Jak w wyświechtanym sloganie z książek albo narracji z kiepskich hollywoodzkich filmów, nic nie zapowiadało, że dzień ten zapadnie tak bardzo w mojej pamięci. Powoli chylił się ku zachodowi, a ja - w oczekiwaniu na to jedyne, najlepsze światło - usiadłem na pustej plaży i pozwoliłem zmysłom leniwie kontemplować nadchodzący zachód słońca. W rękach trzymałem aparat. Granicę między spokojnym morzem a lądem wyznaczały rubinowo połyskujące ziarenka piasku, powoli przybierające coraz ciemniejszy odcień. Nie zauważyłem nawet, kiedy kilka kroków ode mnie pojawił się jakiś nieznajomy. Zbliżał się powoli, noga za nogą. Chyba średniego wzrostu. Głowy bym nie dał, bo szedł pochylony, jakby dźwigał jakiś niewyobrażalny ciężar. Twarz miał poszarzałą - może w tym świetle - zbolałą, oczy zapadnięte. Na moment nasze spojrzenia spotkały się. Spoglądaliśmy na siebie tak przez chwilę, a jego oczy zdawały się mówić... - Tak, takie spojrzenie my faceci rozpoznajemy u siebie intuicyjnie. - Więc zdawały się mówić: Wysłuchaj mnie, muszę to w końcu komuś powiedzieć.
Nieznajomy usiadł obok bez słowa. Wzrok zawiesił w nieokreślonej dali i po chwili usłyszałem jego matowy, słaby i rwący się głos, z trudem pokonujący prawie niesłyszalny szum morza:
- Miałem wszystko, czego chcieć od życia. Miałem dom, rodzinę i pracę, którą lubiłem. Byliśmy zdrowi i... i młodzi - dodał po chwili. - Niemal jednego dnia straciłem wszystko. Dlaczego? Za sprawą wydumanych historii, ludzkiej "życzliwości" i okoliczności, które się źle splotły. Jakby zła wróżka odwróciła twój los jednym ruchem swej różdżki. Ale dobry anioł zdawał się czuwać nade mną, jak wtedy myślałem, bo na moją drogę zesłał kogoś, kto wlał we mnie nadzieję, dodał sił i wiary, że jeszcze można... że jeszcze raz warto. - Zamyślił się. Gdzieś w oddali zakwiliła mewa, zdawało mi się, że szyderczo. Morze cichło coraz bardziej, nie chcąc mu przeszkadzać. - Czar prysł szybko. Razem było coraz trudniej, a świadomość, że jest się igraszką w czyichś rękach doskwierała bardziej... i bardziej. Myślałem, że serce mi pęknie. Nie ma takiego fizycznego bólu, który równałby się cierpieniu duszy... sumienia... umysłu... - Wyliczał powoli. - ...z jakim przyszło się zmierzyć. Chciało mi się wyć. Wyć i krzyczeć jednocześnie: Dlaczego ja?! Ale nie potrafię...
Głos uwiądł mu w gardle. Obserwowałem go kątem oka i miałem wrażenie, że całym wysiłkiem woli stara się powstrzymać łzy. Jego ciałem wstrząsały dreszcze, ale przed tym nie mógł się już obronić ani ukryć tego. I myślę, że świadomość tej niemocy męczyła go dodatkowo.
- Tymczasem... - Zaczął po dłuższej chwili. - ...osądzony po pozorach, spotykałem się z pogardą, nienawiścią, w najlepszym razie z obojętnością. Nawet najbliżsi odwrócili się wtedy ode mnie. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Kobiece łzy, lament - są takie sugestywne...
Znowu zapadła cisza; oddychał ciężko. Zdawał się być nieobecny. Zrobiło się tak cicho, że aż drgnąłem, kiedy ponownie się odezwał, bo głos jego, choć szept prawie, wydał mi się eksplozją.
- Nigdy nie sądziłem, że w ludziach może być aż tyle pokładów nienawiści. Ale jeżeli nawet, to czy to jest wystarczający powód, żeby nie rozmawiać i oczerniać? Czy oczerniając i krzycząc to całemu światu, trzeba je jeszcze pogłębiać? - Powiódł gdzieś niewidzącym wzrokiem, jakby szukał odpowiedzi, i powtórzył jak echo: - Trzeba je jeszcze pogłębiać?
W milczeniu słuchałem jego kolejnych wynurzeń. Głos łamał mu się, chwilami przechodził w szept. On ciągle patrzył gdzieś poza otaczającą nas rzeczywistość i mówił:
- Są granice ludzkiej wytrzymałości. Osamotniony, zaszczuty, gotów byłem odsądzić od czci i wiary wszystko i wszystkich. Wzbierała we mnie złość. Choć broniłem się przed nią, czułem ją coraz bardziej, a im bardziej ją czułem, tym więcej odkrywałem jej wokół siebie, co znowu potęgowało moją. I tak w kółko. Dlaczego? - znowu pytałem sam siebie.
Nieznajomy zawiesił głos. Robiło się coraz ciemniej i tylko oczami wyobraźni mogłem zobaczyć, jak jego twarz się napina, nabiera rumieńców, wzrok staje się zimny, przenikliwy. Czy tak było? Nie wiem, ale zdało mi się przy tym, że dłonie teraz miał mocniej zaciśnięte.
- Dlaczego tak jest? Z bezsilności. Z bezsilności... - powtarzał coraz ciszej. - Kiedy to zrozumiałem, poczułem, że fala złości odpływa ode mnie. To tak, jakbyś wypłynął na powierzchnię po długim swobodnym nurkowaniu - czujesz ulgę i na nowo zachwycasz się powietrzem, przynajmniej tym pierwszym haustem. Napełniasz nim płuca, czujesz jego świeżość i życiodajną moc. Jeszcze jak na przyspieszonym filmie przetoczyły się przeze mnie wszystkie poprzednie doznania, stany i nagle poczułem jakąś pustkę - ciszę wokół, jakbym właśnie zbudził się ze snu. Byłem już spokojniejszy; myśli spowolniły. Odniosłem wrażenie, że wraca do mnie świadomość, a wszystko wcześniej było tym snem właśnie. Teraz mogłem już spojrzeć na to bez gwałtownych uniesień, refleksyjnie. W takim stanie nie myślisz już o tym, co cię boli - dusza czy ciało? Wtedy myślisz o rzeczach uniwersalnych, nad którymi wcześniej nie zastanawiałeś się, nie uświadamiałeś ich sobie nawet. To dziwny stan, bo z jednej strony myślisz już racjonalnie, ale z drugiej - i wiesz o tym - jesteś poniekąd wyłączony z rzeczywistości. Takie... - Szukał odpowiedniego słowa. - ...takie zadumanie.
Przeżywał ten stan teraz, przy mnie, jak każdy poprzedni zresztą. Już nie patrzył gdzieś daleko, poza horyzont, ale jakby... To dziwne, niemożliwe, a jednak - jakby w siebie samego. A może tylko mi się zdawało. Bezksiężycowa noc już dawno spowiła nas ciemnością, a łuskowate refleksy światła dawały złudny obraz. Czekałem. Czekałem w napięciu na kolejne jego słowa. Ale słychać było tylko jego cichy, rytmiczny, choć raczej płytki oddech. Tak oddycha ktoś nieobecny. Przyłapałem się na tym, że sam też zacząłem oddychać delikatniej, wczuwając się w rytm przez niego nadany.
- Zacząłem analizować i przeglądać swoje życie jak książkę - kartka po kartce, dzień po dniu. I wtedy zdałem sobie sprawę, gdzie jestem, w jakim miejscu: samotność, brak zrozumienia; wokół obłuda, komercja i wyrachowanie. A gdzie ideały, które mi wpajano i w które wierzyłem? W życiu jednak już lepiej być drapieżnikiem niż zwierzyną płową. Prawie wyrzucono mnie poza społeczeństwo. Czy wiesz, jak to jest być samemu? - Milczałem, wiedziałem, że nie oczekuje odpowiedzi. - Wiesz, jak to jest, kiedy zdasz sobie sprawę, że wszystko już stracone, że nikogo nie obchodzisz? Wiesz, jak to jest, kiedy zrozumiesz, że nie masz do kogo i dokąd wracać? Wiesz, jak to jest, kiedy w końcu zdasz sobie sprawę, że ty nawet nie chcesz już tam wracać? Ale najgorsze przychodzi wtedy, kiedy zrozumiesz swoje położenie. Wtedy ogarnia cię rozpacz. Niewyobrażalna rozpacz. I płaczesz. Płaczesz jak dziecko - bezbronny, opuszczony, zagubiony. Wstrząsają tobą spazmy, a ty nie możesz na to nic poradzić. Nie masz pojęcia, ile łez może wypłynąć z człowieka. Nie masz - powtórzył, po czym zamilkł.
W bladym świetle odległej latarni morskiej, odbitym od ledwie zmarszczonej tafli wody, na jego twarzy skrzyły się łzy. Nie próbował ich ukryć ani otrzeć. Spływały z policzków i bezgłośnie wsiąkały w piasek. Morze łez płynie do morza - przyszło mi do głowy, i nie wiem, czy ten patos to mój wytwór, czy może jakiś dawno zasłyszany albo przeczytany tekst.
- Kiedy wypłynie ostatnia słona łza, nie czujesz już żadnych emocji - usłyszałem po chwili. - Masz wrażenie, że unosisz się w próżni, sam też pusty w środku. Nic już nie jest takie samo. Ty też. Tętniący dookoła świat jest ci obojętny. Już nie cierpisz, nie tęsknisz, nie żałujesz. Właściwie nie odczuwasz niczego. Stałeś się powolny losowi. Bez szczególnych wrażeń twoja świadomość rejestruje fakt, że nic już nie można zrobić, niczego cofnąć, że dotknęło cię nieodwracalne. Choć nie doskwiera ci już tamten ciężar, nie odczuwasz ulgi - czujesz tylko, że go nie ma. Teraz jesteś już z losem w zgodzie.
Nieznajomy zamilkł; siedzieliśmy w milczeniu. Czas dawno wymknął mi się spod kontroli. Był bez znaczenia, jak to światło, na które czekałem, a teraz nie było już po nim ani śladu. Cisza. I w tej ciszy rozległo się westchnienie. Mężczyzna wstał. Odruchowo też wstałem. Raczej wyczułem instynktownie, niż dostrzegłem w ciemnościach jego wysuniętą dłoń. Uścisnąłem ją. Była zimna i słaba, ale po chwili odwzajemniła uścisk. Staliśmy tak na przeciw siebie po raz pierwszy od momentu, kiedy nieznajomy przysiadł obok mnie, niezdecydowani, najwyraźniej obydwaj zaskoczeni tą sytuacją. Przebijając w końcu czerń nocy, nasze spojrzenia spotkały się. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie. Każdy z nas na swój sposób przeżywał ten moment, ale obydwaj czuliśmy ową niewidzialną nić porozumienia. Wreszcie mężczyzna rozluźnił uścisk, odwrócił się powoli i ruszył w kierunku trójpunktu, w którym łączyła się plaża, morze i niebo, gdzie majaczyła bladym, ledwo widocznym światłem morska latarnia. Jego postać wydała mi się teraz mniej przygarbiona, lżejsza. Może swoista spowiedź zdjęła z niego ten ciężar, który przywlókł tu ze sobą? Patrzyłem za nim, a jego kontury stawały się coraz mniej i mniej wyraźne, w końcu zlały się z nocą.
Opadłem na piasek; ogrom wrażeń przytłoczył mnie. Otoczony pustką, ciemnością i ciszą, odniosłem wrażenie, że to wszystko było snem. W głowie miałem mętlik. Muszę to sobie jakoś poukładać - pomyślałem.
I myślałem. Długo myślałem.
Noc była dziwna (potem od miejscowych dowiedziałem się, że nikt tu takiej nie pamięta): ciepła, bezchmurna, bezksiężycowa i... bezgwiezdna. Niezwykłe. To chyba sprawiło, że w końcu doszedłem do wniosku, iż wszystko jest wytworem mojej wyobraźni. Pewnie, kontemplując nadchodzący zachód słońca i pławiąc się w jego promieniach, przymknąłem powieki i po prostu zasnąłem. Bo jak inaczej to wytłumaczyć?
Z tymi myślami zastał mnie świt. Rozprostowałem plecy i podparłem się na rękach. Wtedy pod prawą dłonią wyczułem wgłębienie. Spojrzałem - zrozumiałem, co poczuł niegdyś Robinson Crusoe. Obok mnie był dołek, właśnie taki, jaki powstaje pod ciężarem siedzącej osoby, a od niego ciągnął się ku wschodowi paciorek śladów odciśniętych w piasku stóp.
***
Ruszyłem wzdłuż śladów. Bezwiednie przyspieszyłem kroku - w końcu zacząłem biec. Plaża była długa i pusta; ślady wyraźne. Biegłem, a ze mną nadzieja, że może jeszcze dogonię... Aż po horyzont nie widziałem jednak ani przysłowiowej żywej duszy. Chciałem zdążyć zanim wylegną tłumy, rozwalając swe tłuste cielska, żeby wysmażać je jak steki, a kłębowisko stóp zadepcze wszystko.
Istnieje taka kategoria letnika, który za punkt honoru stawia sobie ulokowanie się tuż przy samej wodzie, blokując swobodne przejście; druga z tego gatunku, ale bardziej leniwa, to taka, która buduje swój grajdoł ledwie wkraczając na plażę, tuż przy wejściu na nią i tuż obok cuchnącego i przepełnionego kosza na śmieci. Obie charakteryzują się zwałami tłuszczu i brzuchami do kolan.
Nagle stanąłem jak wryty. Ślady skręciły do wody. Najwyraźniej nie zauważył po ciemku - uznałem i w napięciu wyszukiwałem miejsca, w którym pojawią się na nowo. Uszedłem kilkanaście, potem kilkadziesiąt metrów - nic. To jeszcze nic nie znaczy, pewnie szedł sobie tak, brodząc w wodzie - dodawałem sobie otuchy. Uczepiłem się tej myśli i znowu zacząłem biec ze wzrokiem wlepionym w piasek.
Nie wiem, jak długo biegłem. W końcu dotarłem w pobliże miasteczka. Ludzie zaczęli już kręcić się i rozkładać istne obozowiska. Wszystko na nic - pomyślałem zrezygnowany. Teraz, jeśli i wyszedł z wody, nawet nie rozróżnię tych śladów. Usiadłem na chwilę, żeby złapać tchu i dać nogom choć odrobinę wytchnienia. Teraz dopiero poczułem, jak bardzo byłem głodny.
Trudno - pomyślałem. Ale tak naprawdę wcale nie miałem zamiaru rezygnować. Wstałem po paru minutach i skierowałem się ku wyjściu z plaży z zamiarem posilenia się w pobliskiej tawernie i - przede wszystkim - z nadzieją, że może tam, albo w marinie, jednak czegoś się dowiem.
Na łodziach i żaglówkach nikogo jeszcze nie było widać. Żeglarze raczej nie zrywają się zbyt wcześnie, a ci, którzy robią to jednak, najpewniej wypłynęli już w morze. Na szczęście przed tawerną, na jakiejś koślawej ławeczce, siedział mężczyzna. Rybak, nazwałem go sobie w myślach. Rybak palił fajkę, co wydawało się sprawiać mu nie lada przyjemność. Miał na sobie sztruksowe spodnie, kraciastą koszulę flanelową, a głowę przed słońcem osłaniała mu czapka z jakimś znaczkiem, ale trudno już było go rozpoznać, bo ona i cała reszta ubioru pamiętają jeszcze czasy jego dużo aktywniejszego życia.
- Dzień dobry - powitałem go.
Rybak, prawie nie podnosząc głowy, spojrzał na mnie badawczo. Miejscowi jakoś tak mają, że nie ufają za nadto przyjezdnym. Powinni byli się już do nas przyzwyczaić, w końcu letnicy zjeżdżają tu już od dziesięcioleci.
- Dobry - rzucił, i nie wiedziałem, czy zbywał mnie tak, czy po prostu taki miał zwyczaj.
- Ładny poranek - zagadnąłem neutralnie.
- No - odparł zdawkowo.
- Mogę o coś zapytać?
- Pytaj.
- Jak długo pan już tu siedzi?
Miałem nadzieję usłyszeć, że co najmniej od wschodu słońca. On był już w tym wieku, kiedy to późno się zasypia i wcześnie wstaje, mówiąc krótko, kiedy człowiekowi doskwiera bezsenność. Rybak wyjął fajkę z ust i zaczął przyglądać się cybuchowi, jakby tam szukał odpowiedzi.
- Tak jakoś po wschodzie słońca... Zawsze tak siadam, jak jest ciepło.
Więc trafnie się domyśliłem, co też bardzo mnie ucieszyło.
- A nie przechodził ktoś tędy od strony plaży?
- Jesteś pierwszy.
Rybak zamknął oczy, pyknął z fajki i tak się jakoś skulił, że od razu zrozumiałem - to koniec mojego interview. W sumie - pomyślałem - o co więcej go pytać?
Poszedłem do tawerny.
W tawernie było pusto. Tętnić życiem zaczyna dopiero wieczorem. Zamówiłem lekkie śniadanie, żeby tak wygłodniały nie objeść się za bardzo, bo mogłoby się to skończyć bólem brzucha. Rozpytałem jeszcze barmana, ale on też nikogo nie zauważył, zresztą dopiero z kwadrans przede mną otworzył knajpę. Starałem się jeść wolno, układając przy tym w myślach plan dalszego działania, ale jakoś niezbyt mi to szło. Dopiłem kawę i wyszedłem. Kiedy mijałem Rybaka i chciałem mu jeszcze rzucić krótkie "do widzenia", usłyszałem:
- Czekaj jeszcze. - Stanąłem posłusznie. - Za tawerną jest droga. Droga skręca w prawo do mariny, ale ty idź ścieżką prosto nad morze, do plaży - powiedział, nie patrząc na mnie, co i byłoby dziwne, skoro nawet nie otworzył oczu.
- Dziękuję. Do widzenia - rzuciłem pospiesznie, idąc już we wskazanym kierunku.
Rzeczywiście, ścieżka odbijała od drogi, a raczej przedłużała ją, a droga odbijała, biorąc pod uwagę kierunek. Podbiegłem z nadzieją, wyraźnie ożywiony. Niestety, ścieżka była już mocno uczęszczana, a wszystkie ślady wiodły ku plaży. Może jednak gdzieś dalej natrafię na jakiś ślad w przeciwnym kierunku. Wiedziony tym, ruszyłem dalej. W ten sposób dotarłem znowu nad morze. Niczego nie odkrywszy, musiałem przebyć tę drogę raz jeszcze - teraz w przeciwną stronę. To niczego nie przekreśla - powiedziałem sam do siebie i postanowiłem popytać jeszcze po drodze.
Po jakichś trzystu metrach dotarłem do miejsca, w którym od drogi odchodziła mniejsza uliczka, prowadząca w lewo, do kanału portowego.
Tu były właściwie dwa kanały, które się łączyły. Powstały na ujściu dwóch małych rzek, dopływających tu z różnych kierunków. Tuż przed wpadnięciem do morza łączyły się ze sobą, przez co port, kiedy patrzy się od strony morza, rozwidla się. Ujście przedłużono z obu stron falochronem, po którym można spacerować, a spory kawałek brzegów wzmocniono betonem, tworząc w ten sposób nabrzeża. Uliczka dochodziła potem do głównej ulicy tuż przed mostem nad kanałem albo rzeką - to sprawa umowna. Do tej ulicy można było też dojść drogą, idąc prosto, ale zawsze chodziłem tędy, kiedy tylko wybierałem tę plażę, bo miało się wrażenie, że tak jest bliżej.
Zgodnie z postanowieniem, zaczepiłem kilku miejscowych, którzy mieszkali przy tej ulicy, ale oni też nie potrafili mi pomóc, tak samo jak właściciel małej smażalni ryb obok mostu. Nie ma co - uznałem - może później coś wymyślę.
Kawa przestała już działać pobudzająco i na nowo poczułem zmęczenie; właściwie jeszcze większe, bo spotęgowane mocno dającym się już we znaki upałem. Ruszyłem więc niezwłocznie przez most, kierując się do centrum, w stronę mojego pensjonatu. Marzyłem, żeby jak najszybciej rozciągnąć się na tapczanie. Po kwadransie byłem na miejscu. Odłożyłem aparat i rzuciłem się na tapczan.
Przebudziłem się. Chwilę zajęło mi zanim zlokalizowałem się w czasoprzestrzeni. Na początek ustaliłem, że leżę w tej samej pozycji, w jakiej zasypiałem. Niech to! - pomyślałem i poczułem napływ lekkiego zdenerwowania, bo uznałem ten fakt za przejaw wyjątkowo krótkiej drzemki. W podłym nastroju otworzyłem oczy. Pokój wypełniony był łagodnym, rozproszonym i ciepłym światłem. Spojrzałem na zegarek, było już po dwudziestej. Ha! Więc jednak pospałem. Z rozkoszą przeciągnąłem się i przystąpiłem do nadrabiania zaległości "w temacie higiena" - jak zwykł mawiać jeden z moich znajomych. Długi prysznic, golenie, jakaś chemia pod pachy i trochę pachnideł na twarz.
Całkiem zapomniałem, co wydarzyło się ostatniej nocy. Pamięć wróciła do mnie, kiedy chwyciłem aparat, a bez którego to nigdzie się nie ruszam. Zszedłem do restauracji.
