Rozdział I
Wychodząc z Plassans przez bramę Rzymską, która
leży w południowej części miasta, mamy po prawej stronie gościńca
nicejskiego, po za pierwszemi domami przedmieścia, jakiś grunt
nieoznaczony, noszący nazwę równiny świętego Mittra. Równina św. Mittra stanowi czworobok podłużny, dość obszerny,
ciągnący się wzdłuż chodnika drogi i od niej odgraniczony pasmem
wydeptanej trawy. Prawy bok jego tworzą domy, uliczki bez wyjścia,
z lewego zaś, jakoteż i w głębi wznoszą się dwie ściany muru, mchem
porosłego, po nad którym górują gałęzie drzew morwowych, należących
do znacznej posiadłości Jas-Meiffren, do której wejście znajduje
się poniżej z przedmieścia. Równina z trzech stron zamknięta, jak
widzimy, nieprowadzi nigdzie, chodzą też po niej tylko osoby
używające przechadzki. Dawnemi czasy był to cmentarz pod wezwaniem św. Mittra, bardzo
poważanego w Prowancyi. Starzy mieszczanie w roku 1851 pamiętali
jeszcze stojące mury cmentarza, który długie lata był zamknięty.
Ziemia przepełniona ciałami zmarłych, śmiercią zionęła i musiano
wyznaczyć inne miejsce na groby, na drugim końcu miasta. Opuszczony
cmentarz każdorocznie pokrywała bujna, obfita i ciemna roślinność.
Płodnym był ów grunt tłusty, w którym już grabarze nie mogli
wynaleźć wolnego miejsca dla zwłok ludzkich. Po deszczach majowych
i czerwcowych upałach, widać było z gościńca wysoko wznoszące się
wierzchołki zielsk rozmaitych; wewnątrz zaś, falowało tu jakby
morze zielone, ciemne, głębokie, nakrapiane dużemi kwiaty,
szczególnego blasku. Stąpając w cieniu łodyg, czułeś pod nogami
grunt uginający się, przesiąkły wilgocią. Jedną z ówczesnych osobliwości tego pola, były grusze o
pokręconych, knotowatych gałęziach, których ogromnego owocu żadna
gospodyni plassańska nie chciałaby użyć do swojej kuchni. W mieście
brzydzono się niemi, lecz ulicznicy z przedmieścia nie byli tak
wybrednymi, przełażąc przez mur, zaopatrywali się w gruszki,
chociażby jeszcze niedojrzałe. Z czasem, raźne życie drzew i trawy, byłoby całkiem pochłonęło
śmiertelne szczątki cmentarza - kwiaty i owoce byłyby wyssały
rozkładające się materye. Rozchodziła się już nawet z miejsca tego
zaraźliwego, silna woń dzikiej gieranii... Ale miasto nie chciało czekać jeszcze lat kilku, tylko postanowiło
korzystać z opróżnionego placu. Mur od strony drogi został obalony,
wyrzucono zielska i grusze a cmentarz przeniesiono. Po skopaniu
gruntu na kilka metrów, kości, które ziemia zwróciła jeszcze,
złożono na jedno miejsce. Ulicznicy, ubolewając nad utratą gruszek,
bawili się tymczasem nagiemi czaszkami. Jednej nocy, niewcześni
żartownisie pozawieszali piszczele przy wszystkich dzwonkach w
mieście. Skandal ten był powodem, że kości przeniesiono do dołu na
nowym cmentarzu. Lecz że na prowincyi roboty zawsze się odbywają z
rozsądną powolnością, mieszkańcy przez cały tydzień patrzyli, jak
tylko jeden wóz przewoził szczątki ludzkie, jakby kamienie lub
cegły. Musiał przejeżdżać przez całe miasto, trzęsąc się i stukając
po nierównym bruku, gubił po drodze kości, lub bryłki tłustej
ziemi. Przykro było pobożnej ludności, że przy tem nie pomyślano o
żadnej ceremonii religijnej... Przez lat kilka dawny cmentarz św. Mittra był przedmiotem
przerażenia. Nie wiedziano co z nim zrobić. Położony przy samym
gościńcu, otwarty dla każdego przechodnia, pozostał pustym i na
nowo stał się pastwą szalonej roślinności. Municypalność zamierzała
sprzedać grunt pod budowle, lecz nabywca się nie znalazł. Czy to
świeże jeszcze wspomnienie poprzedniego przeznaczenia, czy zwykłe
prowincyom lenistwo i niechęć do burzenia dawnych a wznoszenia
nowych rzeczy, spowodowały, że plac został nadal własnością miasta,
które później zapomniało, że miało zamiar pozbyć się go. Z lat
upływem, mieszczanie przyzwyczaili się do pustego kąta; nogi
spacerujących wydeptały bujną trawę, przebiła się szara ziemia,
wyschła i stwardniała, dawne cmentarzysko stało się podobnem do
placu źle splantowanego; straciło nazwę przeznaczenia, zachowawszy
wezwanie świętego; była więc to równina św. Mittra i uliczka św.
Mittra. Dawne to są rzeczy. Od lat bowiem trzydziestu plac wzmiankowany
przybrał niezwykłą fizyonomię. Miasto wydzierżawiło go za czynsz
bardzo mały kołodziejom z przedmieścia, którzy urządzili tam skład
drzewa. Dzisiaj jeszcze leżą w tem miejscu ogromne belki na kupę
zwalone, jakby wiązki wysokich kolumn poprzewracanych na ziemię.
Belki te, rodzaj masztów równolegle leżących, sięgających od
jednego do drugiego brzegu placu, są rozkoszą uliczników, którzy,
skacząc po nich dnie całe, dają dowody niesłychanej równowagi;
wchodzą na nie, schodzą, huśtają się i różne wyprawiają sztuki,
kończące się zwykle guzami i płaczem, ale powtarzające się
codziennie od ćwierć wieku. Jeszcze jedna osobliwość cechuje zatracony zakątek, oto służy on
wędrownym cyganom za obozowisko. Skoro tylko przybędzie do Plassans
dom przenośny, czyli wóz obejmujący całe pokolenie, z pewnością
udaje się w głąb równiny św. Mittra. Nigdy też nie jest ona
zupełnie pustą, widać grupy mężczyzn opalonych, chudych kobiet i
nagich dzieci przewracających się po ziemi. Lud ten żyje tam bez
wstydu, pod gołem niebem, wobec wszystkich, gotuje w kotle, zjada
byle co, świeci łachmanami, śpi, bije się, całuje, cuchnie brudem i
nędzą. Na pustem i zamarłem polu, gdzie przedtem w ciszy słonecznej,
brzęczały tylko szerszenie do koła kwiatów latające, rozlegają się
głosy zwaśnionych cyganów, lub wrzawa uliczników z przedmieścia.
którym towarzyszy zgrzyt piły, przerzynającej belki na tarcice.
Tartak tamtejszy jest zupełnie pierwotnym: belkę kładą na dwóch
kozłach, jeden tracz stoi na górze, to jest na tejże samej belce,
drugi na ziemi, i rżną bale za pomocą szerokiej piły, bez przerwy
tam i napowrót przesuwanej. Tarcice układają następnie wzdłuż muru
w pewnych odstępach, w stosy od dwóch do trzech metrów wysokie, w
kształt regularnych sześcianów. Te stosy, leżące zwykle po lat
kilka, stanowią jedną z przyjemności równiny św. Mittra; tworzą
bowiem zacienione chodniki, wązkie, ciche, prowadzące do szerszej
uliczki, zachowanej pomiędzy murem a szeregiem drzewa; uliczka jest
to jakby pustynia, zielona wstęga, z której widać tylko niebo; mech
porasta na murze, ziemia zachowała siłę wegetacyjną i przejmującą
ciszę dawnego cmentarzyska. Czuć tam owe ciepło i nieokreślone
podmuchy spokoju śmierci, jakie wychodzą ze starych grobów
rozgrzanych na gorącem słońcu. W okolicy Plassans niema drugiego
miejsca, tak przepełnionego ciepłem wzruszających uczuć i powabem
samotności. Słodko tam jest marzyć i kochać, chociaż zapewne pod
murem leżało niegdyś zbiorowisko kości ludzkich, lecz któż myśli o
zmarłych, co spoczywali pod tą trawą? W dzień, tylko dzieci
wbiegają za stosy, gdy się bawią w chowanego, zresztą zielona ulica
jest pustą. Góruje nad nią, jak i nad całym składem drzewa, nad
swawolą dzieciaków i nad cyganami dmuchającymi w ogień - pochylona
postać tracza na belce, która odstaje od błękitu nieba i przesuwa
się tam i napowrót z dokładnością zegara, regulującego nowe życie
powstałe na dawnem polu wiecznego spoczynku. Tylko starzy ludzie,
usiadłszy na belkach przy promieniu zachodzącego słońca, gwarzą
jeszcze pomiędzy sobą o kościach, które widzieli jak przewożono
niegdyś na wózku przez ulice miasta. Za nadejściem nocy, równina św. Mittra wyludnia się zupełnie; z
początku migocze jeszcze gdzieniegdzie gasnący ogień cyganów,
nareszcie cienie nawet nikną w gęstej pomroce ciemności. W zimie
mianowicie, miejsce to wydaje się złowrogiem. W pewną niedzielę wieczorem, około godziny 7-mej, młody człowiek
wyszedł zwolna z uliczki św. Mittra, przeszedł wzdłuż domów i udał
się na plac pomiędzy stosy drzewa. Było to w pierwszych dniach
grudnia 1851 r. w czasie mroźnego powietrza. Księżyc w pełni
świecił jasno, jak zwykle w zimowych miesiącach, plac przeto nie
był przerażająco czarnym; owszem błyszczały po jego powierzchni
płaty białego światła, podwyższając smutny powab głuchej ciszy i
zimna. Młody człowiek zatrzymał się chwilę przy wejściu, rozglądając się
z miną nieufną. Z pod jego kaftana wyzierała strzelba na wpół
ukryta, której spuszczona lufa ku ziemi połyskiwała czasami.
Przyciskając broń do siebie, patrzył uważnie na cienie padające od
stosów tarcic, które tworzyły jakby szachownicę złożoną naprzemian
z pól jasnych i ciemnych. Pośród placu, na kawałku nagiej ziemi,
rysowały się podłużne, wązkie, dziwaczne, kozły traczów, podobne do
potwornej figury geometrycznej, skreślonej atramentem na papierze.
Resztę placu oświetlonego księżycem przerzynały czarne smugi
leżących belek, które, wydając się jakby zdrętwiałe od snu i zimna,
przypominały zmarłych dawnego cmentarzyska. Młodzieniec rzucił na
pustą przestrzeń przelotne tylko wejrzenie; nie było tam żywej
duszy, najmniejszego ruchu, żadnej obawy, żeby kto mógł coś
podejrzeń lub podsłuchać. Więcej go zajmowały miejsca ciemne,
znajdujące się w głębi placu. Jednak po krótkim namyśle szybko
przeszedł przez jego środek. Dostawszy się do zielonego chodnika pod murem za tarcicami,
zwolnił kroku. Tutaj zaledwo już słyszał odgłos własnych stąpań,
zmarznięta trawa skrzypiała cichutko pod jego stopami. Ogarnęło go
jakieś uczucie błogiego spokoju. Widocznie lubił to miejsce,
niczego się tam nie obawiał, przyszedł jakby umyślnie, by doznać
miłych wrażeń. Już nie skrywał swojej strzelby. Ulica przedłużała
się w ciemności poprzerywanej światłemi smugami w miejscach, gdzie
odsunięte od siebie bale przepuszczały promienie księżyca.
Wszystko, zarazem światło jak i cienie, było uśpione snem cichym i
smutnym. Spokój tej ścieżyny zniczem porównać się nie dawał.
