Prolog Cortazár
Minęło prawie trzydzieści lat, od kiedy Paolo Cortazár przeleciał przez wrota Lakonii ze zbuntowaną flotą. Wystarczająco dużo czasu, by zbudować namiastkę cywilizacji, miasto, stworzyć kulturę. Wystarczająco dużo czasu, by mógł potwierdzić, że obcy inżynierowie zaprojektowali protomolekuły jako budowniczych mostów. Rozrzucili je pośród gwiazd jak nasiona, by wchłaniały napotkane życie organiczne i tworzyły pierścienie wrót do kieszonkowego wszechświata, ogniwa między światami. Do czasu ich śmierci powolna strefa z jej pierścieniami była centralnym punktem imperium, wykraczającym poza ramy ludzkiego pojmowania rzeczywistości. Teraz znowu tak będzie. Drobny mechanizm, który budował mosty wychodzące poza lokalność, zmienił wszystko dla całej ludzkości.
Choć Paola w zasadzie nie obchodziła cała ludzkość. Dla niego fakt istnienia protomolekuły i udostępnianych przez nią technologii był wszechogarniający. Zmieniał nie tylko kształt otaczającego go wszechświata, lecz także wpłynął na jego życie osobiste i zawodowe. Na dziesięciolecia stał się jego jedyną obsesją. Podczas kłótni, która zakończyła ich związek, jego ostatni chłopak oskarżył go, że wręcz kocha protomolekułę.
W zasadzie Paolo nie mógł temu zaprzeczyć. Minęło tyle czasu, od kiedy czuł coś zbliżonego do miłości względem innego człowieka, że stracił już kontekst do oceny tego, co można zakwalifikować jako miłość. Studiowanie protomolekuły i niezliczonych, wywodzących się z niej działów wiedzy naukowej pochłaniało większość jego czasu i uwagi. Zrozumienie sposobów, w jakie oddziaływała na inne artefakty i technologie obcych, było zadaniem na pokolenia. Nie przepraszał za swoje zaangażowanie. Maleńka, cudowna drobina tak pełna ukrytych informacji była niczym nieustannie rozkwitający pączek. Była piękna w sposób, w jaki nie mogło być piękne nic innego. Jego kochanek nie potrafił tego zaakceptować i w końcu, patrząc na to z perspektywy czasu, rozpad ich związku był nieunikniony. Paolo tęsknił za nim w dość abstrakcyjny sposób. Tak jak mógłby tęsknić za parą wygodnych butów.
Jego czas i uwagę pochłaniało tyle cudownych spraw.
Na ekranie przed nim koronka węglowa rozrastała się i rozwijała w złożone, przeplatane wzory. We właściwych warunkach środowiskowych i odpowiednim ośrodku wzrostu protomolekuła domyślnie tworzyła właśnie takie struktury przestrzenne. Utworzony w ten sposób materiał był lżejszy niż taka sama objętość włókien węglowych i miał większą wytrzymałość na rozciąganie niż grafen. Komisja technologii Lakońskiej Rady Wojskowej poprosiła go o zbadanie możliwości wykorzystania materiału w pancerzach piechoty. Co było wyzwaniem inżynieryjnym ze względu na fakt, że siatka miała skłonność do trwałego wiązania się z ludzką skórą. Ale to w niczym nie ujmowało jej urody.
Paolo zmodyfikował czułość wiązki elektronowej i nachylił się do monitora, przyglądając się, jak protomolekuła wychwytuje wolne atomy węgla i sprawnie wplata je w siatkę, jakby była dzieckiem skupionym na zabawie.
- Doktorze Cortazár - zabrzmiał głos.
Paolo odpowiedział burknięciem i machnięciem ręki znaczącym we wszystkich językach idź sobie, jestem zajęty.
- Doktorze Cortazár - nie ustępował głos za plecami.
Paolo oderwał wzrok od ekranu i odwrócił się. Zobaczył osobę o niezidentyfikowanej płci, bardzo jasnej cerze, ubraną w fartuch laboratoryjny, trzymającą duży terminal ręczny. Spróbował przypomnieć sobie imię postaci. Caton? Canton? Cantor? Jakoś tak. Jeden z licznych techników laboratoryjnych. O ile Paolo pamiętał, nawet dość kompetentny, ale ośmielił mu się przeszkodzić, więc będzie musiał wyciągnąć konsekwencje. Nerwowy wyraz twarzy osoby imieniem Caton/Cantor/Canton sugerował, że zdaje sobie sprawę z tego faktu.
