyjaciół? - Nie. Nie spotkałem się jeszcze nigdy z żadnym z Bebbehów. - Może ich poznacie. - Czy zejdziecie się z nimi? - Może, chociaż chętnie unikamy spotkania. - Czy znasz dokładnie drogę do Sinny? - Całkiem dokładnie. - Jak daleko stąd? - Kto ma dobrego konia, zajedzie tam w trzech dniach. - A jak daleko do Sulimanii? - Możesz się do niej dostać już we dwa dni. - Kiedy jutro ruszamy? - Ze wschodem słońca. Czy życzysz sobie pójść na spoczynek? - Jak tobie wygodnie. - Wola gościa jest prawem w obozie, a wy jesteście znużeni, gdyż odłożyłeś już fajkę. Także amasdar zamyka już oczy. Spocznijcie sobie. - Bejatend szirinkar - Bejaci mają piękne obyczaje. Pozwolisz, że rozłożymy nasze koce! - I owszem. Allah aramed szumara - niech wam Bóg użyczy dobrego snu! Na jego skinienie przyniesiono dywany, z których zrobił sobie posłanie. Towarzysze moi porozkładali się, jak mogli najwygodniej, ja zaś przedłużyłem cugle mego karego zapomocą lassa, przywiązałem je sobie u przegubu ręki i położyłem się zewnątrz obozowiska. Tak mógł się koń paść, a ja byłem spokojny o niego, zwłaszcza że pies się przy mnie znajdował. Tak przeszło kilka chwil. Nie zamknąłem jeszcze oczu, gdy ktoś zbliżył się do mnie. Był to Anglik, który rozłożył obok mnie oba swoje koce. - To ładna przyjaźń - mruczał. - Siedzę i nie rozumiem ani słowa! Myślę, że należy mi wyjaśnić! Tymczasem ten przyjaciel odemnie ucieka. Hm! Dziękuję bardzo! - Darujcie, sir! Zapomniałem o w as istotnie! - O mnie zapomnieć! Czy wyście ślepi, czy ja za mały? - No, w oko wpadacie, zwłaszcza od czasu, jak macie na twarzy tę latarnię morską. A zatem, co chcecie wiedzieć? - Wszystko! A poza tem dajcie pokój latarni morskiej! Co omawialiście z szejkiem, czy chanem? Powtórzyłem mu pokrótce treść rozmowy z Hajder Mirlamem. - Well, to korzystne. Nie? - Być bezpiecznym przez trzy dni lub nie być, to przecież różnica. - Powiedzieliście więc: do Bagdadu? Czy macie to rzeczywiście na myśli, master? - Byłoby mi to w każdym razie najmilsze, ale nie da się to wykonać. - Czemu nie? - Musimy wrócić do Haddedihnów, gdyż macie tam jeszcze swoich służących, a następnie trudno mi się rozłączyć z Halefem. Nie opuszczę go przynajmniej, dopóki nie odstawię go całym i zdrowym jego młodej żonie. - Słusznie. Yes! Dzielny chłop! Warta dziesięć tysięcy funtów! Well! Chętnie udałbym się tam także. - Czemu? - Z powodu fowling-bulls. - O, starożytności można znaleść także w pobliżu Bagdadu; naprzykład w ruinach koło Hilli. Tam leżał Babilon i do dziś dnia rozciągają się w tem miejscu zwaliska w promieniu kilku mil geograficznych, chociaż Babilon nie był tak wielki jak Niniwa. - Oh! Ah! Jechać tam! Do Hilli! Nie? - O tem nic teraz jeszcze nie można powiedzieć. Główna rzecz, żebyśmy się szczęśliwie dostali nad Tygrys. Co dalej, to się pokaże. - To pięknie! Ale pójdziemy tam! Yes! Weil! Good night! - Dobranoc! - Poczciwy Lindsay ani myślał dzisiaj, że dostaniemy się tam prędko i w całkiem; innych okolicznościach, niż sądził teraz. Owinął się kocem i niebawem dało się słyszeć głośne