Wzorce zwyciężania. Krytyczne starcia wielkich mocarstw. Tom I - Piotr Plebaniak

Kup ebooka

45.00 zł

-
Proszę czekać

Wyjaśnienie elementów symbolicznych

Znak pisma chińskiego na grzbiecie okładki pochodzi z języka kantońskiego i w tamtejszym slangu oznacza sprytne zrealizowanie jakiegoś planu lub zamiaru,, "moje górą!". Znak jest nawiązaniem do filmu God of cookery (1995, reż. Stephen Chou), w którym bohater otworzył sieć restauracji, a jego wrogowie na drodze spisku wybrali lokalizacje których rozlokowanie na mapie układało się w znak si (?) oznaczający śmierć. Bohater przejrzał perfidny spisek na jego prosperity i zmienił lokalizacje tak, aby układały się właśnie w znak chińskiego pisma, który widnieje na grzbietu książki. Podwójnie przekreślona pionowa kreska po jego prawej stronie to graficzna reprezentacja ręki, część po prawej stronie to ideogram sklepu lub kramu kupieckiego.

Znak chińskiego pisma na grzbiecie włącza wizualnie niniejszy tom do serii Wzorce. Otrzymując dyspensę od współautora, Piotr Plebaniak zamieścił w treści książki kilka niespodzianek w postaci sformułowań podobnych do tych obecnych w prozie Andrzeja Sapkowskiego.

Podobnie jest z okładką. Yamamoto na ilustracji tytułowej pokazuje łatwy do odgadnięcia gest znany nam bardziej z historii Anglii, a nie Japonii. Z jednej strony to zwykła krotochwila, mająca przyciągnąć uwagę czytelnika. Ma ona jednak umocowanie w rzeczywistości. Odzwierciedla kluczową cechę każdego wielkiego dowódcy - determinację. Te nietypowe upozowanie ma nieco głębsze uzasadnienie. Yamamoto studiował poezję i kaligrafię, hobby osób wykształconych, intelektualistów o głębokiej wiedzy i zrozumieniu przeszłości. Jedną zaś z ulubionych technik i chińskiej, i japońskiej poezji starożytnej jest pomijanie w metaforach i parafrazach frazy ważniejszej, tu będących symbolem determinacji palców.

Quiz

W relacji z Rajdu płka Doolittle'a znajduje się nawiązanie do dzieła popkultury. W nawiązaniu do quizów ogłaszanych w podkaście Piotra Plebaniaka pt. Telegram z krańca świata, odgadnięcie tytułu dzieła będzie quizem powiązanym z niniejszym tomem. Pierwszy czytelnik, który skontaktuje się z autorem PP i poda nazwisko bohatera, który wypowiedział te słowa, otrzyma uzgodnioną w korespondencji nagrodę. Status zagadki do sprawdzenia na https://chiny.pl/telegram#quizy-odpowiedzi.

Piotr Plebaniak

Indeks chronologiczny przywołanych ilustracji historycznych

(wojny, kampanie, bitwy, potyczki)

Bitwa o Diu 1509

117

Zdobycie Quebecu 1759

347

Bunker Hill 1775

327

Bitwa przy ujściu Nilu 1805

165

Bitwa przy Trafalgar 1805

177

Alamo 1836

335

Druga wojna burska 1899-1902

125

Upadek Port Artur 1904-1905

239

Cuszima 1905

199

Midway 1942

269

Rajd pułkownika Doolittle 1942

365

Inczon 1950

69

Falklandy 1982

23

Podziękowania

Wojna to ta sfera ludzkiej aktywności, w której o przetrwaniu w największym stopniu decyduje zdolność do patrzenia na stan spraw w maksymalnie bezstronny sposób.

W tej, jak w żadnej innej aktywności kurczowe trzymanie się złudzeń i ulubionych teorii, prowadzi bezpośrednio do porażki, często poniżającej. Ale jeszcze częściej nieuniknionej.

Nasze podziękowania kierujemy ku osobom, których pomoc i krytyczne uwagi pozwoliły uporządkować treść tego tomu tak, aby niósł on w sobie największą możliwą dawkę pożytecznej wiedzy.

Poznawanie często zupełnie rozbieżnych opinii i wizji, poddanych krytycznej analizie, jest bezcennym ćwiczeniem intelektualnym, które wyrabia i nam, i czytelnikom naszych książek, zdolność krytycznego myślenia i emocjonalnego dystansowania się od spraw, które często są krytyczne dla sprawności indywidualnych żołnierzy i całych armii.

Andrzej Kruczyński oraz Piotr PlebaniakWarszawa-Tajpej, luty 2024

Oświadczenie autorów tekstów goszczących

Autorzy esejów oraz osoby udzielające wywiadów zamieszczonych w niniejszej pracy oświadczają, że publikacja ich wypowiedzi nie ma żadnego związku z poglądami ani przekonaniami pozostałych osób zaproszonych do współtworzenia tomu oraz autorów tomu. Autorzy ci zgodzili się na złożenie swojego tekstu lub udzielenie wywiadu bez wiedzy o tożsamości innych współautorów oraz finalnej formy książki. Kierowali się wyłącznie motywacją dodania swojego wkładu do wartości merytorycznej dzieła, które Czytelnik ma w ręku.

Oświadczenie współautorów

Obaj współautorzy tomu oświadczają, że wszelkie zbieżności bądź rozbieżności poglądów, w tym forma obecności w przestrzeni publicznej, nie były kryterium zaproszenia osób trzecich do zabrania głosu w niniejszej książce. Jedyne kryterium przy podejmowaniu decyzji stanowiła udokumentowana aktywnością publiczną kompetencja autora w jego specjalności oraz jego gotowość do wzbogacenia tomu o swoją wiedzę ekspercką. Wszelkie domniemania co do istnienia klucza decyzyjnego innego niż merytoryczny, scharakteryzowany powyżej,nie mają podstaw - mogą być interpretowane jako naruszenie dóbr osobistych.

Obaj współautorzy tomu z osobna oświadczają, że nie utożsamiają się ze wszystkimi poglądami i wizjami świata, jakie prezentują w niniejszej książce inne zaproszone osoby, opisywane postacie historyczne ani drugi ze współautorów. Współautorzy proszą o kontakt w celu autoryzowania wypowiedzi, opinii lub twierdzeń odnośnie powyższych kwestii. Dane kontaktowe znajdują się na stronie redakcyjnej (tutaj).

Zadania pisarskie przy powstawaniu niniejszego tomu współautorzy podzielili zgodnie ze specjalizacją, kompetencją eksperckiej i zainteresowaniami. Przykładowo, wkładem A. Kruczyńskiego jest doświadczenie w zakresie funkcjonowania jednostek specjalnych, zaś P. Plebaniaka - specjalizacja w bardziej filozoficznym podejściu do natury konfliktów, a konfliktów militarnych w szczególności.

Współautorzy informują, że z uwagi m.in. na kwestie praw autorskich do wydań zagranicznych oraz potrzeby czytelników kolekcjonujących kolejne tomy serii Wzorce, zdecydowali o publikacji niniejszej pozycji w dwóch edycjach z różnymi wersjami okładki: jedna z nich prezentuje wyłącznie jednego autora tomu, a druga - w oprawie twardej - nazwiska obu współautorów. Zawartość pierwszego i kolejnych wydań obu edycji jest identyczna. Za ewentualne utrudnienia i nieporozumienia przepraszamy.

Seria "Wzorce zwyciężania" (sześć tomów)

Andrzej Kruczyński i Piotr Plebaniak prezentują serię dla miłośników historii wojskowości oraz adeptów sztuki wojennej i skutecznego działania.

Seria planowana jest na sześć tomów. Każdy z nich będzie zawierać analizy znanych i mniej znanych konfliktów, operacji, bitew i potyczek. Analizy te są ukierunkowane na wyciągnięcie maksimum wiedzy i doświadczenia tak, aby błędy i sukcesy postaci historycznych stały się elementem zdobytej przez czytelnika edukacji.

Seria Wzorce

Seria Wzorce to pogłębione analizy kolejnych sfer toczenia konfliktów. To także podręczniki budujące zdolność podejmowania optymalnych decyzji i skutecznego działania. Więcej na stronie chiny.pl/ksiazki

Wsparcie autora na Patronite:chiny.pl/ksiazki.

Podręcznik budowania obrazów mentalnych i dziesiątki anegdot historycznych - ze wstępem Andrzeja Sapkowskiego Traktat Sztuka wojny w przekładzie Piotra Plebaniaka bezpośrednio z chińskiego języka klasycznego, stylizowany na piękną polszczyznę Sienkiewicza. Do tego wizje wojny i konfliktów prof Bralczyka i ponad 20 innych mistrzów oraz ekspertów. Praca, w której sam autor i zaproszeni eksperci prezentują swoje wizje prawidłowości geopolitycznych, okraszając je przykładami z kart historii i wydarzeń współczesnych. W środku 43 mapy i 29 zdjęć oraz ilustracji, które pomogą zrozumieć zawiłą logikę zmagań między mocarstwami.

Spis map i planów bitew

Mapa archipelagu Falklandów

24

Położenie Falklandów względem kontynentu i wyłączne strefy ekonomiczne wokół Georgii Południowej oraz Południowych Sandwichów

26

Wyspa Georgia Południowa

35

Wyspa Pebble i usytuowanie lotniska polowego na niej

43

Strefa Całkowitego Wykluczenia oraz kurs krążownika ARA "General Belgrano" w dniach 1-2 maja.

47

Ukształtowanie rejonu miasteczka Stanley i linie obronne strony argentyńskiej

59

Worek Pusański i orientacyjne położenie kluczowych lokalizacji w pierwszej fazie (1950) wojny koreańskiej

70

Port i Miasto Inczon

76

Rejon Inczon i Seulu

90

Mapa Afryki południowej i państw regionu istniejących w 1899 roku

137

Obszar walk w czasie drugiej wojny burskiej

141

Trasy przebyte przez flotę inwazyjną Napoleona i ścigającego ją Nelsona. "X" - miejsce minięcia we mgle 22 czerwca

167

Przybliżony szkic sytuacyjny początkowej fazy bitwy u ujścia Nilu, olej Nicholasa Pococka (1808)

169

Lokalizacja przylądka Trafalgar

179

Szkic szyków obu stron tuż przed początkiem bitwy przy Przylądku Trafalgar

184

Rejon Morza Japońskiego i Mandżurii w 1905 roku

200

Trasa pokonana przez Drugą Eskadrę Pacyfiku

206

Wpłynięcie Drugiej Eskadry Pacyfiku do Cieśniny Cuszimskiej

213

Uproszczony schemat głównej fazy bitwy cuszimskiej w godzinach 14:25 do 18:20

219

Morze Żółte i Półwysep Liaodong. Strefy wpływów z 1904 roku

241

Kraniec półwyspu Liaodong wraz z Port Artur

243

Bezpośrednie okolice Port Arthur i kluczowe punkty obrony

247

Położenie atolu Midway względem Japonii i Ameryki Północnej.

270

Japońska ekspansja na kwiecień 1942 oraz pierwotny jej plan. Linia przerywana: planowany zakres kontroli.

275

Atol Midway w 1942 roku

289

Szkic orientacyjny przebiegu głównego starcia bitwy o Midway

301

Bunker Hill

Zdobycie Quebecu

Alamo i Teksas

Rajd płk Doolittle

Falklandy 1982

Epizody interwencji brytyjskiej

Pierwsza grupa żołnierzy argentyńskiej piechoty morskiej, desantowana z okrętów argentyńskiej marynarki wojennej, korzystając z gumowych łodzi, wylądowała na Falklandach tuż po 23:00 1 kwietnia 1982 roku. Po krótkich walkach wyspy zostały formalnie przejęte 2 kwietnia. Z Falklandów zmieniły się w Malwiny. To był koniec dziesięcioleci nieudanych negocjacji, ale był to też początek skomplikowanego, wieloetapowego wysiłku strony brytyjskiej, który zakończył się odbiciem wysp.

Do dziś strona argentyńska nie przejawia symptomów pogodzenia się z aktualnym stanem rzeczy. W przypadku nagłego osłabienia Zjednoczonego Królestwa można śmiało spodziewać się ponownej argentyńskiej zbrojnej próby wydarcia Falklandów z rąk brytyjskich. Tym użyteczniejsze mogą być lekcje, jakie da się wyciągnąć z przebiegu kampanii z 1982 roku.

Uwarunkowania historyczne

Falklandy to odizolowany i smagany wiatrem archipelag na południowym Atlantyku, 500 kilometrów na wschód od południowego krańca Ameryki Południowej. Odkrył je angielski żeglarz John Davis w sierpniu 1592 roku. Dopiero w 1671 roku Anglia proklamowała zwierzchnictwo nad wyspami. Trzy lata później Francja, a w następnym roku Anglia założyły na wyspach swoje osady - Port Louis i Port Egmont. W 1676 roku zaś Francja scedowała swoje prawa na Hiszpanię. Nie istnieją zapisy pozwalające jednoznacznie stwierdzić, czy mieszkańcy kolonii wiedzieli o istnieniu konkurencyjnej osady. Niemniej Hiszpanie w 1770 roku wykryli angielskie osiedle i zdobyli je, aby po roku zwrócić poprzednim właścicielom. Brytyjscy mieszkańcy opuścili niegościnny Falkland Zachodni w 1774 roku, a Hiszpanie swoją osadę porzucili w 1811 roku.

Ryc. 1. Mapa archipelagu Falklandów. Znakiem 'x' oznaczone pierwotnie zakładane kolonie Anglii, Hiszpanii i Francji.

Kolejną próbę założenia kolonii podjął w 1828 roku niemiecki kupiec Luis Vernet (1791-1871). Vernet był świadomy konfliktujących roszczeń brytyjskich i świeżo proklamowanej Argentyny. Poprzedził przedsięwzięcie formalnym zapytaniem o pozwolenie zarówno u władz Argentyny, jak i w konsulacie brytyjskim. Miało to związek z dwiema nieudanymi brytyjskimi inwazjami na Wicekrólestwo La Platy, przeprowadzonymi w latach 1806-1807. Wicekrólestwo La Platy (1776-1810), obejmujące rejon estuarium rzeki La Plata, było najbardziej wysuniętą na południe częścią hiszpańskiej kolonii i stało się rdzeniem proklamowanej w 1816 roku Argentyny.

Osadę założoną i zarządzaną przez Verneta rozpędziła w 1831 roku Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych w epizodzie znanym jako spór o łowiska. Dowódca eskadry amerykańskiej Silas Duncan ogłosił przy tym formalne rozwiązanie "rządu" wyspy. Już rok później Argentyna ulokowała na Falklandach garnizon, w którym jednak wybuchł bunt. W 1833 roku na wyspach ponownie pojawili się Brytyjczycy, by odświeżyć proklamację ich przynależności do swojego imperium. Jednak dopiero w 1840 roku Falklandy stały się formalnie kolonią korony brytyjskiej. Jak widać, poziom zagmatwania kwestii własności Falklandów wstąpił na poziom niemożliwy do rozwikłania.

Wyspy odgrywały ważną rolę w zarządzaniu brytyjskimi roszczeniami względem terytoriów subarktycznych. Ich lokalizacja pozwala na kontrolę szlaków morskich biegnących przez Cieśninę Magellana, które w XIX i na początku XX wieku wiodły do chilijskich zasobów guana i saletry (azotanów potrzebnych jako nawozy i substraty do produkcji materiałów wybuchowych). To zabezpieczenie przewozu tych ostatnich było bezpośrednim kontekstem dwóch bitew morskich między flotą niemiecką i brytyjską. Pierwszą, stoczoną u wybrzeży Chile w listopadzie 1914 roku wygrali Niemcy, ale drugą, stoczoną w rejonie Falklandów zaledwie miesiąc później, wygrała brytyjska Royal Navy, uzyskując definitywne rozstrzygnięcie - Niemcy opuścili akwen wertykalnie.

XX wiek i tło geopolityczne wojny

Argentyna wznowiła walkę o suwerenność nad archipelagiem Falklandów w latach sześćdziesiątych XX wieku. Rząd argentyński zagrał kartą "kolonializmu" brytyjskiego, co Zjednoczone Królestwo (dalej także UK, ang. United Kingdom) skontrowało prawem do samostanowienia mieszkańców.

Ryc. 2. Położenie Falklandów względem kontynentu i wyłączne strefy ekonomiczne wokół Georgii Południowej oraz Południowych Sandwichów

"Gorący" konflikt stał się nieunikniony po 1976 roku, kiedy władzę nad Argentyną przejęła junta wojskowa. Wojskowi w tym samym roku zerwali stosunki dyplomatyczne ze Zjednoczonym Królestwem i ustanowili garnizony na innym archipelagu należącym do Brytyjczyków - Sandwichu Południowym. Brytyjczycy odkryli to dopiero po dwóch latach.

Strona brytyjska na takie naruszenie swojego terytorium musiała zareagować. Okazało się jednak, że Argentyńska junta trafiła idealnie w okres, kiedy świeżo powołany w 1979 roku rząd Margaret Thatcher rozpoczął realizację znacznych cięć budżetowych, obejmujących przede wszystkim siły zbrojne. Zakłócało to m.in. proces wycofania ze służby starych brytyjskich lotniskowców, choć budowano nowe. Brytyjczycy zrezygnowali z obecności wojskowej i inwestycji na południowym Atlantyku. Po stronie argentyńskiej uznano to słusznie za symptom słabości.

Uwarunkowania polityczne stron i skutki zmiany planów

W grudniu przywództwo junty przejął gen. Leopoldo Galtieri. Pierwotnie wyznaczono dwa terminy zajęcia Falklandów, mając na uwadze efekt propagandowy - 25 maja (rocznica rewolucji) lub 9 lipca (dzień niepodległości). Pierwsza z nich miała też znaczenie pragmatyczne, ponieważ na półkuli południowej maj to początek zimy. Jej nadejście miało uniemożliwić stronie brytyjskiej jakąkolwiek akcję militarną. By zilustrować niedogodności pogodowe, wystarczy powiedzieć, że na 64 dni obecności brytyjskiego zespołu w rejonie wysp, aż przez 27 nie dało się używać lotnictwa.

Wcześniejszą datę operacji inwazyjnej wyznaczono na 2 kwietnia z przyczyn niemilitarnych. Zmiana decyzji wynikała z pogarszających się nastrojów społecznych - trwała tzw. brudna wojna (1974-1983), tj. walki junty z argentyńskimi komunistami. Drugim epizodem, bardzo niefortunnym dla argentyńskich planów, był incydent wywieszenia argentyńskiej flagi na Georgii Południowej przez złomiarzy, wśród których byli incognito - informacja nie jest konkluzywnie potwierdzona - żołnierze piechoty morskiej. Miało to miejsce 19 marca. Dowództwo argentyńskie obawiało się wynikającej z tego incydentu brytyjskiej decyzji o wzmocnieniu obecności na Falklandach.

Przedwczesne rozpoczęcie inwazji dawało Brytyjczykom okno na podjęcie kontrakcji. Przede wszystkim jednak doprowadziło do tego, że Argentyna nie zdążyła pozyskać i wprowadzić do służby wszystkich zakupionych rakiet przeciwokrętowych Exocet, co miało niewyobrażalnie duży wpływ na proces decyzyjny i planistyczny po stronie brytyjskiej, a przede wszystkim przebieg działań zbrojnych.

Istnieje też aspekt tych wydarzeń, który trudno jest elegancko umieścić w całej tej układance zdarzeń bezpośrednio poprzedzających wojnę. Po dłuższym przemyśleniu dostępnych on-line zapisów archiwalnych wypowiedzi polityków tamtych czasów zaryzykuję [PP], dysponując wyłącznie poszlakami w postaci nie do końca jasno formułowanych wypowiedzi, następującą hipotezę - brytyjskie siły polityczne, którym nie w smak było objęcie rządów przez Margaret Thatcher (co nota bene głośno wyrażały), podpuszczały Argentyńczyków, kreując na ich rzecz obraz brytyjskiej niezdolności do zdecydowanych działań. Jednym z elementów kształtujących taki obraz mentalny była tzw. Biała Księga Obrony z 1981 roku, sporządzona przez Sekretarza Obrony Johna Notta. Z dokumentu wynikało, że Zjednoczone Królestwo nie ma woli politycznej, a wkrótce (tj. po cięciach budżetowych) zabraknie mu środków fizycznych, by bronić swoich terytoriów na dalekim południowym Atlantyku.

"Spisek" miałby polegać na tym, że gdyby zachęceni słabością brytyjską Argentyńczycy zrealizowali jakiś rodzaj aneksji, to gabinet Thatcher okazałby się bezsilny, a to by z kolei doprowadziło do jego upadku. O słuszności takiej linii rozumowania świadczy początkowa pasywność i niezdolność decyzyjna Thatcher w obliczu wieści o inwazji. W tej krytycznej chwili brytyjska Żelazna Dama stała na skraju przepaści i zakończenia swojej kariery hańbą i wstydem. Stało się jednak inaczej - postawiona pod murem Thatcher wykrzesała z siebie zdecydowanie, dając swojemu krajowi zwycięstwo, a siebie okrywając legendą osoby o najwyższej sile charakteru i woli.

Epizod I Brytyjskie zwycięstwo przed początkiem bitwy - rakiety Exocet

Absolutnie najważniejszą bronią w rękach Argentyńczyków były rakiety przeciwokrętowe Exocet. Te francuskie rakiety wykorzystują nawigację inercyjną i docierają w pobliże celu lotem realizowanym tuż nad powierzchnią morza. Przeciwnik ma mniej niż 20 sekund na reakcję, kiedy pocisk pojawia się na horyzoncie radiolokacyjnym, pędząc ok. 1100 km/h w odległości zaledwie 6 kilometrów od jego jednostek.

AM39, podtyp o zasięgu 50-70 km1 wystrzeliwany z samolotu, został wprowadzony do służby przez lotnictwo francuskie w 1979 roku, zaledwie trzy lata przed wojną o Falklandy. W rakiety te wyposażone były także siły lotnicze Peru, Chile i Argentyny. Ta ostatnia robiła wszystko, aby mieć ich w czasie operacji zajmowania Falklandów jak najwięcej. Z drugiej strony tuż przed wybuchem konfliktu Brytyjczycy nie szczędzili wysiłków, aby Argentyna dysponowała jak najmniejszą liczbą tych pocisków.

Wyposażona w znaczną liczbę Exocetów Argentyna mogła zadać bardzo poważne straty flocie brytyjskiej. Udowodniły to później faktycznie zrealizowane ataki. Ofiarą pierwszego z nich był brytyjski niszczyciel HMS "Shefield". Okręt ten zatonął po trafieniu rakietą 2 maja i to pomimo tego, że głowica bojowa pocisku nie wybuchła. W wyniku drugiego ataku, zrealizowanego 25 maja, zatonął statek zaopatrzeniowy SS "Atlantic Conveyor". Było to dla brytyjskiej operacji olbrzymim problemem - statek miał na pokładzie m.in. trzy helikoptery Chinook do transportu piechoty i części zapasowe do myśliwców Harrier. Ale... po zatopieniu zaopatrzeniowca, który w chwili trafienia znajdował się zaledwie 2 kilometry od lotniskowca HMS "Hermes" (jednostka flagowa brytyjskiego zespołu)2, Argentynie została tyko jedna rakieta. Zużyto ją bez sukcesu pięć dni później w nieudanym ataku na lotniskowiec HMS "Invincible". Dwa lotniskowce były dla Argentyńczyków najbardziej łakomym celem i "zabawa" stron w ich ochronienie i zniszczenie była głównym wątkiem całego konfliktu. Jednym z elementów tej rozgrywki była procedura startów i lądowań samolotów pokładowych. W promieniu około 80 kilometrów (50 mil morskich) od lotniskowca brytyjscy piloci mieli obowiązek lecieć tuż przy powierzchni morza, dzięki czemu argentyńskie radary nie mogły wykryć ich aktywności, a przez to zlokalizować bezcenne okręty.

Jeszcze zanim doszło do kontaktu bojowego stron, jedną z podoperacji było skupowanie przez wywiad brytyjski wszystkich dostępnych na rynku międzynarodowym rakiet - podstawieni pośrednicy podawali się przy tym za reprezentantów Argentyny. Tak na marginesie, akcja ta, a konkretnie przedział czasowy jej realizacji, świadczy pośrednio, lecz niewątpliwie i dobitnie o tym, że Brytyjczycy wiedzieli świetnie i ze sporym wyprzedzeniem o tym, że nadchodzi wojna. To z kolei niezbitą siłą elementarnej logiki uprawdopodabnia hipotezę o tym, że prowokowali Argentynę do działania za pomocą kampanii okazywania słabości. W literaturze pojawiają się też niesprecyzowane wzmianki o uszkadzaniu egzemplarzy rakiet znajdujących się w handlu międzynarodowym.

Równocześnie Francja wstrzymała dostawy rakiet także do Peru - obawiano się, że kraj ten przekaże swoje pociski Argentynie. Wspomniany powyżej John Nott w swojej autobiografii Here Today, Gone Tomorrow wspomina, że Francja wykazała się nadzwyczajną współpracą na rzecz strony brytyjskiej. Francuzi udostępnili nawet brytyjskim siłom powietrznym swoje myśliwce Dassault Super Etendard oraz Mirage III - używane także przez Argentynę - umożliwiając FAA3 szkolenie do walki z nimi pilotów latających na Harrierach. Francuzi przekazali też dane techniczne i informacje pomocne w zwalczaniu i unieszkodliwianiu rakiet Exocet przez środki walki radioelektronicznej oraz w akcjach sabotażowych4.

Pod koniec konfliktu MI6 wykryło ładunek rakiet przewożony przez statek handlowy dokonujący postoju w jednym z europejskich portów. Komandosi z SBS (Special Boat Service) zostali wyznaczeni do wysadzenia jednostki w powietrze za pomocą min mocowanych do dna jednostki. Operację opóźniono z przyczyn politycznych, nie chcąc dokonywać ataku na terenie państwa sąsiadującego, a później odwołano, gdyż stwierdzono, że ładunek Exocetów dotrze do Argentyny już po przewidywanym zakończeniu walk.

Wszystkie te zabiegi oraz przyspieszenie inwazji przez Argentyńczyków sprawiły, że w czasie konfliktu dysponowali oni tylko pięcioma Exocetami i czterema samolotami zdolnymi do ich dostarczenia w pobliże brytyjskich jednostek (ok. 50 km). Lotnictwo morskie Argentyny pierwotnie planowało pozyskanie dwudziestu rakiet i czternastu samolotów5. Dodatkowym utrudnieniem dla Argentyńskiej floty było to, że ich jedyny lotniskowiec, ARA "Veinticinco de Mayo"6, nie został na czas przystosowany do obsługi samolotów Super Etendard. A więc nie dość, że samoloty zdolne do przeprowadzania ataku Exocetami było tylko cztery, to jeszcze musiały operować z baz na kontynencie, przede wszystkim z Río Grande na Ziemi Ognistej.

Epizod II Operacja "Black Buck"Rajd bombowy przez pół Atlantyku

Avro 698 Vulcan to bombowiec strategiczny, który służył w czasie zimnej wojny, od końca lat pięćdziesiątych XX wieku jako element brytyjskiego systemu odstraszania nuklearnego. Był pierwszym bombowcem skonstruowanym w układzie delta. Na dwa lata przed wycofaniem ze służby posłużył do realizacji misji zbombardowania argentyńskich instalacji radarowych oraz lotniska na Falklandach, która była niemal niewykonalna. Niemal.

Nominalny zasięg samolotu wynosił 7400 kilometrów. Wydłużono go dzięki zespołowi tankowców powietrznych. W tej roli wystąpiło jedenaście odpowiednio dostosowanych byłych bombowców strategicznych HP.80 Victor.

Pierwszą z łącznie siedmiu misji zrealizował nocą z 30 kwietnia na 1 maja jeden bombowiec dowodzony przez por. Martina Withersa7. Ten pojedynczy Vulcan zużywał 7,4 tony paliwa na godzinę lotu. Jego misję obsługiwało piętnaście powietrznych cystern, mających zapewnić pierwotnie dwu samolotom łącznie aż osiemnaście tankowań przed i po zrzucie bomb na cele. Była to fenomenalnie zorganizowana operacja, w której po to, aby obsłużyć samolot realizujący bombardowanie, Victory tankowały siebie nawzajem.

