Podziękowania
Przede wszystkim wyraźmy wdzięczność Emily -
osobie, której dedykowana jest ta książka - za to, że jest jednocześnie
moim natchnieniem, i współprezeską Dragonsteel. Sądzę, że wszyscy
bylibyście zdziwieni tym, jak wiele robi za kulisami. Zasługuje na
pochwały, wyrazy uznania i ogromne podziękowania za to, że podzieliła
się z Wami wszystkimi swoją książką (czyli tą).
Dział artystyczny skupia się na kwestiach takich jak ilustracje w książkach, grafika koncepcyjna i tym podobne fajne rzeczy. Spośród
pracujących w tym dziale chciałbym podziękować Isaacowi StewarŤowi -
wiceprezesowi i mojemu wieloletniemu wspólnikowi - za to, że wziął na
siebie ogromne zadanie przygotowania oprawy graficznej wszystkich
tajnych projektów.
A skoro o tym mowa, za tę książkę odpowiadała Aliya Chen, która wykonała
kawał doskonałej roboty. Chciałem, by w każdej z tych książek
ilustratorzy mieli wyjątkowo dużo swobody i mogli tworzyć takie
ilustracje, jakie sobie wymarzyli, zaś z Aliyą pracowało się
fantastycznie. Mam nadzieję, że słuchacze audiobooka znajdą czas, żeby
obejrzeć piękne ilustracje, które stworzyła na potrzeby tego projektu.
W dziale tym pracują również Rachael Lynn Buchanan (która zainteresowała
nas twórczością Aliyi), Jennifer Neal, Ben McSweeney, Hayley Lazo,
Priscilla Spencer i Anna Earley.
Chcieliśmy również podziękować ludziom spoza Dragonsteel, którzy
pomagali przy tym projekcie. Są to Oriana Leckert z Kickstartera oraz
Anna Gallagher i Palmer Johnson z BackerKit. Na szczególne podziękowania
zasługuje Bill Wearne, nasz specjalista od druku, który czynił cuda,
żeby te książki zostały wydrukowane w terminie.
Działem wydawniczym kieruje wiceprezes Wprowadzony Peter Ahlstrom. Jego
zespół włożył mnóstwo dodatkowej pracy, żeby cztery dodatkowe książki
wyszły na czas, i zasługuje na ogromne podziękowania! Są wśród nich
Karen Ahlstrom, Kristy S. Gilbert (która opracowała układ), Betsey
Ahlstrom, Jennie Stevens i Emily Shaw-Higham. Redakcją zajęła się Deanna
Hoak.
Wiceprezesem kierującym działem operacyjnym jest Matt "Że ile książek
zamierzasz wydać w tym roku?" Hatch, który pojawił się w naszej firmie w idealnym momencie, żeby poradzić sobie z tym wielkim projektem. W jego
zespole pracują Emma Tan-Stoker, Jane Horne, Kathleen Dorsey Sanderson,
Makena Saluone, Hazel Cummings i Becky Wilson. Wielkie dzięki za
utrzymanie nas wszystkich w ryzach i pilnowanie, żebyśmy się nie
rozpraszali!
Działem reklamy i marketingu kieruje wiceprezes Adam Horne. To ci
goście, którzy pomogli mi stworzyć wszystkie nagrania promujące tajne
projekty i byli nieocenionym wsparciem przy rozpowszechnianiu informacji
na ten temat! W jego zespole pracują Jeremy Palmer, Taylor D. Hatch i Octavia Escamilla. Dobra robota!
Działem realizacji zamówień i wydarzeń kieruje wiceprezeska Kara
Stewart. Jej zespół miał wyjątkowo trudne zadanie przy czterech tajnych
projektach, bo zebranie wszystkiego, zapakowanie i wysłanie do Was było
ogromnym przedsięwzięciem. Kierowali również dostarczeniem wszystkim
produktów cyfrowych i zajmują się obsługą klienta, więc niezależnie od
tego, którą wersję kupiliście, to ci mili goście wam ją dostarczyli!
Ogromnie dziękuję im wszystkim za całą pracę.
Członkami zespołu są: Christi Jacobsen, Lex Willhite, and Kellyn
Neumann.
Mem Grange, Michael Bateman, Joy Allen, Katy Ives, Richard Rubert, Brett
Moore, Ally Reep, Daniel Phipps i Dallin Holden.
Alex Lyon, Jacob Chrisman, Matt Hampton, Camilla Cutler, Quinton Martin,
Kitty Allen, Esther Grange, Amanda Butterfield, Laura Loveridge, Gwen
Hickman, Donald Mustard III, Zoe Hatch, Logan Reep, Rachel Jacobsen i Sydney Wilson.
Do mojej grupy pisarskiej zaliczali się: Emily Sanderson, Kathleen
Dorsey Sanderson, Peter Ahlstrom, Karen Ahlstrom, Darci Stone, Eric
James Stone, Alan Layton, Ethan Skarstedt i Ben Olseeeen.
Czytelnikami alfa byli: Jessie Farr, Oliver Sanderson, Rachael Lynn
Buchanan, Jennifer Neal, Christi Jacobson, Kellyn Neumann, Lex Willhite,
Joy Allen, and Emma Tan-Stoker.
Wśród czytelników beta znajdowali się Joshua Harkey, Tim Challener,
Lingting "Botanica" Xu, Ross Newberry, Becca Reppert, Jessica Ashcraft,
Alyx Hoge, Liliana Klein, Rahul Pantula, Gary Singer, Alexis Horizon,
Lyndsey Luther, Nikki Ramsay, Suzanne Musin, Marnie Peterson i Kendra
Wilson.
Do czytelników gamma zaliczało się wielu czytelników beta, jak również
Brian T. Hill, Evgeni "Argent" Kirilov, Rosemary Williams, Shannon
Nelson, Brandon Cole, Glen Vogelaar, Rob West, Ted Herman, Drew
McCaffrey, Jessie Lake, Chris McGrath, Bob Kluttz, Sam Baskin, Kendra
Alexander, Lauren McCaffrey, Billy Todd, Chana Oshira Block i Jayden
King.
I, co oczywiste, chciałbym ogromnie podziękować wszystkim wspierającym
na Kickstarterze, którzy umożliwili ten projekt! Dzięki Waszemu
entuzjazmowi wzniósł się do stratosfery. Bardzo wam dziękuję.
Brandon Sanderson
Rozdział 1
Gwiazda świeciła wyjątkowo jasno, kiedy malarz
koszmarów zaczął swój obchód.
Gwiazda. W liczbie pojedynczej. Nie, nie słońce. Jedna gwiazda. Ślad po
kuli na nocnym niebie, krwawiący bladym światłem.
Malarz koszmarów stał przed blokiem i wpatrywał się w gwiazdę. Zawsze
uważał tę wartowniczkę na niebie za coś dziwnego. Mimo to czuł do niej
sympatię. Przez wiele nocy była jego jedyną towarzyszką. Pomijając
koszmary.
Przegrawszy pojedynek spojrzeń, malarz koszmarów ruszył ulicą, na której
panowała cisza, poza brzęczeniem linii hionowych. Wszechobecne,
przecinały powietrze na wysokości około dwudziestu stóp - bliźniacze
pasma czystej energii, grubości ludzkiego nadgarstka. Wyobraźcie je
sobie jako bardzo dużą wersję włókien wewnątrz żarówki - nieruchome,
emanujące blaskiem, pozbawione podpór.
Jedna z linii miała niezdecydowany, niebiesko-zielony odcień. Można by
go nazwać morskim - a może seledynowym. Ale jeśli tak, to w odmianie
jarzeniowej. Blady kuzyn turkusowego, który siedział w domu i słuchał
muzyki, i nigdy nie złapał dość słońca.
Druga miała jaskrawy odcień fuksji. Jeśli można by przypisać osobowość
sznurowi światła, ten był dziarski, żywiołowy, bezczelny. Ubranie w takim kolorze wkłada się jedynie wtedy, gdy chce się przyciągać
spojrzenia wszystkich obecnych. Odrobinę zbyt purpurowy, by nazwać go
gorącym różem, był przynajmniej bardzo komfortowo ciepłym różem.
Mieszkańcy miasta Kilahito uznaliby moje wyjaśnienia za zbędne. Po co
wkładać tak dużo wysiłku w opisywanie czegoś, co wszyscy znają?
Przypominałoby to opisywanie wam słońca. Potrzebujecie jednak tego
kontekstu bo linie hionowe - zimna i ciepła - były kolorami Kilahito.
Nie potrzebowały słupów ani przewodów, by je podtrzymywały, i biegły
wzdłuż każdej ulicy, odbijały się w każdej szybie, oświetlały każdego
mieszkańca. Cienkie jak drut pasma obu kolorów oddzielały się od
głównych sznurów, wnikały do każdej budowli i zapewniały energię
niezbędną dla nowoczesnego życia. Były tętnicami i żyłami miasta.
Równie niezbędny dla życia w mieście był kroczący pod nimi młody
mężczyzna, aczkolwiek odgrywał zupełnie inną rolę. Rodzice nadali mu
imię Nikaro - ale zgodnie z tradycją wielu malarzy koszmarów używało
swojego tytułu w kontaktach ze wszystkimi poza towarzyszami. Nieliczni
zinternalizowali go w takim stopniu, jak on. Dlatego będziemy nazywać go
tak, jak on nazywał siebie. Po prostu Malarz.
Pewnie powiedzielibyście, że Malarz z wyglądu przypominał Vedeńczyka.
Podobne rysy twarzy, czarne włosy, ale skóra o jaśniejszym odcieniu niż
u większości mieszkańców Rosharu. On sam byłby zaskoczony tym
porównaniem, bo nigdy nie słyszał o takich ziemiach. Właściwie jego
rodacy dopiero niedawno zaczęli się zastanawiać, czy ich planeta jest
samotna w cosmere. Ale za bardzo wybiegamy w przyszłość.
Malarz. Był młodym mężczyzną, do dwudziestki został mu jeszcze rok,
gdybyśmy liczyli lata w taki sposób, jak wy. Jego rodacy używali innych
liczb, ale dla wygody powiedzmy, że miał dziewiętnaście lat. Chudy, w szaro-niebieskiej koszuli wypuszczonej na spodnie i długim do kolan
płaszczu, był typem człowieka, który nosił włosy zapuszczone do ramion,
bo uważał, że to wymaga mniej wysiłku. W rzeczywistości wymaga o wiele
więcej, ale tylko, jeśli robi się to właściwie. Myślał również, że
wyglądały bardziej imponująco. Ale ponownie, tylko, jeśli robi się to
właściwie. Czego nie robił.