Młodzieniec przeszedł przez całą jej długość. Na końcu, w miejscu
gdzie mury Jas-Meiffrenu kąt tworzyły, zatrzymał się, nasłuchując,
czy nie dojdzie go jaki szelest z posiadłości sąsiedniej. Lecz nie
nie usłyszawszy, nachylił się, usunął deskę i schował strzelbę
pomiędzy drzewa. W samym rogu leżał kamień grobowy, zapomniany w czasie
przenoszenia cmentarza; wsparty na płaszczyźnie nieco pochylonej,
stanowił on rodzaj wysokiej ławki. Mech pożerał go zwolna, deszcz
kruszył jego krawędzie. Można jeszcze było przeczytać na stronie
zachodzącej w ziemię: "Tu leży... Marya... zmarła..." Resztę czas
zatarł. Schowawszy strzelbę, młodzieniec znowu słuchał, potem wszedł na
kamień. Mur był nizki w tem miejscu, położył łokcie na brzegu. Lecz
za szeregiem drzew morwowych, stojących wzdłuż muru, zobaczył tylko
płaszczyznę oświetloną; grunta Jas-Meiffrenu, płaskie i nagie,
rozciągały się pod promieniem księżyca, jak ogromna sztuka
bielonego płótna; o sto metrów dalej, dom mieszkalny i oficyny
jeszcze jaśniej się bieliły. Młody człowiek spozierał w tamtą
stronę z pewną nie spokojnością, gdy tymczasem zegar miejski zwolna
wybił godzinę siódmą. Policzył uderzenia i zeszedł na ziemię z miną
zadziwioną i uspokojoną zarazem. Usiadł na ławce, jakby się przygotowywał na długie czekanie. Nie
zdawało się, by czuł zimno, siedział blizko pół godziny nieruchomy,
zamyślony, wlepiwszy wzrok w ciemności nocne. Wybrał sobie z
początku miejsce zasłonięte, lecz stopniami księżyc, który wznosił
się coraz wyżej, opromienił jasnem światłem głowę jego. Był to chłopiec silnej budowy, pięknych, charakterystycznych
rysów, delikatne jego usta i cera świeża wskazywały wiek
młodociany. Nie miał więcej jak lat siedemnaście. Twarz szczupła, podłużna, wydawała się jakby wyrzeźbiona ręką
biegłego artysty. Czoło wypukłe, brwi wydatne, nos orli - nadawały
całej głowie cechę nadzwyczajnej siły. Z wiekiem ta głowa przybrać
koniecznie musiała kształty kościste, wydatne i chudość błędnego
rycerza. Lecz w tym okresie młodocianym, kiedy na twarzy i brodzie
zaledwie delikatny puszczał się meszek, ostry wyraz mięko
modyfikowały niepewne, dziecinne prawie rysy. Oczy czarne, łagodne,
stanowiły słodycz fizyonomii. Nie każdej kobiecie podobałby się ten
chłopiec, gdyż nie był pięknym według przeciętnego gustu. W twarzy
jego wszakże tyle było gorącego, sympatycznego ożywienia, tyle
zapału i siły, że dziewczętom z jego prowincyi, opalonym
dziewczętom Południa, mógł się przyśnić tego dnia, kiedy w czasie
ciepłych wieczorów lipcowych, przechodził pod ich oknami. Siedząc na kamieniu grobowym, rozmyślał ciągle i nie uważał, że
księżyc całkiem go już oświecił. Wzrost miał średni, ręce
robotnika, stwardniałe od pracy, nogi szerokie w palcach, obute w
trzewiki zasznurowane. Pewna ociężałość, widniejąca w postawie i
członkach, wskazywała że należał do ludu; lecz sposób podnoszenia
głowy, połysk myślących oczu, wyrażały jakby głuchy protest przeciw
dziczeniu przy rzemiośle, które zaczynało go już pochylać ku ziemi.
Musiała to być natura inteligentna, którą przygniatała ociężałość
właściwa jego rasie i klasie towarzyskiej, jeden z tych umysłów
wyborowych, co są zagrzebane w pełnem ciele a cierpią nad tem, że
nie mogą otrząść się z grubych osłon i wyjść promieniejące. Pomimo
widocznej siły, był nieśmiały i niespójny, mimowiednie się
wstydził, że mu tyle brakuje, i że nie wiedział jak uzupełnić
braki. Dzielny ten chłopiec, mało wiedzący, więc pełen zapału,
serce miał mężczyzny, rozum dziewczęcia, odwagę bohatera,
niedbałość kobiety. Dzisiejszego wieczoru ubrany był w kapotę i
spodnie z wełnianego, ciemno-zielonego; aksamitu. Miękki, pilśniowy
kapelusz zacieniał mu część czoła. Gdy w pół do 8-ej wybiło, ocknął się ze swojej zadumy,
spostrzegłszy że go księżyc oświeca, usunął się w cień; lecz już
nie mógł złapać wątku swych myśli. Poczuł, że mu ręce i nogi
ziębną, zaczął się niecierpliwić. Wylazł na kamień, by powtórnie
spojrzeć do Jas-Meiffrenu; ale tam było ciągle cicho i pusto. Nie
wiedząc czem się zająć, by czas prędzej zeszedł, wydobył strzelbę i
zaczął odwodzić kurek. Był to długi ciężki karabin, który zapewne
kiedyś należał do jakiego przemytnika. Po grubej kolbie i osadzie
lufy, można było poznać, że miejscowy rusznikarz przerobił dawną
fuzyę skałkową na pistonową. Widzieć jeszcze można takie karabiny
po folwarkach, zawieszone nad kominkami. Młodzieniec z upodobaniem
bawił się swą bronią; spuścił kilkanaście razy kurek, wsadzał palce
w lufę, przyglądał się kolbie. Nareszcie, zagrzany młodzieńczym
zapałem, przyłożył karabin do twarzy, mierząc gdzieś w próżnię, jak
rekrut odbywający ćwiczenia. Ósma godzina wybić już musiała, gdy cichy i pośpieszny głosik dał
się słyszeć z Jas-Meiffrenu. - Czy jesteś tam, Sylweryuszu? Sylweryusz opuścił strzelbę na ziemię i jednym skokiem był na
kamieniu. - Jestem, jestem - rzekł po cichu... - Poczekaj, dopomogę ci. Jeszcze nie wyciągnął ręki, kiedy na szczycie muru ukazała się
młoda dziewczyna; za pomocą morwowych gałęzi wdrapała się zręcznie,
jak młoda kotka. Po swobodzie ruchów i pewności, widać było, że
jest doskonale obeznaną z tą szczególną drogą. Usiadła na murze,
Sylweryusz wziął ją na ręce i posadził na kamieniu. Wydzierała mu
się ze śmiechem: - Dajże pokój... Umiem doskonale zejść sama. Czy dawno na mnie
czekasz? Biegłam co sił, zadyszałam się... Sylweryusz zrazu nic nie odpowiadał, nie miał ochoty śmiać się.
Potem, siadając koło niej, rzekł: - Chciałem widzieć się z tobą, Mietto, byłbym na ciebie czekał noc
całą... Jutro z dnia brzaskiem wychodzę. Dziewczyna, spojrzawszy na strzelbę leżącą na ziemi, sposępniała. - Ach, więc nieodmiennie... to twoja fuzya?... - Moja - odpowiedział po chwili milczenia - wolałem wziąść ją
dzisiaj wieczór, jutro z rana mogłaby ciotka zobaczyć, tob y ją
zaniepokoiło... Strzelbę schowam tutaj, w chwili odejścia przyjdę
po nią. To mówiąc, wstał i włożył ją pomiędzy deski. - Dowiedzieliśmy się - rzekł, siadając napowrót - że powstańcy z
Paludy i z Saint-Martinde-Vaulx przybywają, że ostatniej nocy byli
w Alboise. Mamy się z nimi połączyć. Dzisiaj część robotników
wyszła z Plassans, ci co pozostali jutro połączą się z braćmi. Wymówił wyraz "z braćmi" z napuszoną przesadą, właściwą młodemu
wiekowi. Potem dodał: - Starcie stało się nieuniknionem, lecz zwyciężymy, bo słuszność
jest po naszej stronie. Mietta słuchała go uważnie; gdy zamilkł, rzekła krótko: - To dobrze. Ostrzegłeś mnie wprawdzie... ale jeszcze miałam
nadzieję... tymczasem widzę, że się nic nie zmieniło... Więcej nic przemówić nie mogli. Pusty zakątek placu i zielona
uliczka odzyskały na nowo ciszę smętną; tylko cień padający na
trawę od stosów drzewa zmieniał położenie za posuwaniem się
ruchliwego księżyca. Grupa na kamieniu grobowym, złożona z dwojga
młodych ludzi, siedziała w bladem świetle nieruchoma i milcząca.
Sylweryusz objął ręką kibić Mietty, ona oparła głowę na jego
ramieniu. Nie pocałowali się nawet, ich uścisk miłosny był niewinny
i rzewny, jak uścisk braterski. Mietta miała na sobie obszerny płaszczyk ciemny, z kapturem,
podszyty czerwono; dotykając prawie do ziemi, okrywał ją całą.
Wieśniaczki i robotnice w Prowancyi zwykle noszą takie płaszcze,
których moda musi sięgać lat dawnych. Mietta, usiadłszy, spuściła
kaptur. Było to dziecko jeszcze, ale dziecko przechodzące w
kobietę. Jak rozwijający się pączek, miała kształty niepewne,
delikatne, powabne. Przebywając po większej części na otwartem
powietrzu, przy krwi gorącej, przebyła szczęśliwie krytyczną chwilę
przejściową, w której niejedna dziewczyna brzydnie, gdy zbyt prędko
wyrasta. Mietta miała lat czternaście, lecz chociaż silna i kipiąca
życiem, nie wydawała się starszą, tak jej fizyognomia była śmiejąca
się, niewinna. Wysoka prawie jak Sylweryusz i jak on piękna, ale
piękność jej nie była także pospolitą. Trzeba nawet było dobrze się
przypatrzeć, żeby nie nazwać jej brzydką. Włosy pyszne, czarne,
silnie wyrastające nad czołem, spadały w tył mięko i falisto jak
woda a tak były gęste, że nie wiedziała co z niemi robić; zawadzały
jej, bo nie miała czasu zajmować się niemi. Zaplatała je w dwa
warkocze, silnie spinając z tyłu głowy; czesała się zawsze z
wdziękiem, chociaż prędko i bez lustra. Widząc to potężne okrycie
naturalne, nikt się nie dziwił, że chodziła zawsze z odkrytą głową,
czy w deszcz, czy w mrozy. Czoło jej nizkie wydawało się pod czarną
linią włosów jak skrawek rosnącego księżyca. Szczegóły twarzy
rozbierane z osobna, wielkie oczy wypukłe, nos krótki, rozszerzony
przy nozdrzach i cokolwiek zadarty, usta za grube i zbyt czerwone,
nie zdawały się bardzo ładne, ale wzięte razem, obok ślicznego
zaokrąglenia twarzy, gdy silnie grało w nich życie, stanowiły
całość dziwnej, porywającej piękności. Gdy Mietta, śmiejąc się,
przerzucała głowę w tył lub skłaniała na prawe ramię, podobną była
do starożytnej bachantki z tej szyi wzdętej brzmiącą wesołością, z
zaokrąglonych policzków, białych zębów, splotów nastrzępionych
włosów, poruszających się od wybuchów radości, jak wieniec winnej
latorośli głowę zdobiący. Lecz śmiech jej był wesołym i niewinnym,
jak śmiech dziecka. Twarz, opalona na słońcu, miała czasem barwę
żółtej ambry. Nad wierzchnią wargą puszczał się meszek delikatny.
Praca zaczynała już koszlawić jej małe, krótkie ręce, które w
bezczynności byłyby pulchnemi, ładnemi rączkami mieszczanki. Mietta i Sylweryusz długo siedzieli w milczeniu. Czytali
zobopólnie w myślach swoich, rumieniąc się wzajemnie, czuli, jak
daremną byłaby wygłoszona skarga. Nareszcie dziewczyna, nie mogąc
już wytrzymać, jednem zapytaniem wyraziła niespokojność obojga. - Ale ty powrócisz, nieprawdaż? - wyszeptała przytłumionym głosem. Sylweryusz pocałował ją, nic nie mówiąc; w gardle go dławiło,
lękał się rozpłakać. Odsunęli się od siebie. Mietta, nie czując ramienia towarzysza przy sobie, trzęsła się
cała. Innym razem, w tej pustej ulicy, na tym grobowym kamieniu,
gdzie tyle szczęśliwych chwil przepędzili z sobą, niebyłaby doznała
przestrachu ani zimna. Ale dzisiaj co innego, był to dzień
wyjątkowy, smutna godzina pożegnania. - Zimno mi - rzekła, kładąc kaptur na głowę. - Jeżeli chcesz, przejdziemy się - zapytał młodzieniec - niema
więcej jak dziewiąta, możemy pójść kawałek gościńcem. - Dobrze, chodźmy... pójdziemy aż do młyna. Gdybyś tylko chciał,
mogłabym całą noc chodzić - odpowiedziała, pomyślawszy, że to
ostatni wieczór razem spędzają, wieczór, co ich odgradza od
nieznanej przyszłości. Kiedy, wstawszy, postąpili kilka kroków, Mietta zarzuciła jedną
połę ciepłego płaszcza na ramiona Sylweryusza, która całkiem go
okryła; wzięli się wpół i pod jednem odzieniem, jakby jedna osoba,
wyszli wolnym krokiem na drogę. Gościniec nicejski, po obu stronach którego ciągnie się
przedmieście, w roku 1851 był wysadzony odwiecznemi wiązami, lecz
od lat kilku skrzętna municypalność miejska zastąpiła stare
olbrzymy, pomimo świeżego ich życia, małemi jaworami. Sylweryusz i
Mietta, idąc drogą, spotkali kilka par przechodzących się po
chodnikach. Byli to także, jak oni kochankowie, pod jednem
schronieni okryciem. Przechadzki wieczorne, mianowicie przy świetle
księżyca, należą do przyjętych zwyczajów w prowincyach
południowych. Kochankowie mający się pobrać, oczekując stosownej do
tego chwili, lubią z sobą gwarzyć i pocałować się czasem, do czego
otwarte powietrze w łagodnym klimacie najlepszą przedstawia
sposobność. Rodzice i krewni tolerują nocne wycieczki, wiedząc, iż
dzień roboczy może być pożyteczniej zajęty; surowa moralność
prowincyonalna także niema powodu gorszyć się niemi. Rzeczywiście, niema nic przyjemniejszego jak owe miłosne spacery
pod wspólnym płaszczem, pomysł wynalazczej imaginacyi Południa;
prawdziwa maskarada, obfita w drobne słodycze, przystępne dla
najbiedniejszych. Chodzić zwolna godzin parę, z kochanką przy boku,
mówić z nią cichym głosem, doznawać niewinnych rozkoszy, pocałować
ją wobec wszystkich, cóż może być pożądańszego dla zakochanego
młodzieńca? Sylweryusz i Mietta nie czuli nawet zimna grudniowej
nocy. Szli w milczeniu, serca ich były smutne, uścisk przepełniony
bolesnem wzruszeniem. Mijali coraz już rzadsze domy przedmieścia i
doszli do jego końca. Tam było wejście do Jas-Meiffrenu: dwa
kamienne słupy, połączone kratą żelazną, za nią długa ulica
morwowa. Przechodząc, Sylweryusz i Mietta mimowolnie spojrzeli za
kratę. Zacząwszy od Jas-Meiffrenu, gościniec spuszcza się po lekkiej
pochyłości aż na dno doliny, przez którą przepływa mała rzeczka
Wiorna, w lecie strumyk, potok w zimie. Wiązy ciągle towarzyszyły
drodze, odgraniczając ją z jednej strony od pól świeżo zoranych, z
drugiej od winnic dość ubogich. Kiedy już młodzi ludzie minęli Jas-Meiffren, Mietta rzekła: - Niełatwo mi przyszło wymknąć się tego wieczoru... Musiałam
czekać na wuja, który zamknął się w lamusie, gdzie miał zakopywać
pieniądze, gdyż bardzo się obawia wypadków, jakie się przygotowują. - Bądź odważną, kochana Mietto, ty się niczego nie obawiaj.
Przyjdzie czas, że będziemy całe dnie spędzali razem... Nie martwmy
się teraz... - Och! Ty masz nadzieję, ale mnie często smutek ogarnia. Nie dla
tego mi markotno, że ciężko pracuję, i owszem, wuj miał słuszność,
że zrobił ze mnie wieśniaczkę. Byłabym może poszła na złą drogę.
Zdaje mi się czasem, że jestem przeklętą... Wówczas wolałabym
umrzeć... Myślę o tem, co wiesz...
Rozpłakała się. Sylweryusz odezwał się głosem nakazującym: Przestań! Przyrzekłaś mi, że o tem myśleć nie będziesz. Przecież
to nie ty popełniłaś zbrodnię. Zobaczysz, jak się pobierzemy,
przestaniesz się smucić. - Wiem, że jesteś dobry, podajesz mi rękę bez względu na opinię;
ale ja nie mogę być spokojną. Ile razy słyszę, że kto wspomni imię
ojca mego, gorąco przechodzi mi po całem ciele. Gdy chłopcy na
ulicy krzyczą: "Eh! Chantegreilka!", to już nie wiem co się ze mną
dzieje; chciałabym bić wszystkich, tak jestem zła. Zazdroszczę ci,
że jesteś mężczyzną, że możesz strzelać i zabijać! - Źle, że się gniewasz, Mietto, nie masz racyi. Sprawiedliwość nie
powinna nikogo obruszać. Co się mnie tyczy, jako mężczyzna, będę
walczył za nasze prawa, ale nie dla zadowolenia jakiejś zemsty. - Bądź co bądź, chciałabym być mężczyzną, żebym mogła bić się. Gdy Sylweryusz nic już nie odpowiedział, zmiarkowała, że mu
zrobiła przykrość; wówczas gniew ją opuścił i słodkim zapytała
głosem: - Nie gniewasz się na mnie?... To twój odjazd tak mnie porusza...
ale dobrze mówisz, powinnam być pokorną... Łzy z ócz jej się puściły; Sylweryusz, wzruszony, ucałował jej
ręce. - Dziecko z ciebie - rzekł - to się gniewasz, to płaczesz... Nie
robię ci wymówek, chciałbym tylko, abyś była szczęśliwszą a to w
większej części zależy od ciebie samej. Czyż sądzisz, że jestem
bardzo szczęśliwy? Gdyby nie moja babka, która mnie wychowała,
cóżby się ze mną stało? Wyjąwszy stryja Antoniego, który jest takim
robotnikiem jak ja i nauczył mnie kochać Rzeczpospolitą, inni moi
krewni znać mnie nie chcą. Mówiąc z wzrastającym ogniem, stanął na środku drogi i zatrzymał
Miettę. - Bóg mi świadkiem - mówił dalej - że nie zazdroszczę nikomu, ani
też do nikogo nie mam nienawiści. Lecz jeżeli zwyciężymy, powiem
słowa prawdy tym pięknym jegomościom. Stryj Antoni wie o nich
niejedno. Zobaczysz, co to będzie za moim powrotem. Będziemy żyli
swobodni i szczęśliwi. Mietta pociągnęła go łagodnie i poszli dalej. - Bardzo kochasz tę twoją Rzeczpospolitą? - zapytała, śmiejąc się.
- Czy ją, czy mnie więcej kochasz? - Ty jesteś moją żoną - odpowiedział poważnie. - Rzeczpospolitą
kocham dla tego, że ciebie kocham. Jak się pobierzemy, powinniśmy
być bardzo szczęśliwi. Dla cząstki tego szczęścia, jutro cię
opuszczam. Wszak mi nie radzisz, abym został w domu? - O! nie - zawołała - mężczyzna powinien być odważny; odwaga, to
piękna rzecz!.. Musisz mi jednak wybaczyć, że mi jest przykro, że
mi smutno... Sylweryusz ucałował Miettę. Doszli tymczasem do wzgórza, na którem
stał rozwalony wiatrak; część murowanej wieży bieliła się w świetle
księżyca, reszta leżała w gruzach. Był to kres przechadzki. - Jak prędko czas przeszedł! - zawołał Sylweryusz - musi już być
wpół do dziesiątej, wracajmy. - Gdybyśmy jeszcze poszli kawałek - prosiła Mietta - tylko do
drogi poprzecznej... Sylweryusz, nic nie mówiąc, objął ją wpół i zeszli z pochyłości.
Domostwa już tam żadnego nie było, ani też żywej nie spotkali
duszy; po obu stronach drogi ciągnęła się rozległa dolina, łąki,
miejscami uprawne grunta. Doszli nareszcie do poprzecznej drożyny,
która wiodła do wioski, leżącej nad brzegiem Wiorny. - Musiałaś się zmęczyć? - zapytał Sylweryusz. - Nie, zapewniam cię, że nie; jeszczebym poszła mil parę... Jeżeli
chcesz, pójdźmy na łąki świętej Klary, ztamtąd się już naprawdę
wrócimy. I poszli dalej. Już byli na samym dole, przeszli tuż koło łąk,
odgrodzonych żywopłotem i stanęli na moście. W tem miejscu kończył
się rząd wysokich wiązów a zaczynały się nadrzeczne wierzby i
brzozy. Oparłszy się na poręczy mostu, patrzyli w wodę i słuchali szumu
rzeki wezbranej po kilkudniowych deszczach. Księżyc cudnie oświecał
piękny krajobraz, blade promienie tajemniczo mknęły po szarych
falach wody, to zapadając w cieniu przez drzewa rzuconym, to
wydostając się na miejsca bardziej otwarte. Możnaby powiedzieć, że
była to dolina zaczarowana, cudowny przybytek istot świetlnych i
ciemnych. Kochankowie znali dobrze tę część rzeki, schodzili często na brzeg
wody w czasie upałów lipcowych, szukając chłodu pomiędzy kępami
wierzbiny. - Gdyby było ciepłej - westchnęła Mietta moglibyśmy zejść na dół i
odpocząć trochę... Widzisz, Sylweryuszu, te ciemne zarośla, gdzie
siedzieliśmy w dzień Zielonych Świątek? - Pamiętam je dobrze, tam pierwszy raz cię pocałowałem. Rozrzewnieni miłem wspomnieniem, znów umilkli. Nagle Sylweryusz
podniósł głowę, odrzucił płaszcz z siebie i nadstawił ucha. Mietta,
zadziwiona jego szybkiem poruszeniem, także nasłuchiwać zaczęła. Jakieś pomięszane głosy, gwar nieokreślony dochodził do nich z za
wzgórzy, pomiędzy któremi kryła się droga nicejska. Był to jakby
turkot wozów, jakby odgłos kroków idącego wojska. Zrazu gwar
niewyraźny, podobny do dalekiej burzy, stopniowo dawał się coraz
lepiej rozpoznawać, nareszcie na zakręcie drogi wyległa czarna masa
ludzi, którzy głosem potężnym zaśpiewali "Marsyliankę". - Ach! to oni - zawołał Sylweryusz z wybuchem radości. Pobiegł wraz z Miettą na wzgórek zarośnięty, blizki drogi, i
ztamtąd, z pomiędzy dębów, wyglądali na zbliżające się tłumy.
Dziewczyna pobladła, z niepokojem patrzyła na tych, których widok
wprawił Sylweryusza w taki zapał, że prawie zapomniał o niej. Tłum kilkutysiączny spuszczał się w dolinę, niepowstrzymany.