Tak jak przy późniejszych misjach w ramach tej samej operacji, samolot Withersa zrzucił 21 półtonowych bomb. Tylko jedna trafiła w wyznaczony cel, czyli pas startowy lotniska przy miasteczku Port Stanley, stolicy Falklandów. Liczba trafień była zaplanowana - wcześniej udowodniono w ramach testów, że przy zrzucie 21 bomb przynajmniej jedna trafi w pas z 90%, a dwie z 75% pewnością, przy zrzucie zaś mniejszej liczby prawdopodobieństwo byłoby znacznie niższe. Bomby zrzucano sekwencyjnie w czasie nalotu realizowanego z wysokości 3000 metrów.

Bombardowanie zrealizowane przez jeden samolot nie było końcem brytyjskiej obecności na niebie Falklandów tamtego dnia. Wkrótce po bombowcu nadleciała para Harrierów z lotniskowca HMS "Invincible". Wykonały one fotografie pozwalające ocenić skuteczność ataku Vulcana. Była ona minimalna - trafienie nie doprowadziło nawet do zamknięcia lotniska dla operacji lotniczych. Argentyńczycy realizowali je na niepełnej długości pasa startowego. Wkrótce nadleciały Harriery z drugiego lotniskowca, HMS "Hermes". Eskadra dwunastu samolotów zaatakowała cele w rejonie Port Stanley. Klucz trzech kolejnych zaatakował mniejsze lotnisko przy Goose Green, niszcząc na ziemi trzy maszyny FMA IA 58 Pucará.

W opracowaniach dotyczących całej operacji "Black Buck" pojawiają się opinie, że zniszczenia wyrządzone siłom argentyńskim były wręcz symboliczne - zwłaszcza jeśli brać pod uwagę fenomenalnie skomplikowane zadanie powietrznych cystern. Ale całokształt tego wysiłku miał fundamentalne znaczenie strategiczne, bo zniechęcił Argentyńczyków do przebazowania większej liczby samolotów, które, choć nie były to najbardziej niebezpieczne "szybkie" myśliwce, mogłyby poważnie utrudnić działanie brytyjskim siłom naziemnym.

Bombowce uczestniczące w operacji "Black Buck" startowały z położonej dosłownie na samym środku Atlantyku Wyspy Wniebowstąpienia (ang. Ascension). Pierwsze z nich dotarły na ten czternastokilometrowy skrawek lądu 18 kwietnia, a więc szesnaście dni po inwazji na Falklandy.

Tak wczesna data miała istotne znaczenie dla morale po stronie brytyjskiej. Pierwsze dni po dotarciu wieści o argentyńskiej agresji pokazały, że każdy kolejny dzień bezczynności mógł spowodować perturbacje zagrażające stabilności gabinetu Thatcher, a więc całej operacji militarnej odzyskania archipelagu. Informacje o sukcesie pierwszej misji brytyjskie media podały, zanim jeszcze ostatnia z powietrznych cystern wróciła na Wyspę Wniebowstąpienia. Efekt propagandowy można przyrównać do także ocierającej się o niemożliwość misji zbombardowania Tokio przez eskadrę płk Doolittle'a w kwietniu 1942 roku.

Epizod III Operacja "Paraquet"Odbicie Georgii Południowej

Mobilizacja wszystkich zasobów Zjednoczonego Królestwa przebiegała sprawnie i błyskawicznie. Jednym z jej elementów były rekwizycje cywilnych jednostek, które wykorzystano do transportu żołnierzy. Tempo działań ilustruje los jednego z przejętych statków pasażerskich. Po przycumowaniu do mola w Southampton 7 kwietnia, jednostka przeszła rozległe modyfikacje i zaledwie po 60 godzinach wypłynęła w stronę Falklandów, mając na pokładzie 2,5 tysiąca piechurów morskich i spadochroniarzy.

Rwetes przygotowań objął cały kraj - pod koniec kwietnia w drodze na drugi koniec Atlantyku było już 65 statków,które tworzyły łańcuch logistyczny o imponującej długości 12 tysięcy kilometrów. Ta nadzwyczajna mobilizacja narodowa była dobrym znakiem. I nie mogła zostać zaprzepaszczona.

Ryc. 3. Wyspa Georgia Południowa

Wyruszająca z Wielkiej Brytanii grupa zadaniowa skierowała się najpierw na należącą do Brytyjczyków Wyspę Wniebowstąpienia na środkowym Atlantyku. Maleńka wyspa zagubiona w bezkresie oceanu wrzała od aktywności. Przed chwilą wcześniej mieściła się na niej tylko amerykańska instalacja nadzorująca pracę satelitów, aż tu nagle malutkie lotnisko zmieniło się w hub przeładunkowy działający na rzecz wielkiej operacji wojennej, obsługując do 400 lotów dziennie. Dowodzący bazą W. Brighten starał się, aby amerykańskie dostawy paliwa i rakiet powietrze-powietrze AIM-9 Sidewinder mogły trafić we właściwe miejsce i we właściwym czasie. W końcu grupa bojowa lotniskowców, dowodzona przez admirała Johna Woodwarda, opuściła wysepkę 18 kwietnia. Dotarła w rejon Falklandów po dwóch tygodniach.

Zanim rozpoczęły się działania na głównym teatrze, wydzielone siły wysforowały się naprzód, by odbić Georgię Południową, zajętą przez Argentyńczyków 3 kwietnia. Eskadra brytyjska pod dowództwem kapitana Briana Younga, dowódcy niszczyciela HMS "Antrim", pojawiła się u wybrzeży Georgii Południowej 21 kwietnia.

Jeszcze tego samego dnia z okrętu desantowała się szesnastoosobowa grupa komandosów SAS. Początek działań był dla Brytyjczyków pechowy. Pogoda uniemożliwiła rozpoznanie, a dwa helikoptery mające podjąć zwiadowców z wyspy rozbiły się z powodu fatalnych warunków. Więcej szczęścia miał oddział rozpoznawczy, który podpłynął łodziami Gemini w okolice osady Leith. Tylka jedna z wiozących komandosów łodzi dotarła szczęśliwie na brzeg - reszta musiała zawrócić. Brytyjczycy musieli posłużyć się bardziej podatnym na wykrycie śmigłowcem. Szczęśliwie dla nich w Leigh stacjonował jedynie szesnastoosobowy posterunek argentyński, który nie wykrył aktywności od strony morza.

Pojawiły się informacje o argentyńskiej łodzi podwodnej operującej w okolicy. Gdyby okręt podwodny zdołał zatopić choć jeden z brytyjskich okrętów, mogłoby to oznaczać bardzo niefortunny koniec całego przedsięwzięcia. Z desantem trzeba było zaczekać na fregatę HMS "Briliant", wyspecjalizowaną w zwalczaniu okrętów podwodnych. Obawy brytyjskie były przesadzone, bo choć do wyspy zbliżał się "Santa Fe" - stary, poamerykański okręt podwodny, jeden z czterech na stanie floty argentyńskiej - to jego stan techniczny i postawione mu zadanie nie predysponowały go do jakiegokolwiek kontaktu bojowego. Misją było dowiezienie plutonu argentyńskiej piechoty morskiej do osiedla Grytviken, obsadzanego przez argentyński kontyngent od początku kwietnia.

Brytyjczycy dowiedzieli się o okręcie z nasłuchu radiowego i trafnie odgadli, że okręt po realizacji zadania rozpocznie podróż powrotną o świcie następnego dnia. Właśnie wtedy, 25 kwietnia, brytyjskie jednostki wysłały swoje śmigłowce ZOP (zwalczania okrętów podwodnych) celem wytropienia i zatopienia argentyńskiej jednostki. Początkowo, by nie zdradzić swojej obecności, załogi zdały się na obserwację wzrokową. W końcu uruchomiono radar, wykonując zaledwie pojedynczy skan. Dało to niemal natychmiastowy skutek - argentyński "Santa Fe" pojawił się na ekranach w pełnej krasie. Jednostka szła kursem na północny zachód, w wynurzeniu, by uniknąć kolizji z górami lodowymi.

Pechowy okręt został obrzucony bombami głębinowymi i uszkodzony na tyle, że nie mógł dokonać zanurzenia. Jego dowódca zawrócił w kierunku brzegu. Wywiązała się spektakularna wymiana ognia. Brytyjskie jednostki nawodne i helikoptery ostrzelały umykający ku lądowi całymi tuzinami rakiet, a nawet torpedą, powodując dalsze uszkodzenia. Argentyńczycy odgryzali się zaciekle. W końcu przewaga siły ognia po stronie brytyjskiej przemogła zacięty opór załogi "Santa Fe". Podwodniacy osadzili swój zdewastowany ogniem nieprzyjaciela okręt na kamienistej plaży i zbiegli do Grytviken.

Były to pierwsze strzały oddane w operacji odzyskiwania Falklandów, a zarazem pierwsze wygrane starcie. Ale Brytyjczycy musieli jeszcze zdobyć Grytviken, a utracili właśnie element zaskoczenia.

Pomysł przeprowadzenia natychmiastowego ataku miał plusy i minusy. Minusem było to, że główne brytyjskie siły przeznaczone do przeprowadzenia ataku były w tamtym momencie aż 300 kilometrów od miejsca akcji. Za natychmiastowym jej rozpoczęciem przemawiała z kolei intuicja dowodzącego na miejscu majora Guya Sheridana. Słusznie uznał on, że widowiskowa utrata okrętu wstrząśnie morale argentyńskich żołnierzy, których w osadzie było okopanych i umocnionych około stu. To przeważyło. Dodatkowo Argentyńczycy nie wiedzieli, że główne siły brytyjskie jeszcze nie dotarły, więc musieli myśleć, że stojąsami przeciwko siłom ekspedycyjnym w pełnym składzie. A niepewność jest jednym z kardynalnych czynników wpływających na decyzje na polu walki - w tym przede wszystkim przez destrukcję morale.

Sheridan błyskawicznie stworzył improwizowany oddział, prawdziwą "zbieraninę" składającą się z komandosów marynarki, zwiadowców SAS, a nawet łącznościowców - razem 79 żołnierzy. Gdy oddział szturmowy desantował się na brzeg, dwa okręty Royal Navy rozpoczęły ostrzał artyleryjski wzgórz w bezpośrednim sąsiedztwie osady. Ich akcję wspierał ogień z helikopterów szturmowych. Chodziło o to, aby jeszcze silniej rozklekotać morale obrońców, ale bez powodowania wśród nich strat. Tego typu decyzje taktyczne często rzutują nie tylko na sytuację na polu walki, ale i na powojenne negocjacje czy światową opinię publiczną. Odwrotną logikę decyzyjną widzimy odmalowaną w filmie Byliśmy żołnierzami (2002, reż. Randall Wallace). Dowódca wietnamski odpowiada na pytanie, co zrobić z jeńcami: "Zabić. Może przestaną przychodzić".

Szturm lądowy rozpoczął się o 14:30. Atakujący zbliżyli się do osady, a jednocześnie HMS "Antrim" wpłynął do zatoki i wycelował lufy w kierunku osady. Argentyński dowódca, porucznik komandor Lewis Lagos, ocenił siłę przeciwników jako przytłaczającą. Po stawieniu symbolicznego, kilkunastominutowego oporu poddał swoich ludzi. Obok powiewającej nad osadą argentyńskiej flagi pojawiła się biała.

Następnego dnia poddał się posterunek obsadzający osadę Leith i tym samym cała wyspa znalazła się ponownie pod panowaniem brytyjskim. Światu i królowej obwieścił to dowódca zespołu kapitan Brian Young w nieśmiertelnych i do dziś poruszających brytyjskie serca słowach:

Mam przyjemność poinformować Jej Królewską Mość, że na Georgii Południowej ponownie powiewa Biała Bandera w towarzystwie Union Jacka8. Boże, chroń królową.

To zwycięstwo było niewielkie jedynie z pozoru, miało bowiem krytyczne znaczenie dla morale po obydwu stronach - zarówno dla żołnierzy walczących na Falklandach, jak i dla cywilów żyjących w niepewności i wyczekujących wieści po drugiej stronie globu. Dla Brytyjczyków, wzorowo rozgrywających kwestie nastrojów, odzyskanie Południowej Georgii stało się potwierdzeniem wiarygodności i kompetencji sił zbrojnych w prowadzeniu działań w tak znacznej odległości od macierzystych wysp. Oto prawidło do zapamiętania:

Zaaranżowanie początkowego zwycięstwa - dowolnego rodzaju i skali - powinno być priorytetem w każdej aktywności planistycznej wszelkich dużych i małych operacji wojskowych9.

Podczas walk na Georgii Południowej Brytyjczycy wzięli łącznie do niewoli 137 żołnierzy argentyńskich i 83 członków załogi argentyńskiego okrętu podwodnego "Santa Fe" uszkodzonego przez brytyjskie śmigłowce.

Działania rozpoznawcze na Falklandach i w Argentynie

Jednostki specjalne, przede wszystkim SAS i SBS zajmowały się pozyskiwaniem danych już od 1 maja. Poszukiwały przede wszystkim informacji o ukształtowaniu terenu, w tym miejscach oferujących przewagę w starciach, położeniu dogodnych miejsc do operacji amfibijnych i rozlokowaniu jednostek argentyńskich

Od samego początku konfliktu falklandzkiego jednostki SAS rzucano, by naprostować sprawy dosłownie w każdym istotnym miejscu. Komandosi prowadzili liczne akcje rozpoznawcze poprzedzające główną operację lądowania sił brytyjskich w rejonie San Carlos, a także wiele akcji sabotażowych i dywersyjnych.

Special Air Service (SAS): "Śmiali zwyciężają"

Jednostka została powołana przez pułkownika Archibalda Davida Stirlinga latem 1941 roku w celu prowadzania ataków dywersyjno-sabotażowych na tyłach wojsk Osi w Afryce Północnej. Działania SAS podczas II wojny światowej były na tyle efektywne, że jednostka ta, choć rozwiązana po zakończeniu wojny, została ponownie aktywowana w 1947 roku. Jej żołnierze uczestniczyli we wszystkich najważniejszych operacjach zewnętrznych i wewnętrznych po II wojnie światowej.

Międzynarodowa opinia publiczna usłyszała więcej o istnieniu SAS 5 maja 1980 roku. Wtedy to grupa 24 komandosów przeprowadziła szturm na opanowaną przez arabskich terrorystów ambasadę irańską w Londynie (operacja "Nimrod"). Dzięki transmisji telewizyjnej na żywo miliony ludzi na całym świecie mogły śledzić, jak ludzie w czarnych kombinezonach, maskach i kamizelkach kuloodpornych, uzbrojeni w pistolety maszynowe MP5, pistolety Browning HP i granaty hukowe opanowują budynek ambasady, by uwolnić kilku zakładników. W akcji zginęło pięciu terrorystów i jeden zakładnik.

Ryc. 4. Fragment kajaka SAS na wyposażeniu jednostki w latach 90. Fot. Sławomir Petelicki; Źródło: Fundacja GROM. Siła i Honor.

Pierwsze grupy dywersyjne i rozpoznawcze SAS przedostały się na Falklandy nocą z 1 na 2 maja. Środkiem transportu były śmigłowce Sea King. Regułą działania SAS na Falklandach było desantowanie zwiadowców w możliwie bezludnych okolicach, przez co żołnierze musieli docierać do rejonu działania piechotą. Zasięg operacyjny komandosów - łącznie wysłano ich osiemdziesięciu - wynosił standardowo jeden dzień marszu przez chłostane lodowatym wiatrem i obsrane przez owce trawiaste pustkowia.

Grupy rozpoznawcze operowały i wysyłały meldunki do ostatnich godzin walk. Każda grupa składała się z czterech żołnierzy. Obserwację prowadzili oni w trakcie dnia, przy czym jedna para prowadziła obserwację, a druga ubezpieczała. Nocą cała grupa udawała się na odpoczynek do wcześniej przygotowanej kryjówki, na której straży stał jeden z żołnierzy. Jedna z takich grup została zlikwidowana przez Argentyńczyków niemal tuż przed kapitulacją Port Stanley - do niewoli dostał się radiotelegrafista, a dowódca zginął w potyczce.

Podobne grupy rozpoznawcze SAS działały także na terytorium Argentyny. Zwiadowców umieszczono w pobliżu instalacji wojskowych, przede wszystkim portów i lotnisk, z których zaopatrywane były oddziały argentyńskie na Falklandach. Grupy te były zwykle liczniejsze - składały się z ośmiu komandosów. Desantowano je ze śmigłowców z lotniskowca "Invincible", gdy tylko pozwalał na to zasięg maszyn. Niektóre z tych oddziałów pozostały na wrogim terytorium jeszcze po zakończeniu działań wojennych. Rekord należy do grupy podjętej z kontynentu przez okręt podwodny siedem tygodni po zdobyciu Port Stanley. Opóźnienie wynikało z obawy brytyjskiego dowództwa, że konflikt będzie kontynuowany.

Rajd na wyspę Pebble

Na wyspie Pebble znajdowała się mała baza lotnicza z trawiastym pasem startowym, gdzie stacjonowały argentyńskie samoloty rozpoznawcze i wsparcia naziemnego. Nasłuch radioelektroniczny stwierdził, że te niewielkie lotnisko jest centrum znacznej aktywności.

Ta aktywność mogła zagrozić operacjom lądowym Brytyjczyków. Rozpoznanie wykryło samoloty szturmowe IA 58 Pucará, uzbrojone w bomby lub zasobniki rakietowe oraz działka kal. 20 milimetrów. Choć nie były to samoloty odrzutowe, mogły wyrządzić poważne szkody oddziałom desantowym - A bazowały zaledwie cztery minuty lotu od planowanych miejsc lądowania pod San Carlos. Bombardowanie z powietrza lub ostrzał artyleryjski z okrętów nie gwarantowały zniszczenia argentyńskich maszyn, które były należycie rozlokowane i zamaskowane. Zadanie prosiło się o użycie komandosów SAS.

Ryc. 5. Wyspa Pebble i usytuowanie lotniska

Rajd poprzedzono rekonesansem. Zrealizowały go dwie grupy po czterech komandosów. Udało się je umieścić na Pebble za drugim podejściem. Za pierwszym, nocą z 9 na 10 maja, podejście do brzegu nie było możliwe z uwagi na sztormową pogodę. Następnego dnia oba zespoły przerzucono na Falkland Zachodni, skąd nocą przepłynęły kajakami na Pebble. Wykryto jedenaście samolotów. Podjęto decyzję o ataku w nocy z 13 na 14 maja.

Misję powierzono oddziałowi pod dowództwem majora Cedrica Delvesa, który stacjonował na pokładzie flagowego "Hermesa". Pierwotny plan zakładał wysadzenie w powietrze wszystkich samolotów i infrastruktury lotniska za pomocą ręcznie rozmieszczanych ładunków sabotażowych. Niska jakość informacji wywiadowczych sprawiła,że ryzyko akcji na Pebble uznano za bardzo wysokie, gdyż komandosi musieliby działać bez optymalnej wiedzy o terenie. Jednocześnie czas uciekał - ataku należało dokonać nie później niż o świcie dnia desantu w zatoce San Carlos, czyli 15 maja. Gdy tylko potwierdzono obecność jedenastu argentyńskich samolotów na Pebble, machina decyzyjna poszła w ruch i akcję zaplanowano na wczesne godziny poranne tegoż dnia. Celem miały być przede wszystkim samoloty, a dopiero potem obiekty naziemne i załogi.

Komandosi dostali się z pokładu "Hermesa" na wyspę transportowani przez Sea Kingi. Do tego celu lotniskowiec zbliżył się do Falklandów w eskorcie zaledwie jednego niszczyciela i fregaty. Wtedy problemy spowodowało załamanie pogody. Wyjątkowo silny wiatr sprawił, że trzy z okrętów wiozących komandosów musiały zredukować prędkość. Ich podróż wydłużyła się z 6 do 7 godzin. Transportujące pięćdziesięciu ludzi z SAS helikoptery Sea King wystartowały dopiero o 2:25 w nocy, aż czterysta mil morskich od miejsca desantowania.

Jednocześnie HMS "Glamorgan", mający dać dywersantom wsparcie artyleryjskie, osiągnął właściwą pozycję ledwie 10 minut przed planowanym na 4:00 rano otwarciem ognia. Mimo tych problemów należy uznać, że planowanie tej akcji było majstersztykiem. Prace prowadzili specjaliści z dużym doświadczeniem bojowym. Dzięki temu bezpośrednio przed samą akcją odkryto, że mapy admiralicji rozmijają się o 400 metrów ze stanem faktycznym. Poprawki naniesiono bezzwłocznie i należycie.

Komandosi pojawili się na pozycjach wyjściowych do ataku o godz. 6:10, a musieli zostać wycofani do 7:30. Na sam atak pozostało zaledwie pół godziny z pierwotnie planowanej półtorej. Dodatkowo nie wszyscy żołnierze sekcji mającej przeprowadzić atak dotarli na czas. Zabrakło osiemnastu, których opóźnił nocny przemarsz na przełaj. Wakaty w sekcjach szturmowych uzupełniono żołnierzami z sekcji osłaniających.

Od godziny 6:10 do świtu nie pozostawało już wiele czasu. Błyskawicznie rozstawiono moździerze (dwa kalibru 81 mm i trzy 60 mm). Ani argentyński patrol, ani strażnicy na samym lotnisku nie wykryli szykujących się do akcji komandosów SAS.

Wtedy się zaczęło.

Pogrążonych we śnie obrońców zerwało do pionu piekło rozpętane przez ostrzał granatników piechoty i ryk pocisków z HMS "Glamorgan", który mierzył w obszar na północ od lotniska. Intencją było obniżenie morale obrońców, wywołanie i pogłębienie chaosu. Tymczasem komandosi, dowodzeni przez kapitanów Hamiltona i Bursa, rzucili się w stronę lotniska, waląc z broni maszynowej i wyrzutni przeciwpancernych do wszystkiego, co mogło mieć wartość bojową w nadchodzącym głównym starciu pod San Carlos.

Sporadyczny ogień obrońców prowadzony był na ślepo. Nie był w stanie powstrzymać atakujących przed dotarciem do miejsc postoju samolotów po zachodniej stronie lotniska. Starczyło kilka minut, aby wszystkie one zostały zniszczone lub uszkodzone. Komandosi natychmiast przemieścili się do miejsc postojowych kolejnej grupy.

Dowodzący obroną argentyński porucznik Ricardo Marega nabrał przekonania, że atak to wstęp do pełnoskalowego desantu z morza. W obliczu takiego zagrożenia zrealizował rozkaz uniemożliwienia Brytyjczykom wykorzystania lotniska. Detonował ładunki wybuchowe rozmieszczone pod pokrytym trawą pasem startowym, tak aby nie nadawał się do użytku. Eksplozja nastąpiła w chwili, gdy kapral Raymond Armstrong umieszczał materiały wybuchowe na szóstej, ostatniej maszynie argentyńskiej. Pechowiec został zdmuchnięty na drugą stronę pasa. Ale była to też chwila, w której ostatni samolot na wyspie został bezpowrotnie zniszczony.

Skrócenie czasu ataku sprawiło, że komandosi nie próbowali nawet niszczyć celów drugoplanowych. Poza tym Argentyńczycy sami wysadzili pas startowy. Zniszczenie wszystkich samolotów pozwoliło Brytyjczykom na wycofanie. Odwrót przeprowadzono sprawnie, a do miejsca spotkania z helikopterami żołnierze dotarli na styk - o 7:30, dokładnie w momencie, w którym maszyny, dudniąc basowo, wyłoniły się z rzedniejących mroków.

Zniszczenie jedenastu argentyńskich samolotów zostało opłacone ranami zaledwie trzech komandosów. Straty po stronie argentyńskiej wyniosły dwóch rannych. Akcja pozbawiła Argentyńczyków znacznej części lotnictwa bazowanego na miejscu i zachwiała ich morale.

Nie ma jak porządne śniadanie po porannym wysiłku. A tego ranka grubo krojone pajdy chleba z czymkolwiek innym, co na nich się znalazło, choćby była to mielonka marki "pies zmielony razem z budą", miało podwójnie dobry smak - smak zwycięstwa.

Zarówno dowódca zwycięskiej jednostki, jak i wszyscy znajdujący się w zasięgu szkoleniowcy winni wykorzystać taką sytuację do maksimum. Powinni wmieszać pomiędzy zwycięzców wszystkich, których tylko się da - od zupełnie zielonych rekrutów po kolegów, których nie wysłano do akcji. Nie ma nic wspanialszego, niż wystawić się na oddziaływanie poczucia siły i triumfu, roznoszonego w grupach ludzkich drogą tzw. społecznej epidemii.

Epizod IV Zatopienie krążownika "General Belgrano"

30 kwietnia Brytyjczycy proklamowali utworzenie tzw. Strefy Całkowitego Wykluczenia (ang. TEZ - Total Exclusion Zone). Był to obszar o promieniu 200 mil morskich (370 km) od brzegów Falklandów.

1 maja późnym wieczorem HMS "Conqueror", jeden z dwóch operujących wokół Falklandów brytyjskich atomowych okrętów podwodnych, wykrył argentyński krążownik "General Belgrano" wraz z dwoma niszczycielami osłony. Zespół ten przemykał od południa, tuż poza granicą TEZ. Brytyjczycy umieścili w tym obszarze dwa atomowe okręty podwodne, aby spróbować znaleźć lotniskowiec argentyński, który jednak w tamtym momencie operował od strony północnej.

Ryc. 6. Strefa Całkowitego Wykluczenia oraz kurs krążownika ARA "General Belgrano" w dniach 1-2 maja. Czarna linia kreskowana: orientacyjny promień operacyjny lotnictwa argentyńskiego.

"Conqueror" zadepeszował, że eskadra "Belgrano" zmierza na wschód. Dowództwo Royal Navy zaniepokoiło się, że lotniskowiec również ruszy na wschód, by wziąć brytyjski zespół lotniskowców w kleszcze. Emocje sięgnęły zenitu w nocy 2 maja, gdy radar pokazał na ekranie argentyński samolot rozpoznawczy. Wtedy wysłany celem przechwycenia Harrier złapał kilka dużych kontaktów radarowych w odległości zaledwie trzystu kilometrów od jednego z lotniskowców - "Hermesa". Samolot wykrył również emisje radarowe tego samego rodzaju, co pochodzące z brytyjskich niszczycieli typu 42 - dwa takie okręty posiadała marynarka argentyńska. Takie dane implikowany obecność argentyńskiego lotniskowca.

To był kluczowy moment przy podejmowaniu decyzji o zatopieniu argentyńskiego krążownika. O północy brytyjska grupa zadaniowa z lotniskowcem w centrum znajdowała się około 120 mil na północny wschód od Falklandów i płynęła południowo-wschodnim kursem wokół wysp. Dowodzący grupą kontradmirał Woodward zakładał, że istnieje argentyńska grupa lotniskowcowa, która byłaby w stanie rozpocząć nalot na jego jednostki o świcie, który miał nadejść za 7 godzin.

Tymczasem żaden z dwóch okrętów podwodnych nie nawiązał kontaktu z lotniskowcem, a więc nie miał możliwości przeprowadzenia ataku. HMS "Conqueror" w dalszym ciągu pozostawał jednak w kontakcie z "Belgrano" i jego niszczycielami eskorty. Choć grupa ta nie była zagrożeniem natychmiastowym, to jej prędkość i kurs były dla decyzji taktycznych nieistotne, gdyż mogły się błyskawicznie zmienić. Liczyła się pozycja, możliwości i intencje. Oczywistym wnioskiem było to, że "Belgrano" trzeba zatopić.

Problem polegał na tym, że ogłoszone przez rząd Zjednoczonego Królestwa zasady nie pozwalały na atak poza strefą wykluczenia. Potrzebna była decyzja polityczna podjęta w Londynie. Woodward skontaktował się z przełożonymi w Anglii. Szczęśliwie dla sprawy brytyjskiej zarówno wiceadmirał John Fieldhouse, jak i kontradmirał Peter Herbert potwierdzili wnioski wyciągnięte na arenie zdarzeń i na porannym posiedzeniu gabinetu wojennego zapadła decyzja - zatopić!

W tym czasie "General Belgrano" zawrócił na zachód. Wynikało to z czasowego odwołania ataku na brytyjskie zgrupowanie. Samoloty Skyhawk z argentyńskiego lotniskowca nie mogły wystartować z pełnym obciążeniem z powodu niekorzystnego do wiatru. Brytyjczycy spodziewali się, że argentyński okręt po prostu zmieni pozycję i podejmie próbę ataku kolejnej nocy, przy bardziej sprzyjającym wietrze.

Gdy subarktyczny dzień miał się już ku końcowi, HMS "Conqueror" ustawił się na pozycji do ataku i o 14:57 wystrzelił trzy torpedy. Dwie śmiertelnie ugodziły cel. Po dwudziestu minutach od trafienia, dowódca "Belgrano" uznał, że nie da się go uratować i nakazał jego opuszczenie.

Był to koniec działań argentyńskiej marynarki wojennej w czasie wojny o Falklandy. Uznano, że zagrożenie ze strony brytyjskich atomowych łodzi podwodnych, zwłaszcza dla lotniskowca, jest zbyt wielkie. Flota schroniła się w portach.

Wedle wydanych przez rząd argentyński komunikatów zatopienie było "zdradzieckim aktem zbrojnej agresji", które nastąpił poza Strefą Wykluczenia. Światowa opinia publiczna znalazła się w stanie szoku, a jej poparcie dla strony brytyjskiej zachwiało się. Przyczyniła się do tego błędna interpretacja kursu "Belgrano" na zachód. Argentyna głosiła narrację, że krążownik oddalał się z od rejonu kontaktu z wrogiem. Dopiero w 2003 roku kapitan "Belgrano" oświadczył publicznie, że w momencie trafienia jedynie manewrował, a nie odpływał swoim okrętem.

Interludium geostrategiczne i siły stron

Cała argentyńska misterna gra zawaliła się przez wyjątkowo niefortunny epizod ze złomiarzami przybyłymi na Georgię Południową. Szef argentyńskiego MSZ prowadził ofensywę dyplomatyczną, która miała osiągnąć szczyt w chwili rozpoczęcia planowanej inwazji we wrześniu, a wywieszenie flagi przez ekipę złomiarzy zmusiło argentyńskich decydentów do dramatycznego przyspieszenia działań. W końcu Brytyjczycy mogli potraktować to jako ostrzeżenie lub wyzwanie i wzmocnić Falklandy na czas eskalacji kryzysu.

Zjednoczone Królestwo faktycznie nieoczekiwanie zareagowało nagle i stanowczo na wydarzenia na południowym Atlantyku. W rezultacie tych nieoczekiwanych zwrotów wydarzeń wieczorem 28 marca argentyńska flota inwazyjna wpłynęła w złą jesienną pogodę. Pogodę, która choć uciążliwa, to wciąż pozwalała na kontrdziałania przeciwnika. Gdy wieczorem 1 kwietnia Grupa Zadaniowa 40 zbliżała się do punktów lądowania w pobliżu Port Stanley, jej ruch został wykryty przez brytyjski wywiad. Lądowanie sił argentyńskich nastąpiło 2 kwietnia. Brytyjski garnizon stawiał opór przez trzy godziny, po czym gubernator wysp nakazał złożyć broń. Wojskowy i administracyjny personel brytyjski został wywieziony na stały ląd. Zanim więźniów i jeńców zaokrętowano na transportowce, Argentyńczycy wykonali im propagandowe zdjęcia - leżącym twarzami do ziemi. Zdjęcia te szeroko rozpowszechniono. Samych uwięzionych repatriowano do Wielkiej Brytanii przez neutralny Urugwaj.

Tymczasem już po południu tego samego dnia w mediach brytyjskich powoli zaczęły pojawiać się wiadomości o inwazji. Wieści wywołały falę szoku w rządzie brytyjskim. Thatcher musiała walczyć w izbie o polityczne przetrwanie swojego rządu. Była niezadowolona i jednocześnie przestraszona sposobem, w jaki zarówno Argentyna, jak i jej administracja zarządzały sytuacją.

Szybko jednak Żelazna Dama ogłosiła decyzję rządu o wysłaniu wojsk. Duża grupa zadaniowa miała wypłynąć natychmiast po zakończeniu przygotowań. Zaledwie po trzech dniach, 5 kwietnia, lotniskowce HMS "Hermes" i HMS "Invincible" opuściły Portsmouth. Imponujący czas ich wypłynięcia był deklaracją determinacji zarówno na użytek wewnętrzny, jak i pokazem stanowczości wobec Argentyny. Wysłanie zespołu zadaniowego na Falklandy miało być "najbardziej ryzykownym rozmieszczenie wojsk od czasu katastrofy kryzysu sueskiego [niemal] trzy dekady wcześniej", w 1956 roku.

W skład zespołu zadaniowego wchodziły trzy bataliony piechoty morskiej i dwa bataliony spadochronowe. Ale Marynarka Wojenna nie miała żadnego sposobu, aby dostarczyć je do celu i rozwiązać argentyński problem, nie dysponowała bowiem potrzebnymi jednostkami. Rząd brytyjski użył więc swojego odwiecznego prawa do rekwirowania statków cywilnych na czas wojny.

Argentyna posiadała na Falklandach 12 tysięcy żołnierzy,z czego 70% broniło samego Port Stanley. Resztę kontyngentu rozlokowano w strategicznych miejscach - Goose Green oraz na Zachodnim Falklandzie w Port Howard i wiosce Fox Bay.

Przewaga mobilności

Strata trzech Chinooków i sześciu helikopterów Wesex, zatopionych wraz z SS "Atlantic Conveyor" przez atak Exocetem, nie stępiła brytyjskiej zdolności do przemieszczania się w terenie. Żołnierze po prostu robili z buta. W marszu na Port Stanley żołnierze przemaszerowali 80 kilometrów przez często skalisty teren, dźwigając przy tym po 50 kilogramów sprzętu i amunicji.

Brytyjską przewagą w tej rozgrywce była zdolność do koncentracji siły ognia. Brytyjczycy przywieźli ze sobą osiem lekkich czołgów. Wzięły one udział w walce, m.in. 13 czerwca przy zdobywaniu Wireless Ridge.

Głównym źródłem siły ostrzału były jednak przede wszystkim lekkie działa 105 mm L118. Dowódcy polowi dysponowali nimi i przemieszczali je z wielką biegłością za pomocą helikopterów. Byli dzięki temu zdolni do dostarczenia wsparcia w postaci silnej nawały ogniowej wszędzie tam, gdzie wymagała tego sytuacja taktyczna.

Oprócz dział L118 używano moździerzy 81 mm, pocisków przeciwczołgowych MILAN, granatników przeciwpancernych LAW i innych rodzajów lżejszej broni. Dodatkowo wszystkie działania na lądzie były wspierane przez artylerię okrętową - tak jak choćby rajd SAS na lotnisko na wysepce Pebble. Jak już powiedziano powyżej, nawała ogniowa miała tam nadzwyczajny efekt w postaci decyzji dowódcy argentyńskiego o zniszczeniu pasa startowego w obliczu nieuchronnej akcji inwazyjnej. W realizacji wsparcia ogniowego ze strony Royal Navy rolę kluczową odegrali obserwatorzy artyleryjscy marynarki - Naval Gunfire Observers, NGFO - specjalnie szkoleni do tego typu obowiązków.

Brytyjczycy atakowali, a więc musieli się ruszać. Praktycznym efektem różnic w użyciu piechoty i artylerii było więc to, że Brytyjczycy stosowali działania mobilne, a Argentyńczycy - nie. A obie strony działały w identycznych warunkach terenowych. Argentyńczycy nie mogli zdecydować nawet o zastosowaniu bardziej aktywnej taktyki z prostego powodu: jakość wyszkolenia i powiązane z nią morale były na niskim poziomie.

Rezultatem tych różnic było, że choć Argentyńczycy górowali siłą ognia liczoną arytmetycznie, to przejawiali brak zdolności doktrynalnych do jego koncentracji i organizowania nawał artyleryjskich celem dezorganizacji aktywności brytyjskiej. Mówiąc krótko, argentyński potencjał nie został wykorzystany.

Sojusznicy

Strona brytyjska dysponowała też inną przewagą - współpracą sojuszniczą. Oprócz oddania Brytyjczykom do dyspozycji samolotów Mirage III i Super Etendard10, Francja wspomagała sąsiada danymi wywiadowczymi i technicznymi broni, którą zakupiła od niej Argentyna.

Chile było w trakcie dysputy granicznej z Argentyną. To dlatego argentyńskie dowództwo nie mogło sobie pozwolić na zdjęcie z pogranicza trzech brygad mających zdolność do funkcjonowania w subarktycznym klimacie. Brytyjczycy walili w tą słabość z pełnym rozmysłem. Przed początkiem konfliktu przekazali Chile myśliwce Hawker Hunter oraz bombowce Canberra. W zamian za nie Chile umożliwiły Brytyjczykom zainstalowanie stacji radarowych na granicy z Argentyną. Stacje dostarczały informacji o bieżącej aktywności argentyńskiego lotnictwa.

Przygotowania do głównej operacji

Stworzoną na potrzeby operacji odbicia Falklandów dowodzenie Grupą Zadaniową CTF317/324 powierzono admirałowi Sir Johnowi Fieldhouse'owi. Pod jego rozkazami działały wszystkie elementy sił brytyjskich w rejonie: od jednostek specjalnych, przez lotnictwo, po armię lądową.

Jedną z mniej oczywistych przewag strony brytyjskiej byłą zdolność realizowania współpracy między rodzajami broni. Zdolność ta była po stronie brytyjskiej opanowana wzorowo. Było tak na długo przed powołaniem Permanent Joint Headquarters (PJHQ, Stały Połączony Sztab) w 1996 roku. Przewaga ta wynikała z tego, że brytyjskie siły zbrojne przez całe stulecia funkcjonowały, transportując swoje siły na terytoria odległe od wysp macierzystych o tysiące mil.

Dla kontrastu zgranie rodzajów wojsk po stronie argentyńskiej zasadniczo nie istniało, gdyż nigdy nie było wymuszone sytuacją. Co gorsza, udział marynarki w wojnie został zasadniczo zakończony po zatopieniu krążownika "General Belgrano". Po tym zdarzeniu wkładem marynarki były jedynie aktywność jej lotnictwa, piechoty morskiej oraz transport zaopatrzenia - wszystko to zresztą na ograniczoną skalę.

Wynikało to - trzeba pamiętać - z niedocenienia zdolności do kontruderzenia i sprawności Brytyjczyków. Największym zaś błędem było niepodjęcie jakiegokolwiek wysiłku w celu wyeliminowania zagrożenia ze strony brytyjskich okrętów podwodnych. Już samo to było de facto aktem ograniczenia własnych zdolności oddziaływania - w perspektywie samego konfliktu o Falklandy, ale też nawet podstawowego zadania floty, jakim jest jej własne przetrwanie. Uchybienie to jest tym bardziej oczywiste, że flota argentyńska była kluczowym komponentem militarnym w konflikcie potencjalnie krytycznym dla całego państwa argentyńskiego.

Epizod V Główny desant pod San Carlos, 21 maja

Tuż przed główną operacją amfibijną siły specjalne rozpoczęły działania mające na celu zniszczenie argentyńskiego punktu obserwacyjnego i wyeliminowanie z gry garnizonu w Goose Green, który mógł zakłócić brytyjską operację lądowania.

Wojska brytyjskie zaczęły schodzić na brzeg z barek desantowych o godzinie 4:00, a jako pierwszy wylądował 2. batalion Paratrooper Regiment, na południowym krańcu wód San Carlos. Argentyńczycy rozlokowani na lądzie nie podjęli przeciwdziałania. Ale nawet po tym, jak brytyjscy spadochroniarze wyzwolili port San Carlos i brytyjski Union Jack zawisł na tamtejszym maszcie, cała bitwa o San Carlos była daleka od zakończenia.

Duża liczba okrętów wojennych przeznaczonych do lądowania i zarekwirowanych statków handlowych musiałaby podpłynąć do brzegu i pozostawać tam przez wiele dni wystawiona na argentyńską kontrakcję. Jednostki te rzeczywiście stały się celem zaciekłych ataków lotnictwa argentyńskiego, bazującego na kontynencie. Na korzyść strony brytyjskiej działało to, że atakujący działali na granicy swojego zasięgu operacyjnego, a więc samoloty miały możliwość dokonania zaledwie jednego nalotu, dysponując zaledwie kilkoma sekundami na identyfikację i ostrzelanie celów. Atakujący narażeni byli na kontrakcje brytyjskich systemów rakietowych, a poza tym działali bez eskorty myśliwców.

Z tego powodu 21 maja i w dniach późniejszych argentyńskie ataki skupiały się na brytyjskich okrętach wojennych poza głównym kotwicowiskiem San Carlos. Okręty te działały jako pikieta - miały przejąć na siebie ataki, odciągając przeciwnika od jednostek transportujących żołnierzy.

Obszar brytyjskiego kotwicowiska wkrótce zyskał nieformalną nazwę "alei bomb". Pierwszą ofiarą argentyńskich ataków stała się fregata "Argonaut". Trafiona została dwiema rakietami, które szczęśliwie nie wybuchły, gdyż błędnie zaprogramowano wysokość, na której nastąpiło ich odpalenie. Argentyńskie ataki straciły na sile i zaciekłości w wyniku wyczerpania argentyńskich sił powietrznych, pierwotnie skierowanych nad San Carlos w liczbie 62 maszyn.

Żadna ze stron nie zdołała wywalczyć pełnego panowania w powietrzu, Argentyńczycy byli więc zdolni zadawać dotkliwe straty do samego końca walk. 8 czerwca pięć argentyńskich Skyhawków dopadło transportowiec SS "Galahad", dokonujący wyładunku żołnierzy w porcie Bluff Cove. Trzy bomby zabiły 48 żołnierzy. Była to największa pojedyncza strata brytyjska w całych zmaganiach o Falklandy.

Zdobycie Goose Green (28 maja)

Osada Goose Green położona była około 40 kilometrów na południe od rejonu desantu. Obsadzał ją garnizon w sile niemal tysiąca żołnierzy. Mieli oni do dyspozycji m.in. trzy haubice kal. 105 milimetrów.

Atak na osadę poprzedził rajd pięćdziesięciu komandosów SAS nocą z 20 na 21 maja. Po forsownym marszu zajęli pozycje na wzgórzach wokół osady i otworzyli ogień ze wszystkiego co mieli: broni maszynowej, granatników przeciwpancernych i moździerzy. Wsparły ich ponadto ogniem dwa okręty, fregata "Ardent" i niszczyciel "Glamorgan".

Zadaniem oddziału SAS było zablokować ewentualną odsiecz argentyńską idącą w kierunku San Carlos. Obrońcy nie podjęli próby kontrataku. Poinformowali dowództwo, że atakuje ich co najmniej batalion. Po wykonaniu zadania komandosi oderwali się od przeciwnika i szybkim marszem połączyli z głównymi siłami desantu. O dynamice tych zdarzeń świadczą dziesiątki starć i potyczek. Przemieszczający się komandosi mieli m.in. okazję zestrzelić Stingerem jeden z myśliwców argentyńskich atakujących miejsce głównego desantu.

Główny atak na Darwin i Goose Green nastąpił o świcie 28 maja. Argentyńscy obrońcy, łącznie 2000 żołnierzy, byli świetnie okopani i bronili się z najwyższą zaciekłością. Wyraźnie też zaznaczyły się zalety obronne płaskiego i pozbawionego drzew terenu. Każdy szturm czy przegrupowanie były świetnie widoczne. Przeciwnik nie ułatwiał - kontratakował. Ludzie ginęli po obu stronach. W apogeum jednej z argentyńskich kontrakcji Brytyjczycy utracili kontrolę nad Wzgórzem Darwin, z którego pluton argentyńskiej piechoty zaczął wyjątkowo skutecznie kierować ogniem artylerii, odpierając przy tym kolejne brytyjskie szturmy na wzgórze. W końcu od ognia snajperów poległ dowódca plutonu Roberto Estévez, a krótko później jego radiotelegrafista Fabricio Carrascul. Obaj zostali uhonorowani najwyższymi odznaczeniami. Pośmiertnie.

Epizod VI Szturm na Port Stanley (11 czerwca)Nie spacerek w parku, ale wciąż formalność.

Jakikolwiek plan odbicia Falklandów musi uwzględniać zdobycie miasteczka Port Stanley, głównej ludzkiej osady na archipelagu. Dlatego dowodzący argentyńskimi siłami Mario Benjamín Menéndez (gubernator wojskowy) skoncentrował siły właśnie wokół tej miejscowości. Mniejsze garnizony ustanowiono w Goose Green i na San Carlos.

Ryc. 7. Ukształtowanie rejonu miasteczka Stanley i linie obronne strony argentyńskiej.

Brytyjski plan zakładał, że po likwidacji mniejszych zgrupowań zrealizowane zostaną dwa kolejne nocne ataki na pozycje dominujące nad Port Stanley od zachodu. Taki ruch uniemożliwiłby siłom argentyńskim utrzymanie miasteczka, niezależnie od ich liczebności. Plan był oczywistością wynikającą z prostego faktu: Argentyńczycy mieli przewagę liczebną, nawet przy wariancie, w którym do ataku zostaną użyte również jednostki SAS11.

W Port Stanley stacjonowało około 9 tysięcy żołnierzy, z czego około 5 tysięcy stanowiły pierwszoliniowe jednostki bojowe. Generał Menéndez rozmieścił podległe sobie siły we wszystkich naturalnych pozycjach obronnych. Odwody były utrzymywane w pobliżu wybrzeża, chroniąc je przeciwko desantom od strony morza. Brytyjczycy markowali zamiar przeprowadzenia lądowania, by zmniejszyć nasycenie obrońcami linii, które faktycznie planowali przełamywać.

Żołnierze broniący Port Stanley mieli różnorodną wartość bojową i bitność. Jedyną argentyńską jednostką, która miała odpowiedni sprzęt na zimne dni i doświadczenie w operowaniu w warunkach subarktycznych był 5. batalion piechoty morskiej. Dla kontrastu 4. Pułk został ściągnięty na Falklandy z prowincji subtropikalnych w pobliżu granicy brazylijskiej. Jego żołnierze nie byli w ogóle przyzwyczajeni do warunków panujących zimą na wyspach. Doskwierał im klimat, a dodatkowo ich morale podkopywała bliskość wroga. 10 czerwca generał Menéndez zażądał posiłków. Odmówiono. Generał Galtieri i reszta junty nie byli gotowi ryzykować ani zasobów marynarki wojennej, ani sił powietrznych.

Brytyjski atak rozpoczął się wieczorem 11 czerwca. Trzy bataliony ruszyły, by zaatakować trzy najsilniejsze punkty zewnętrznego pierścienia argentyńskiej obrony - Mount Harriet, Mount Two Sisters oraz Mount Longdon. Największym problemem okazało się to ostatnie. Choć mniejsze od innych, było wyjątkowo skaliste. Dodatkowo usypane przez mieszkańców kamienne mury pozwoliły argentyńskim obrońcom utworzyć ciasne, ostrzeliwane przez krzyżowy ogień broni maszynowej strefy śmierci. Tu brytyjski atak utknął do czasu, aż znalazł się bohater.

Sierżant Ian McKay niemal w pojedynkę poprowadził szalony atak na dwie kluczowe argentyńskie pozycje. Obie zostały wyłączone z akcji. McKay, zabity w trakcie ataku, otrzymał pośmiertnie Krzyż Wiktorii.

Nocne starcie o Mount Longdon było epizodem najbardziej zaciekłej, a przy tym prowadzonej na najbliższe odległości walki. Jeden z bohaterów strony brytyjskiej, szeregowy Dominic Grey, był w stanie podczołgać się do argentyńskiego bunkra tak blisko, że zdołał wyeliminować jego załogę, po prostu wrzucając granaty przez otwór strzelniczy.

Co jest fascynujące w wojnie o Falklandy to to, że obydwie strony miały przewagę technologiczną, ale nie zupełną i nie całkowitą. Przykładem z potyczki o Mount Longdon jest wyposażenie snajperów z argentyńskiej piechoty morskiej, którzy posiadali noktowizję. Z przewagi tej skorzystał kpr. Carlos Comlil, który bezkarnie likwidował kolejnych brytyjskich żołnierzy, w tym jednego z nich strzelając praktycznie "z przyłożenia". Początek lat osiemdziesiątych to wprowadzenie na pole walki zaawansowanych systemów przez obie walczące strony. Falklandy stały się dla nich testem polowym. Swoje systemy noktowizyjne armia argentyńska pozyskiwała z USA.

Pułkownik Mike Scott próbował zmniejszyć ryzyko głównej ofensywy, organizując działanie o charakterze dywersyjnym na południe od Mount William. Szturm ten skutecznie odwrócił uwagę obrońców, a mimo to główny brytyjski atak został szybko przygwożdżony do ziemi celnym ogniem artylerii. Argentyńczycy trzymali się twardo, prezentując ducha bojowego nie gorszego od nacierających. Natarcie dało się Brytyjczykom ponownie uruchomić dopiero po kilku godzinach, wyłącznie dzięki nawale ogniowej własnej artylerii.

Bezustanny ostrzał brytyjskiej artylerii był niezwykle skutecznym narzędziem podkopywania argentyńskiego morale. Zdarzały się sytuacje, w których Argentyńczycy, zwłaszcza ci niedoszkoleni, nie tylko popadali w stupor, ale - widząc los swoich kolegów obsadzających sąsiednie stanowiska, poddawali się, zanim ostrzał przeniósł się na ich okopy.

W operacji opanowywania wzgórz wokół Port Stanley zginęło łącznie 23 spadochroniarzy. To była cena za krytyczne naruszenie pierścienia obrony wokół miasteczka i ukształtowanie sytuacji na własną korzyść przed głównym atakiem.

Gdy w końcu argentyńska obrona Port Stanley upadła, setki żołnierzy w bezładzie ruszyły w kierunku miasta. Argentyński dowódca widząc wyrwy w liniach i mając świadomość niskiego stanu amunicji i podupadającego morale, zdecydował się na kapitulację.

Po południu przybyli brytyjscy parlamentariusze, ale zaproponowane przez nich warunki zostały odrzucone. W następnej kolejności Menéndez przyjął generała Moore. To właśnie on we wczesnych godzinach porannych następnego dnia poinformował rząd brytyjski, że generał Menéndez poddał wszystkie argentyńskie siły zbrojne na całych Falklandach:

Wyspy Falklandy ponownie znajdują się pod rządem pożądanym przez ich mieszkańców. Boże, chroń królową.

Okupacja argentyńska, trwająca 74 dni, została oficjalnie zakończona. W ciągu dziesięciu tygodni między inwazją A wyzwoleniem Wielka Brytania straciła 255 zabitych i 775 rannych A Argentyna 649 zabitych i 1657 rannych. Wypadków zespołu stresu pourazowego (PTSD) było więcej niż rannych.

Powrót do domu

Ryc. 8. HMS Invincible wraca do domu. Źródło: Defence Imaginery.

Tysiące Argentyńczyków wróciło z niewoli do domu już kilka dni po kapitulacji. Zastali oni kraj pogrążony w chaosie. Generał Galtieri utracił władzę. W ciągu siedmiu miesięcy rządów pomylił się praktycznie we wszystkich istotnych kwestiach.

Powracająca do Wielkiej Brytanii grupa zadaniowa napotkała wiwatujące tłumy. Wygrana wojna spowodowała niesamowitą reakcję w Wielkiej Brytanii. Konserwatywny rząd Margaret Thatcher, zaledwie rok wcześniej znajdujący się na krawędzi katastrofy, był w szczycie popularności, opromieniony chwałą zwycięstwa.

Dla samych mieszkańców Falklandów ich brytyjskie poczucie tożsamości zostało przez wojnę znacznie wzmocnione. Jeden z nich, poznany przez autora [PP] osobiście w trakcie wycieczki do Korei Północnej, podzielił się następującym dowcipem:

 - How do you fill up A telephone booth with Argentinians?  - Tell them it's not theirs12.

Praktyczne porady na wynos

A. Niedoceniony Exocet

Wedle oceny japońskiego analityka Juna Yanagisawy Argentyńczycy nie doceniali rewolucyjnego znaczenia możliwości pocisków Exocet. Brak planów zakupu większej ilości - większej niż pięć sztuk - tej broni świadczyć ma o tym, że nie liczono się w ogóle z brytyjską próbą odbicia Falklandów. Rezultatem w skali strategicznej było to, że rakiet tych nie użyto do odstraszenia.

B. Krótki pas startowy w Port Stanley

Argentyńczycy popełnili błąd, nie przedłużając pasa startowego lotniska w Port Stanley. Powinni byli zrobić to natychmiast po zajęciu wysp. Zastany przez nich pas miał długość jedynie 1250 metrów. Przedłużenie go do 3000 metrów pozwoliłoby na przebazowanie szybkich myśliwców, zdolnych w istotny sposób wpłynąć na działania brytyjskich lotniskowców13.

Ogólnie Argentyńczycy wykazali karygodnie mało troski w zakresie przygotowań do obrony przed brytyjską kontrakcją. Ten stan nieprzygotowania, jaki zastali Brytyjczycy, równoważył ich własne problemy. Można nawet powiedzieć, że obie ścierające się strony nie były przygotowane do konfliktu na taką skalę. A przecież i tak nie była to wielka wojna, tylko lokalne starcie.

Największym argentyńskim błędem był zupełny brak przygotowania na konfrontację z brytyjskimi okrętami podwodnymi. Ustanowienie przez Brytyjczyków strefy wykluczenia, a następnie zatopienie krążownika "Belgrano" sprawiło, że dowództwo argentyńskie nie zdecydowało się ryzykować utraty swojego jedynego lotniskowca. Innymi słowy, siły powietrzne Argentyny przez zaniedbanie planistyczne odebrały sobie możliwość osiągnięcia dominacji w powietrzu nad Falklandami14. Miało to bolesne i oczywiste przełożenie na praktyczną skuteczność lotnictwa argentyńskiego w czasie desantu pod San Carlos. Operując na granicy swojego zasięgu, samoloty argentyńskie nie mogły sobie pozwolić na prawidłowe klasyfikowanie celów i wybieranie ich w kategoriach istotności. Powinny były oczywiście atakować załadowane lub wyładowujące się transportowce, a nie okręty wojenne ochraniające operację.

Dodatkowo argentyńska doktryna walki powietrznej nie nadawała się do wywalczania przewagi nad przeciwnikiem dysponującym symetryczne lub bardziej zaawansowane zdolności w tym zakresie. Harriery, stacje radarowe i lotniskowce były dla Fuerza Aérea Argentina zbyt silne, zwłaszcza działając systemowo. Ten systemowy brak doktryny agresywnego wywalczenia dominacji w powietrzu sprawił, że choć liczniejsze od brytyjskiego, lotnictwo argentyńskie nie mogło wykorzystać swojego teoretycznego potencjału ofensywnego i skupiło się na wspieraniu działań naziemnych.

Innym czynnikiem, wynikającym już z problemów technicznych, było to, że argentyńskie myśliwce Mirage III miały znacząco mniejszy współczynnik ciągu do masy względem brytyjskich Harrierów - 0,7 w porównaniu do 0,9. Jakby tego było mało, argentyńskie Mirage były wyposażone w pociski powietrze-powietrze o generację starsze niż te brytyjskie.

Poza Mirage III i izreaelskimi Daggerami (modernizacja Mirage V) lotnictwo argentyńskie posiadało też amerykańskie Skyhawki, operujące z lotniskowca, oraz, również pokładowe, francuskie Super Etendard, zaprojektowane do przenoszenia rakiet Exocet. Na papierze było więc silne, ale bez doktryny i lotniska blisko rejonu operacji było tylko papierowym tygrysem.

C. Marynarka wojenna wyłączona z gry

Pozostające w dyspozycji argentyńskiej marynarki dwa nowoczesne diesel-elektryczne okręty podwodne typu 209, wyprodukowane w RFN, nie uzyskały zdołały osiągnąć sprawności bojowej do wybuchu wojny. Jeden z nich, ARA "San Luis", dysponował wadliwym systemem kierowania strzelaniem torpedowym i mimo kilku kontaktów bojowych żaden z wystrzelonych pocisków nie zaszkodził przeciwnikowi. Gigantyczna ilość sił i środków, jaką Brytyjczycy poświęcili na nieprzerwane i bezskuteczne próby wykrycia argentyńskich okrętów podwodnych15, dowodzi, że zdolne do skutecznej akcji bojowej dwa argentyńskie okręty mogły mieć w sprzyjających okolicznościach niezwykle istotne znaczenie w utrzymywaniu zespołu lotniskowców wroga w odpowiedniej odległości od wysp.

D. Wyszkolenie żołnierzy argentyńskich

Siły naziemne stacjonujące na Falklandach były zasadniczo szkieletowe - nie liczono się z brytyjską próbą odbicia wysp. Dopiero po tym, jak Brytyjczycy wzięli się w garść i wysłali zespół zadaniowy w kierunku Falklandów, dowództwo argentyńskie przeniosło na wyspy dwie brygady piechoty16. Były to jednak jednostki przystosowane do walki w klimacie tropikalnym, więc ani mentalnie, ani w zakresie wyposażenia nie przystosowane do operowania w niezwykle dokuczliwym klimacie. Jednocześnie należy podkreślić, że Argentyńczycy dysponowali oddziałami idealnie nadającymi się do walki na Falklandach, ale nie zdecydowali się na ich wycofanie z granicy z Chile.

Przesunięcie daty inwazji na początek kwietnia doprowadziło do "aktywacji" wady systemowej armii argentyńskiej17, która miała de facto naturę rotacyjnego obozu treningowego. W tamtym okresie żołnierze przechodzili obowiązkową dziesięciomiesięczną służbę wojskową, która rozpoczynała się w styczniu. W dniu inwazji - 2 kwietnia - w jednostkach inwazyjnych większość stanowili więc ludzie kompletnie zieloni. Ich wartość bojowa, w tym mierzona odpornością na oddziaływanie ogniowe przeciwnika, była więc minimalna. Zmobilizowanych w obliczu nadciągającej wojny rezerwistów było za mało, aby tę sytuację skorygować.

E. Zwycięstwo w pierwszej potyczce przenosi góry

Sprawne odzyskanie Georgii Południowej dało olbrzymi wzrost morale i wiary we własne siły. Tego typu manewr, tj. znalezienie okazji do łatwego zwycięstwa przed głównym starciem, powinno być priorytetowym zadaniem każdego dowódcy, a zwłaszcza głównodowodzącego.

F. Zła kalkulacja zachowań sojuszników

Z uwagi na wcześniejszą neutralność Stanów Zjednoczonych w sporze o wyspy decydenci argentyńscy przyjmowali, że neutralność ta zostanie zachowana także w wypadku wybuchu wojny. Grubo się pomylili. Stany udzieliły Brytyjczykom krytycznie istotnej pomocy, dostarczając broń, udzielając wsparcia logistycznego i wywiadowczego. W przypadku walk powietrznych szczególnie cenne były dla Brytyjczyków dużej ilości rakiet powietrze-powietrze AIM-9L. Swoja rolę odegrały także pociski przeciwokrętowe Harpoon, pociski antyradarowe Shrike i ręczne wyrzutnie ziemia-powietrze Stinger. Amerykanie przekazali też 48 tysięcy ton paliwa lotniczego i wiele innych rodzajów materiałów. Nie sposób pominąć też faktu, że Amerykanie oddali Brytyjczykom do pełnej dyspozycji swoje instalacje na Wyspie Wniebowstąpienia. Amerykański dowódca tamtejszej bazy w początkowej fazie brytyjskiej interwencji działać miał ponoć wedle nieformalnych wytycznych udzielenia wszelkiej możliwej pomocy.

G. Łupy wojenne SAS-u
Ryc. 9. Generał Sławomir Petelicki, założyciel GROM-u, przy helikopterze Augusta, zdobyczy wojennej wykorzystywanej przez SAS do ćwiczeń i realizacji zadań. Baza Hereford, 1994 rok. Źródło: Fundacja GROM. Siła i Honor.

W sytuacji typowej zwycięzca zajmuje pole bitwy, a więc przejmuje on na własność "środki oddziaływania" pozostawione przez przeciwnika. W przypadku Falklandów elementem przejętego mienia stały się dwa helikoptery Augusta A109, które "wziął sobie" SAS celem włączenia do portfolio używanych przez siebie maszyn. -

1 Zasięg jest tym mniejszy, im bliżej powierzchni morza następuje wystrzelenie.

2 W wywiadach udzielonych po wojnie admirał Woodward stwierdził, że utrata lotniskowca spowodowałaby wycofanie całego zespołu brytyjskiego z rejonu operacyjnego wokół Falklandów. Analiza pozycji jednostek brytyjskiej armady pozwala mniemać, że ustawienie się przez "Atlantic Conveyor" burtą do nadlatujących argentyńskich myśliwców sprawiło, że statek ten został uznany za lotniskowiec - przez dużą powierzchnię burty i znaczną długość - i z tego właśnie powodu wzięty na cel. W kwestii tej istnieje rozbieżność opinii ekspertów.

3 Fleet Air Arm - siły powietrzne brytyjskiej marynarki wojennej.

4 John Nott, Here Today Gone Tomorrow: Recollections of an Errant Politician, Politico's Publishing Ltd, Westminster 2003.

5 J. Yanagisawy, Military Implications of the Falklands War: From Japan's Point of View, National Institute for Defese Studies, Tokio 2013.

6 Skądinąd ARA "Veinticinco de Mayo" to były Hr.Ms. "Karel Doorman", wybudowany dla Royal Navy jako HMS "Venerable", należący do typu "Colossus".

7 Drugi z bombowców wyznaczonych do misji uległ awarii tuż po starcie.

8 Biała Bandera to bandera Royal Navy, a Union Jack to flaga Zjednoczonego Królestwa.

9 Wspomnę tu jeszcze o kwestii "umysłu zwycięzcy". Badania aktywności mózgu typu MRI (rezonansu magnetycznego) pokazują, że mózg osoby, która odniosła nawet drobne zwycięstwo na poziomie osobistym, funkcjonuje inaczej, wydajniej.

10 L. Freedman, The Official History of the Falklands Campaign, Vol. II War and diplomacy, Routledge, Nowy Jork 2005, s. 72-73.

11 W rzadko omawianym epizodzie dowódca sił specjalnych odmówił przekazania swoich ludzi do takiego "frontalnego ataku", słusznie argumentując, że użycie specjalistów SAS i SBS w roli tradycyjnej piechoty byłoby aktem wręcz przestępczym (użył oczywiście innego słowa).

12 "Jak wypełnić budkę telefoniczną Argentyńczykami? Powiedz im, że nie należy do nich". Aby dostało się i drugiej stronie, można Brytyjczyków usadzić stwierdzeniem, że owszem, Falklandy na leżą do nich, ale Londyn już nie.

13 R. De La Pedraja, The Argentine Air Force versus Britain in the Falkland Islands, [w:] Why Air Forces Fail: The Anathomy of Defeat, pod red. R. Hinghama i S. Harrisa, University Press of Kentucky, Lexingtion 1982, s. 227-259.

14 H. Mir Gonzalez, An Argentinean Airman in the South Atlantic, [w:] The Falklands Conflict Twenty Years on: Lessons for the Future, pod red. S. Badseya, R. Haversa i M. Grove'a, Frank Cass, Londyn 2005, s. 77-78.

15 W książce Falklands Air War Hobson pisze (s. 157-158), że jeden z brytyjskich helikopterów ZOP wylatał w ciągu zaledwie jednego miesiąca 265 godzin, co daje 8,5 godziny dziennie.

16 Brigada Mecanizada X (10 Brygada Zmechanizowana) oraz Brigada de Infanteria III (3 Brygada Piechoty).

17 M. Middlebrook, The Fight for the 'Malvinas': The Argentine Forces in the Falklands War, Penguin Books, Londyn 1990, s. 49-52; Military Balance, 1981-1982, Facts on File, Nowy Jork 1981, s. 92-93.

Droga technologiczna do karabinu Maxim

Druga wojna burska - pierwszy nowoczesny konflikt

Paul Kruger, prezydent Transwalu, który wypowiedział wojnę Brytyjczykom w 1899 roku, był najlepszym przyjacielem, jakiego miała brytyjska armia.

- anonimowy weteran drugiej wojny burskiej (parafraza)

Karabin maszynowy Maxima został zaprojektowany w 1884 roku i szybko stał się przyczyną fundamentalnych zmian na polach bitew. Był to okres, w którym wszystkie nowoczesne armie świata posługiwały się wciąż karabinami jednostrzałowymi. Ba! Jeszcze w czasie amerykańskiej wojny secesyjnej podstawowym uzbrojeniem były ładowane od lufy muszkiety. Jednak broń wielostrzałową i maszynowa, dające przewagę siły ognia, rozwijano z różnym efektem przez cały XIX wiek. Karabin maszynowy był produktem końcowym wyścigu koncepcji i sztuki inżynieryjnej. Jego projektantem był sir Hiram Maxim. Osiągnięcie Maxima wyprzedzało swoje czasy i stało się inspiracją dla projektantów na całym świecie. Wynalazca zastosował wszystkie osiągnięcia i wynalazki, by stworzyć karabin tak użyteczny, że służył na polach bitwy obu wojen światowych i długo później.

Zaletą Maximów w czasach ich debiutu był system chłodzenia wodą. Alternatywą była częsta wymiana luf lub nieefektywne wówczas chłodzenie powietrzem. Niektóre wersje karabinu miały zewnętrzny zbiornik na wodę. Celownik zaś pozwalał na efektywne strzelanie do 2000 metrów, a więc tym samym na tworzenie stref izolowanych, w których nieprzyjaciel bądź nie mógł się przemieszczać w ogóle lub w ograniczonym stopniu.

Przede wszystkim jednak sir Hiramowi udało się jako pierwszemu wykorzystać siłę odrzutu broni (energię gazów prochowych) do przeładowania broni. Wcześniejsze rozwiązania, stosowane m.in. w kartaczownicy systemu Gatlinga, opierały się na skomplikowanym mechanizmie usuwającym zużytą łuskę i wsuwającym nowy nabój, który napędzany był ręką obsługującego karabin człowieka.

Masowa produkcja

Przed XIX wiekiem broń palna była wytwarzana przez rzemieślników - rusznikarzy, a każdy pistolet lub muszkiet był małym dziełem sztuki. Jednak wraz z wprowadzeniem produkcji masowej coraz bardziej realna stawała się implementacja koncepcji standaryzowania elementów mechanicznych, która umożliwiała łatwą i tanią zastępowalność uszkodzonych i zużytych komponentów. Postęp koncepcyjny i technologiczny sprawił więc, że broń mogła być wytwarzana w niespotykanych dotąd ilościach, a w połączeniu z rozwijającymi się dziedzinami chemii i metalurgii otworzył się nowy rozdział w historii wojskowości.

Ryc. 1. Colt Paterson, szkic z oryginalnego wniosku patentowego z 1836 roku.

Do XIX wieku jedyną powszechnie dostępną formą chemicznego materiału miotającego był czarny proch wykonany z prostej mieszanki siarki, węgla drzewnego i saletry. Proch deflagrował1 poniżej prędkości dźwięku, wytwarzał znaczne ilości dymu oraz zanieczyszczał przewód lufy. Proch czarny wymagał również zapłonu w postaci otwartego ognia, co wiązało się z koniecznością przytknięcia ognia (zamki lontowe) lub wygenerowania iskier (zamki skałkowe), by spowodować strzał.

Cały ten kłopot odszedł do przeszłości w 1800 roku. Wtedy to brytyjski szlachcic Edward Charles Howard (1774-1816) dokonał odkrycia, które zmieniło świat. Odkrył on piorunian rtęci, niestabilny materiał wybuchowy, którego fala detonacyjna rozchodziła się z prędkością 5,5 km/s. Jego zaletą w rusznikarstwie jest to, że detonuje pod działaniem bodźca mechanicznego. Nadawał się więc idealnie jako materiał do spłonek i detonatorów. Potrzeba było jednak dwóch kolejnych dekad, aby w 1822 roku amerykański wynalazca Joshua Shaw opatentował zamknięty hermetycznie spłonkę perkusyjną, czyli kapiszon. Technika ta przyjmowała się opornie ze względu na sceptycyzm amerykańskich władz wojskowych. Zastosowano ją na masową skalę dopiero w latach czterdziestych XIX wieku, w czasie wojny meksykańsko-amerykańskiej (1846-1848).

Pierwszym rewolwerem kapiszonowym, stworzonym przez Samuela Colta, samozwańczego pułkownika, był wprowadzony na rynek w 1836 roku Colt Paterson. Choć była to broń wciąż prymitywna, zastępowała jeszcze prymitywniejszą - muszkiety i pistolety skałkowe. Broń kapiszonowa tak dalece wyprzedzała wszystko inne swoją użytecznością i niezawodnością, że kupował ją prywatnie każdy żołnierz, który mógł wysupłać kwotę 20 dolarów w złocie... A więc, pisząc półżartem, w złocie to mniej więcej tyle, co i dziś. Współcześnie, w 2011 roku, oryginalny rewolwer Colta z 1836 roku został sprzedany na aukcji za 977 500 USD.

Kultową bronią stał się Colt Walker z 1847 roku, zaprojektowany na zamówienie teksańskiego rangersa Samuela Walkera. Model ten stał się "bronią, która zawojowała Zachód" i był powszechnie stosowany przez Amerykanów walczących w wojnie przeciw Meksykowi. Meksyk wojnę przegrał w dużej mierze właśnie przez zapóźnienie techniczne i przemysłowe, bo bez własnego przemysłu zbrojeniowego musiał polegać na muszkietach skałkowych, importowanych głównie z dalekiej Wielkiej Brytanii.

Wojna krymska (1853-1856)

Następna dekada przyniosła wojnę krymską. W jej trakcie coraz szerzej muszkiety kapiszonowe pojawiały się na polu walki, także w wersjach z lufami gwintowanymi, przystosowanymi go strzelania pociskami Minié2. Pociski te miały w swojej tylnej części zagłębienie, dzięki któremu energia gazów powstałych na skutek spalania ładunku miotającego sprawiała, że powodowała rozszerzenie się miękkiego ołowiu (pocisk "pęczniał"). Zlikwidowanie w ten sposób nieszczelności między ścianką A pociskiem, co zwiększało skokowo jego prędkość, celność i pęd. Jednocześnie jego mniejsza średnica pozwalała na swobodne ładowanie go od wylotu lufy.

Brytyjczycy wdrożyli wszystkie powyższe innowacje w Enfieldach P1853, karabinach wciąż ładowanych odprzodowo. W czasie wojny krymskiej dawały one zasadniczą przewagę dzięki celności, zasięgowi i szybkości przeładowywania.

Karabiny ładowane do komory (odtylcowo) pojawiły się już sporo wcześniej. Armia norweska była jedną z pierwszych europejskich potęg, które zaadaptowały świeżo opracowane rozwiązanie. Kammerlader M1842 wykorzystywał unikatowy mechanizm dźwigniowy, w którym strzelec unosił umocowaną na trzpieniu komorę, do której następnie wsypywał proch i wkładał kulę. Był to więc karabin odprzodowy, ale o innowacyjnym podejściu do problemu.

Metalurgia rozwijała się skokowo przez cały długi wiek XIX. Dlatego, choć Kammerlader był doskonałym projektem, to ciężki mechanizm przeładowujący skazywał go na natychmiastową przestarzałość, kiedy pojawiłyby się lżejsze i bardziej poręczne rozwiązania. Po wojnie krymskiej większość narodów europejskich zaadaptowała jego konstrukcję i sposób ryglowania do własnych standardowych karabinów piechoty, ale dostosowując ją do amunicji scalonej. Takie karabiny jak francuska Tabati?re czy brytyjski Snider M1881 stanowiły ogniwo przejściowe pomiędzy odprzodowymi muszkietami A odtylcowymi karabinami powtarzalnymi.

Okres pojawienia się Kammerladera to czas, w którym zaczęły powstawać pierwsze mechanizmy ryglujące dość wytrzymałe, aby dać niezawodność i odporność na wysokie ciśnienie przy strzale. Zasadniczy przełom dokonał się w Prusach. Państwo to intensywnie poszukiwało innowacji, która pozwoliłaby uzyskać mu przewagę militarną otwierającą drogę do zjednoczenia Niemiec w jeden organizm imperialny. Gdy wielkie mocarstwa europejskie były zajęte wojną krymską, Królestwo Prus szukało sposobu na przeskoczenie konkurentów poprzez przyjęcie iglicowego karabinu inżyniera Dreyse. Pomimo kiepskiej szczelności i awaryjności iglicy detonującej spłonkę3, karabin ten doprowadził do radykalnej zmiany w taktyce piechoty, pozwalał bowiem żołnierzowi na przeładowanie w pozycji leżącej, a więc bez wystawiania się na ogień nieprzyjaciela. Największą wadą tego karabinu był zastosowany nabój papierowy, który spalał się częściowo w lufie, a nie już poza nią. Ta wada szła w parze z dalece donioślejszą zaletą - łatwością rozmontowania broni i wymiany uszkodzonej części w warunkach bojowych.

Kolejnym konfliktem przyspieszającym wprowadzenie broni maszynowej była amerykańska wojna secesyjna. Jednym z jej hitów był karabin powtarzalny Spencera. To jeden z pierwszych modeli broni, w których do przeładowywania służył mechanizm dźwigniowy. Umożliwiało to zastosowanie naboju scalonego z łuską metalową - pod tym względem Europa była wyraźnie zapóźniona. Przewagą Spencerów była szybkość przeładowywania kolejnych siedmiu nabojów z magazynka rurowego ukrytego w kolbie. Przeładowanie do kolejnego strzału wymagało dwóch czynności: odciągnięcia kciukiem kurka i przesunięcia dźwigni, której częścią była osłona spustu. Piechurzy Konfederacji, wyposażeni w Enfieldy M1853, ładowane odprzodowo w procedurze trwającej 15 sekund, nie mieli żadnej szansy - kawalerzyści Unii mieli nad nimi kilkukrotną, miażdżąca przewagę w sile ognia.

Metalowe naboje zabezpieczały ładunek miotający przed wilgocią, a przy tym uszczelniały przewód lufy. Jedną z pierwszych bardziej znanych broni, które je wykorzystywały, był wprowadzony na rynek w 1857 roku Smith & Wesson Model 1. Ale nawet szybkostrzelność karabinów i karabinków Spencera była dziecięcą igraszką w porównaniu z szybkostrzelnością, którą na pola bitew wniosła kartaczownica Gatlinga.

Ryc. 2 Wzorowana na Gatlingu kartaczownica Gardnera, 1863.

Jordan Gatling wynalazł swoją broń w 1861 roku. Jej powstanie było możliwe dzięki innowacji w postaci świeżo opracowanych nabojów scalonych, w których ładunek miotający i spłonka zamknięte były w metalowej łusce. Zasadniczą innowacją kartaczownicy jako całości był jednak mechanizm korbowy, który obracał wiązką sześciu luf. Każda z nich w jednym cyklu strzelała, była opróżniania z łuski, a następnie przyjmowała kolejny nabój podawany przez skomplikowany mechanizm odpowiedzialny jednocześnie za rotację luf. Naboje były dostarczane w zasobnikach wsuwanych od góry i trafiały do komory nabojowej pod własnym ciężarem. Efektywna szybkostrzelność karabinu Gatlinga to około 200 pocisków na minutę. Wersje istniejące w czasie wojny secesyjnej były uznawane za bezużyteczne z uwagi na częstość zacięć i wytwarzanie chmur dymu prochowego. Sprawdziły się natomiast w walce z tubylcami w Afryce.

Istniały, oczywiście, konkurencyjne rozwiązania, ale miały poważne wady. Jedną z takich konstrukcji była francuska Mitrailleuse (mitralieza)- dwunastolufowy karabin salwowy, czyli taki, który strzelał jednocześnie lub po kolei z kilku lub kilkunastu luf, po czym wymagał czasochłonnego przeładowania.

Wojna francusko-pruska 1870-1871

Kolejny konflikt przyniósł kolejny skokowy rozwój broni strzeleckiej. Niemieckie karabiny Dreyse, tak świetnie sprawdzające się w wojnie z Austrią kilka lat wcześniej, okazały się znacznie gorsze od francuskich Chassepot Mle 1866. Nowy francuski karabin dzięki wkładce kauczukowej lepiej uszczelniał komorę nabojową, a - wciąż papierowe - naboje miały spłonkę umieszczoną w denku, co eliminowało wadę pruskich odtylcówek - podatną na uszkodzenia długą iglicę. Francuskie pociski były szybsze i celniejsze.

Prusy zwycięstwo osiągnęły dzięki artylerii i taktyce, a do wymiany broni strzeleckiej piechoty zabrały się natychmiast po zakończeniu wojny. Już w 1871 roku wprowadzono Mausery M1871, ale te zostały szybko wyparte przez model z 1884 roku, który - wyposażony w magazynek stały na pięć naboi - był karabinem powtarzalnym. Rok 1884 był też tym, w którym pojawił się karabin maszynowy Maxim.

Lata osiemdziesiąte XIX wieku przyniosły ostatni kluczowy składnik potrzebny do zaistnienia wynalazku Maxima. Brytyjski wynalazca sir Frederick Abel w 1889 roku opatentował kordyt, proch bezdymny. Był on mieszanką kilku dopiero co wytworzonych przez przemysł chemiczny substancji, które spalały się szybciej, czyściej i silniej. Przełom był w swej istocie rewolucyjny: pozwalał na skokowe zwiększenie donośności broni palnej, nie zanieczyszczał lufy (większość produktów spalania było gazami; przy prochu czarnym 55% stanowiły substancje stałe) i nie zdradzał pozycji strzelającego.

Maxim

W końcu skokowe postępy w metalurgii, chemii i konstrukcji broni palnej pozwoliły na realizację pomysłu wykorzystania energii odrzutu do wyrzucania pustej łuski z komory karabinu i załadowania nowego. Karabin Maxim, z pojedynczą lufą zamkniętą w płaszczu wodnym, ważył zaledwie 27 kilogramów, mógł być więc obsługiwany przez jednego człowieka. Możliwość przenoszenia przez pojedynczego strzelca całkowicie deklasowała ważącą 77 kilogramów kartaczownicę Gatlinga.

Maxim zadebiutował jako broń mocarstw kolonialnych w Afryce. Z pełnym sukcesem. Dzięki użyciu bezdymnego prochu, naboju scalonego i innych innowacji przestał być awaryjny. Zaczął też być nieodzowny.

Tak właśnie, w ciągu zaledwie siedemdziesięciu lat, cywilizacja Zachodnia przeszła od ładowanych odprzodowo muszkietów o efektywnym zasięgu 50 metrów do karabinów zasilanych taśmą i magazynkiem, pozwalających strzelcowi w sposób powtarzalny trafiać w cel odległy o 600 metrów. Standaryzacja i jakość rozwiązań - mówiąc innymi słowy - zniosły ograniczenia skuteczności broni. Ograniczeniem były teraz umiejętności strzelców i potencjał przemysłowy oraz logistyczny zdolny dostarczyć siłę ognia do miejsca rozstrzygnięcia konfliktu.

Ryc. 3 Karabin maszynowy Maxim, wersja z początku lat 90. XIX wieku. Źródło: domena publiczna.
Wada broni maszynowej. "Wada"?

Zaopatrzenie w amunicję było istotnym czynnikiem logistycznym i przemysłowym, który wpływał na zdolności mocarstw do wytworzenia siły militarnej. Naboje, zwłaszcza te z łuską papierową, były podatne na uszkodzenie i przeterminowanie. Naboje do francuskiego karabinu Chassepot były lepsze i przy tym prostsze, ale kosztowały dwa razy więcej, wymagając pracochłonnego sposobu produkcji. Wojskowi mieli świadomość potencjału szybkostrzelnych rodzajów broni małokalibrowej, ale dostrzegali też, że ich wprowadzenie na masową skalę stworzy wiele nowych problemów. Skokowe zwiększenie budżetu, dodatkowe obciążenie łańcuchów dostaw - z perspektywy planistów i logistyków tak właśnie wyglądało wkraczanie w erę wojen przemysłowych, w których przewagę siły ognia osiągało mocarstwo dysponujące silnym przemysłem, źródłami energii oraz surowców do jego funkcjonowania.

Podobnie było z kosztami produkcji samych karabinów. Ilość roboczogodzin potrzebnych do wytworzenia ciężkiego karabinu maszynowego Vickersa pozwalała na wyprodukowanie sześciu ręcznych karabinów maszynowych Lewisa lub piętnastu Lee-Enfieldów.

Maximy i ewolucja pola bitwy

Kartaczownic Gatlinga zwykle nie przemieszczano po polu bitwy w jej trakcie. Trudno to nawet nazwać błędną konceptualizacją. Także Maximy na początku swojej kariery były traktowane jako zaledwie dodatek do artylerii polowej. Ze względu na słabą mobilność i osadzenie na lawetach przypominających te dla lekkich dział polowych. Bądźmy jednak wyrozumiali - armie używające Maximy musiały zebrać doświadczenie bojowe i eksperymentować, by odkryć możliwości nowej broni. Poza tym Brytyjczycy mieli możliwość poznawać możliwości karabinów maszynowych w konfrontacjach z wyposażonymi w archaiczną broń tubylcami, w przypadku typowym po prostu masakrując szarżującego en masse przeciwnika pieszego lub konnego. Absolutnie klasycznym przykładem siły Maximów była bitwa pod Omdurmanem w 1898 roku (zob. ?SP X.4). Ale to przecież nie przystawało do realiów konfliktu symetrycznego, na który zaczynało się zanosić w Europie.

Dopiero doświadczenia praktyczne sprawiły, że karabiny te - końcowy produkt wielu równolegle rozwijanych usprawnień i wynalazków - zmieniły na polu bitwy wszystko, od taktyki piechoty w starciach między armiami stojącymi na podobnym poziomie technologicznym poczynając, a na problemach zaopatrzenia kończąc.

Co zdarza się całkiem często, pierwsi największe zalety Maximów dostrzegli nie ich twórcy, Brytyjczycy, a Niemcy. W rezultacie w czasie I wojny światowej żołnierze niemieccy górowali siłą ognia zarówno nad Francuzami, jak i Brytyjczykami. Dobrze rozmieszczone karabiny maszynowe były w stanie powstrzymać każdy atak piechoty. W pierwszej fazie wojny, w latach 1915-1916, stopniowo stało się oczywiste, dotychczasowa taktyka walki piechoty stała się bezużyteczna.

Tu ujawnił się kolejny paradoks. Karabin maszynowy Maxim był bronią "naturalnie" defensywną, gdyż pierwotnie był narzędziem odpierania szarż - czy to piechoty, czy kawalerii. Ale przenośność broni maszynowej szybko pozwoliła na wykorzystanie jej w ataku, o czym przeczytać możemy już w książce "Piechota atakuje" Erwina Rommla. W dziele tym autor opisuje użycie ognia CKM w atakach już w 1915 roku. Cecha ta ujawniała się z coraz to nowymi innowacjami poprawiającymi przenośność.

Postęp w zakresie karabinów maszynowych nie zatrzymał się. Karabiny Vickersa, tak jak i Maximy, były chłodzone wodą, wymagały więc jej znacznych ilości. Pożerały też duże ilości amunicji i potrzebowały do obsługi aż ośmiu żołnierzy. Ręczny karabin maszynowy Lewisa był tymczasem obsługiwany przez zaledwie dwóch ludzi, a przede wszystkim chłodzony powietrzem. W przeciwieństwie do modeli chłodzonych wodą mógł więc strzelać nawet po uszkodzeniu chłodnicy wody przez pociski czy odłamki.

W armii niemieckiej Maximy zaczęło wypierać z pierwszej linii dopiero pojawienie się uniwersalnego karabinu maszynowego MG34 w 1934 roku, ale w służbie zostały w zasadzie do końca II wojny światowej. Brytyjski Vickers został wycofany znacznie później, gdyż znaleziono dla niego zastosowanie w nowej taktyce, w której z drugiej linii, daleko od wrogich pocisków i odłamków, posyłał strumienie pocisków na stanowiska wroga, zmuszając go do krycia się i obniżając morale.

Do przeszkolenia obsługi Vickersa do poziomu optymalnej wydajności potrzeba było dziesięć tygodni. O wiele bardziej opłacało się szkolić obsługę moździerzy, realizujących podobną rolę na polu bitwy - wystarczyło siedem dni szkolenia. Dodatkowo, na scenę wkroczyły cięższe karabiny maszynowe, o kalibrze 0,50 cala (12,7 mm). Oferowały one większy zasięg i zasilane były szerszą gamą wyspecjalizowanych pocisków.

Przykład Druga wojna burska (1899-1902)

Druga wojna burska to konflikt przeciwników, którzy stali w zadziwiającej dysproporcji siły. Po jednej stronie stanęło Imperium Brytyjskie z całym swoim globalnym potencjałem, a po drugiej dwie skromne republiki burskie, dysponujące zaledwie milicją z karabinami. Ale... była to największa, a zarazem najdroższa wojna, jaką Brytyjczycy stoczyli w historiograficznym wieku XIX.

Ryc. 4 Mapa Afryki południowej i państw regionu istniejących w 1899 roku.

W chwili wybuchu konfliktu Brytyjczycy mieli w całej Kolonii Przylądkowej niemal półmilionową armię, której trzonem było 350 tysięcy etnicznych Brytyjczyków. Oprócz nich walczyli żołnierze mieszanego pochodzenia z kolonii brytyjskich - Kanady, Australii czy Indii, których było powyżej 100 tysięcy. Resztę w liczbie około 100 tysięcy stanowili auxilia4. Burowie zdołali zmobilizować zaledwie około 60-88 tysięcy ludzi, z których największą wartość miało około 45-50 tysięcy burskich członków milicji, czyli tzw. komand. Ale Brytyjczycy walczyli we wrogim kraju, na końcu długich i kłopotliwych w utrzymaniu liniach komunikacyjnych. Walczący w defensywie Burowie wykorzystywali manewr, wachlarz taktyk partyzanckich i nadzwyczaj wysokie umiejętności strzeleckie, doskonalone przez nich od wczesnego dzieciństwa.

Rys historyczny. Pierwsze osadnictwo holenderskie

Pierwsze osiedle europejskie w rejonie współczesnego miasta Kapsztad założyli Holendrzy w 1652 roku. Służyło ono jako miejsce odpoczynku dla załóg statków należących do Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Kolonie rozrastały się kosztem m.in. spychanej w głąb lądu ludności bantu, która przybyła na południowy kraniec Afryki od północy, stopniowo eksterminując wcześniej bytujące tu ludy i etnosy.

Koloniści europejscy przywieźli swoje prawa i restrykcyjne struktury społeczne. Dały one naturalny impuls dla najniżej usytuowanych i pozbawionych szansy nabycia praw własności ziemi uprawnej i awansu społecznego do tego, aby szukać szczęścia w głębi lądu. Pionierzy burscy (bur oznacza dosł. chłopa, farmera) szukali swojego miejsca na świecie, migrując coraz dalej na północ i wschód. W XIX wieku byli dodatkowo wypychani z okolic Przylądka Dobrej Nadziei przez coraz intensywniejsze osadnictwo brytyjskie. Największe nasilenie tych ruchów migracyjnych nastąpiło w latach 1835-1841. Wtedy w tzw. Wielkiej Wędrówce (hol. Groot Trek) terytoria kontrolowane przez Brytyjczyków opuściło około 14 tysięcy holenderskich farmerów.

Był to moment powołania do życia bardzo nietypowych narodków. Liczne historyczne przykłady dowodzą istnienia ponadczasowej prawidłowości - ludzie pogranicza, zmuszeni do wywalczenia swojego miejsca do życia, stają się szybko proto-narodem, spajanym wyjątkowo silnymi więzami wspólnotowymi. Impulsów do tego procesu dostarczała konieczność formowania wspólnot zapewniających przetrwanie we wrogim, nieopanowanym środowisku pogranicza. Raczej prędzej niż później pojawiają się w ich przypadku aspiracje do suwerenności, które trudno zdusić, stłamsić czy zdeenergetyzować5.

Holenderscy farmerzy stali się ludźmi twardymi i zaciekłymi, ukształtowanymi przez bezlitosne środowisko naturalne, bezustanne spory terytorialne z autochtonami i kolonizującą te rejony ludnością napływającą z Afryki centralnej, w tym Zulusów, będących jednym z odłamów konglomeratu etnosów noszącego nazwę bantu. W bardzo podobny sposób do pionierów Ameryki Północnej wspólnoty trekkerów powoływały do życia komanda strzegące osad, pól i pastwisk przed napadami i prowadzące akcje o charakterze ofensywnym.

Ryc. 5 Trzy pokolenia Burów, anonimowa fotografia z 1900 roku. Źródło: Australian War Museum, domena publiczna.

W czasie wojen napoleońskich Brytyjczycy zajęli kolonię holenderską. Było to dla nich geopolityczną koniecznością, gdyż Holandia została w 1802 roku zaanektowana przez Francję, śmiertelnego wroga Albionu. Lata dwudzieste XIX wieku to początki intensywnej imigracji brytyjskich osadników. Cały obszar przyszłej Kolonii Przylądkowej zmieniał język, walutę i ustrój społeczny. Co interesujące, choć Imperium Brytyjskie zniosło niewolnictwo w 1807 roku, w Afryce Południowej przetrwało ono instytucjonalnie aż do 1828 roku. Wynikało to z prostej konieczności ekonomicznej - w rejonie brakowało siły roboczej.

Połowa XIX wieku była okresem formowania się państw burskich. Powstały trzy republiki: Transwal, Natal i Orania. Brytyjczycy uznali je... ale bardzo szybko gorzko tego pożałowali. W latach sześćdziesiątych na terenie tych państw odkryto olbrzymie zasoby złota i diamentów6.

Pierwsza wojna burska (1880-1881)

Na miejsca potyczek i bitew pierwszej wojny burskiej Brytyjczycy maszerowali kolumnami, wystrojeni w swoje ikoniczne czerwone mundury. Burowie i morderczy gorąc szybko wybiły im te anachronizmy z głowy. Brytyjska taktyka i uzbrojenie były całkowicie nieadekwatne wobec zaprawionych w quasi-partyzanckiej wojnie komand burskich. Burowie od pokoleń prowadzący z sąsiadami podjazdową wojnę o przetrwanie, ubrani w stroje koloru khaki byli mistrzami podchodów, rajdów, zasadzek i ogólnie wszelkich taktyk asymetrycznych. Swoje umiejętności szlifowali dodatkowo przy codziennych polowaniach. Obie te egzystencjalne potrzeby okraszone były tym, że Burowie mieli do dyspozycji pierwszorzędną, nowoczesną broń, aczkolwiek w praktyce jedynie lekką.

Nic więc dziwnego, że pierwszą wojnę burską Brytyjczycy przegrali z kretesem. Burowie triumfowali, kiedy wróg musiał uznać m.in. niepodległość Transwalu. Ale ten trwający rok konflikt stał się dla strony brytyjskiej impulsem do modernizacji. Druga wojna miała już być prowadzona w zupełnie inny sposób.

Ryc. 6. Obszar walk w czasie drugiej wojny burskiej.
Druga wojna burska

Pięć lat po zakończeniu pierwszej wojny burskiej nastąpiło odkrycie spektakularnych zasobów złota, które zapoczątkowało słynną Gorączkę Złota Witwatersrand. Wcześniej złoto znajdowano sporadycznie. Skala odkrycia sprawiła, że nastąpił gwałtowny napływ osadników z Europy, przede wszystkim z Wysp Brytyjskich.

Ale kwestia kontroli nad złożami złota i diamentów - wówczas największym zasobami tych dóbr na świecie - była przyćmiona rosnącym znaczeniem geopolitycznym regionu. W grę wchodziła kontrola nad szlakami handlowymi, ważnymi mimo funkcjonowania Kanału Sueskiego. Anglicy mieli też bardzo ambitne plany objęcia kontrolą kolonialną pasa terytoriów od Egiptu na północy Afryki do Kolonii Przylądkowej na samym południu kontynentu. Burowie mieli wielkiego pecha, że swoje miejsce na ziemi znaleźli dokładnie na drodze walca imperialnych aspiracji.

Ryc. 5 Brytyjskie stanowisko QF 1 pounder górujące nad sawanną w czasie drugiej wojny burskiej, 1899 rok. Autor: William Skeoch Cumming, domena publiczna.
Kto gra w czyją wojnę

Nieunikniona przy takim stanie spraw druga wojna burska wybuchła w 1899 roku. Obie strony zdawały sobie sprawę z jej nieuchronności, jednak w pierwszej fazie konfliktu to Burowie dysponowali przewagą, którą dało im wyprzedzające wszczęcie wojny.

Burscy decydenci zdawali sobie sprawę z brytyjskiej przewagi materiałowej. Z tego wynikała oczywista konieczność aktywnego działania i osiągnięcia zwycięstwa pozwalającego na wymuszenie korzystnych warunków pokoju. W październiku 1899 roku załamały się negocjacje stron i Burowie poszli na wojnę. Natychmiast rozpoczęli oblężenie trzech brytyjskich miast usytuowanych na pograniczu terytoriów burskich - Kimberley, Mafeking i Ladysmith.

Na samym początku wojny strony dysponowały armiami liczącymi po około 40 tysięcy walczących. Szybko jednak Brytyjczycy dosłali w rejon konfliktu sprzęt, zaopatrzenie i ludzi. Pamiętali przy tym świetnie nauczki z nieporozumienia z Burami dwie dekady wcześniej. Farmerzy byli mistrzami w wojnie partyzanckiej i świetnie używali strzelców wyborowych, kąsających z bezpiecznej dla siebie odległości. Dlatego tym razem żołnierze brytyjscy nosili już mundury w kolorach maskujących - khaki i odcieniach oliwki. Oddziały szkockie zaś pożegnały się ze swoimi ikonicznymi kiltami, znanymi z odmalowanego w filmie Braveheart. Waleczne serce niekonwencjonalnego zastosowania przed bitwą pod Stirling.

Okres od 10 do 15 grudnia 1899 roku Brytyjczycy nazwali potem "czarnym tygodniem". Ofensywa zaplanowana w październiku przez Paula Krugera, jednego z głównych przywódców politycznych Burów, była dla nich druzgocząca.

Tak dobra passa Burów trwała zaledwie do lutego następnego roku. Już w grudniu 1899 roku do Kolonii Przylądkowej przybył lord Frederick Roberts, nowy głównodowodzący wojsk Imperium Brytyjskiego. Przybył też lord Kitchener, który rok wcześniej zlikwidował za pomocą Maximów armię mahdystów w Sudanie, zyskując sobie tym uwielbienie opinii publicznej i tytuł szlachecki. Na południu Afryki pojawił się on na czele armii liczącej 50 tysięcy żołnierzy.

Armie dowodzone przez lorda Kitchenera i Robertsa szybko uwolniły oblegane miasta, a następnie ruszyły na północ wzdłuż linii kolejowych. W lutym 1900 roku Brytyjczycy przejęli Bloomfontein, stolicę Wolnego Państwa Oranii, a w maju i czerwcu Johannesburg i Pretorię w Republice Transwalu.

Burowie byli świetnie uzbrojeni i lepiej dostosowani taktyką do warunków terenowych. Byli wyposażeni w najnowocześniejszą broń ręczną, w tym karabiny maszynowe Vickers-Maxim w liczbie co najmniej 24 oraz kilka Maximów. W czasie większych bitew byli więc zdolni do zadawania nimi Brytyjczykom wysokich strat, gdy stosowali ostrzał na dalekie dystanse, z pozycji zamaskowanych roślinnością. Proch bezdymny nie zdradzał ich pozycji, podobnie zwyczaj prowadzenia ognia z lasów i zagajników. Wobec takiego sposobu walki Brytyjczycy stawali się bezradni - jeśli wierzyć relacjom, Burowie potrafili zlikwidować baterię dział polowych w zaledwie dziesięć minut. Konie i ludzie byli skutecznie eliminowani zanim żołnierze brytyjscy byli w stanie określić, skąd prowadzi się do nich ogień7.

Napadani Brytyjczycy oczywiście dysponowali własnymi Maximami, ale ruchliwi i perfekcyjnie ukryci Burowie nie stanowili łatwego celu. Karabiny maszynowe były idealne do tworzenia zapór ogniowych lub do powstrzymywania szarż, ale nie do snajperskich pojedynków ogniowych. Brytyjczycy przekonali się o tym, atakując 11 grudnia 1899 roku ufortyfikowane miasto Magersfontein. W szarżach na umocnienia stracili tysiąc żołnierzy. Generalną zasadą stało się to, że ten, kto dał się złapać na odsłoniętej przestrzeni, przegrywał.

Druga wojna burska była znakomitym momentem, aby wykształcić taktykę użycia karabinów maszynowych. Bodaj największym wkładem w tą naukę był raport podpułkownika Alexandra Thorneycrofta, dowodzącego oddziałem strzelców konnych. Wskazywał on na wyjątkowo silne oddziaływanie karabinów maszynowych na morale ostrzeliwanego przeciwnika.

Maximy sprawdzały się świetnie w zadaniu uciszania ognia snajperskiego z dużej odległości. Co ciekawe, Thorneycroft wykoncypował innowacyjną taktykę - zalecał używanie karabinów maszynowych pojedynczo w misjach zwiadowczych. Maxim ze swoją siłą ognia wysunięty maksymalnie do przodu w kierunku lub w głąb terenu zajętego przez przeciwnika zaburzał jego plan ogniowy i ograniczał mobilność, a często zmuszał go do wycofania się z przygotowanych wcześniej i zamaskowanych pozycji. Pułkownik zdecydowanie stwierdzał, że zyski znakomicie przeważały nad ryzykiem utraty karabinu8.

Bitwa pod Paardeberg, 18-27 lutego 1900 roku

Rozciągnięta w czasie na kilka dni bitwa pod Paardeberg jest wręcz modelowym dowodem na kilka prawidłowości. Pierwszą jest to, że zwycięstwa przynoszą klęskę. Świeżo odniesiona wygrana sprawia, że triumfujący dowódca zaczyna lekceważyć przeciwnika, siebie samego poczytując za niezwyciężonego. Drugim prawidłem jest to, że wystawianie formacji i armii idealnie sprawdzającej się w walce partyzanckiej do walnej bitwy na otwartym terenie przeciw armii regularnej jest decyzją samobójczą. Piet Arnoldus Cronjé, dowodzący burskim oblężeniem miasta Kimberley, popełnił powyżej opisany podwójny błąd.

Jego przeciwnikiem był lord Kitchener. Oswoiwszy się z teatrem działań, Kitchener zdecydował, że jego pierwszym celem strategicznym będzie zdjęcie oblężeń z brytyjskich miast. Na pierwszy ogień poszło Kimberley.

Burska armia oblegająca to miasto liczyła skromne cztery tysiące żołnierzy. Zbliżyła się do niej armia dowodzona przez marszałka sir Johna Frencha. Z jej atakiem skoordynowano atak z wewnątrz obleganego miasta i Burowie zostali zmuszeni do odstąpienia od murów. Walcząc z następującymi im na pięty Brytyjczykami, Burowie posuwali się ku wzniesieniu Paardeberg na południe. Monitorujący sytuację rząd burski nakazał wszystkim oddziałom operującym w rejonie, by ruszyły na pomoc.

Wtedy właśnie gen. Cronjé popełnił kardynalny błąd. Rozbił obóz warowny na otoczonej wzgórzami równinie, nad brzegiem rzeki Moder, gdzie został sprawnie otoczony przez 20 tysięcy Brytyjczyków. Zaczęli oni morderczy ostrzał z użyciem artylerii i karabinów maszynowych. Zanosiło się na jednostronną rzeź. Ale wtedy to Brytyjczycy nie docenili Burów.

Nadciągnęły siły wezwane na pomoc Cronjému. Zaczęły one z marszu szturmować obsadzone przez Brytyjczyków wzgórza. Brytyjczycy byli jednak znakomicie okopani i skryci za przeszkodami. Zajmowali też pozycje wyniesione - wzgórza i wzniesienia. Zdołali odeprzeć tę próbę przełamania. Ich zadanie było tym łatwiejsze, że Burowie nie odnajdywali się w walnych bitwach i dużych operacjach. Byli milicją. Powinni byli powtórzyć manewr Brytyjczyków spod Kimberley i zaatakować pierścień okrążenia jednocześnie od zewnątrz i od wewnątrz.

Cronjé jednak pozostawał bierny i nie było nikogo, kto by nakazał mu lub uzgodnił z nim plan takiej akcji. Burami na zewnątrz także nie dowodził nikt o randze wystarczającej do narzucenia właściwego rozwiązania. Kolejnego dnia, 26 lutego, Burowie próbujący przełamać brytyjski pas obrony od zewnątrz popadli w konfuzję. Z wojskowego punktu widzenia stanowili raczej zbiorowisko oddziałów i oddziałków, a nie spójną armię będącą narzędziem w rękach kontrolującego wszystko sztabu lub dowódcy. De facto nikt nimi nie kierował! Nie mieli struktur dowodzenia adekwatnych do sytuacji, z jaką musieli się mierzyć.

Nie dysponując żadną metodą łączności zdalnej, oddziały operujące na zewnątrz wysłały posłańca, który przekradł się przez strefę kontrolowaną przez Brytyjczyków. Dostarczył on Cronjému sugestię, aby generał podjął próbę przedarcia się. Cronjé odmówił jednak porzucenia obozu. Zamiast tego 27 lutego rano poddał się siły Brytyjczykom.

Jeden z historyków analizujących te zdarzenia zaproponował wyjaśnienie tej decyzji - w taborach znajdował się dobytek walczących. Tak przynajmniej interpretuje się z perspektywy post factum zadziwiającą decyzję o kapitulacji. Inną hipotezą może być to, że Cronjé utracił zdolność podejmowania decyzji pod presją nietypowego dla własnych doświadczeń położenia taktycznego (okrążenie przez nieproporcjonalnie silniejsze siły wroga) i ostrzału swoich pozycji przez artylerię.

Odwracają się szale wojny

Zadziwiający akt poddania się generała Cronjé załamał morale Burów. Wielu walczących powróciło do domów. Ci, którzy walczyli dalej, wrócili do tego, w czym byli najlepsi i co było teraz jedyną możliwą opcją - do taktyki partyzanckiej. Pozwoliło im to kontynuować opór aż do 1902 roku.

Po Paardeberg prezydent Transwalu Paul Kruger (właśc. Stephanus Johannes Paulus Kruger) udał się do Europy w poszukiwaniu sojuszników gotowych wesprzeć Burów w konfrontacji z Imperium Brytyjskim. Bezskutecznie. Tymczasem do końca 1900 roku ustabilizowała się sytuacja patowa - Brytyjczycy nie byli w stanie wytępić partyzantów do końca, a Burowie z kolei, dowodzeni przez takich dowódców jak Christian Rudolph Red i Jacobus Herkules, mogli działać w swoim partyzanckim żywiole. Zwolnieni z oblegania brytyjskich garnizonów i miast Burowie rozkręcili swoją wojnę podjazdową się do pełnej prędkości. Wsiąkli w teren i z właściwą sobie mistrzowską precyzją atakowali drogi, połączenia kolejowe i instalacje wojskowe.

Marszałek polny Kitchener był bezradny. Przejął po Robertsie rolę głównodowodzącego w listopadzie 1900 roku i nie mogąc znaleźć sposobu przeciwdziałania, stosował brutalną taktykę niszczenia bazy, na której opierali się partyzanci. Uciekł się nawet do zakładania rozległych pól drutu kolczastego, podówczas nowości na polu bitwy. Z braku alternatyw i w obliczu kompletnej nieefektywności działań pacyfikacyjnych uciekł się do spędzania ludności cywilnej do obozów internowania (koncentracyjnych). Cywilów mogących udzielać wsparcia walczącym aresztowano, a ich farmy, wioski i miasteczka palono do gołej ziemi. Internowanym zgotowano tragiczne, wyniszczające warunki bytowania... z wiadomym wpływem na śmiertelność przetrzymywanych. Szacuje się, że w obozach zmarło około 50 tysięcy Burów i pozostałej ludności rejonu, w tym około 20 tysięcy kobiet i dzieci.

Pokój podpisano w maju 1902 roku, po 15 miesiącach nużącej wojny partyzanckiej. -

Spostrzeżenia na wynos

A. Kolejna wojna, która ma skończyć się do świąt

Brytyjska opinia publiczna, być może nadmiernie optymistyczna i oszołomiona wielkim sukcesem w Sudanie, była przekonana, że Burowie dostaną nauczkę w tempie ekspresowym. Jednak farmerzy mieli doskonale zorganizowany system milicji. Jej członkowie byli napędzani czymś, czego Polacy raczej nie rozumieją - kulturą pogranicza (ang. frontier culture). (Wiele jej elementów, takich jak kultura powszechnego posiadania broni, przetrwało na przykład w mentalności mieszkańców Teksasu). Większość członków tych milicji szła do walki z własnym karabinem i koniem i perfekcyjnie ukształtowaną motywacją do walki.

Obserwował to wszystko własnymi oczami Winston Churchill, wówczas korespondent wojenny. To właśnie burskie komanda stały się dla niego inspiracją do nazwania oddziałów brytyjskich sił specjalnych komandosami. W języku afrikaans oznaczało to po prostu oddział zbrojny.

B. Piechota i milicja

Oddziały milicji mogą walczyć w roli jednostek regularnych, ale jedynie w określonych warunkach i okolicznościach. Okoliczności takie istniały w pierwszej fazie wojny - od października do grudnia 1899 roku, zanim Brytyjczycy nie ściągnęli na obszar wojny sił, którymi odwrócili bieg konfliktu w lutym kolejnego roku.

Widząc przełom, Brytyjczycy już we wrześniu 1900 roku ogłosili swoje zwycięstwo nad Burami. Ale wojna miała mieć jeszcze trzecią fazę. Burscy milicjanci/partyzanci atakowali na brytyjskich tyłach: niszczyli linie kolejowe, które służyły m.in. do zaopatrywania brytyjskiej machiny wojennej, nie mogącej znaleźć dla siebie celu, do którego zniszczenia została zaprojektowana i wyposażona. Ten niewątpliwy sukces taktyki partyzanckiej przekonał Burów, że sposobem na zwycięstwo może być uczynienie z całego regionu obszaru, którego nie da się kontrolować (ang. ungovernable).

Jednak Brytyjczycy zdołali wypracować skuteczną, choć niezwykle powolną metodę pokonania Burów. Strategia polegała na metodycznym zakłócaniu mobilności taktycznej oddziałów burskich przez budowanie olbrzymiej ilości polowych, improwizowanych umocnień, które obsadzano załogami liczącymi zaledwie sześciu żołnierzy. Strategię uruchomiono w połowie 1901 roku. W miasteczkach i wzdłuż linii kolejowych pojawiało się coraz więcej posterunków. Spychały one burską obecność wojskową do pustkowi poza osiedlami ludzkimi. W końcu, w maju 1902 roku reszta oddziałów burskich złożyła broń.

Za zwycięstwo brytyjska armia zapłaciła śmiercią 22 tysięcy żołnierzy. Absolutnie niezaskakującą ciekawostką było to, że zestawienie start wśród szeregowców ze stratami wśród podoficerów i młodszych oficerów wykazywało, że te drugie były dwa razy większe. To efekt działania strzelców wyborowych. Całkowicie racjonalnie przejawiali oni undue level of hostile attention9 wobec brytyjskich oficerów - strzelali do nich w pierwszej kolejności, uszkadzając tym samym struktury dowodzenia.

W ojczyźnie spadł na armię ogień krytyki. Jeden z dziennikarzy, Leo Amery, stwierdził, że armia brytyjska okazała się wydmuszką (ang. largely A sham), na ujawnienie czego wystarczyła konfrontacja ze zdeterminowanym przeciwnikiem. Nie obyło się oczywiście bez czystek. Dowódcy, w których służbie dopatrzono się uchybień, trafiali do Stellenbosch, miasteczka na zachód od Kapsztadu. Do dziś w brytyjskim języku angielskim funkcjonuje idiom "to be Stellenbosched", znaczący tyle co "zostać zwolnionym".

C. Czego nauczyła się armia brytyjska?

Zaraz po wojnie powołana została królewska komisja do zidentyfikowania przyczyn nieskuteczności w czasie wojny. Należyte zaangażowanie w celu znalezienia uchybień oddawał wiersz Rudyarda Kiplinga pt. Nauczka, który zaczyna się słowami:

Let us admit it fairly, as A business people should, We have had no end of A lesson: it will do us no end of good.10

Brytyjczycy prowadzili wojny i interwencje kolonialne na całym świecie. Pierwszym, co należało określić, było dla nich to, które nauczki były uniwersalne, a które specyficzne dla wojny z Burami. Było to tym pilniejsze, że już wtedy wybuch wielkiej wojny w Europie by uznawany za pewnik.

Proces zapisywania na piśmie i wprowadzania do obiegu informacyjnego doświadczeń, jakie Brytyjczycy zgromadzili, walcząc z Burami, miał formę tzw. niebieskiej księgi, choć w porównaniu do współczesnych systemów debriefingu raczej należy uznać ją za zaczątkową. Zawartością księgi miały być odpowiedzi oficerów na szereg pytań na temat taktyki i sprzętu. Żołnierzy, w tym szeregowców, zachęcano także do publikowania opisów walk. Ten ostatni pomysł przyniósł nadspodziewanie pozytywne efekty. Raz - został przyjęty z wielkim entuzjazmem, a dwa - nagle powstał potężny rynek autorski i czytelniczy, który będąc elementem systemu wymiany doświadczeń, podnosił ogólną kulturę militarną zainteresowanych, m.in. dzięki systemowi nagród za najwartościowsze teksty.

Podsumowując, najważniejsze nauki z drugiej wojny burskiej to

Inicjatywa na poziomie taktycznym jest kluczowa.

Miała ona zastąpić promowane we wcześniejszych podręcznikach często bezmózgie posłuszeństwo rozkazom i bezrefleksyjne respektowanie rang kosztem działania w sposób adekwatny do sytuacji. Skutkiem takiego systemu było to, że młodsi oficerowie nie próbowali nawet podejmować własnych decyzji (vide decyzja Richarda Besta w bitwie o Midway, s. 301). Wady starego systemu wychodziły na wierzch zwłaszcza w potyczkach małych oddziałów. Rezultatem na poziomie szkolenia było to, że wyrugowano praktykę poniżania i dyscyplinowania żołnierzy za błędy popełniane w fazie treningu i szkolenia.

Wykryto, że młodsi dowódcy byli często oceniani niesprawiedliwie przez swoich bezpośrednich dowódców, co wynikało z tego, że dowódcy wyższego szczebla nie mieli kontaktu z realiami, z którymi mierzyli się ich podwładni. Efektem była trudna do wykrycia i do zdefiniowania w czasie działań wojennych przypadłość w postaci porażek i niewykorzystanych okazji, na których nie uczyli się ani bezpośredni uczestnicy, ani reszta armii. We współczesnych jednostkach elitarnych i nie tylko elitarnych system natychmiastowego uczenia się na własnych błędach wygląda tak, że uczestnicy i dowodzący piszą dwa raporty - jeden opisujący bohaterską walkę z przeważającymi siłami doskonale wyszkolonego wroga i drugi, będący raportem "wewnętrznym", w którym otwartym tekstem pisze się o tym, co, kto i kiedy coś spieprzył, co nie zagrało, jak trzeba i co trzeba zrobić następnym razem w podobnej sytuacji. W idealnych warunkach ten drugi dokument powinien pozwalać na przyznawanie się do pomyłek bez konsekwencji służbowych i karnych, które mogłyby (i zawsze to robią!) zakłócić proces nauki na poziomie organizacji.

W 1909 roku brytyjska armia opublikowała podręcznik Field Service Regulations, w którym skodyfikowane zostały zasady i zakres decyzyjny "osoby na miejscu". Regulacje zezwalały na podejmowanie decyzji sprzecznych z rozkazami otrzymanymi wcześniej od przełożonego. W przeszłości tego typu rozporządzenie byłoby wręcz nie do pomyślenia.

Widząc straty wśród oficerów, dostrzeżono, że podoficerowie powinni być szkoleni tak, aby byli zdolni przejąć obowiązki swoich bezpośrednich przełożonych. Ustanowiono nawet Szkołę Podoficerów (Non-Commissioned Officer School), której efekty działania były oceniane niezwykle pozytywnie. Niemniej, co zadziwiające, szkołę zamknięto wkrótce z braku funduszy11.

D. Czego się nie nauczono.

Nie została należycie doceniona taktyka precyzyjnego jak na ówczesną epokę ostrzału przez artylerię polową. Rozwój koncepcji jej użycia zarzucono, uznając, że nie będzie użyteczna w walce z przeciwnikiem na równorzędnym poziomie uprzemysłowienia, a więc dysponującego podobnym arsenałem.

Za nieprzydatne w innych rejonach świata uznano też rozproszone formacje piechoty. Uznano, że mają one wartość tylko w walce w buszu, tj. na sawannie pokrytej sporadycznie krzakami. Nie dostrzeżono więc zagrożenia ze strony karabinów maszynowych, których strzelcy celują zwłaszcza w skupiska żołnierzy przeciwnika.

-

1 Deflagracja to bardzo szybkie spalanie. Sam proch czarny nie jest materiałem wybuchowym sensu stricte, a materiałem deflagrującym, gdyż nie detonuje, a po prostu gwałtownie się spala - z prędkością ok. 0,3-0,4 m/s.