Moglibyście uznać go za zbyt młodego, by dźwigać ciężar ochrony całego
miasta. Ale widzicie, robił to z setkami innych malarzy koszmarów. Był
ważny w ten sam cudownie nowoczesny sposób, co nauczycielki, strażacy i pielęgniarki - kluczowi pracownicy, którzy zasłużyli na swoje święta w kalendarzu, pochwały z ust każdego polityka i ciche podziękowania ludzi
w restauracjach. W rzeczy samej, dyskusje na temat ogromnie wartościowej
roli przedstawicieli tych zawodów zagłuszają inne, bardziej przyziemne
rozmowy. Na przykład te na temat podwyżek wynagrodzenia.
W efekcie Malarz nie zarabiał dużo - tyle, że wystarczyło na jedzenie i drobne wydatki. Mieszkał w kawalerce zapewnianej przez pracodawcę.
Każdej nocy ruszał do pracy. I robił to, nawet o takiej godzinie, nie
bojąc się napaści. Kilahito było bezpiecznym miastem, jeśli pominąć
koszmary. Nie ma to jak rozszalałe, na wpół świadome plamy mroku, jeśli
chodzi o ograniczenie przestępczości.
Co zrozumiałe, większość ludzi w nocy pozostawała w domach.
Noc. Cóż, tak ją będziemy nazywać. Czas, kiedy ludzie spali. Oni mieli
inny punkt widzenia na te kwestie niż wy, bo jego rodacy mieszkali w ciągłej ciemności. Jednak moglibyście powiedzieć, że czas jego zmiany
robił wrażenie nocy. Malarz mijał puste ulice i zatłoczone mieszkania.
Jedyną aktywność dostrzegł w okolicach ulicy Hałastry - moglibyście ją
uprzejmie nazwać podrzędną dzielnicą handlową. Naturalnie, wąska ulica
leżała w pobliżu skraju miasta. Tutaj linie hionowe zwijały się i skręcały w znaki. Wystawały z kolejnych sklepów, przypominając ręce
machające dla zwrócenia uwagi.
Każdy znak - litery, obrazki i wzory - został stworzony z użyciem
zaledwie dwóch kolorów, morskiego i magenty, i za pomocą nieprzerwanych
linii. Tak, w Kilahito były rzeczy w rodzaju żarówek, jak to się często
zdarza na wielu planetach. Ale hiony działały, nie wymagając dodatkowych
mechanizmów ani wymiany, zatem wielu na nich polegało, zwłaszcza na
zewnątrz.
Wkrótce Malarz dotarł do zachodniego skraju. Koniec hionu. Kilahito było
okrągłe i otaczał je ostatni rząd budynków, nie do końca mur. Głównie
magazyny, pozbawione okien i mieszkańców. Za nimi biegła ostatnia ulica,
tworząca pętlę wokół miasta. Nikt z niej nie korzystał. I tak się tam
znajdowała, tworząc swego rodzaju bufor między cywilizacją a tym, co
kryło się za nią.
A tym, co kryło się za nią, był całun - niekończąca się, atramentowa
ciemność, która oblegała miasto i wszystko na planecie.
Przytłaczała miasto jak kopuła, a odpychały ją hiony - które można było
również wykorzystać do tworzenia przejść i korytarzy między miastami.
Jedynie światło gwiazdy przebijało całun. Po dziś dzień nie jestem w stu
procentach pewien, dlaczego. Ale to było blisko miejsca, gdzie
Mistrzostwo się Rozszczepiło, i przypuszczam, że to mogło mieć wpływ.
Patrząc na całun, Malarz pewnie założył ręce na piersi. To było jego
królestwo. Tu był samotnym łowcą. Jedynym wędrowcem. Mężczyzną, który
kroczył w niekończącej się ciemności, nie bojąc się...
Po jego prawej zabrzmiał dźwięczny śmiech.
Westchnął i spojrzał w stronę dwójki malarzy koszmarów, którzy
spacerowali wzdłuż granicy. Akane miała jaskrawozieloną spódnicę i zapinaną na guziki białą bluzkę, a długi pędzel malarza koszmarów
trzymała jak batutę. Obok niej kroczył Tojin, młody mężczyzna o muskularnych ramionach i płaskiej twarzy. Malarz zawsze sądził, że Tojin
przypomina obraz namalowany bez użycia skrótów perspektywicznych. Z pewnością ludzkie ramiona nie mogły być tak wielkie, a szczęka tak
kwadratowa.
Ta dwójka zaśmiała się znów z czegoś, co powiedziała Akane. Później go
zauważyli.
- Nikaro?! - zawołała Akane. - Znów dostaliśmy ten sam harmonogram?
- Jasne. Jest, no, w tabeli... tak myślę. - Czy w ogóle ją tym razem
wypełnił?
- Super! - odparła. - Do zobaczenia później. Może?
- Yyy, jasne.
Akane odeszła, stukając obcasami o kamień, z pędzlem w dłoni i płótnem
pod pachą. Tojin wzruszył ramionami i podążył za nią, swoje materiały
trzymał w dużej torbie. Malarz odprowadził ich wzrokiem i stłumił
pragnienie, by za nimi pobiec.
On był samotnym łowcą. Jedynym wędrowcem. Pozbawionym eskorty włóczęgą?
Tak czy inaczej, nie chciał pracować w parze lub w grupie, jak wielu
pozostałych.
Byłoby miło, gdyby ktoś go poprosił. Żeby mógł pokazać Akane i Tojinowi,
że ma przyjaciół. Rzecz jasna, odrzuciłby taką propozycję ze stoicką
stanowczością. Bo pracował samodzielnie. Był pojedynczym spacerowiczem.
I...
Malarz westchnął. Trudno było zachować odpowiednio ponure nastawienie po
spotkaniu z Akane. Szczególnie, kiedy jej śmiech odbijał się echem z odległości dwóch przecznic. Dla wielu jego współpracowników malowanie
koszmarów nie było aż tak... poważnym zadaniem, jak on sądził.
Pomagało mu, kiedy myślał, że jest inaczej. Sprawiało, że nie czuł się
tak, jakby popełnił wielki błąd. Szczególnie kiedy rozmyślał o życiu, w którym miał spędzić każdą noc w ciągu następnych sześciu dziesięcioleci
na tej ulicy, podświetlany blaskiem hionów. Samotny.
Rozdział 2
Yumi zawsze uważała pojawienie się dziennej
gwiazdy za zachęcające. Dobry omen. Znak, że pierwotne hijo będą na nią
otwarte i ją przyjmą.
Dziś dzienna gwiazda wydawała się wyjątkowo jasna - świeciła łagodnym
błękitem nad wschodnim horyzontem, podczas gdy na zachodzie wznosiło się
słońce. Potężny znak, jeśli ktoś wierzył w takie rzeczy. (Zgodnie ze
starym powiedzeniem zgubione rzeczy zawsze znajdują się w ostatnim
miejscu, do którego się zajrzy. Z drugiej strony omeny zazwyczaj
pojawiają się w pierwszym miejscu, w którym szukają ich ludzie.)
Yumi wierzyła w znaki. Musiała - omen był najważniejszym wydarzeniem w jej życiu. W dniu jej urodzin niebo przecięła spadająca gwiazda, co
wskazywało, że została wybrana przez duchy. Zabrano ją od rodziców i wychowano, by wypełniała uświęcony i ważny obowiązek.
Usiadła na ciepłej podłodze wozu, a do środka weszły jej służące,
Chaeyung i Hwanji. Ukłoniły się rytualnie, po czym nakarmiły ją
pałeczkami maipon i łyżkami - posiłek składał się z ryżu i potrawki,
które pozostawiono na ziemi, by się ugotowały. Yumi siedziała i przełykała - nie była tak prymitywna, by jeść samodzielnie. To był
rytuał, a ona się w nich specjalizowała.
Jednakże tego dnia czuła się rozproszona. Minęło dziewiętnaście dni od
jej dziewiętnastych urodzin.
Dzień decyzji. Dzień działania.
Dzień, w którym - może - spytałaby, czego chce.
Dzieliło ich sto dni od wielkiego festiwalu w mieście Torio, wspaniałej
stolicy, siedzibie królowej. Corocznej prezentacji najwspanialszej
sztuki, przedstawień i projektów. Nigdy tam nie pojechała. Może... tym
razem...
Kiedy służące ją nakarmiły, wstała. Otworzyły przed nią drzwi, po czym
wyskoczyły z prywatnego wozu. Yumi odetchnęła głęboko i podążyła za
nimi. Wyszła na słońce i od razu wsunęła stopy w drewniaki.
Służące natychmiast uniosły ogromne wachlarze, którymi ją zasłoniły.
Naturalnie mieszkańcy wioski zgromadzili się, by ją zobaczyć. Wybrana.
Yoki-hijo. Dziewczyna wydająca rozkazy pierwotnym duchom. (Nie jest to
najbardziej zwięzły tytuł, ale w ich języku brzmi znacznie lepiej).
Ta ziemia - królestwo Torio - ogromnie różniła się od miejsca, gdzie żył
Malarz. Nieba nie przecinała żadna świetlista linia - ciepła czy zimna.
Nie było bloków mieszkalnych. Ani chodników. Och, ale mieli słońce.
Potężne czerwono-pomarańczowe słońce, w kolorze wypalonej gliny. Większe
i bliższe niż wasze słońce, miało charakterystyczne barwne plamy - jak
gotująca się potrawka śniadaniowa, wzburzona i falująca na niebie.
To szkarłatne słońce nadawało krajobrazowi... cóż, zupełnie zwyczajne
barwy. Tak działa mózg. Po spędzeniu tam kilku godzin przestalibyście
zauważać, że światło jest odrobinę bardziej czerwone. Ale tuż po
przybyciu wyglądałoby to uderzająco. Jak miejsce krwawej masakry, której
nikt nie zauważa, bo wszyscy są zbyt otępiali.
Ukryta za wachlarzami Yumi przeszła w drewniakach przez wioskę do
miejscowego zimnego źródła. Kiedy do niego dotarła, służące zsunęły jej
koszulę nocną - yoki-hijo nie rozbiera się ani nie ubiera samodzielnie -
i pozwoliły jej wejść do nieco chłodniejszej wody. Zadrżała od jej
wstrząsającego pocałunku. Po chwili Chaeyung i Hwanji dołączyły do niej
z unoszącą się na powierzchni tacą, na której spoczywały przezroczyste
mydła. Przetarły ją raz pierwszym, po czym się spłukała. Raz drugim i znów się opłukała. Dwa razy trzecim. Trzy razy czwartym. Pięć razy
piątym. Osiem razy szóstym. Trzynaście razy siódmym.
