You'd Be Home Now - Kathleen Glasgow

-
Proszę czekać

5

ALEŻ TAM NA GÓRZE JEST BAŁAGAN - mówi Maddie. - Większość już chyba uprzątnęłam. - Stawia skrzynkę po mleku na podłodze w bawialni i pada na kanapę obok mnie. Włosy związała w koński ogon, a jej szyja lśni od potu. Schody na strych są strome.

Moja siostra, nawet spocona i nieumalowana, jest piękna. Nie powinnam być zazdrosna, ale jestem.

- Mama dosłownie przewróciła pokój Joeya do góry nogami. Nie wiem, czy ci o tym mówiłam. Może nie pamiętasz. W szpitalu byłaś półprzytomna. Parę dni po wypadku wróciliśmy do domu, żeby wziąć prysznic i się przebrać, i weszliśmy na górę. No, wiesz, żeby zobaczyć, co on ukrywał, i mama po prostu... jakby się wściekła.

Maddie pochyla się i grzebie w skrzynce po mleku.

- Nie sądzę, żeby wiele znalazła. Może fajkę do palenia marihuany i trochę trawki. Ale spójrz, co ja znalazłam.

Podaje mi plik papierów. Sztuka Joeya. Smoki ze złotymi skrzydłami ziejące pomarańczowym ogniem. Masywne stwory z ostrymi pazurami i czerwonymi ślepiami. Cały świat, który stworzył na strychu, gdzie rodzice pozwolili mu się przenieść, kiedy skończył trzynaście lat. Mógł godzinami siedzieć przy stole kreślarskim, całkowicie pochłonięty. Matka urządziła sobie w jego dawnej sypialni domową siłownię.

- Myślę, że on już teraz nie rysuje - mówię siostrze. - Może znów będzie. Kiedy wróci. Kiedy wyzdrowieje.

- Emmy, nie jestem pewna, czy można liczyć na "wyzdrowienie". On brał heroinę. To twardy narkotyk. Nie można go tak po prostu... odstawić. Nie miałam pojęcia, że to brał. A ty? - Patrzy na mnie uważnie.

Układam rysunki na kolanach w porządny stosik, unikam jej wzroku.

- Myślałam... sama nie wiem. Było ciężko. Próbowałam po prostu się nim opiekować. Myślałam, że to tylko... pijaństwo. Nie wiesz, jak to było w ubiegłym roku. Ty wyjechałaś.

Zaczynam płakać, łzy kapią na mój T-shirt. Od wielu dni nie brałam prysznica, mam na sobie te same ciuchy, w których wróciłam ze szpitala, pachy mnie bolą od kul, czuję się okropnie i wydaje się mi, że śmierdzę, siedząc obok tej mojej pięknej siostry uczesanej w perfekcyjnie swobodny koński ogon.

Mam poczucie winy z powodu Joeya, czuję się częściowo odpowiedzialna za to, co się wydarzyło, bo tak długo go kryłam.

No i jeszcze ta Candy.

Tego już dla mnie za wiele, nagle wszystko się ze mnie wylewa.

- Och, Emmy. - Maddie otacza mnie ramionami. - Już dobrze. Nie płacz. To nie twoja wina. Przysięgam, że to nie twoja wina.

Ale w głębi duszy jestem przekonana, że moja.

Bo gdybym nie próbowała strzec tajemnic Joeya, to może Candy MontClair by nie umarła.

6

KIEDY WCHODZĘ, KUŚTYKAJĄC, do kuchni, matka odkłada gazetę, którą przeglądała, i stawia na niej kubek kawy.

- O, cześć - mówi wesoło i odwraca się w stronę piekarnika. Wrzuca na talerz porcję jajecznicy dla mnie. - To wielki dzień. Powinnaś być najedzona. Ostatnio niewiele jadłaś. Zaczynam się trochę martwić.

Delikatnie pociąga nosem.

- Wzięłaś prysznic? - Odrzuca włosy do tyłu i zwija je w szykowny, niedbały węzeł. Ma na sobie śliczną kremową bluzkę, ciemnoszary żakiet i rozkloszowane spodnie, elegancko opadające na błyszczące czarne pantofle. Strój do pracy.

- Idziesz do pracy? - pytam ze ściśniętym sercem. Myślałam, że zechce pojechać ze mną na zdjęcie szyny z nogi. To już pięć tygodni. Sama nie wiem, dlaczego pozwoliłam sobie na taką nadzieję.

Matka marszczy czoło.

- Oczywiście. Nie mogę dzisiaj opuścić rozprawy. Mamy zeznanie pod przysięgą. Jest tu Maddie. Ona cię zawiezie na umówioną wizytę.

Zjadam kilka kęsów jajecznicy, resztę przesuwam po talerzu, a ona w tym czasie zajmuje się portfelem, kluczami, torebką. Moja matka jest prawniczką, a ojciec lekarzem na szpitalnym oddziale ratunkowym, co oznacza, że oboje ciągle pracują, ale myślałam, że przynajmniej jedno z nich będzie ze mną w dniu, w którym zdejmą mi wreszcie szynę z nogi.

- Nie dąsaj się, Emory. Blue Spruce nie jest objęte ubezpieczeniem, więc tata i ja nie możemy wziąć wolnego. - Blue Spruce to takie miejsce w stanie Kolorado, do którego wysłali Joeya.

Wbijam wzrok w talerz. Raz, w trzeciej klasie, gdy matka podrzuciła mnie i Joeya do szkoły, któraś z mam na chodniku szepnęła: "Ta rodzina jest nieprzyzwoicie wręcz bogata, aż dziw, że nie mają szofera dla swoich najdroższych dzieci".

Kiedy się zorientowała, że słyszałam, co powiedziała, rzuciła mi fałszywy, szeroki uśmiech i pomachała ręką mojej odjeżdżającej matce. Miałam osiem lat, ale doskonale ją rozumiałam.

Majątek rodziny mojej mamy wystarczyłby na opłacenie miliona ośrodków odwykowych Joeya, a i tak mielibyśmy się doskonale. Matka nie musi pracować, ale pracuje.

