Wzgórze Piastów - Krzysztof Koziołek

Reflow text when sidebars are open.
Niedziela, 2 kwietnia 1939 roku
Blücherberg[1] leżał około pół kilometra na południowy zachód od ostatnich zabudowań Grünbergu[2], na skraju Piastenhöhe[3]. Ze względu na różnicę poziomów sięgającą kilkudziesięciu metrów był idealnym miejscem na wybudowanie stoku narciarskiego i toru saneczkowego. Amatorzy szusowania na dwóch deskach mieli do dyspozycji kilkusetmetrową trasę i niewielką skocznię, na miłośników szaleństwa na sankach czekało z kolei kilka wariantów dróg zjazdowych o różnym stopniu trudności.
Tego poranka nad Blücherbergiem mocno świeciło słońce, tak więc zdecydowana większość narciarzy kożuchy i ciężkie futrzane czapy zostawiła w domu, zamieniając je na obszerne płaszcze z kieszeniami chronionymi przez duże patki, które zabezpieczały liczne drobiazgi przed wypadnięciem w czasie jazdy - szczególnie przydawały się paniom. Niepotrzebny był nawet dodatkowy pas, było tak ciepło, że powiewające na wietrze poły zupełnie nie przeszkadzały w zabawie.
Aleksander von Häften i Gustaw von Hellmich śmigali po stoku z odkrytymi głowami, Margarete - żona tego drugiego - zdecydowała się na cienką wełnianą czapkę z daszkiem, za to Franziska - małżonka Aleksandra - pozwoliła sobie na odrobinę szaleństwa: kapelusz udekorowany szeroką taśmą i ptasim gniazdem na czubie. Także tylko ona założyła pięciopalczaste rękawiczki, przedkładając nad modę swobodę ruchów. Najchętniej poszłaby krok dalej i korzystając ze sprzyjającej aury, włożyła strój kąpielowy, ale wiedziała, że wzbudziłaby tym nie lada sensację - w końcu była w towarzystwie nowa - oraz niewątpliwą złość męża. Na wsparcie najbliższej przyjaciółki nie mogła liczyć, aż tak wyzwolona nie była.
- Cudownie! - Margarete von Hellmich z satysfakcją odnotowała fakt, że są jedynymi kobietami na stoku. Narciarstwo - szczególnie w damskim wydaniu - wciąż było sportem bardzo snobistycznym. Oznaczało to, że jeszcze długie tygodnie będzie mogła chwalić się w towarzystwie szusami na Blücherbergu. - O! Kto to? - Skrzywiła się nieco, dostrzegłszy potencjalną rywalkę wdrapującą się na wzgórze i szykującą do zjazdu.
- Nie wiem - odpowiedziała Franziska zgodnie z prawdą. - Nie znamy jeszcze z Aleksandrem wszystkich co bardziej znaczących mieszkańców Grünbergu i ich żon. Nie wiem, czy mój kochany mąż zwraca uwagą na kogokolwiek niezwiązanego ze swoją pracą... Zresztą to ty masz tutaj rodzinę, powinnaś być lepiej zorientowana.
- To co ty robiłaś przez tych kilka miesięcy, odkąd się tutaj przeprowadziliście z Bielitz[4]?
- Najczęściej spacerowała - włączył się do rozmowy Aleksander. - Trochę mi palce zgrabiały... Wam nie jest zimno?
- Może trochę. - Margarete szczęknęła zębami. - Ale tylko odrobinę!
- Nikt ci nie uwierzy, gołąbeczko. - Gustaw von Hellmich wziął dłonie małżonki w swoje ręce i zaczął w nie chuchać.
- Jest na to rada - rzekła tajemniczo Franziska.
- Powiedz, że zaraz sięgniesz po swoją nieodłączną torbę turystyczną i wyjmiesz z niej termos z cudownie pachnącą gorącą kawą... - Margarete się rozmarzyła.
- Kawy akurat nie mam, ale jest herbata. - Franziska uśmiechnęła się szeroko. - Już odkręcam.
- Uwaga! - niespodziewanie rozległ się damski głos. - Uwaga!!!
Żadne z czworga przyjaciół nie miało szansy na reakcję, ułamek sekundy później zostali więc obrzuceni śniegiem. Najwięcej oberwało się Franzisce, jako że to ona stała najbliżej.