Moglibyście to uznać za przesadę. A jeśli tak, to czy nigdy nie
słyszeliście o religii?
Na szczęście otaczająca Yumi odmiana kultu miała zastosowanie
praktyczne. Ostatnie mydła można było tak określić jedynie przy
wykorzystaniu najszerszej definicji tego słowa - wy uznalibyście je za
pachnące kremy ze składnikami nawilżającymi. (Uważam, że szczególnie
dobrze nadają się do stóp, choć pewnie będę potrzebował ich do całego
ciała, kiedy trafię do toryjskiej wersji piekła za wykorzystywanie ich
rytualnych składników do leczenia haluksów).
Ostatnie spłukanie wiązało się z zanurzeniem pod wodą i doliczeniem do
stu czterdziestu czterech. Włosy unosiły się wokół niej, falując zgodnie
z jej poruszeniami, jakby były żywe. Obowiązkowe mycie sprawiało, że jej
włosy były niezwykle czyste - co było ważne, gdyż powołanie Yumi nie
pozwalało ich obcinać, więc sięgały do pasa.
Choć rytuał tego nie wymagał, Yumi lubiła patrzeć w górę przez migoczącą
wodę i sprawdzać, czy uda jej się dostrzec słońce. Ogień i woda. Płyn i światło.
Doliczywszy do stu czterdziestu czterech, wyskoczyła z wody i sapnęła.
Miało być coraz łatwiej. Miała wznosić się spokojnie, odnowiona i odrodzona. Tymczasem tego dnia zachowała się niegodnie, bo zakasłała.
(Tak, postrzegała kaszel jako "niegodne zachowanie". Nawet mnie nie
pytajcie, jak postrzegała coś naprawdę uciążliwego, jak na przykład
spóźnienie się na rytuał).
Kiedy skończyła rytualną kąpiel, nadeszła pora na rytualne ubieranie
się, którym również zajmowały się służące. Tradycyjna szarfa pod
biustem, później szerszy biały pas na piersi. Luźne pantalony. Następnie
tobok, dwie warstwy grubej, barwnej tkaniny, z obszerną pofałdowaną
spódnicą. W odcieniu jaskrawej magenty, co było jej rytualnym strojem na
ten dzień tygodnia.
Znów włożyła drewniaki i jakimś cudem zaczęła iść, naturalnym i płynnym
krokiem. (Uważam się za względnie zwinnego, ale toryjskie drewniaki -
nazywają je getuk - są jak cegły przywiązane do stóp. Utrzymanie w nich
równowagi nie jest szczególnie trudne - w końcu mają zaledwie sześć cali
wysokości - ale większość obcych porusza się w nich z gracją pijanego
chulla).
Po tym wszystkim, była w końcu gotowa... do kolejnego rytuału. W tym
przypadku musiała pomodlić się w wioskowej świątynce, by poprosić duchy
o błogosławieństwo. Znów pozwoliła służącym, by osłoniły ją wachlarzami,
po czym wyszła i skierowała się do ogrodu.
Jaskrawoniebieskie kwiaty - o kształcie kubków, by chwytać deszcz -
szybowały na prądach konwekcyjnych. Unosiły się na wysokości około dwóch
stóp. W Torio rośliny rzadko odważyły się dotykać do ziemi, by rozgrzane
skały ich nie spaliły. Każdy kwiat miał jakieś dwa cale średnicy, ich
szerokie liście chwytały prądy - przypominały lilie z delikatnymi
opadającymi korzeniami, które pochłaniały wilgoć z powietrza. Przejście
Yumi sprawiło, że zawirowały i zderzały się ze sobą.
Świątynka była niedużą budowlą, drewnianą, bez ścian, ale z ażurową
kopułą. Co interesujące, ona również wznosiła się z wdziękiem kilka stóp
nad ziemią - tym razem dzięki unoszącemu duchowi, który przyjął
materialną formę dwóch rzeźb o groteskowych rysach, zwróconych ku sobie
nawzajem. Jedna, w przybliżeniu męska, kucała na ziemi, druga zaś, w przybliżeniu kobieca, trzymała się dna budynku. Choć po przybraniu
materialnej formy zostały rozdzielone, wciąż były częścią tego samego
ducha.
Yumi przeszła wśród kwiatów, a prądy konwekcyjne sprawiały, że jej
spódnica falowała. Gruby materiał nie unosił się na tyle, by to było
zawstydzające - jedynie się wydymał, co podkreślało krój szaty. Po
dotarciu do świątyni Yumi zdjęła drewniaki i weszła na chłodne drewno.
Prawie nie drgnęło, podtrzymywane stabilnie przez siłę ducha.
Uklękła i zaczęła pierwszą z trzynastu rytualnych modlitw. Jeśli
sądzicie, że opis jej przygotowań trochę zajął, wiedzcie, że to było
celowe. Może pomóc wam zrozumieć - w minimalnym stopniu - życie Yumi.
Ponieważ to nie był wyjątkowy dzień, jeśli chodzi o jej obowiązki. Był
typowy. Rytualne jedzenie. Rytualna kąpiel. Rytualne ubieranie się.
Rytualne modlitwy. I tak dalej. Yumi była jedną z Wybranych, wskazaną w chwili narodzin i obdarzoną umiejętnością wywierania wpływu na hijo,
duchy. Wśród jej rodaków był to ogromny zaszczyt. I nigdy nie pozwalali
jej o tym zapomnieć.
Modlitwy i późniejsza medytacja zajęły około godziny. Kiedy skończyła,
spojrzała w stronę słońca, a ażurowe sklepienie świątynki sprawiało, że
zdobiły ją naprzemienne pasma światła i cienia. Czuła się... szczęśliwa.
Tak, była pewna, że to stosowne uczucie. Została pobłogosławiona tą
pozycją, jako jedna z nielicznych szczęśliwych.
Świat, który zapewniały duchy, był cudowny. Pomarańczowo-czerwone słońce
świecące między chmurami w jaskrawych odcieniach żółci, szkarłatu,
fioletu. Pole unoszących się kwiatów, drżących, kiedy malutkie
jaszczurki przeskakiwały z jednego na drugi. Kamień poniżej, rozgrzany i pełen energii, źródło wszelkiego życia, ciepła i wzrostu.
Była częścią tego wszystkiego. Kluczową.
Z pewnością było to cudowne.
Z pewnością było wszystkim, czego mogła potrzebować.
Z pewnością nie mogła pragnąć więcej. Nawet jeśli... nawet jeśli dziś był
szczęśliwy dzień. Nawet jeśli... może, choć raz, mogła poprosić?
Święto, pomyślała. Mogłabym je odwiedzić, nosząc ubranie zwykłej osoby.
Jeden dzień normalności.
Szelest tkaniny i stukot drewnianych butów na kamieniu sprawiły, że Yumi
się odwróciła. Tylko jedna osoba odważyłaby się podejść do niej w czasie
medytacji - Liyun, wysoka kobieta w surowym czarnym toboku z białą
szarfą. Liyun, jej kihomaban - słowo, które oznaczało coś pośredniego
między strażnikiem a sponsorem. Dla uproszczenia będziemy używać
określenia "opiekunka".
Liyun zatrzymała się kilka kroków od świątynki, ręce trzymała za
plecami. Pozornie czekała na życzenia Yumi, jako służąca dziewczyny
wydającej rozkazy pierwotnym duchom. (Zaufajcie mi, przyzwyczaicie się
do tego tytułu). Jednak nawet w sposobie, w jaki Liyun stała, było coś
wymagającego.
Może chodziło o modne buty - klapki z grubą warstwą drewna pod palcami i smukłym obcasem z tyłu. Może o fryzurę - włosy przycięte krócej z tyłu,
a dłuższe z przodu, przez co, kiedy patrzyło się na nią z boku,
przywodziły na myśl ostrze. To nie była kobieta, której czas się
marnowało, nawet jeśli wcale na was nie czekała.
Yumi podniosła się szybko.
- Czy to już czas, opiekunko-nimi? - spytała z szacunkiem.
Języki Yumi i Malarza miały wspólne pochodzenie i łączyła je pewna
charakterystyczna cecha, którą trudno mi wyrazić w waszym języku. Mogli
odmieniać zdania lub dodawać modyfikatory do słów, by zasugerować
pochwałę lub pogardę. Co ciekawe, nie istniały wśród nich żadne
przekleństwa ani wyzwiska. Po prostu zmieniali słowo na jego najniższą
formę. Postaram się zachować te niuanse, dodając określenia "wysoko" lub
"nisko" w pewnych kluczowych miejscach.
- Czas jeszcze nie nadszedł, wybrana. Powinnyśmy zaczekać na wybuch
parostudni.
Oczywiście. Wtedy powietrze zostawało odnowione - lepiej zaczekać, jeśli
ta chwila była blisko. Ale to znaczyło, że miały czas. Kilka cennych
chwil bez zaplanowanych zadań lub ceremonii.
- Opiekunko-nimi - powiedziała Yumi (wysoko), zbierając odwagę. - Święto
Ujawnienia. Nadchodzi.
- Za sto dni, tak.
- A to trzynasty rok. Hijo będą niezwykle aktywne. Nie będziemy... zwracać
się do nich tego dnia, jak zakładam?
- Najpewniej nie, wybrana. - Liyun zajrzała do niedużego kalendarza, w formie książeczki, który trzymała w sakiewce. Przerzuciła kilka stron.
- Będziemy... w pobliżu miasta Torio? Poróżujemy po tym regionie.
- I?
- I... ja... - Yumi przygryzła wargę.
- Ach... Chciałabyś spędzić dzień święta na modlitwie w podziękowaniu za
to, że duchy obdarzyły cię tak wysoką pozycją.
Po prostu to powiedz, szeptała część jej. Powiedz nie. Nie tego chcesz.
Powiedz jej.
Liyun zatrzasnęła książeczkę i obserwowała Yumi.
- Z pewnością tego właśnie chcesz - powiedziała. - Nie pragnęłabyś
czegoś, co przyniosłoby wstyd twojej pozycji. Sugerowałoby, że żałujesz
sytuacji, w jakiej się znalazłaś. Prawda, wybrana?
- Nigdy - szepnęła Yumi.