chrapanie. Ja zasnąłem także, zauważywszy wprzód, że czterech Bejatów dosiadło koni i odjechało. Kiedy się zbudziłem, dzień już szarzał, a niektórzy Turkomani zajęci już byli swymi końmi. Halef, który wstał już także, zauważył odjazd czterech Bejatów i doniósł mi o tem, a następnie spytał: - Dlaczego wysyłają tych ludzi, jeśli mają względem nas uczciwe zamiary? - Nie przypuszczam, żeby ci czterej wyjeżdżali właśnie z naszego powodu. Jesteśmy i bez tego w mocy chana, jeśliby chciał nam zrobić co złego. Nie obawiaj się, Halefie! Sądziłem, że wysłano tych czterech jeźdźców na zwiady z powodu niepewności tych okolic i miałem słuszność, jak mi na moje pytanie w tym kierunku objaśnił Hajder Miriam. Po bardzo skromnem śniadaniu, bo składającem się tylko z kilku daktyli, ruszyliśmy w drogę. Chan podzielił swoich ludzi na drobne oddziały, które odbywały pochód w odstępach kwadransu drogi. Był to człowiek rozsądny, ostrożny i starał się wedle sił o bezpieczeństwo dla swoich ludzi. Jechaliśmy bez odpoczynku aż do południa. Zatrzymaliśmy się, gdy słońce zajęło już najwyższy punkt na niebie, aby dać koniom wypocząć. Po drodze nie natknęliśmy się na nikogo, znajdowaliśmy tylko na pewnych miejscach po drzewach i krzakach i na ziemi znaki jeźdźców, wysłanych naprzód. Te znaki wskazywały nam kierunek, w którym mieliśmy się posuwać. Kierunek ten był dla mnie zagadką. Sinna leżała na południowy wschód od miejsca, na którem wczoraj spoczywaliśmy, a my zamiast w tym kierunku, jechaliśmy wprost na południe. - Chciałeś się dostać do Dżiafów - przypomniałem chanowi. - Tak. - Ten szczep wędrowny znajduje się teraz w okolicach Sinny? - Tak. - A więc, jeśli dalej tak pojedziemy, to nie dostaniemy się nigdy do Sinny, lecz do Banny lub do Nwajcgieh! - Czy chcesz odbywać podróż bezpiecznie? - To się rozumie! - My także. Z tego też powodu lepiej będzie, jeżeli ominiemy wrogie plemiona. Będziemy jeszcze dziś do wieczora jechać bardzo szybko, a potem możemy spocząć, gdyż należy się spodziewać, że droga na wschód będzie wolna. To wyjaśnienie jakoś nie całkiem mnie przekonało, ale nie mogłem odeprzeć jego racyi, więc milczałem. Po dwugodzinnym wypoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Jazda była szybka, przyczem zauważyłem, że jechaliśmy często w zygzak; po drodze było widocznie wiele punktów, od których wywiadowcy nasi starali się trzymać nas z dala. Pod wieczór musieliśmy przejść przez wgłębienie, podobne do przekopu. Jechałem u boku chana w pierwszym oddziale i już byliśmy prawie po drugiej stronie, kiedy spotkaliśmy jeźdźca, którego strapiona mina wskazywała, że nie spodziewał się spotkać obcych w tem miejscu. Przysunął konia swego do zbocza, pochylił włócznię i pozdrowił: - Sallam! - Sallam! - odpowiedział chan. - Dokąd cię droga prowadzi? - Do lasu. Chcę upolować sobie owcę górską. - Do jakiego szczepu należysz? - Jestem Bebbeh. - Mieszkasz stale, czy wędrujesz? - Mieszkamy zimą, a w lecie wypędzamy nasze trzody na pastwiska. - Gdzie mieszkasz w zimie? - W Nwajcgieh, stąd na południowy wschód. Za