Maddie wchodzi do kuchni, trzymając Fuzzy na rękach.

- Gdzie moje śniadanie? - pyta zaspanym głosem.

- Jesteś już w college'u - odpowiada matka. - Możesz sobie sama zrobić śniadanie. I się pośpiesz. Emmy ma wizytę o dziesiątej.

Podsuwam Maddie swój talerz.

- Możesz dokończyć moje.

- Prawie zapomniałam - mówi matka. - Proszę.

Podaje mi różowy telefon.

- To inny - wyjaśnia miękko, marszcząc lekko brwi. - Tamten został zniszczony.

Przygryzam wargę. Zniszczony. Podczas wypadku. Ściskałam go kurczowo, na kolanach, kiedy Luther Leonard śmiał się i jechał coraz szybciej.

- Numer ten sam - mówi matka cicho i upija łyk kawy. - Wszystko przekopiowali. - Odstawia kubek i się odwraca, zdejmuje patelnię po jajecznicy z kuchenki i wkłada ją do zlewu.

- Ha. - Maddie stawia Fuzzy na podłodze i palcami wsuwa do ust trochę mojej jajecznicy. - Oni tak mówią, ale ja im nie wierzę. Zawsze czegoś brakuje.

Sięga po gazetę, którą czytała matka.

- Dzisiejsza?

- Nie! - Matka odwraca się na pięcie i próbuje wyrwać jej gazetę z rąk.

- Mamo! - Maddie się uchyla i ją rozkłada. Jej twarz blednie. Maddie zwija szybko czasopismo i wsuwa je pod pachę.

- Co jest? - pytam. - O co tyle hałasu?

Matka i Maddie patrzą na siebie. Zabieram siostrze gazetę.

A tam, na pierwszej stronie "Mill Haven Ledger", jest fotografia Candy MontClair. Nawet na czarno-białym zdjęciu widać piegi pokrywające jej twarz. Jej rudawoblond włosy wiją się na ramionach. Jedną ręką podpiera podbródek. Fotka z trzeciej klasy szkoły średniej.

Społeczność żegna miejscową dziewczynę

- Odłóż to - mówi łagodnie matka. - Nie musisz tego czytać, Emory.

W Mill Haven lato należy do nastolatków. Imprezy nad basenem i ogniska. Piątkowe wieczorne przejażdżki po Main Street, w tę i z powrotem. Candy MontClair miała pojechać na warsztaty teatralne w północnej części Nowego Jorku, jak każdego lata od dwunastego roku życia. Tragicznie...

Czuję się tak, jakbym dostała cios w brzuch. Zdania rozmywają mi się przed oczami. "Jak mogło do tego dojść w Mill Haven... zawiedliśmy naszych nastolatków... powszechne nadużywanie narkotyków i alkoholu w naszej społeczności... kto ponosi winę..."

- Emmy - mówi Maddie, wyjmując mi z ręki gazetę. - Oddychaj.

Tragicznie.

Jak brzmiał jej oddech, kiedy leżała na tylnym siedzeniu samochodu, przygnieciona Joeyem. Jakby tonęła.

Umierała.

Zamykam oczy. W uszach mam ciągle jej urywany oddech.

- Mamo - odzywa się Maddie ostrym tonem. - Może dałabyś jej jedną z tych pigułek, bo się obawiam, że inaczej nie zdoła dotrzeć na tę cholerną wizytę.

***

- To nie była niczyja wina - oznajmia moja siostra, prowadząc samochód. - Przebadali Luthera toksykologicznie. Nie miał w organizmie ani alkoholu, ani narkotyków. Padał deszcz. Stracił panowanie nad samochodem.

Deszcz zalewał przednią szybę, Candy płakała, Joey był nieprzytomny, a ja krzyczałam na Luthera, bo chciał skręcić w lewo z Wolf Creek Road, a nie w prawo, w stronę domu. Luther się śmiał. "Tylko jeden mały przystanek. Pięć minut. Wy, dziewczyny, jesteście jak dzieci. Przecież wyświadczam wam przysługę".

Teraz chciałabym tylko, żeby Maddie się zamknęła. I chciałabym, żeby ta pigułka zaczęła działać. Nie brałam środków przeciwbólowych od pierwszego tygodnia w domu.

- Takie cholerstwa się zdarzają - ciągnie Maddie. - Ludzie umierają bez powodu. Wiem, że to brzmi bezdusznie, ale to był najzwyczajniejszy w świecie wypadek. Jezu, co się dzieje pod Frost Bridge? Ilu tam na dole jest ludzi?

Wyglądam przez okno. Frost Bridge to trasa wylotowa z miasta, tuż obok nieodmiennie radosnego znaku Mill Haven: TAK SZYBKO WYJEŻDŻASZ? GDYBYŚ TU MIESZKAŁ, BYŁBYŚ JUŻ W DOMU! W dole, na kamienistej plaży nad rzeką, pełno namiotów i brezentowych płacht, podniszczonych koców i śpiworów. Ludzie skupieni w niewielkich grupkach. Siedzą, palą.

- Miasto - mówię. - Miasto do tego doprowadziło. Wiesz, niewygodne ławki. Mandaty. Żeby się ich pozbyć. Chyba dlatego przychodzą tutaj. Dla bezpieczeństwa.

Proszę, pigułko, zacznij działać. Zacznij działać, zacznij działać.

Czy to samo czuł Joey? Rozpaczliwie pragnął poczuć się lepiej, zobojętnieć, zatracić się?

- Ha - mruczy Maddie. - Nie sądzę, żeby nasza szacowna rada miejska, do której należy nasza szacowna matka, umiała to załatwić.

W tym momencie wreszcie czuję ciepło, rozchodzi się we mnie, rozluźnia wszystko. Łagodniej niż ocean, który rozlewał się w moich żyłach w szpitalu, ale jednak działa kojąco.

