Prolog
Wzgórze tonęło we krwi. Odgłosy walki, szczęk broni, eksplozje wybuchów, palone żywcem ciała oraz nieludzkie krzyki umierających dominowały nad wzgórzem, zwanym przez miejscowych po prostu Kopą, a przez bardziej światłych, Finu'alden. Zastępy jego obrońców topniały w zastraszającym tempie, pomimo zaciętej obrony. Oko obserwatora ujrzałoby bez trudności, iż ich odziały są w beznadziejnej sytuacji, kompletnie otoczone przez przeważające siły napastników. Z wszech stron, pod szczyt wzgórza podchodziły tysiące zastępów - ludzi... i nie tylko. Niektórzy z wojowników byli zakuci w czarną stal, dzierżąc ogromne dwuręczne miecze lub topory, gdy inni przypominali raczej skrzykniętą naprędce zbieraninę maruderów, barbarzyńców i najmitów. Gdzieniegdzie wznosiły się ogromne sylwetki trolli, rzygając kwasem, zdolnym rozpuścić skałę zamieniały dziesiątki obrońców w paskudną, zieloną maź, w akompaniamencie rozpaczliwych, nieludzkich krzyków umierających. Ziemia trzęsła się pod krokami gigantów, wysokich niczym wieża zamkowa, dzierżącymi w dłoniach wyrwane drzewa niczym maczugi, którymi miażdżyli całe zastępy broniących szczytu wojowników. Co pewien czas płonące krwawą łuną niebo przecinał przeraźliwy skrzek szybujących do ataku harpii oraz próbujących ich powstrzymać, ogromnych białych orłów. Kły wbijały się w gardła, szpony orały ciało, miecze przebijały serca, a topory ćwiartowały ciała... Odziani na biało obrońcy umierali. Krew zabarwiła wrzosowiska Kopy szkarłatem... Na szczycie wzgórza wznosiła się świetlista postać. Jej ciało, odziane jedynie w białą opaskę biodrową, emanujące światłem, unosiło się kilka metrów nad ziemią. Ogromne, białe niczym śnieg skrzydła delikatnie zamiatały powietrze nad szczytem wzgórza, gdy smutna, nieziemsko piękna twarz o zielonych, błyszczących szmaragdowym blaskiem oczach, ze smutkiem obserwowała rozpaczliwą i beznadziejną walkę swych obrońców. Postać otaczała aura mocy, zdająca się pochłaniać ciemność, rozświetlając wzgórze białym, jasnym niczym słońce blaskiem. Jej łagodna, pociągła twarz o pięknych, ostrych rysach, ostro zarysowanym podbródku, wystających kościach policzkowych niczym wyrzeźbiona dłutem mistrza wydawała się... zamyślona. Postać zamknęła na chwilę zielone oczy. Delikatnie skinęła głową, podjąwszy decyzję.
- Panie! - rozległo się poniżej. To Xandar, dowódca armii obrońców padł na kolana i zanosząc się szlochem zawołał - Panie! Nie damy rady! Wybacz o wielki, zawiodłem. Zawiodłem Cię!
Potężny mężczyzna obleczony w piękną, białą jeszcze niedawno, a teraz poplamioną posoką, płytową zbroję, zaniósł się szlochem. Ogromne łzy spływały u po policzkach kapiąc na ubrudzone krwią i ziemią rękawice, obejmujące wbity w ziemię półtoraręczny miecz
- Ratuj się! Ratuj się, błagam Cię! - Xandar zerwał się na nogi, wyrwał miecz z ziemi. Na jego twarzy pojawiła się żelazna determinacja. Świetlista postać patrzyła na niego swoimi szmaragdowymi, zasmuconymi oczami. Były pełne współczucia, jakby chciały zabrać od tego człowieka cały jego ból i cierpienie. Omiotła wzrokiem walczące armie. Wokół wrzała zażarta bitwa. Grupa magów krwi, poświęcając życie setek przywleczonych w stalowych klatkach przed bitwą jeńców, plugawym zaklęciem przywołała Carath'hara, demona krwi, który teraz niczym taran wyrąbywał sobie długimi na metr i ostrymi niczym kosa pazurami krwawy korytarz wśród słabnących sił obrońców. Demon wiedział, że danina krwi, pozwoli mu jedynie na krótki pobyt w tej rzeczywistości, kierował się, zatem prosto na szczyt wzgórza, zachęcany wściekłym rykiem odzianych w skóry i nacierających obok plemion barbarzyńców. Nieopodal, spadł niczym biały liść zerwany z drzewa, Valinar, ostatni z wielkich orłów. Jego poranione i pocięte szponami ciało przygniotło kilkudziesięciu walczących. Siły obrońców na rozkaz dowódcy cofnęły się, otoczyły szczyt wzgórza ciasnym kordonem, tworząc mur tarcz i ostrzy, gotowe walczyć do ostatniej kropli krwi w obronie swego boskiego pana. W oddali, bezpiecznie ukrytymi za swymi legionami nacierającymi na szczyt wzgórza wojsk, świetlista postać widziała wyraźnie stojącą, mroczną trójkę, odpowiedzialną za tę rzeź. To byli jego bracia. Jego własna krew. A mimo to, zdradzili go... Grymas przeszył piękną twarz skrzydlatego. Jego oczy błysnęły złowrogim blaskiem. Nagle rozprężył swe świetliste ciało, rozpościerając długie, szczupłe dłonie. Skrzydła rozwinęły się na całą szerokość, a głowa odgięła się do tyłu, gdy z ust wyrwał się świdrujący krzyk rozpaczy. Wzgórze zatrzęsło się od nagromadzonej mocy, gdy potężna fala dźwiękowa obiegła szczyt. Ciała niektórych napastników eksplodowały w krwistej kałuży, gdy inni padali na ubłoconą ziemię wzgórza łapiąc się w konwulsjach dłońmi za uszy. Nawet demon krwi stanął jak wryty i potrząsnął rogatym łbem zamroczony. Krzyk urwał się równie nagle jak się zaczął. Zapanowała martwa cisza. Czas, jakby stanął w miejscu, a walczące armie zamarły oszołomione mocą. Świetlista postać opadła łagodnie na szczyt wzgórza. Jej delikatne, białe niczym kość słoniowa stopy dotknęły zielonej trawy, nieskalanej jeszcze krwią walczących. Ogromne skrzydła złożyły się na plecach, niczym u ptaka otulając świetlistą postać.
- Panie - nieśmiały głos Xandara przerwał ciszę. Stał nieco poniżej swego pana, a głos grzązł mu w gardle. Dało się w nim wyczuć strach.
- Twoje... oczy...
Świetlista postać odwróciła powoli głowę w jego stronę. Krwawa czerwień jej oczu spoczęła na swym wiernym poddanym. Po szmaragdowym spojrzeniu nie było już śladu.
- TAK, MÓJ WIERNY XANDARZE! - głos skrzydlatego przeszył szczyt wzgórza niczym świst bata. Powietrze falowało od mocy, gdy błękitne wyładowania wystrzeliwały niczym pejcze z ciała skrzydlatego - JAM JEST MANATAR! TEN, KTÓRY BYŁ I TEN, KTÓRY BĘDZIE. CZAS JEST NICZYM! TO NIE JEST KONIEC.
Długie, szczupłe ręce Manatara wystrzeliły do przodu. Szkarłatne błyskawice, niczym cienkie żyły pomknęły ku otaczającym go obrońcom. Wbiły się w ich ciała, uniosły ich w spazmach. Nieludzki krzyk bólu i cierpienia przeszył wzgórze, gdy życiowa moc wiernych pomknęła ku skrzydlatej postaci o gorejących oczach. Xandar wił się w konwulsjach u stóp swego pana, a na jego poznaczonej bliznami twarzy malował się strach oraz niebotyczne zdziwienie.
- TO NIE JEST KONIEC! - Manatar zamarł, gdy żyły mocy wyssały całe życie z poddanych i wróciły do jego ciała - TO JEDYNA DROGA...
Zamknął oczy. Pojedyncza łza pociekła po jego białym niczym marmur policzku. Ciało boskiej istoty wygięło się pod nienaturalnym kontem do tyłu i uniosło kilkanaście metrów nad szczytem wzgórza. Ręce oplotły szczupłe ciało, jakby chciało je ochronić. Szczupłe palce wydłużyły się nienaturalnie, a z ich końców zaczęły rosnąc długie, ostre pazury. Twarz, dotychczas piękną niczym posąg, przebiegł wściekły grymas gniewu i nienawiści. Wargi uniosły się, niczym przed ugryzieniem odsłaniając ostre jak u wilka, rosnące kły. Szkarłatne oczy, gorejące gniewem spojrzały w dal, na malujące się w oddali mroczne postacie, dowodzące natarciem. Białe dotychczas skrzydła, zakryły Manatara niczym kokon i zaczęły się zmieniać. Białe niczym śnieg pióra, zrobiły się czarne, jakby trawiła je plaga i zaczęły odpadać, jeden po drugim, opadając wolno na szczyt wzgórza, które po bitwie miejscowi nazwą Wzgórzem Smutku. Na ich miejsce pojawiła się błona, niczym u nietoperza. Manatar krzyknął raz jeszcze, lecz nie był to głos smutku, troski, czy rozpaczy - był to wściekły ryk żądzy zemsty, istoty zdradzonej i cierpiącej. Zapowiedź końca świata... Nagle wszystko zamarło. Przez długą niczym wieczność sekundę zapanowała martwa, niezmącona najlżejszym dźwiękiem cisza. Wtedy to się stało. Skrzydlata, wisząca nad szczytem wzgórza postać zaczęła się błyskawicznie kurczyć, zapadać w makabrycznym tańcu. Zdawała się być wciągana do środka innego wymiaru przez otwór zbyt mały, aby ją pomieścić. Jej ręce, nogi i skrzydła zginały się pod nienaturalnym kontem i łamały z trzaskiem wsysane do środka. Wściekły ryk bólu przeszył ponownie wzgórze, gdy potężna eksplozja targnęła jego szczytem. Fala światła, dźwięku oraz ciepła runęła na zgromadzone armie, w jednej chwili zabijając tysiące oszołomionych istot. Czarne niebo zaległo nad wzgórzem. Zapanowała cisza, przerywana gdzieniegdzie jękami umierających i rannych. Po skrzydlatej postaci nie pozostał żaden ślad.
Rozdział 1
Trzy tysiące lat później.
Niebo nad miastem było ciemne od chmur koloru ciemnego atramentu. Zaległy nad kamiennymi murami miasta nieuchronnie zwiastując deszcz. Była jesień, ale już dało się czuć nadchodzący z północy mróz. Ivar zsiadł z konia, wdeptując w kałużę. Przeklął. Był dość wysokim, dojrzałym mężczyzną, trzydziestoośmioletnim, dobrze zbudowanym, choć nie grubym. Długie, szare włosy spięte z tyłu żelazną klamrą, luźno opadały na ramiona. Miał niebieskie oczy mężczyzny, który wiele już w życiu widział, a na twarzy dwudniowy zarost. Opatulił się ciaśniej ciepłym, podróżnym płaszczem, przywiązał uzdę konia do pobliskiego palika i żwawym krokiem ruszył w stronę wejścia do karczmy, z której dochodził gwar zgromadzonych tam ludzi, a także zapach smażonego mięsiwa oraz gorzki zapach piwa raczej kiepskiej, jakości. Ivar nie był pewien, czego oczekiwać w środku. Zaledwie kilkanaście minut wcześniej dostał zagadkowy list, spisany na poszarzałym kawałku pergaminu, który wręczył mu nieznajomy chłopak, by chwilę po tym umknąć znikając za załomem ulicy. Ivar szybko przeczytał spisaną naprędce wiadomość. "Przyjedź niezwłocznie do zajazdu "Pod Dwoma Czaszkami". Pokój na poddaszu. Poznasz prawdę, którą od dawna trzymano przed tobą w tajemnicy...". Dziwna wiadomość była podpisana: Życzliwy. Ivar splunął w pobliską kałużę. Spotkał w życiu sporo ludzi, ale mało, kogo z nich można było zaiste nazwać "życzliwym". Stał chwilę w bezruchu na ulicy, zastanawiając się, co robić. Przeczytał list ponownie, a potem zwinął go w rulon i wsadził do kieszeni płaszcza. Podjął decyzję. Co miał do stracenia? Droga z rodzimego zamku Kellstadt do pobliskiego miasteczka Ostburg, nie była długa, a sam Ivar nie szczędził konia. Wpadł na podgrodzie niczym diabeł, potrącił jakiegoś wieśniaka rozsypując mu zawartość worka, który dźwigał na barku i pomknął ulicą Targową. Pchnął energicznie drewniane drzwi karczmy i wszedł do środka. Panował tu zaduch. Zapach bigosu, kaszy i piwa uderzył go w nozdrza. Ivar szybko zlustrował izbę. W środku było kilkanaście osób. Część siedziała przy drewnianych ławach. Kilka osób stało przy barze, rozmawiając z karczmarzem. Dwie dziewki krzątały się wokół stołów donosząc strawę i trunki. Ivar sprężystym krokiem podszedł do karczmarza.
