Nie bardzo wiem, jak zachować się w towarzystwie Caspara Milesa, kiedy w ciszy jedziemy w nieznanym mi kierunku. Siedzę wciśnięta niemal w same drzwi, byle tylko zachować między nami bezpieczny dystans. On sam również nie próbuje nawiązać ze mną kontaktu, co bardzo mi odpowiada. Stuka palcami w udo, drugą dłoń zaś ułożył pod brodą i w skupieniu nad czymś myśli. Cieszę się, że milczy. Wciąż buzuje we mnie gniew, a ten może popchnąć mnie do czynów, za które pewnie później bym się wstydziła. Nigdy dotąd nikomu nie zrobiłam krzywdy, za to w myślach poćwiartowałam Milesa na milion kawałków.
Ledwo podpisałam ten przeklęty świstek, a bez słowa chwycił mnie pod ramię, po czym wyprowadził z gabinetu ojca bez możliwości chociażby przytulenia przerażonej siostry. Na samą myśl o Camille moje serce zaciska niewidziana pięść współczucia. Ma dopiero dziesięć lat, a poczuła przy swojej skroni broń, która w sekundę mogła odebrać jej życie. Właśnie za to znienawidziłam swojego pieprzonego męża. Już nie za to, że zmusił mnie do podpisania czegoś, czego wcale nie chciałam podpisywać, a za tę przeklętą spluwę i wykorzystanie mojej siostry. Wiedział, że ulegnę. Wiedział, że nie pozwolę, by ktokolwiek zapłacił za mój opór. Musiałam ustąpić, bo nigdy nie wybaczyłabym sobie, gdyby Cami przeze mnie spotkała krzywda.
Jakoś przetrwam. Pokażę temu sukinsynowi, z kim zadarł, i nie pozwolę się zdominować. Bo właśnie na takiego typa wygląda – pewnego siebie, wyniosłego, któremu wszystko należy się na skinienie palca. Czas wystawić pazurki i walczyć o siebie, póki jeszcze nie zdążył mnie złamać.
Po opuszczeniu samochodu od razu unoszę głowę i patrzę na wielki, nowoczesny, pokryty szybami wieżowiec. Przeraża mnie jego widok, bo przypomina słupek. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak w ogóle utrzymuje się w pionie, ale wizja mieszkania w czymś takim sprawia, że mam ochotę brać nogi za pas. Budynek lśni w świetle promieni słonecznych, ukazując luksus i prestiż. Usytuowany przy ruchliwej ulicy, z minimalną ilością zieleni, którą tak kocham. Wokół panuje gwar, hałas, wzdłuż ciągnie się mnóstwo butików niczym na Rodeo Drive.
Krzywię się na ten widok. Zdecydowanie nie do tego jestem przyzwyczajona. Wychowałam się w domu z ogrodem, gdzie mogłam czytać książki, biegać boso po trawie, słuchać śpiewu ptaków, bujać się na drewnianej huśtawce razem z Cami. On naprawdę zamierza mnie zamknąć w tej puszce? To miejsce nawet do niego nie pasuje, bardziej spodziewałam się willi z monitoringiem, pieprzoną fosą i strażą niż tego eleganckiego budynku.
Bez słowa wprowadza mnie do środka, delikatnie ściskając za ramię, a za nami podążają dwa goryle, którzy wyciągnęli mnie z zajęć. W drodze na górę panuje cisza; nie słyszę nic prócz własnego, przyśpieszonego oddechu. Bacznie obserwuję zmieniające się na wyświetlaczu cyfry, a z każdym mijanym piętrem przerażenie się wzmaga. Nie przepadam za wysokością, unikam drapaczy chmur, nie lubię nawet latać, tymczasem okazuje się, że będę mieszkać na… czterdziestym siódmym piętrze.
Boże Święty!