- Ze wszystkich dzieci urodzonych w tamtym roku ty zostałaś obdarzona
zaszczytem tego powołania, tych mocy. Jesteś jedną z czternastu, które
żyją obecnie.
- Wiem.
- Jesteś wyjątkowa.
Wolałaby być mniej wyjątkowa - ale poczuła się winna w chwili, kiedy tak
pomyślała.
- Rozumiem. - Yumi zacisnęła zęby. - Nie czekajmy na parostudnię.
Proszę, zaprowadź mnie do miejsca rytuału. Pragnę jak najszybciej
wypełnić swoje obowiązki i przywołać duchy.
Rozdział 3
To przerażające, jak koszmary się przeobrażają.
Mówię teraz o zwyczajnych koszmarach, nie takich, które zostają
namalowane. Straszne sny - one się zmieniają. Ewoluują. Napotkanie
czegoś przerażającego na jawie jest wystarczająco paskudne, ale
przynajmniej te śmiertelne okropności mają kształt, materialność. To, co
ma kształt, można zrozumieć. To, co ma masę, można zniszczyć.
Koszmary to płynna groza. Kiedy człowiek choć w najmniejszym stopniu
zapanuje nad jednym z nich, on się zmienia. Wypełnia zakamarki duszy jak
rozlana woda pęknięcia w podłodze. Koszmary to sączący się chłód,
stworzony przez umysł, by ukarać samego siebie. W tym sensie koszmar to
definicja masochizmu. Większość z nas jest dość przyzwoita, by trzymać
tego rodzaju rzeczy w ukryciu.
W świecie Malarza te mroczne kawałki miały zadziwiającą skłonność do
ożywania.
Stał na skraju miasta - oświetlony od tyłu radioaktywnym seledynem i elektryczną magentą - i wpatrywał się w kłębiącą się ciemność. Miała
materialność, kłębiła się i przepływała niczym stopiona smoła.
Całun. Czerń poza.
Nieukształtowane koszmary.
Pociągi jeździły hionowymi liniami do miejsc takich jak miasteczko, w którym wciąż mieszkała jego rodzina, oddalone o parę godzin drogi.
Wiedział, że inne miejsca istnieją. Wciąż jednak trudno mu było nie czuć
samotności, kiedy wpatrywał się w tę niekończącą się ciemność.
Trzymała się z dala od linii hionowych. Przeważnie.
Odwrócił się i przez jakiś czas szedł ulicą poza granicami miasta. Po
jego prawej zewnętrzne budynki wznosiły się jak mur tarcz, oddzielone od
siebie wąskimi przejściami. Jak wspominałem wcześniej, to nie były
prawdziwe umocnienia. Mury nie powstrzymywały koszmarów -
uniemożliwiłyby jedynie ludziom wyjście na skraj.
Doświadczenie podpowiadało Malarzowi, że nikt tu nie przychodził poza
jego towarzyszami. Zwykli ludzie pozostawali w domach - nawet ulicę
dalej w głąb miasta człowiek czuł się nieskończenie bezpieczniej. Ludzie
żyli tak, jak kiedyś on, bardzo starając się nie myśleć o tym, co tam
było. Gotowało się. Kłębiło. Obserwowało.
Ostatnimi czasy stawianie temu czoła było jego pracą.
Z początku niczego nie dostrzegł - ani śladu szczególnie odważnych
koszmarów wdzierających się na teren miasta. One potrafiły jednak być
dyskretne. Dlatego Malarz szedł dalej. Jego wyznaczony rewir był
niedużym klinem, który zaczynał się kilka przecznic w głąb od skraju,
ale część zewnętrzna była najszersza - i tam z największym
prawdopodobieństwem pojawiały się koszmary.
W czasie obchodu cały czas wyobrażał sobie, że jest samotnym
wojownikiem. Nie zaś, zasadniczo, deratyzatorem, który ukończył szkołę
plastyczną.
Po prawej mijał obrazy na ślepych ścianach. Nie był pewien, gdzie
dokładnie miejscowi malarze wpadli na ten pomysł, ale ostatnio - kiedy
na patrolu nic się nie działo - mieli w zwyczaju ćwiczyć na zewnętrznych
budynkach miasta. Ściany zwrócone w stronę całunu nie miały okien.
Dlatego były wielkimi, zachęcającymi płótnami.
To nie była ściśle część ich pracy i każde dzieło stanowiło swego
rodzaju osobistą deklarację. Minął obraz Akane, przedstawiający ogromny
kwiat. Czarna farba na pobielonej ścianie. Jego miejsce znajdowało się
dwa budynki dalej. Pusta biała ściana, choć można było dostrzec
wyłaniający się spod spodu nieudany projekt. Postanowił raz jeszcze go
pobielić. Ale nie tej nocy, bo w końcu dostrzegł ślady koszmaru.
Podszedł do całunu, ale - oczywiście - go nie dotknął. Tak... czarna
powierzchnia wyglądała na naruszoną. Jak farba, której ktoś dotknął,
kiedy prawie zaschła, była... nierówna, zafalowana. Trudno było to
dostrzec, bo całun nie odbijał światła, w przeciwieństwie do atramentu
lub smoły, które poza tym przypominał. Ale Malarz został dobrze
wyszkolony.
Coś wyłoniło się w tym miejscu z całunu i ruszyło w głąb miasta. Z wielkiej torby malarza wyjął pędzel, narzędzie długości miecza. Czuł się
lepiej, kiedy miał go w ręku. Przerzucił torbę na plecy, czuł ciężar
płótna i tuszu w jej wnętrzu. Następnie ruszył w głąb miasta - mijając
pobieloną ścianę, która ukrywała jego najnowszą porażkę.
Próbował cztery razy. Ta ostatnia zaszła dalej niż większość jego prób.
Obraz gwiazdy, który zaczął, kiedy usłyszał wieści o nadchodzącej
wyprawie w ciemność na niebie. Podróż na samą gwiazdę - naukowcy
zamierzali wykorzystać w tym celu specjalny pojazd i parę linii
hionowych sięgających na niezwykłą odległość.
Malarz dowiedział się wtedy czegoś interesującego. W przeciwieństwie do
wcześniejszych przekonań gwiazda nie była po prostu plamą światła na
niebie. Teleskopy ukazały, że jest planetą. Zamieszkaną, na ile się
domyślali, przez innych ludzi. Miejsce, którego światło jakimś sposobem
przebijało całun.
Wieści o nadchodzącej wyprawie na krótko go natchnęły. Ale stracił tę
iskrę i obraz popadł w zapomnienie. Ile minęło czasu, od dnia, w którym
go zamalował? Co najmniej miesiąc.
Na rogu w pobliżu obrazu dostrzegł parującą ciemność. Koszmar przeszedł
tędy i otarł się o kamień, pozostawiając osad, który parował powoli,
wypuszczając czarne smużki w mrok nocy. Spodziewał się, że koszmar ruszy
tą drogą - niemal zawsze wybierały najkrótszą trasę do miasta. Ale i tak
cieszył się z potwierdzenia.
Skradając się, Malarz wrócił do krainy bliźniaczych hionowych świateł.
Gdzieś z prawej dobiegał śmiech, ale koszmar najpewniej nie skierował
się w tamtą stronę. Dzielnica przyjemności była miejscem, do którego
ludzie udawali się, by robić wszystko poza spaniem.
Tutaj, pomyślał, dostrzegając czarne pasma na donicy przed sobą. Krzew
wyrastał w stronę linii hionowych i ich odżywczego światła. Dlatego,
kiedy Malarz szedł pustą drogą, kroczył między roślinami, które
wyglądały, jakby wyciągały ręce w geście pozdrowienia.
Kolejny znak pojawił się w pobliżu bocznej uliczki. Odcisk stopy,
czarny, wypuszczający ciemne opary. Koszmar zaczął ewoluować,
wychwytywać ludzkie myśli, zmieniając się z bezpostaciowej czerni w coś,
co miało kształt. Z początku niewyraźny, ale zamiast być pełzającym,
płynącym czarnym czymś, pewnie miał teraz nogi. Nawet w tej formie
rzadko pozostawiały odciski stóp, więc miał szczęście, że go znalazł.
Wszedł w głąb ciemniejszej ulicy, gdzie linie hionowe były cienkie i delikatne. W tym zacienionym miejscu przypomniał sobie pierwsze noce
samodzielnej pracy. Mimo obszernego szkolenia, mimo nauki u trzech
różnych malarzy, czuł się odsłonięty i obtarty - jak świeże zadrapanie
wystawione na powierzchnię. Jego uczucia i strach unosiły się pod samą
powierzchnią.
Ostatnio strach ukrywał się głęboko pod odciskami doświadczenia. Mimo to
mocno ścisnął torbę jedną ręką i wyciągał pędzel przed siebie. Tam, na
ścianie, znajdował się odcisk dłoni o zbyt długich palcach i czymś, co
przypominało szpony. Tak, nabierał kształtu. Jego ofiara musiała być
blisko.
Dalej, w głębi wąskiej uliczki, przy gołej ścianie, znalazł koszmar -
istotę z atramentu i cienia, wysoką na jakieś siedem stóp. Wytworzyła
dwie długie ręce, które zginały się w zbyt wielu miejscach, a jej
wydłużone dłonie przyciskały się do ściany z rozcapierzonymi palcami.
Jej głowa zatonęła w kamieniu, by zajrzeć do pomieszczenia za nim.
Te wysokie zawsze wytrącały go z równowagi, szczególnie kiedy miały
długie palce. Wydawało mu się, że widywał takie postacie w swoich
własnych poszarpanych snach - wytwory grozy kryjącej się wewnątrz. Jego
stopy zaszurały na bruku, istota to usłyszała i wycofała głowę, a wokół
niej unosiły się smużki bezkształtnej czerni, jak popiół z dymiącego
ogniska.
Nie miała jednak twarzy. One nigdy nie miały twarzy - chyba że coś
poszło bardzo nie tak. Zazwyczaj z przodu głowy ukazywały głębszą czerń.
Taką, która ociekała czarnym płynem. Przypominającym łzy albo wosk w pobliżu płomienia.
Malarz natychmiast sięgnął do mechanizmów obronnych umysłu i zaczął
rozmyślać o przyjemnych rzeczach. To był pierwszy i najważniejszy
element szkolenia. Koszmary, jak drapieżniki żywiące się umysłami,
wyczuwały myśli i emocje. Szukały najpotężniejszych, najbardziej
dotkliwych, by się nimi karmić. Spokojny umysł ich nie interesował.