- Dyrektor poprosił mnie o przypomnienie panu - wyjaśnił, zanim Paolo zdążył się odezwać - że ma pan zaplanowane spotkanie. Z - głos technika przycichł prawie do szeptu - nim. Z Nim.
Technik nie miał (czy też nie miała) na myśli dyrektora. Był tylko jeden On.
Paolo wyłączył ekran i upewnił się, że system monitorowania wszystko rejestruje, a potem wstał.
- Tak, oczywiście - potwierdził. A potem, ponieważ ostatnio się starał, dodał: - Dziękuję. Cantor?
- Caton - odpowiedział technik z widoczną ulgą.
- Oczywiście. Przekaż dyrektorowi, że już idę.
- Mam panu towarzyszyć, doktorze - wyjawił Caton, stukając w ekran terminala ręcznego, jakby był to element jakiejś listy.
- Oczywiście. - Paolo zdjął z wieszaka przy drzwiach swój fartuch i wyszedł.
Laboratorium bioinżynerii i nanoinformatyki Uniwersytetu Lakonii było największą placówką badawczą na planecie. Możliwe, że największą w całej przestrzeni zajmowanej przez ludzkość. Kampus uniwersytecki rozciągał się na powierzchni prawie czterdziestu hektarów na przedmieściach stolicy Lakonii, a jego laboratorium obejmowało prawie ćwierć tego terenu. Jak wszystko na planecie, było o rzędy wielkości większe niż było to potrzebne dla zajmujących je obecnie ludzi. Zbudowano je z myślą o przyszłości. Dla tych wszystkich, którzy przyjdą później.
Paolo maszerował energicznie po żwirowej ścieżce, po drodze sprawdzając odczyty z ekranu na przedramieniu. Caton biegł za nim truchcikiem.
- Doktorze - odezwał się technik, wskazując w przeciwną stronę - przygotowałem dla pana wózek. Jest na parkingu C.
- Przyprowadź go pod Stodołę. Muszę tam jeszcze coś zrobić.
Caton wahał się chwilę, zawieszony między bezpośrednim rozkazem wydanym przez Paola a odpowiedzialnością bycia jego opiekunem.
- Tak, doktorze - odpowiedział w końcu i pobiegł w przeciwną stronę.
Idąc, Paolo przejrzał listę swoich zadań na dzisiaj, by się upewnić, że nie zapomniał o niczym, a potem zsunął rękaw w dół, zasłaniając monitor, i spojrzał w górę. Dzień był bardzo ładny. Nad jego głową rozciągało się jasnobłękitne niebo z nielicznymi kłębkami białych chmur. Dało się zobaczyć olbrzymią kratownicę orbitalnej platformy konstrukcyjnej, z mnóstwem długich ramion i pustej przestrzeni pomiędzy nimi, podobnej do unoszącego się w kosmosie gigantycznego oligonukleotydu.
Łagodny wiatr niósł delikatną woń spalonego plastiku, związaną z uwalnianiem przez miejscowy odpowiednik grzybów tego, co uchodziło tu za zarodniki. Bryza pochylała długie łodygi psich gwizdków rosnących wzdłuż ścieżki. Trzymające się roślin świntuchy - zajmujące z grubsza tę samą niszę ekologiczną, co świerszcze, wykazujące nawet kilka podobieństw morfologicznych - syczały na niego, gdy za bardzo się do nich zbliżał. Nie miał pojęcia, dlaczego zielsko nazwano psimi gwizdkami. Według niego wyglądały bardziej jak bazie. Jeszcze mniej sensu miało nazywanie świntuchem odpowiednika owada, który wyglądał jak świerszcz o czterech kończynach. Wydawało się, że proces nadawania nazw miejscowej florze i faunie nie opiera się na żadnych podstawach naukowych. Ludzie po prostu przypisywali różne nazwy do poszczególnych rzeczy i w końcu wyrabiał się konsensus. Bardzo go to irytowało.
Stodoła różniła się od pozostałych budynków laboratorium. Polecił, aby jej ściany wzniesiono z jednolitych płyt wytrzymałego pancerza, zespawanych hermetycznie pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, co nadawało jej wygląd ciemnej, metalicznej kostki o boku dwudziestu pięciu metrów. Przed jedynym wejściem do budynku stało na straży czterech żołnierzy w lekkich pancerzach i z bronią automatyczną.
- Doktorze Cortazár - przywitał go jeden z nich, wyciągając rękę w uniwersalnym geście zatrzymaj się.