godzinę możesz się tam dostać. Moi towarzysze chętnie was powitają. - Ilu was jest? - Czterdziestu, a przy innych trzodach jeszcze więcej. - Daj mi twą włócznię! - Na co? - spytał jeździec zdumiony. - I twoją flintę! - Dlaczego? - I twój nóż! Jesteś mym jeńcem! - Maszallah! Słowo to było okrzykiem strachu, ale w tej samej chwil, zabłyszczało coś w ostrych jego rysach; poderwał konia, skręcił go i pognał precz. - Złap mnie! - usłyszeliśmy okrzyk tego, tak szybko działającego człowieka. Chan chwycił strzelbę i złożył się do umykającego Ledwie miałem czas odtrącić mu lufę na bok, huknął strzał. Oczywiście, ze kula chybiła celu. Chan podniósł na mnie rękę, ale namyślił się prędko. - Kyangar! - zawołał gniewnie. - Co ty robisz? - Nie jestem zdrajcą - odparłem spokojnie. - Chciałem nie dopuścić do tego, żebyś się stał winnym przelewu krwi. - Ależ on powinien był zginąć! Jeśli nam ujdzie, odpokutujemy to srodze. - Czy darowałbyś mu życie, gdybym ci go sprowadził? - Tak, ale ty go nie schwytasz! - Zaczekaj! Pojechałem za zbiegiem. Nie było go już widać; ale gdy minąłem parów, ujrzałem go znowu. Przedemną rozciągała się równina, porosła krokusami i dzikimi gwoździkami, a po drugiej stronie widać było ciemną linię lasu. Jeślibym mu pozwolił dostać się do lasu wówczas przepadłby dla mnie. - Rih! - zawołałem, kładąc karoszowi dłoń pomiędzy uszami. Dzielne zwierzę dawno już nie było w posiadaniu pełnych sił swoich, ale na ten znak pomknęło, jak gdyby spoczywało miesiącami. We dwie minuty zbliżyłem się do Bebbeha na dwadzieścia długości konia. - Stój! - zawołałem. Był to człowiek bardzo odważny. Zamiast gnać dalej lub wstrzymywać się, wykręcił koniem na miejscu i ruszył ku mnie. Za chwilę musieliśmy o siebie uderzyć. Dojrzałem, jak podniósł włócznię, więc pochwyciłem za lekki sztuciec. Na to on zwrócił swego koma w bok tylko o kilka cali. Przemknęliśmy obok siebie, przyczem grot jego włóczni zwrócony był w moją pierś. Odparowałem szczęśliwie, ale zwróciłem konia natychmiast. Czemu nie użył strzelby? Ponieważ on miał także konia zbyt dobrego, by go zastrzelić, zdjąłem z bioder lasso, przymocowałem jeden koniec do kuli u siodła i złożyłem rzemień w pętlicę. Bebbeh oglądnął się i ujrzał, że się doń zbliżam. Prawdopodobnie nie słyszał jeszcze o lassie i nie wiedział, jak się używa tej niebezpiecznej broni. Do włóczni także nie miał już zaufania, bo zdjął z ramion długą strzelbę, której pocisku już odparować nie można. Odmierzyłem dokładnie na oko odległość i w chwili, gdy on podnosił lufę świsnął rzemień w powietrzu. Zaledwie ustąpiłem w bok z koniem, poczułem szarpnięcie: dał się słyszeć krzyk wstrzymałem konia - Bebbeh leżał z owiniętemi rękoma na ziemi. W chwilę potem byłem już przy nim. - Czy dolega ci ból? To pytanie z mojej strony w obecnych okolicznościach musiało brzmieć jak szyderstwo. Usiłując oswobodzić ramiona, zgrzytnął: - Zbóju! - Mylisz się! Nie jestem zbójem, lecz życzę sobie, byś pojechał ze mną. - Dokąd? - Do chana Bejatów, któremu umknąłeś. - Bejatów? A więc ludzie, których