Istota odwróciła się i znów wcisnęła głowę przez ścianę. Ten budynek nie
miał okien, co było idiotyzmem. Koszmary i tak ignorowały ściany.
Usunięcie okien sprawiało, że mieszkańcy jeszcze bardziej więzili samych
siebie w pudełkach domów, co jeszcze podsycało ich klaustrofobię - i utrudniało zadanie malarzom.
Poruszając się powoli i ostrożnie, Malarz wyjął z torby płótno - kawał
tkaniny o rozmiarach trzy stopy na trzy, naciągnięty na ramę. Położył je
na ziemi przed sobą. Następny był kałamarz z tuszem - czarnym i rzadkim.
Malarze koszmarów zawsze pracowali w czerni na białym tle, bez kolorów,
bo potrzebne było coś, co naśladowało wygląd koszmaru. Mieszanka tuszu
została stworzona, by zapewniać doskonałą gradację odcieni szarości.
Choć Malarz ostatnio nie przejmował się takimi szczegółami.
Zanurzył pędzel w tuszu i ukląkł nad płótnem, po czym zawahał się i spojrzał na koszmar. Wciąż wznosiła się znad niego czerń, a jego kształt
był nadal niewyraźny. Dopiero po tuzinie wypraw koszmar stawał się
wystarczająco materialny, by być niebezpiecznym - a za każdym razem
musiały wracać do całunu, by się odnowić, bo inaczej by wyparowały.
Oceniając po jego wyglądzie, ten był względnie nowy. Najpewniej nie mógł
zrobić mu krzywdy.
Najpewniej.
I z tego właśnie powodu malarze byli tak ważni, a jednocześnie wymienni.
Ich praca była niezbędna, ale nie pilna. Jeśli koszmar został odkryty w czasie pierwszych dziesięciu wypraw do miasta, dawało się go
zneutralizować. I niemal zawsze tak było.
Malarz doskonale radził sobie z panowaniem nad swoim strachem z pomocą
takich myśli. To była część jego szkolenia - bardzo pragmatyczna. Kiedy
uspokoił oddech, próbował ocenić, z czym kojarzył mu się koszmar, jaki
mógłby być jego kształt. Podobno, jeśli wybrało się coś, co istota już
przypominała, a później się to namalowało, zyskiwało się nad nią większą
władzę. To było dla niego trudne. A raczej w ciągu tych ostatnich kilku
miesięcy wydawało mu się, że nie ma sensu zadawać sobie trudu.
Dlatego dziś wybrał kształt niedużych bambusowych zarośli i zaczął
malować. W końcu istota miała patykowate ręce. Prawie jak bambusy.
Przećwiczył wiele różnych rodzajów pędów bambusów. Właściwie moglibyście
powiedzieć, że Malarz malował każdy segment z pewnego rodzaju naukową
precyzją - nieduży poziomy zawijas na początku, a później długa linia.
Krótkie zatrzymanie pędzla w miejscu, by po jego podniesieniu pozostał
guzowaty koniec segmentu bambusa. Każdy z nich można było stworzyć
jednym pociągnięciem.
To było efektywne, co ostatnio wydawało mu się najważniejsze. Kiedy
malował, utrwalał kształt w umyśle - jako centralny, potężny obraz. Jak
zwykle, taka świadoma myśl przyciągnęła uwagę istoty. Zawahała się, a później wydobyła głowę ze ściany i zwróciła ją w jego stronę, a jej
twarz ociekała własnym tuszem.
Ruszyła w jego stronę, krocząc na rękach, które jednak stały się
bardziej zaokrąglone. Z guzowatymi segmentami.
Malarz nie przerywał. Pociągnięcie. Zawijas. Liście utworzone szybkimi
machnięciami pędzla, bardziej czarne od głównego korpusu bambusa.
Podobne wyrostki pojawiły się na ramionach istoty, kiedy się zbliżyła.
Do tego skurczyła się w sobie, kiedy na dole namalował donicę.
Obraz pochwycił istotę. Rozproszył ją. Zanim więc dotarła do niego,
przeobrażenie się dokonało.
Ostatnio nie zatracał się w malowaniu. W końcu, jak sobie powtarzał,
miał pracę do wykonania. I wykonywał ją bardzo dobrze. Kiedy skończył,
istota zaczęła nawet wydawać bambusowe odgłosy - cichy szelest pędów
uderzających o siebie nawzajem, który towarzyszył wszechobecnemu
brzęczeniu linii hionowych.
Uniósł pędzel, pozostawiając na płótnie doskonały obraz bambusa. Istota
w uliczce go naśladowała, jej liście ocierały się o ścianę. A później, z odgłosem bardzo przypominającym westchnienie, koszmar się rozproszył.
Malarz celowo przeobraził go w nieszkodliwy kształt - a teraz, gdy
został uwięziony, nie mógł uciec do całunu, by odzyskać siły. Zamiast
tego, jak woda na rozgrzanej płycie, po prostu... wyparował.
Malarz stał samotnie w uliczce. Spakował swoje rzeczy i wsunął płótno z powrotem do dużej torby, obok trzech innych, niewykorzystanych. I wrócił
na patrol.
Rozdział 4
Miejscowa parostudnia wybuchła dokładnie w chwili, kiedy Yumi przechodziła obok - w bezpiecznej odległości -
kierując się w stronę miejsca rytuału.
Wspaniały strumień wody wystrzelił z otworu pośrodku wioski.
Rozwścieczona, przegrzana kaskada, która w najwyższym punkcie osiągnęła
wysokość czterdziestu stóp - dar duchów daleko w głębi. Ta woda była
niezmiernie ważna, na Torio rzadko padał deszcz, a rzeczki... cóż, można
sobie wyobrazić, co przegrzana ziemia robiła z rzekami. Woda nie była
rzadkością w kraju Yumi, ale była skoncentrowana, scentralizowana,
wyniesiona.
Powietrze w pobliżu parostudni było wilgotne i karmiło wędrowne rośliny
oraz inne żywe istoty. Nad parostudniami często pojawiały się chmury,
które zapewniały cień i od czasu do czasu deszcz. Woda, która nie
uciekła w postaci pary, spadała na duże tace z brązu umieszczone w sześciu koncentrycznych kręgach wokół gejzera. Metal, znajdujący się
nieco nad ziemią, by zachować chłód, kierował wodę w dół zbocza w kierunku najbliższych domów. W tym miasteczku było ich około
sześćdziesięciu - a mieli miejsce na więcej, biorąc pod uwagę ilość wody
wypuszczanej przez parostudnię.
Rzecz jasna, domy wybudowano w sporej odległości. Parostudnie były w tym
kraju niezbędne do życia, to prawda, ale nie należało się z nimi bratać.
Dalej od miasta leżały palące pustkowia. Nieużytki, gdzie ziemia była
zbyt gorąca nawet dla roślin. Tamtejszy kamień mógł podpalić drewniaki i doprowadzić do śmierci podróżnych, którzy zbytnio się ociągali. W Torio
podróżowało się tylko nocą i tylko unoszącymi się w powietrzu wozami,
ciągniętymi przez latające urządzenia stworzone przez duchy. Co
oczywiste, większość ludzi zostawała w domach.
Odgłos kropel uderzających o metalowe misy zagłuszał szepty
przyglądającego się tłumu. Po zakończeniu kąpieli i modlitw na Yumi
można się już było oficjalnie gapić, więc służące szły za nią ze
złożonymi wachlarzami.
Nie podnosiła wzroku i szła starannie wypracowanym krokiem - yoki-hijo
musi się prześlizgiwać, jak duch. Cieszyła się z odgłosów parostudni, bo
choć nie odważyła się mieć za złe szeptów i westchnień podziwu, czasami
ją... przytłaczały. Szybko przypomniała sobie, że ludzie tak naprawdę
podziwiają nie ją, tylko jej powołanie. Musiała o tym pamiętać, musiała
zwalczyć dumę i zachować rezerwę. Z całą pewnością musiała unikać
wszystkiego, co mogło przynieść wstyd - jak na przykład uśmiechania się.
Z szacunku dla swojej pozycji.
Pozycja ze swej strony nie zwróciła na to uwagi. Jak to często bywa z tym, co ludzie darzą szacunkiem.
Mijała domy, z których większość miała dwa poziomy - jeden wybudowany na
ziemi, by korzystać z ciepła i gorąca. Drugi na palach, z powietrzem pod
spodem, by było chłodniej. Wyobraźcie sobie dwie skrzynki na kwiaty
umieszczone jedna przy drugiej, jedną wzniesioną na wysokość czterech
stóp, a drugą spoczywającą na ziemi. Większości towarzyszyło przywiązane
łańcuchami krępe drzewo, albo dwa, wysokie na osiem stóp od czubków
gałęzi do końca szerokich, połączonych błoną korzeni, unoszące się na
wysokości kilku stóp na prądach konwekcyjnych.
Lżejsze rośliny unosiły się wyżej na niebie, rzucając cienie. W ciągu
dnia rośliny dało się znaleźć nisko jedynie w miejscach takich jak
ogrody, gdzie ziemia była chłodniejsza. Oraz w miejscach, gdzie ludzie
wkładali dużo wysiłku, by utrzymać je w pobliżu, żeby nie odleciały albo
nie zostały odleciane. Nigdzie poza Torio nie słyszałem o drzewokradach.
(Tak, do latania nie wystarczają prądy wznoszące. Nawet w Torio drzewa
są z ciężkiego drewna. Dlatego potrzebują specyficznych lokalnych
adaptacji, by unosić się w powietrzu. Ale nie będziemy w to teraz
wnikać).
Po drugiej stronie miasta znajdowało się kimomakkin albo - jak będziemy
to określać w tej opowieści - miejsce rytuału. Wioska zazwyczaj miała
jedno, by duchy nie były o siebie zazdrosne. W pobliżu unosiło się kilka
kwiatów, a kiedy Yumi weszła, jej przejście sprawiło, że zawirowały.
Natychmiast poszybowały wysoko w powietrze. W miejscu rytuału kamień był
wyjątkowo gorący, choć nie tak, jak na pustkowiach.
(Jeśli byliście kiedyś na Wyspach Reshi, gdzie na plażach leży piasek, w słoneczne i upalne dni możecie mieć punkt odniesienia. Kamienie w miejscu rytuału wzbudzały te same odczucia, co chodzenie po tamtej plaży
w wyjątkowo słoneczny dzień. Ich gorąco było bolesne, ale jeszcze nie
zabójcze).