- Tymi schodami na poddasze - bardziej oznajmił, niż zapytał ściągając z głowy kaptur płaszcza. Jego długie, srebrne włosy wysypały się spod kaptura. Karczmarz skinął głową. Wielkimi jak bochen chleba dłońmi wycierał blat najwyraźniej wciąż niewystarczająco czysty. Ivar nie zwlekając ruszył na schody, energicznie przeskakując po dwa stopnie na raz. Nie wiedział, czego może się spodziewać, ale szósty zmysł podpowiadał mu, że będą kłopoty. Wbiegł na małe poddasze. Były tam tylko jedne drzwi, duże, drewniane, po lewej stronie korytarza. Wyciągnął rękę, by złapać za metalową kołatkę i popchnąć drzwi do środka, ale nie wiedzieć czemu, w ostatniej chwili wstrzymał dłoń. Chwilę trwało, zanim do jego jaźni dotarło, iż z głębi izby dociera do jego zmysłów znajomy głos. Serce mu zamarło. Niemożliwe... Z całej siły pchnął drzwi do środka. Nie były zamknięte. Walnęły z hukiem o ścianę, gdy wpadł do środka. Świat zatrzymał się, a Ivarowi zawirowało w głowie, gdy jego oczom ukazał się przerażający widok. W łożnicy, pod ścianą izby leżała w objęciach kochanka piękna, szczupła blondynka. Jego żona. Bianka. Jej długie, blond włosy, koloru pszenicy opadały na plecy aż do pasa, gdy nagie ciało unosiło się miarowo w spazmach ekstazy ściskane przez dwie męskie dłonie leżącego pod nią mężczyzny. Miarowe stękanie i westchnienia kochanków wypełniały izbę, a każdy z nich był niczym ukłucie sztyletu w samo serce mężczyzny. Ivar poczuł jak gniew wypełnia całe jego ciało, nagle, gwałtownie, niczym fala tsunami. Podbiegł do leża i złapał lewą dłonią niewierną żonę za włosy.
- Ty dziwko! - ryknął.
- Aaaa... - zakwiliła w bólu próbując złapać jego dłoń w swoją. Mężczyzna pod nią zorientował się, co się stało. Jego oczy wyrażały zaskoczenie i strach.
- Zabiję cię szmato! - Ivar pociągnął za włosy i zwalił nagą kobietę z łoża na drewniane klepisko. Upadła bokiem próbując najszybciej jak to możliwe odpełznąć od prześladowcy. Jej spocone, nagie ciało lśniło w świetle świec. Wściekły Ivar zwrócił się w stronę mężczyzny, próbującego wstać z łóżka. Mógł w końcu mu się przyjrzeć.
- Ty! - zasyczał niczym wąż rozpoznając te krótkie, obcięte wedle najnowszej mody, niczym od garnka, blond włosy. Należały do Mikkel'a, najstarszego syna miejscowego sędziego, szlachcica i sąsiada Ivar'a, niejakiego Leif'a Fussbach'a.
- Nie waż się! - zapiszczał Mikkel.
Jedną ręką zasłaniał nagie krocze w niezrozumiałym w owej sytuacji poczuciu skromności, a drugą podpierając się w nieporadny sposób próbował wstać z pościeli. Ivar nie dał mu tej szansy. Potężny prawy sierpowy spadł na pryszczatą gębę sędziowskiego syna. Huknęło. Mikkel poleciał w lewo spadając z łoża. Ivar podskoczył do niego okrążając szybkim krokiem łóżko i równie potężnym kopniakiem w twarz dokończył dzieła. Ciało mokrego jeszcze od potu kochanka legło bez świadomości na klepisku z wypiętym tyłkiem. Ivar odwrócił się do niewiernej żony, która poderwała się już na nogi i zasłaniając się pomiętą suknią usiłowała uciec z izby, ale najwyraźniej wiedziona myślą, iż szlachciance nie wypada przecież wybiegać nago wywijając cyckami przez karczmę pełną ludzi i to na dodatek niższego stanu, stanęła pod ścianą, opierając się o nią plecami.
- Dlaczego...? - zapytał Ivar podchodząc do niej - czegoś ci brakowało?!
Był wściekły. Czuł jak pulsująca w skroniach krew o mało nie rozsadzi mu głowy. Ale był też kompletnie zaskoczony zdradą żony. Nie był naiwniakiem. Swoje w życiu przeżył, ale w najgorszych snach nie przypuszczałby tak okropnego ciosu w samo serce ze strony tej, którą co noc tulił w ramionach i która lata temu przysięgła mu wierność w świątyni Trójcy. Łzy cisnęły mu się do oczu, ale zacisnął mocno zęby i wstrzymał je siłą woli. Gniew wypełniał mu serce.
- Dlaczego, Bianka?! - podszedł do żony i łapiąc jej delikatną twarz w obie dłonie zmusił ją do spojrzenia mu w oczy. - Mów! - krzyknął, aż echo poszło po całym poddaszu.
Bianka przez chwilę patrzyła mężowi prosto w twarz. Jej ogromne, niebieskie oczy były niczym ocean. A potem... wybuchła histerycznym śmiechem. Jej delikatna i zazwyczaj pogodna twarz, zmieniła się w mgnieniu oka. Spojrzenie pełne jadu i szalonej radości paliło Ivarowi duszę. Zamurowało go.
- Zdychaj! - rozległo się za jego plecami.
Błyskawicznie się odwrócił, aby ujrzeć nacierającego z paskudnym sztyletem w dłoni Mikkel'a. Lata służby na polach bitew Eastmarchii zrobiły swoje, gdy Ivar zszedł z linii ciosu odskakując w lewo. Sztych broni śmignął w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była jego szyja. Mikkel ponowił cios, tym razem celując z góry. Ivar dobył swój sztylet, który zawsze nosił przy pasie przy prawym boku. Nie chciał zabijać gówniarza, ale żarty się skończyły. Teraz walczył o życie. Histeryczny śmiech Bianki rozbrzmiewał w izbie zagłuszając walczących. Mikkel nacierał niczym opętany zadając kolejne cięcia. W oczach miał szaleństwo. Ivar kilkukrotnie brał udział w walce na noże i doskonale wiedział, że najlepszą formą obrony przed nożem jest... ucieczka. Krótka, lekka, szybka i śmiercionośna broń nieuzbrojonemu człowiekowi gwarantowała jedynie błyskawiczną śmierć lub ciężkie kalectwo, ale on był uzbrojony, opancerzony (w myślach podziękował opatrzności, że włożył swoją wysłużoną brygantynę, która zapewniała dość dobrą ochronę klatki piersiowej), doświadczony i cholernie wściekły. Cofał się pod naporem wciąż nagiego kochanka, który raz za razem ponawiał ataki tnąc sztyletem na oślep, jak każdy w amoku zupełnie nie zwracając uwagi na otoczenie. Ivar wykorzystał ten fakt kopiąc mały, stojący blisko drewniany taboret prosto pod nogi atakującego. Mikkel trafiony meblem w piszczel, w momencie wyprowadzonego już ataku, stracił równowagę i runął jak długi na twarz, odruchowo próbując rękami zamortyzować upadek. Sztylet wypadł mu z dłoni, gdy gruchnął z impetem o podłogę. Coś trzasnęło, ale Ivar nie był pewien, czy noga mebla, czy też chłopaka. Czym prędzej podskoczył do przeciwnika i szybko odkopał jego broń w róg izby, z dala od właściciela, a potem przygniótł go całym ciężarem swego ciała kolanami i z całej siły ponownie strzelił pięścią w szczękę. Mikkel zwiotczał niczym szmaciana lalka, a głowa osunęła mu się na podłogę. Ivar głęboko odetchnął i wstał. Dopiero po chwili dotarło do niego, że coś się zmieniło. W izbie panowała cisza. Jedynie z dołu dało się wciąż słyszeć dźwięki biesiadujących klientów karczmy, ale po histerycznym śmiechu Bianki nie było już śladu. Obrócił głowę by spojrzeć w miejsce, gdzie jeszcze kilka minut temu stała kobieta. Była tam, wciąż naga, przykrywając ciało suknią, a jej pierś unosiła się rytmicznie, gdy głęboko oddychała. Jej rozpalony wzrok wpatrzony był w postać męża. Ivar podszedł do żony. Krótka, ale intensywna walka o życie wypełniła jego ciało adrenaliną. Oddychał szybko.
- Dlaczego? - ponowił pytanie. Już spokojniej. Było w tym więcej smutku niż gniewu.
Bianka uśmiechnęła się. Tak jak to ona potrafiła - zalotnie, delikatnie, dziewczęco... Wydawała się teraz opanowana i spokojna. Delikatnie wysunęła się spod ściany, przechodząc obok niego wdzięcznie, niczym kotka, dotykając jego ramienia, tak, że czuł zapach jej ciała oraz intensywny zapach bzu.
- Dlaczego, drogi mężu...? - zaśmiała się - dlaczego, pytasz? A dlaczego ludzie robią, to, co robią...?
Ivar odwrócił się. Patrzył, jak powoli przesuwa się swymi małymi, nagimi stopami w stronę środka izby, gdzie wciąż na podłodze leżał nieprzytomny Mikkel. Bianka śmiała się, gdy szata sukni, którą się zasłaniała opadła na deski podłogi. Ivar, nie mógł się ruszyć, zupełnie zaskoczony tym nietypowym zachowaniem kobiety, która została mu poślubiona lata temu. Zapytany wcześniej, jak dobrze zna swoją małżonkę, roześmiałby się takiej osobie w twarz, słysząc tak prozaiczne pytanie, a teraz... Podeszła do ciała leżącego kochanka i obróciła się twarzą do Ivara, gdy na drewnianych schodach prowadzących na poddasze, dało się słyszeć głuche dudnienie buciorów wbiegających osób. Ivar odruchowo spojrzał w kierunku drzwi, ale kątem oka zauważył złowieszczy błysk stali, odbijającej blask pochodni zawieszonej nad łóżkiem. Ku zdumieniu mężczyzny, w szczupłej dłoni Bianki pojawił się sztylet Mikkel'a, który kilka minut temu sam odkopał. Dziewczyna sprawnym, błyskawicznym ruchem przeciągnęła ostrzem sztyletu po odsłoniętej, nieruchomej szyi niedawnego kochanka. Krew trysnęła niczym woda z podziemnego źródła. Bianka rzuciła zakrwawione narzędzie zbrodni prosto pod nogi zaskoczonego męża. Do izby wpadło kilku odzianych w kolczugi i niebiesko-czarne uniformy straży mężczyzn, na czele z osobnikiem, którego Ivar zupełnie by się tu nie spodziewał.
- Co tu się odpierd...?! - rzucił Ardal, syn miejscowego wojewody, ale głos mu ugrzązł, na widok tryskającej krwi z leżącego na środku izby trupa sędziowskiego syna, wrzeszczącej w histerii, nagiej kobiety oraz Ivara, stojącego pod ścianą z krwawym sztyletem pod nogami. Obok szlachcica tłoczyli się czterej gwardziści, próbując przepchać się przez drzwi by zobaczyć, co się dzieje.
- Brać go! - wrzasnął Ardal wskazując oskarżycielsko palcem na Ivara - to morderca!
Gwardziści rzucili się we wskazanym kierunku szybko obalając zdumionego Ivara. Było oczywiste, że mają w tym nieliche doświadczenie, bo szybko dostał drzewcem gizarmy w łeb i stracił przytomność. Zapanowała ciemność.
Rozdział 2
Obudził się w mrocznej, wilgotnej celi. Kamienne ściany, pokryte mchem rozświetlało jedynie światło pochodni dochodzące z korytarza przez solidne, żelazne kraty po lewej stronie. Cela była malutka, zaledwie kilka metrów kwadratowych, za to zaopatrzona w wysoki strop, z którego kapała woda. W środku było wilgotno i przerażająco śmierdziało ludzkimi odchodami i potem. Ivar złapał się dłońmi za głowę. Tępy, pulsujący ból nie pozwalał się skupić. Leżał tak dłuższą chwilę, próbując powstrzymać natłok myśli. Obrazy ostatniej doby przelatywały mu przed oczyma. Widok ukochanej żony w łóżku z synem sędziego, a potem podrzynającej mu gardło bez mrugnięcia okiem wydawał się nie z tego świata. Ivar zastanawiał się przez chwilę, czy to, aby nie był sen. Szybkie spojrzenie na ponure ściany było jednak wystarczającym dowodem. Cela wydawała się nad wyraz realna. Podobnie okropny smród i tępy, rozsadzający czaszkę ból. Stęknął głośno podnosząc się z legowiska, które tworzył jakiś stary, przesiąknięty wilgocią i grzybem pled, a także pakuły słomy. Usiał i oparł się plecami o wilgotną, kamienną ścianę. Nasłuchiwał. Oprócz miarowego kapania z sufitu, nie dało się usłyszeć innych dźwięków. Żadnego stękania, rozmów, czy innych dźwięków. Jeśli byli tu inni "pensjonariusze", to nie dawali znaku życia. Lub nie byli w stanie. Zastanawiał się, gdzie może się znajdować. Najprawdopodobniej w podziemnych celach ratusza, choć nie mógł tego wiedzieć na pewno, jako, iż nigdy wcześniej w nich nie był. Nigdy też nie przypuszczał, że mógłby się w nich znaleźć w charakterze więźnia... Wciąż nie mógł uwierzyć w wydarzenia ostatniego wieczora. Gdy tak siedział rozmyślając, stęknęło żelazo. Dobiegł go przeszywający dźwięk otwieranej, żelaznej bramy i dało się słyszeć zbliżające się kroki. Ktoś nadchodził.
- Dwie osoby - przemknęło my przez głowę, gdy kroki stawały się coraz bliższe.
- Wyglądasz jak kupa gówna - głos postaci, która stanęła po chwili naprzeciw kraty jego celi, zasłaniając sobą światło pochodni przymocowanej w korytarzu, wydawał się znajomy.
- I tak się czuję - odparł Ivar rozpoznając głos - Björn...? To ty?