- Najmocniej państwa przepraszam! - Głos należał do kobiety, którą chwilę wcześniej przyjaciółki widziały na szczycie wzgórza. - Próbowałam ominąć tamten wystający głaz i straciłam równowagę...
- Proszę się nie przejmować, to tylko śnieg. - Aleksander uderzył rękoma dwa razy w płaszcz. - Grunt, że nikomu nic się nie stało, prawda? - Popatrzył na resztę towarzystwa.
- Chciałam wykorzystać resztkę śniegu... - tłumaczyła dalej nieznajoma. - Za tydzień może go już nie być... Gdzie moje maniery, nie przedstawiłam się: Charlotte Stempel. Mojego męża inżyniera Waltera Stempla akurat nigdzie nie widzę...
- Aleksander von Häften. - Pochylił się nad podaną dłoń i cmoknął ją krótko. - To moja małżonka Franziska, a to nasi przyjaciele: Gustaw i Margarete von Hellmich. Bardzo miłe spotkanie, tym milsze, że mam przyjemność współpracować z pani małżonkiem...
- Naprawdę? - zdziwiła się kobieta. - Co za niespodzianka!
Franziska widziała ją zaledwie kilka razy w życiu, ale poznała momentalnie. Nie ujawniła jednak tego faktu od razu, odczekała chwilę, chcąc zobaczyć, jaka będzie reakcja. Kiedy w oczach Charlotte Stempel dostrzegła charakterystyczny błysk, miała już pewność, że i ona została przez nią rozpoznana.
- My się chyba znamy, prawda? - powiedziała.
- Tak właśnie pomyślałam. - Charlotte zaśmiała się w taki sposób, że trudno było wyczuć, czy robi to szczerze. - Jezioro Wieleńskie... Kiedy to było? Trzy lata temu?
- Dwa - sprecyzowała Franziska.
- Znacie się? - Margarete nie byłaby sobą, gdyby nie starała się zaspokoić ciekawości.
- Spotkałyśmy się podczas mojego wakacyjnego pobytu w Polsce - wyjaśniła Franziska.
- Co to były za wakacje! - Charlotte Stempel westchnęła przesadnie. - Niezapomniane! - Spojrzała na Aleksandra.
W tym momencie Franziska poczuła, jakby w gardle stanęła jej ość.
- Państwo często tu jeździcie? - spytała nieznajoma. - Trzeba korzystać z pogody, póki można. Jeszcze kilka dni i słońce zrobi swoje. Kto pierwszy na górze! - krzyknęła, oddaliwszy się na kilka metrów.
Mężczyźni pognali za nią, nie oglądając się na żony. Margarete też ruszyła, jedynie Franziska stała sama jak kołek, z zamkniętym termosem w dłoni. Przez chwilę zastanawiała się, czy obrazić się na resztę towarzystwa, zostać na dole i wykorzystać okazję do napicia się herbaty, ale widząc Aleksandra doganiającego inżynierową, błyskawicznie schowała termos do torby i ruszyła pod górę. Z każdym kolejnym krokiem jej zdenerwowanie rosło, a gdy zobaczyła, jak kobieta szepce coś jej mężowi do ucha, serce Franziski zaczęło bić jak oszalałe.
Nie miała szans, aby dogonić pozostałych, a że nikt na nią nie czekał, mogła tylko patrzeć, jak zjeżdżają, przekomarzając się radośnie. Tym razem jazda nie sprawiała jej przyjemności, myślała tylko o tym, by jak najszybciej odciągnąć męża i przyjaciół od Charlotte Stempel. Na razie jedyne, co mogła zrobić, to dołączyć do pozostałych i kontrolować sytuację. Opuściła więc zwyczajowy tor jazdy i zahamowała nieco wcześniej, aby zablokować przyjaciołom drogę na szczyt.
- Co za agresywna jazda! - rzekła Charlotte Stempel z udawanym podziwem. - Lubię kobiety, które są pewne siebie i wiedzą, czego pragną. Takie, które nie walczą z samymi sobą i ogarniającymi je burzami uczuć! Taką właśnie zapamiętałam cię z Wielenia!
Franziska miała ochotę podnieść kij i rzucić nim w szczerzącą się kobietę, wiedziała jednak, że nie wolno jej tego zrobić.
- Moja małżonka ma niezwykle silną osobowość, to prawda - dodał niczego nieświadomy Aleksander.
- Franziska musi być dla pana, hrabio, wielkim szczęściem. - Mówiąc to, inżynierowa patrzyła jego żonie prosto w oczy.
- Jest, zapewniam panią - odpowiedział von Häften.
Franziska oddychała głęboko, próbując opanować rosnące zdenerwowanie.
- To jeszcze raz: kto pierwszy na górze! - krzyknęła Charlotte Stempel.
Tym razem hrabina nie pozwoliła zostawić się w blokach i ruszyła przed siebie, dotrzymując kroku rywalce. Ścigały się z taką zawziętością, jakby startowały na zimowej olimpiadzie, a nie szusowały na grünberskim wzgórzu.
Chociaż Franziska włożyła wszystkie siły w pogoń, inżynierowa zyskała przewagę dwóch długości nart. Kiedy jednak rozpoczęły zjazd, role się odwróciły. Hrabina odpychała się kijami tak długo, aż nabrała znacznie większej prędkości, dzięki czemu w połowie stoku udało się jej dogonić kobietę. Niemal zrównały się ze sobą, gdy nagle Charlotte Stempel wykonała ostry skręt, zajeżdżając drogę przeciwniczce. Aby uniknąć zderzenia, Franziska również odbiła, niestety, chwilę później jedna narta najechała na drugą i - nie panując już nad torem jazdy - z wielkim impetem hrabina wbiła się w hałdę zmrożonego śniegu. Uratowało ją to, że przed samym uderzeniem wysunęła przed siebie kijki, amortyzując tym upadek.
Mimo to zrobiło jej się ciemno przed oczyma, a w lewej kostce poczuła piekący ból.
- Najdroższa, nic ci się nie stało? - Aleksander pierwszy pośpieszył żonie z pomocą. - Chwyć za prawe ramię - polecił Gustawowi.
- Połóżmy ją na śniegu - zaproponował von Hellmich.
- Dobra myśl - rzekł Aleksander. - Słyszysz mnie?
- Oczywiście, że cię słyszę - odpowiedziała rozdrażniona Franziska. - Nic mi nie jest, tylko się trochę poobijałam... I lewa kostka mnie boli.
- Tak to jest, jak się jeździ tak agresywnie. - Margarete się skrzywiła. - Tyle razy ci powtarzałam, że Blücherberg to nie są prawdziwe góry...
- Pani hrabino, nic się pani nie stało?! - Charlotte Stempel głośno sapała. - Nie widziałam pani, hrabino! To moja wina!
- To nie pani wina, pani inżynierowo... - Aleksander westchnął. - Najdroższa, chyba popełniłaś błąd, nie powinnaś się tak bardzo zbliżać podczas wyprzedzania... - zwrócił się do żony, pomagając jej wstać.
- Masz rację, za blisko podjechałam - skłamała Franziska, przypatrując się Charlotte Stempel.
Ta nienagannym gestem zdjęła rękawiczki, po czym poprawiła ułożenie cienkiego wełnianego szala.
- Jak kostka? Boli? - spytał von Häften.
- Nie, nic mi nie jest - odrzekła Franziska. - Słuchajcie, naprawdę nic się nie stało!
- Absolutnie nie mogę się z tym zgodzić! - wtrąciła inżynierowa. - Bardzo bym nie chciała, aby to nasze nieoczekiwane spotkanie zakończyło się tak przykrym incydentem. Dlatego będę niezmiernie zobowiązana, jeśli w ramach przeprosin przyjmiecie państwo, pani hrabino i panie hrabio, zaproszenie na przyjęcie, które niedługo z mężem wydajemy. Na pewno znajdzie się okazja, aby jeszcze lepiej się poznać i porozmawiać - powiedziała rozemocjonowana.
- Ależ to nie jest konieczne... - zaoponowała Franziska. - Nie ma powodu do przeprosin...
- W takim razie kieruję w państwa stronę normalne zaproszenie na przyjęcie. - Charlotte Stempel się uśmiechnęła. - Drodzy państwo, odmowy nie uznaję!
- Przyjmiemy zaproszenie z wielką przyjemnością - zdecydował Aleksander.