W Torio gorąco było święte. Mieszkańcy wioski zebrali się za płotem, ich
drewniaki szurały po kamieniach, rodzice unosili dzieci. Trójka
miejscowych skrybów duchów usiadła na wysokich stołkach, by śpiewać
pieśni, na które - o ile umiem to ocenić - duchy nigdy nie zwracały
uwagi. (I tak aprobuję ten zawód. Jak każdy, który zapewnia zatrudnienie
muzykom. Nie chodzi o to, że nie potrafimy robić nic innego, tylko o to,
że jeśli nie znajdziecie nam czegoś pożytecznego do roboty, zwykle
zaczynamy zadawać pytania w rodzaju "Ej, a dlaczego oni nie oddają czci
mnie?").
Wszyscy czekali poza niedużym, odgrodzonym płotem kawałkiem ziemi, nawet
Liyun. Zaczęły się pieśni - rytmiczne skandowanie, któremu towarzyszył
rytm wybijany pałeczkami na bębenkach, z fletem w tle, a wszystko to
stało się lepiej słyszalne, kiedy parostudnia skończyła się odlewać i powlokła z powrotem spać.
Wewnątrz miejsca rytuału przebywała jedynie Yumi.
Duchy głęboko pod ziemią.
I mnóstwo kamieni.
Wieśniacy poświęcili wiele miesięcy na ich zebranie, rozstawienie po
całym miasteczku i deliberowanie, które mają najlepszy kształt. Możecie
sądzić, że wasze miejscowe rozrywki są nudne, a czynności, do których
zawsze zmuszali was rodzice, wpędzają w otępienie, ale przynajmniej nie
spędzaliście życia podekscytowani perspektywą oceniania kształtów
kamieni.
Yumi założyła nakolanniki, po czym uklękła pośrodku kamieni i rozłożyła
spódnicę - która falowała i wznosiła się na prądach powietrza. Zwykle
nie chcielibyście, by wasza skóra znajdowała się tak blisko ziemi. Tutaj
klęczenie miało w sobie coś wręcz intymnego. Duchy zbierały się w ciepłych miejscach. A raczej ciepło było oznaką, że są w pobliżu.
Na razie były niewidoczne. Trzeba było je przywołać - ale one nie
przybywały na wezwanie byle kogo. Potrzeba kogoś takiego jak Yumi.
Potrzeba dziewczyny, która umiała przywoływać duchy. Istniało wiele
działających sposobów, ale wszystkie łączył jeden wspólny motyw -
kreatywność. Większość samoświadomych Napełnionych istot - czy nazwiemy
je elfami, seonami czy duchami - w taki czy inny sposób reaguje na ten
fundamentalny aspekt ludzkiej natury.
Coś z niczego. Tworzenie.
Piękno z surowych materiałów. Sztuka.
Porządek z chaosu. Organizacja.
A w tym przypadku wszystkie trzy jednocześnie. Każda yoki-hijo uczyła
się starożytnej i potężnej sztuki. Przemyślanego, cudownego tworzenia
wymagającego pełnej synergii ciała i umysłu. Geologicznej reorganizacji
na skalę mikro, wymagającej doskonałego pojmowania równowagi
grawitacyjnej.
Innymi słowy, układały kamienie jeden na drugim.
Yumi wybrała jeden, który miał interesujący kształt, i starannie
ustawiła go na wąskim końcu, a później cofnęła ręce, pozostawiając
stojący pionowo owal, który wyglądał, jakby miał się przewrócić. Tłum
westchnął, choć tak naprawdę nie było to nic magicznego ani mistycznego.
Ta sztuka była wytworem instynktu i praktyki. Yumi umieściła drugi
kamień na pierwszym, a na nim dwa kolejne - równoważąc je w sposób,
który wydawał się niemożliwy. Kontrastujące ze sobą kamienie - jeden
wychylony na prawo, drugi spoczywający niepewnie na lewym końcu - nie
poruszyły się, kiedy zabrała ręce.
Sposób, w jaki Yumi układała kamienie, był przemyślany i pełen szacunku
- jakby obejmowała je przez chwilę, unieruchamiając je, jak matka ze
śpiącym dzieckiem. A później cofała ręce i zostawiała kamienie, jakby na
uderzenie serca przed upadkiem. To nie była magia. Ale z pewnością było
to magiczne.
Tłum był pochłonięty. Jeśli uważacie ich fascynację za dziwną, cóż... nie
zamierzam się sprzeciwiać. Jest odrobinę dziwna. Nie tylko balansowanie,
ale sposób, w jaki jej rodacy traktowali przedstawienia - i twory -
yoki-hijo jako absolutny szczyt artyzmu.
Ale z drugiej strony w żadnym rodzaju sztuki nie ma niczego, co byłoby
cenne same w sobie. Nie narzekam ani nie robię sobie żartów. To jeden z najcudowniejszych aspektów sztuki - fakt, że to ludzie decydują, co jest
piękne. Nie decydujemy, co jest pożywieniem, a co nie. (Tak, istnieją
wyjątki. Nie czepiajcie się szczegółów. Kiedy wydalicie te kamienne
kulki, wszyscy będziemy mieli kupę śmiechu). Ale jak najbardziej
decydujemy, co jest sztuką.
Jeśli rodacy Yumi postanowili ogłosić, że układanie kamieni przewyższa
malarstwo lub rzeźbę jako rodzaj twórczości artystycznej... cóż, osobiście
uważam to za fascynujące.
Duchy się zgadzały.
Tego dnia Yumi stworzyła spiralę, wykorzystując artystyczną sekwencję
progresji jako rodzaj luźnej struktury. Możecie znać ją pod inną nazwą.
Jeden, jeden, dwa, trzy, pięć, osiem, trzynaście, dwadzieścia jeden,
trzydzieści cztery. I z powrotem. Sterty dwudziestu czy trzydziestu
kamieni powinny być najbardziej imponujące - i rzeczywiście, fakt, że
umiała układać je tak dobrze, jest niewiarygodny. Ale znalazła sposób,
by sterty składające się z pięciu lub trzech były równie rozkoszne.
Osobliwe połączenie malutkich kamyków z wielkimi balansującymi na ich
szczycie. Wzory z nakładających się na siebie obłych kamieni, które
wisiały niepewnie po bokach. Kamienie długości jej przedramienia
balansujące na samym czubku.
Ze względu na matematyczny opis i wykorzystanie sekwencji artystycznej
mogliście dojść do wniosku, że proces jest metodyczny. Wykalkulowany.
Wydawał się jednak bardziej dziełem organicznej improwizacji niż
zdolności inżynierskich. Yumi kołysała się, kiedy układała kamienie,
poruszając się w rytm bębnów. Zamykała oczy i przechylała głowę z boku
na bok, gdy czuła, jak kamienie ocierają się pod jej palcami. Szacowała
ich wagę, sposób, w jaki się przechylały.
Yumi nie chciała po prostu wypełnić zadania. Nie chciała jedynie zrobić
przedstawienia dla szepczącej, podekscytowanej widowni. Chciała być
godna. Chciała wyczuć duchy i wiedzieć, czego od niej pragną.
Czuła, że zasługują na kogoś o wiele lepszego od niej. Kogoś, kto
zrobiłby więcej niż ona potrafiła, nawet kiedy dawała z siebie wszystko.
Kogoś, kto w tajemnicy nie tęsknił za wolnością. Kogoś, kto - w głębi
duszy - nie odrzucał niewiarygodnego daru, który otrzymała.
W ciągu kolejnych kilku godzin rzeźba rozrosła się we wspaniałą spiralę
z dziesiątek stert. Yumi przetrzymała kobiety grające na bębnach, które
odpadły po dwóch godzinach. Pracowała dalej, kiedy ludzie zabierali
dzieci do domów na drzemkę albo wymykali się, żeby coś zjeść. Robiła to
tak długo, że Liyun musiała się wyślizgnąć do toalety, po czym wróciła w pośpiechu.
Obserwatorzy, rzecz jasna, doceniali rzeźbę. Ale najlepiej było ją widać
z góry. Albo z dołu. Wyobraźcie sobie wielki wir z kamieni ułożonych na
stertach, kojarzący się z wiejącym wiatrem, spiralny, a jednocześnie
stworzony całkowicie ze skał. Porządek z chaosu. Piękno z surowych
materiałów. Coś z niczego. Duchy zauważyły.
Zauważyły w rekordowej liczbie.
Gdy Yumi nie ustawała mimo podrapanych palców i bolących mięśni, duchy
zaczęły się wznosić ze skał poniżej. O kształcie łez, promieniały jak
słońce - wir z czerwieni i niebieskiego - i miały wielkość ludzkiej
głowy. Podnosiły się i usadawiały obok Yumi, w urzeczeniu obserwując jej
postępy. Nie miały oczu - były właściwie bryłami - ale mogły obserwować.
A przynajmniej wyczuwać.
Duchy tego rodzaju uważają ludzką twórczość za fascynującą. A tutaj, ze
względu na to, co Yumi zrobiła - i kim była - wiedziały, że rzeźba to
dar. Kiedy zaczął zapadać zmrok, a rośliny opadać z górnych warstw
nieba, Yumi w końcu osłabła. Palce miała zakrwawione - powtarzalne ruchy
zdrapały zgrubiałą skórę. Ręce z obolałych stały się odrętwiałe, a później jakimś cudem jednocześnie obolałe i odrętwiałe.
Nadszedł czas na kolejny krok. Nie mogła sobie pozwolić na dziecinny
błąd jak na początku - pracowania tak ciężko, że straciła przytomność
przed związaniem duchów. Tu nie chodziło tylko o stworzenie rzeźby lub
okazanie przez nią pobożności. Niczym klauzula drobnym drukiem w umowie,
stworzone tego dnia dzieło sztuki miało w sobie element praktyczny.
Yumi była zbyt zmęczona, żeby się podnieść, więc tylko odwróciła się od
swojego dzieła - które składało się z setek kamieni. Po czym zamrugała i policzyła duchy otaczające ją w swojej chwale - w tym przypadku
przypominały szereg przerośniętych gałek lodów, które wypadły z wafla.
Trzydzieści siedem.
Przywołała trzydzieści siedem.
Większość yoki-hijo uważała się za szczęśliwe, jeśli udało im się z sześcioma. Jej poprzednim rekordem było dwadzieścia.
Yumi otarła pot z czoła i znów policzyła, mimo łzawienia oczu. Była
zmęczona. Tak (nisko) zmęczona.
- Przyślijcie pierwszego błagalnika - powiedziała chrapliwie.