Drzwi otwierają się z cichym brzęknięciem, a moim oczom ukazuje się apartament. Ochroniarze zostają w windzie, ja podążam za Casparem, stawiając niepewnie krok za krokiem. Nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu, ale nogi drżą mi na samą myśl, jak wysoko się znajduję. Jestem tutaj od pięciu sekund, a już czuję się jak zamknięty w klatce ptak. Nie rozsunę drzwi, nie wyjdę do ogrodu, nie poczuję pod stopami łaskoczącej trawy. Dostrzegam tylko taras, ale nie sądzę, bym miała odwagę tam wejść. Szyby ciągnące się od podłogi po sam sufit są wystarczającym powodem, bym trzymała się od nich z daleka. A jest ich tak wiele! Pokrywają wszystkie ściany, przez co czuję się jak pod obserwacją. Czy ktoś z budynku obok może nas dostrzec? Wystarczy lornetka, by prześwietlić wnętrze.
– To twój nowy dom – oznajmia obojętnym tonem Caspar.
Zaciskam szczęki i zwijam dłonie w pięści, bo aż mnie korci, żeby mu przywalić.
Rozpina marynarkę, zsuwa ją z ramion i przewiesza na oparciu fotela. Potem rusza do otwartej na salon kuchni, wyjmuje z lodówki małą butelkę wody i wypija za jednym zamachem.
Niepewnie podchodzę do okien, jednak natychmiast się cofam, bo żołądek mi się kurczy, kiedy tylko spoglądam w dół. Nie podoba mi się tutaj. Jest zbyt bezosobowo, chłodno, ponuro, w dodatku nie czuć domowej atmosfery, o którą zawsze dbała mama. Fotografie, obrazy, kolorowe poduchy, dywany – nie ma tutaj nic. Kanapa w kształcie litery U jest ogromnych rozmiarów, mała komoda pod ścianą w ogóle tutaj nie pasuje, za to kominek, mimo iż elektryczny, wygląda naprawdę wspaniale. Gdyby wprowadzić tutaj odrobinę kolorów i dodatków, to miejsce zyskałoby duszę, której teraz nie ma. Owszem, wnętrze jest bardzo luksusowe, jego wystrój musiał kosztować majątek, ale wiele mu brakuje. Hol jest otwarty na salon, salon na kuchnię, przez co odnoszę wrażenie, jakby to mieszkanie miało z pięćset metrów kwadratowych. Po prawej stronie od windy znajdują się schody na kolejne piętro.
Jakim cudem mam się odnaleźć w tym miejscu?
– Mieszkasz tu? – Spoglądam na mężczyznę.
Podchodzi wolnym krokiem, wsuwa dłonie do kieszeni eleganckich spodni i przechyla głowę, wlepiając we mnie te ciemne ślepia. Zawstydza mnie. Czuję się przy nim nieswojo, onieśmiela mnie swoją posturą, pewnością siebie, spojrzeniem.
Musi być starszy ode mnie, dużo starszy. Strzelam coś koło czterdziestki, co sprawia, że czuję się w tym momencie jak dziecko. W dodatku jest przystojny, a tak nie powinno być. Ostro zarysowana szczęka, lekki zarost, zgrabny nos, modna fryzura, drogie ciuchy. Ten facet to magnes na kobiety; jestem pewna, że nie może się od nich odpędzić.
Kim, u licha, jest ten człowiek? Po co mu ochrona? I po co mu żona?
– Właściwie nie. Kupiłem ten apartament rok temu, ale do tej pory stał pusty. Czułem, że pewnego dnia na coś się przyda.
Teraz wszystko ma sens. Dlatego to miejsce jest takie bezosobowe.
– Co teraz będzie? – drążę, a Caspar unosi brwi w niemym pytaniu. – Jak to sobie wyobrażasz? Jesteśmy… małżeństwem. – Ostatnie słowo ledwo przechodzi mi przez gardło.
– Usiądźmy. – Odchodzi w stronę czarnego, błyszczącego stołu, odsuwa dla mnie krzesło i czeka.
Nie ominiemy tej rozmowy, nie mam wyjścia, więc ruszam i zajmuję wskazane przez niego miejsce. Sam siada obok i nonszalancko opiera ramię o oparcie kolejnego krzesła.
– Teraz przedstawię ci kilka podstawowych zasad, ponieważ wszystko się zmieni. W moim świecie…
– Co to znaczy „w twoim świecie”? – rzucam nieco rozdrażniona.
– Nigdy nie przerywaj mi, kiedy mówię – cedzi lodowatym tonem, od którego każdy włosek na rękach staje mi dęba. Okej, wow! Straszny z niego nerwus. – W moim świecie panują zupełnie inne zasady. Liczę na to, że będziesz ich przestrzegać.
– Zależy, jakie to zasady.
– Jesteś moją żoną tylko na papierze. Poza murami tego apartamentu stoisz dumnie u mojego boku, nie pyskujesz, nie stawiasz się, pod żadnym pozorem nie negujesz mojego zdania i spełniasz wszystkie moje polecenia. Bez gadania.
Uchylam usta, żeby przystopować tego skurwiela, lecz ten unosi palec i mruży oczy. Ja pieprzę, już go, kurwa, nienawidzę!
– Nie zamierzam cię dotykać, uprawiać z tobą seksu, oglądać seriali na Netflixie ani chadzać na randki – wymienia dalej, a mi opada szczęka.
Nie wiedziałam, czego oczekiwać, ale z całą pewnością nie spodziewałam się czegoś takiego. Gapię się na mężczyznę totalnie zdezorientowana; nie mogę uwierzyć w to, co słyszę. Naprawdę nie będziemy uprawiać seksu? Czy już mogę odtańczyć pieprzony taniec szczęścia? To chyba najlepsza wiadomość tego dnia! Za nic w świecie nie chciałabym być przez niego dotykana, chociaż jest przystojny i miło na niego popatrzeć. Jednak nie jestem kobietą, która pod wpływem urody mężczyzny rozkłada przed nim nogi. A tym bardziej nie zrobię tego dla faceta, który zmusił mnie do małżeństwa poprzez przystawienie lufy broni do skroni mojej młodszej siostry. Tego nigdy mu nie zapomnę.
– Okej. To mi pasuje, brzmi wręcz bajkowo.
Prycha, rozbawiony moimi słowami.
– Cieszę się, że tę kwestię mamy ustaloną. Przejdźmy więc dalej. – Chwyta za krawat i odrobinę go poluzowuje.
A już myślałam, że nie ma nic więcej do dodania.
– Będziesz towarzyszyć mi na ważnych przyjęciach, dlatego projektantka zajmie się twoją garderobą. Musisz mnie godnie reprezentować – oznajmia, stukając palcami w blat stołu.
Nie mogę oderwać wzroku od sporych rozmiarów sygnetu na palcu Caspara. Jego masywność kontrastuje z elegancją dłoni, ale to motyw czaszki przyciąga mnie najbardziej. Zrobiona z ciemnego, prawie czarnego metalu wydaje się niemalże żywa, z wyraźnie zaznaczonymi oczodołami i szczęką, która jakby wykrzywiała się w szyderczym uśmiechu. Wokół finezyjnie wkomponowano kwiaty, jakby próbowały nadać nutkę romantyzmu. Metal lśni chłodnym blaskiem, a drobne rysy dodają sygnetowi charakteru, jakby nosił na sobie ślady wielu historii.
– Poza tym czekają na ciebie spotkania z żonami ludzi, z którymi robię interesy, udzielanie się dobroczynnie i uśmiechanie się do fotoreporterów.
Aż mnie skręca na samą myśl.
Spotkania z żonami? Przyjęcia? Przecież to kompletnie nie dla mnie! Nie lubię takich imprez, nienawidzę sztucznych uśmiechów, klepania się po plecach. Taki tryb życia prędzej czy później doprowadzi mnie do ruiny!
– Nie wiem, czy się do tego nadaję. W jakim celu te spotkania?
– Tak robią żony. Spotykają się, piją kawkę i wymieniają się ploteczkami.
Ależ to musi być cholernie nudne! Siedzieć wśród innych kobiet, rozmawiać na tematy, które gówno mnie obchodzą. A jeśli one mają zupełnie inne zainteresowania? A jeśli posiadają dzieci? Mam słuchać o najlepszych kremach na odparzenia czy może przechwałek, czyje dziecko postawiło pierwszy krok bądź czyjemu wyrósł pierwszy ząb?
– Wiesz, że nie lubię plotek? O czym mam rozmawiać z tymi kobietami?
– To już nie mój problem. – Wzrusza ramionami.
Zaciskam zęby, by nie wypluć wiązanki przekleństw.
A więc tak to ma wyglądać. Mam być dla niego tylko dodatkiem, zachowywać się tak, jak sobie tego życzy, nie wychylać się i nie stawiać, bo on ma decydujące słowo.
– Kim ty właściwie jesteś? Ile masz lat?
Wzdycha, przecierając twarz dłonią.
Jeśli sądzi, że machnę ręką i zadowolę się lakonicznymi informacjami, jest w błędzie. Chcę wiedzieć wszystko o człowieku siedzącym obok mnie, skoro wziął mnie za żonę.
– O tym, kim jestem, dowiesz się w swoim czasie. Nie chcę zarzucać cię zbyt wieloma informacjami na raz. – W kąciku jego ust drga zalążek uśmiechu.
Och, łaskawca. To miłe z jego strony.
– Mam trzydzieści osiem lat – dodaje po chwili.
A więc niewiele się pomyliłam. Dzieli nas ogromna różnica wieku, czy on nie widzi, jak bardzo jest to popieprzone? Po co mu tak młoda żona? Czy w ten sposób chce się odmłodzić, czy może chodzi o coś więcej?
– Jestem dużo młodsza od ciebie. Skoro nie zamierzasz uprawiać ze mną seksu, po co w takim razie jestem ci potrzebna?
Cmoka, kręcąc głową.
– Ach, sprowadzasz siebie tylko do pieprzenia?
Ma rację, nie zabrzmiało to zbyt dobrze, ale znam facetów, wiem, jakie mają potrzeby. Caspar od razu zaznaczył, co nie będzie nas łączyć. Czy to nie dziwne, że nie chce mnie właśnie w ten sposób? Dla mężczyzn seks odgrywa ważną rolę. Może jest impotentem?
– Nie, oczywiście, że nie. Po prostu…
– Georgino – przerywa mi niegrzecznie. – Skup się na tym, o czym już cię poinformowałem. Przyjęcia, spotkania z żonami, dobra prezencja naszego nazwiska.
Zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim miejsce dla mnie. Na moje zainteresowania, na moją naukę, spotkania z przyjaciółmi. Oblewa mnie zimny pot na myśl, że Caspar wszystkiego mi zabroni. Poznałam zalążek jego możliwości, pewnie nawet nie drgnie mu powieka, kiedy jednym słowem przekreśli wszystko, na co tak ciężko pracowałam. Nie po to wypruwałam sobie żyły, zakuwałam, by ten facet teraz obdarł mnie z marzeń. Firma architektoniczna, którą zarządza moja mama, to mój cel na przyszłość. Barroso Architecture zajmuje drugie miejsce wśród najlepszych firm architektonicznych w kraju. Chcę dołączyć do mamy, w wakacje rozpocząć staż i wdrożyć się w obowiązki. Dlaczego więc mam dziwne przeczucie, że wszystko, co do tej pory osiągnęłam, bezpowrotnie przepadnie?
– C-czy… – dukam, czując suchość w gardle.
Boję się zadać to pytanie, a jeszcze bardziej boję się usłyszeć odpowiedź.
– Nie obawiaj się. Możesz mnie zapytać o wszystko.
Okej, skoro tak stawia sprawę.
– Czy będę mogła nadal studiować? – rzucam na jednym wydechu.
Miles pociera brodę palcami, nie spuszczając ze mnie wzroku. Wygląda tak, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, nad tym, czy uziemić mnie na dobre, czy jednak okazać łaskę i pozwolić swojej nowej żonie robić to, co kocha.
– Tak – odpowiada po chwili. Wcale nie czuję ulgi, słysząc odpowiedź, wręcz przeciwnie, wzmaga ona mój niepokój. – Nie przeszkadzają mi twoje studia. Poza domem przez cały czas będziesz pod czujnym okiem ochroniarza, musisz do tego przywyknąć. Masz go słuchać i nie wywijać żadnych głupich numerów. Jutro ci go przedstawię.
– Po jaką cholerę mi ochroniarz? – pytam wkurzona.
Jeszcze tylko brakuje mi na karku jakiegoś napakowanego kolesia, śledzącego każdy mój krok. Do toalety też zamierza za mną chodzić?
– Nie tym tonem… – ostrzega lodowato, aż ogarnia mnie chłód. Prostuje plecy, kładzie dłonie płasko na stole, sztyletuje mnie spojrzeniem tych ciemnych oczu. – Moje życie różni się od twojego, czasami bywa… – zamyśla się na moment, jakby szukał właściwego słowa – nieprzewidywalne.
– Raczej popieprzone, skoro potrzebuję ochrony – mamroczę pod nosem.
– To też – stwierdza z chytrym uśmieszkiem. – Nie przejmuj się ochroną, kochana, jak na razie czeka cię sporo pracy przy organizacji ślubu. Masz niewiele czasu, wykaż się.
Chwileczkę… co on właśnie powiedział?!
– Jakiego ślubu? – Mój głos brzmi jak pisk.
– W kościele. Z białą suknią, przysięgą przed Bogiem, przyjęciem weselnym i wpływowymi gości, którzy się na nim pojawią – tłumaczy jak dziecku.
Oniemiała gapię się na niego jak na kosmitę.
Ślub kościelny to poważna sprawa, to coś na całe życie, coś, z czego o wiele trudniej potem się wymiksować. Ten świstek, który dzisiaj podpisałam, to nic w porównaniu do przysięgi składanej przed Bogiem. Poza tym nie chcę takiego ślubu właśnie z nim – z człowiekiem, którego nie kocham, którego w ogóle nie znam!
– Przecież jesteśmy już małżeństwem.
– Owszem, lecz niewielu ludzi o tym wie. Muszą dowiedzieć się wszyscy – mówi z dumą, a na jego ustach pojawia się upiorny uśmiech. Jezu, ten facet naprawdę potrafi przerazić nawet uśmiechem. – Czy masz jeszcze jakieś pytania?
Och, całe, kurwa, mnóstwo!
– Oczywiście! Jakiś… milion – szydzę.
Mruży oczy, pocierając podbródek.
– Nie zapominaj o najważniejszym… o szacunku do własnego męża. Nie będę tolerował twoich fochów, pyskówek, dziecinnego zachowania, buntu. Masz dwadzieścia jeden lat, jesteś na tyle dorosła i rozumna, by dostrzec, co jest dla ciebie dobre. Twoje dawne życie dobiegło końca, tak bywa. Im szybciej przystosujesz się do nowego, tym lepiej dla ciebie.
Słucham tego monologu z rozdziawionymi ustami. Nie mogę uwierzyć, że powiedział to tak swobodnie. Jakby co najmniej godzinę temu nie zniszczył mi życia!
– Teraz ja ci coś powiem. – Pochylam się, opierając ramiona na zimnym blacie stołu. – Musisz wiedzieć, że nie zamierzam być potulną żonką ze względu na swój młody wiek. Mam plany i marzenia, nie pozwolę ci ich zniszczyć. Nie zamierzam chadzać na spotkania z żonkami, nie zamierzam z nimi plotkować, bo te kobiety gówno mnie obchodzą. Chcę skupić się na swoich studiach i przyszłej pracy. Mówię ci to teraz, byś później nie był zaskoczony.
To, co dzieje się sekundę później, przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. Nagle zostaję poderwana na równe nogi, przyparta do ściany, a ciemne, mroczne spojrzenie mężczyzny niemal przewierca moją duszę na wylot. Wstrzymuję oddech, zaskoczona jego reakcją. Nie sądziłam, że zerwie się z krzesła w pieprzoną sekundę, a tym bardziej że jego palce owiną się wokół mojej szyi. Nie robi mi tym krzywdy, nie dusi, lecz przekaz jest jasny. Mimo tego panika pełza po moim ciele niczym jadowity wąż, muskając skórę mokrym językiem. Wpatruję się w Caspara pełna niepokoju przed jego kolejnym ruchem. Wyprowadziłam go z równowagi, jawnie przedstawiając swoje plany oraz punkt widzenia. Mogłam się spodziewać, że mu się to nie spodoba. Facet taki jak on musi mieć ostatnie zdanie.
– Więc zamierzasz się buntować, tak? – pyta, odsuwając kosmyk włosów, który przykleił mi się do czoła.
Powinnam odpuścić, podporządkować się, jakoś go udobruchać, ale buntownicza część mojego charakteru mi na to nie pozwala. Dlatego delikatnie przytakuję głową, by pokazać mu, że zamierzam walczyć. Jeśli już na starcie opuszczę gardę, w niedługim czasie z Georginy Barroso nie pozostanie nawet ślad.