- Aye - odpowiedział Björn - to wszystko - rzucił drugiej postaci, która okazała się więziennym strażnikiem. Ten skinął głową i odszedł, zamykając za sobą żelazne wrota. Szczęk klucza w zamku ponownie rozszedł się echem po korytarzu
- Ale żeś narozrabiał, brachu - Björn przykucnął przed kratą, uważnie przyglądając się rozmówcy, jakby chciał sam sprawdzić, czy ten faktycznie był zdolny dopuścić się czynu, przez który znalazł się w więziennej celi.
- Pewnie mi nie uwierzysz, ale to nie ja - odparł Ivar.
- Wszyscy tak mówią, haha - Björn roześmiał się i splunął siarczyście - z drugiej strony, wcale ci się nie dziwię. Gdybym ja nakrył moją Halszkę na amorach z innym, też bym go zatłukł.
- No właśnie w tym problem, że ja tego nie zrobiłem! - Ivar podniósł głos - rzucił się na mnie z nożem, więc faktycznie powaliłem gnojka, ale go nie zabiłem.
- W takim razie, kto to zrobił? - Björn zmrużył oczy. Był dawnym chorążym Ivara wystarczająco długo, aby wiedzieć, iż ten nie miał w zwyczaju kłamać - mówią, że byliście tam w trójkę, to kto - Bianka...? - rzucił parsknąwszy śmiechem. Wydawało się to dobrym żartem.
- Tak.
- Co?! Żartujesz - Björn znał żonę swego dawnego dowódcy od lat. Widok drobnej, delikatnej kobiety mordującej z zimną krwią sędziowskiego syna kompletnie nie mieścił mu się w głowie. To było niemożliwe.
- Tak, wiem - Ivar pokiwał głową ze zrozumieniem - sam wciąż nie mogę w to uwierzyć, ale taka właśnie jest prawda. Gdy leżał nieprzytomny na dechach, poderżnęła mu gardło bez zmrużenia okiem, a nóż rzuciła mi pod nogi. Wtedy wpadł Ardal ze strażnikami.
- Wiesz, że cholernie ciężko w to uwierzyć? - Björn westchnął głęboko. Był skołowany.
- Wiem.
- W każdym razie - Björn wstał. Nie był już pierwszej młodości, a lata w służbie, w zimnie, deszczu, śniegu i wilgoci odbiły się dość nieprzyjemnie na jego kolanach - syn sędziego jest sztywny, a świadkiem zdarzenia jest pierworodny wojewody... Przykro mi, że to ja muszę przekazać ci tę wiadomość, ale...chcą cię powiesić.
Ivar zamknął oczy i zacisnął pięść. Mógł się tego spodziewać, ale i tak poczuł zimny dreszcz na plecach.
- Björn - zerwał się na nogi, podszedł do oddzielającej ich żelaznej kraty i złapał za pręty - znamy się od dwudziestu lat. Ja tego nie zrobiłem. Wrabiają mnie!
- Eh... - Björn podrapał się po głowie. Miał krótko ścięte, prawie całkiem siwe włosy, choć miał zaledwie trzydzieści kilka wiosen - ja ci wierzę, cholera. Ale co to zmieni? Jutro i tak cię powieszą.
- Bez wysłuchania mnie?! - Ivar zatrząsł się z oburzenia - jestem rycerzem i byłym oficerem cesarskiego legionu! Tak się nie godzi!
- Cóż... - Björn wzruszył ramionami - wojewoda i sędzia podjęli decyzję, a z tego co gadają na ulicy, twoja żona dorzuciła swoją cegiełkę. No i Ardal...
Ardal. Właśnie. Ivar odepchnął się od kraty i zaczął przechadzać się po celi, o ile tak można nazwać dreptanie w kółko po tam małym pomieszczeniu. Od początku nie dawało mu spokoju, co robił tam syn wojewody? Potomek najważniejszej osoby w tym landzie, pojawia się dokładnie w tym miejscu i dokładnie o tym czasie! Jak to możliwe? I jak to powiedział Björn...? Ardal jest "świadkiem"...? Przecież nie widział morderstwa!
- Powiedziałeś, że Ardal jest świadkiem zdarzenia, ale on nie widział samego morderstwa, niezależnie od tego, kto go dokonał. Jak zatem może być świadkiem, iż to ja popełniłem zbrodnię?
Björn otworzył usta, by odpowiedzieć, ale...je zamknął bez słowa. Myślał chwilę.
- Hmmm..., faktycznie, to bez sensu - podrapał się po zaroście. Nie golił się od pięciu dni - ale to by przecież świadczyło...
- Że Ardal chce widzieć mnie martwym - dokończył Ivar.
W celi powiało chłodem.
Chwilę później chorąży Ivara opuścił mroczne więzienie. Obaj mężczyźni przez kraty podali sobie bez słowa przedramiona w braterskim uścisku. Słowa były zbędne. Co można było powiedzieć żegnając człowieka, z którym służyło się lata, a który następnego dnia będzie martwy? Skinęli jedynie głową w niemym pozdrowieniu, po czym Björn wyszedł w milczeniu odprowadzany wzrokiem więźnia, oraz więziennego strażnika, który zresztą dokładnie przeszukał chorążego, by czasami nie wpadł na pomysł przekazania więźniowi broni. Ivar opadł na swoje posłanie zrezygnowany. Nie miał pojęcia, o co tu chodziło i dlaczego Ardal oraz najwyraźniej małżonka, chcieliby jego śmierci. Próbował sobie przypomnieć, czy aby w przeszłości nie naraził się synowi wojewody, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Kompletnie też nie potrafił zrozumieć zachowania Bianki. Myśli kłębiły mu się w głowie, aż w końcu wyczerpany zapadł w nerwowy sen. Śniła mu się żona, łapczywie brana przez Mikkel'a od tyłu, z rozwianym włosem, krzycząca w ekstazie. Gdy podchodził do niej, by zapytać ponownie "dlaczego?", zdał sobie sprawę, że twarz Mikkel'a jest zaledwie bezcielesną czaszką, martwą i trupiobladą, a jego puste oczodoły wpatrują się w oblicze Ivara oskarżycielsko.
Zbudził się zlany zimnym potem. Trochę trwało, zanim oczy przyzwyczaiły mu się do ciemności i zanim do niego dotarło, że światło z palących się w więziennym korytarzu pochodni, całkowicie zniknęło. Było ciemno, choć oko wykol. Ciemno i zimno.
- Pewnie pochodnie zgasły, bo nikt tu nawet nie zagląda - pomyślał pocierając dłońmi o ramiona próbując się nieco rozgrzać.
Mimo wszystko czuł rosnący niepokój. Jego instynkt wariował. Strażnik więzienny nie powinien opuszczać posterunku, a poza tym, na pewno zmieniają wartę, zatem i dogasające pochodnie też. Coś było nie tak... W pewnym momencie Ivarowi wydało się, że słyszy kroki. Zamarł. Tak, ktoś nadchodził. Nie był to głośny odgłos ciężkich, podkutych wojskowych buciorów, raczej delikatny odgłos skórzanych trzewików. Ktoś się zbliżał. Cicho i niespiesznie. Ivarowi przemknęło przez myśl, że może sędzia, znany z krewkości oraz pijany nienawiścią do mordercy pierworodnego syna, postanowił sam wymierzyć sprawiedliwość, ale porzucił ten pomysł, jako niedorzeczny. I tak w ciągu kilku godzin będzie martwy, po co sędzia miałby ryzykować? Coś podeszło pod kratę jego celi. Słaby odgłos zbliżających się kroków umilkł. Ivar wstrzymał oddech w oczekiwaniu najgorszego. Nic nie widział, ale nie wiedzieć czemu, miał wrażenie, graniczące z pewnością, że cokolwiek stanęło prze jego celą, doskonale widzi jego.
- Czego chcesz?! - krzyknął.
Był żołnierzem. Nie lubił takich podchodów. Jeśli ma zginąć, to patrząc wrogowi w twarz, a nie, skulony pod ścianą, nieświadom nadchodzącego ciosu. Żadnego odzewu.
- Kim jesteś?! - krzyknął ponownie.
- Twoim ratunkiem, Ivarze Szkarłatny - ledwo słyszalny szept, niczym syk węża, dobiegł zza kraty.
Ivar zamarł. Bardzo dawno nie słyszał tego przydomka. Lata temu... Kimkolwiek był, owy tajemniczy cień, wydawał się sporo o nim wiedzieć.
- Skąd mnie znasz, cieniu? - zapytał Ivar zrywając się na nogi. Jeśli ma umrzeć, to przynajmniej stojąc, z godnością. Patrząc śmierci w oczy, choć w tej grobowej ciemności raczej nie było to możliwe.
- Wiemy o tobie wszystko - padła odpowiedź.
- My...?
- To teraz nieważne. Nie mamy czasu - postać drgnęła.
Poły jej powłóczystej szaty rozchyliły się, gdy najwyraźniej zaczęła gmerać przy zamku, bo po chwili ustąpił ze szczękiem, a krata rozchyliła się ze zgrzytem do wewnątrz. Był wolny. Mimo to, Ivar nie ruszył się z miejsca.
- Nie masz czasu, Szkarłatny - mroczna postać cofnęła się kilka kroków, robiąc mu miejsce by opuścił celę - na końcu korytarza czeka na ciebie osiodłany koń. Ma przytroczoną torbę, w której znajdziesz dalsze instrukcje.
- Dlaczego to robisz? - Ivar walczył z sobą, aby nie rzucić się pędem korytarzem i ratować skórę, ale instynktownie obawiał się tej mrocznej, zakapturzonej postaci i nie miał ochoty ją mijać w ciasnym, ciemnym korytarzu.
- Ratuj się - postać odwróciła się i szybkim krokiem skierowała ku wyjściu.
Został sam. Patrzył zdziwiony na otwarte wrota więziennej celi, aż w końcu instynkt przetrwania wziął górę. Miał ochotę biec ku wyjściu, ale ciemności, jakie panowały w korytarzu raczej na to nie pozwalały. Ostrożnie oparł się lewą dłonią o ścianę korytarza i opierając się o nią dotarł do wyjścia. Był ciekaw, co się stało z więziennym strażnikiem i czy aby za chwilę i jego nie odnajdą martwym i doliczą i tę ofiarę do jego listy, ale porzucił te pytania, bo oto dostrzegł światło księżyca dobiegające zza wejściowej bramy więzienia. Ostrożnie wystawił głowę na zewnątrz. Ze zdziwieniem stwierdził, że nie znajduje się w Ostburg'u, a to nie jest budynek ratusza. Na zewnątrz nie było żywej duszy, no może oprócz faktycznie osiodłanego konia, który przywiązany do palika po prawej stronie dziedzińca stał spokojnie w oczekiwaniu jeźdźca. Tajemniczy nieznajomy także zniknął. Ivar nie myśląc zbyt długo rzucił się biegiem w kierunku konia. Odwiązał uzdę, wskoczył na siodło i pędem ruszył przed siebie. Nie miał pojęcia, co to za miejsce i gdzie jechać, ale kierował się główną ulicą, na której końcu wydawało mu się, że dostrzega bramę z żelazną, opuszczaną kratą. Galopując brukowaną ulicą, ku swemu zdumieniu widział ciała kilku ludzi, najwyraźniej mieszkańców, a także odzianych w kolczugi i uzbrojonych strażników, leżące na ziemi bez ruchu. Nie był pewien, czy byli martwi, czy tylko spali, ale nikt nie próbował mu przeszkodzić w ucieczce.
- Ha! - krzyknął poganiając piętami karego konia. Ten ochoczo zarzucił grzywą i posłusznie niósł jeźdźca ku wolności. Wypadł przez miejską bramę niczym wiatr.
Rozdział 4
Czarno odziana postać otworzyła drzwi, które nie będąc pierwszej młodości, skrzypnęły przeraźliwe. Szybko i bezszelestnie, niczym zjawa, wsunęła się do środka zamykając wrota. Przekręciła żelazny klucz w zamku. Szczęknęło. Echo rozeszło się po izbie. Postać, ledwo widoczna w świetle księżyca, które wpadało przez rozbite okno, odczekała chwilę, oparta o drewniane drzwi, jakby chcąc się upewnić, że nikt za nią nie podąża, po czym najwyraźniej zadowolona z rezultatu, szybko i sprawnie, omijając stary, połamany stół, przeszła przez obskurną izbę i klęknęła przy podłodze. Ściągnęła z dłoni skórzane rękawice, zerwała stary, zakurzony dywan i zaczęła delikatnie obmacywać deski w poszukiwaniu ukrytej zapadni. W końcu jedna z dłoni zatrzymała się, natrafiając na znajomy kształt. Palce wcisnęły deskę, która ze zgrzytem zaczęła się cofać odsłaniając ukryty poniżej, zbrojony hartowaną stalą właz do podziemi. Postać odczekała kilka minut, aż mechanizm odsłoni wejście, po czym sięgnęła po klucz, zawieszony na szyi na solidnym rzemieniu. Nieznającemu przeznaczenia owego klucza, wydawałby się jednym z wielu zwykłych kluczy do domostwa, czy gospody, ale o to właśnie chodziło, aby za wszelką cenę nie zwracać na siebie uwagi. Klęcząc, mroczna postać wsadziła klucz do zamka i energicznie przekręciła w lewo. Znów szczęknęło, gdy zamek puścił. Droga na dół była wolna. Mężczyzna, chwycił żelazną kołatkę, mocno pociągnął i uniósł ciężkie wrota. Wszedł do środka po żelaznych stopniach zamontowanej poniżej drabiny i zatrzasnął za sobą właz. Zszedł kilka metrów po drabinie, słysząc, jak mechanizm nad nim robi to, co do niego należy i przywraca podłogę zrujnowanej gospody do wcześniejszego stanu, całkowicie ukrywając obecność nieznajomego. No, może poza przesuniętym dywanem, ale to naprawi potem, wychodząc. Uśmiechnął się i podążył wąskim, nieoświetlonym korytarzem przed siebie. Nie potrzebował światła. Jego oczy doskonale widziały nawet w całkowitych ciemnościach. Był to dar, który otrzymał, jako dziecko od swego Pana, by móc wiernie mu służyć i wypełnić przeznaczenie. Korytarz kilka razy zakręcał, aż w końcu postać dotarła do kolejnych, zamkniętych drzwi. Zastukała kością palca zgodnie z uzgodnionym i obowiązującym w tym tygodniu hasłem.
- To ty, mistrzu? - głos z wewnątrz należał zapewne do młodego, może siedemnastoletniego chłopaka.
- Eh... Tak, to ja, Sven - odparł odziany w czarny, skórzany płaszcz mężczyzna - ile razy prosiłem, abyś trzymał się procedur, zamiast zadawać to pytanie?
Cisza była jedyną odpowiedzią. Chłopak był wyraźnie zawstydzony, ale nie odpowiedział. Otworzył za to drzwi, przekręcając klucz w zamku. Sven był jeszcze nastolatkiem; tak naprawdę miał zaledwie czternaście lat, ale sam nie był tego pewien i zapytany odpowiedziałby, że ma o rok więcej. Był sierotą. Irdun, zwany przez chłopaka, Mistrzem, natknął się na niego kilka lat temu, żebrzącego na ulicach Petrry, dużego miasta portowego na południu Cesarstwa, podczas jednej ze swych misji. Normalnie by się nie angażował - jego misja, jego "praca" i tak była wyjątkowo niebezpieczna i w razie ujęcia groziłby mu los o wiele gorszy niż śmierć, ale...coś nie pozwoliło mu po prostu odejść, ignorując koszmarnie wychudzonego, obdartego i schorowanego chłopaka, żebrzącego w porcie o kawałek chleba. Sven był z nim od tego czasu. Dbał o to sanktuarium i pomagał czasami w misjach, choć Irdun obiecał sobie kiedyś, że nie pozwoli mu ubrudzić sobie rąk. Chłopak był pracowity i szybko się uczył.
- Gorąco tu jak w piekle - rzucił Irdun, ściągając podróżny płaszcz i rzucając go na oparcie jednego z krzeseł pobliskiego stołu.
- No - odparł chłopak uśmiechając się od ucha do ucha zamykając drzwi. Nie był specjalnie inteligentny, ale też nie było co się dziwić. Jedynie najbogatszych było stać na edukację swoich pociech, gdy reszta społeczeństwa była zdana na siebie, a Sven dodatkowo wychował się na ulicy - nagrzałem.
- Czuję... - Irdun poszedł za towarzyszem przez izbę straży i po chwili usiadł w zdecydowanie większej, stanowiącej coś na kształt pokoju narad. Nalał sobie kubek wody i wychylił cały czując wciąż suchość w gardle po podróży. Wyciągnął nogi. Pozwolił sobie w końcu na nieco odpoczynku. Rozejrzał się po grocie ciekaw, czy coś się zmieniło od jego ostatniego pobytu. Izba była urządzona w podziemnej jaskini, a raczej w całym podziemnym kompleksie, który był naturalnym tworem skalnym, jedynie sprytnie dostosowanym do potrzeb Bractwa. Pomieszczenie, w którym usiadł, było całkiem imponujących rozmiarów, zaopatrzone w dwa prostokątne, dębowe stoły z otaczającymi je krzesłami, wieszaki na broń, kilka skrzyń na podróżne ubrania, zestaw pólek z ceramicznymi naczyniami, głównie służącymi odwiedzającym sanktuarium do przyzwoitego przepłukania gardła oraz korytarz wiodący do dalszych pomieszczeń, w tym kuchni, z której dochodził całkiem smakowity zapach.
- Drób..? - zapytał Irdun chłopaka, nalewając sobie ponownie kubek źródlanej wody.
- Gęś - pokiwał głową Sven, bardzo zadowolony z siebie - podać?
- A czy Arcykapłan szcza w lesie...? - odpowiedział pytaniem na pytanie Irdun.
- Nie wiem - zakłopotał się Sven wyraźnie zmartwiony. Widać nie takiej odpowiedzi się spodziewał.
- Tak, Sven. Podać - roześmiał się Irdun. Sven był dobrym chłopakiem, ale niezbyt bystrym.
Irdun był głodny jak wilk. Po posiłku zamknął się w głębi podziemnego kompleksu, w jaskini, którą nie bez powodu nazywano "kaplicą". Tylko wybrani członkowie Bractwa mogli tam wchodzić. Jaskinia nie była duża, miała rozmiary średniej wielkości komnaty domu kupieckiego, ale była tak umieszczona, aby izolować wszystkie dźwięki, które mogły z niej dochodzić. Podziemny wodospad, okalający kaplicę, dopełniał dzieła. Irdun wszedł do środka i przełączył lewarek, który wprawił w ruch mechanizm zamykający grotę wielkim kamieniem, zupełnie odgradzając go od reszty świata. W środku panował kolorowy półmrok, rozświetlany błękitnym kryształem unoszącym się na środku przeciwległej ściany. Kryształ był wielkości zaciśniętej pięści, ale nie był jednolity - jego części stale wirowały zmieniając położenie, niczym wielka łamigłówka, której żaden człowiek nigdy nie będzie w stanie ułożyć. Kryształ, zwany przez członków bractwa "Okiem Ilumatara", był największą świętością sanktuarium i tylko nieliczni wiedzieli, skąd się tu wziął i do czego służy. Irdun podszedł do niego, przyklęknął. Błękitne światło rozchodzące się od wirującego kryształu zaczęło pulsować.
- Aelija Est'ador Ilu'Matar - wyszeptał Irdun w starożytnym języku, którego dziś znała może garstka ludzi.
Części kryształu przestały wirować i zaczęły się łączyć, tworząc jednolity sześcian. Eksplozja błękitnego światła rozlała się po ścianach groty, barwiąc jej ściany. Komnata pulsowała.
- IIRRRDUUUUUNNN... - niesamowity, nieziemski, harmonijny głos wypełnił grotę. Dochodził zewsząd
Klęczący mężczyzna czuł i widział, jak włosy na jego rękach stają dęba. Czuł potężną moc, wypełniającą kaplicę niczym woda studnię.
- Tak, Panie, jestem na Twoje wezwanie - odpowiedział posłusznie.
- DOBRZE SIĘ SPISAŁEŚ - głos wydawał się zadowolony
- Dziękuję, o wielki - Irdun jeszcze bardziej pochylił głowę z wdzięczności. Wypełniła go duma z dobrze wykonanego zadania.
- MÓJ PLAN DZIAŁA. JESTEM BLISKO...
- Tak, Panie - Irdun odważył się zerknąć na kryształ. Zawsze miał nadzieję, że może tym razem ujrzy coś więcej, ale nie - kryształ wisiał tam, nieruchomy, zawieszony w próżni. Pulsował mocą.
- Jak poleciłeś, pomogłem mu w ucieczce. Jest cały i właśnie jedzie do... celu - Irdun przełknął nerwowo ślinę. To wystarczyło.
- CHCESZ O COŚ ZAPYTAĆ? - głos wydawał się zaciekawiony.
- Yyy, tak, o Panie - Irdun zganił się za chwilę wahania. To jego cholerne sumienie kiedyś przyprowadzi go do zguby - czy on... wie, o Wielki?
- NIE.
Irdun nic nie powiedział. Kiwnął tylko głową. W sumie to nie wiedział, czy takie gesty coś wnoszą - nie miał pojęcia, czy rozmówca to widzi, czy tylko słyszy jego głos, ale zdecydowanie bezpieczniej było sądzić, że widzi.
- NIE MOŻE WIEDZIEĆ, MÓJ WIERNY STRAŻNIKU - głos wydawał się zatroskany - PRZEZNACZENIE MUSI SIĘ WYPEŁNIĆ, A TO JEDYNY SPOSÓB...
- Tak, mój Panie - potwierdził słowa Irdun - czas, jest niczym
- O'TOME ER NIHAT
- Este - Irdun zamknął oczy. Błękitne światło zgasło. Kryształ znów podzielił się na części, które zaczęły ponownie wirować. Audiencja była zakończona.
Rozdział 6
Na rynku Groeteburga, stołecznego miasta Cesarstwa, tłoczyli się ludzie. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, bowiem centralny węzeł komunikacyjny z południa na północ oraz centrum handlu i rzemiosła Cesarstwa zawsze było pełne zarówno mieszkańców, trudniących się swoimi sprawami, jak i przyjezdnych, lecz rzadko, kiedy w centralnym miejscu rynku, zaraz obok gmachu ratusza, gromadził się taki tłum. Dziś nie był zwykły dzień. Dziś było święto. Będą kazić. Kapłani Trójcy pojmali, bowiem sługę Mrocznego Pana, samego wrażego Manatar'a, niech będzie przeklęte jego imię i zgodnie ze zwyczajem powierzą jego ciało i duszę oczyszczającemu ogniu. To każdy chciał zobaczyć. Na rynku wzniesiono drewniane palenisko z wystającym w jego środku solidnym słupem, z którego wystawały żelazne kajdany. Ludzka fala tłoczyła się naprzeciw ratusza, przepychając się by lepiej zobaczyć niecodzienne widowisko. Co niektórzy powłazili na dachy okolicznych kamienic, inni, stali na balkonach. Tłum falował, lecz co ciekawe, panowała głucha cisza. Chorobliwa fascynacja i oczekiwanie na spektakl było niemal namacalne. Napięcie wisiało w powietrzu. Można je było kroić nożem. W pewnym momencie z ulicy Targowej wytoczył się drewniany wóz ciągnięty przez osła. Stał w nim przykuty żelaznymi łańcuchami samotny mężczyzna. Przedstawiał sobą żałosny widok. Był w podartej i brudnej, lnianej koszuli. Jeden rękaw miał oderwany. Skórzane spodnie były rozcięte w nogawkach. Był nieogolony, brudny i zakrwawiony z wielu ran na plecach, torsie i ramionach. Na piersi był widoczny wielki, czarny tatuaż przedstawiający kruka. Tłum zawył, niczym ranione, dzikie zwierzę. W stronę toczącego się wozu poleciały zgniłe warzywa, jaja, kamienie, a nawet odchody. Wściekli mieszkańcy, napędzając się nawzajem, obrzucali więźnia najgorszymi przezwiskami, przeklinali jego przodków i życzyli mu wiecznej męki. Ten wpatrywał się nieobecnym wzrokiem przed siebie, jakby był nieobecny, czym zresztą doprowadzał rozjuszoną tłuszczę do jeszcze większej pasji. Wóz ze skazańcem otaczali odziani w szkarłat i czerń zbrojni, odpychając potężnymi halabardami natrętów, którzy zbliżyli się za blisko. Za wozem podążali rajcy miasta, potężny sędzia Leif, zausznik wojewody Albert, wojewoda Hasulf, stadko urzędników z poborcą Bruno deLindem na czele oraz, na samym końcu...brat Eryk. Na jego widok tłuszcza zaryczała radośnie wiwatując. Co niektóre mieszczki obrzuciły zakonnika kwieciem. Brat Eryk uśmiechał się promiennie i pozdrawiał tłum wyciągniętą prawą ręką delikatnie potrząsając dłonią. Było oczywiste, kto tutaj jest gwiazdą. Barwny korowód wtoczył się na rynek. Jako ostatni wmaszerowali zakonni zbrojni, obleczeni w kolczugi i kapaliny. Na piersiach mieli zdobne hafty w barwach Zakonu Świętego Płomienia, a w rękach żelazne wekiery o hartowanych piórach. Rozklekotany wóz ze skazańcem dotarł do celu. Wielki osobnik, stojący obok paleniska o zasłoniętej kapturem twarzy schwycił obdartego mężczyznę za kajdany, poprowadził ku miejscu kaźni i przykuł do stojącego tam pala. Tłum zaryczał w aplauzie. Na palenisko wyszedł brat Eryk. Podniósł rękę. Tłum zamilkł natychmiast.
- Ten tutaj osobnik! - zawołał, a jego wprawiony w przemowach do tłumu głos rozszedł się echem po całym rynku - stoi przed wami, dobrzy ludzie prosząc o pokutę! Ten oto grzesznik, przyznał się do śmiertelnego grzechu przeciw Trójcy! Przeciw Cesarstwu! Przeciw ludzkości! Przeciw... - tu zrobił celowo przerwę, budując napięcie - przeciw WAM!
Tłum zaryczał wściekle. Żądza mordu, gniew i nienawiść były niemal namacalne. Kobiety, mężczyźni, dzieci, starcy, rycerze na balkonach, mieszczanie w togach, chłopi w sukmanach i biedota bez gaci, wszyscy zgodnie domagali się krwi. Brat Eryk patrzył na to gorejącym wzrokiem swych oczu koloru zimnej stali, a jego serce przepełniała euforia. Po to się narodził! To był jego żywioł. Panował nad wściekłym tłumem niczym dyrygent nad orkiestrą. Emocje tych ludzi, były karmą dla Bogów. Uniósł obie ręce. Ryk ucichł. Tłum zamarł w oczekiwaniu.
- Ten tutaj grzesznik, Björn Skalde, do niedawna chorąży siódmej kompanii Trzynastego Legionu, przyznał się do spisku przeciw Trójcy! Obcował cieleśnie z demonami samego Manatara, niech przeklęte będzie jego imię! Zaplanował i zamordował z zimną krwią wraz ze swoim dowódcą, Ivarem Nave, syna szanownego sędziego Leifa, szacownego Mikkel'a, którego wszyscy znaliśmy i darzyliśmy miłością! - tu niektórzy zgromadzeni pokiwali zgodnie głowami, iż faktycznie bardzo kochali syna sędziego, ba - nawet z nim rozmawiali czy pili piwo. Wiadomo, że to był dobry, obiecujący chłopak, mało pił i zawsze grzecznie odpowiadał "dzień dobry".
- TEN PLUGAWY GRZESZNIK POMÓGŁ W UCIECZCE SWEMU PANU, ALE WYZNAŁ SWE WINY I POPROSIŁ O ŁASKĘ! - głos brata Eryka przeszedł w histeryczny wrzask. Tłum wył niczym stado głodnych wilków. Finał był blisko
- JAKI JEST WASZ WYROK?!!!
Tłum eksplodował nienawiścią.
- ŚMIERĆ!!! ŚMIERĆ!!! ŚMIERĆ!!! - zagrzmiało nad miastem.
Okoliczne ptaki wzbiły się w niebo uciekając gdzie pieprz rośnie. Brat Eryk drżał na całym ciele. Był jak w ekstazie, niemal doznawał orgazmu. Stał tak dłuższą chwilę dając zgromadzonemu tłumowi czas na upust nagromadzonych emocji. Karmił się nimi spijając każdą sekundę.
- ZATEM, NIECH SIĘ STANIE! - zagrzmiał - ŚMIERĆ W OGNIU!!!
Tłum zaczął wiwatować. Las rąk zafalował na rynku. Co niektóre kobiety zaczęły rozrzucać kwiaty, inni się przytulali, co niektórzy śpiewali lub płakali. Eryk skinął na kata. Ten tylko czekał na sygnał. Doskonale wiedział, co ma robić. Był profesjonalistą. Obrócił się, wyjął ze stojaka na pochodnię płonącą żagiew, podszedł do paleniska i przyłożył. Ogień przez chwilę lizał szczapy, jakby nie mógł się zdecydować, czy aby na pewno warto pochłonąć drewno, ale po chwili radośnie przeskoczył na żagwie. Drewno zapłonęło. Tłum zawył jeszcze głośniej. Kilka kobiet zemdlało. Skazaniec stał przykuty do pala na środku paleniska i wydawał się nieobecny myślami. Wzrok miał utkwiony gdzieś daleko, zupełnie zdawał się nie zwracać uwagi na tłum, brata Eryka, kata i ogień, powoli pożerający szczapy drewna w nieuchronnym marszu ku jego ciału. Nie podobało się to wiwatującym mieszkańcom, a co gorsza, nie podobało się bratu Erykowi. Patrzył na nieruchomego skazańca z rosnącą z każdą minutą podejrzliwością.
- Jeszcze chwila - myślał - zaraz ogień zacznie trawić tego grzesznika...Jeszcze chwila...Jeszcze... moment... Już, już... Teraz!
Ogień objął nogę Björna. Ten zacisnął kurczowo zęby. Płomienie trzaskając, gdy tłuszcz ludzkiego ciała zaczął się topić, podążyły w górę. Chorąży starał się powstrzymywać krzyk przez zaciśnięte zęby, ale nie miał szans. Ogień dotarł do pasa, trawiąc krocze. Nieludzki ryk bólu chorążego wbił się pod niebiosa i przeszedł w pisk. Tłum tylko na to czekał. Rynek oszalał. Brat Eryk odetchnął głęboko i uśmiechnął się promiennie do wiwatującej tłuszczy w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Smród palonego, ludzkiego mięsa rozchodził się po mieście. Nie wszyscy świadkowie egzekucji zgromadzeni na rynku podzielali powszechny entuzjazm. Wśród morza ludzi, stało kilku postawnych mężczyzn, szczelnie opatulonych długimi, wojskowymi płaszczami, ukrywając ogorzałe twarze w głębokich kapturach. Trzymali się z boku, stojąc w cieniu rzucanym przez pomnik Cesarza Carla V. W powszechnej psychozie, nikt nie zwracał na nich uwagi. Obserwowali ponure widowisko w grobowym milczeniu. Kilku z nich nie było w stanie powstrzymać łez, napływających do oczu, kilku zaciskało pięści tak mocno, że paznokcie przebiły skórę i popłynęła szkarłatna krew, jeszcze inny dłoń zacisnął kurczowo na rękojeści miecza, ukrytego pod płaszczem i odmówił cichą modlitwę za duszę kamrata, poruszając ustami. Każdy z nich w myślach podjął decyzję. I poprzysiągł krwawą zemstę. Dla Björna. Dla Ivara. Dla braci z Trzynastego Legionu.
Rozdział 8
Po około kilkudziesięciu minutach marszu, zbliżyli się do szczytu wzgórza. Było całkowicie pozbawione drzew, a nawet krzewów, skaliste i rzadko porośnięte przez trawę. Niebo nad wzgórzem było fioletowo-szare, ciężkie od chmur. Okolica była opustoszała. Ivar zdał sobie sprawę, że przez całą drogę nie widział żadnego zwierzęcia, czy nawet ptaka, o ludziach nie wspominając. Wydało mu się to nieco dziwne, ale nic nie mówił.
Zdążył się nieco zasapać od intensywnej wspinaczki, natomiast Kostek sprawiał wrażenie, jakby robił to codziennie, co jakiś czas obracał się i lustrował teren, sprawdzając, czy aby nikt ich nie śledzi. Najwyraźniej nie do końca ufał owej złej sławie tego miejsca, lub po prostu był ostrożny.
- Po co w ogóle mnie tu ciągniesz, Kostek? - zapytał Ivar przystając na chwilę. Oparł się rękami o kolana i oddychał głęboko.
- Spotkasz się tu z kimś - odparł towarzysz banity - z kimś bardzo ważnym - dorzucił po chwili, a w jego głosie dało się wyraźnie wyczuć szacunek dla owej "ważnej" osoby.
Ivar spojrzał na niego zaintrygowany.
- Tutaj? Dlaczego właśnie tutaj? Nie mogliśmy się spotkać w karczmie, przy kufelku, zamiast targać dupska na to wygwizdowo? - Ivar nie dawał za wygraną. Miał dość zagadek, tajemniczych nieznajomych, konspiracji, ucieczki, wspinaczki oraz tego cholernego wzgórza, na którego szczycie śmierć mówiła dobranoc. Na dodatek zrobiło się naprawdę zimno i wietrznie.
- Mówiłem ci już, za dużo ciekawskich oczu - Kostek wyglądał na zniecierpliwionego. Niespokojnie się rozglądał, jakby czegoś wypatrując. Lub... kogoś.
Ivar podążył wzrokiem za spojrzeniem towarzysza.
- Czekasz na kogoś? - zapytał podejrzliwie - na tego ważnego kogoś, tak...?
- Tak - odpowiedział przewodnik - na niego. Powinien już tu być.
- Cóż, skoro dotarłem aż tutaj i odmrażam sobie dupsko, równie dobrze mogę wejść na sam szczyt - Ivar raźno ruszył pod górę. Kostek podążył kilka kroków za nim. Pokonali ostatnie metry w żwawym tempie. Ivar wszedł na szeroki szczyt wzgórza, jako pierwszy. Wyprostował się i zaciągnął świeżym, górskim powietrzem. Oddychał głęboko podziwiając widok, który był zaiste imponujący, mimo że samo wzniesienie nie było duże, mierząc raptem niecałe osiemset metrów nad poziomem morza.
- I jak? - zapytał Kostek, dołączając do towarzysza wspinaczki.
- Pięknie tu - odpowiedział Ivar uśmiechając się.
Przez krótką chwilę obaj wydawali się nie pamiętać o trapiących ich troskach i problemach. Nagle powietrze na szczycie wzgórza zgęstniało. Zrobiło się duszno i parno, niczym przed burzą. Chmury pociemniały, a wiatr niemal zupełnie ustał. Instynkt Ivara wariował. Ze zdumieniem spojrzał na swoje ręce. Czuł mrowienie na całym ciele, a włoski na jego rękach stanęły dęba. W ustach czuł dziwny, metaliczny smak jakiejś potężnej energii gromadzącej się na szczycie wzgórza. Spojrzał na Kostka i krzyknął:
- Co się dzieje? Burza?!
Towarzysz pokręcił głową, zaprzeczając. Wydawał się podenerwowany, ale Ivar miał nieodparte wrażenie, że powodem jego nerwowości, nie była dziwna burza, gromadząca się nad ich głowami.
- Uciekajmy stąd! - wrzasnął i poderwał się do truchtu, aby zejść z niebezpiecznego szczytu jak najszybciej, ale zamarł w pół kroku na widok kilku postawnych mężczyzn, którzy niespodziewanie pojawili się kilkanaście metrów poniżej szczytu. Wyraźnie wchodzili na górę, zbliżając się z każdą chwilą. Szybki rzut oka, przekonał Ivara, że byli uzbrojeni, a co gorsza, na przedzie szedł owy pryszczaty osobnik, którego widział w karczmie zaraz po przyjeździe. Żołądek podszedł mu do gardła, a serce zamarło, gdy zdał sobie sprawę, że został zdradzony. Krew się w nim zagotowała. Sięgnął dłonią do pasa, aby pochwycić nóż i wbić temu zdradzieckiemu śmieciowi prosto w serce, gdy...cienki sznur zarzucony od tyłu, zacisnął się gwałtownie na jego szyi, a czyjeś kolano uderzyło go w plecy obalając na mokrą trawę. Poczuł ostry, piekący ból. Ivar wierzgnął niczym ranione zwierzę, próbując się wyrwać i zrzucić dławiący go sznur, ale silne ręce Kostka zacisnęły węzeł z całej siły i nie odpuszczały. Ivar czuł, jak życie opuszcza jego ciało. Wpadł w panikę. Próbował rękami złapać Kostka za cokolwiek, bił i machał jak wściekły, ale bezskutecznie.
- Zaraz będzie po wszystkim - słyszał blisko ucha szept zdrajcy - zaraz wszystko zrozumiesz, Ivarze Szkarłatny. I... wybacz mi.
Ivar targnął ciałem w śmiertelnej konwulsji po raz ostatni i znieruchomiał. Strużka śliny ciekła mu po ustach, gdy życie go opuszczało. W ostatniej chwili przed śmiercią zobaczył zbliżających się mężczyzn nieśpiesznie wchodzących na szczyt Wzgórza Smutku i czyjeś buty wyrastające obok jego oczu. Zapanowała ciemność.
Dusza Ivara leciała w nicość, wciągana dziwnym, błękitno-czarnym tunelem. Wirował z zawrotną szybkością, lecąc ku białemu światłu, które wydawało się być tuż, tuż, blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, by za chwilę być oddalone o całą wieczność od niego. Ivar krzyczał z całych sił, mimo że nie słyszał swego głosu i wiedział, że jest martwy. Widział swe ciało, rozciągnięte niczym placek na patelni, niemal płaskie, wciągane przez tajemniczą siłę, której nie mógł powstrzymać. Jego jaźń była wszędzie i nigdzie jednocześnie. Ivar był oszołomiony. Chciał, aby ta męka się skończyła!
- Zatem, tak to wygląda po śmierci? - ze zdumieniem pojął fakt, że część jego umysłu wciąż, pomimo śmierci stara się odpowiedzieć na to pytanie, mimo że całym sobą krzyczał, aby szaleńcza jazda nadnaturalnym tunelem się skończyła. W pewnym momencie wszystko ustało. Przerażony zamknął oczy, a przynajmniej tak uważał, ale nic się nie działo. Nie słyszał żadnych dźwięków. Kompletnie nic. Otworzył ostrożnie oczy i zdał sobie sprawę, że widzi własne ręce. Patrzył z fascynacją jak nieśmiało porusza palcami dłoni, niczym niemowlę badające swoje możliwości. Zdał sobie sprawę, że jest całkowicie nagi. Rozejrzał się. Dookoła panowała kompletna pustka. Nie było nic. Żadnego światła, żadnych kształtów, zupełnie jakby trafił do pustego pokoju o zaciemnionych oknach. Pustka. Ogarnęło go przerażenie. Rosło z każdą chwilą. Miał wrażenie, że traci zmysły. Wtedy naprzeciwko niego, w oddali, pojawiło się jasne światło. Ivar wiedział, iż jest to dokładnie to samo światło, do którego leciał wąskim tunelem i nie wiedzieć czemu, poczuł się lepiej. Światło zaczęło pulsować, niejako wzywając go, aby się zbliżył. Ivar zrobił nieśmiało krok naprzód. Potem drugi. Potem trzeci. Niczym ćma, podążał do światła, a ono stawało się coraz większe, pulsowało coraz szybciej, w miarę, gdy dusza czy jaźń Ivara podchodziła bliżej, jednocześnie się zmieniając. Stawało się coraz bardziej, kanciaste, transformowało i przybierało kształt jakiejś istoty o wyraźnie ludzkich cechach. Ivar przystanął. Poczuł cień strachu w sercu, którego już fizycznie nie miał. Lata wychowania zrobiły swoje. Złapał się odruchowo za pierś, oddychając ciężko. Strach go obezwładnił. Nie mógł się ruszyć. Spojrzał na światło i zamarł. Światło zmieniało kształt. Przeobrażało się, niczym motyl zrzucający kokon. Dusza Ivara z otwartymi ustami podziwiała, jak pulsujące światło przeobraziło się w skrzydlatego mężczyznę. Wielkie skrzydła rozprostowały się, niczym u ptaka, a promieniująca światłem postać wzbiła się w powietrze, ciągnąc za sobą świetlisty ślad, niczym sypiący się brokat. Na chwilę zawisła tak na tle czarnej pustki, a potem machnęła skrzydłami ponownie i podleciała do Ivara. Ten patrzył jak zahipnotyzowany, gdy nieziemska postać opadała z gracją przed nim wyciągając stopy, by dotknęły pustki. Była niemal dwukrotnie większa od niego. Szczupła o długich palcach dłoni, długich, srebrnych włosach luźno opadających jej na ramiona i plecy, a także pięknej, delikatnej, pociągłej twarzy o szmaragdowych oczach. Te ogromne, nieskończenie mądre oczy, wpatrywały się w Ivara, a usta uśmiechały się delikatnie. Postać miała na sobie długą, lnianą, białą szatę, rozciętą w kolanach, bez rękawów, za to z kapturem, który luźno spoczywał na plecach. Ivar, a raczej jego dusza, czy też jaźń, nie miał pojęcia, co robić. Jak się zachować. Nigdy nie widział nic podobnego. Chciał uciekać, a jednocześnie ze zdumieniem zrozumiał, że nie chciał. Stał jak zauroczony. Czuł intensywny zapach bzu, choć nie miał pojęcia jakim cudem może czuć zapachy, skoro nie żyje.
- Ivar, zwany Szkarłatnym - odezwała się boska istota. Jej głos wydawał się dochodzić zewsząd, a nawet ze środka jego głowy. Chciał coś powiedzieć, chociażby po prostu potwierdzić, że tak, to on, ale nie mógł wydusić z siebie słowa. To, co widział, słyszał i czuł, było poza zdolnością pojmowania śmiertelnika.
- Wiem, że się boisz - boska postać wyciągnęła szczupłą rękę w stronę twarzy Ivara i wzięła ją w swoją dłoń. Ivar wydawał się malutki, niczym lalka. Dotyk tej wielkiej dłoni był kojący i ciepły - ale nie obawiaj się, Wybrańcu. To dopiero początek twojej drogi, a jest ona długa...
Postać delikatnie machnęła dłonią. Czerń nicości zniknęła, niczym za sprawą czarodziejskiej różdżki, a zdumiony Ivar zobaczył siebie ubranego w piękną, jedwabną szatę koloru ochry, wyszywaną złotą nicią i przepasaną skórzanym, czarnym pasem. Stał na szczycie znajomego wzgórza. Błękitne niebo nad jego głową, a także soczysta zieleń trawy, na której stały jego stopy, wydawały się wyjątkowo realne. Znów czuł powiew wiatru i blask promieni słonecznych na policzkach. Głęboko wciągnął świeże, cudowne powietrze w płuca. Słyszał śpiew ptaków i odległe stukanie dzięcioła. Wszystko było tak bardzo realne. Obok stała cudowna postać, ale teraz wyglądała jak człowiek. Niezwykły, ale jednak człowiek. Skrzydła gdzieś zniknęły, podobnie ogromne rozmiary. Miała na sobie białe lniane spodnie oraz taką samą koszulę. Jej wesołe, zielone oczy ciekawie wpatrywały się w Ivara.
- Wy, ludzie, jesteście zaiste fascynujący - rzekła istota - geniusz Ojca nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.
- Ojca...? - zapytał Ivar odruchowo.
Zadziwił sam siebie swoją śmiałością. Nigdy, w całym swoim życiu, nie czuł się tak przytłoczony obecnością innej osoby, choć w tym przypadku, raczej trudno było używać takiego porównania. Nie miał pojęcia jak nazywać, czy określić tę zagadkową istotę, która najwyraźniej go tu ściągnęła. Mimo przybrania postaci ludzkiej, ani chybi z jego powodu, niepojęta moc, bijąca od świetlistej istoty zapierała dech w piersiach. Ivar czuł, że wszystkie włoski na jego ciele stoją dęba. Niezwykły towarzysz Ivara uśmiechnął się promiennie.
- Stwórcy - odparł i szybko dodał - mojego i twojego.
- Aha... - Ivar pokiwał głową, ale kompletnie nic z tego nie rozumiał. Istota zdawała się doskonale o tym wiedzieć. Podała mu swą szczupłą dłoń.
- Złap mnie za rękę, Ivarze - poprosiła śpiewnym głosem - nadszedł czas, abyś zrozumiał. Ivar nieśmiało wyciągnął rękę i dotknął dłoni boskiej istoty. Jego umysł eksplodował światłem, gdy pojawiły się obrazy.
Rozdział 9
Ivar niepojętym sposobem wisiał zawieszony wysoko nad światem, a raczej wisiała jego dusza lub też sama jaźń. Nie był pewien, był przecież martwy i wciąż nie rozumiał, jak to jest możliwe. Jakaś część jego umysłu wciąż uparcie podpowiadała, że to musi być kolejny, dziwny sen i powinien się jak najszybciej obudzić. Ale pobudka nie nadchodziła, a jeśli to był faktycznie sen, to najbardziej realny, z jakim miał kiedykolwiek do czynienia. Obok niego znajdowała się boska istota, raz za razem uderzając powietrze skrzydłami. Był przerażony, ale jednocześnie upojony tym niezwykłym wrażeniem. Poniżej widniała ogromna kula. Ivar pomyślał, że jest błękitna, ale nie do końca. Kolorowe plamy, najwyraźniej lądów odróżniały się od błękitu mórz i oceanów.
- Oto twój świat, Wybrańcu - usłyszał od boskiego towarzysza. Nie był pewien, czy zrozumiał, co miał na myśli. Jak ta kolorowa kula może być jego światem? Przecież ludzie tam żyjący by z niej pospadali do tej mrocznej pustki ją otaczającej, w której obecnie był zawieszony. Próbował objąć to rozumem, ale nie miał czasu. Nagle opadli, lecąc z ogromną szybkością. Ivar chciał krzyknąć, ale pęd powietrza zatkał mu usta. Po chwili, wisiał już zawieszony znacznie bliżej powierzchni. Oczami duszy widział rzeki, góry, jeziora, równiny i wyżyny. Potężne fale mórz i oceanów uderzały w brzegi kontynentów, a stada zwierząt, w tym takie, których nigdy wcześnie nie widział, przemierzały ten dziewiczy krajobraz, nieskalany jeszcze ręką ludzi. Jego oczom ukazały się gigantyczne zwierzęta o ogromnych, ostrych kłach wychodzących po bokach paszczy, zaraz obok trąby. Miały gęste futro, a z każdym ich krokiem trzęsła się ziemia. Zobaczył masywne zwierzę morskie, płynące w błękitnym oceanie, wyrzucające co jakiś czas strumień wody z cielska. Ivar przez lata służby, jako najemnik zwiedził kawał świata i słyszał, co prawda o ogromnych potworach zamieszkujących głębiny, ale zawsze uważał te opowieści za wytwór wyobraźni pijanych marynarzy. Widok zapierał dech w piersiach.
- Oto twój świat, niedługo po stworzeniu - usłyszał harmonijny głos w swojej głowie - Aru, nasz Ojciec, powołał go do życia swą myślą, bowiem radowało go życie, które tylko on potrafił stworzyć.
Ivar patrzył i słuchał jak urzeczony. Nie do końca docierał do niego sens słów zadziwiającego towarzysza, ale nie miał słów, aby wyrazić emocje, które targały jego duszą.
- Potem stworzył nas - kontynuowała istota, delikatnie muskając obraz dłonią. Przed oczami Ivara pojawiły się cztery doskonałe byty, promieniejące mocą. Wyszły z jasnego światła, którego promienie otulały świat poniżej. Ich wielkie skrzydła zafalowały majestatycznie po raz pierwszy, gdy zwróciły swe doskonałe lica w stronę światła, które je poczęło z niemym zapytaniem, jaki jest cel ich istnienia. Ivarowi wydawało się, że wśród nich rozpoznaje swojego boskiego rozmówcę. Jego lśniące, szmaragdowe oczy nie dało się pomylić z niczym innym. - Aru stworzył nas, abyśmy opiekowali się jego największym dziełem - postać wyjaśniła. Ivar spojrzał na swego rozmówcę zaciekawiony. - Wami - dokończyła i wskazała coś dłonią. Ivar podążył za dłonią i zobaczył jak na ziemi, pojawia się pierwsza para ludzi. Mężczyzna i kobieta. Byli znacznie więksi od niego, a ich skóra była jasna, wydawała się promieniować blaskiem, zupełnie, jakby Aru zawarł w nich część swej boskości. Ich długie, białe włosy falowały na wietrze, gdy szli odważnie przed siebie, trzymając się za ręce. Uśmiechali się, a zwierzęta podbiegały do nich radośnie nie obawiając się krzywdy z ich strony.
- Świat był wtedy dziewiczy i nie znał zła - głos, teraz rozmarzony, jakby przemawiała przez niego nostalgia, nagle posmutniał - wtedy Aru odszedł. Zostaliśmy sami. Ivar chciał zapytać, dlaczego, ale nie zdołał wydobyć z siebie głosu. Tak jak jego boski towarzysz, czuł ogromny smutek. Niemal namacalną, pierwotną tęsknotę za stwórcą, którego przecież wcześniej nie znał i nie miał nawet pojęcia o jego istnieniu. Kompletnie tego nie rozumiał, ale jego dusza podpowiadała mu, że musiała to być tęsknota za stwórcą, zawarta w esencji jego istnienia.
- Długo się naradzaliśmy - obraz zmienił się. Ivar widział, jak cztery boskie, skrzydlate istoty stoją naprzeciw siebie, tocząc rozmowę. Były bardzo do siebie podobne, jedynie z twarzy dało się je odróżnić - Ojciec stworzył nas, abyśmy opiekowali się życiem na tej planecie, wami. To był nasz cel, lecz przez eony wykonywania obowiązków, zauważyłem, że moi bracia, opuszczeni przez Aru, sami zaczęli zdradzać pragnienie tworzenia życia wedle swojego upodobania - obraz zafalował, zmienił się. Oczom Ivara ukazało się ohydne monstrum, ogromne, potężnie zbudowane, z mocnymi, nienaturalnie długimi ramionami. Twarz była parodią ludzkiej i wyrażała skrajną głupotę, a także nienawiść i gniew. W dłoniach, wielkich niczym tors mężczyzny, trzymała wielki konar drzewa, wyrwany z ziemi i zamiatała nim broniących się ludzi niczym miotłą. Krew lała się strumieniami, a krzyki konających były nie do zniesienia. Wizja była przerażająca i okrutna.
- Moi bracia nie posiadali daru Ojca - w głosie skrzydlatego wyraźnie dało się czuć wielki smutek. Opuścił głowę na pierś. Zamknął oczy - nie mogli tworzyć życia na jego podobieństwo, ale próbowali, zmieniając ludzi i zwierzęta, tworząc kolejne, pozbawione duszy abominacje.
Obrazy postępowały szybko po sobie, niczym w kalejdoskopie. Ivar zobaczył potężną, skrzydlatą bestię o wielkich szponach, rozrywającą pazurami pierś zaskoczonego mężczyzny z kamienną włócznią, ogromne morskie monstrum o paszczy pełnej ostrych niczym sztylety zębów, rozrywające kadłub wiosłowej łodzi i połykające załogę, ogromnego giganta o twarzy dziecka miażdżącego stopą ludzki dom... - Nie ustając w swoich daremnych próbach, pozbawieni światła stwórcy, coraz bardziej rozgoryczeni, moi bracia zmienili się - kontynuował pełen smutku głos - zatracili światło Aru i popadli w odmęty szaleństwa. Przeczuwając mroczne czasy, zaproponowałem, abyśmy zostawili ludzi samych sobie i poszukali Ojca. To wydawało mi się najrozsądniejszym rozwiązaniem. Pozostawilibyśmy was samych, ale uwolniłbym ludzkość od mrocznej obecności moich braci i coraz bardziej odrażających efektów ich starań, a także być może uratował moje rodzeństwo...Niestety, odmówili.
Obraz zmienił się ponownie. Teraz ukazywał wzgórze pełne ludzi oraz wielką, skrzydlatą istotę na jego szczycie. Jej skrzydła, wcześniej śnieżnobiałe, teraz skąpane były we krwi. Szkarłatne oczy, pełne szaleństwa i dumy, były odpychające i zwiastowały jedynie śmierć i zniszczenie. Tłum ludzi na stokach wzgórza klęczał. Ivar wyraźnie słyszał, jak skandowali jedno słowo, najpewniej imię swego boga - Oro'tar! - To jeden z moich braci - skrzydlaty potwierdził podejrzenia Ivara. W jego głosie czuć było smutek i... wstyd - Oro'tar, "Ten, który chroni". Najpotężniejszy z nich. Ludzie, nękani przez coraz to bardziej niebezpieczne potwory, zwrócili się do ich twórców, prosząc o ochronę i łaskę. Nie mogłem na to nic poradzić...Moi bracia, poznali smak pychy, będąc czczonymi niczym bogowie. Niczym Aru. Nie mogli mu dorównać, jako stwórcy, dorównali, zatem jako obiekty kultu. Ivar przełknął nerwowo ślinę, a przynajmniej tak mu się wydawało, że zrobił. Nie miał pojęcia, na ile było to możliwe w jego stanie. Umysł starał się trawić te rewelacje, ale szło mu średnio.