Tłum poruszył się z ekscytacją i ludzie pobiegli po przyjaciół i członków rodziny, którzy zrezygnowali w trakcie wielogodzinnego
rzeźbienia. W mieście utrzymywano bardzo ścisły porządek potrzeb,
ustalany w sposób, którego Yumi nie znała. Błagalników ustawiono w kolejności - szczęśliwa piątka lub szóstka na szczycie miała niemal
zapewnione miejsce.
Ci niżej zwykle musieliby czekać na kolejną wizytę, by zaspokoić swoje
potrzeby. Ponieważ duchy zwykle pozostawały związane przez pięć do
dziesięciu lat - a pod koniec ich skuteczność słabła - wysiłki yoki-hijo
były zawsze niezmiernie potrzebne. Ten dzień na przykład zaczął się z dwudziestoma trzema imionami na liście, choć spodziewali się jedynie pół
tuzina duchów.
Jak można sobie wyobrażać, wśród członków rady miasta zapanowało
poruszenie, gdy starali się wypełnić resztę listy. Yumi nie była tego
świadoma. Zajęła miejsce na przedzie rytuału, klęcząc ze zwieszoną głową
- i bardzo się starała nie osunąć na kamień.
Liyun wpuściła pierwszego błagalnika, mężczyznę o głowie umieszczonej na
szyi nieco za bardzo do przodu, jak obrazek, który został przecięty na
pół, a później niestarannie sklejony.
- Błogosławiona przynosząca duchy, potrzebujemy światła dla naszego domu
- powiedział, mnąc czapkę w dłoniach. - Od sześciu lat radzimy sobie bez
niego.
Sześć lat? Bez światła w nocy? Yumi poczuła się jeszcze większą
egoistką, z powodu próby wcześniejszego uniknięcia obowiązków.
- Przepraszam że przez te lata zawodziłam ciebie i twoją rodzinę -
odszepnęła.
- Wy nie... - Mężczyzna przerwał. Zaprzeczanie yoki-hijo było niestosowne.
Nawet jeśli chciało się je pochwalić.
Yumi odwróciła się do pierwszego z duchów, który z zaciekawieniem
zbliżył się do niej.
- Światło - powiedziała. - Proszę. W zamian za mój dar, czy dasz nam
światło?
Jednocześnie w myślach ukazała odpowiednią wizję. Płonące słońce
zmieniające się w niedużą świecącą kulę, którą można nieść na dłoni.
- Światło - odpowiedział jej duch. - Tak.
Mężczyzna czekał w niepewności, kiedy duch zadrżał i podzielił się na
pół - jedna strona emanowała przyjaznym pomarańczowym blaskiem, a druga
stała się matową niebieską kulą, tak ciemną, że można by ją pomylić z czarną, szczególnie o zmroku.
Yumi podała mężczyźnie dwie kule, z których każda pasowała do jego
dłoni. Ukłonił się i wycofał. Następna poprosiła o parę odpychającą,
podobną do tej, która podtrzymywała werandę w ogrodzie, by uniosła jej
niedużą mleczarnię w powietrze, dzięki czemu byłoby w niej chłodniej i mogłaby robić masło. Yumi spełniła prośbę, odezwała się do kolejnego
ducha w szeregu i przekonała go, by podzielił się na dwie krępe rzeźby o wykrzywionych twarzach.
Każdy z błagalników odchodził ze spełnioną prośbą. Minęły lata od dnia,
w którym Yumi przypadkiem zdezorientowała albo odstraszyła ducha - ale
ci ludzie o tym nie wiedzieli, więc każdy czekał z niepokojem, obawiając
się, że to jego prośba będzie tą, która odpędzi ducha.
Tak się nie stało, choć spełnienie każdej kolejnej prośby wymagało
więcej czasu, podobnie przekonanie każdego ducha, w miarę jak coraz
bardziej oddalali się od jej przedstawienia. Poza tym każda prośba
odbierała Yumi odrobinę... czegoś. Czegoś, co odzyskiwała po jakimś
czasie, ale w tej chwili czuła się pusta. Jak dzban cytrynowej herbaty
wypijany łyżeczka po łyżeczce.
Niektórzy chcieli światła. Kilku urządzeń odpychających. Większość
prosiła o latacze - unoszące się w powietrzu urządzenia o średnicy około
dwóch stóp. Wykorzystywało się je do opieki nad plonami w ciągu dnia,
kiedy rośliny wznosiły się poza zasięg rolników i musiały ich strzec
wielkie wrony. Istniały zagrożenia, z którymi wrony nie potrafiły sobie
poradzić, więc w większości osad latacze były koniecznością. Jak zawsze,
duch dzielił się na dwie części, by stworzyć to urządzenie - w tym
przypadku maszynę z wielkimi owadzimi skrzydłami i małe urządzenie do
kierowania nią z ziemi.
Z ducha dało się zrobić właściwie wszystko, jeśli był chętny i umiało
się właściwie sformułować prośbę. Dla Toryjczyków wykorzystywanie duchów
jako źródła światła było równie naturalne - i powszechne - jak kul dla
was, a świec i latarni w innych światach. Być może uważacie, że
Toryjczycy marnotrawili wielką kosmiczną moc, którą otrzymali, ale ich
kraina była surowa, a woda dosłownie wyparowała z ziemi. Musicie im
wybaczyć wykorzystywanie zasobów, które mieli pod ręką.
Przekonanie wszystkich trzydziestu siedmiu duchów było niemal równie
wyczerpujące jak sama sztuka - i pod koniec Yumi była oszołomiona.
Ledwie widziała, ledwie słyszała. Mamrotała wyuczone na pamięć
ceremonialne frazy i pokazywała duchom raczej pierwotną potrzebę niż
wyraźne obrazy. Ale w końcu ostatni błagalnik ukłonił się i odszedł
pośpiesznie ze swoją nową duchową piłą. Yumi została sama przed swoim
dziełem, otoczona chłodniejszym powietrzem i latającymi liliami, które
opadały na jej poziom w miarę jak prądy stygły.
Skończyła. Ona... skończyła?
Jej rzeźba w swoim czasie miała popaść w zapomnienie, jak to się dzieje
z każdą sztuką, i w końcu zostać rozebrana przed kolejnymi odwiedzinami
yoki-hijo w tym mieście. Moc urządzeń stworzonych w tym rytuale w końcu
osłabnie, a więź każdego ducha rozpadnie się w swoim czasie. Ale
zasadniczo, im więcej duchów związało się w czasie jednej sesji, tym
dłużej wszystkie trwały. To, czego dokonała tego dnia, nie miało
precedensu.
Liyun podeszła, by jej pogratulować. Natknęła się jednak nie na
wspaniałą panią duchów - ale wyczerpaną dziewiętnastoletnią dziewczynę,
która straciła przytomność. Włosy leżały wokół niej na kamieniu, a ceremonialne jedwabie drżały na słabym wietrze.
Rozdział 5
Koszmary pierwotnie przybyły z nieba.
Malarz słyszał relacje. Wszyscy je słyszeli. Musicie pamiętać, że nie do
końca były historią. Raczej fragmentami opowieści, najpewniej
wyolbrzymionymi. I tak uczono o nich w szkole. Jak w przypadku człowieka
z biegunką w fabryce papieru ściernego, czasem żadna z dostępnych
możliwości nie jest optymalna. Jedna z relacji brzmiała:
Patrzyłam, jak spada deszcz krwi umierającego boga. Czołgałam się przez
smołę, przybierającą kształt twarzy ludzi, których kochałam. Ich krew
stała się czarnym tuszem.
To były słowa poetki, która po tych wydarzeniach nie odezwała się ani
nawet nic nie napisała przez trzydzieści lat. Wiele lat później inna
kobieta napisała:
Dziadek opowiadał o koszmarach. Nie wie, dlaczego został oszczędzony.
Wpatruje się w nicość, kiedy opowiada o tamtych dniach spędzonych na
czołganiu się w ciemności, tej grozie z nieba, aż odnalazł inny głos.
Spotkali się i kulili, płacząc razem, przytulając się - choć nie
spotkali się nigdy wcześniej, nagle stali się braćmi. Bo byli realni.
I wreszcie ta, którą uważam za najbardziej niepokojącą z nich
wszystkich:
Zabierze mnie. Przenika pod barierą. Wie, że tu jestem.
Znaleziono ją w przybliżeniu sto lat później, namalowaną na ścianie
jaskini. Kości nigdy nie zlokalizowano.
Relacje są skąpe, fragmentaryczne i gorączkowe. Musicie wybaczyć
ludziom, którzy je zostawili - byli zbyt zajęci przetrwaniem całkowitego
upadku społeczeństwa. W czasach Malarza od tych wydarzeń minęło
siedemnaście stuleci - i dla nich czerń całunu była normalna.
Przeżyli jedynie dzięki hionom - światłom, które odpychały całun.
Energii, za pomocą której wykuto nowe społeczeństwo - lub też, w języku
miejscowych, namalowano je na nowo. Ale ten nowy świat wymagał zajęcia
się koszmarami w taki czy inny sposób.
- Kolejny bambus? - spytał brygadzista Sukishi, wyciągnąwszy pierwsze
płótno z torby Malarza.
- Bambus działa - odparł Malarz. - Czemu miałbym go zmienić, skoro
działa?
- To świadczy o lenistwie.
Malarz wzruszył ramionami. Nieduże pomieszczenie, w którym oddawał swoje
obrazy po zmianie, oświetlał żyrandol. Jeśli przytknęło się
przeciwstawne linie hionowe do dwóch końców kawałka metalu, ten się
rozgrzewał. A stąd już wiodła krótka droga do żarówki. Jak mówiłem, nie
wszystko w mieście miało odcień seledynu lub magenty - choć dzięki
hionowym liniom na zewnątrz nie potrzebowali już latarni ulicznych w innych kolorach.
Sukishi zrobił notatkę w rejestrze przy imieniu Malarza. Nie było
określonego przydziału pracy - wszyscy wiedzieli, że spotkania z koszmarami są przypadkowe, a malarzy nie brakowało. Statystycznie
spotykali jeden koszmar każdej nocy - ale zdarzało się, że mijało wiele
dni, zanim natknęli się na kolejny.
Nadal prowadzono rejestr. Gdyby minęło zbyt wiele czasu bez złożenia
obrazu, pojawiłyby się pytania. Oczywiście bardziej leniwi wśród was być
może dostrzegli lukę w tym systemie. Teoretycznie ścisłe szkolenie,
wymagane, by zostać malarzem, miało odsiać osoby, które malowałyby
przypadkowe przedmioty, choć w rzeczywistości nie spotkały żadnego
koszmaru. Był jednak powód, dlaczego Sukishi zawahał się i spojrzał na
Malarza zmrużonymi oczami, kiedy wyjął drugie płótno i ukazał drugi
obraz przedstawiający bambusa.
- Bambus działa - powtórzył Malarz.
- Musisz patrzeć na kształt koszmaru - sprzeciwił się Sukishi. - Musisz
dopasować do niego swój rysunek, zmienić naturalną postać koszmaru w coś
niewinnego, niegroźnego. Powinieneś rysować bambusy jedynie, jeśli
napotkane przez ciebie koszmary wyglądają jak bambusy.
- Tak było.
Stary mężczyzna spiorunował go wzrokiem, a robił to w sposób naprawdę
imponujący. Niektóre miny, jak miso, wymagają czasu, by uzyskać
prawdziwą moc.
Malarz udał obojętność, wziął swoją wypłatę i wyszedł na ulicę.
Przerzucił torbę - z narzędziami i pozostałymi płótnami - przez ramię i wyszedł w poszukiwaniu kolacji.
Kluskowy Uczeń był tego rodzaju restauracją na rogu, w której można było
hałasować. Miejscem, gdzie człowiek nie wstydził się siorbać, kiedy
połykał obiad, gdzie śmiech przy waszym stoliku nie był zawstydzający,
bo mieszał się jak farba z tym dochodzącym z sąsiedniego. Choć w czasie
"nocnej" zmiany było luźniej niż w czasie "dziennej", jakimś cudem wciąż
było głośno, nawet kiedy panowała cisza.
Malarz kręcił się na zewnątrz jak pyłek kurzu w promieniu światła,
szukający miejsca, gdzie wylądować. Młodzi malarze z jego grupy zbierali
się tutaj na tyle często, że nieoficjalnie zyskali prawo do swoich
boksów i stolików. Podwójna linia hionów otaczała dużą witrynę, a ich
blask sprawiał, że wyglądała jak futurystyczny ekran. Te same linie
wznosiły się jak pędy nad oknem, tworząc nazwę restauracji w seledynie i magencie, z wielką michą klusek na szczycie.
(Formalnie rzecz biorąc, lokal z kluskami należał w części do mnie. Że
co? Sławni w wielu wymiarach mistrzowie opowieści nie mogą inwestować od
czasu do czasu w nieruchomości?).
Malarz stał na ulicy, pochłaniając śmiech jak drzewo pochłania blask
hionu. W końcu pochylił głowę, wszedł do środka i zawiesił dużą torbę na
jednym z ramion wieszaka na ubrania, nawet nie patrząc w jego stronę. W barze siedziało piętnaścioro innych malarzy, zebranych wokół trzech
stolików. Miejsce Akane było z tyłu, właśnie poprawiała fryzurę. Tojin
klęczał obok pobliskiego stolika i z powagą sędziował w pojedynku
jedzenia klusek między dwoma młodymi mężczyznami.
Malarz usiadł przy barze. W końcu był indywidualnym obrońcą przed
miazmatami otaczającymi miasto. Samotnym wojownikiem. Oczywiście, że
wolał jeść sam. Nie wszedłby do środka, gdyby nie jego tragiczna
śmiertelna natura. Nawet solenni, pełni napięcia wojownicy przeciwko
ciemności muszą czasem zjeść kluski.
Kierowniczka restauracji prześlizgnęła się za barem w jego stronę, po
czym zaplotła ręce na piersi i lekko się zgarbiła, naśladując jego pozę.
W końcu podniósł wzrok.
- Cześć, Kompozycjo. No... mogę to co zwykle?
- Twoje to co zwykle jest takie zwykłe! Chcesz poznać tajemnicę? Jeśli
zamówisz coś nowego, zapiszę to i zwinę karteczkę, a później włożę do
twoich klusek. Ale powiem ci też, co to jest, bo papier przemoknie od
klusek i nie uda ci się tego przeczytać.
- No... To co zwykle. Poproszę.
- Uprzejmość... - wymierzyła w niego palec - ...przyjęta.
Kompozycja... nie radziła sobie zbyt dobrze z udawaniem człowieka. Nie
biorę za to odpowiedzialności, bo wielokrotnie nie przyjmowała moich
rad. Przynajmniej jej przebranie się trzymało. Ludzie zastanawiali się,
dlaczego dziwna właścicielka baru z kluskami ma długie białe włosy, choć
wygląda na dwudziestolatkę. Nosiła obcisłe sukienki i wielu z malarzy
się w niej podkochiwało. Widzicie, upierała się, by jej przebranie było
uderzająco piękne.
Cóż, powinienem chyba ją zacytować: "Spraw, żebym była ładna, bo wtedy
będą wyjątkowo wstrząśnięci, jeśli moja twarz kiedykolwiek się
rozpadnie. I daj mi obfite kształty, bo przypominają mi wykres cosinusa.
Oraz dlatego, że piersi wyglądają fajnie".
To nie było rzeczywiste ciało - wszyscy chyba dostaliśmy nauczkę w tej
kwestii - a raczej skomplikowane Tkanie Światła oparte na modelu
szkieletowym, z projekcjami związanymi bezpośrednio z jej elementem
kognitywnym, w aspekcie, który manifestował się w świecie materialnym.
Ale ponieważ robiłem się coraz lepszy w kwestiach technicznych, możecie
udawać, że funkcjonowało w taki sam sposób, jak ciało i kości.
Przyznam się do pewnej dumy, którą wzbudzał we mnie sposób, w jaki
spojrzenie Malarza podążało za Kompozycją, kiedy szła przygotować jego
posiłek. Oczywiście przesadzał - jego wzrok spoczywał na niej przez cały
czas, kiedy pracowała. Nie osądzajcie go zbyt surowo. Miał
dziewiętnaście lat, a ja jestem wyjątkowo utalentowanym artystą.
Kompozycja wkrótce wróciła z jego miską klusek, którą umieściła w okrągłym zagłębieniu w drewnie. Linie hionowe podłączone do obu końców
baru rozgrzewały element na dnie miski, by bulion nie stygł w zimne noce
Kilahito.
Z tyłu dobiegały coraz głośniejsze śmiechy i okrzyki towarzyszące
pojedynkowi jedzenia klusek. Malarz rozdzielił pałeczki maipon i jadł
powoli, z godnością stosowną dla kogoś o jego wyimaginowanej pozycji.
- Kompozycjo - powiedział, starając się nie siorbać zbyt głośno. - Czy...
to, co robię, jest ważne?
- Oczywiście, że tak. - Oparła się o bar naprzeciwko niego. - Gdybyście
wszyscy nie jedli klusek, nie miałabym ich gdzie przechowywać.
- Nie. - Machnął ręką w stronę torby, która wisiała na jednym z ramion
dziwnie ukształtowanego wieszaka na ubrania. - Chodzi mi o bycie
malarzem koszmarów. To ważna praca, prawda?
- No tak. Oczywiście. Pozwól, że opowiem ci historię. Dawno, dawno temu
było sobie miejsce, w którym nie było malarzy koszmarów. A później
ludzie zostali pożarci. To krótka historia.
- To znaczy... ja wiem, że ogólnie jest ważna. Ale... czy to, co ja robię,
jest ważne?
Kompozycja pochyliła się nad barem, a Malarz spojrzał jej w oczy. To
było dla niego trudne, ze względu na jego obecną postawę. Ale, tak czy
inaczej, może słyszeliście o jej rodzaju. Jeśli będziecie mieli taką
możliwość, sugeruję, byście unikali patrzenia w oczy Zagadkowym. Ich
rysy - jeśli nie zostaną zamaskowane - zaginają czasoprzestrzeń i zdarzało się, że doprowadzały tych, którzy próbowali znaleźć w nich
sens, do ataków obłędu. Z drugiej strony, kto nie chciałby od czasu do
czasu pokazać środkowego palca linearnej ciągłości, co?
- Rozumiem, co mówisz - powiedziała.
- Naprawdę?
- Tak. Dziś siedem procent zniżki na kluski. W podziękowaniu za twoją
odważną pracę malarza.
Nie o tym mówił. Ale i tak podziękował skinieniem głowy. Bo był młodą
osobą wykonującą niezmiernie ważną, względnie kiepsko płatną pracę.
Siedem procent to siedem procent.
(Kompozycja, co należy zauważyć, dawała rabaty jedynie w wysokości
kolejnych liczb pierwszych. Ponieważ, i tu cytuję, "Mam swoje zasady".
Nadal nie jestem pewien, co miała na myśli).
Odwróciła się do kolejnego klienta, więc Malarz wrócił do siorbania
długich klusek w ciepłym, pikantnym bulionie. Jedzenie było niezłe.
Najlepsze w mieście, według niektórych, co nie jest aż tak zaskakujące.
W przypadku Zagadkowych jednego możecie być pewni - zawsze postępują
ściśle według instrukcji. Kompozycja miała słoiczki z przyprawami, które
dodawała do bulionu, a każdą wyliczała co do ziarenka soli.
W połowie jego posiłku do baru podeszła Akane, a Malarz odwrócił wzrok.
Po chwili odeszła, niosąc pozostałym kolorowe drinki.
W milczeniu dojadł kluski.
- Ryżu? - spytała Kompozycja, kiedy zauważyła, że prawie skończył.
- Tak, poproszę.
Dodała łyżkę, w którą wsiąkły resztki bulionu, a on to zjadł.
- Mógłbyś pójść i z nimi porozmawiać - powiedziała cicho Kompozycja,
przecierając bar ścierką.
- Próbowałem zaprzyjaźnić się z nimi w szkole. Nie poszło dobrze.
- Ludzie dorastają. To jedna z tych rzeczy, która odróżnia ich od
kamieni. Powinieneś...
- Nic mi nie jest. Jestem samotnikiem, Kompozycjo. Myślisz, że obchodzi
mnie, co myślą o mnie inni?
Przechyliła głowę i zmrużyła jedno oko.
- To podchwytliwe pytanie? Bo oczywiście, że...
- Ile płacę? Ze zniżką?
Westchnęła.
- Sześć.
- Sześć? Miska kosztuje normalnie dwieście kon.
- Dziewięćdziesiąt siedem procent zniżki. Bo tego potrzebujesz, Malarzu.
Jesteś pewien? Mogłabym pójść do nich, powiedzieć im, że jesteś samotny.
Może zrobię to od razu?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki