Yellow bahama w prążki - Ewa Nowak

Kup ebooka

19.99 zł
15.39 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Sza­now­na Pani!

Na pew­no mnie Pani nie pamięta i nie dzi­wię się ra­czej, bo je­stem tak nie­cie­ka­wa, że z tru­dem za­pa­miętuję samą sie­bie. Była Pani u mo­jej mamy w bi­blio­te­ce na spo­tka­niu. Bar­dzo mi się po­do­bało i to nie tyl­ko dla­te­go, że dzięki temu prze­padły nam dwa pol­skie (nie­na­widzę pol­skiego!), cho­ciaż oczy­wiście to było też dosyć ważne.

Sie­działam za regałem i ani razu się nie ode­zwałam, więc nie miała Pani żad­nej szan­sy mnie za­pa­miętać. Mała stra­ta, za­pew­niam. Wszyst­ko, co Pani mówiła, dokład­nie no­to­wałam. Nie dla­te­go że to spo­tka­nie było ta­kie pa­sjo­nujące, ale dla­te­go że Jodłowska, na­sza po­lo­nist­ka, nam kazała, a ja za­wsze mam ja­kieś tróje do po­pra­wie­nia, więc wolę już zro­bić no­tat­ki ze spo­tka­nia, niż pisać roz­prawkę albo coś jesz­cze gor­sze­go. Więc (od więc się zda­nia nie za­czy­na, wiem, ale niby dla­cze­go, sko­ro pra­wie wszy­scy, których znam, za­czy­nają?) z tego spo­tka­nia za­pi­sałam so­bie spo­ro rze­czy. Naj­bar­dziej po­do­bało mi się to, że nie war­to pisać, że kot był in­te­li­gent­ny, tyl­ko opi­sać ja­kieś kon­kret­ne zda­rze­nie świadczące o oszałamiającej in­te­li­gen­cji tego kota. Kazała nam pani się za­sta­no­wić, jaka sce­na po­ka­załaby in­te­li­gencję kota. Oso­biście, gdy­by mi się chciało, opi­sałabym ta­kie zda­rze­nie: rano za­dzwo­nił bu­dzik i go przez sen wyłączyłam, a po­tem za­ko­pałam się znów w po­dusz­ki. Po kil­ku mi­nu­tach kot wsko­czył na łóżko i zaczął tak głośno mru­czeć, że się obu­dziłam i dzięki nie­mu się nie spóźniłam. Tyl­ko czy to świad­czy o in­te­li­gen­cji, czy ra­czej o tym, że kot jest na przykład głodny i bu­dzi obiekt, który daje mu jeść?

Zerknęłam te­raz w moje no­tat­ki i widzę, że za­pi­sałam so­bie, że Pani po­wie­działa, że w życiu każdego jest ma­te­riał na jedną książkę. Dwa dni o tym myślałam i w za­sa­dzie mogę się z Panią zgo­dzić.

A te­raz do rze­czy:

Bar­dzo chciałabym, żeby po­wstała książka o mnie. To ta­kie moje ma­rze­nie. Zdaję so­bie sprawę, że nie je­stem nad­mier­nie ory­gi­nal­na, ale trze­ba podążać za swo­imi ma­rze­nia­mi, czyż nie? Na­wet w szko­le nas tego uczą. Nie mam, nie­ste­ty, żad­ne­go ta­len­tu i sama książki nie na­piszę. Z po­la­ka najczęściej mam mak­sy­mal­nie (wy­pro­szo­ne przez moją mamę) czte­ry, więc musi to na­pi­sać nie kto inny tyl­ko... Pani. Ja mogę co naj­wyżej na­pi­sać trochę o so­bie i mo­jej ro­dzin­ce. Ro­zu­miem, że nie na­pisze Pani całej książki o mnie (nie je­stem aż tak za­du­fa­na w so­bie), bo ma Pani własne po­mysły, ale ja chciałabym prze­czy­tać Pani książkę, gdzie jest cho­ciaż mały aka­pi­cik o mnie. Może coś z tego, co się u nas dzie­je, przy­da się Pani do ja­kiejś po­wieści? Jeśli nie, proszę po pro­stu to wszyst­ko ska­so­wać.

Zga­dzam się, żeby Pani po­zmie­niała, co tyl­ko Pani chce, i wca­le nie muszę być po­sta­cią ide­al­nie po­zy­tywną.

Za­cznę tak, jak Pani mówiła na spo­tka­niu, od wszyst­ko jed­no cze­go.