- Oro'tar zauważył, że im więcej ludzi zostaje jego wyznawcami, tym bardziej jego moc rośnie - skrzydlata postać spojrzała Ivarowi prosto w oczy, niemal przepraszającym wzrokiem - stworzyli, zatem kult - Wiarę Trójcy, szerząc jego wpływy ogniem i mieczem, a gdy moc całej trójki rosła, moja malała. Jedyne, co mi zostało, to walczyć.
Obraz zafalował i ponownie się zmienił.
Teraz Ivar pod stopami zobaczył całe armie, zakutych w zbroje wojowników, dzierżących symbol białego orła na sztandarach, maszerujących w równym tempie na spotkanie odrażających hord barbarzyńców, wspieranych przez najrozmaitsze potwory, jakie tylko mogło stworzyć szaleństwo Trójcy. Epickie bitwy, podczas których ginęły całe tysiące, rozgrywały się na polach, pod stopami Ivara, który nigdy nie przypuszczał, że świat był świadkiem takich masakr na długo przed jego narodzinami. Obserwował wizje z otwartymi ustami, niczym dziecko.
- Miałem nadzieję, że może się uda. Że może światło Aru, zawarte w duszach ludzi przeważy. Moje armie rosły, gdy ludzie widzieli we mnie nadzieję na lepsze jutro, często wycierpiawszy wiele z rąk kultu Trójcy, ale... zostałem zdradzony...
Obraz znów się zmienił, pokazując rozmowę Skrzydlatego z jednym z Trójcy. Jego ciało, koloru trupiej szarości pokrywała nić cienkich, czarnych żyłek, niczym sieć pająka. Oczy ziały trupią zielenią, a skrzydła o czarnych jak śmierć piórach rytmicznie uderzały powietrze.
- To Naaru'tar, "ten, który uzdrawia". Był kiedyś mi najbliższy... - głos boskiej istoty stawał się coraz bardziej smutny. Już zupełnie nie przypomniał tego radosnego, harmonijnego głosu, jaki było dane Ivarowi usłyszeć wcześniej - widząc moje sukcesy, zgodził się ze mną, że należy odszukać Aru i powstrzymać to szaleństwo. Mówił, że chce wracać do stwórcy, że ból, który odczuwa każdego dnia pozbawiony jego światła, jest nie do wytrzymania. A przynajmniej tak myślałem... To była pułapka.
Obraz przeskoczył zapewne do przyszłości, ukazując nową, mroczną wizję. Wzgórze wyglądało bardzo znajomo... Ivar westchnął zaskoczony, gdy rozpoznał Wzgórze Smutku, Finu'alden. Wzgórze, na którym dziś wyzionął ducha, uduszony przez zdrajcę Kostka. Obraz ostatecznej bitwy przemknął przed oczami zaskoczonego Ivara. Widok boskiego narratora, przekształcającego się w mroczną postać pełną gniewu, a także śmierć jego wyznawców zaniepokoiły Ivara nie na żarty. Poczuł w duszy delikatne ukłucie strachu.
- Nie obawiaj się, Wybrańcu - usłyszał, zupełnie, jakby towarzysz czytał mu w myślach. Może zresztą tak było... - czy gdybym pragnął twojej zguby, pokazałbym ci to wszystko?
- Zginąłem - zdołał w końcu wykrztusić Ivar. Był zaskoczony, że usłyszał swój głos, mimo że nie otworzył ust - zginąłem na tym wzgórzu.
- Umarłeś, tak, to prawda - świetlista postać przytaknęła - to był jedyny sposób.
- Na co?! - Ivar gdyby mógł, wykrzyknąłby to z całych sił. Był wściekły na los, że wciąż nim pomiata, niczym szmacianą lalką i nie dał mu szansy wymierzyć sprawiedliwość.
- Byś do mnie dotarł - spokojnie odpowiedział Skrzydlaty.
- A co ci teraz po mnie?! - Ivar miał dość. Był wściekły. Nie żył. Z dnia na dzień stracił żonę, honor, majątek, reputację, najlepszego przyjaciela, a teraz życie. Nie będzie mu nigdy już dane odpłacić zdrajcom za ich zbrodnie - jestem martwy!
- Twoje ciało jest teraz martwe, Ivarze, ale twoja dusza jest ze mną. To był jedyny sposób, abyśmy się spotkali, abym mógł wypełnić nasze przeznaczenie, które widziałem trzy tysiące lat temu. Jedno, jedyne, które się powiedzie! Przeznaczenie, które zakończy tę wojnę, zakończy rządy moich braci, a temu światu przywróci pokój! - boska istota machnęła skrzydłami, wzbiła się w powietrze i zawisła kilkanaście metrów nad głową Ivara. Spojrzała na niego swoim płomiennym wzrokiem paraliżując jego ciało. Ivar stał w bezruchu, porażony boskością skrzydlatej istoty, której imienia wciąż nie znał.
- Poświęcając życie moich ludzi, ukryłem się w wymiarze śmierci, aby uciec od moich braci, ale czas jest niczym, Ivarze! Niczym! Widziałem przeszłość i przyszłość, widziałem koniec tej wojny! Czekałem na ciebie, na tego jedynego, Wybrańca, który przyjdzie do mnie, otrzyma dar, wróci tam, aby wypełnić przeznaczenie! Wypełnij przeznaczenie, Ivarze Szkarłatny!
Ogromne jasne błyskawice wystrzeliły z palców szczupłych dłoni unoszącej się postaci i uderzyły w Ivara z całą mocą. Jego dusza eksplodowała niemym krzykiem, gdy całym sobą czuł ogromną moc wnikającą w jego istotę, łączącą się z jego poranioną duszą. Ciało Ivara drgało targane wichrami mocy boskiej istoty, która wpatrywała się w niego z nadzieją i ciekawością. Ivar drgał niczym ryba nabita na harpun, gdy promienie czystej mocy lizały mu ciało. Nagle, ból się skończył. Ivar opadł w pustkę, niczym liść targany wiatrem. Nie czuł już bólu, raczej ogromne zmęczenie i ulgę. Plecy dotknęły podłoża. Leżał tak przez chwilę zastanawiając się czy tym razem faktycznie umarł, czy może to wszystko to jakiś okrutny żart. Westchnął i wstał. Przed nim stała świetlista postać boskiego posłańca. Przyglądała mu się ciekawie.
- Zanim cię odeślę, Ivarze, abyś mógł wypełnić nasze przeznaczenie, chciałbym przekazać ci dar, od...twego przodka.
- Mojego...przodka? - Ivar nie ukrywał zaskoczenia.
- Tak - potwierdziła istota - dowódcy moich armii, generała Xandara.
Świetlisty wyciągnął prawe ramię ku Ivarowi, a w jego dłoni zmaterializował się piękny, półtoraręczny miecz. Głownia płonęła jasnymi, błękitnymi runami, nadając ostrzu groźny i mroczny wygląd. Miecz sprawiał upiorne wrażenie, ale bez wątpienia był piękną bronią. Ivar wyciągnął rękę, by pochwycić miecz. Wziął go do ręki. Ku jego zdziwieniu, broń była nad wyraz lekka, zupełnie inna, niż bastardy, którymi dotąd miał okazję się posługiwać.
- Trochę go... ulepszyłem, aby współgrał z twoim darem. Niech dobrze ci służy, mój Wybrańcu - boska istota wydawała się przyglądać tej scenie z radością - twój przodek, był człowiekiem o wielkiej odwadze.
Ivar skinął głową. Nie bardzo wiedział, co powiedzieć, zatem wykrztusił jedynie:
- Dziękuję. Chyba...
- Szybko odkryjesz... specyficzne cechy tego miecza... - boska istota mrugnęła jednym okiem, zupełnie jak człowiek - no, pora na ciebie.
- Czekaj - zawołał Ivar - jak... jak mam cię zwać.
Boska istota milczała chwilę. Jej wielkie skrzydła drgały lekko, zamiatając powietrze.
- Jestem Mana'tar, "Ten, który jest", ale czasami jestem znany też pod innym imieniem, w starej mowie zwą mnie Iluma'tar, "Ten, który wie".
Ivar zamarł. Znał to pierwsze imię. Znał je każdy poddany w Cesarstwie. Kult Trójcy dbał o to, aby nawet małe dzieci znały imię Manatara, Mrocznego Pana, a jego paskudne podobizny widniały na ścianach każdej świątyni i kaplicy w Cesarstwie. Westchnął, gdy przypomniał sobie niedawno usłyszane słowa Kostka - jak to szło: "nic nie jest takie, jak ci wpajano od dziecka"...?
- Jestem gotów - rzekł.
Manatar uśmiechnął się do niego. Wyciągnął przed siebie prawe ramię. Długi, szczupły palec dłoni wycelował w czoło Ivara.
- Wracaj, Ivarze - delikatny szept Manatara wydał się mężczyźnie niczym delikatny powiew wiatru, gdy palec dotknął jego czoła - niech wypełni się przeznaczenie.
Jasny błysk światła przeszył pustkę. Ivar otworzył oczy.
Rozdział 10
Fioletowe, ciężkie od deszczowych chmur niebo wisiało mu nad głową. Leżał na szczycie wzgórza. Na sobie czuł nerwowy dotyk czyiś rąk łapczywie przeszukujących mu kieszenie. Podniósł głowę i spojrzał w tym kierunku.
- Co do kur...?! - rozległo się przed nim, gdy przeszukująca go osoba o znajomej, mysiej twarzy, odskoczyła jak oparzona, opadając na trawiastą ziemię tyłkiem i czym prędzej odsuwając się od ciała Ivara, młócąc ziemię - on miał być martwy! - wrzasnął na całe gardło niedoszły złodziej.
- Co...? - jakiś inny głos, równie zaskoczony, co poprzedni, rozległ się zza głowy leżącego Ivara, który nie czekając na rozwój wypadków, zerwał się na nogi.
- Ja pierdole... - jeszcze jeden mężczyzna, zwalisty drab w wysłużonej brygantynie z wielką blizną na policzku, odwrócił się do Ivara z całkowitym zaskoczeniem malującym się na brzydkiej, kanciastej twarzy.
- Miałeś sprawdzić ciało, Łasica! - wrzasnął wściekły pryszczaty. Ten sam, co to przesiadywał w gospodzie.
- Sprawdziłem! - bronił się myszaty - był zimnym trupem!
Ivar i jego kojarzył z gospody, zatem wszystko było jasne - Kostek był częścią tego gangu, albo na niego doniósł.
- A właśnie - pomyślał Ivar i rozejrzał się - gdzie jesteś, cholerny zdrajco?
Znalazł. Ciało Kostka leżało niedaleko. Zwalone na lewym boku z gardłem paskudnie poderżniętym od ucha od ucha. Nieruchome, martwe oczy tępo wpatrywały się w horyzont. Ivar zaklął.
- Dobra chopy, na niego! - zakomenderował pryszczaty. Najwyraźniej on był tu szefem. Draby jak na komendę wyciągnęły paskudnie wyglądające noże. Myszaty zaśmiał się histerycznie, niczym dziecko niemogące doczekać się ciasteczka. Żądzę mordu miał wypisaną na mysiej twarzy. Ivar naliczył czterech osobników. Czwarty z najemników stał nieco poniżej, z lewej. Z zaangażowaniem przeżuwał coś w ustach, a w dłoni trzymał szablę. Sytuacja była trudna. Ivar był sam i bez broni...Szajka już miała skoczyć na niego i zadźgać go nożami, gdy wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Martwe ciało Kostka poderwało się na nogi. Głowa, z poderżniętym szeroko gardłem zachwiała się na boki, niczym u szmacianej lalki, którą z góry kieruje potrząsając sznureczkami właściciel, gdy Kostek niewidzącymi oczami... przyjrzał się mordercom.
- O ja pierd... - barczysty drab o kwadratowej szczęce stanął jak wryty. Nóż wysunął mu się z dłoni i opadł na trawę.