spotkałem, należą do tego szczepu! A jak chan się nazywa? - Hajder Mirlam. - Oh, teraz wiem wszystko. Oby was Allah wygubił, którzy przecież jesteście tylko złodzieje i łotry. - Nie lżyj! Przyrzekam ci na Allaha, że nic ci się nie stanie! - Jestem w twej mocy i muszę cię słuchać. Wyjąłem mu nóż z za pasa, podniosłem włócznię i strzelbę, które mu wypadły, rozwiązałem rzemień i dosiadłem prędko konia, aby być przygotowanym na wszystko. Widocznie jednak o ucieczce nie myślał, bo gwizdnął na swego konia i wskoczył nań. - Ufam twojemu słowu - rzekł. - Jedź! Pocwałowaliśmy obuk siebie z powrotem i spotkaliśmy Bejatów, czekających na nas u wylotu wgłębienia. Na widok jeńca rozpogodziło się oblicze Hajder Mirlama. - Panie, sprowadzasz go rzeczywiście! - zawołał. - Tak, ponieważ ci to przyrzekłem. Ale dałem mu słowo, że nic mu się nie stanie. Tu jego broń! - Później wszystko otrzyma z powrotem, ale teraz zwiążcie go, żeby nie uciekł! Rozkazu tego posłuchano natychmiast. Tymczasem nadciągnął drugi oddział, któremu oddano jeńca z poleceniem, żeby się z nim dobrze obchodzono, lecz zarazem, żeby go równie dobrze strzeżono. Następnie jazda poszła dalszym torem. - Jak się dostał w twe ręce? - spytał chan. - Złowiłem go - odparłem krótko, niezadowolony z postępowania chana. - Panie, ty się gniewasz - rzekł - ale zobaczysz, że tak postąpić musiałem. - Spodziewam się! - Nie mogę dopuścić, żeby ten człowiek wygadał się, iż Bejaci znajdują się w pobliżu. - Kiedy go wypuścisz? - Gdy to się będzie mogło stać bez niebezpieczeństwa dla nas. - Zważ, że on właściwie do mnie należy. Spodziewam się, że moje słowo, które mu dałem, nie będzie zhańbione! - Cobyś uczynił, gdyby się stało coś przeciwnego? - Jabym cię poprostu... - Zabiłbyś? - przerwał mi. - Nie. Jestem Frank, to znaczy chrześcijanin i zabijam ludzi tylko wówczas, gdy muszę bronić swego życia przed nimi. Nie zabiłbym cię zatem, ale rozstrzelałbym na strzępy twoją rękę, którą stwierdziłeś mi twe przyrzeczenie. Emir Bejatów byłby wówczas jako chłopiec, nie umiejący władać nożem, albo jako stara baba, z której głosu nikt nic sobie nie robi. - Panie, gdyby mi to ktoś inny powiedział, śmiałbym się, ale was mogę o to posądzić, że zaatakowalibyście mnie wśród moich wojowników. - Moglibyśmy to istotnie uczynić! Niema między nami nikogo, ktoby się bał Bejatów. - Czy Mohammed Emin także nie? - odpowiedział z uśmiechem. Spostrzegłem, że tajemnica zdradzona, ale odpowiedziałem obojętnie: - On także nie. - A Amad el Ghandur, syn jego? - Czy słyszałeś kiedy, że jest tchórzem? - Nigdy! Panie, gdybyście nie byli mężami, nie przyjąłbym was do siebie, bo drogi, po których jedziemy, są niebezpieczne. Życzę sobie, byśmy je odbyli szczęśliwie! Wieczór zapadał, i właśnie, kiedy zrobiło się już tak ciemno, że był największy czas rozłożyć się obozem, dotarliśmy do potoku, który wypływał z labiryntu skał. Tam oczekiwali czterej Bejaci, którzy nas wyprzedzili. Chan zsiadł z konia i udał się do nich, aby z nimi pomówić. RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.