- Państwa też z miłą chęcią ugoszczę w swoich skromnych progach. - Inżynierowa spojrzała na Margarete i Gustawa. - Niestety mam przy sobie tylko jeden bilet wizytowy. - Podała go Aleksandrowi. - Do zobaczenia! - Nie czekając na reakcję, odepchnęła się kijkami i ruszyła w kierunku miasta.
- Co za raszpla! - fuknęła Franziska, gdy tylko Charlotte Stempel oddaliła się na bezpieczną odległość.
- Cisiu, jak możesz?! - rzekła Margarete, miętoląc w dłoniach bilet chwilę wcześniej wyrwany z rąk von Häftena. - Bardzo miła kobieta, przejęła się tym niefortunnym wypadkiem. Powinnaś być jej wdzięczna! Ilu szusujących tu narciarzy, którzy zajechali mi dzisiaj drogę, w ramach przeprosin zaprosiło mnie na przyjęcie? Żaden!
- Jak tak patrzę na minę twojego męża, to myślę, że nie jest z tego powodu jakoś bardzo zmartwiony - wycedziła Franziska.
- Miałby być zmartwiony zaproszeniem na przyjęcie do Charlotte? - zdziwiła się Margarete.
- Nie zaproszeniem do Charlotte, tylko od obcych narciarzy - wyjaśniła szybko. - Zdążyłaś się tak bardzo zaprzyjaźnić z naszą nową znajomą, że już jesteś z nią po imieniu?
- Zrobiłam się głodna. - Margarete zignorowała pytanie. - Kto jeszcze ma ochotę coś zjeść?
Spotkanie z Charlotte Stempel wytrąciło Franziskę z równowagi i nie chodziło bynajmniej o twarde lądowanie w hałdzie śniegu. Tyle dobrego, że na ten wypadek - jej zdaniem absolutnie nieprzypadkowy - mogła przynajmniej zrzucić winę za swoje zdenerwowanie. Zachowanie inżynierowej sprawiło, że czuła, jakby ktoś okręcił jej brzuch liną okrętową i zacisnął ją do granic możliwości. Kiedy więc Margarete zaczęła mówić o jedzeniu, poczuła mdłości.
Bała się, że kierując się od razu do restauracji, wpadną tam na tę szantrapę. Zaproponowała więc spacer do Wieży Bismarcka na pobliskim wzgórzu Meiseberg[5], argumentując, że to tylko kwadrans drogi w jedną stronę, ale reszta towarzystwa nie chciała o tym słyszeć.
Ruszyli więc w stronę parku miejskiego, a kilka minut później stali już przed restauracją Wzgórze Piastów - jednym z najbardziej ekskluzywnych lokali w mieście - niestety zamkniętą z powodu remontu. Kiedy zastanawiali się, co dalej, Margarete upadła, poślizgnąwszy się na lodzie. Czas, gdy mężczyźni pomagali jej wstać, Franziska wykorzystała na uważniejsze przyjrzenie się budce strażniczej stojącej kilka metrów od głównego wejścia. Ostatni wypad na narty z przyjaciółką zaliczyła zaledwie tydzień temu i wtedy wartowni przed Wzgórzem Piastów nie było.
Wejście do budki zlokalizowano od strony restauracji, tak więc nie mogła dostrzec żołnierza znajdującego się w jej wnętrzu, widziała jedynie kawałek lufy pistoletu maszynowego. Od dawna wiedziała, że drewniane baraki batalionu zapasowego 54. Regimentu Wehrmachtu - składającego się z trzech kompanii - mieściły się w lesie przy Patzgall[6], czyli po drugiej stronie miasta, komisja poborowa zaś działała przy Bahnhofstrasse[7]. Co zatem wojskowi robili tutaj? I czy był to Wehrmacht, czy może inna formacja?
Ponieważ w pobliżu znajdował się inny, równie ekskluzywny lokal, pośpieszyli w jego stronę. Dwieście metrów, jakie mieli do przejścia, Margarete pokonała, kuśtykając, wsparta na ramieniu męża, i biadoląc, jakby co najmniej skręciła kostkę, a nie tylko lekko się potłukła. Można by nawet pomyśleć, że poturbowała się bardziej niż pół godziny wcześniej Franziska!