- Co tu się... - pryszczaty zaniemówił zamierając w pół kroku. Drab z szablą nic nie powiedział, tylko otworzył usta w bezgranicznym zdumieniu. Nieliczne zęby miał czarne od przeżuwania tytoniu. Myszaty miał dość. Rzucił nóż i poderwał się do szaleńczej ucieczki w dół zbocza. Kostek ruszył. Zrobił to z werwą, o którą Ivar by go nie podejrzewał, biorąc pod uwagę fakt, iż był martwy. Jako pierwszego dopadł pryszczatego. Ten, wiedziony odruchem usiłował się zasłonić i wbił mu swój długi nóż w pierś. Chrupnęły żebra, gdy ostrze wyszło plecami. Ku przerażeniu najemnika, nic to nie pomogło, a zęby Kostka wbiły się w jego gardło, miażdżąc tchawicę i odrywając kawał ciała. Koszmarny wrzask pryszczatego przerodził się w piekielny charkot, gdy stracił część gardła. Na ten widok, olbrzym również rzucił się do panicznej ucieczki, ale nie miał szans. Wielki i nieporadny zahaczył stopą o skałę i runął jak długi. Trup Kostka błyskawicznie skoczył mu na plecy i wbił w kark ostrze noża należące chwilę wcześniej do pryszczatego, które zaledwie przed sekundą, Kostek wyjął z własnej piersi. Popłynęła krew barwiąc kamień szkarłatem. Martwy Kostek natychmiast odwrócił swe martwe oczy w stronę czwartego najemnika, stojącego w bezruchu z szablą w dłoni i ruszył do ataku. Drab wrzasnął panicznie i jakby odpędzał się od natrętnych much, zaczął wymachiwać chaotycznie bronią, zupełnie zapominając o sztuce szermierki, aby odpędzić się od nacierającego zombie. Kostek dopadł przeciwnika. Szabla uderzyła go w lewy bark rozcinając ciało z nieprzyjemnym mlaśnięciem. Chrupnęło, gdy zmiażdżyła obojczyk. Trup Kostka opadł na kolana pod wpływem ciosu. Drab wrzasnął z zaskoczenia i radości. Wyrwał ostrze szabli by zadać następny cios. Nie miał okazji. Nieumarły wbił mu nóż od dołu, prosto w krocze. Drab wrzasnął panicznie na całe wzgórze. Jego wrzask szybko przerodził się w nieludzki pisk, gdy ostrze rozpoczęło drogę ku górze. Jelita wypadły z rozciętego podbrzusza. Kostek stanął chwilę w bezruchu, jakby analizując sytuację. Myszaty uciekał w zawrotnym tempie i było jasne, że go nie dogonią. Ivar rozejrzał się po stokach. Poniżej, nieco z prawej, stało jeszcze dwóch najemników. Rozglądali się ciekawie, nie bardzo wiedząc, co się stało. Ivar gwizdnął na trupa swojego mordercy i rzucił się truchtem w stronę pozostałych wrogów. Kostek podążył za nim. Ivar nie mógł się nadziwić, jakim cudem, to martwe ciało z poderżniętym gardłem, poważnie ranne w kilku miejscach, ze złamanym obojczykiem, jest takie sprawne i porusza się w takim tempie. Mężczyźni, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że szarżuje na nich nieumarły, złapali za broń. Jeden z nich, szczupły osobnik o płowych włosach, podniósł kuszę i chwała niech będzie losowi, wymierzył w nacierającego Kostka. Drugi z nich, złapał za jednoręczny topór i rzucił się na Ivara. Bełt, wystrzelony z kuszy przeszył ciało Kostka, ale zamiast powalić go na ziemię martwego... utkwił w nim. Martwy kompan Ivara kontynuował szarżę z bełtem wbitym w pierś po lotkę. Mężczyzna zaklął szpetnie nie wierząc własnym oczom. Ivar, ośmielony sukcesami Kostka, w połowie szarży przypomniał sobie, że jako niedawny trup, nie ma przy sobie broni, bowiem nóż, który miał w pochwie przy pasie najemnicy musieli mu wcześniej zabrać. Skórzana pochwa byłą pusta. Poczuł nieprzyjemne ukłucie strachu, gdy najemnik zaatakował. Uderzył z góry, wkładając w cios toporem całą swą siłę oraz pęd natarcia. Ivar próbował się uchylić, ale zdał sobie sprawę, że jest za późno. W ostatnim, desperackim odruchu wyciągnął rękę, aby się zasłonić, gdy...nagle w jego dłoni pojawił się miecz otrzymany od Manatara. Runy błysnęły błękitnym, mrocznym blaskiem, gdy ostrze bez trudu przecięło rękę najemnika. Topór upadł na ziemię, tak jak i odcięta kończyna. Ivar spojrzał zdumiony na wyjącego z bólu wojownika, trzymającego się dłonią za krwawiący kikut, a potem na swoją prawicę, w której trzymał zabójczy artefakt przodka. Miecz wydawał się mówić do niego. Ivar czuł jego pragnienie dokończenia dzieła. Słyszał szept. Nie mógł się oprzeć. Podszedł do najemnika.
- Popatrz na mnie - polecił. Nie poznawał swojego głosu. Zapewne rzemień, przy którego pomocy żyjący jeszcze Kostek udusił go, miał z tym coś wspólnego. Lub może to potęga miecza przemawiała przez niego...Nie był pewien, ale też i nie miało to żadnego znaczenia. Czuł w żyłach pulsującą adrenalinę. Wycie okaleczonego najemnika przeszło w cichy skowyt, gdy spojrzał na Ivara. W oczach miał łzy.
- Kto was przysłał? - zapytał Ivar. W jego głosie dźwięczała stal. - Sędzia... sędzia Leif - natychmiast odpowiedział najemnik łkając. Nie miał żadnego problemu z wydaniem pracodawcy. To była tylko praca.
- Jesteś mordercą - stwierdził, nie zapytał Ivar.
Nie miał pojęcia skąd to wie, ale wiedział. A może to miecz wiedział? Widział oczami duszy trzy twarze - młodej kobiety, może dwudziestoletniej, nastolatka, praktycznie jeszcze dziecka, może jedenastoletniego oraz mężczyzny, na oko trzydziestoletniego, unoszące się nad głową najemnika. Ich smutne oczy wpatrywały się w Ivara z nadzieją.
Uderzył. Sztych wbił się w pierś najemnika, niczym nóż w masło. Runy zapłonęły złowieszczym światłem, a powietrze dookoła umierającego zgęstniało. Ivar stał zdumiony, gdy z opadającego na trawiaste zbocze, umierającego ciała mordercy, dało się widzieć trzy, białe światła o wyraźnych ludzkich twarzach, uwalniające się od tego, który pozbawił ich życia. Światła krążyły chwilę po stoku, a potem podleciały do Ivara, otuliły go, niczym całunem, a ich twarze, radosne z wyrazem ulgi, wniknęły w runy na głowni miecza. Znaki na chwilę rozżarzyły się silnym, niebieskim blaskiem, po czym zblakły. Na wzgórzu zapanowała głucha cisza. Ivar opuścił rękę. Miecz zniknął. Rozejrzał się zdyszany w poszukiwaniu zagrożenia, ale poza stojącym nieruchomo za jego plecami, nieumarłym Kostkiem, nie dostrzegł nikogo więcej. Jedynie nad ich głowami, czarny kruk zataczał koła nad pobojowiskiem. Dłuższą chwilę przyglądał się swojemu osobliwemu sprzymierzeńcowi. Ten stał bez ruchu, nie okazując żadnych emocji i oczekiwał na rozkazy.
Kilka mil dalej na południe, Eliandr, w swojej drewnianej chacie, stojącej pośrodku lasu, była bardzo zajęta. Przy pomocy ostrego noża wycinała właśnie martwemu Bulgo, gałkę oczną, jedną dłonią robiąc sprawnie nacięcie, a drugą przytrzymując sobie głowę martwego kłusownika i naciągając skórę. Robiła to już wielokrotnie, więc szło jej sprawnie. Wnętrze chatki było zadymione i parne, od wielkiego kotła, zawieszonego nad paleniskiem, w którym właśnie przyrządzała dekokt, zamówiony przez lokalną szlachciankę, której imienia obiecała nie zdradzić. Jej mąż, słynny z tępoty umysłu, najwyraźniej uderzył swą szacowną panią małżonkę o jeden raz za dużo, bowiem przygotowywany wyjątkowy wywar, miał wkrótce ukrócić jego marne życie, a z żony zrobić wesołą i zamożną wdówkę. Miejscowa ploteczka głosiła, że ma już upatrzonego rycerzyka, młodszego od niej raptem o kilkanaście lat... Eliandr wycięła w końcu oko niedoszłemu katowi, który chciał wyprawić ją w zaświaty przy pomocy osikowego kołka i zadowolona z siebie dorzuciła organ do kotła. Zabulgotało i zaśmierdziało. Wiedźma, zadowolona z efektów swej pracy, wytarła zakrwawione dłonie w suknię i już miała zabrać się za dosypanie sproszkowanych jąder, które pozyskała dwa dni temu od trupa młodego Paszko, gdy...straszliwy ból głowy zwalił ją z nóg. Upadła na drewnianą podłogę chaty, łapiąc się dłońmi za skronie. Głowa jej pulsowała tępym bólem, oczy sprawiały wrażenie, że zaraz eksplodują. Znała ten ból... Doświadczyła go już wcześniej. Nadchodziła wizja. Zamknęła oczy.
Nadeszły obrazy. Nie próbowała ich powstrzymywać. Nie miało to sensu. Siły o wiele potężniejsze od niej władały tym światem, a ona była zaledwie naczyniem ich woli. Ze wzgórza, na którego szczycie ziała mała dziura, wyrwana w tkaninie rzeczywistości, a białe pioruny mocy wystrzeliwały z jej centrum, schodziła spokojnym krokiem męska postać średniego wzrostu. Miała długie, kruczoczarne włosy, które rozwiewał wiatr, gdy fale mocy rozchodzące się za jego plecami smagały powietrze. W dłoni trzymała długi miecz, a runy wygrawerowane na głowni świeciły potęgą, godną boga. Mężczyzna był odziany w czarne, skórzane, podróżne ubranie z kapturem oraz wysokie buty jeździeckie. Najdziwniejsze jednak wiedźma ujrzała po chwili - za znajomo wyglądającym mężczyzną, bowiem, kroczył nieumarły. Jego martwe ciało poruszało się bezgłośnie podążając za swym panem w całkowitej ciszy, pomimo ogromnej dziury ziejącej na gardle, a także wielu innych ran widocznych z daleka, z których niektóre były śmiertelne. Coś jeszcze zwróciło uwagę wiedźmy. Za schodzącymi ze wzgórza nietypowymi kompanami, dzięki swym mrocznym talentom, Eliandr zauważyła ledwo widoczny, ciągnący się niczym dym, szary ślad. Dym wyraźnie podążał za mężczyzną. Eliandr skupiła swoje wewnętrzne, trzecie oko i wizja stała się wyraźniejsza. Teraz była bliżej, niemal na wyciągnięcie ręki. Rozpoznała mężczyznę. Była całkowicie zaskoczona, rozpoznając w nim swego wybawiciela, a potem przyjrzała się szarej chmurze, podążającej za nim krok w krok. Obłok zatrzymał się. Kotłował. Wiedźma miała wrażenie, że patrzy na nią. Nagle gwałtownie się przekształcił. Przypominał teraz trzy ludzkie postacie, pozbawione ciał, całe białe, przeźroczyste, niczym utkane z dymu. Trzy twarze, kiedyś zapewne ludzkie, teraz przerażające, spojrzały na nią w gniewie. Oczy zapłonęły niebieskim ogniem, gdy syknęły niczym węże atakując ją mentalnie. Wściekłe twarze duchów przeniknęły przez jej astralne ciało.
- Precz od Szkarłatnego! - duchy wywrzeszczały jej prosto w twarz.
Krzyknęła przerażona i skuliła się w sobie. Wizja się urwała. Leżała dłuższą chwilę na podłodze próbując ochłonąć i zebrać myśli. Ból stopniowo mijał. Oddychała głęboko, próbując zrozumieć, co właśnie ujrzała. W końcu zebrała się w sobie i wstała. Podeszła do drzwi swojej chaty, otworzyła je i wyszła na ganek. Na gałęzi drzewa, siedział czarny niczym noc kruk i ciekawie patrzył na nią kręcąc łepkiem. Zaczerpnęła głęboko tchu i wyszeptała przerażona.
- Niech wszyscy bogowie mają nas w opiece. Nekromanta...
W przestronnej, acz urządzonej dość skromnie, sali balowej generała Tyberiusza, dowódcy Trzynastego Legionu, odbywało się przyjęcie. Kilkanaście najważniejszych i najbogatszych osób w prowincji, przechadzało się po sali z kryształowymi kielichami w dłoniach, konwersując, śmiejąc się i prawiąc sobie komplementy, o których doskonale wiedzieli, że są fałszywe. Wszystko w takt wesołej muzyki, wygrywanej przez nadwornych muzyków generała na harfach, dulcymerach, klawikordach, lutniach, fletach, bębnach i innych wihajstrach. Panowała przyjemna atmosfera, co radowało generała, który nie był już mężczyzną młodym i mając to na uwadze, siedział rozluźniony pod ścianą w swoim ogromnym, dębowym fotelu popijając doskonałe, alakandzkie wino, które niedawno dostał, jako kolejną łapówkę. Nagle, wielkie, drewniane drzwi do sali, otworzyły się z hukiem i głośno uderzyły o ścianę. Zgromadzeni goście natychmiast spojrzeli w tę stronę, zupełnie zaskoczeni tak barbarzyńskim brakiem dobrych manier. Nikt nawet nie słyszał, aby do sali generała Tyberiusza nie tyle wszedł, co wpadł ktoś nieproszony i to jeszcze na dodatek w trakcie przyjęcia. To było niesłychane! Niektórzy z gości zarumienili się w chorobliwym oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków. Oczy zgromadzonych spoczęły na wysokim mężczyźnie w średnim wieku, w pełnym rynsztunku bojowym, ubrudzonym, z podartym rękawem czerwono-czarnej koszuli i bardzo brzydko podbitym, prawym oku, który zziajany wpadł do sali, zasalutował przepisowo unosząc prawą rękę do piersi i przerażonym głosem wyrzucił nie czekając nawet na pozwolenie dowódcy:
- Bunt, generale! Wybuchł bunt!
Tyberiusz poderwał się z fotela jak oparzony.
- Co ty gadasz, człowieku?! Jaki bunt? Gdzie?
- Trzynasty Legion! Nasz legion... - oficer był blady jak ściana. Ostatnie słowa wydusił niemal szeptem - twój legion...
Generał Tyberiusz poczuł, jak świat usuwa mu się spod stóp. Zawirowało mu w głowie, gdy opadała na fotel załamany. Jęk pierwotnej grozy rozlał się po zgromadzonych, szacownych gościach, niczym ogień trawiący suche szczapy, gdy waga przekazanej wiadomości do nich dotarła. Co niektórzy rzucili się do panicznej ucieczki, tratując się nawzajem.