Po­zo­staję z wy­ra­za­mi sza­cun­ku

Han­na

Roz­dział 2

Nie wiem, czy prze­czy­tała Pani moją wia­do­mość, bo nie do­stałam żad­nej od­po­wie­dzi. W każdym ra­zie w na­szej bi­blio­te­ce są już zdjęcia ze spo­tka­nia z Panią. Na jed­nym widać kawałek mo­je­go uda. Strasz­nie gru­bo wyszło, ale na szczęście i tak nikt nie wie, że to moje.

Bar­dzo mi przy­kro, ale za spra­woz­da­nie ze spo­tka­nia z Panią otrzy­małam ocenę do­pusz­czającą z plu­sem. Chciałam na­wet ze­ska­no­wać to spra­woz­da­nie i Pani wysłać, ale dałam ma­mie i oczy­wiście gdzieś się jej za­po­działo. Na pew­no włożyła do ja­kiejś książki i za­po­mniała. Raz w roku w bi­blio­te­ce u mamy robią taką wy­stawę rze­czy zna­le­zio­nych w książkach. Ko­cham tę wy­stawę z dwóch po­wodów: po pierw­sze - za­wsze wte­dy znaj­duję masę własnych rze­czy, ta­kich jak sta­re klasówki albo kar­tecz­ki z listą za­kupów, a po dru­gie - uwiel­biam oglądać, co czy­tel­ni­cy zo­sta­wiają w książkach. W zeszłym roku ktoś zo­sta­wił dwa tysiące złotych. Moja mama próbowała usta­lić kto, ale nikt z czy­tel­ników się nie przy­znał. Sądzę, że to były pie­niądze mamy, bo to w jej sty­lu. Jed­nak mama sta­now­czo zaprze­czyła. W książkach lu­dzie zo­sta­wiają klu­cze, zapałki, bi­le­ty wszel­kie­go ro­dza­ju, pie­niądze (bar­dzo często) i li­sty miłosne. Te uwiel­biam. Kie­dyś był taki:

Dro­ga M.

Je­stem zna­jo­mym K. W. po­wie­działa mi, że masz to, cze­go szu­kam. Czy możemy się spo­tkać dziś u I.?

Po­zdra­wiam, D.

Kil­ka dni wymyślałam różne wer­sje, kim jest która z osób i o co mogło cho­dzić. W każdym ra­zie list ten zna­le­zio­no w kry­mi­na­le.

Albo taki:

Dro­ga Mi­siu!

Czy możesz w moim imie­niu po­wie­dzieć swo­jej głupiej sio­strze, że je­stem zmu­szo­ny z nią ze­rwać, gdyż po pierw­sze jest głupia, a po dru­gie te­raz ko­cham jej siostrę? Czy będziesz moją? Jeśli tak, mam czas w so­botę między drugą a szóstą, bo po­tem idę do bab­ci na uro­dzi­ny dziad­ka. Będę cze­kał od dru­giej.

P.

Kie­dy czy­tam ta­kie rze­czy, za­wsze wte­dy myślę, że inni lu­dzie mają faj­ne życie. U mnie za­wsze jest nud­no. No, może poza mo­men­ta­mi, gdy coś się dzie­je.

Dziś zwol­ni­li nas wcześniej, bo geo­gra­ficz­ka jest cho­ra i na szczęście nie zro­bi­li nam zastępstwa, tyl­ko litości­wie puścili do domu. Dziew­czy­ny poszły do Pau­li­ny na ser­nik z po­lewą kaj­ma­kową (bie­rze się puszkę mle­ka skon­den­so­wa­ne­go i go­tu­je przez czte­ry go­dzi­ny. Wy­cho­dzi brązowy ulep i wszy­scy się tym za­chwy­cają, a ja naj­bar­dziej), ale chciałam jak naj­szyb­ciej wrócić do domu, bo uświa­do­miłam so­bie, że prze­cież miałam moje e-ma­ile zacząć od tego, że opiszę Pani Jac­ka. A jak na ra­zie chy­ba nie na­pi­sałam o nim ani słowa.

Ja­cek Bo­sek miesz­ka w tej sa­mej klat­ce co my, na tym sa­mym piętrze, tyl­ko że po dru­giej stro­nie schodów. On ma wi­dok na sta­re drze­wa w sa­dach, a my na park z małym ba­jor­kiem pośrod­ku (w zależności od na­stro­ju cza­sem wy­da­je mi się, że to smro­dli­wa kałuża, a cza­sem, że to ro­man­tycz­ny staw). Ma iden­tycz­ne miesz­kanie jak my, tyl­ko jak­by w lu­strza­nym od­bi­ciu. Jego bal­kon jest nad wejściem do klat­ki scho­do­wej, a nasz z dru­giej stro­ny blo­ku. Gdy byliśmy młodsi i ba­wi­liśmy się w wojnę, za­wsze bar­dzo nam się po­do­bało, że mając te dwa bal­kony, możemy pa­tro­lo­wać całą oko­licę. W wojnę głównie ba­wi­liśmy się we dwo­je, więc nie było kogo pa­tro­lo­wać, ale za­wsze do­brze mieć per­spek­ty­wy i możliwości.

Na­sze mamy po­znały się w szpi­ta­lu położni­czym. Wte­dy oj­co­wie nie by­wa­li jesz­cze przy po­ro­dach i mamy mogły so­bie w spo­ko­ju po­ga­dać i nie mu­siały się przej­mo­wać, jak która wygląda (znam to z opo­wieści mamy i cio­ci). Je­stem od Jac­ka star­sza tyl­ko o dobę, a właści­wie o szes­naście go­dzin. Na­sze mamy leżały na tej sa­mej sali, łóżko w łóżko, i jak często wspo­mi­nają, prze­ga­dały czte­ry dni i czte­ry noce. Raz po­dob­no było tak, że poszły so­bie na spa­cer i tak się za­ga­dały, że szu­ka­li ich po całym szpi­ta­lu, bo myśmy z Jac­kiem dar­li się z głodu. W końcu od­na­lazła je jakaś pielęgniar­ka i na­krzy­czała, że są kom­plet­nie nie­od­po­wie­dzial­ne. Moją mamę to oczy­wiście rozśmie­szyło, a mamę Jac­ka ze­stre­so­wało.

Gdy ro­dziła się Zośka, mój tata już był po stu­diach. Wie­dział, że chce zo­stać gi­ne­ko­lo­giem położni­kiem i miał właśnie prak­ty­ki na od­dzia­le położni­czym. Tak się przej­mo­wał tym, żeby ko­niecz­nie być przy poro­dzie swo­je­go dziec­ka, że umieścił mamę na od­dzia­le na dwa dni przed spo­dzie­wa­nym ter­mi­nem. Mama była so­bie w szpi­ta­lu, za­przy­jaźniła się z le­ka­rza­mi i położnymi, no i z in­ny­mi mat­ka­mi. Tatuś co­dzien­nie u niej prze­sia­dy­wał. Miał zwy­czaj wpa­dać do niej i pytać: "No i jak się czu­jesz? Bo te­raz miałbym trochę cza­su...". W ten sposób zachęcał mamę, żeby zaczęła ro­dzić. Nie­ste­ty, Zośka nie przej­mo­wała się rozkładem zajęć taty i zaczęła się ro­dzić o dru­giej w nocy. Aku­rat na dyżurze była koleżanka taty (cio­cia Mar­ta), która od razu do nie­go za­dzwo­niła.

Tatuś po­dob­no wy­biegł z domu i na­wet drzwi nie za­mknął (to wiem od dziadków). Wpadł do szpi­ta­la i pędem po­gnał na salę po­ro­dową, ale tam nie można tak po pro­stu wejść. Mu­siał się umyć i prze­brać w far­tuch, a gdy już wpadł na salę, cio­cia Mar­ta uśmiechnęła się i podała mu do rąk świeżo uro­dzoną Zośkę.

- Co to za dzie­ciak?

- Twój!

Po­dob­no tata stał tak z Zośką, pa­trzył na nią i na mamę i był nie­zmier­nie roz­cza­ro­wa­ny. By­najm­niej nie Zośką, tyl­ko tym, że nie od­bie­rał po­ro­du.

- Co tak sto­isz? Li­czysz na to, że ją we­pchnie­my z po­wro­tem i uro­dzi się przy to­bie? - Mar­ta z mamą spoj­rzały na sie­bie i już miały par­sknąć śmie­chem, gdy tatuś za­py­tał:

- A dałoby się tak?

Mama opo­wia­dała nam to tysiąc razy. Zośka nie prze­pa­da za tą opo­wieścią, ale jej ogólnie trud­no do­go­dzić. Gdy­by uro­dziła się przy ta­cie, też pew­nie by jej się to nie po­do­bało. A ja uwiel­biam wy­obrażać so­bie ta­tu­sia stojącego z wrzeszczącą, świeżo uro­dzoną Zośką i myślącego, jak by ją tu we­pchnąć z po­wro­tem do brzu­cha mamy. Gdy ja się ro­dziłam, tatuś już pra­co­wał na od­dzia­le położni­czym i wte­dy właśnie po raz pierw­szy miał pod opieką stu­dentów.

Ja po­sta­no­wiłam uro­dzić się nad ra­nem, koło czwar­tej. Nie­ste­ty, na ten po­mysł wpadłam nie tyl­ko ja, ale też trzy inne no­wo­rod­ki. Tatuś i cio­cia Mar­ta zwi­ja­li się jak w ukro­pie między czte­re­ma ma­mu­sia­mi i w końcu tak wyszło, że mnie ode­brała cio­cia. Ponoć, jak głosi le­gen­da, po tym dyżurze tatuś sko­na­ny wszedł na salę, gdzie leżały czte­ry ma­mu­sie z no­wo­rod­ka­mi przy pier­siach, spod zmęczo­nych po­wiek spoj­rzał na nie, pod­szedł do łóżka naj­bliżej okna, wziął szczęśliwą mamę za rękę i wy­znał, że po pierw­sze jest pie­sko zmęczo­ny, a jesz­cze bar­dziej głodny, a po dru­gie - jest z niej dum­ny i bar­dzo się cie­szy, że wszyst­ko tak gładko poszło.

- Ko­cham cię, maleńka - po­wie­dział mój tatuś (na co są świad­ko­wie) i za­raz dodał: - Wymyśliłem imię Ha­nia.

W sali zro­biło się ponoć bar­dzo ci­cho. Na­wet mo­jej ma­mie ode­brało mowę.

Do­pie­ro po chwi­li właści­ciel­ka ręki chrząknęła i wzru­szo­na po­wie­działa:

- Pa­nie dok­to­rze, ja mam dwie ka­nap­ki z domu. Proszę... A poza tym to jest chłopiec...

To była właśnie cio­cia Zuza, a rze­czo­nym chłopcem był Ja­cek.

Tatuś, z cze­go do dziś śmie­je się mama, po pro­stu wie­dział, że cio­cia bar­dziej po­trze­bu­je za­in­te­re­so­wa­nia niż moja mama.

Tata oczy­wiście wszyst­kie­mu za­prze­cza, ale jest świa­dek w po­sta­ci cio­ci Zuzy, no i mamy. Te­raz oczy­wiście tata od­graża się, że przy na­ro­dzi­nach wnuków to być musi, ale Zośka się wście­ka i wrzesz­czy, żeby tak głupio nie żar­to­wał, bo ona nig­dy na to nie po­zwo­li. Ja na­to­miast nic nie mówię, bo wia­do­mo, że ani męża, ani dzie­ci nig­dy mieć nie będę.

Wra­cając do po­zna­nia się na­szych mam... Jac­ka za­pa­miętano jako naj­grzecz­niej­sze­go no­wo­rod­ka na całym od­dzia­le. Nig­dy nie krzy­czał (no, chy­ba że wte­dy, gdy już ab­so­lut­nie mu­siał), nie bu­dził się w nocy, pra­wie nie sikał (po­dob­no), jadł chętnie i za­cho­wy­wał się tak, jak­by go nie było.

- A ja myślałam, że on będzie krzy­czał całą dobę, a ja będę taka dziel­na i so­bie ze wszyst­kim po­radzę - mówiła wte­dy jego mama i dawała od­czuć in­nym ma­mom, że ma ta­kie spo­koj­ne, jak­by lep­sze od in­nych no­wo­rodków dziec­ko.

Jed­na z położnych po­wie­działa jej tak:

- Niech pani uważa, bo te, co te­raz dużo krzyczą, o tak, jak ta... - tu po­ka­zała na mnie jako ne­ga­tyw­ny przykład no­wo­rod­ka, bo po­dob­no darłam się na­wet przez sen - to się wy­wrzeszczą, wy­wrzeszczą i mat­ka ma spokój. A naj­gor­sze to te spo­koj­ne, ci­che wody, jak mój an­cy­mo­nek. Też był taki grzecz­niut­ki, a w zeszłym roku ra­zem z ko­legą po­je­cha­li niby na obóz języ­ko­wy. Oso­biście ich na dwo­rzec od­pro­wa­dziłam, a po trzech ty­go­dniach nor­mal­nie ode­brałam. Opa­lo­ny, roześmia­ny, krzy­czy na wszyst­kie stro­ny: "Cześć wam, cześć". Pod­cho­dził do ja­kichś lu­dzi i ści­skał im ręce. Na­wet mi po­ka­zy­wał, który to jego wy­cho­waw­ca. Po ty­go­dniu jadę na działkę, a sąsiad­ka mi mówi, że mój syn ra­zem z kil­ko­ma ko­legami trzy ty­go­dnie na działce miesz­ka­li. Lu­dziom różne ciężkie pra­ce ro­bi­li i za za­ro­bio­ne pie­niądze ku­po­wa­li so­bie je­dze­nie. U nas też do­mek po­ma­lo­wa­li. Wszyst­ko wy­pie­lo­ne, płot na­pra­wio­ny. Sąsie­dzi się ich nie mo­gli na­chwa­lić. Py­tam go, dla­cze­go tak mnie oszu­kał. "A bo ty byś mnie sa­me­go nie puściła. Praw­da, że byś mnie nie puściła?".

- To nic ta­kie­go. Przy­najm­niej się pani nie nu­dzi - po­wie­działa cio­cia Zuza i z za­chwy­tem po­pa­trzyła na swo­je­go Ja­cu­sia.

- To ja pani życzę, żeby pani za­sma­ko­wała ta­kie­go nie­nu­dze­nia się - po­wie­działa położna.

Do dziś cio­cia Zuza uważa, że to, jaki jest Ja­cek, to wszyst­ko przez tą położną i jej kra­ka­nie.

Mama Jac­ka tak się tym przejęła, że ciągle cze­kała, kie­dy za­czną się z Jac­kiem kłopo­ty. Te­raz to już śmiało mogę po­wie­dzieć, że się docze­kała.

Ja­cek jest chu­dy. Nie ma na świe­cie oso­by, która mogłaby o nim po­wie­dzieć, że nie jest chu­dy. Ma tyl­ko odro­binę więcej ciała niż szkie­let. Ma też długie włosy, ta­kie do ra­mion. Jest ciem­nym blon­dy­nem, nosi oku­la­ry i ma ja­sne oczy, nie wiem, w ja­kim ko­lo­rze.

Ja­cek sie­dzi w ławce sam. Za karę oczy­wiście, ale on się tym kom­plet­nie nie przej­mu­je. Od pierw­szej kla­sy sie­dzi sam za karę, bo za­wsze coś prze­skro­bie. Opo­wiem o tym, co było dziś.

Po­znała pani naszą po­lo­nistkę? Na pew­no ją Pani pamięta, bo tego się za­po­mnieć nie da, praw­da? Cho­ciaż, ona tyl­ko mnie aż tak nie lubi, in­nych z tru­dem to­le­ru­je. Zużywa jedną szminkę na dwa po­ma­lo­wa­nia i do tego za­wsze ma tak wy­so­kie buty, że le­d­wo w nich cho­dzi. Często gdy idzie, to trzy­ma się ścia­ny. Ja­cek jest bar­dzo to­le­ran­cyj­ny i gdy my w kla­sie cza­sem się z niej czy z in­ne­go na­uczy­cie­la naśmie­wa­my, on za­wsze mówi: "Uważaj­cie, bo wca­le nie je­steście lep­si".

Po­lo­nist­ka weszła do kla­sy, niosąc ze sobą kawę. Uważam, że to szczyt bez­czel­ności pić kawę na lek­cji, pod­czas gdy nam nie wol­no na­wet żuć gumy, ale wia­do­mo - w szko­le uczeń nie ma żad­nych praw. Dziś roz­da­wała na­sze spra­woz­da­nia lub roz­praw­ki, bo było do wy­bo­ru. Pau­li­na do­stała czte­ry, jak za­wsze, a ja dwa plus, też jak za­wsze. Ja­cek na­to­miast do­stał czte­ry.

- Jac­ku, prze­czy­tałam twoją pracę z uwagą. Gdy­byś tyl­ko trochę nad sobą po­pra­co­wał... Dla­cze­go nie możesz wyglądać jakoś tak schlud­niej? Po­patrz na Ce­za­re­go... on za­wsze do­brze wygląda.

Bied­ny Ce­za­ry od razu scho­wał się pod ławkę, ale to nie jego wina, że po­lo­nist­ka go lubi.

- Albo Pau­lin­ka... Dla­cze­go nie możesz być tak ak­tyw­ny jak ona? No, wstań i zo­bacz, jak ty sie­dzisz. Pod­nieś się do góry i po­patrz po swo­ich ko­le­gach. Je­steś naj­gor­szy z całej kla­sy.

Chciałam po­wie­dzieć, że prze­cież ja do­stałam gorszą ocenę, ale Ja­cek nie­na­wi­dzi, gdy ktoś sta­je w jego obro­nie, więc sie­działam ci­cho.

- Nie umiesz się za­cho­wać i to zupełnie...

- Ja mam taką prośbę do pani... czy może mnie pani nie porówny­wać z ko­le­ga­mi?

- A dla­cze­go? Ja właśnie uważam, że sko­ro sam nie umiesz, trze­ba ci wska­zać od­po­wied­nie wzo­ry do naśla­do­wa­nia. Może to ci da do myśle­nia.

- I pani wie­rzy w tę me­todę? - zdu­miał się Ja­cek. - Rze­czy­wiście skan­da­licz­nie sie­działem.

Kil­ka osób się roześmiało.

- Dziec­ko dro­gie, człowiek uczy się całe życie. Po­win­nyśmy wzo­ro­wać się na lu­dziach od nas lep­szych...

- Ro­zu­miem. Czy mogę w ta­kim ra­zie coś po­wie­dzieć? Jeśli jest tak, jak pani zda­niem, że lu­dzi war­to porówny­wać, to proszę mi po­wie­dzieć, dla­cze­go nie włada pani ta­kim ład­nym języ­kiem pol­skim jak nasz ma­te­ma­tyk, dla­cze­go mówi pani "wziąść", "włan­czać", "pod­nieść do góry" albo "kart­ka pa­pie­ru", i dla­cze­go ma­lu­je się pani tak, że wygląda pani jak lew po po­lo­wa­niu, dla­cze­go nie ma­lu­je się pani tak ład­nie i sub­tel­nie jak pani Łozow­ska, dla­cze­go nie przy­cho­dzi pani punk­tu­al­nie na lek­cje, dla­cze­go nie jest pani lu­bia­na jak pani Za­wadz­ka, dla­cze­go, będąc po­lo­nistką, nig­dy pani ni­cze­go nie czy­ta...

- Wyjdź w tej chwi­li!

- Oczy­wiście. Tyl­ko zwra­cam pani uwagę, że gdy pani mnie obrażała, to ja mu­siałem tego słuchać.

W tym mo­men­cie do kla­sy zaj­rzała na­sza wice. Nie ma z nami lek­cji i jest nowa. Nikt nie wie jesz­cze, czy jest ludz­ka, czy wręcz prze­ciw­nie.

- Prze­pra­szam bar­dzo... Czy coś się stało?

- Tak! - na­sza po­lo­nist­ka złapała się za klatkę pier­siową, jak­by miała jakiś atak. - Życzę so­bie, żeby ju­tro o ósmej rano - po­wie­działa do­bit­nie - zja­wiła się u mnie mat­ka Bo­ska!

- Kto? - za­py­tała wice, bo ona nie uczy na­szej kla­sy i nie zna Jac­ka. Na jej miej­scu też bym się ra­czej zdzi­wiła.

- Mat­ka Bo­ska! - Po­lo­nist­ka była czer­wo­na jak bu­rak.

Ja­cek, który nadal stał, pod­niósł lek­ko rękę do góry.

- Cho­dzi o moją matkę.

- Mat­ka Bo­ska jest two­ja mamą? - spo­koj­nie za­py­tała wice.

- Tak jest, proszę pani.

- A, to ty je­steś Bo­sek, ten Bo­sek? Miło mi. Tyle już o to­bie słyszałam. Wyglądasz całkiem nor­mal­nie.

- Niech pani się nie da zwieść po­zo­rom - całkiem poważnie po­wie­dział Ja­cek.

Dy­rek­cja tak się śmiała, że na­wet nie za­uważyła, kie­dy po­lo­nist­ka obu­rzo­na wyszła z kla­sy.

Ale po­tem afe­ra oczy­wiście była. Na­uczy­cie­le mogą nas obrażać do woli, a jak im się po­wie słowo praw­dy, to za­raz jest wiel­kie halo.

Taki właśnie jest Ja­cek.

H.