Narzekać przestała dopiero wtedy, gdy ich oczom ukazały się charakterystyczne tarasy widokowe na dachu restauracji Wzgórze Augusta. Pagórek, na którym się znajdowała, nazwano tak na cześć zmarłego w wieku dwudziestu ośmiu lat Augusta Sigismunda Förstera, syna znanego grünberskiego fabrykanta sukna Jeremiasa Sigismunda Förstera. Po bankructwie rodzinnej firmy jej włości trafiły pod młotek, a nowy właściciel w dawnej rezydencji otworzył restaurację. Lokal miał mnóstwo pomieszczeń, w tym salę balową, pokój gier, letnie tarasy na piętrze - rozświetlane imponującą iluminacją co wieczór - a nawet małe obserwatorium astronomiczne. W ciepłej porze roku do dyspozycji gości był jeszcze pawilon koncertowy z platformą taneczną, obok którego stała betonowa postać ducha Sudetów Liczyrzepy.
Przyjaciele zajęli miejsca przy stoliku jak najdalej od pieca, dziwiąc się, jak można tak grzać o tej porze roku, zupełnie jakby na dworze panoszyła się jeszcze sroga zima. Panowie zamówili zupę z królika i wieprzowinę z wężymordem, panie zaś zupę z zielonego groszku na świńskich uszach oraz karpia na niebiesko w sosie polskim.
- Mam nadzieję, że moja ukochana małżonka mi wybaczy... - zaczął Aleksander, zwalczywszy pierwszy głód. - Ale na jakiś czas będę musiał mocno ograniczyć życie towarzyskie...
Drugi raz tego dnia Franziska poczuła, jakby ktoś walnął ją obuchem w głowę. Niepewnie spojrzała na męża, zastanawiając się, czy jego deklaracja miała coś wspólnego z tym, co Charlotte Stempel szepnęła mu do ucha na Blücherbergu, ale z twarzy małżonka nic nie mogła wyczytać niczym z oblicza zawodowego karciarza.
- To straszna wiadomość, Aleksandrze. - Margarete westchnęła, ocierając serwetką kąciki ust. - Cisiu, nie skomentujesz tego?
- A co mam powiedzieć? - odparła hrabina, myśląc o tym, czy można jeszcze bardziej ograniczyć coś, co i tak było zredukowane niemalże do minimum. - Taki już los żony inżyniera.
- Znowu się przeprowadzacie? - wtrącił Gustaw. - A może wracacie do Bielitz?
- Nie - zaprzeczył von Häften. - Muszę przenieść swoje biuro projektowe na teren fabryki Beuchelta. Tyle mogę powiedzieć, reszta to tajemnica. Wiecie, że nie mogę...
- Tak, wiemy. - Margarete machnęła lekceważąco ręką. - Cała twoja praca przy bunkrach to jedna wielka tajemnica.
- Ciszej! - syknął Gustaw. - Ale Beuchelt? Przecież on zajmuje się stawianiem mostów i wiaduktów, produkcją konstrukcji stalowych i wagonów. Co ty tam będziesz robił?
Aleksander przytknął palec do ust, wskazawszy głową na zbliżającego się kelnera.
- Coś jeszcze dla szanownego państwa? - spytał ten.
- Najedliśmy się i napiliśmy do pełna. - Margarete poklepała się wymownie po brzuchu.
- Może podać państwu kawę na taras widokowy? Wiatr się uspokoił, pogoda sprzyja podziwianiu widoków... Widać Neusalz, Glogau i Dalkauer Berge z jednej strony oraz Tschicherzig, Züllichau i Rothenburg an der Oder[8] z drugiej... - zachwalał. - Do kawy może coś słodkiego?
Przyjaciele spojrzeli po sobie. Tradycją tej restauracji było serwowanie do kawy tylko świeżych ciast, ale możliwości żołądków były ograniczone.
- Kawa tak, słodkości i widoki nie! - zadecydowała Franziska.
- Tak jest! - poparła ją Margarete. - Swoje już dzisiaj na dworze wystaliśmy, wolimy to przytulne wnętrze od tarasów, choćby było z nich widać rzymskie Koloseum!
- A może panowie zechcą zagrać w bilard? - Kelner wskazał dłonią sąsiednią salę. - Zamiast kawy mogę podać piwo.
- Chodźmy zatem! - Aleksander odsunął krzesło żonie, podobnie postąpił Gustaw. - Zostawiamy was, gołąbeczki, żebyście mogły sobie poplotkować, a my zajmiemy się ważniejszymi sprawami.