– Możesz spróbować, ale jeszcze nie wiesz, z kim walczysz. Mogę cię zapewnić, że ze mną nigdy nie uda ci się wygrać. Wiesz dlaczego? – Caspar dociska kciuk do mojej krtani, pokazując, w jak łatwy i szybki sposób mógłby mnie zabić jednym ruchem. Kręcę głową, ściskając w palcach jego muskularne ramię. – Bo nikomu się to nie udało. – Odsuwa się gwałtownie, poprawia mankiet koszuli, po czym odwraca się i po prostu odchodzi.
Odprowadzam go wzrokiem, dopiero po chwili pozwalając sobie na oddech. Ten wyskok wiele powiedział mi o moim uroczym mężu. Już wiem, że nie warto go prowokować, lepiej pozwolić mu chełpić się zwycięstwem. Tylko ja nie lubię odpuszczać, a już z pewnością nie wtedy, kiedy stawka jest naprawdę wysoka.
Nie mam pojęcia, co mam ze sobą począć w tym wielkim apartamencie. Caspar wyszedł, zostawiając mnie tutaj całkiem samą; nawet nie raczył powiedzieć, kiedy zamierza wrócić. Nie mam przy sobie telefonu, bo ten został w torebce skonfiskowanej przez jednego z ochroniarzy, więc nie mam możliwości skontaktowania się ani z rodzicami, ani z Cass, która – jestem pewna – zapchała mi skrzynkę wiadomościami, zamartwiając się o mój tyłek. Na widok goryli w drzwiach auli chwyciła mnie za dłoń tak mocno, że mam ślad na skórze. Nawet nie chcę myśleć, jak się poczuła, kiedy zostałam wyprowadzona. Znamy się od ponad dwunastu lat, przeżyłyśmy wiele dziwnych sytuacji, lecz ta zdecydowanie znajduje się na szczycie tej listy. Znowu studenci wezmą mnie na języki, tak jak wtedy, kiedy jawnie wyraziłam swoje zdanie przed profesorem, z którym lepiej nie zadzierać. Jedni szeptali, jaka głupia ze mnie dziewucha, drudzy patrzyli na mnie z podziwem.
Wzdycham, ciaśniej otulając się sweterkiem.
Z nudów postanawiam zwiedzić moje nowe miejsce zamieszkania. Niestety szybko się okazuje, że reszta apartamentu również zieje chłodem, nawet sypialnia oraz wielkie łóżko nie zapraszają do odpoczynku. Chodzę bez celu, coraz bardziej sfrustrowana i wściekła, zaglądam do mijanych pomieszczeń, rozmyślając, po co ich aż tyle. Pozostałe pokoje są puste, nie ma w nich nic, co świadczyłoby o tym, że ktokolwiek kiedykolwiek tutaj mieszkał. Jedynie pokój, który – przypuszczam – jest gabinetem, został w pełni wyposażony. Ach, i jeszcze siłownia. Tak okazałego sprzętu pozazdrościłby niejeden trener personalny.
Wracam do salonu, opadam na kanapę, kierując wzrok za okno. W moim myślach pojawiają się rodzice, sytuacja sprzed niespełna dwóch godzin. Chciałabym się z nimi skontaktować, zapytać, jak miewa się Camille. Mam nadzieję, że ten incydent nie wyrządził jej krzywdy emocjonalnej, że szybko o nim zapomni, chociaż nie jestem pewna, czy coś takiego można zapomnieć. Tak bardzo chciałabym ją przytulić, pogłaskać po ciemnych włosach, uspokoić. Chciałabym porozmawiać z rodzicami, zażądać wyjaśnień, poznać powód, bo ten musi być poważny. Tata nigdy nie wpadłby na tak durny pomysł, za bardzo mnie kocha, by wepchnąć mnie w ramiona jakiegoś sukinsyna bez serca. A jeśli ktoś nie pozostawił mu wyboru? Jeśli sytuacja była tak beznadziejna, że zdecydował się poświęcić swoje własne dziecko, by jakoś z tego wybrnąć?