Wyglądam przez okno. Mill Haven przesuwa się za szybą w wilgotnej, zamazanej mgle. Czerwone, białe i niebieskie banery zawieszone nad Main Street. Na obrzeżach miasta majaczy Młyn. Nasze rodzinne dziedzictwo, dzięki któremu zbudowano to miasto dawno, dawno temu.

Za kilka dni czwarty lipca, Dzień Niepodległości. Gdyby Joey tutaj był, poszlibyśmy razem do Kingston Park i chichotalibyśmy z prowadzonej przez Simona Stanleya Parady Mill Haven w rytm pełnej werwy wersji R.O.C.K. in the USA, a potem obserwowalibyśmy eksplodujące na niebie fajerwerki. Pociągając przez miętowe słomki sok z mrożonych cytryn. I nabijając się z parady.

Nie, to nie tak. Potrząsam głową. Mój mózg jest nieco otępiały po tej pigułce. Joey przestał chodzić ze mną na pokazy sztucznych ogni już wiele lat temu. Wolał spotykać się z kumplami. Wracał późno, senny, zakradał się po cichu, kiedy rodzice już poszli spać. Ja obserwowałam fajerwerki na niebie całkiem sama, stojąc na podwórku za domem. I zawsze czekałam na Joeya, choć byłam już bardzo śpiąca.

Maddie ciągle coś mówi, ale jej słowa znikają w momencie, w którym wychodzą z jej ust.

Może to właśnie tak się podobało Joeyowi w narkotykach. To, jak wszystko zmieniały, mieszały wspomnienia, usuwały to, z czym nie chciał się zmierzyć. Sprawiały, że niewygodne sprawy gasły.

- Emmy! - ostry głos Maddie wdziera się w moje myśli. - Co z tobą? To przez vicodin? Trzeba coś zjeść, zanim się weźmie tabletkę. Jezu.

***

W gabinecie doktora Coopera jest zimno. Drżę, choć dzięki pigułce w środku czuję ciepło.

- Tu jest jak w zamrażalniku - mruczy Maddie, obejmując się ramionami.

Otwierają się drzwi.

- A, sławne panny Ward zaszczyciły mnie swoją wizytą! - Doktor Cooper zamyka drzwi pokoju zabiegowego i uśmiecha się do nas, prezentując rząd wybielonych za ciężkie pieniądze zębów.

Maddie zerka na mnie z ukosa, próbuję ukryć uśmiech. Wiem, że siostra myśli o tym, jak mama i tata go nazywają. Doktor Wampir.

"Te zęby widać z odległości wielu kilometrów", powiedziała kiedyś mama.

Doktor myje ręce.

- Jak idą studia, Madeline? Dartmouth, prawda?

- Nabierają rumieńców - odpowiada Maddie.

Doktor wyciera ręce i spogląda na nią.

- A na jakim kierunku? Jesteś z rodziny Wardów, cały świat stoi przed tobą otworem.

- Wstępuję do cyrku - mówi Maddie.

Doktor Cooper chichocze.

- Naprawdę?

- Serio. Wracam w przyszłym tygodniu i idę na letni kurs sztuki cyrkowej. Przez całe życie marzyłam, żeby zostać wystrzelona z armaty.

- Zawsze taka charakterna - mruczy lekarz i odwraca się w moją stronę. - No a ta...

Jego uśmiech staje się trochę niepewny, doktor się zastanawia, co by tu do mnie powiedzieć.

Bo i on, i ja wiemy doskonale, że nie jestem ani charakterna, ani wyjątkowa, ani nic z tych rzeczy. Doktor Cooper dosłownie nie ma o czym ze mną pogawędzić.

Ja jestem tylko "no a ta".

- Emory - mówi w końcu. - Rzucimy okiem na to kolano, dobrze?

Wsuwa rękę pod moją pachę i sadza mnie na stole. Podkład z fizeliny rozdziera się pode mną, kiedy kładę się na plecach.

Doktor delikatnie poklepuje niebieską szynę.

- Gotowa? - pyta. Jego oddech pachnie miętą, z uszu sterczą mu drobne włoski. Mam wrażenie, że ktoś, kto tak dba o zęby, powinien usuwać również włoski z uszu, ale co ja tam wiem.

Patrzę w sufit.

- Jasne - odpowiadam.

On wsuwa rękę pod szynę i wyciąga ją spod mojej nogi.

Dziwnie się czuję bez tej szyny. Moja noga wydaje się lżejsza niż przez kilka ostatnich tygodni.

- O rany. - Maddie szturcha moje udo. - Straciłaś sporo masy mięśniowej. No nic. Zdążysz ją odbudować do jesieni, zanim rozpoczną się zajęcia grupy tanecznej.

Doktor Cooper uciska palcami moje kolano.

- Och, ona przez dłuższy czas nie będzie mogła tańczyć.

- Zaraz - wołam, starając się usunąć z głosu nutkę podniecenia. - Nie będę mogła tańczyć w zespole?

- O mój Boże, nie - odpowiada doktor Cooper. - Zanim będziesz mogła choćby spróbować, czeka cię długa rehabilitacja.

- Mama wpadnie w szał. Zespół taneczny to jej konik - wyjaśnia Maddie. - Może będziesz mogła włożyć kostium, Emmy, i po prostu siedzieć w sali.

- Nie zależy mi - odpowiadam. Szczerze mówiąc, jestem przekonana, że dostałam się do zespołu tylko dzięki telefonowi wykonanemu przez mamę. - Zresztą ja i tak nigdy tego nie lubiłam. To mama próbowała zrobić ze mnie Maddie 2.0.

Nie mam pewności, czy powiedziałabym to, gdyby w moim ciele nie krążył vicodin.

- Emmy - rzuca Maddie, ale nie ostro, bo wie, że to prawda.

- Wychodzę głównie w zastępstwie, Maddie. Jestem do dupy. Przeważnie i tak siedzę na ławce, a jeśli nawet tańczę, to z tyłu.

Będę musiała udawać zawiedzioną, mówiąc o tym mamie, ale w rzeczywistości czuję ulgę. Koniec z obciąganiem i poprawianiem drapiących granatowych szortów szerokich jak spódniczka i gwiazdek przyklejanych na powieki. I sztucznego uśmiechu przyklejonego do ust.