Paolo wyciągnął spod koszuli identyfikator na smyczy i podał strażnikowi, który włożył go do czytnika. Następnie dotknął czujnikiem skóry na nadgarstku Paola.
- Miły dzień - odezwał się uprzejmie strażnik, gdy urządzenie dokonywało porównania identyfikatora Paola z pomiarami fizycznymi oraz jego unikalnym zestawem białek.
- Uroczy - zgodził się Paolo.
Urządzenie dźwiękowo potwierdziło, że Paolo Cortazár faktycznie jest osobą z identyfiaktora: prezesem Uniwersytetu Lakonii i kierownikiem laboratorium badań egzobiologicznych. Strażnicy znali go, ale rytuał był ważny z wielu powodów. Drzwi się rozsunęły i wojskowi rozstąpili się na boki.
- Miłego dnia, doktorze.
- Wzajemnie - odpowiedział Paolo, wchodząc do śluzy bezpieczeństwa.
Jedna ze ścian zasyczała, uderzając w niego powietrzem z dziesiątków dysz. Czujniki na przeciwległej ścianie szukały obecności materiałów wybuchowych i zakaźnych. A może nawet złych zamiarów.
Po chwili syk ustał i otworzyły się wewnętrzne drzwi śluzy. Dopiero wtedy Paolo usłyszał jęki.
Stodoła, nazywana tak przez wszystkich pomimo braku oficjalnej nazwy w jakiejkolwiek dokumentacji, nie bez powodu była budynkiem o drugich najlepszych zabezpieczeniach na Lakonii. Tu właśnie Paolo trzymał swoje mleczne stado.
Nazwa narodziła się podczas wczesnej kłótni z jego byłym kochankiem. Miała to być obelga, ale okazała się zgrabną analogią. Wewnątrz Stodoły resztę swojej egzystencji przeżywali ludzie i zwierzęta, wszyscy celowo zakażeni protomolekułą. Gdy nanotechnologia obcych przejmowała ich komórki i zaczynała się namnażać, personel Paola mógł spuszczać płyny z ich ciał i odfiltrowywać krytyczne cząstki z macierzy tkankowej. Po zużyciu ciał wszelkie pozostałe płyny można było spalić bez utraty czegoś cennego. Znajdowały się tu dwadzieścia cztery zagrody, ale obecnie zajętych było tylko siedem. Kiedyś, gdy zwiększy się liczba ludności, łatwiej będzie o obiekty laboratoryjne.
Wielkie dzieła Lakonii opierały się na komunikacji z bazą technologiczną, którą pozostawiła po sobie dawno wymarła cywilizacja. Protomolekuły nie zaprojektowano jako uniwersalnego interfejsu sterowania, ale technologia obcych miała w sobie modułowość, która pozwalała jej funkcjonować w sposób często wystarczający do wymaganych zadań. Paolo odpowiadał za dostarczanie wymaganych aktywnych próbek. Między innymi za to.
Po drodze do swojego biura, które znajdowało się na tyłach budynku, zatrzymał się na pomoście nad jedną z zagród. Wewnątrz ciasnej, ograniczonej metalowymi ścianami przestrzeni kręciło się sześć osób we wczesnych stadiach zakażenia. Wciąż znajdowali się w fazie pseudogorączki krwotocznej, którą technicy nazywali rzygaczami. Nie potrafili niczego poza poruszaniem się chwiejnym krokiem i okazjonalnymi atakami gwałtownych wymiotów. Protomolekuła tak właśnie pilnowała szybkiego rozprzestrzeniania się zakażenia. Po usunięciu ciał z tego miejsca każdy centymetr metalowych ścian i podłogi zostanie wypalony, by zniszczyć wszelkie pozostałości biologiczne.
W dotychczasowej historii laboratorium doszło do tylko jednego niezamierzonego zakażenia i Paolo zamierzał dopilnować, by tak pozostało.
Doktor Ochida, kierownik Stodoły i zastępca Paola, dostrzegł go z drugiej strony zagród i ruszył mu na powitanie.
- Paolo - powiedział, klepiąc go w ramię w przyjacielskim powitaniu. - W samą porę. Przed godziną zakończyliśmy wyciąganie kultur komórek macierzystych i przygotowujemy zastrzyki.
- Znam tego człowieka - odezwał się Paolo, wskazując na zarośniętego, muskularnego mężczyznę w zagrodzie.
- Hm? Ach. Tak, chyba był jednym ze strażników. W dokumentach przyjęcia widniała informacja o "zaniedbaniu obowiązków". Może przyłapali go na spaniu na służbie?