O tej porze wszyscy dawno już byli po obiedzie, ale jeszcze nie myśleli o kolacji. Czas spędzali spacerując po plaży albo w porcie, więc mogłem we względnym spokoju pomyśleć o tym, co mi się przytrafiło i o tym, co z tym dalej począć. O ile "co mi się przytrafiło" nie nastręczyło mi większych trudności, jeśli mówić o przypomnieniu sobie wszystkiego, o tyle "co z tym dalej począć" nie dawało się łatwo ugryźć. Trochę mnie to irytowało, bo podważało moją wiarę w umiejętności własnego rozumu, ale uznałem - pewnie dla uspokojenia samego siebie - że to uboczny skutek całodziennej drzemki i najpierw muszę dojść do siebie, a to przyjdzie mi łatwiej na świeżym powietrzu.
Słońce zaczynało już zachodzić. Jakoś nie miałem ochoty gnać na plażę, żeby w tłumie tysięcy innych podziwiaczy zrobić zdjęcie na miarę rozkładówki w National Geographic.
O parę kroków od pensjonatu jest most na drugiej rzece współtworzącej portowy basen. Tu była jego część pasażerska. Wyszedłem na zewnątrz i po minucie byłem na moście. Wczasowicze, którzy postanowili uniknąć tłumów na plaży - jak ja - szczelnie wypełnili wszelkie kawiarniane ogródki. Ci, dla których zabrakło miejsca, snuli się w pobliżu i pilnie wypatrywali wolnego stolika. Stanąłem na moście.
Przede mną roztoczył się całkiem przyzwoity widok: po lewej stronie kanału aż roiło się od skąpanych w świetle różnokolorowych kawiarnianych ogródków, a po prawej - mieniące się w plątaninie świateł latarni i odbitych w wodzie iluminacji rzesze rozbawionych letników. Przy nabrzeżach cumowały statki wycieczkowe, oplecione girlandami światełek. Ostatnio w modzie jest, by były to jakieś pirackie albo w stylu łodzi Wikingów. To mi akurat nie przeszkadza, bo na pewno lepsze to od jakichś obdartych z farby i zeżartych przez rdzę pseudonowoczesnych balii. Uznałem, że widoczek zasługuje na przetworzenie go na kartę San Disk i przymierzyłem się do zrobienia zdjęcia. Nie wziąłem ze sobą statywu, dlatego postawiłem aparat na balustradzie mostu. To jednak zmusiło mnie do zrobienia kociego grzbietu, bo inaczej nie zajrzałbym do wizjera. Dobranie parametrów to rutyna... Czas, czułość, przesłona...; naciskam spust migawki. Nagle doznałem dziwnego uczucia. To rodzaj takiego, w którym wydaje nam się, że coś się dzieje, pomimo że nie widzimy tego albo na dodatek jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Wyraźnie poczułem na sobie czyjś wzrok. To też jest taki stan, że zdając sobie z niego sprawę, wahasz się jakiś czas, walcząc z przeczuciem. Wahałem się dokładnie 1/5 sekundy, bo tak miałem ustawiony czas migawki, a że z wrażenia nie zdjąłem palca z jej spustu, pstryknąłem poklatkowe i dopiero teraz się odwróciłem. Na moście nie było tłumów, zaledwie kilka osób, a przy przeciwległej barierce nie było nikogo. Rozejrzałem się dokładniej, ale nic nie wskazywało, by którykolwiek z przechodniów obserwował mnie na tyle intensywnie, bym mógł to aż poczuć. Mimo to miałem pewność, że ktoś wcześniej mi się przyglądał.
Ta okoliczność na nowo przywołała wspomnienie minionej nocy i moich bezskutecznych, jak dotąd, poszukiwań Nieznajomego. Powłóczyłem się jeszcze trochę po porcie; przysiadłem gdzieś, żeby uraczyć się lokalnym piwem. Ciągle myślałem o tym, co mi się przytrafiło.
Kiedy wróciłem do pensjonatu, zbliżała się północ. Włączyłem telewizor, żeby obejrzeć prognozę pogody w ostatnich lokalnych wiadomościach. Według niej, nazajutrz miało być pogodnie i nadal ciepło, ale kapitanat portu ostrzegał przed krótkotrwałym sztormem, jaki ma dotrzeć tu około drugiej w nocy. Do południa nie powinno już być po nim śladu. Nie jest najgorzej - stwierdziłem i położyłem się spać.
Noc była parna, duszna, a w pokoju odczucie to potęgowało się w dwójnasób; otwarte na oścież okno niczego nie zmieniało. Długo rzucałem się na tapczanie z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Dodatkowo ciągle rozpamiętywałem poprzednią noc i dzisiejszy wieczór. Było już dobrze po drugiej; od morza powiało mocniej; dało się wreszcie oddychać. I jest sztorm - pomyślałem. Wkrótce zasnąłem.
Z płytkiego snu wytrącił mnie odgłos karetki albo pędzącego na sygnale radiowozu. Zbliżała się czwarta nad ranem. Zaraz będzie świt, oceniłem na w pół przytomny. Wiedziałem, że już nie zasnę. Ubrałem się, zaparzyłem kawy, którą potem przelałem do termosu, i tak uzbrojony, z aparatem jeszcze, poszedłem nad morze.
Tym razem postanowiłem pójść na plażę po prawej stronie, na wschód od portu. Tu miałem znacznie bliżej. Po niecałym kwadransie byłem już na ścieżce prowadzącej do morza. Gdzieś u jej końca majaczyła jasna poświata. Przyśpieszyłem, bo bałem się spóźnić na cud wschodu słońca. Poświata zdała mi się dziwnie pulsować. Może gałęzie poruszane silnym wiatrem są przyczyną tego złudzenia? Poświata pulsowała nadal, a ja nabrałem podejrzeń, że to nie drzewa są tego przyczyną. Wyszedłem wreszcie na plażę - potwierdziło się. Około sto metrów w prawo, prawie przy samym dość wzburzonym jeszcze morzu, stały dwa samochody z włączonymi kogutami - to one tak migały. Rozpoznałem ambulans i radiowóz policyjny. Więc to wy, podsumowałem w myślach jednoczesną przyczynę wyrwania mnie ze snu i migoczącej poświaty.
Nie należę do ciekawskich, w znaczeniu wścibskich, ale tym razem coś popychało mnie ku tym autom i kręcącym się w ich pobliżu ludziom.
- Proszę stąd odejść - usłyszałem stanowczy głos należący najprawdopodobniej do policjanta.
Ale ja szedłem nadal, aż zatrzymałem się tuż obok. W światłach reflektorów i ciągle migoczących kogutów dostrzegłem leżącą na ziemi jakąś postać. Była przykryta kocem albo czymś takim. Spod niego wystawały jej tylko stopy. Jak błyskawica przeleciała mi przez głowę myśl: Tylko nie on!
- Proszę stąd odejść, nie słyszał pan?!
Ale ja stałem jak zamurowany. Czułem jak tętno przyspiesza, a serce wali coraz mocniej. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w gołe stopy, dla których koc był już za krótki. Męskie chyba, oceniłem. Gorączkowo zacząłem wertować pokłady świadomości, licząc przy tym na wydatną pomoc podświadomości, w poszukiwaniu jakichś oznak, po których mógłbym stwierdzić ponad wszelką wątpliwość: Tak, to nie on. Ale niczego takiego nie znalazłem. Gorzej, nie znalazłem też niczego, co by pozwoliło postawić odwrotny werdykt.
- Albo niech pan zaczeka - zmienił nagle zdanie policjant. - Czy to pan wzywał pogotowie?
- Nie... ono mnie - zaskoczony palnąłem z głupia frant.
- Słucham? - zapytał szczerze zdziwiony.
- Przepraszam. Tak mi się wyrwało. Zbudził mnie jej sygnał. Nie mogłem już zasnąć, dlatego postanowiłem pójść na plażę.
- W porządku, może pan odejść.
Ale ja ani drgnąłem. Nadal, a wydawało mi się, że cały czas bez mrugnięcia okiem, wpatrywałem się w nieosłonięte stopy. W duchu ciągle powtarzałem: Żeby nie on, tylko nie on... A inny mój duch podpowiadał jakieś irracjonalne rozwiązanie: Gdyby tak mieć moc sprawczą i jeśli to jest on, sprawić, żeby ostatecznie okazało się, że to ktoś inny... I znowu przebłysk rozumu: Chwila! Jeśli tak byłoby można, co to właściwie by znaczyło? Przecież to skończony egoizm. Jeśli wskrzesiłbym jego, uśmierciłbym w zamian jakiegoś innego biedaka. Nie płakano by po nim, ale po kimś innym. Rozmyślałem tak, gorączkowo, a serce mało nie wyskoczyło mi już z piersi; biło tak głośno, iż byłem przekonany, że jeśli nawet zapomnieli o mnie, że tu jeszcze jestem, jego dudnienie zdradzi mnie w każdej chwili.
- Albo nie, niech pan zaczeka. - Policjant po raz kolejny zmienił zdanie, co do mojej bytności w tym miejscu. - Nie znaleźliśmy przy nim żadnych dokumentów... - Zatem to na sto procent mężczyzna. - A może pan kogoś w nim rozpozna? Pokaż go panu - zwrócił się do jednego z ratowników medycznych. Ten kiwnął tylko głową i pochylił się nad zwłokami, żeby unieść koc.
Nie miałem dotąd pojęcia, ile myśli może przebiec człowiekowi przez głowę w trakcie jednego krótkiego zdania. A jednak. Nagle rozległa się jakaś infantylna melodyjka w telefonie i ratownik wyprostował się.
- Sorki, muszę odebrać. Co jest? - Usłyszałem, potem oddalił się, żeby porozmawiać. Ja i tak niczego bym pewnie nie słyszał, bo łomot serca, bo pędzące myśli, bo zaklinanie: Żeby nie on. Żeby nie on... - Dobra. Jestem. Możemy kontynuować. Widział pan już kiedyś trupa? - Z tym pytaniem niewątpliwie zwrócił się do mnie, przywołując mnie na nowo do rzeczywistości.
- Tak - odparłem zgodnie z prawdą, ale chyba mało przekonująco. Mężczyzna jednak uniósł koc.
Zacisnąłem powieki, chcąc jeszcze na chwilę oddalić tę ostateczną konfrontację.
To niesłychane, ile w tym czasie człowiek naszarpie się z przeciwstawnymi uczuciami: z jednej strony chciałoby się już mieć wszystko za sobą, ale z drugiej znowu - strach przed prawdą nakłania do przeciągania tej niepewności w nieskończoność, bo jednak w niej tli się jeszcze nadzieja. I znowu pojawia się irracjonalna myśl o mocy sprawczej.
Otworzyłem oczy. W pomieszanym świetle reflektorów, kogutów i dnienia ukazała mi się twarz martwego mężczyzny. W tej nienaturalnej aurze wydała się być jeszcze bardziej martwa. Oczy miał otwarte. Umierając, patrzymy na świat do końca, jakbyśmy chcieli zapamiętać na wieczność widok, jaki ukazał się nam w tym dramatycznym momencie - pomyślałem. A może wtedy, na granicy życia i śmierci, z intensywną ciekawością wypatrujemy już tego, co po drugiej stronie? Dla nas, którzy zostaliśmy tutaj, te oczy są pozbawione blasku, tej iskierki, jaką zapewne nadaje im życie. Teraz są jakby za delikatnym mglistym parawanem. Tak wygląda śmierć? Miałem wrażenie, że jego pusty wzrok skierowany jest prosto we mnie. Przez chwilę nie widziałem niczego więcej poza tymi oczami. Jak wcześniej stopy, tak teraz one hipnotyzowały mnie.
- I jak? - ponaglał mnie policjant.
Teraz dopiero przyjrzałem się całej twarzy z należytą uwagą. Metodycznie, centymetr po centymetrze. Skanowałem ją wręcz, używając przy tym całej swej woli, by nie poddać się sugestii zaklęcia: Tylko nie on... Porównywałem zapamiętany obraz Nieznajomego z tą twarzą niczym całkiem niezły program komputerowy używany przez policję do rozpoznawania osób.
- Nie, nie znam go.
Nagle dudnienie serca ucichło, tętno spadło o jakieś sto uderzeń na minutę i całe napięcie spłynęło, jak piorun do ziemi po piorunochronie.
- A może chociaż gdzieś go pan spotkał? - nalegał policjant.
- Nie, pamiętałbym.
- No dobrze. Muszę jeszcze poprosić pana dane, dowód... - Policjant wyjął jakiś postrzępiony notesik i wyciągnął rękę po dowód. - Pan chyba nietutejszy. Długo jeszcze pan tu zostanie?
- Kilka dni. Zależy od pogody.
- Ma pan jakiś telefon?
Raczej głupie pytanie jak na dzisiejsze czasy, pomyślałem. Dzieciaki w pierwszej klasie podstawówki już mają... Chyba że wyglądam już na takiego zgreda, co to nie powinienem umieć posługiwać się komórką. Podałem numer.
- OK., zadzwonię do pana później. Będziemy musieli jeszcze spisać protokół z oględzin. Parszywa sprawa - dodał, odwrócony już plecami do mnie.