Doktor Cooper patrzy na mnie.

- Co jest? - pytam. - To już koniec?

- Jest lekka opuchlizna - stwierdza lekarz. - Ale ogólnie wygląda to całkiem nieźle. Ładnie się goi. Spróbuj zgiąć kolano. Powoli, na początek tylko odrobinę.

Wpadam w panikę. Spoglądam na swoją bladą, chudą nogę, na skórę pomarszczoną pod unieruchamiającym opatrunkiem. Wracam myślą do samochodu, do wypadku, do tego, jak się czułam, kiedy siedziałam na przednim siedzeniu i wydawało mi się, że mojemu ciału czegoś brakuje, że coś jest nie w porządku. Moja rzepka roztrzaskała się o deskę rozdzielczą, kiedy wylecieliśmy w powietrze, a potem znowu wylądowaliśmy. Wydaje mi się, że pamiętam trzask. Taki odgłos, jakby coś się rozłupywało.

Nie chciałabym znowu usłyszeć tego dźwięku.

Robi mi się niedobrze.

- Nie - protestuję. - Nie chcę.

- To bardzo częsta reakcja - stwierdza doktor Cooper. - Obawiasz się, że noga złamie się znowu? To w pełni zrozumiałe. Ale zapewniam cię, że tak się nie stanie.

- Dasz radę, Emmy - odzywa się miękko Maddie. Kładzie mi rękę na ramieniu. - Dasz radę.

- Nie mogę - mówię. - Za bardzo się boję. Jestem...

Doktor Cooper wsuwa rękę pod moje kolano.

- Przytrafiło ci się coś okropnego, Emory, coś znacznie poważniejszego, niż potrafiłabyś w tej chwili wyartykułować. Ale pierwszym krokiem do pójścia naprzód i wyzdrowienia jest zgięcie tego kolana. Wymuszenie powrotu do zdrowia.

Zamykam oczy.

To takie głupie. Joey jest gdzieś w dzikich ostępach Kolorado, odbywa piesze wędrówki, rozmawia i Bóg wie co jeszcze robi, żeby się poprawić i wrócić jako lepszy Joey, Candy nie wróci już nigdy, a tymczasem ja boję się zgiąć to cholerne kolano. Przecież to najprostsza rzecz na świecie.

- Tylko odrobinę. Możesz odczuwać pewien dyskomfort.

Palce doktora Coopera uciskają zgięcie kolana, delikatnie pchają je do góry. Jego ręce są okropnie zimne i przyprawiają mnie o gęsią skórkę.

- Emmy - szepcze Maddie.

Tylko moja noga ucierpiała w tym samochodzie i będę ją ze sobą nosić zawsze, dosłownie i w przenośni. Mogę uważać się za szczęściarę, że żyję. Ja nie przedawkowałam jak Joey. Ani nie wypadłam przez przednią szybę jak Luther.

Ani nie umarłam jak Candy.

Gwałtownie unoszę kolano. Czuję się tak, jakby stanęło w ogniu, więc jęczę.

- Zrobiłaś to! - Maddie klaszcze w dłonie.

- Poziom bólu - mówi doktor Cooper. - W skali od jednego do dziesięciu.

- Nie wiem - odpowiadam, ciężko dysząc. Pigułka stopniowo przestaje działać. - Może pięć. Nie wiem.

- W porządku. Wypiszę ci receptę na więcej vic...

- Dzięki, doktorze Cooper - przerywa mu Maddie, kręcąc głową. - Ale to się naszej mamie nie spodoba.

- Słucham?

Maddie wzdycha.

- Rozumie pan, z powodu naszego brata. On jest na odwyku. Mama już trzyma mocno w garści środki zapisane w szpitalu.

Widzę, jak zmieszanie na twarzy doktora Coopera zmienia się w zrozumienie. Mill Haven to mała mieścina. Oczywiście słyszał.

- Tak, racja. Cóż, cieszę się, że brat otrzymuje pomoc, której potrzebuje, ale Emory odczuwa ból. Z pewnością zażywanie przez nią leków powinno być monitorowane, ale nie może się obywać bez nich, tylko dlatego że...

- Nie zna pan naszej matki - mówi Maddie. - A może pan zna.

- Cóż. - Doktor Cooper chrząka. - Spróbujmy jeszcze, Emory. Jeszcze kilka razy zegnij nogę, zanim stąd wyjdziesz. Widzę w twojej karcie, że matka załatwiła ci domową rehabilitację już od przyszłego tygodnia. Dam ci kilka wskazówek, jak dbać o kolano, i pokażę parę ćwiczeń wzmacniających. A gdybyś zmieniła zdanie, to odeślę cię do domu z receptą, tak na wszelki wypadek.

***

Z szezlonga na podwórku obserwuję, jak Maddie robi salta z trampoliny - wybija się w powietrze, zwija się w kłębek i prawie bez rozbryzgiwania wody daje nura do basenu. Jest duszno, więc wachluję ciało T-shirtem, żeby się ochłodzić.

Kiedy Maddie ślizga się i wije w wodzie jak węgorz, ja rzucam okiem na ceglany mur oddzielający nasze podwórze od podwórza Galtów. Pozwalam swoim oczom popełznąć w górę po porośniętej bluszczem wykładzinie ku oknu w rogu, tym, które znajduje się dokładnie naprzeciwko okna mojej sypialni, gdzie nie byłam od kilku tygodni z powodu kolana. Szesnaście schodków prowadzi z parteru na pierwsze piętro.

Żaluzje są nadal opuszczone. Jeszcze nie wrócił do domu z obozu piłkarskiego.

Myślałam, że mógłby odwiedzić mnie w szpitalu. Złamać nasze zasady. Choćby ten jeden raz. Ale nie zrobił tego.

Sprawdzam swój nowy różowy telefon. Zaczynam otwierać wiadomości, ale nagle, nim zdążę się powstrzymać, przerzucam się na Instagram i sprawdzam jego konto. Nie mogę nic na to poradzić. Chcę zobaczyć jego twarz. On jest moim narkotykiem.