Roz­dział 3

Jest już dzie­sięć po dzie­wiątej wie­czo­rem. Po­sta­no­wiłam do Pani na­pi­sać, za­nim wezmę się za lek­cje. Mam ich nie­dużo, ale jakoś nie miałam cza­su w ciągu dnia, żeby je od­ro­bić. Czy­tałam so­bie słownik wy­razów ob­cych. Bar­dzo faj­ny. Na przykład, co to jest fi­lok­se­ra? Mszy­ca niszcząca wi­no­rośle. Od razu widzę, jak za­do­wo­lo­na z życia mszy­ca za­ja­da się liśćmi wi­no­gron. Albo ta­kie słowo "fir­cyk". In­a­czej: lek­ko­duch, trzpiot, szaławiła, świsz­czy­pała, dan­dys, goguś, stroj­niś, ga­lant, mod­niś, ele­gant. Można się porządnie pośmiać. Świsz­czy­pała po­do­ba mi się naj­bar­dziej.

Dosłownie kil­ka mi­nut temu wyszła od nas cio­cia Zuza, czy­li mama Jac­ka. Zu­zan­na Emi­lia­na Bo­sek. Faj­ne ma to dru­gie imię, praw­da? Nie zwy­czaj­nie Emi­lia, tyl­ko Emi­lia­na, taka lep­sza Emi­lia.

Było koło piątej, gdy wrócili moi ro­dzi­ce. Oni za­wsze wy­chodzą ra­zem i wra­cają ra­zem. Bar­dzo ich lubię, ale cza­sem chciałabym po­ga­dać tyl­ko z jed­nym z nich, więc muszę wy­cze­ki­wać na okazję.

U mnie w domu ty­po­wa so­bo­ta. Jeśli tatuś nie ma dyżuru, ro­dzi­ce wstają ra­zem, robią so­bie kawę i wra­cają do łóżka, gdzie do dzie­siątej czy­tają za­ległe ga­ze­ty z całego ty­go­dnia. Po­tem wstają i jemy śnia­da­nie. Po­tem za­wsze, w każdą so­botę, robią sprząta­nie. Jed­no myje okna, dru­gie podłogi, jed­no obie­ra ziem­nia­ki, dru­gie tłucze ko­tle­ty, jed­no szy­ku­je sta­re ga­ze­ty do wy­rzu­ce­nia, dru­gie wie­sza pra­nie. Nie lubię być wte­dy w domu, bo cho­ciaż oni naj­bar­dziej lubią robić wszyst­ko we dwo­je, oczy­wiście każą mi też włączyć się do porządków i nie­by­wa­le się dzi­wią, że nie pałam en­tu­zja­zmem do my­cia ki­bel­ka lub kwękam, kie­dy mam umyć podłogę w przed­po­ko­ju.

- Prze­cież ro­bisz to dla sie­bie! - mówi tata, a mama oczy­wiście go po­pie­ra. Dla­te­go na so­bo­ty za­wsze so­bie coś or­ga­ni­zuję. Moja sio­stra zresztą też. Niech Pani nie myśli, że je­steśmy ja­kieś wy­rod­ne. Nie­raz po ta­kiej so­bo­cie, kie­dy ro­dzi­ce po­sprzątali każdy mi­kro­metr po­wierzch­ni w domu, słyszę, jak mama roz­ma­wia z Izą i mówi:

- Mie­liśmy cu­dow­ny dzień.

Nie­raz śmiałyśmy się z Zośką, że sko­ro tak lubią so­bie po­sprzątać, to my mu­si­my dbać o to, żeby mie­li jak naj­więcej pra­cy. W każdym ra­zie ja za­wsze coś wymyślam. Uma­wiam się z kimś, jadę do czy­tel­ni i so­bie coś czy­tam, a cza­sem po pro­stu idę do Jac­ka i proszę, żeby mnie kil­ka go­dzin prze­cho­wał. Chy­ba że cio­cia Zuza też sprząta, to wte­dy mamy kłopot.

I o czym to ja pisałam? Aha! Ro­dzi­ce wrócili ra­zem. Jesz­cze do­brze nie we­szli do miesz­ka­nia, kie­dy wpadła mama Jac­ka.

- Znów w szko­le na­roz­ra­biał! - Cio­cia za­wsze za­czy­na tym sa­mym okrzy­kiem. Lubię, gdy ona to mówi, bo nig­dy do końca nie wia­do­mo, czy jest swo­im sy­nem załama­na, czy z syna dum­na.

- A co zro­bił? Kawy czy her­bat­ki? Mamy też naleśniki...

- Na­ubliżał na­uczy­ciel­ce, tej po­lo­ni­st­ce.

- Nie­praw­da - po­wie­dział Ja­cek. - Ni­ko­mu nie na­ubliżałem.

Gdy cio­cia do nas przy­cho­dzi, Ja­cek też z nią za­wsze jest. Na­wet mają u nas swo­je ulu­bio­ne krzesła. My u nich zresztą też.