- Testowałeś ich? - zapytał Paolo.
Tak naprawdę wcale nie obchodził go zarośnięty mężczyzna w zagrodzie i odpowiedź Ochidy całkowicie zaspokoiła jego ciekawość.
Ochida potrzebował chwili na zorientowanie się, że wrócili do pierwotnego tematu.
- Och, tak. Trzy razy przetestowałem próbki pod kątem czystości. Osobiście.
- Idę stąd wprost do budynku rządowego - poinformował Paolo, obracając się, by spojrzeć Ochidzie w oczy.
Jego asystent wiedział, o co pyta.
- Rozumiem. Zastrzyki dokładnie spełniają zadane przez ciebie parametry.
Obaj wiedzieli, kto zostanie umieszczony w Stodole, jeśli coś pójdzie nie tak. Byli cenni, ale też podlegali prawu. Wszyscy mu podlegali. To właśnie znaczyła Lakonia.
- Doskonale - powiedział Paolo, posyłając Ochidzie nieszczery przyjazny uśmiech. - Wezmę je.
Ochida machnął do kogoś w kącie pomieszczenia i techniczka podbiegła, niosąc srebrną metalową walizkę. Podała ją Paolowi, a potem się oddaliła.
- Coś jeszcze? - zapytał Ochida.
- Zaczynam widzieć pewien wzrost - przyznał Paolo, wskazując na ostrogę kostną wystającą z kręgosłupa kudłatego mężczyzny.
- Tak - zgodził się Ochida. - Są prawie gotowi.
* * *
Pracując z Winstonem Duartem, Paolo odkrył w nim wiele cech, które wzbudzały jego podziw. Wysoki konsul był inteligentny, potrafił pojmować dogłębnie bardzo złożone tematy, a jednak decyzje podejmował starannie i po głębokich przemyśleniach. Duarte cenił rady innych, ale po zebraniu informacji był stanowczy i zdecydowany. Potrafił być charyzmatyczny i ciepły, a przy tym nie sprawiał wrażenia fałszywego czy nieszczerego.
Jednak Paolo przede wszystkim szanował jego całkowity brak pretensjonalności. Wielu mniejszych ludzi, mając władzę absolutnego dyktatora wojskowego całej planety, otoczyłoby się pompą i wyszukanymi pałacami. Duarte zamiast tego zbudował Budynek Rządowy Lakonii. Była to olbrzymia kamienna budowla, wznosząca się nad stolicą, a jednocześnie, mimo monumentalnych rozmiarów, sprawiająca wrażenie ciepłej, nie zastraszającej. Jakby cała jej solidność i rozmiary miały po prostu pomieścić ważne prace i rozwiązania istotnych problemów, a nie nadawać wielkość jej rezydentom.
Caton i Paolo jechali małym wózkiem szeroką ulicą prowadzącą do głównego wejścia budynku. Poza nimi nie było tu innych osób i pojazdów. Ulica kończyła się kamienną ścianą, wąską bramą i budką strażniczą. Paolo wysiadł z wózka, biorąc ze sobą metalową walizkę.
- Nie musisz na mnie czekać - zwrócił się do Catona.
Technik nie odezwał się od czasu zabrania go sprzed Stodoły i wydawał się zadowolony ze zwolnienia.
- Tak, doktorze. Proszę zadzwonić, jeśli...
Ale Paolo już się oddalał.
Idąc, usłyszał elektryczny jęk pojazdu.
Wąska brama otworzyła się przed nim i dwóch żołnierzy opuściło swoje stanowiska, bez słowa podążając po jego bokach. Ci nie byli w lekkich pancerzach jak wartownicy stojący na straży na uniwersytecie. Mieli na sobie zwiększające siłę pancerze wspomagane, zbudowane z kompozytowych płyt, z zamontowanymi różnymi rodzajami uzbrojenia. Skafandry miały granatowy kolor flagi Lakonii, a ozdobiono je identycznymi parami stylizowanych skrzydeł. Sądził, że mają symbolizować feniksa, ale równie dobrze mógł to być jakiś drapieżnik. Przyjemny kolor sprawiał, że pokryte nim zabójcze maszyny zdawały się nie na miejscu. Ich kroki na kamiennym dziedzińcu i delikatny szum silników pancerzy wspomaganych były jedynymi dźwiękami towarzyszącymi mu w drodze do drzwi Budynku Rządowego.