Szarpię za włosy sfrustrowana niewiedzą, po czym niespodziewanie słyszę to znajome piknięcie sygnalizujące przybycie windy. Gwałtownie unoszę głowę, gapię się w rozsuwające się drzwi, spodziewając się zastać w środku Caspara. Niestety to nie mój szurnięty mąż, a mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Wchodzi pewnym krokiem, rzuca okiem na prawo, jednocześnie przeczesując palcami włosy. Ubrany cały na czarno, wysoki jak dąb, świetnie zbudowany – trochę mnie przeraża, dlatego niewiele myśląc, zrywam się na równe nogi i na palcach podbiegam do ściany, by się za nią schować. Chwytam stojącą na komodzie figurkę jakiegoś cholernego mnicha. Nie wiem, czy koleś ma wobec mnie dobre zamiary, Caspar nie wspomniał o gościu, więc nie zamierzam siedzieć jak gdyby nigdy nic. Nie mam pewności, czy to przypadkiem nie jakiś świr planujący wyrządzić mi krzywdę.
Nasłuchuję odgłosu ciężkich buciorów uderzających o podłogę. Z przerażeniem uświadamiam sobie, że brzmią coraz głośniej, jakby zbliżały się do mojej kryjówki. Słyszę oddech nieznajomego, pogwizdywanie. Sapię niczym astmatyk podczas ataku, oczekując na intruza. Ten milczy, nie odzywa się, jakby specjalnie budował napięcie. I to mu się udaje, bo serce w mojej piersi wali jak oszalałe, dłonie mi się pocą, czuję nieprzyjemny uścisk w brzuchu. Jeśli ten typ zamierza mnie skrzywdzić, powitam go razem z mnichem i z radością roztrzaskam mu go na głowie.
Nagle słyszę chrząknięcie, które w cichym pomieszczeniu brzmi niemal jak wybuch bomby. Nie myśląc za wiele, wyłaniam się zza ściany i z wojennym okrzykiem prę przed siebie z uniesionym w dłoni mnichem, lecz nim mam szansę zadać cios, ktoś powala mnie na podłogę, wyduszając mi z płuc cały zapas tlenu. Otwieram usta, próbując złapać oddech, walczę niczym ryba wyrzucona na brzeg, chwytam się za gardło, przerażona, że za parę sekund się uduszę. Jestem oszołomiona, spanikowana, obraz przed oczami mi się zamazuje. Wtedy ktoś przekręca mnie na bok i z tak wielką siłą uderza mnie w plecy, że chyba wypluwam płuca. Mam ochotę nawrzeszczeć na tego drania za niedelikatność, ale wreszcie chwytam oddech, łapczywie wtłaczając do płuc upragniony tlen.
Wciąż leżąc na podłodze, powoli się uspokajam, wszystko wraca do normy, odzyskuję oddech i ostrość widzenia. Nie wiem, ile czasu mija – może kilka sekund, a może minut – nim powoli siadam, odgarniając opadające na twarz włosy. Krzywię się, masując tył głowy, gdzie już formuje się guz. Gdyby była tutaj Cami, już biegłaby do lodówki po mrożonkę, bym mogła przyłożyć ją do głowy, ale wtem przed oczami pojawia się opakowanie zielonego groszku, trzymane w dużej męskiej dłoni. Na palcu wskazującym dostrzegam dziwny kształt tatuażu przypominający literę F. Nie mam pewności, bo jeszcze trochę mi się pieprzy przed oczami.
– Przyłóż, poczujesz ulgę – mówi niski, schrypnięty głos.
Olewam groszek. Podnoszę głowę, ignoruję promieniujący do karku ból i wpatruję się w mężczyznę. Pierwsze, na czym zawieszam wzrok, jest zarost, a zaraz potem – mała blizna tuż nad linią brody. Następnie napotykam idealnie wykrojone, pełne usta, zgrabny nos, aż wreszcie zatrzymuję się na oczach, które bacznie mnie obserwują. Piękny odcień piwa z jaśniejszymi plamkami w środku i ciemniejszą obwódką sprawia, że w nich tonę. Wyglądają ładnie i ufnie, ale to może być zmyłka. Caspar też ma piękne oczy, a okazał się sukinsynem. Nie mam pojęcia, kim jest kucający przede mną facet, ale modlę się do niebios, by był kimś lepszym niż mój mąż. Bo, cholera… moje serce bije w tak szalonym rytmie, jakby próbowało przebić mi pierś i wylądować w jego dłoniach.