Zdawało się, iż po gościńcu spływają żyjące fale potoku i wzbierają
coraz więcej. Z załamu drogi, gdzie najprzód ukazała się czarna
masa, wysuwały się coraz nowe oddziały i gdy już ostatnie się
wychyliły, "Marsylianka" zabrzmiała z nową siłą. Echa zbudziły się
w całej okolicy, ziemia wtórowała śpiewom narodowym; rzekłbyś, że
głosy zewsząd wychodzą: z krańców horyzontu, z za skał dalekich, z
pól uprawnych, z łąk i zarośli. Poruszone powietrze i grunta także
okrzykiwały wolność i zapowiadały zemstę... Sylweryusz, blady ze wzruszenia, ócz nie spuścił z ciągnących
szeregów. - Wszakże nie mieli iść na Plassans? - wyszeptała Mietta. - Musiano plan zmienić - odpowiedział Sylweryusz. - Mieliśmy iść
drogą tulońską i zostawić Plassans na prawo. Lecz zapewne wyszli z
Alboise po południu a wieczorem przeszli Tulettes. Czoło kolumny przechodziło teraz wprost przed niemi. W małej armii
panował większy porządek, niżeliby się można spodziewać po
niekarnym tłumie. Kontyngens każdego miasta, każdej osady stanowił osobny oddział,
oddalony jeden od drugiego o kilka kroków. Zdawało się, że każdy ma
dowódcę. Wszystkich razem było ze trzy tysiące. Przesuwali się
przed okiem Sylweryusza i Mietty przez promień księżyca, padający
na drogę z za gór przeciwległych. Każdy szczegół ich postaci z
ubioru uwydatniał się jaknajdokładniej; szli szybko, jakby byli
gniewni, zawzięci, groźni. Mietta, widząc ich tak blizko, przelękła się trochę; blada i
drżąca, przytuliła się do Sylweryusza, który cichym głosem
wymieniał po nazwisku wielu z przechodzących. Szli po ośmiu w szeregu. Na czele postępowały dzielne zuchy, o
sile Herkulesa a naiwnej ufnośći olbrzymów. Rzeczpospolita będzie w
nich miała obrońców ślepych i nieustraszonych. Na ramionach nieśli
topory świeżo wyostrzone i błyszczące. - Są to drwale z lasu Seille - rzekł Sylweryusz. - Utworzono z
nich oddział saperów... na skinienie dowódcy, zuchy te pójdą aż do
Paryża, wybijając po drodze bramy miast, jak obalają toporami stare
dęby górskie. Młodzieniec z dumą mówił o sile pięści swych braci. Gdy za
drwalami nadeszła banda opalonych i brodatych robotników, rzekł
dalej: - Kontyngens z Palud. To miasteczko pierwsze powstało. Ci ludzie w
bluzach obrabiają dęby korkowe; tamci, w kaftanach aksamitnych
muszą to być strzelcy i węglarze z wąwozu Seille... Strzelcy znali
twego ojca, Mietto. Mają broń dobrą i umieją jej użyć. Ach, gdyby
wszyscy byli tak uzbrojeni! Tymczasem, brakuje broni. Uważasz, że
robotnicy mają tylko kije. Mietta słuchała w milczeniu. Kiedy Sylweryusz wspomniał jej ojca,
mocno zarumieniła się. Spojrzała na strzelców z rodzajem gniewnej
sympatyi. Od tej chwili zaczęła się ożywiać i przejmować potężnemi
dźwiękami pieśni powstańczej. Po robotnikach z Palud szli inni robotnicy, pomiędzy którymi była
znaczna liczba mieszczan w paletotach. - To są ludzie z Saint-Martin-de-Vaulx - rzekł Sylweryusz. -
Miasteczko powstało prawie jednocześnie z Palud... Majstrowie
połączyli się z robotnikami. Są między nimi ludzie bogaci, Mietto,
którzy mogliby żyć spokojnie w domu, jednak idą narazić życie dla
obrony swobód naszych. Trzeba takich kochać... Ciągle broni
brakuje, zaledwie kilka strzelb myśliwskich... Ci, co mają ramiona
przewiązane czerwoną wstęgą, są to naczelnicy. Lecz Sylweryusz nie mógł nadążyć w opowiadaniu; kiedy jeszcze
mówił o tamtych, dwa nowe bataliony przeszły przed nimi. - Uważałaś powstańców z Alboise i Tulettes? Poznałem kowala
Burgata. Nadszedł oddział liczniejszy i w większym postępujący porządku.
Powstańcy, którzy go składali, mieli na sobie bluzy niebieskie i
czerwone pasy; wyglądało to na rodzaj umundurowania. Większa ich
część opatrzona była w fuzye, karabiny, tudzież stare muszkiety
gwardyi narodowej. Między nimi jechał konno mężczyzna z szablą przy
boku. - Tych nie znam - mówił Sylweryusz. - Człowiek na koniu musi być
dowódcą, o którym mi mówiono. Przyprowadził kontyngent z Faverolles
i wsi okolicznych. Gdyby wszyscy mogli być tak umontowani!... Ach!
Otóż i wsie! Za ludźmi z Faverolles szły małe oddziały po 10 do 20 ludzi.
Wszyscy byli w krótkich kaftanach, zwykłem ubraniu wieśniaków z
Południa. Nieśli na ramionach widły i kosy, niektórzy tylko rydle i
szufle. Każda zagroda wysłała swoich ludzi zdrowych. Sylweryusz poznawał oddziały po naczelnikach i wymieniał je
szybko. - Kontyngens z Chavanoz! Tylko ośmiu ludzi, ale można na nich
liczyć; stryj Antoni zna ich dobrze... Otóż i proboszcz jest z
nimi; słyszałem, że to dobry republikanin... I w miarę jak części postępowały, wyliczał: - Rozan, Vernoux, Corbi?re! Chociaż mają tylko kosy, ale zmiatać
będą głowy żołnierskie jak trawę... Saint-Eutropel Maret! Marsanne!
Zobaczysz, zwyciężymy! Cały kraj jest z nami. Spojrzyj na ich ręce,
twarde i czarne jak żelazo... Oto Pruinais! Roches-Noires! To są
przemytnicy; ci ostatni mają karabiny... Sylweryusz, rozgorączkowany, z błyszczącem okiem, prostując się i
rosnąc prawie, wyliczał tych, których tumany pyłu zdawały się
gdzieś w przestrzeni unosić. Jakiś zapał odurzający wychodził od
tej tłuszczy, upojonej wiarą, odwagą, poświęceniem. Byli tam
chłopcy nieletni, mężczyźni w sile wieku i starcy w lata posunięci,
była tam broń dziwaczna i dziwaczne ubiory, ale wszystko przejęte
zapałem i energią, płynęło jak potok niepowstrzymany. Odurzonej
dziewczynie wydało się, że nie oni idą, ale że to "Marsylianka" ich
porwała i niesie na bój krwawy, na walkę śmiertelną. Bała się z początku, płakała, lecz teraz i ją zapał ogarnął,
chciałaby być mężczyzną i z bronią w ręku przyłączyć się do
powstańców. - Ale nie widzę ludzi, którzy dzisiaj po południu opuścili
Plassans - rzekł Sylweryusz. Jednak wpatrując się w ostatnie szeregi, zawołał: - Ach! idą... Niosą sztandar, powierzono im sztandar! Chciał zbiedz z góry, żeby się połączyć z swoimi kolegami, lecz w
tej chwili powstańcy się zatrzymali, rozkaz wyszedł, podano go
sobie przez wszystkie szeregi. Sylweryusz usłyszał, że oddział z
Plassans z chorągwią ma przejść na front. Powstańcy w całej masie
obrócili się bokiem, odsunąwszy się na brzeg drogi, żeby przepuścić
sztandar. Wówczas Sylweryusz pociągnął Miettę, mówiąc: - Chodź prędko, pobiegniemy boczną ścieżką przez rzekę i staniemy
pierwej niż oni. Pobiegli przez pole zorane aż do młyna wodnego a Wiornę przeszli
po kładce przez młynarza rzuconej. Przebiegli przez łąkę św. Klary,
zawsze trzymając się za ręce. W tarninie były przerwy; przez jedną
z nich wyskoczyli na gościniec. Pomimo dłuższej drogi, spotkali się
oko w oko z oddziałem z Plassans, który stanął właśnie na froncie
kolumny. Sylweryusz ściskał za ręce swoich przyjaciół, którzy
myśleli, że wyszedł na ich spotkanie. Na Miettę, jeszcze
zakapturzoną, ciekawie patrzano. - Eh, to Chantegreilka - zawołał jakiś mieszkaniec przedmieścia -
siostrzenica Rébufata z Jas-Meiffrenu. - Zkądżeś się tu wzięła, latawcze? - zawołał drugi. Sylweryusz, którego myśli całkiem pochłaniał pochód powstańców,
ani uważał nawet, jak dziwną się wydaje obecność jego ukochanej.