Przy wejściu strażnicy zatrzymali go, a potem rozstąpili się na boki. Paolo wyobrażał sobie, że czuje dotyk promieni rentgenowskich i fal milimetrowych odbijających się od jego skanowanego od stóp do głów ciała.
- Wysoki konsul czeka na pana w skrzydle medycznym - odezwał się jeden z nich po dłuższej chwili, a potem odwrócili się i wszyscy odmaszerowali.
* * *
- Technicznie rzecz biorąc, tak. Sny ustały - przyznał Duarte, gdy Paolo wprowadzał w żyłę na jego przedramieniu igłę wenflonu. Z doświadczenia wiedział, że Duarte odwraca własną uwagę, by nie patrzeć w dół, na wbijane igły. Urocze było to, że najpotężniejszy człowiek we wszechświecie wciąż czuł się trochę nieswojo, gdy chodziło o igły.
- Doprawdy? - zapytał Paolo. Pytanie wcale nie było niedbałe. Działania niepożądane niezwykle eksperymentalnych zabiegów, które przechodził Duarte, były czymś, co wymagało uważnego śledzenia. - Jak dawno temu?
Duarte westchnął i zamknął oczy. Albo zaczynały działać podawane dożylnie środki znieczulające, albo próbował przypomnieć sobie dokładną datę. A może i to, i to.
- Ostatni zdarzył się jedenaście dni temu.
- Jest pan pewien?
- Tak - potwierdził Duarte z uśmiechem, nie otwierając oczu. - Jestem pewien. Właśnie wtedy ostatni raz spałem.
Paolo prawie puścił wężyk linii kroplówki, który podłączał do wenflonu.
- Nie spał pan od jedenastu dni?
Duarte w końcu otworzył oczy.
- W ogóle nie czułem zmęczenia. Wręcz przeciwnie. Każdego dnia mam więcej energii i czuję się zdrowszy niż dzień wcześniej. Jestem pewien, że to skutek uboczny procedur.
Paolo przytaknął, choć czegoś takiego się nie spodziewał. Poczuł w brzuchu bolesny skurcz niepokoju. Skoro występowały tak ekstremalne skutki uboczne, to co jeszcze ich czekało? Prosił Duartego, by zaczekał na zebranie większej liczby danych, ale ten domagał się dalszych postępów, więc jak mógł mu odmówić?
- Widzę ten wyraz twojej twarzy, stary przyjacielu - powiedział Duarte, uśmiechając się jeszcze szerzej. - Nie musisz się martwić. Sam uważnie to monitoruję. Gdyby coś wyglądało podejrzanie, wezwałbym cię tydzień temu. Ale czuję się fantastycznie, nie dochodzi do nagromadzenia toksyn zmęczenia i badanie krwi twierdzi, że nie rozwija się psychoza. A dzięki temu wszystkiemu mam teraz codziennie osiem dodatkowych godzin na pracę. Nie mógłbym być szczęśliwszy.
- Oczywiście - odpowiedział Paolo. Zakończył podpinanie worka kroplówki z porcją zmodyfikowanych przez protomolekułę ludzkich komórek macierzystych. Duarte sapnął cicho, gdy do jego żyły dotarł chłodny płyn. - Ale proszę pamiętać o przesyłaniu mi tego typu informacji, nawet jeśli będzie się wydawać, że nie stanowią problemu. Modele zwierzęce nigdy nie są doskonałe, a jest pan pierwszą osobą, która przechodzi tę procedurę. Śledzenie skutków jest niezwykle ważne dla...
- Obiecuję - wszedł mu w słowo Duarte. - Jestem całkowicie pewien, że twoje laboratorium działa dokładnie tak, jak powinno. Ale dopilnuję, żeby mój osobisty lekarz przesyłał ci wszystkie codzienne notatki.
- Dziękuję, wysoki konsulu - odpowiedział Paolo. - Pobiorę też krew i dam ją do analizy moim pracownikom. Tak na wszelki wypadek.
- Czego tylko potrzebujesz - zgodził się Duarte. - Ale jak długo jesteśmy sami, proszę, nie tytułuj mnie "wysokim konsulem". Wystarczy Winston. - Głos Duartego zrobił się niewyraźny i Paolo nie miał już wątpliwości, że zaczynają działać środki uspokajające. - Chcę, żebyśmy wszyscy pracowali razem.
- Współpracujemy. Ale ciało potrzebuje mózgu. Przewodnictwa, prawda? - odpowiedział Paolo.
Odczekał na opróżnienie worka kroplówki, użył wenflonu do pobrania małej próbki krwi Duartego, umieścił ją w metalowej walizce i cicho zajął się skanowaniem całego ciała. Procedura zaczęła prowadzić do pojawienia się w ciele Duartego niewielkiej liczby nowych narządów zaprojektowanych przez najlepszych fizjologów eksperymentalnych na planecie i zaimplementowanych z wykorzystaniem lekcji zdobytych przez studiowanie niekończącego się rozkwitu protomolekuły. Jednak wciąż było tak wiele rzeczy, które mogły się nie udać, a śledzenie postępów zmian u Duartego było najważniejszym aspektem pracy Paola. Pomimo ciepła wysokiego konsula i okazywanej przez niego szczerej przyjaźni, gdyby przywódcy Lakonii coś się stało, bardzo szybko doszłoby do jego egzekucji. Powiązanie bezpieczeństwa Paola z własnym było sposobem Duartego na zagwarantowanie sobie pełnego zaangażowania naukowca. Obaj to rozumieli i nie kryła się za tym żadna zła wola. Śmierć Paola nie byłaby tak do końca karą, lecz po prostu wyraźnym środkiem zniechęcającym do dopuszczenia do zgonu pacjenta.
W zakresie relacji międzyludzkich ta była zapewne najbardziej szczera, w jaką Paolo kiedykolwiek był zaangażowany.
- Zdajesz sobie sprawę, Winston, że to będzie bardzo długi proces. Mogą pojawić się zaburzenia na tyle drobne, że nie ujawnią się przez całe lata. Dziesięciolecia.
- Stulecia - dopowiedział, przytakując. - Proces nie jest doskonały, wiem. Ale robimy, co musimy. I nie, stary przyjacielu. Przykro mi, ale nie zmieniłem zdania.
Paolo zaczął się zastanawiać, czy zdolność czytania w myślach była kolejnym nieoczekiwanym skutkiem ubocznym procedury. Gdyby tak... cóż, byłoby ciekawie.
- Nie sugerowałem, że...
- Że ty też powinieneś się poddać procedurze? - zapytał Duarte. - Oczywiście, że tego właśnie chciałeś. I powinieneś to zasugerować. Zaprezentuj swoje najlepsze argumenty. Nie sądzę, żebym dał się przekonać, ale bardzo bym się ucieszył, gdyby ci się to udało.
Paolo popatrzył na swoje dłonie, unikając spojrzenia Duartego. Wyzwanie byłoby dla niego dużo łatwiejsze. Melancholia w głosie mężczyzny była niepokojąca w sposób, którego nie potrafił zrozumieć.
- Wiesz, co jest ironiczne? - rzucił Duarte. - Zawsze odrzucałem koncepcję wielkich ludzi. Wiarę, że ludzka historia kształtowana jest przez pojedyncze osoby, a nie przez szerokie siły społeczne. To romantyczna wizja, ale... - Niedbale machnął ręką, jakby mieszał mgłę. - Trendy demograficzne. Cykle ekonomiczne. Postęp technologiczny. To wszystko czynniki predykcyjne, prognozy dużo potężniejsze od możliwości jakiejkolwiek pojedynczej osoby. A jednak, proszę, oto ja. Wiesz, zabrałbym cię ze sobą, gdybym tylko mógł. Ale ten wybór nie należy do mnie, tylko do historii.
- Historia powinna to przemyśleć - skomentował Paolo.
Duarte się zaśmiał.
- Różnica między zero i jeden to coś na granicy cudu, ale tego cudu nie da się powielić. Jeśli zrobi się z tego dwa, trzy albo setkę, powstanie po prostu kolejna oligarchia. Trwały czynnik nierówności, prowadzący do wojen, które właśnie próbujemy wyeliminować.
Paolo wydał z siebie cichy dźwięk, który można było uznać za zgodę.
- Najlepszymi władcami w dziejach byli królowie i cesarze - powiedział Duarte. - Byli też najgorszymi. Król-filozof może osiągnąć za swego życia bardzo wiele, ale wszystko to może zaprzepaścić jego wnuk.
Duarte sapnął, gdy Paolo wyciągał mu z ręki wenflon. Nie musiał zakrywać rany opatrunkiem, otwór zasklepił się, zanim zdążyła z niego wypłynąć choćby kropla krwi. Nie powstał nawet strupek.
- Jeśli chcesz stworzyć trwały, stabilny porządek społeczny - stwierdził Duarte - nieśmiertelny może być tylko jeden człowiek.