2 Zob. ?WZ1 ___.

3 Iglica w odtylcówce Dreyse M1841 była długa, bo miała uderzać w spłonkę umocowaną na dnie pocisku, nie łuski. Narażało to ją na gwałtowne zmiany temperatur i ciśnień, a przez to zwiększało podatność na pękanie - przyp. red.

4 To łacińskie słowo jest żartobliwym nawiązaniem do oddziałów rzymskich rekrutowanych z lokalnej ludności. W kontekście wojny burskiej chodziło o ludność bantu i inną ludność miejscową.

5 Zob. esej "Kłamstwa założycielskie", SP VIII.8

6 Gorączka Złota Witwatersrand rozpoczęła się w 1886 roku, jednak kluczowym odkryciem były diamenty, których olbrzymie ilości znaleziono w Kimberley w 1867 roku.

7 G.S. Hutchison, Machine Guns: Their History and Tactical Employment (Being Also A History of the Machine Gun Corps, 1916-1922), Uckfield 2004, s. 74.

8 D.L. Goldsmith, The Devil's Paintbrush: Sir Hiram Maxim's Gun, Old Heathfield, s. 110-11.

9 Ang. nadmierny poziom wrogiej uwagi. To słowa lorda Cornwallisa w filmie Patriota (2000, reż. Roland Emmerich), skarżącego się na taktykę amerykańskiej milicji eliminowania przede wszystkim oficerów w czasie wojny o niepodległość.

10 Przyznajmy szczerze, jak to czynią ludzie czynu/ Dawano nam lekcję raz za razem. I będzie to dla nas nieskończonym dobrem.

11 Odsyłamy do D. Frencha, Armia Brytyjska 1919-1945 A wojna z Niemcami. Poza uwolnieniem od dyktatu rozkazów przełożonych, ani system, ani szkolnictwo wojskowe nie tworzyły spójnej i uniwersalnej doktryny.

Horatio Nelson

Człowiek wielki, ale nieszczęśliwy

Procent niepełnosprawności, będących skutkiem ran i obrażeń odniesionych przez Nelsona, wyliczony wedle współczesnych reguł przyznawania renty inwalidzkiej, sięga 140%. Ale po kolei.

Zdolność widzenia w prawym oku utracił w czasie oblężenia Korsyki w 1794 roku. W bitwie przy St. Vincent w 1797 roku złapał do kolekcji przepuklinę. W bitwie o Santa Cruz na Teneryfie kula muszkietowa roztrzaskała mu kość prawej ręki, którą amputowano mu bez znieczulenia. W bitwie u ujścia Nilu 1798 roku odłamki trafiły go w czoło. Doprawdy, Nelsonowi do kompletu atrybutów ikonicznego wilka morskiego brakowało drewnianej nogi... i braku wręcz niewiarygodnej w jego przypadku przypadłości - choroby morskiej nękającej go od początku kariery.

By dopełnić listy, Nelson źle sypiał. Często przemęczenie zmuszało go do drzemek w środku dnia, do których służył specjalnie zaprojektowany fotel umieszczany w jego prywatnej kabinie. Ostatecznie śmierć dopadła Nelsona pod Trafalgarem, w czasie bitwy, która stała się jego największym triumfem. Kula francuskiego muszkietu trafiła go w kręgosłup i przebiła płuco, ale umarł utulony świadomością, że stał się architektem największego zwycięstwa w historii swojego kraju.

Nelson urodził się w 1758 roku jako wcześniak, całe siedem tygodni przed terminem. Wychował się w miejscu urodzenia, mieście Norfolk, jako szóste z jedenaściorga dzieci. W kontakt z morzem wszedł, mając 13 lat, gdy został zatrudniony na statku swojego wuja. Już jako nastolatek Nelson pokazywał, że stanie się kimś nietuzinkowym. W 1773 roku, a więc jako piętnastolatek, uczestniczył w ekspedycji arktycznej, która miała odkryć mityczne Północne Przejście pomiędzy Atlantykiem A Pacyfikiem. W wieku 19 lat został porucznikiem. Sprawdzał się. Dwa lata później Nelson otrzymał swoje pierwsze samodzielne dowództwo, na HMS "Boreas".

Nelson oczywiście popełniał błędy. Był tylko człowiekiem. W czasie służby w rejonie Karaibów (dla ówczesnych Anglików - Indii Zachodnich) tuż po rewolucji amerykańskiej zdołał skonfliktować się z miejscowymi władzami i ludnością, narzucając zbyt restrykcyjne zasady embarga na handel z koloniami amerykańskimi. Skłonny był też do udzielania pouczeń swoim bezpośrednim przełożonym, starszym stażem i pozycją, co nieodmiennie ich irytowało.

Seria wpadek wynikających z braku wyczucia doprowadziła do tego, że w okresie 1788-1793 Nelson poszedł w odstawkę. Po zdaniu służby nie dostał nowego przydziału i osiadł w rodzinnej miejscowości, otrzymując od rządu połowę kapitańskiej lafy.

Wojna z ogarniętą rewolucyjnym zapałem Francją wybuchła w 1792 roku. Zniecierpliwionego Nelsona przywrócono z rezerwy. Przydzielono go do floty śródziemnomorskiej, operującej pod dowództwem lorda Hooda. Sam Nelson objął dowodzenie HMS "Agamemnon", uzbrojonym w 64 działa. To była jego szansa - pomny swoich wcześniejszych wpadek w hierarchicznych przepychankach, Nelson był skrajnie zdeterminowany, by wykazać się na polu walki. Miał wtedy napisać:

Jeśli to grzech pożądać chwały, jestem najgrzeszniejszą duszą na świecie.

Nelson często nie wykonywał nawet bezpośrednich rozkazów. Ratowało go to, że w wielu przypadkach miał rację. Ale udzielanie rad i przekazywanie wiedzy działało w dwie strony - Nelson nie tylko uczył swoich oficerów, dzieląc się z nimi doświadczeniem, ale też dawał im więcej swobody i samodzielności. Kontrastowało to ze sztywnym gorsetem hierarchii służbowej, od której armia brytyjska zaczęła na poważnie odchodzić instytucjonalnie dopiero na początku XX wieku (patrz s. 152).

Najsłynniejszym epizodem ignorowania rozkazów przez Nelsona był ten z bitwy pod Kopenhagą w 1801 roku. Nelson otrzymał od swojego dowódcy sir Hyde'a Parkera sygnał nakazujący oderwanie się od nieprzyjaciela, ale podniósłszy lunetę do swojego niewidzącego oka, wyrzekł ikoniczne słowa: "Mam prawo czasem coś przeoczyć. Nie widzę tego sygnału"1. I kontynuował atak. Skutkiem niesubordynacji stało się brytyjskie zwycięstwo, za co Nelson został doceniony. Awansował na głównodowodzącego flotą1. To była dobra decyzja admiralicji. Pod komendą Nelsona Royal Navy odniesie trzy swoje największe zwycięstwa - Nil, Kopenhagę i Trafalgar.

Ryc. 1. Horatio Nelson (1801), olej Williama Beecheya. Źródło: Norwich Castle Museum and Art Gallery, domena publiczna.
Podejście Nelsona2

Zawsze dowodził z pierwszej linii, ale gruntowne badania jego zachowanych listów prywatnych oraz rozkazów wydawanych na piśmie, przeprowadzone na początku XXI wieku, pokazują, że tajemnica jego sukcesu tkwi raczej w jego olbrzymim talencie do zarządzania ludźmi i zdolnościach administracyjnych, niż w geniuszu taktycznym3. Trzy taktyki, które Nelson połączył, planując bitwę pod Trafalgarem, to atakowanie dywizjonami, a nie pojedynczą linią, przełamywanie linii przeciwnika (pod Trafalgarem skutkiem było odcięcie 1/3 floty przeciwnika od udziału w bitwie) oraz wymuszanie starcia na minimalne odległości (na których artyleria brytyjska miała przewagę). Wszystkie trzy elementy były realizowane znacznie wcześniej przez wielu dowódców, jak też i przez samego Nelsona.

Tym, co było osiągnięciem rewolucyjnym na miarę tamtych czasów i co stanowiło kluczowy wkład w zwycięstwo, były odprawy i konsultacje przed bitwą. Zespołowe podejmowanie decyzji zwiększa zaangażowanie ludzi w realizowane zadania, a to, że głównodowodzący słucha opinii podwładnych, zawsze niesłychanie podnosi morale, zwłaszcza w kontraście do porażającej arogancji i toksycznej dominacji wszelkiej maści arystokratów.

Nelson przejawiał wielkie zainteresowanie ludźmi, a przy tym angażował się głęboko w rozwiązywanie ich problemów. Podwładni go kochali. Wieść o jego śmierci w czasie bitwy pod Trafalgarem rzuciła wielu z nich kolana. Zastępca Nelsona, admirał Collingwood, persona niezwykle opanowana, po prostu rozszlochał się. Bosman flagowego "Victory", a więc ktoś, którego codzienną rolą jest być budzącym powszechny strach sk...synem i trzymać twardo za mordę tysiąc napompowanych testosteronem twardzieli... rozkleił się tak, że nie był w stanie użyć swego służbowego gwizdka na swoich podkomendnych, by dać sygnał do zajęcia stanowisk bojowych.

Oto jak umierają wielcy wodzowie. I jak powstają potężne imperia.

W wcześniejszych bitwach Nelson nie pojawiał się za pierwszą falą szturmujących, jak robił to MacArthur. On falę abordażu prowadził! Tak było w bitwie przy St. Vincent w lutym 1797 roku. To Nelson stał na czele pierwszej grupy abordażowej, zbliżającej się do pierwszego okrętu wroga, aby zdobywszy go, przejąć kolejny. Były to hiszpańskie "San Nicolás" oraz "San Josef", które sczepiły się ze sobą po kolizji. Wcześniej Nelson kierowaną przez siebie eskadrę skierował w lukę w hiszpańskiej formacji i doprowadził do jej rozerwania, co zdecydowało o zwycięstwie Brytyjczyków w potyczce.

Ryc. 1. początkowa faza bitwy u ujścia Nilu (1-2 August 1798), olej Nicholasa Pococka (1808). Źródło: National Maritime Museum, Londyn, domena publiczna.

Co zaś do śmierci Nelsona pod Trafalgarem, niektórzy biografowie Nelsona wysuwają hipotezę, że admirał celowo przechadzał się po pokładzie swego okrętu w pełnym umundurowaniu tak, aby dać się zastrzelić w momencie swojej największej chwały. Wynikało to z komplikacji towarzyskich (głównie jego skandalicznego związku z Emmą Hamilton) oraz chronicznej złej passy w sprawach finansowych. Bezpośrednio przed bitwą Nelson zwrócił się do jednego z kapitanów słowami "Niech cię Bóg błogosławi, Blackwood. Nigdy już nie będziemy rozmawiać".

Zanim Nelsonowi zaczęto powierzać potężne okręty liniowe, przez osiem lat dowodził fregatami. To na nich wyszlifował swoje zdolności i doświadczenie. W kształtowaniu tego, jak Nelson podejmował swoje decyzje, dużą rolę odegrał charakter służby na jednostkach tego typu. Fregaty były okrętami budowanymi nie jako przeważające na wrogiem siłą ognia, a szybkością i zwrotnością. Zwykle - było tak w czasie blokad Tulonu i Kadyksu (s. 178) - były oczami i uszami floty.

Nelson już pod St. Vincent wiedział, że wstąpienie na wyżyny upragnionej sławy wymaga aktywności na wielu polach, wśród których wygrywanie bitew morskich było tylko nieociosaną bryłą kamienia, z której natchniony rzeźbiarz wykuwał arcydzieło. Zdawał sobie sprawę, że zwycięstwa zawdzięcza w dużej mierze swoim kapitanom, budował więc zespół i lojalność. Po bitwie pod St. Vincent (i wszystkich innych) w należyty sposób podziękował im za wysiłek. Upewnił się też, że jego wyczyny staną się znane opinii publicznej, spisując nieoficjalną relację z bitwy i wysyłając ją do Anglii. Skutek był zamierzony - Nelson natychmiast przyciągnął zainteresowanie i osiągnął rangę narodowego bohatera.

Potem jednak przyszło otrzeźwienie - porażka pod Santa Cruz w 1897 roku, w czasie której stracił prawą rękę. Przez krótki czas Nelson pogrążył się w depresji, ale już w następnym roku, gdy doszedł do siebie fizycznie i psychicznie, został wysłany na czele trzynastu okrętów wojennych na Morze Śródziemne. Tam odniósł swoje drugie ikoniczne zwycięstwo - u ujścia Nilu.

Już w tym starciu pokazała się w pełnej krasie koncepcyjna przewaga Nelsona nad swoją epoką. Nie trzymał podległych sobie kapitanów w rygorze ścisłego przestrzegania rozkazów - gdy tylko upewnił się, że rozumieją jego plany, pozwolił im na swobodę podczas ich realizacji. To właśnie te "luzy decyzyjne" zadecydowały o zwycięstwie u ujścia Nilu. Kapitan Foley na HMS "Goliath" zbliżając się do kotwiczących przy płyciznach jednostek francuskich, perfekcyjnie wykorzystał fakt, że da się przepłynąć obok nich od strony mielizny - od strony, od której Francuzi nie mieli nawet załadowanych dział! -

1 Powstanie frazy "turn A blind eye toward..." jest powszechnie, lecz niestety błędnie przypisywane właśnie temu epizodowi.

2 Ang. Nelson's touch. Tym określeniem biografowie Nelsona nazywają specyficzne metody dowodzenia admirała.

3 Zob. opis bitwy pod Trafalgarem, s. 177.

Trafalgar 1805

Najważniejsza bitwa Imperium Brytyjskiego

W rzeczy samej istniały jeszcze doniosłe i zdumiewające konsekwencje wynikające z decydującej supremacji brytyjskiej potęgi morskiej, której ustanowienie, poza wszelkimi wątpliwościami i konkurencją, było wielkim osiągnięciem Nelsona. Alfred Mahan, The Life of Nelson (1897)
Wojny napoleońskie (1803-1815)

Napoleon, mający w pamięci historycznej Polaków bardzo pozytywne miejsce, na Zachodzie Europy często postrzegany niemal jak francuski odpowiednik Hitlera - jako megalomaniak pragnący podbić świat. Napoleon szczególnie nielubiany jest przez Brytyjczyków, czego przejawem jest film Napoleon z 2023 roku, w którym Brytyjczyk Ridley Scott portretuje Napoleona w mocno nieobiektywny sposób, przedstawiając go praktycznie w krzywym zwierciadle.

Francuski bóg wojny mocno zalazł Anglikom za skórę, zmagając się z nimi o kontrolę mocarstwową nad Europą i zasobami reszty świata. Jednym z głównych wątków wojen przełomu XVIII i XIX wieku były przygotowania do inwazji na Wyspy Brytyjskie. Ale wszystkie te przepychanki zakończyło spektakularne zwycięstwo brytyjskiej floty dowodzonej przez wiceadmirała Horatio Nelsona. Dzień stoczenia bitwy - 21 października 1805 roku - był i jest postrzegany przez kolejne pokolenia Anglików jako moment powołania do życia ich światowego imperium.

Ryc. 1. Lokalizacja przylądka Trafalgar.
Nelson na czele floty i blokady portów

Nelson objął dowodzenie flotą śródziemnomorską w maju 1803 roku, mając czternaście lat doświadczenia w walce z Francuzami. W tamtej chwili w dorobku miał dwa strategiczne zwycięstwa - na Nilu w 1798 roku i pod Kopenhagą w 1801 roku. Obejmując dowództwo, Nelson wiedział, że priorytetem dla całej Royal Navy jest odniesienie decydującego zwycięstwa nad flotą francuską.

Po bitwie u ujścia Nilu Brytyjczycy dominowali na Morzu Śródziemnym. Przez całe miesiące Nelson trzymał francuską flotę zamkniętą w porcie w Tulonie. Ignorując własne zdrowie, pilnował, aby marynarze i okręty były w możliwie pełnej sprawności. Z uwagi na bliskość już wtedy brytyjskich Malty i Gibraltaru, ustanowił na tych kierunkach szlaki zaopatrzeniowe.

Cechą szczególną blokady Tulonu była odległość, jaką brytyjskie jednostki utrzymywały względem samego portu. Zamiast zupełnie uniemożliwić statkom i okrętom opuszczenie portu, Nelson monitorował go z nieco większej odległości. Intencją było wywabienie przeciwnika do walnej bitwy. Nelson pisał o tym wprost jeszcze w 1804 roku:

Port w Tulonie nigdy nie był przeze mnie blokowany. Wręcz przeciwnie - przeciwnik dostawał wszelką okazję do wypłynięcia na morze, ponieważ to właśnie tam mamy nadzieję zrealizować nadzieje i oczekiwania naszego kraju1.

Francuzi dwukrotnie podejmowali próby opuszczenia Tulonu. Pierwszy raz w styczniu 1805 roku. Tamtego dnia jednak to sztorm zagnał ich z powrotem. Druga próba powiodła się! 30 marca francuska eskadra opuściła port i niezauważona przez Brytyjczyków, cierpiących na deficyt fregat do dozorowania, skierowała na zachód. Francuskie okręty miały połączyć się z hiszpańskimi przy Kadyksie, by wspólnie przekroczyć Atlantyk i nękać żeglugę brytyjską w rejonie Karaibów. Zrealizowawszy tę misję, flota miała pojawić się na Kanale La Manche, by uczestniczyć w inwazji na Anglię.

Nelson nie potrafił przeniknąć tego planu, a z kolei dowodzący francuskimi okrętami Villeneuve, bo to on wydostał swoje okręty z Tulonu, rozminął się z innymi eskadrami francuskimi już u celu. Tym samym nie zrealizował zadania. Po ponownym przekroczeniu Atlantyku zawinął do portu w Kadyksie, w którym ponownie został zablokowany przez flotę brytyjską.

Wizja Nelsona

Nelson rozumiał geostrategiczne potrzeby swojego kraju i realizował ją z pełną determinacją. Tak było przy dwumiesięcznym polowaniu na francuską flotę w 1798 roku, którą dopadł przy ujściu Nilu. Wtedy pokrzyżował francuski plan atakowania brytyjskich kolonii w tamtym regionie. Podobny geostrategiczny cel osiągnął zwycięstwem w bitwie pod Kopenhagą w 1801 roku. Swoim zwycięstwem Nelson zniechęcił mocarstwa bałtyckie do sojuszu z Napoleonem.

Teraz, podejmując pościg za francuską flotą, Nelson ryzykował, gdyż pozbawił akwen śródziemnomorski osłony floty. Słusznie jednak uznał, że większym zagrożeniem jest skoncentrowana flota francuska operująca w rejonie atlantyckiego wybrzeża Francji, która mogła niespodziewanie pojawić się w dowolnym miejscu u brzegów Europy. Było przy tym całkowicie jasne, że celem Francuzów będzie zatopienie pojedynczych okrętów i mniejszych eskadr Royal Navy, by oczyścić sobie drogę do inwazji.

Strony toczyły wojnę z przerwami od 1756 do 1815 roku. Jedną z chwilowych pauz zakończono 16 maja 1803 roku. Do końca roku Brytyjczycy zdołali wybudować 75 jednostek. Flota francuska w maju składała się z 47 okrętów, ale kolejne 19 było w trakcie budowy. Wielka Brytania miała dwie floty. Pierwsza to flota Kanału Angielskiego (mówiąc z brytyjska), broniąca Wysp Brytyjskich przed inwazją. Drugą była flota śródziemnomorska, która miała blokować działania francuskiej marynarki wojennej oraz korsarzy operujących z Tulonu i innych okolicznych portów. Słowem - miała ona blokować wszelkie francuskie zapędy mocarstwowe w regionie, w tym przede wszystkim w północnych Włoszech. W repertuarze strategicznym wojny na morzu Brytyjczycy mieli blokady, desanty, ochronę konwojów i atak na żeglugę handlową przeciwnika. I, oczywiście, walne bitwy.

To jeden z przejawów stałego stanu rzeczy: Francja zawsze miała słabszą marynarkę i nigdy nie udało jej się wywalczyć dominacji na Kanale La Manche. Dla Anglików Royal Navy była perfekcyjnym instrumentem prowadzenia polityki narodowej. Dla Francji była nim armia lądowa. W działaniach Napoleona marynarka pełniła jedynie rolę wspomagającą działania armii lądowej.

Plan Nelsona i przygotowania do bitwy

Esencją wszystkich angielskich działań była potrzeba ochrony opartej na handlu gospodarki, która generowała instrumenty wojny - okręty liniowe. Równoległym zadaniem było osłabianie gospodarek konkurentów. Na takich podstawach kilka dziesięcioleci później wykształci się wizja Alfreda Mahana, której esencją było zdobycie dominacji na morzach przez zniszczenie floty wojennej konkurenta w walnej bitwie.

Teraz brytyjska flota miała dokładnie takie zadanie. Musiała zniszczyć flotę przeciwnika w walnej bitwie. 9 października Nelson ujawnił w tajnym memorandum do dowódców swój plan bitwy, polegający na rozcięciu wrażej linii bitewnej. Brytyjskie okręty miały zaatakować w trzech liniach.

Taki manewr rozcinania linii przeciwnika był stosowany z sukcesem w przeszłości, ale tylko jeden raz za pomocą dwóch własnych linii - w bitwie pod Camperdown. Nie jest więc tak, że Nelson w nadludzkim akcie natchnienia otworzył nowy rozdział w księdze manewrów morskich. Jego zasługą było raczej dogłębne rozumienie sytuacji przeciwnika i zastosowanie optymalnej taktyki do tego, aby okręty brytyjskie zamiast walczyć w linii, wykorzystały swój największy atut - siłę niszczącą salw burtowych, które na bliskie odległości były wręcz mordercze. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Celem memorandum było zadeklarowanie doktryny taktycznej polegającej na przejęciu inicjatywy i elastycznym dostosowywaniu się do biegu zdarzeń zarówno na poziomie całej flotylli, jak i decyzji dowódców poszczególnych okrętów. Nelson podkreślał, że takie podejście uwzględnia kwestię przypadku oraz niezrozumienia sygnałów wysyłanych przez poszczególne statki za pomocą flag sygnałowych.

Czynnik ludzki i styl dowodzenia

Zawsze w ruchu. Skutkiem ciągłego obciążenia zadaniami, wręcz do granic wydajności, było to, że brytyjscy marynarze byli świetnie wyszkoleni. Czuli swoje umiejętności w rękach, co dawało im pewność siebie, śmiałość i podnosiło zasadniczo morale. Głównodowodzący zdołał jasno sformułować doktrynę i zakomunikować ją swoim podwładnym. Dzięki temu komunikacja w czasie bitwy nie była w zasadzie potrzebna!

Jakże inaczej były splecione struktury dowodzenia i motywacji po stronie sprzymierzonych flot francuskiej i hiszpańskiej! W okresie przed bitwą flota francuska była zablokowana w Kadyksie. Jej dowódcy i załogi nie miały możliwości należytego ćwiczenia swoich umiejętności, z czego Nelson świetnie zdawał sobie sprawę, a nawet z tego podkpiwał2.

Zupełnie inne motywacje krążyły w krwi Francuzów. Odwagi im nie brakowało, ale zabrakło ciągłej zaprawy. Pojawił się też czynnik polityczny - większość oficerów floty francuskiej wywodziła się z arystokracji, a więc dla władz Republiki stanowili oni element podejrzany. Wielu zostało z tych powodów usuniętych ze stanowisk, a czasem musiało nawet uciekać z własnej ojczyzny.

Jakże inna była też motywacja francuskiego dowódcy do przystąpienia do decydującej bitwy! Villeneuve wypłynął z Kadyksu, gdyż dowiedział się, że Napoleon zdecydował o pozbawieniu go dowództwa, a stosowna korespondencja miała już być w drodze. Innym przyczynkiem do decyzji były narastające animozje między dowódcami francuskimi i hiszpańskimi. Dla wielu dowódców i załóg nieunikniona bitwa miała być pierwszym starciem z wrogiem.

Brytyjczycy górowali dyscypliną i siłą ognia na bliskie odległości. Nic dziwnego, że pojedynki ogniowe i chaotyczna bitwa na bliskim dystansie były ich preferowanym sposobem rozstrzygnięcia. Praktykowanym zresztą wielokrotnie.

Tuż przed bitwą

Zapowiedź zbliżającej się bitwy dostarczyła fregata HMS "Sirius", patrolująca wody na "przedpolach" Kadyksu. Wiadomość o wychodzeniu wrogich jednostek z portu "Sirius" wysłał o 7.00 rano. Była ona przekazywana przez cały łańcuch fregat aż do oddalonego o 50 mil morskich okrętu flagowego Nelsona. O 9.30 Nelson nakazał przygotowanie do bitwy. Francuska flota płynęła wzdłuż wybrzeża na północ, a brytyjska nadpływała z zachodu. Wiatr sprzyjał Anglikom, popychając ich od tyłu, spowalniał natomiast flotyllę sojuszników, która opuściła port.

Tuż przed bitwą, o 11:45 Nelson nakazał wywiesić słynny sygnał:

Anglia oczekuje od każdego człowieka, że wypełni on swój obowiązek. Ryc. 3. Szkic szyków obu stron tuż przed początkiem bitwy przy Przylądku Trafalgar.

Pięć minut później francuski dowódca Pierre-Charles-Jean-Baptiste-Silvestre de Villeneuve nakazał okrętom podjęcie walki. Pierwszy strzał padł z działa okrętu "Fougueux", wycelowany w "Royal Sovereign", okręt flagowy wiceadmirała Cuthberta Collingwooda.

Flota

brytyjska

Flota

francusko-hiszpańska

Ludzie

18 000

30 000

Okręty

27

33 (18 Fr, 15 Hiszp)

Działa

2148

2632

Ryc. 4. Stosunek sił brytyjskich i sojuszniczych w bitwie pod Trafalgarem

Bitwa

W początkowej fazie wiatr dawał przewagę Brytyjczykom - wiał od bakburty, a wypływający z portu płynęli pod wiatr. Wiatr ten był bardzo słaby, stąd dziwna dla nieobytych z morzem powolność wydarzeń bitwy i długi czas, w którym okręty brytyjskie, dopływając do francuskiej linii, były wystawione na ogień przeciwnika bez możliwości odpowiedzi.

Część okrętów sprzymierzonych płynęła w parach, co stało się przedmiotem późniejszych interpretacji. Przyjmuje się, że Villeneuve przewidział, że Nelson spróbuje przerwać linię wymykającej się z Kadyksu floty i próbował to utrudnić. Zresztą, także Brytyjczycy nie zaprowadzili porządku w swoich dwóch liniach - tłumaczy się to tym, że Nelson chciał dotrzeć do przeciwnika możliwie najszybciej.

Wbrew pierwotnej zapowiedzi w memorandum, brytyjskie okręty atakowały dwóch, a nie trzech liniach. Tą bardziej na północ prowadził HMS "Victory". Pierwsze cztery okręty miały aż trzy pokłady artyleryjskie; osiem pozostałych - dwa. Grupa prowadzona przez HMS "Royal Sovereign" miała trzy trójpokładowce i 12 mniejszych okrętów liniowych.

Brytyjczycy zbliżając się przeraźliwie powoli do linii przeciwnika, nie mogli odpowiadać salwami burtowymi. Ale dysproporcja w sile ognia szybko miała się uwidocznić. Salwa "Royal Sovereign" wymierzona w rufę "Santa Ana" była mordercza - raniła lub zabiła 400 ludzi.

HMS "Victory" otworzył ogień do "Bucentaure" 45 minut po pierwszej salwie z "Royal Soreveign". Pierwotnie "Victory" Nelsona zbliżała się do innego hiszpańskiego okrętu, "Santissima Trinidad", ale w ostatniej chwili zmieniła cel na następną jednostkę, "Bucentaure", flagowy okręt francuski.

Ryc. 3. Karonada o wagomiarze 12 funtów, rysunek E W Cooke 1833.

"Victory" wpłynęła tuż za rufę Francuza. Pierwszymi działami, które wystrzeliły w przeciwnika była dziobowe karonady o wagomiarze pocisków 68 funtów. Jedna strzeliła litą kulą, a druga baryłką wypełnioną 500 kulami muszkietowymi. Z przyłożenia. Zaraz potem poszła cała salwa burtowa. Salwa z "Victory" była równie zabójcza, co ta wystrzelona przez okręt Collingwooda. Przewaga siły ognia zadecydowała o wyniku potyczki dwóch pływających fortec już na samym jej początku.

Chwilę potem "Victory" uwikłała się w potyczkę z "Redoutable", co sprawiło, że francuski okręt opuścił swoją linię. W powstałą dziurę w szyku wpłynęły kolejne jednostki brytyjskie. W ten sposób Francuska linia została przerwana w drugim miejscu - dokładnie tak, jak planował Nelson. Wybranie punktu rozcięcia linii okrętów przeciwnika było kluczowe. Nelson celował w miejsce na 1/3 długości, licząc od początku formacji. Efektem tak przeprowadzonego rozcięcia było zredukowanie sumarycznej ilości jednostek przeciwnika w pierwszej fazie bitwy o 1/3. Ponieważ wiatr był słaby, okręty te nie mogły wrócić na pole walki i ostatecznie nie miały wpływu na wynik bitwy.

Wtedy bitwa zmieniła się w kłębowisko pojedynków. Dzięki planowaniu Nelsona Francuzi nie mogli wykorzystać swojej przewagi liczebnej, za to Brytyjczycy wykorzystywali swoją przewagę w szybkości i celności ognia. Ostatnie strzały padły o 17.30. Siedemnaście okrętów francuskich zostało zdobytych, a jeden płonął. Cztery uciekły z pola bitwy, a jedenaście zdołało wrócić do portu w Kadyksie.

Po bitwie

Straty Brytyjskie: 449 zabitych i 1217 rannych. Straty sprzymierzonych: 4408 zabitych, 2545 rannych i prawie 20 tysięcy wziętych do niewoli. Niestety dla Brytyjczyków wkrótce po bitwie rozpętał się potężny sztorm. W szale sił natury utracili oni większość zdobytych jednostek.

Śmierć Nelsona

Nelson został trafiony kulą muszkietową o 13.30. Utrzymał się przy życiu do 16.30 lub 17.00. Umarł na godzinę przed końcem bitwy, ze świadomością, że oto został architektem najwspanialszego zwycięstwa swojej ojczyzny. Jego ostatnie słowa, wyszeptane do pokładowego kapelana, brzmiały:

Bogu dzięki, że wypełniłem swój obowiązek.

Wieść o wygranej bitwie dotarła do Londynu dopiero 6 listopada - aż szesnaście dni po zwycięstwie. Collingwood otrzymał tytuł barona, kapitanowie okrętów Złoty Medal Marynarki, a marynarze specjalną nagrodę rekompensującą im utratę pryzu3.

Zwycięstwu na morzu nie towarzyszyło zwycięstwo na lądzie. Już na początku grudnia Napoleon pokonał Austrię i Rosję w bitwie pod Austerlitz. Ale od czasu Trafalgaru brytyjska Marynarka Królewska była niekwestionowanym władcą mórz. Jej przewaga w wyszkoleniu i taktyce daleko wyprzedzała wszystko, co byli w stanie wystawić konkurenci przez dużo dłużej niż kolejne sto lat. Zwycięstwo pozwoliło zbudować brytyjskie imperium i zapoczątkowało ewolucję koncepcji, którą ostatecznie sformułował Alfred Mahan. -

Spostrzeżenia na wynos

A. Przewaga brytyjskich artylerzystów

Okręty liniowe przełomu XVIII i XIX wieku były absolutnie imponującym osiągnięciem techniki wojennej. Te pływające forty były ucieleśnieniem odwiecznej zasady koncentracji siły ognia, a taktyka ich użycia drugiej reguły - użycia całości przeciw części.

Optymalna wielkość okrętu. W czasach Nelsona optymalnej wielkości okręt liniowy uzbrojony był w 74 działa i obsługiwany przez załogę liczącą 650 ludzi. W jego ładowniach były zapasy na pięciomiesięczną podróż. Dysponował 8 tysiącami metrów kwadratowych żagla, kontrolowanego przez niemal 40 kilometrów bieżących olinowania. Brytyjskie okręty miały zwykle dziewięć łodzi, którymi mogły desantować do 90 żołnierzy piechoty morskiej. Dysponowały siłą ognia większą niż armia angielska konfrontująca się z armią Napoleona na polach Waterloo. Absolutnie imponujące.

Osprzęt i działa. Brytyjska artyleria okrętowa ery napoleońskiej drastycznie górowała nad swoimi odpowiednikami: wyposażeniem, wyszkoleniem i doktryną. Podstawą uzbrojenia Anglików były działa projektu Sir Thomasa Blomfielda, uznawane ówcześnie za najlepsze działa świata. Były lżejsze i rzadziej eksplodowały. Anglicy mogli opuszczać lufy i częściowo wciągać działa do ponownego załadowania, podczas Francuscy artylerzyści często musieli sięgać daleko poza furty. Do odpalania dział Anglicy używali zamków skałkowych, często podwójnych lub potrójnych z uwagi na możliwość zgubienia kamienia przy którymś z kolejnych strzałów (widzimy je w użyciu w filmie Pan i władca na krańcu świata). Zamki skałkowe powszechnie weszły na działa okrętowe po bitwie u ujścia Nilu. Były one odpalane za pomocą sznurka, co pozwalało celowniczemu działa mierzyć od ostatniej chwili. Skutkiem praktycznym było to, że u Anglików strzał następował natychmiastowo, co pozwalało lepiej zsynchronizować strzał z przechyłami okrętu. Francuzi w bitwie pod Trafalgarem wciąż korzystali z lontownic. Wszystkie te przewagi pozwalały strzelać Anglikom dwa do trzech razy szybciej.

Karonady. Były to działa o niezwykle innowacyjnej konstrukcji, które Brytyjczycy opracowali Brytyjczycy do użytku na lżejszych okrętach. Miały one, które dzięki tym działom o krótszej i cieńszej lufie, zajmowały więc mało miejsca i nie obciążały konstrukcji, a przy tym mniej miejsca, były zdolne do walki ze znacznie większymi jednostkami. Przykładem był "Belleisle", który teoretycznie miał mieć 74 działa, ale pod Trafalgarem miał ich aż 84. To zwiększało znacznie ciężar jego salwy - oczywiście na krótkie dystanse. Co ciekawe, siła rażenia karonad była większa niż tradycyjnych dział dzięki ściślejszemu dopasowanejiu średnicy kupli względem średnicykalibru lufy. Tolerancja wynosiła zaledwie 0,1 cala (2,5 mm) w porównaniu do 0,6 cala (15,2 mm) w działach innych typów. Karonady miały słabymały zasięg, ale mogły strzelać pociskami o większym wagomiarze, były więc idealne do walki na krótkich dystansach, dokładnie takich, jakie dzieliły okręty walczące pod Trafalgarem. Brytyjczycy mieli ich więcej, a ich doktryna sprzyjała wykorzystaniu ich potencjału.

Doktryna. Anglicy celowali w kadłuby, Francuzi w omasztowanie. Wynikało to z kliku czynników. Dla Anglików strzelanie w żagle było rozumiane jako działanie defensywne, a w kadłub - jako ofensywne, gdyż redukowało siłę ognia przeciwnika. Francuzi toczyli więc pojedynki, a Anglicy chcieli przeciwnika zniszczyć. Aby wykorzystać swoją przewagę siły niszczącej ognia artylerii, Anglicy dążyli do walki na bliskie odległości. Ale kluczowa różnica w taktyce i "filozofii" walki wynikała z bardzo wielu czynników.

Na to, w co Francuzi celowali i jaką obierali taktykę strzelania, wpływała jakość prochu i to, że to zwykle Anglicy agresywnie podpływali do okrętów francuskich. Jako że robili to z wiatrem, ich okręty miały przechył w stronę przeciwnika, a więc naturalniej było celować w kadłub. Z francuskimi działami było odwrotnie - przechył wystawiał im na cel ożaglowanie. Rezultatem było to, że trafiające w kadłub angielskie pociski zabijały odpryskami drewna, a ofiarami strzałów były głównie obsługi dział przeciwnika. Aby zwiększyć efekt niszczący "siłę żywą wroga", Anglicy stosowali dwa sposoby: zmniejszali wielkość ładunku miotającego albo ładowali po dwie albo nawet trzy kule. Rezultatem było to, że kule z litego żelaza zamiast przelecieć przez wraży statek na wylot, rykoszetowały w jego wnętrzu.

W czasie bitwy trafalgarskiej Francuzi strzelali pierwsi, ale celowali w ożaglowanie, ładując podwójnie (częsta praktyka), jednak bez oczekiwanego skutku. Anglicy strzelali na wprost z minimalnej odległości, około 300-400 metrów. To dlatego już pierwsza salwa z "Royal Sovereign", która została wystrzelona w "Santa Annę", była nokautująca, zabijając i raniąc setki ludzi.

Kolejnym z czynników angielskiej przewagi była jakość prochu. Jego składnikiem jest saletra, zawierająca azot. Najlepszym jej rodzajem jest azotan potasu - jest najmniej higroskopijna, tzn. nie pochłania wody, co przekłada się na wolniejszą degradację prochu. Na najlepszej jakości azotan potasu, pochodzący z Indii, Anglicy mieli monopol. Francuzi pozyskiwali swoją saletrę ze źródeł, ehm..., biologicznych, tj. osadów jaskiniowych i zwierzęcego nawozu. Anglicy przyłożyli się też, by wypracować sposób produkcji równomiernie spalającego się węgla drzewnego - używali specjalnie skonstruowanych, podgrzewanych cylindrów. Rezultatem było to, że brytyjskie armaty mogły strzelać około 15% dalej niż francuskie.

Jakość załogi. Tu także Anglicy górowali. Zawdzięczali to reformom przeprowadzonym przez Samuela Pepysa w połowie XVII wieku. W tamtym okresie wprowadzono system merytokratyczny, premiujący zdolności marynarzy i oficerów. Do największego wysiłku zmuszał swoich marynarzy admirał Collingwood, wymagając wystrzelenia trzech celnych salw burtowych w ciągu pięciu minut. Jego marynarze osiągnęli jeszcze więcej - nadzwyczajny czas trzech i pół minuty. Standardowo artylerzyści realizowali cykl strzału w czasie 100 sekund, co i tak było wartością co najmniej dwukrotnie mniejszą niż osiągana przez przeciwników. I wystarczało.

B. Atmosfera zaufania i polityczny terror

Napoleon nie ufał głównodowodzącemu flotą. W dniu bitwy w drodze do Kadyksu była dyspozycja zdjęcia Villeneuve'a ze stanowiska. To wieść o tym odwołaniu, w połączeniu z informacją o zmniejszeniu liczby okrętów w brytyjskiej blokadzie, stała za decyzją Francuza, aby podjąć próbę przedostania się do Tulonu.

Nelson zarażał pewnością zwycięstwa, a Villeneuve był otwarcie pesymistyczny, i to w zaraźliwy sposób. Nelson, mimo zaprowadzenia nadzwyczaj surowej dyscypliny, był kochany i przez oficerów, i przez zwykłych marynarzy. Kapitanowie eskadry francusko-hiszpańskiej pogardzali swoim dowódcą. A warto dodać, że Napoleon ufał swoim dowódcom okrętów, bo powierzał jednostki tylko tym, którzy wykazali się kunsztem żeglarskim oraz odwagą i zaciekłością w walce.

Na morale rzutowały też zwyczaje i obyczaje w kwestii poddania okrętu. Francuscy dowódcy decydując się na kapitulację, często kierowali się subiektywną oceną, że walczyli tyle, ile wymagał honor. Brytyjczycy natomiast odmawiali poddawania się, walcząc do ostatka. Ilustracji tej reguły dostarczają relacje z ostatnich chwil Nelsona, Gdy doniesiono mu o wielkim zwycięstwie, miał zapytać "Czy któryś z naszych okrętów poddał się?". Oddał ducha po tym, gdy zapewniono go, że żaden.

-

1 Letter to the lord mayor of London, [w:] The Dispatches and Letters of Lord Nelson: May 1804 to July 1805, t. 6, wybór I opracowanie N.H. Nicolas, Chatham 2003, s. 125.

2 Miał rzec "Ci dżentelmeni wkrótce będą tak doskonali w teorii, że [z pewnością] wypłyną w morze by wiedzę swą wcielić w działanie." The Dispatches and Letters of Lord Nelson, Vol. VI, ed. Sir Nicholas Harris Nicolas, (London: Henry Colburn, 1846; reprint, London: Chatham Publishing, 1998), s. 253.

3 Kapitanowie okrętów dostali astronomiczne 3362 funtów na głowę, porucznicy po 226 funtów, chorążowie (ang. warrant officers) po 153 funty, midszypmeni (odpowiednik podchorążych) po 37 funtów, a szeregowi marynarze po 6 funtów i 10 szylingów. Kapitanowie otrzymali więc 1/3 tego, co mogliby otrzymać z pryzu, a marynarze ledwie 1/5.

Rajd pułkownika Doolittle 18 kwietnia 1942

Mistrz awiacji i jego natchniona wizja

Pomysł

Koncepcja ataku bombowego na japońskie ośrodki przemysłowe i stolicę w pojawił się w amerykańskich elitach decyzyjnych już w styczniu 1942 roku. Było to zaledwie miesiąc po ataku na Pearl Harbor. Postulowany cel miał mieć wymiar fizyczny - dokonanie zniszczeń, ale przede wszystkim psychologiczny - podniesienie własnego morale i spowodowanie zaburzeń procesów decyzyjnych u przeciwnika. To ostatnie miało zmusić Japończyków do relokacji zasobów z kluczowych obszarów do obrony Wysp Macierzystych. Kolejnym skutkiem miał być wpływ na proces decyzyjny sojuszników Ameryki oraz morale ludności cywilnej. To ostatnie miało przełożyć się na większe zaangażowanie obywateli Stanów Zjednoczonych w wysiłek wojenny.

Amerykańskie dowództwo chciało zaatakować Japonię bezpośrednio po ataku na Pearl Harbor. Dyrektywa Roosevelta brzmiała:

Znaleźć sposoby i środki, aby w formie nalotu bombowego przenieść do Japonii prawdziwe znaczenie wojny1.

Celem zaś było

Zrobić wszystko, co w ludzkiej mocy, by podnieść morale Ameryki i jej sojuszników tak szybko, jak to tylko możliwe2.

Amerykanie nie mieli jednak do dyspozycji ani lotnisk, z których mieliby w zasięgu Tokio, ani dostatecznej liczby samolotów umożliwiających taką misję. Potrzebne były lotniska zdolne obsługiwać samoloty bombowe dalekiego zasięgu, ale bazy na Filipinach utracono, te w Chinach nie dawały się szybko dostosować do wymogów technicznych, Sowieci zaś - walczący z niemiecką inwazją w europejskiej części swojego imperium, odmówili, powołując się na konieczność uniknięcia wojny z Japonią.

Rozwiązaniem, które wyłoniło się w sposób oczywisty, był rajd lotniskowców. Problemem tego pomysłu było to, że wystawiono by na ryzyko niezwykle cenne i nieliczne okręty będące w dyspozycji Floty Pacyfiku. Pomysł z wyrzuceniem z nich armijnych bombowców B-25 - mających większy zasięg - skrystalizował się w czasie anglo-amerykańskiej konferencji Arcadia, która odbyła się pomiędzy 22 grudnia 1941 A 14 stycznia 1942 roku. Uczestnicy omawiali na niej między innymi sposób dostarczenia samolotów potrzebnych do wsparcia sił lądowych w czasie inwazji w Afryce Północnej. Amerykański Admirał King zaproponował, żeby lotniskowce wzięły po 80-100 samolotów bazowania lądowego, wyrzuciły je w powietrze u brzegów Afryki do zadania bojowego. Samoloty te po walce miały wylądować już na lądzie.

"Specjalny projekt awiacyjny nr 1"

Planowanie

Kwestią podstawową był wybór samolotu, który mógłby wystartować z lotniskowca do misji zaatakowania Japonii z bezpiecznej dla lotniskowców odległości. Potrzebny był średni bombowiec. Stacjonujący wcześniej na Filipinach ciężki B-17 był za duży. B-18 - przestarzały. B-18 i B-23 - w zasadzie eksperymentalny. Wszystkie one , podobnie jak B-17 miały też za szeroki rozstawdużą rozpiętość skrzydeł. Nowo wprowadzony do służby B-26 wymagał zbyt dużego rozbiegu. Pozostawał jedynie B-25...... ale jedynie przy zastosowaniu dodatkowych zbiorników i usunięciu z pokładu absolutnie wszystkiego, co było zbędne dla wykonania misji.

Już wstępne opracowania koncepcyjne wskazywały, że optymalną - o ile nie jedyną dostępną - maszyną będzie B-25 Mitchell. Testy przeprowadzone na lotniskowcu USS "Hornet" szybko pokazały, że choć start jest możliwy, to lądowanie tą maszyną na lotniskowcu jest w praktyce niemożliwe. Wynikało to z czterech aspektów:

zbyt wysokiej prędkości lądowania B-25, która uniemożliwiała wyhamowanie na krótkich pokładach okrętów, wyposażenia B-25 - ale też wszystkich innych bombowców branych pod uwagę - w trzypunktowe podwozie, a więc goleń z kołem na przedzie samolotu. Zamiana go na hak do lin przechwytujących samoloty pokładowe była niemożliwa do przeprowadzenia, pierwotnej koncepcji zapożyczonej z narad dotyczących Afryki, zespół rajdowy miał głęboko spenetrować obszar operacyjny wroga, a więc wystawiony był na wykrycie i atak. Dla bezpieczeństwa lotniskowców musiały one zawrócić natychmiast po wyrzuceniu w powietrze eskadry uderzeniowej.

Początkowo rozważano nawet wodowanie powracających samolotów w bezpośredniej bliskości okrętów zespołu. Później zamierzano skierować bombowce w rejon Władywostoku. Ten rejon musiał zostać jednak wykluczony ze względu na zobowiązania traktatowe ZSRS wobec Japonii - państwa te były w stanie neutralności. W końcu zapadła decyzja o lądowaniu w Chinach. Wytypowano lotniska w kilku prowincjach: m.in. Nanchang (??) i Yushan (?? w prowincji Jiangxi oraz Quzhou (??) i główne Lishui (??) w prowincji Zhejiang - położone 350 kilometrów na południe od Szanghaju, w prowincji Zhejiang. Amerykańskie załogi miały uzupełnić na nich paliwo i przemieścić się do Chongqing, tymczasowej stolicy państwa chińskiego, by dołączyć do słynnych "Latających Tygrysów", dywizjonu amerykańskich pilotów-ochotników.

Na jednej z konferencji w San Francisco zapadły ostateczne decyzje. Atak poprowadzić miał osobiście podpułkownik James Doolittle z USAAF, czyli Korpusu Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych. Zespół lotniskowców miał być dowodzony przez wiceadmirała Williama F. Halseya, który miał dowieźć bombowce do punktu oddalonego o około 1000 kilometrów na wschód od Tokio.

Doolittle

Potrzebujemy bohatera!

politruk Daniłow w filmie Wróg u bram (2001)

James "Jimmy" H. Doolittle (1896-1993) był szeroko znanym mistrzem i pionierem awiacji. Swoje insygnia pilota zdobył w 1918 roku, a tytuł inżyniera cztery lata później. Był członkiem brygady lotniczej dowodzonej przez gen. Billy'ego Mitchella, która w 1921 roku dokonała skutecznej demonstracji zdolności samolotów do atakowania i zatapiania pancerników. Do jego wyczynów i osiągnięć zalicza się m.in. pierwszy przelot przez całe Stany w czasie poniżej 24 godzin.

Równocześnie z realizacją doktoratu z zakresu aeronautyki na MIT, jako jeden z pierwszych Doolittle oblatywał dla armii nowo konstruowane samoloty. Owocem tego połączenia było jego bodaj najbardziej przełomowe osiągnięcie. Doolittle do 1929 roku stworzył podwaliny pod loty bez widoczności, wyłącznie za pomocą przyrządów. Było to przełomowe dokonanie, które pozwoliło samolotom latać w nocy i przy złej pogodzie.

Później Doolittle został "podkupiony" armii przez giganta naftowego Shell. W okresie lat trzydziestych stał się promotorem paliwa stuoktanowego. Już w czasie wojny, w czasie bitwy o Wielką Brytanię, dawało ono alianckim maszynom osiągi niedostępne dla maszyn niemieckich - niemiecki przemysł petrochemiczny nie był w stanie produkować tak dobrego paliwa. Po powrocie do armii w 1940 roku Doolittle nadzorował przestawienie się producentów samochodów na produkcję samolotów, a następnie pracował w sztabie lotnictwa w Waszyngtonie.

Posiadanie takiego doświadczenia zawodowego sprawiło, że nie było niczym dziwnym, iż został wybrany nadzorowania przygotowań do rajdu na Tokio. Jego obowiązkiem miało być wytrenowanie pilotów oraz odpowiednie przygotowanie maszyn do lotu. Ale Doolittle, niespokojna dusza, wymógł na przełożonych powierzenie mu dowodzenia całą akcją.

Doolittle był wręcz idealnym kandydatem na dowódcę eskadry mającej zaatakować miasta na Wyspach Macierzystych Japonii. Liczyła się nie tylko jego nadzwyczajna wiedza o lotach długodystansowych, ale i jego sława - była ona mnożnikiem poszukiwanego przez Roosevelta i wojskowych wzmocnienia morale zarówno wśród personelu wojskowego, jak i cywilów, którzy na skutek wojny zostali poddani szeregowi ograniczeń i zmuszeni do wyrzeczeń.

Wybór celów i pory dnia

Planiści rozważali trzy warianty:

start o zmierzchu, atak w nocy, lądowanie o świcie - w tym wariancie samolot dowodzony przez samego Doolittle'a miał pełnić rolę pathfindera i wystrzelić nad Tokio flary naprowadzające resztę samolotów. Ten wariant oferował największe zaskoczenie i bezpieczeństwo, ale wiązał się z pogorszeniem celności (brak możliwości identyfikacji celów przez bombardierów), atak przy pierwszym brzasku - pozwalał na uzyskanie maksymalnie dużego zaskoczenia, a także dawał największe bezpieczeństwo zespołowi marynarki, z którego start miał nastąpić około 3 godziny przed świtem, atak w środku dnia - pozwalał na zwiększenie celności i dolot do miejsc lądowań po zmroku, jednak narażał bombowce na akcję artylerii przeciwlotniczej.

Pałac Cesarski miał być oszczędzony, o czym zadecydowano na najwyższym szczeblu. Była to kwestia morale - atak na osobę cesarza mógł doprowadzić do wywołania u Japończyków żądzy odwetu. Sam Doolittle sprzeciwiał się atakowi na Pałac Cesarski z uwagi na jego wartość historyczną i religijną.

Ostatecznie wszystkie elementy planu - łącznie z zezwoleniem Doolittle'owi na uczestnictwo w rajdzie - zatwierdzono 17 stycznia. Prace nad przygotowaniem maszyn i ludzi ruszyły 23 stycznia.

Przygotowania

Do rajdu wyznaczono 24 samoloty 17. Grupy Bombowej, z których do akcji z pokładu "Horneta" wysłano finalnie 16. Zainstalowano na nich dodatkowe zbiorniki paliwa i usunięto wszystko, co stanowiło niepotrzebne obciążenie zwiększające spalanie. Karabiny maszynowe w ogonach maszyn zastąpiono pomalowanymi na czarno kijami, co miało mieć efekt odstraszający w przypadku napotkania myśliwców przeciwnika.

Trening rozpoczęto w marcu 1942 roku. Załogi oczywiście nie znały celu misji. Szczególnym elementem treningu były krótkie starty po niespełna dwustumetrowym rozbiegu, szlifowane na lotnisku Eglin Field na Florydzie.

Pierwotnie "Hornet" miał wysłać bombowce do rajdu w odległości 500 mil od celu. Później dystans przesunięto na 400 mil, z granicą maksymalną na 650 mil. Do lotnisk w Chinach było kolejne 1200 mil3. Planiści wyliczyli, uwzględniając czynniki takie jak pogoda i margines bezpieczeństwa, startujące z "Horneta" samoloty powinny być zdolne do przelecenia 2400 mil.

Szkolenie załóg pod nadzorem Doolittle'a trwało około miesiąca, do 25 marca. Samoloty wraz z załogami przebazowano na lotnisko Alameda, pod San Francisco. Trasę pokonały 22 maszyny z 24 - dwie uległy uszkodzeniu.

Samoloty załadowano na "Horneta" w dniach 31 marca - 1 kwietnia. Stamtąd okręt wypłynął bezzwłocznie, zmierzając na miejsce spotkania z drugim lotniskowcem należącym do zespołu - USS "Enterprise". Poza nim w skład Task Force 16 weszły krążowniki USS "Nashville", "Northampton", "Salt Lake City" i "Vincennes", niszczyciele i jednostki zaopatrzeniowe.

Udział okrętów podwodnych

Jeszcze w fazie planowania dwa okręty podwodne - USS "Trout" i Thresher" - zostały wysłane wcześniej z zadaniem patrolowania zachodnich wybrzeży Wysp Japońskich. Zbierały dane o pogodzie i obecności nieprzyjaciela, robiąc to jedynie za pomocą peryskopów.

Obydwa okręty przy okazji zbierania informacji meteorologicznych atakowały żeglugę przybrzeżną. Szczęście dopisało "Thresherowi", gdy 10 kwietnia w okolicy Jokohamy, a więc w samej Zatoce Tokijskiej, zatopił frachtowiec o wyporności 5000 ton. Zapłacił za to uszkodzeniami po ataku bombami głębinowymi, ale było warto.

Zespół amerykański zdołał wyłączyć z gry sporą część japońskiej sieci dozorowania. Do tego wyprowadził cios w japońskie morale - Amerykanie w sposób zupełnie swobodny operowali w obszarze teoretycznie kontrolowanym przez Japonię i ani lotnictwo, ani flota nie były w stanie temu przeciwdziałać.

Ryc. 2. Szkic orientacyjny trasy rejsu zespołu TF-16 oraz miejsca lądowań samolotów rajdu Doolittle'a. Czerwone punkty: pozycja zespołu w południe kolejnych dni rejsu.
Japończycy nie gęsi, a własny nasłuch mają...

Japończycy, podsłuchując komunikację radiową floty amerykańskiej, wydedukowali już 14 kwietnia, a więc cztery dni przed dniem rajdu, że możliwy jest wrogi rajd bombowy na Wyspy Macierzyste. Do przechwycenia Amerykanów przygotowano m.in. zgrupowanie około 80 średnich bombowców, przebazowanych w rejon Kanto. Stawką było zatopienie amerykańskich lotniskowców. Japończycy nie wiedzieli, że w akcji wezmą udział dwa, czyli połowa tego, czy Amerykanie dysponowali w tamtym okresie wojny.

Do wykrycia nadpływających jednostek nieprzyjaciela Japończycy posłużyli się wyposażonymi w aparaturę łączności radiowej trawlerami rybackimi. Amerykański zespół TF-16 napatoczył się na jedną z nich - łódź nr 23 "Nitto Maru" o świcie 18 kwietnia. Miejsce kontaktu było oddalone od Tokio o 650 mil morskich. Było to o 250 mil dalej od celu niż miejsce wyznaczone pierwotnie, ale wciąż mieściło się w zasięgu.

W powietrzu było też 29 średnich bombowców Mitsubishi G4M z 26. K?k? Sentai (eskadry), uzbrojonych w torpedy i eskortowanych przez 24 myśliwce, wszystkie z dodatkowymi zbiornikami. I one poszukiwały TF-16. Czujność Japończyków wynikała z tego, że Amerykanie w lutym i marcu zrealizowali podobne naloty na wyspy Wake i Marcus, a także na cele na Wyspach Marshalla i Gilberta.

Tym, czego Japończycy nie włączyli do swoich kalkulacji, było zastosowanie bombowców armijnych, mających większy udźwig bomb i zasięg niż samoloty pokładowe. Japońscy planiści zakładali więc, że punkt startu będzie oddalony o zaledwie 200 mil od wybrzeży Japonii. Przyjęto też, że rajd rozpocznie się 19 kwietnia.

Start z "Horneta"

Pierwszy kontakt radarowy z nieprzyjacielem nastąpił 18 kwietnia o 3.10 w nocy. Okręty zmieniły kurs na północny, co pozwoliło oddalić się od niezidentyfikowanych jednostek. O 4.15 zniknęły one z amerykańskich radarów. A wtedy nastawał już świt i "Enterprise" o godzinie 5.08 zainicjował rutynowe patrole powietrzne obszaru na kursie zespołu.

Pierwotnie wyliczono, że samoloty bezpiecznie osiągną docelowe lotniska, jeśli wystartują w odległości 550 mil od celu. Jednak napatoczenie się na japońskie dozorowce sprawiło, że dystans do celu wzrósł do 620 mil. Do dystansu granicznego brakowało zaledwie 30 mil. Cały margines bezpieczeństwa zużył się w wyniku niekorzystnego wiatru, który wiał od strony Japonii z prędkością 23 węzłów, w porywach dochodząc do 29 węzłów.

Zaletą tej sytuacji było jednak to, że "Hornet" nie musiał manewrować do wyrzucenia w powietrze samolotów - samoloty startują z lotniskowców zawsze pod wiatr i przy maksymalnej prędkości okrętu. O godzinie 8.03 okręt przyspieszył do 22 węzłów. O 8.20 pierwszy samolot, pilotowany przez samego Doolittle'a, uniósł się w powietrze. O 9.21 wzniosła się ostatnia z maszyn i TF-16 natychmiast przyjął na kurs powrotny.

Celami były Tokio, Jokohama, Kobe, Nagoya i Osaka. Wybrano cele ściśle wojskowe i przemysłowe. W przypadku Tokio była to m.in. zatrudniająca 3000 pracowników Nippon Electric Company, produkująca sprzęt telekomunikacyjny dla wojska. Każdy z samolotów miał wyznaczone cele główne i zapasowe. Dodatkowo Doolittle zdecydował, że najlepiej będzie atakować każdy cel w szerokiej formacji. Intencją było sprawienie wrażenia, że atakująca armada jest znacznie liczniejsza niż w rzeczywistości. By zmaksymalizować zniszczenia, samoloty przenosiły tylko bomby burzące.

W trakcie startu zespołu Doolittle'a samoloty z lotniskowca "Enterprise" w czasie rajdu nie próżnowały. Rozprawiły się z łodziami dozorującymi, a później i uszkodziły krążownik pomocniczy "Awata Maru". Łódź, która nadała ostrzeżenie o amerykańskim zespole, została najpierw wpierw uszkodzona przez samoloty z "Enterprise", a potem zatopiona ogniem lekkiego krążownika "Nashville" (CL-43).

Ryc. 4. Jeden z B-25B startuje z "Horneta", 18 kwietnia 1942. Źródło: archiwa USS Army (80-G-41196), domena publiczna.
Atak

Lot zabrał bombowcom cztery godziny. Samoloty pojawiły się w polu widzenia całego szeregu japońskich jednostek, z których jedną zidentyfikowano jako lekki krążownik. Nadał on ostrzeżenie o samolotach wroga lecących w kierunku Wysp Japońskich. Ale ani konfrontacja z "Nitto Maru", ani te liczne kontakty wzrokowe nie postawiły na nogi japońskiego systemu obrony przeciwlotniczej. W końcu posterunek obserwacyjny w pobliżu Mito, 110 kilometrów od Tokio, dostrzegł samoloty i wszczął alarm przeciwlotniczy, ale wtedy Amerykanów od celów dzieliły minuty. Zanim potężna machina systemów obrony została uruchomiona, bomby trafiały już w swoje cele! Zaskoczenie było zupełne.

Samoloty uzbrojono w bomby zapalające i burzące.Cele to Tokio, Yokosuka, Yokohama, Kobe i Nagoya.Jeden z atakujących bombowców uszkodził lotniskowiec Ryuho w Yokosuka.

Japońskie przeciwdziałanie

Japoński system wczesnego ostrzegania opierał się na posterunkach obserwacyjnych, wyposażonych w telefony lub radia. Ich słabym punktem były nikłe zdolności rozpoznawania maszyn przeciwnika, co upośledzało cały system. Na początku 1942 roku system zaczęto rozbudowywać o stacje radarowe, ale japońskie urządzenia tego typu były prymitywne. Ich wiązka radiolokacyjna była na stałe skierowana w jeden punkt, nie mając możliwości zmiany kierunku, więc były w stanie wykryć obiekty wyłącznie wtedy, gdy wleciały one bezpośrednio w jej zasięg. Złapanie czegoś graniczyło więc z cudem.

Ogień przeciwlotniczy był słaby, podobnie jak akcja przypadkowo plączących się po niebie myśliwców i żaden z Mitchelli nie został zestrzelony. Kilka odniosło lekkie uszkodzenia, które nie przeszkodziły im w wejściu nad cel czy ucieczce. Tylko jedna maszyna zrzuciła bomby przed celem, zmuszona do tego przez atak myśliwca.

Jak się okazało, wcześniejszy start samolotów umożliwił lotniskowcom US Navy bezpieczny odwrót, chociaż Japończycy wysłali za TF-16 jedenaście okrętów podwodnych z 3. i 8. Dywizjonu, oraz zespół lotniskowców wracający z Oceanu Indyjskiego do Japonii. Obliczenia dokonane już po rajdzie wykazały, że gdyby Amerykanie podpłynęli bliżej i zostali wykryci, mogliby zostać przechwyceni przez "Akagi", "Soryu" i "Hiryu" i - przy korzystnej konfiguracji zdarzeń - zniszczeni. Japończycy Poszukiwały one bezskutecznie szukali Amerykanów do 24 kwietnia.

Dolot do Chin

Obsługa chińskich lotnisk, na których miały lądować maszyny lecące znad Japonii, rozpoczęła ich nocne oświetlanie już 10 kwietnia. Zapalano uzgodnioną ilość pięciu flar po obu krawędziach pasa oraz kolejne pięć po zawietrznej (na kierunku, w którym wieje wiatr). Przedwczesne rozpoczęcie tych czynności było działaniem zapobiegawczym i utrudniało przy tym Japończykom określenie terminu rajdu. Faktycznie, samoloty przyleciały przed planowanym terminem - do wcześniejszego startu dołożyło się też złe obliczenie dat. Amerykański zespół, płynąc w stronę Japonii, przekroczył przecież linię zmiany daty! Na okrętach połapano się w pomyłce, ale z uwagi na nakaz ciszy radiowej zrezygnowano z przesyłania komunikatu do Pearl Harbor, nawet już po wysłaniu samolotów.

Po realizacji ataku bombowce skierowały się na zachód i dopiero nad morzem skręciły w kierunku lotnisk docelowych. Problem stanowiła bardzo zła widoczność w obszarze docelowym. Mimo sprzyjającego wiatru popychającego samoloty, załogi dziesięciu z nich musiały opuścić maszyny z asystą spadochronów skakać na spadochronach nad lądem, a kolejnych czterech nad morzem. Jeden z bombowców doleciał do Władywostoku i jego załoga została internowana. Dwie załogi dostały się do japońskiej niewoli. Trzech z nichlotników, po zmuszeniu do przyznania się do ataku na cele cywilne, zostało straconych. Japończycy nie ustawali w poszukiwaniach amerykańskich pilotów przez trzy miesiące, łącznie przetrząsając obszar 50 tysięcy km2.

Japończycy zastosowali też potworne represje wobec chińskiej ludności cywilnej były potworne, acz ich skala i skutki są niemożliwe do weryfikacji. Chiński przywódca Czang Kaj-szek poinformował amerykańskiego prezydenta, że skutkiem rajdu było zgładzenie około 250 tysięcy Chińczyków i zajęcie przez armię japońską obszarów, które mogły w przyszłości posłużyć do powtórzenia rajdu.

Efekty rajdu

Zniszczenia, jakich dokonały amerykańskie bomby, były symboliczne w wymiarze materialnym, ale przeogromne w wymiarze morale. Jedynym celem stricte wojskowym, którego porażenie potwierdzono jeszcze w trakcie nalotu, było trafienie przebudowywanego lekkiego lotniskowca "Ry?h?". Nalot stał się dla Japończyków podstawą do wyciągnięcia wniosku, że należy zrealizować operację wywabienia amerykańskich lotniskowców do walnej bitwy poprzez zaatakowanie Midway.

Pierwsze informacje o skutkach rajdu były niejasne i nie napawały optymizmem. Wszystkie uczestniczące w rajdzie maszyny - ta wiadomość dotarła - zostały utracone. Było wiadomo, że samoloty zaskoczyły Japończyków, ale brak było jakichkolwiek informacji na temat skali wyrządzonych zniszczeń. Jeszcze 21 kwietnia amerykański prezydent wyrażał swój zawód i niezadowolenie. Nawet jeśli sam atak powiódł się na poziomie taktycznym i w swoim skutku na morale amerykańskiego społeczeństwa, strata wszystkich samolotów była dotkliwa (w tamtym momencie nie do końca znany był los wsyzstkich załóg).

Ale gdy odnalazły się załogi, we wszystkich natychmiast wstąpiła duma z osiągnięcia, a machina propagandowa ruszyła z pozytywnym przekazem. Dowaliliśmy Japońcom! Doolittle natychmiast zyskał rangę bohatera narodowego. Dowództwo w trybie natychmiastowym awansowało go do rangi generała brygady. Krótko potem otrzymał Medal Honoru - jako jeden z nielicznych nie zapłacił za to wyróżnienie życiem. Wszyscy lotnicy uczestniczący w rajdzie otrzymali Distinguished Flying Cross (Zaszczytny Krzyż Lotniczy). Załogi zostały też odznaczone przez rząd chiński.

Jednym z dalekosiężnych skutków rajdu było to, że Japończycy zdecydowali się wzmocnić nasycenie swoimi siłami centralnej części kontrolowanych przez siebie obszarów, zwłaszcza Wysp Macieżystych. Osłabiło to impet, z jakim działali w rejonie Australii.

Tym bardziej stało się dla Japończyków pilne, aby doprowadzić do walnej bitwy lotniskowców. Tymczasem niektórzy amerykańscy dowódcy obawiali się rajdu odwetowego na zachodnie wybrzeże Stanów. -

Spostrzeżenia i porady na wynos

A. "I don't give you enough information to think"4

Operacje wojskowe z jednej strony wymagają zachowania ścisłej tajemnicy, a z drugiej wyznaczeni do ich realizacji powinni znać ich cel strategiczny, by móc dokonywać bieżących korekt w sposób, który nie doprowadzi do zaprzepaszczenia wysiłku. Takie myślenie jest wbudowane na poziomie strukturalnym w doktrynę działania współczesnych jednostek elitarnych i w koncepcję "mission-objective".

Zbalansowanie tej kwestii to wieczny i nierozwiązywalny paradoks. W przypadku rajdu Doolittle'a przejawiła się ona w sposób niegroźny. Gaźniki w silnikach wszystkich B-25 zostały specjalnie dostrojone do potrzeb lotu w ten sposób, by uzyskać maksymalną oszczędność paliwa. Modyfikacji dokonano pod nadzorem najbardziej kompetentnej osoby - samego Doolittle'a. Podczas przebazowania bombowców z Florydy do Kalifornii zostały one poddane przeglądowi technicznemu w Sacramento. Ale technicy w Sacramento nie wiedzieli o przeznaczeniu zmian - ataku na Tokio. Przywrócili więc ustawienia standardowe gaźników, a niektóre - te fizycznie zmodyfikowane - wymienili na fabrycznie nowe. Szczęśliwie jeden z pilotów rajdu zorientował się w tej "naprawie" i w porę udało się wszystko przywrócić do potrzebnego stanu.

Problem ma wymiar psychologiczny i wymaga wykształcenia specyficznej mentalności na prawie całym łańcuchu hierarchii, przez który przepływają polecenia służbowe. Ludzie popadają w wyuczoną bezradność, "zwykłą" bierność lub stawiają bierny opór w sytuacji, w której nie są informowani o celu, dla osiągnięcia którego realizują czynności, a w organizacjach militarnych - narażają swoje życie.

B. Podnieść rękę na cesarza?

Toczący geopolityczne rozgrywki władcy wielkich mocarstw cieszą się immunitetem podobnym do figury króla w szachach - spadają z planszy wyłącznie w sytuacji, gdy osobiście uczestniczą w działaniach zbrojnych. Przykładami najlepiej znanymi są dwukrotnie zsyłany na odległą wyspę Napoleon oraz szwedzki król Gustaw II Adolf, trafiony pod Lützen.

Rozpatrując kwestię uśmiercenia wrogiego władcy w kategoriach racjonalności, należy brać pod uwagę dwa czynniki. Władca, zwłaszcza charyzmatyczny, może być (i zwykle jest) centralnym węzłem decyzyjnym całego wysiłku wojennego swojego państwa. Zabicie lub pojmanie go może w takiej sytuacji prowadzić do natychmiastowego zwycięstwa. Ale może być też odwrotnie, stąd planując rajd na Tokio, Amerykanie całkiem słusznie obawiali się, że zagrożenie życia cesarza - istoty boskiej, zgodnie z panującą do 1945 roku doktryną - mogłoby napełnić Japończyków wręcz nadludzką determinacją i kulturowo uwarunkowaną potrzebą wywarcia zemsty. Na początku 1942 roku Amerykanie, mając przed sobą pokonanie nie tylko Japonii, ale i Niemiec, nie mogli sobie na to pozwolić.

Jednak zabicie, a nawet wzięcie na celownik japońskiego cesarza mogło też mieć, za przeproszeniem, korzystne skutki. Mogłoby doprowadzić do tego, że rządni zemsty Japończycy przestaliby działać racjonalnie, będąc powodowani w swoich decyzjach i akcjach potrzebą uratowania twarzy i honoru. Jest to stan ze wszech miar pożądany! Przypomnijmy tylko prawidło sformułowane w 36 fortelach:

Przeciwnik ma dobierać taktykę i działania według wymogów dyktowanych przez inne względy niż logika bezpośredniego pola walki.

Ludzie - niezależnie od kultury, w której zostali zaprogramowani - reagują bardzo silnie na kwestie utraty rangi czy prestiżu. A Japończycy z ich kulturą honoru są kazusem skrajnym Zagrożenie osobistego bezpieczeństwa osoby cesarza mogłoby doprowadzić do poważnych perturbacji w ich strukturach władzy i relacjach między rozmaitymi frakcjami i grupami interesów, które zaangażowane były w wysiłek wojenny.

Osobą, która perfekcyjnie rozumiała japońską mentalność, był gen. Douglas MacArthur. Byłoby nadzwyczaj interesujące usłyszeć jego szczerą opinię o pomyśle zbombardowania Pałacu Cesarskiego w Tokio, choćby tylko bombami ćwiczebnymi. Nam pozostaje przypuszczać, że w korzystnych okolicznościach mogłoby to doprowadzić do skłócenia rozmaitych sił politycznych i stać się odpowiednikiem wrzucenia granatu do małpiarni.

-

1 Ang. "Find ways and means of carrying to Japan proper, in the form of A bombing raid, the real meaning of war".

2 Ang. "As soon as humanly possible to bolster morale of America and her Allies".

3 Odpowiednio 800 i 1900 km.

4 Ang. "Nie daję ci dość informacji, żebyś myślał". Trawestacja kwestii z bardzo znanego filmu hollywoodzkiego (zob. aneks na końcu książki)

Z braku podkowy przepadło królestwo

Wstęp

Bitwy schyłku i narodzin imperiów

Siła wielkiego mocarstwa oscyluje w tempie całych dekad. Oscyluje w rytm koncertu parametrów, które pulsują każdy w swoim rytmie po to, by nagle wygenerować zjawisko synergii i powołać do życia potężne imperia. Siły te wynoszą narody ku chwale i wielkości, by potem nieuchronnie ściągnąć je ku upadkowi.

Ale praktycznie każda geopolityczna zmiana przechodzi bardzo specyficzną fazę ustanawiania nowego mocarstwa - wielką bitwę. To albo bitwa założycielska, albo taka, którą dopiero przyszli historycy są w stanie wskazać jako wydarzenie, które przesądziło o upadku wspaniałego imperium, albo która uruchomiła proces lub tendencję, bez której losy świata potoczyłyby się inaczej.

Na sprawę można spojrzeć z drugiej strony - aby zgromadzić i kontrolować zasoby materialne, aby stoczyć bitwę założycielską, której skutkiem będzie świt nowego porządku świata, należy budować siłę geopolityczną, w tym militarną, przez całe dziesięciolecia. Z takiego punktu widzenia bitwy stabilizujące nowy układ geopolityczny są jedynie "formalnością", sposobem zniszczenia militarnych środków oddziaływania przeciwnika w chwili, w której wciąż ma on wolę walki na rzecz utrzymania starych struktur władzy na poziomie geopolitycznym. Przegrana bitwa staje się impulsem wywołującym w umyśle przeciwnika zjawisko poczucia przegranej. W przypadku człowieka z krwi i kości, w jego mózgu w chwili porażki dochodzi do mierzalnych, obserwowanych za pomocą rezonansu magnetycznego zmian w korze przedczołowej. W przypadkach skrajnych dochodzi do dysfunkcji mechanizmów fizjologicznych odpowiedzialnych za pracę struktur mózgowych odpowiedzialnych za motywację i procesy wolicjonalne. Na poziomie geopolitycznym dochodzi do degeneracji elit, których prosperita i pozycja nagle przestają współgrać w tandemie z "dobrem" obywateli i poddanych.

Dać z siebie 110%

Zdolność do innowacji, przejawiania inicjatywy i gotowość do poświęcenia na rzecz przyszłości to stany mentalne, od których zależy "jakość" żołnierza w każdej sytuacji i na każdym poziomie działań zbrojnych. Aby opisywać te zjawiska umysłowe, zwykliśmy posługiwać się niejasnym i nieostrym pojęciem morale.

Człowiek o wysokim morale walczy dłużej, męczy się później, daje się opanować zniechęceniu w mniejszym stopniu albo wcale. Poświęca się, jest zdolny do aktów szaleńczej odwagi. Dla szkoleniowca, szefa czy dowódcy, niezależnie czy wojskowego, czy cywilnego, doprowadzenie podwładnych do stanu maksymalnej wydajności to zadanie kluczowe. Dowódca musi balansować wszystkimi parametrami, które tylko zdoła koncepcyjnie opanować, aby podlegli mu żołnierze sami znaleźli energię i motywację do realizacji zadań w sposób wzorowy lub nawet wykraczający poza oczekiwania służby.

Państwa i narody budują całe struktury społeczne i instytucjonalne, aby zmaksymalizować swój potencjał. Rodzice oraz nauczyciele szkół podstawowych i średnich wyłapują co zdolniejszych uczniów i dyskretnie lub jawnie kierują ich kształceniem, zgranym z talentami i pasjami. Z dwóch moich ulubionych przykładów pierwszym jest zainteresowanie rakietami, jakie przejawiał Werner von Braun, którego geniusz wysłał człowieka na Księżyc. Drugi, częściowo fikcyjny, bo pochodzący z filmu Kontakt (1997, reż. Robert Zemeckis), to instrukcje dla ojca nastoletniej głównej bohaterki, by rozwijał on zainteresowania naukowe córki, co poskutkowało jej przełomowym wkładem w radioastronomię. Profesor Gary Flandro, inżynier NASA, który wykoncypował misję sond kosmicznych Voyager, przyznał się w wywiadzie do książki Siły psychohistorii (?SP III.1) do własnego aktu natchnienia z wczesnego dzieciństwa, którym była przeznaczona dla dzieci książka ze specyficznie zwizualizowanym rozmieszczeniem planet Układu Słonecznego.

Podsumowując, jednostki pełniące służbę na rzecz wysiłku wojennego noszą w sobie cały pakiet zdolności, talentów, umiejętności i osobistych motywów, które energetyzują je do działania i umożliwiają je. Zawiadowcy potężnych mocarstw, głównodowodzący gdzieś hen z dala od pola bitwy, dowódcy kierujący ludźmi tuż za linią kontaktu z wrogiem i ci dowodzący z pierwszej linii... Wszyscy oni muszą w możliwie dużym stopniu kontrolować jakiś wycinek tego całego galimatiasu motywacji i umiejętności.

Gdy im się uda, efektem jest bitwa wygrana o włos... Wygrana dzięki zdarzeniom pozornie błahym i przypadkowym, ale w znakomitej większości dającym się wytłumaczyć jako coś, czego ktoś nie musiał tak naprawdę robić, ale zrobił. Zrobił z pasji dla swojego zajęcia, poczucia lojalności wobec społeczności czy poczucia obowiązku, by mieć swój wkład w jej dumę i siły żywotne.

Takim poświęceniem wykazał się por. Richard Best, który zamiast "robić, co mu rozkazano", odłączył się od fali nurkujących na wrogi lotniskowiec kolegów i w pojedynkę (nie licząc skrzydłowych) zatopił japoński lotniskowiec w bitwie o Midway (s. 301). Best nie musiał tego robić.

Wiedza na poziomie natchnionego mistrza i pioniera awiacji, którą dysponował płk Jimmy Doolittle, pozwoliła z kolei na zrealizowanie ataku bombowego na Tokio w początkowej fazie wojny. Doolittle nie musiał tego robić, aby cieszyć się szacunkiem i wysoką pozycją w hierarchii. Nie musiał, ale ryzykując własne życie - zrobił.

Prawda jest taka, że zmotywowani popełniają mniej pomyłek. Wierzący w moralną słuszność pójdą ze swoimi aktami poświęcenia i użycia siły wobec przeciwnika dalej. Walczący o dumną przyszłość potężnego mocarstwa zaryzykują własne życie z większym zaangażowaniem. Relacje z kampanii, bitew i operacji, w których zdołamy wyczytać ten wzorzec, są głównym wątkiem niniejszego tomu Wzorców zwyciężania.

Piotr Plebaniak Hualian, Tajwan marzec 2024

Wybrana bibliografia oraz lektury polecane

Źródła internetowe

Autor dysponuje kopiami archiwalnymi wszystkich linkowanych materiałów (teksty, wideo). W przypadku potrzeby Czytelnika dostępu do materiałów usuniętych, zapraszam do kontaktu.

Poniżej znajdują się wybrane pozycje przywołane i cytowane oraz pomocnicze (polecane). Zastosowane kryterium doboru: użyteczność koncepcyjna i praktyczna.

Listę wszystkich treści on-line, do których odwołania (linki) znajdują się w przypisach, można obejrzeć na:

https://chiny.pl/prz/12

Znajdują się tam też kopie archiwalne, zachowane przez autorów na wypadek ich ocenzurowania lub usunięcia z innych przyczyn.

Źródła internetowe

Autor dysponuje kopiami archiwalnymi wszystkich linkowanych materiałów (teksty, wideo). W przypadku potrzeby Czytelnika dostępu do materiałów usuniętych, zapraszam do kontaktu.

Poniżej znajdują się wybrane pozycje przywołane i cytowane oraz pomocnicze (polecane). Zastosowane kryterium doboru: użyteczność koncepcyjna i praktyczna.

Listę wszystkich treści on-line, do których odwołania (linki) znajdują się w przypisach, można obejrzeć na:

https://chiny.pl/prz/12

Znajdują się tam też kopie archiwalne, zachowane przez autorów na wypadek ich ocenzurowania lub usunięcia z innych przyczyn.

Wstęp

Heinlein Robert A., Luna to surowa pani, Rebis, Poznań 1992.

Temat 1 (Kampanie i operacje)

J. Yanagisawa, Military Implications of the Falklands War: From Japan's Point of View, National Institute for Defese Studies, Tokio 2013.

Andrew Noble, Chris Hobson, Falklands Air War, Midland 2002.

M. Middlebrook, The Fight for the 'Malvinas': The Argentine Forces in the Falklands War, Penguin Books, Londyn 1990

John Nott, Here Today Gone Tomorrow: Recollections of an Errant Politician, Politico's Publishing Ltd, Westminster 2003.

J. Yanagisawy, Military Implications of the Falklands War: From Japan's Point of View, National Institute for Defese Studies, Tokio 2013.

S. Badsey, R. Havers i M. Grove, Frank Cass (red.), The Falklands Conflict Twenty Years on: Lessons for the Future, Londyn 2005

Bill Sloan, The Darkest Summer, Simon & Schuster 2010.

Edward Hampshire, Graham Turner, The Falklands Naval Campaign 1982 War in the South Atlantic

David Yates, Bomb Alley. Falkland Islands 1982 aboard HMS Antrim at war.

Kenneth L. Privratsky, Logistics in the Falklands War, Pen & Sword Military 2014.

Pawel Skworoda, Hammerstein1627, Bellona, Warszawa 2006.

Earle Rice, The Inchon Invasion, Lucent Books 1996.

Robert Kłosowicz, Inczhon-Seul 1950, Bellona, Warszawa 2005.

Temat 2 (Przełomy technologiczne)

Michael Roberts, Gustavus Adolphus and the Rise of Sweden, English Universities Press 1973.

Richard Brzeziński, Lützen 1632. Apogeum wojny trzydziestoletniej, Bellona, Warszawa 2008.

Evgienij Razin, Historia sztuki wojennej, cz. III, Warszawa 1964.

G.S. Hutchison, Machine Guns: Their History and Tactical Employment (Being Also a History of the Machine Gun Corps, 1916-1922), Uckfield 2004.

D.L. Goldsmith, The Devil's Paintbrush: Sir Hiram Maxim's Gun, Collector Grade Publications, Old Heathfield 1989.

D. French, Armia Brytyjska 1919-1945 a wojna z Niemcami, Wydawnictwo Poznańskie Poznań 2014.

Byron Farwell, The Great Boer War, W.W. Norton & Co Inc. 1990.

Spencer Jones, From Boer War to World War Tactical Reform of the British Army, 1902-1914, University of Oklahoma Press 2012.

Ronald S. Love, Maritime Exploration in the Age of Discovery, 1415-1800 (Greenwood Guides to Historic Events 1500-1900), Greenwood 2006.

John Francis Guilmartin, Gunpowder and Galleys. Changing Technology Mediterranean Warfare at Sea in the 16th Century, Conway Maritime Press Ltd., 2003.

Temat 3 (Mahan, okręty liniowe i pancerniki)

S.L. Moore, Battle Stations: How the USS Yorktown Helped Turn the Tide at Coral Sea and Midway, Dutton Caliber, Boston 2021.

W.H. Fitchett, Nelson and His Captains, Londyn 1902.

J. Wiesław Dyskant, A. Michałek, Port Artur-Cuszima, 1904-1905, Warszawa 2005.

Mark Stille, Howard Gerrard, Midway 1942 Turning Point in the Pacific, Osprey Publishing 2010.

Thomas C. Hone, The Battle of Midway. Naval Institute Press 2013.

Richard Freeman, Turning the Tide The Battles of Coral Sea and Midway, University of Plymouth Press 2016.

Sam Willis, Battle of Trafalgar, Michael Joseph 2019.

Mark Latham, Trafalgar, Naval Warfare in the Age of Sail 1795-1815, Games Workshop 2008.

Nicholas Tracy, Nelsons Battles The Art of Victory in the Age of Sail, Naval Institute Press 1996.

Alan Schom, Trafalgar Countdown to Battle, 1803-1805, Oxford University Press 1990.

Brian Lavery, Nelson and the Nile, Naval Institute Press 1998.

Te4mat 4 (Bitwy założycielskie Ameryki)

Richard M. Ketchum, Decisive Day: The Battle for Bunker Hill, Doubleday 1974.

Brendan Morrissey, Boston 1775 The Shot Heard Around the World, Osprey Publishing 1993.

Michael Stephenson, Patriot Battles How the War of Independence Was Fought, Harper Perennial 2008.

Stephen Hardin, The Alamo 1836: Santa Anna's Texas Campaign, Osprey Publishing 2001.

William C. Davis, Three Roads to the Alamo The Lives and Fortunes of David Crockett, James Bowie, and William Barret Travis, Harper Perennial 1999.

Temat 5 (Akty militarnego geniuszu i wręcz przeciwnie)

Jarosław Wojtczak, Quebec 1759, Bellona, Warszawa 2000.

Matthew C. Ward, The Battle for Quebec 1759 - Britain's Conquest of Canada, The History Press 2009.

Stuart Reid, Quebec 1759. The Battle That Won Canada, Osprey Publishing 2003.

Clayton K. S. Chun, The Doolittle Raid 1942: America's first strike back at Japan, Osprey Publishing 2006.

James M. Scott, Target Tokyo: Jimmy Doolittle and the Raid that Avenged Pearl Harbor, W. W. Norton & Company 2006.

Duane P. Schultz, The Doolittle Raid, St. Martin's Press 1989.

Dani Asher, The Egyptian Strategy for the Yom Kippur War. An Analysis, Jefferson 2009.

Howard Blum, The Eve of Destruction. The Untold Story of Yom Kippur War, Nowy Jork, 2004.

George W. Gawrych, The 1973 Arab-Israeli War: The Albatross of Decisive Victory, Fort Leavenworth, 2001.