Lecz nim zdołał otworzyć usta, by za nią odpowiedzieć, ktoś z tłumu
odezwał się: - Jej ojciec jest na galerach, nie chcemy tutaj córki złodzieja i
zabójcy! Mietta pobladła.- Kłamiesz - krzyknęła - mój ojciec zabił, ale nie kradł. I nie dając się odezwać Sylweryuszowi, który pięście już zaciskał,
powtórzyła głośno, zwracając się do tłumu! - Kłamiesz! kłamiesz! On ani grosza nie ukradł nikomu. Wiecie o
tem dobrze, dlaczegóż go znieważacie? Piękna była w swoim gniewie. Jej natura gorąca, nawpół dzika,
przystawała dość spokojnie na zarzut zabójstwa, ale się obruszyła
na obwinienie o kradzież. Wiedziano o tem, jednak gmin przez
głupotę drażnił ją tym zarzutem. Ten, co ojca jej nazwał złodziejem, powtórzył tylko to, co sam
słyszał oddawna. Zajście wzięłoby może zły obrót, lecz jeden ze strzelców z Seille,
usiadłszy na kamieniu dla wytchnienia, odezwał się: - Mała dobrze mówi. Znałem Chantegreila, był to nasz kolega. Jego
sprawa jakoś się nie wyjaśniła; lecz ja zawsze wierzę temu, co
zeznał w sądzie. Żandarm, którego na polowaniu powalił z konia
wystrzałem z dubeltówki, musiał nastawać na jego życie. Przecież
trzeba się bronić, jakże chcecie? Lecz Chantegreil był człowiekiem
uczciwym, nigdy nie kradł. Jak zwykle w podobnym wypadku, świadectwo jednego zjednało
dziewczynie obrońców. Kilku robotników zaczęło potakiwać. - Tak, to prawda, on nie był złodziejem. Są inni hultaje w
Plassans, którychby warto posłać na galery w jego miejsce.
Chantegreil był naszym kolegą. No, no, uspokój się, mała. Mietta nigdy nie słyszała, żeby kto dobrze mówił o jej ojcu,
rozrzewniły ją też słowa, które wyrzekli poczciwi ludzie. Ze łzami
w oczach chciałaby ścisnąć ich ręce, żeby im podziękować; ale jej
serce wynalazło inny rodzaj podziękowania. W pobliżu stał
powstaniec, który trzymał sztandar; dotknęła się drzewca, mówiąc
głosem błagalnym: - Dajcie mi go, ja go będę niosła... Robotnicy zrozumieli znaczenie prośby. - To dobrze! Chantegreilka będzie niosła chorągiew! Drwal pewien zrobił uwagę, że się prędko zmęczy. - Oh! jestem silna - zawołała, zawijając rękawy, i ukazując ręce
grube jak u dojrzałej kobiety. Przewróciła swój płaszczyk czerwoną podszewką na wierzch, założyła
kapturek na głowę jakby czapeczkę frygijską i, wziąwszy chorągiew,
przycisnęła ją do piersi, z dumnem prostując, się spojrzeniem, obok
powiewających fałdów krwawej flagi. Tyle było energii w jej
podniesionej głowie, w wielkich, wilgotnych oczach i ustach
uśmiechniętych, że można ją było nazwać "dziewicą wolności". Powstańcy przyklasnęli. Południowców o żywej wyobraźni silnie
przejął niespodziany widok dziewczyny w czerwonej barwie, która
przyciskała ich chorągiew do piersi. Wzniosły się zewsząd okrzyki: - Brawo, Chantegreilka! Niech żyje Chantegreilka! Zostanie z nami,
ona nam szczęście przyniesie! Rozkaz do marszu przerwał dalsze okrzyki, i kiedy kolumna się
poruszyła, Mietta ścisnęła za rękę Sylweryusza, który zbliżył się,
żeby iść koło niej. - Słyszysz - rzekła po cichu - zostanę z tobą. Czy dobrze? Sylweryusz nic nie odpowiedział, ale uścisnął jej rękę na znak
zgody. Mocno był wzruszony; ten sam zapał go ogarnął, co jego
towarzyszów. Mietta w owej chwili ukazała mu się piękną, wielką,
świętą! Już ją teraz uważał za jedno z drugą swoją kochanką,
republiką. Chciałby czemprędzej dojść na miejsce i wziąść karabin
na ramię, ale powstańcy szli pod górę zwolna. Nakazano iść jak
najciszej. Gdy kolumna postępowała pomiędzy dwoma rzędami wiązów,
cały gwar ustawał i cisza grudniowej nocy odzyskała swoje prawa. Za
to szum Wiorny wydawał się głośniejszym. Przy początku przedmieścia, Sylweryusz pobiegł naprzód na plac św.
Mittra i zabrał strzelbę swoją, kiedy się potem z powstańcami
połączył, ci już doszli do bramy Rzymskiej. Mietta, nachylając się,
rzekła do niego po cichu: - Zdaje mi się, że jestem na procesji Bożego Ciała i że niosę
chorągiew Matki Boskiej...