I oto jest, uśmiechnięty, w ciemnych okularach i czapce bejsbolówce, okaz olśniewającego, doskonałego zdrowia.

"Czuję się wspaniale", podpisał zdjęcie.

A pod tym podpisem istne tornado wiadomości od dziewczyn. Potrójne serduszka, uśmiechnięte buźki, płomienie. "Ale sexy, Gage". "Gage, jesteś najlepszy". "Tęsknię za tobą". "Jesteś jak ogień". "Wyłącznie móóój".

Robi mi się gorąco.

Ciekawe, co powiedziałyby te dziewczyny, gdyby wiedziały, że całowałam te idealnie wykrojone usta. Mnóstwo razy. W niewielkiej odległości od tego szezlongu. O, tam, w naszym domku przy basenie.

"Jesteś doskonały", skomentowała CuteCathy.

"Smakowity", uznała PristTine.

Znowu spoglądam na pełne wargi Gage'a.

"Tak jest fajnie", powiedział ostatnim razem, muskając palcami moją szyję. "Tylko ty i ja, właśnie tak. Z zachowaniem prywatności. To coś wyłącznie naszego".

Przeszywa mnie ból.

- Jesteś czerwona jak burak. Co ty tam zobaczyłaś?

Głos Maddie sprawia, że przytomnieję. Siostra stoi nade mną, wyżyma wodę z gęstych włosów, kropelki lądują na moich gołych nogach.

- Nic. - Przyciskam telefon do uda.

- A, tajemnice. - Puszcza do mnie oko. - Łapię. Zasługujesz na odrobinę rozrywki. Ale wyciągnę to z ciebie. Mam swoje sposoby. - Zaczyna mnie łaskotać, telefon zsuwa się z mojego uda. Maddie łapie go i zaczyna klikać.

- Maddie! - Gwałtownie wyciągam rękę, żeby odzyskać telefon, ale nie jestem dość szybka.

- Och - mruczy cicho. Uśmiech zamiera na jej wargach. - Och.

- To nic takiego - zapewniam pośpiesznie. - To głupie, naprawdę...

Maddie patrzy na mnie i nie wygląda na wściekłą, a sądziłam, że się wścieknie. Wydaje się smutna. Ale dlaczego miałaby być smutna z powodu Gage'a Galta i jego postu na Instagramie?

Odbieram jej telefon.

I moje serce się rozpada.

Ona nie patrzyła na Gage'a Galta. Czytała moje wiadomości.

Tasha. Mrugam oczami i przewijam do dołu.

Pierwsze wiadomości pochodzą z następnego dnia po wypadku.

OMG, u ciebie okej? Zadzwoń, proszę

Co się stało???

Nie mogę w to uwierzyć

Zadzwoń

A parę dni później:

Hej Emory, zadzwoń, kiedy będziesz mogła

Dużo się dzieje, ploty i takie tam

Dlaczego byłaś w aucie z Lutherem Leonardem

Nie mogę uwierzyć, że Candy nie żyje. Boże jaka jestem smutna

Mijałam twój dom i nikogo w nim nie było

Biorę głęboki oddech. Są i inne, od dziewczyn z zespołu tanecznego. Mary, Madison, Jesse. Candy należała do naszego zespołu w pierwszej klasie. Była miła, pełna życia, przyjacielska i śmiała się z siebie, kiedy pomyliła kroki. Potem przeniosła się do Klubu Dramatycznego.

Wszyscy kochali Candy MontClair.

"Słuchaj naprawdę mi przykro", napisała Tasha przed tygodniem.

Jutro wyjeżdżam na obóz taneczny, szkoda, że nie możemy pogadać

Ale tyle się dzieje

Naprawdę mi przykro, Emory. To słabe, ale

Myślę, że może jesienią

Kiedy zacznie się szkoła

Powinnaś się przyczaić, okej? Część dziewczyn, cóż, one po prostu, to znaczy wszystkie jesteśmy smutne

I z tyloma rzeczami musimy się uporać

Czy wiedziałaś, że ten typ Luther miał w samochodzie narkotyki?

Widzisz, to okropne i przerażające, i wszystkie gadałyśmy

Chcę powiedzieć, że one zwyczajnie czują się z tym niekomfortowo

Więc myślę, że lepiej, abyś na pewien czas wycofała się trochę

Dopóki wszyscy nie poczują się nieco lepiej

Serce mi wali. Nie mogę spojrzeć na siostrę.

- Zostałaś opuszczona - mówi Maddie. - Obawiałam się tego. Zastanawiałam się, dlaczego nikt nie wpadł cię odwiedzić po powrocie do domu.

Słyszałam o twoim kolanie, to naprawdę fatalnie

Prawdopodobnie nie będziesz już mogła tańczyć w zespole

Ale bądźmy szczere, tak naprawdę wcale tego nie lubiłaś

Naprawdę mi przykro

- Emmy - mówi Maddie, dotykając mojego ramienia.

Odwracam telefon wyświetlaczem do dołu i kładę go na brzuchu. Potrząsam głową.

- Nieważne - mruczę. - To nic wielkiego. Właściwie tak naprawdę wcale nie byłyśmy przyjaciółkami. Byłam tylko członkinią zespołu.

I to jest prawda. Nie byłam blisko z żadną z nich, ale należałam do zespołu, a to oznaczało jedzenie razem lunchu i spędzanie z nimi czasu, kiedy nie zamartwiałam się o Joeya. Członkostwo w zespole zapewnia pewną ochronę w szkole. Masz ludzi, z którymi przebywasz, więc nie wydajesz się całkiem sama. To coś w rodzaju parasola towarzyskiego, którego potrzebowałam, ponieważ ja nie jestem taka jak Maddie - kontaktowa, piękna, wygadana, popularna. Taka, jaka powinnam być z uwagi na rodzinę, z której pochodzę, i dom, w którym mieszkam. I moją matkę.

A teraz nie mam nawet tego.

A osobą, z którą najbardziej chciałabym o tym porozmawiać, która wyliczyłaby każdą z licznych wad każdej z tych dziewczyn, nawet jeśli sam by w to nie wierzył, jest Joey. "Olej je", powiedziałby. "Gromada nadętych bab. Komu one potrzebne? Jesteś od nich lepsza".

Ale nie ma go tutaj. I nie mogę nawet do niego zadzwonić, ponieważ w Blue Spruce nie zezwalają na rozmowy telefoniczne. W poradniku dla rodzin, który nam przysłali, jest coś o "budowaniu siły wewnętrznej przed powrotem do świata zewnętrznego".

- Wejdźmy do domu - mówi łagodnie Maddie. - Weźmiesz prysznic, może coś zjesz. Możemy o tym pogadać. Pomogę ci.

Strącam z ramienia jej rękę i wstaję, niepewnie wspierając się na osłabionej nodze. Kolano znowu zaczyna mnie boleć i to bardziej, niż przyznałam się w gabinecie doktora. Będę musiała poprosić Maddie o pastylkę, a matka będzie pytała, dlaczego jej potrzebuję, bo mój brat jest uzależniony, a ja nie mam już nawet tych nielicznych koleżanek, które - jak myślałam - miałam i chciałabym po prostu zniknąć.

- Hej, ostrożnie, Em, co ty robisz?

Po prostu... znikam.

Odchodzę, kuśtykając, od Maddie i jej zmartwionej twarzy, ignoruję wibrujący w kolanie ból. Staję na brzegu naszego absurdalnie wielkiego, przesadnie błękitnego, boleśnie pięknego basenu na naszym boleśnie pięknym, starannie zaprojektowanym dziedzińcu.

A potem pozwalam sobie wpaść do wody.

Koszulka i szorty się wydymają, kiedy płynę pod wodą, ruszając tylko rękami i jedną zdrową nogą, zanurzam się w ciszy, uciekam od wypadku, od martwej dziewczyny i mojego załamanego brata i podejmuję decyzję, tu i teraz, choć moje płuca o mało nie eksplodują, że resztę wakacji spędzę pod wodą, nieważka i nieuszkodzona, w ciszy i bezpieczeństwie.

7

"GWIAZDA TO CHOLERNIE DOBRE TOWARZYSTWO".

To słowa ze sztuki, którą czytaliśmy w zeszłym roku na zajęciach z literatury amerykańskiej. Wracają do mnie, gdy unoszę się na plecach w basenie, z rozłożonymi rękami, woda pluska o moje policzki, a nad sobą mam ciemny, cętkowany gobelin nieba. To była opowieść o małym miasteczku, o małych życiach.

Przez całe lato patrzyłam w to niebo.

Nie znam żadnych gwiazdozbiorów, nie wiem, co się tam w górze dzieje, nie wiem, co to oznacza, nie wiem nic z wyjątkiem tego, że takie dryfowanie nocą napełnia mnie spokojem. Moje ciało kołysze się łagodnie na wodzie, jest bezpiecznie, woda co rusz wlewa mi się do uszu, a potem wypływa z nich z dziwnym dźwiękiem. Wyjątkowy spokój późnej nocy w Mill Haven, kiedy wszystkie nasze sekrety idą spać. Woda zabiera ze sobą mój ból.

Unosiłam się na wodzie przez dwa i pół miesiąca. Stając się niewidzialna.

Powinniśmy szukać ukojenia w gwiazdach, prawda? Mówią nam o tym poeci, malarze i filmy. Wielka niewiadoma. Wabi nas tajemnica życia w odległych galaktykach. Patrzymy w górę z podziwem i zachwytem. Jesteśmy maleńkim punkcikiem w tym bezmiarze, jak sądzę.

Tak na nas działa niewidzialność. Zdziera z nas pozłotko, zostawiając tylko kości i krew. Tylko tyle wystarczy.

Lekko poruszam nogami, żeby zmienić pozycję. Prawe kolano przeszywa nagle taki ból, że z sykiem wciągam powietrze i zachłystuję się wodą.

I gwiazdy znikają.

W pierwszej chwili się zastanawiam, czy nie zaczynam tonąć, bo wszystko ciemnieje.

Ale to tylko moja matka pochyla się nade mną, zasłaniając sobą ostatnie gwiazdy na nocnym niebie, i holuje mnie w swoją stronę basenowym zbierakiem. Jest poirytowana moim zachowaniem, ale to nic nowego.

- Emory - mówi. - Wyłaź. Za godzinę jadę na lotnisko.

Moje ciało uderza o brzeg. Matka rzuca zbierak na brukowane patio, rozlegają się chlupot i trzask.

- Nie potrzebuję dzisiaj tego rodzaju nonsensów, rozumiesz? - mówi, wskazując z roztargnieniem na basen i na jaśniejące niebo.

Ma już perfekcyjny makijaż, włosy spięte na karku turkusową klamrą i swój strój podróżny: burgundowe legginsy, czarne pantofle na płaskim obcasie, kosztowną, ale z pozoru niedbałą kremową bawełnianą koszulę i długi kremowy kardigan od J. Jill.

- Chcę, żebyś wyszła z wody, wzięła prysznic i przygotowała się do umówionego spotkania z Sue. Dobrze? Możesz to dla mnie zrobić? Możesz zrobić tę jedną rzecz?

Woda ścieka strumieniami z mojej twarzy, opuszczam nogi i staję w basenie.

Matka patrzy mi w oczy. Kiwam głową. Wraca do domu, zasuwając za sobą drzwi patia. Światło pada ze wszystkich okien, jakby nasz dom miał tysiąc oczu.

Oczywiście mogę zrobić "tę jedną rzecz". Nigdy nie odmówiłam zrobienia "tej jednej rzeczy".

Dzisiaj jest ten dzień, w którym matka wsiada do samolotu, żeby zabrać Joeya z dzikich ostępów Kolorado, gdzie przez dwa i pół miesiąca chodzili, on i inni, po górach pod opieką terapeuty, nabierali wstrętu do narkotyków i uwalniali się od złych myśli. Matka zamierza przywieźć go z powrotem, ubrać wystrzałowo i posłać do ostatniej klasy Heywood High, jak gdyby nigdy nic. Tak to załatwiamy w naszym domu.

Jak gdyby obdrapana, wyszczerbiona, poobijana stara toyota corolla Joeya z podartą tapicerką nie wyleciała pewnej czerwcowej nocy z Wolf Creek Road, wśród krzyków Candy MontClair i obłąkańczego śmiechu Luthera Leonarda, gdy jego głowa rozbijała przednią szybę tuż przede mną, a ciało Joeya zostało rzucone na Candy siedzącą na tylnym siedzeniu i zmiażdżyło ją, bo on był śmiertelnie ciężki, naćpany tak, że stracił przytomność i przebywał w całkiem innym świecie. Był jak jedna z tych blaknących już gwiazd, które wiszą teraz nade mną, gdy wyłażę z basenu i kulejąc, zmierzam w stronę domu: tak piękne, że patrzymy na nie z zachwytem, tak tajemnicze i tak dalekie, że nie sposób ich dosięgnąć.

1

MOJA SIOSTRA MADDIE płacze, jej śliczna twarz jest przygnębiona i przerażona. Jedna z moich nóg jest cięższa od drugiej, nie rozumiem dlaczego i chcę o to zapytać, ale nie potrafię sformułować słów, bo mam w sobie ocean, ciepły i słodki, podskakuję na falach jak kiedyś przed laty z Joeyem w San Diego, kiedy wszystko było doskonałe, a przynajmniej tak bliskie ideału, jak to tylko możliwe. To był fajny czas, ja miałam wtedy dwanaście lat, a on trzynaście i unosiliśmy się na falach, podczas gdy Maddie leżała na plaży w fioletowym bikini i kapeluszu z rondem opadającym na twarz. Znajdowaliśmy się z dala od Mill Haven, byliśmy w innym świecie, gdzie nikt nie wiedział, kim jesteśmy.

Próbuję zapytać Maddie, gdzie jest Joey, ale siostra mnie nie rozumie. Wydaje jej się najwyraźniej, że powiedziałam coś innego, bo pochyla się i odpowiada:

- Potrzebujesz więcej? Mam nacisnąć przycisk?

I naciska palcem guzik z boku łóżka. Mnie zaś zalewa największa fala, jaką w życiu widziałam, zupełnie jak podczas zabawy w spadochron na boisku przedszkolnym, wszyscy się śmialiśmy, kiedy materiał opadał na nas łagodnie, odcinając nas od całego świata.

***

Głos mojej matki jest roztrzęsiony.

- To nie jest normalne. To nie zdarza się takim ludziom jak my.

W głosie ojca słychać zmęczenie. Zmęczenie, które trwa już od lat. Joey tak działa na ludzi.

- Nic nie jest normalne, Abigail. Nic nigdy nie było normalne. Dlaczego tego nie dostrzegasz? On ma problem.

Moje palce same sięgają do guzika, żeby znowu przywołać fale. Rodzice mnie męczą, od lat kłócą się o Joeya.

Ręka matki dotyka mojej głowy. Reaguję jak kociak, wciskam się w nią. Nie pamiętam, kiedy ostatnio mnie dotykała, kiedy głaskała mnie po włosach. Wszystko zawsze obracało się wokół Joeya.

- W jego organizmie była heroina, Abigail. Jak mogliśmy tego nie zauważyć?

Słowa wiszą nade mną w powietrzu, upiorne, przerażające.

Na imprezie Joey miał obrzyganą bluzę. Kiedy znaleźliśmy go w łazience, był jakiś zamroczony i sflaczały, i dziwny, gadał bez sensu, a ja myślałam...

Myślałam, że był po prostu pijany. Kompletnie nawalony.

- Ja to załatwię - mówi matka do ojca. - Pójdzie na odwyk, wyleczy się i wróci do domu.

Słowo "odwyk" wymawia przez zaciśnięte zęby, jakby wymawianie go sprawiało jej ból.

- Nie ma takiej magicznej różdżki, którą mogłabyś machnąć i wszystko odmienić, Abigail. On mógł umrzeć. Emory mogła umrzeć. A tamta dziewczyna naprawdę umarła.

Ocean we mnie, ten ciepły, falujący ocean, zamarza.

- Co powiedziałeś? - pytam szeptem. Mój głos wydaje się jakiś gruby. Czy oni mnie rozumieją? Powtarzam głośniej: - Co przed chwilą powiedziałeś?

- Emory - wzdycha ojciec. - Och, Emory.

Oczy matki są jak mokre, błękitne baseny. Wsuwa palce w moje włosy.

- Żyjesz - mówi do mnie. - Jestem taka wdzięczna, że żyjesz.

Fale, na których się unoszę, sprawiają, że jej twarz się zamazuje. Miotam się w nich, staram się zrozumieć.

- Ale ją po prostu bolała głowa - mówię. - Candy tylko rozbolała głowa. Ona nie mogła umrzeć.

Ojciec marszczy czoło.

- Gadasz bez sensu, Emmy.

Bolała ją tylko głowa. Dlatego była w samochodzie. Na imprezie rozbolała ją głowa i chciała pojechać do domu, to przecież nie w porządku, żeby ktoś, kogo zwyczajnie rozbolała głowa i kto wsiadł do samochodu, umarł, podczas gdy wszyscy inni przeżyli. To nie może być prawda.

- Joey. - Płaczę, mam na twarzy łzy, ciepłe i słone. - Chcę Joeya. Proszę, dajcie mi Joeya.

2

KIEDY OTWIERAM OCZY, on jest przy mnie.

Dotychczas tylko raz widziałam brata płaczącego, tamtego popołudnia, kiedy on i Luther Leonard postanowili zjechać z dachu naszego domu do basenu. Lutherowi się udało; Joeyowi nie i przez wiele dni miałam w uszach jego łkanie, kiedy wił się na patio.

Ale teraz płacze po cichu.

- Tak mi przykro - mówi. Ma ochrypły głos i wygląda na chorego, jest blady i roztrzęsiony. Nad jego lewym okiem widzę szwy. Prawą rękę trzyma na temblaku.

- Myślałam, że byłeś pijany - wyjaśniam. - Myślałam, że byłeś po prostu pijany.

Ciemne oczy Joeya szukają mojej twarzy.

- Narozrabiałem. Okropnie narozrabiałem, Emmy.

Dziewczyny mają fioła na punkcie tych jego ciemnych oczu. Albo miały. Zanim zaczął sprawiać problemy.

"Joey Ward był kiedyś fajny", powiedziała jakaś dziewczyna w łazience Heywood High w zeszłym roku. Nie wiedziała, że byłam w kabinie. Czasami siedziałam tam dłużej, niż to konieczne, po prostu żeby mieć trochę spokoju. Trudno robić to bez przerwy. Udawać.

"Ale już nie jest", odpowiedziała inna dziewczyna. "Teraz to tylko kolejny żałosny ćpun".

Rozpłakałam się w tej kabinie, bo wiedziałam, że Joey to ktoś więcej. To Joey nauczył mnie jeździć na rowerze, bo nasi rodzice przez cały czas pracowali. Joey pozwalał, żebym godzinami czytała mu na głos w namiocie z prześcieradeł w norze ojca, choć już dawno powinien mnie zostawić dla kolegów jak większość starszego rodzeństwa. On nauczył mnie robić jajecznicę i pozwalał, bym siedziała w jego pokoju na poddaszu, kiedy rysował.

Choć w końcu mi zabronił. Któregoś dnia zapukałam, a on kazał mi odejść.

Joey wstaje i zdrową ręką wyciera twarz. Piękne, ciemne włosy opadają mu w strąkach na oczy.

- Muszę iść - mówi. - Mama czeka.

Odwyk. Wracają do mnie słowa wypowiedziane przez mamę. Czy to było wczoraj? A może dziś rano? Trudno powiedzieć. Nie wiem, jak długo tu jestem. Wszystko mi się zlewa.

- Joey, dlaczego zrobiłeś... to?

Chciałabym móc wstać z tego łóżka. Chciałabym, żeby moja noga nie wisiała w powietrzu na tym przeklętym wyciągu i żeby moje ciało nie było takie ociężałe przez rozlewający się we mnie ocean prochów.

W drzwiach szpitalnego pokoju Joey odwraca się jeszcze, ale nie patrzy na mnie. Patrzy w podłogę.

- Kocham cię, Emmy, ale nie masz pojęcia, jak to jest być mną.

I wychodzi.

4

MADDIE SYPIA OBOK MNIE w szarym pokoju, jej powieki robią się coraz cięższe, wciska guziki na pilocie, przerzucając się z jednego programu na drugi: Kardashianki, My Lottery Dream Home, Przyjaciele. Kiedy pilot wysuwa jej się w końcu z ręki, wyłączam telewizor i po prostu słucham. Fuzzy leży przytulona do mnie, miękka i zaspana.

Maddie wykradła dla mnie środek przeciwbólowy, kiedy matka położyła się do łóżka, podkarmiła mnie też krakersami i sokiem i już się nie pocę.

Wsłuchuję się w ciszę panującą w domu.

Pewne rzeczy nie się zmieniły, odkąd tu wróciłam. Tata nadal późno wraca z dyżurów w szpitalu, zagląda do naszego pokoju, żeby powiedzieć nam "cześć" i zapytać o moje kolano, potem zjada to, co Goldie zostawiła mu w lodówce, idzie do swojej nory, zasiada z drinkiem przed telewizorem i ogląda swoje ulubione programy. Zasypia w fotelu z podnóżkiem, z okularami zsuwającymi się z nosa, podczas gdy mama śpi już na górze. Tak jest od lat, mama na górze, a tata na dole. Myślałam, że może to się zmieni po tym wszystkim, co się wydarzyło. Że po wypadku staną się sobie bliżsi, jakimś cudem.

Myślałam, że może zostaną ze mną w domu, przynajmniej przez pierwszych kilka dni, ale nie. Natychmiast wrócili do pracy. Może dlatego, że jest tu teraz Maddie i może się mną zająć. No i Goldie, jeśli to akurat dzień, który spędza z nami.

Czasami czuję się tak, jakby mnie w tym domu w ogóle nie było, bo nie jestem taka piękna i popularna jak Maddie ani nie sprawiam tylu problemów co Joey. Jestem zwyczajnie sobą. Tą grzeczną dziewczynką.

Jedyne, co się teraz zmieniło, to odgłosy domu.

Jest cicho.

Z Joeyem nigdy nie było cicho, szczególnie w ostatnim roku, kiedy wszystko się popsuło. Wieczne krzyki i awantury z mamą z powodu jego ocen. I zachowania. Trzaskanie drzwiami. Kiedy tata próbował z nim porozmawiać, Joey naciągał kaptur bluzy na głowę. Robiłam, co mogłam, żeby poprawić sytuację. Budziłam go do szkoły, nawet jeśli wymagało to wylania mu zimnej wody na twarz. Odrabiałam za niego lekcje, żeby choć trochę poprawić jego oceny, żeby wyglądało, że Joey troszeczkę się stara, ale żeby jednocześnie nie wzbudzać podejrzeń. Po prostu chciałam, żeby skończył się ten hałas.

Maddie, odwracając się na drugi bok, uderza kolanem w moje kolano. Wybuchają w nim iskierki żaru, ale małe - dzięki pigułce. Zaciskam zęby, żeby nie syknąć z bólu. Może potrzebuję następnej pastylki? Ale nie chcę budzić siostry. Nie chcę więcej kłótni o środki przeciwbólowe. Nie chcę więcej hałasu.

Z powodu tej ciszy? Bo choć kocham Joeya - to mój brat, jak mogłabym go nie kochać? - to ta cisza zapewnia taki spokój.

Teraz, kiedy mój niesforny, sprawiający problemy brat wyjechał, jest wreszcie spokojnie.

Mam wyrzuty sumienia, że tak bardzo kocham ten stan.