- Ja­cu­siu, dla­cze­go ty nie możesz być jak inne dzie­ci? Zo­bacz, z Hanią nig­dy nie ma żad­nych...

- Mamo, błagam cię, cho­ciaż ty mnie nie porównuj. Czy ja ci mówię: "Mamo, a dla­cze­go nie za­ra­biasz tyle co mama Pau­li­ny? Dla­cze­go nie je­steś taka miła i za­dba­na jak mama Hani albo dla­cze­go nie je­steś łysa jak wu­jek?".

- Jac­ku, licz się ze słowa­mi. Do mat­ki mówisz... - po­wie­dział mój tata. - Dziś miałem bliźnięta. Dwaj chłopcy, pierw­szy pięćdzie­siąt dwa cen­ty­me­try...

Tata za­wsze sta­ra się za­in­te­re­so­wać nas swoją pracą. Bez­sku­tecz­nie.

- Prze­pra­szam, mamo. Bar­dzo cię lubię i je­steś ogólnie w porządku, jak na matkę oczy­wiście, tyl­ko nie­na­widzę tego przykłada­nia mnie do in­nych lu­dzi. Wia­do­mo, że za­wsze od kogoś będę głupszy, a od kogoś mądrzej­szy, od kogoś ład­niej­szy, a od kogoś brzyd­szy...

- Oj, Zu­ziu, nie przej­muj się. Tyle razy już byłaś w szko­le, to jak jesz­cze raz pójdziesz, nic ci się nie sta­nie.

- Właśnie! Mat­ko Bo­ska, po­jaw się ju­tro w szko­le. Cie­ka­we, że ksiądz jakoś nig­dy cię nie wzy­wa. - Ja­cek mrugnął do mnie. Mrugnął dla­te­go, że nas uczy ka­te­chet­ka, a nie ksiądz.

Ro­dzi­ce oczy­wiście nie za­re­ago­wa­li. Oni tyl­ko udają, że się tak na­szy­mi spra­wa­mi in­te­re­sują. Kie­dy się jed­nak porządnie przy­ciśnie ich do muru, oka­zu­je się, że nie mają pojęcia, kto nas cze­go uczy. Ja­cek kie­dyś dał ma­mie taką ta­belkę:

- Pol­ski

- Mat­ma

- Fi­zy­ka

- Bio­lo­gia

- An­giel­ski

- Nie­miec­ki

- Geo­gra­fia

- Re­li­gia

I po dru­giej stro­nie na­zwi­ska:

- Pszczółkow­ska

- Za­char­ski

- Mańkow­ska

- Orzeł

- Ki­jek

- Dun­der­man

- Psz­cze­lińska

- Za­cha­riasz

- Mańko­wicz

- Sokół

- Pa­tyk

- Obe­r­man

- Mamuś, umiałabyś połączyć, kto uczy ja­kie­go przed­mio­tu?

I jego mama połączyła. Pro­blem tyl­ko w tym, że żadne na­zwi­sko nie było praw­dzi­we; niby były po­dob­ne, ale nie do końca, a nie­miec­kie­go nie mamy w ogóle. Następne­go dnia w szko­le Ja­cek wszyst­kim roz­po­wie­dział, jak wy­padł test i namówił nas, żebyśmy wszy­scy zro­bi­li tak swo­im ro­dzi­com. I zro­bi­liśmy.

Tyl­ko mama Pawła po­wie­działa, że to jakaś bzdu­ra, ale ona uczy w na­szej szko­le. Poza tym wszy­scy te­sto­wa­ni ro­dzi­ce dali się na­brać i oka­zało się, że nie mają pojęcia, kto nas uczy, a mama Pau­li­ny zdzi­wiła się, że w gim­na­zjum jest jesz­cze ma­te­ma­ty­ka. Myślała, że już ją znieśli, bo Pau­li­na od czwar­tej kla­sy nig­dy jej ani słowem o ta­kim przed­mio­cie nie wspo­mniała. Oj­ciec Rafała zdzi­wił się, że re­li­gia jest w szko­le, bo za jego czasów była po lek­cjach w koście­le. Ro­dzi­ce Łuka­sza po­li­czy­li, ile mamy przed­miotów i zaczęli się kłócić, czy dziec­ko po­win­no aż tyle sie­dzieć w szko­le. Jego tatuś uważał, że nie po­win­no. Byliśmy wszy­scy po jego stro­nie.

H.