- Poważniejszymi sprawami? - prychnęła Margarete. - O stukaniu kijami w bile można powiedzieć wszystko, ale z pewnością nie to, że jest to coś ważnego.
- Idźcie, zabawcie się, tylko wróćcie do nas - rzekła Franziska.
- I ty, Brutusie, przeciwko mnie... - Przyjaciółka udała, że płacze. - Jak kostka? Wciąż boli? - zmieniła nagle temat.
- Tylko trochę. Właściwie...
- Bo moja noga boli mnie bardzo. - Jęknęła wymownie. - Strasznie się poturbowałam... Dobrze, że nic sobie nie złamałam! Albo nie nabiłam guza!
Właśnie szkoda, że sobie nie nabiłaś, może w ten sposób coś by do tej główki weszło, pomyślała Franziska.
- Ta twoja znajoma zrobiła na mnie dobre wrażenie - kontynuowała Margarete.
- To nie jest moja znajoma. Raz ją widziałam, może kilka razy.
- Mniejsza z tym. Od razu widać, że to ktoś z wyższych sfer, tak jak my. Nie mówiąc już, że ma w sobie dużo seksapilu...
- Seksapilu?
- Nie uważasz? - zdziwiła się. - Na naszych mężach zrobiła wrażenie. Nie mówiąc już o tym, że...
- Że co?
- Właściwie to nic...
- Mów, co chciałaś powiedzieć - rzekła ostro Franziska.
- Odniosłam wrażenie, że Charlotte próbowała flirtować z twoim mężem. Ale to tylko moje wrażenie. Widziałaś, jak szeptała mu do ucha?
W odpowiedzi hrabina zacisnęła zęby.
- Za to na Gustawa nawet nie zwróciła uwagi - dodała kąśliwie Margarete. - Co mnie właściwie nie dziwi.
- Czasem się zastanawiam, jak może się między wami tak dobrze układać, skoro masz tak złe mniemanie o swoim mężu.
- Złe? - Zmarszczyła czoło. - Po prostu realnie oceniam jego możliwości.
- Możliwości... - Franziska zaprezentowała szeroki uśmiech. - W alkowie, tak?
- Cicho! - Przytknęła palec do ust. - Jak tak dalej pójdzie, zacznę podejrzewać, że miłosne igraszki są już ostatnim spoiwem łączącym nasze małżeństwo. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawiałam z Gustawem tak od serca.
- Wiem, co masz na myśli. - Franziska się zamyśliła. - Mnie i Aleksandra...
- Ale ty przynajmniej zmieniłaś towarzystwo! - weszła jej w słowo. - Nawet nie wiesz, jak zazdroszczę ci tej przeprowadzki. Grünberg to zupełnie inne miasto niż Neusalz!
- Nie przesadzasz? Przecież będziemy tu tylko na czas oddelegowania Aleksandra do inspekcji bunkrów. - Franziska ściszyła głos.
- Nawet biorąc pod uwagę, że to tylko kilka miesięcy, uważam, że jesteś szczęściarą.
- Przecież często tu bywasz: odwiedzacie z Gustawem twoją rodzinę albo wpadacie do nas...
- Ale to nie to samo: bywać tu raz na jakiś czas, a żyć pełnią życia towarzyskiego tego cudownego miasta!
- Jakbym nie widziała, że nie tknęłaś wina, pomyślałabym, że uderzyło ci do głowy - rzekła kwaśno Franziska.
- Po prostu co jakiś czas warto zmienić otoczenie. A propos! Niedługo wybieramy się z Gustawem w góry na krótki wypoczynek.
- Kiedy? - zaniepokoiła się Franziska.
- Za dwa lub trzy tygodnie. Dlaczego pytasz?
- Tak sobie pomyślałam, że warto by się czegoś więcej dowiedzieć o Charlotte - odpowiedziała, myśląc intensywnie, jak to rozsądnie uzasadnić. - Skoro mamy pojawić się na jej przyjęciu, to byłoby dobrze lepiej ją poznać. Masz tu wielu znajomych, może spróbujesz?
- Doskonały pomysł! - ucieszyła się Margarete. - Przyjęcie jest za dwa tygodnie, na pewno uda mi się czegoś wywiedzieć. Już nie mogę się doczekać, kiedy tam pójdziemy! A ty? Też się tak cieszysz jak ja?
- Oczywiście - skłamała gładko Franziska. - Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji