Prolog
Cameron Quinn nie był kompletnie pijany. Gdyby tylko chciał, mógłby iść
na całość, ale w tej chwili zdecydowanie wolał przyjemny stan
balansowania na granicy trzeźwości. Lubił myśleć, że swój fart
zawdzięcza przede wszystkim umiejętności zatrzymania się o krok od
krawędzi.
Bezgranicznie wierzył w przypływy i odpływy szczęścia, a teraz znajdował
się na fali. Zaledwie dzień wcześniej zwyciężył na swoim ślizgaczu w mistrzostwach świata. Wygrał o czubek dziobu, pobijając dotychczasowy
rekord czasu i prędkości.
Miał sławę i wypchany portfel - jedno i drugie zabrał do Monte Carlo,
żeby sprawdzić, jak się spiszą.
Poradziły sobie doskonale.
Wystarczyło kilka partyjek bakarata, parę rzutów kośćmi, postawienie na
właściwą kartę, a portfel stał się znacznie cięższy. Tu zaczepił go
paparazzi, tam dziennikarz "Sports Illustrated" - wyglądało na to, że i jego sława ma się całkiem dobrze.
Szczęście nadal się do niego uśmiechało - ba, śmiało się całą gębą - gdy
skierował kroki nad morze akurat w momencie, w którym pewne popularne
czasopismo kończyło sesję zdjęciową modelek w strojach kąpielowych.
Najbardziej długonoga ze wszystkich tych boskich istot obrzuciła go
spojrzeniem lazurowych oczu, a kąciki jej pełnych, zalotnych ust uniosły
się w zachęcającym uśmiechu, który nawet ślepy by zauważył. Już po
chwili rozmowy zaoferowała się zostać kilka dni dłużej.
Wyraźnie dając mu do zrozumienia, że przy odrobinie wysiłku może mu się
jeszcze bardziej poszczęścić.
Szampan, szczodre kasyna, beztroski seks bez zobowiązań. No, no,
pomyślał sobie Cameron, szczęście faktycznie mi sprzyja.
Kiedy wyszli z kasyna w spokojną marcową noc, nagle wyskoczył skądś
jeden z wszechobecnych paparazzich i zaczął gorączkowo pstrykać zdjęcia.
Dziewczyna się nadąsała - w końcu taka mina stanowiła jej znak firmowy -
ale jednocześnie zgrabnie odrzuciła blond grzywę nieskończenie długich,
prostych włosów i z wprawą zaprezentowała swoje zabójcze ciało. Czerwona
jak grzech sukienka, odrobinę grubsza od warstwy farby, kończyła się tuż
przed Bramami Raju.
Cameron tylko się uśmiechnął.
- Istna plaga - powiedziała dziewczyna, lekko sepleniąc. A może był to
francuski akcent, nigdy nie potrafił odróżnić jednego od drugiego.
Westchnęła, testując przy tym wytrzymałość cienkiego jedwabiu, i pozwoliła się poprowadzić skąpaną w świetle księżyca ulicą. - Gdzie nie
spojrzysz, aparat. Mam już dość tego, że wszyscy traktują mnie tylko jak
obiekt pożądania mężczyzn.
Akurat, pomyślał. A ponieważ uznał, że oboje są równie płytcy, zaśmiał
się i chwycił ją w ramiona.
- Chodź, skarbie, podamy mu na tacy coś, co będzie mógł wrzucić na
pierwszą stronę - powiedział i pochylił się nad dziewczyną. Smak jej ust
poruszył jego hormony i pobudził wyobraźnię. Jak to dobrze, że hotel
znajdował się zaledwie dwie ulice dalej...
Dziewczyna zanurzyła palce w jego włosach. Lubiła mężczyzn z bujną
fryzurą, a ten miał gęstą czuprynę, ciemną jak noc, która ich otaczała.
Ciało, prężne i smukłe, składało się z mięśni i wyrzeźbionych linii.
Była wybredna, jeśli chodzi o wygląd potencjalnego kochanka, a Cameron z nawiązką spełniał jej wymagania. Tylko dłonie miał nieco za szorstkie
jak na jej gust. I nie chodziło wcale o dotyk i pieszczoty - bo te
uważała za cudowne - lecz o samą skórę. To były ręce człowieka, który
nie boi się ciężkiej pracy. Gotowa była przymknąć na to oko, bowiem
zręczność palców wynagradzała sowicie ten brak klasy.
Mężczyzna miał interesującą twarz. Nie był ładny, ale ona nigdy się nie
zadawała - a już absolutnie nie fotografowała - z żadnym facetem, który
górowałby nad nią urodą. W jego rysach było coś twardego; coś, co
wykraczało poza opaloną jędrną skórę. To oczy, pomyślała, po czym
zaśmiała się lekko i wyswobodziła z uścisku. Były szare, raczej w kolorze kamienia niż dymu, i pełne tajemnic.
Lubiła tajemniczych facetów, zwłaszcza że ich sekrety długo nie mogły
się przed nią uchować.
- Niegrzeczny z ciebie chłopiec, Cameron - powiedziała, akcentując
ostatnią sylabę, i położyła palec na jego wargach, twardych i jędrnych.
- Zawsze mi to powtarzano... - Miał jej imię na końcu języka, musiał się
tylko zastanowić przez chwilę - ... Martine.
- Może pozwolę ci dzisiaj na odrobinę niegrzeczności.
- Na to właśnie liczę, kotku - odparł. Skręcił w stronę hotelu i zerknął
na nią z ukosa. Była wysoka, prawie dorównywała mu wzrostem. - U mnie
czy u ciebie?
- U ciebie - wymruczała. - A jeśli zamówisz jeszcze jedną butelkę
szampana, może nawet pozwolę ci się uwieść.
Uniósł brew i podszedł do recepcji po klucz.
- Chciałem zamówić butelkę crystala, dwa kieliszki i jedną czerwoną różę
- powiedział, nie spuszczając wzroku z dziewczyny. - Na już.
- Oczywiście, monsieur Quinn. Zajmę się tym niezwłocznie.
- Róża... - Martine zatrzepotała rzęsami w drodze do windy. - Jakie to
romantyczne.
- O, czyżbyś też chciała różę? - Zaskoczony uśmiech ostrzegł go, że
poczucie humoru nie jest jej mocną stroną. Uznał więc, że zapomną o wygłupach i rozmowach. Od razu przejdą do rzeczy.
W chwili, w której zamknęły się za nimi drzwi windy, przyciągnął ją do
siebie i zachłannie przywarł ustami do jej nadąsanych warg. Dotąd był
zbyt zajęty, zbyt skupiony na swojej łodzi, zbyt pochłonięty zawodami,
żeby myśleć o rozrywkach. Teraz pragnął miękkiej i pachnącej skóry,
cudownych krągłości. Pragnął kobiety - jakiejkolwiek, byle była chętna,
doświadczona i znała pewne granice.
Martine zapowiadała się na idealną kandydatkę.
Jęknęła w podnieceniu, nie do końca udawanym, a potem wygięła szyję tak,
by mógł jej sięgnąć zębami.
- Szybki jesteś.
Przesunął dłonią w dół jedwabnej sukienki, a potem znów w górę.
- Z tego właśnie żyję. Z szybkości. Zawsze i wszędzie.
Nie wypuszczając jej z objęć, wytoczył się z windy i ruszył korytarzem
do swojego apartamentu. Serce dziewczyny uderzało w jego klatkę
piersiową, ciężko dyszała, a jej dłonie... co tu dużo mówić, wiedziała, co
należy robić.
To tyle w kwestii uwodzenia.
Przekręcił klucz w zamku, popchnął drzwi i zamknął je, przyciskając do
nich modelkę. Zsunął jej z ramion cieniutkie paseczki ramiączek i patrząc prosto w oczy, ujął w dłonie jej wspaniałe piersi. Musiał
przyznać, że chirurg plastyczny zasłużył na medal.
- Chcesz powoli?
Owszem, miał szorstkie ręce, ale na Boga, jakże ekscytujące. Uniosła
długą do nieba nogę i owinęła wokół jego talii.
Za zmysł równowagi należy jej się co najmniej piątka, pomyślał.
- Chcę teraz.
- To dobrze, bo ja też. - Cameron wsunął rękę pod parodię sukienki i gwałtownym ruchem zdarł znajdującą się pod spodem skąpą koronkę.
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, a jej oddech zgęstniał.
- Zwierzę. Brutal - powiedziała i zatopiła zęby w jego szyi.
Sięgała mu właśnie do rozporka, kiedy tuż za jej głową rozległo się
dyskretne pukanie do drzwi. Cała krew z mózgu Camerona zdążyła odpłynąć
poniżej pasa.
- Matko święta, jaką tu macie szybką obsługę. Proszę zostawić wszystko
na korytarzu - polecił. Był już gotowy, by wziąć cudowną Martine na
drzwiach.
- Monsieur Quinn, bardzo przepraszam, ale właśnie przyszedł faks do
pana. Oznaczony jako pilny.
- Powiedz, żeby sobie poszedł. - Martine objęła go ramieniem jak klamrą.
- Niech idzie w diabły, a ty mnie pieprz.
- Moment. To znaczy... - Odtrącił jej dłoń, unikając jej spojrzenia. -
Zaczekaj chwilę. - Przesunął ją za drzwi, upewnił się, że ma zapięty
rozporek, i chwycił za klamkę.
- Bardzo przepraszam, że przeszkadzam...
- Nie ma sprawy. Dzięki. - Cameron sięgnął do kieszeni po banknot, nawet
nie zadając sobie trudu, by sprawdzić nominał, po czym wymienił go na
kopertę. Zanim recepcjonista zdołał wybełkotać choć słowo na temat
wysokości napiwku, zatrzasnął mu drzwi przed nosem.
Martine wykonała swoje słynne potrząśnięcie głową.
- Bardziej interesuje cię głupi faks niż ja. Niż to - dodała, wprawnym
ruchem zsuwając z siebie sukienkę, wyślizgując się z niej jak wąż
zrzucający skórę.
Cameron uznał, że bez względu na to, ile zapłaciła za takie ciało, jest
warte każdego centa.
- Wierz mi, że nie, kotku. Absolutnie nie. To tylko chwilka. - Rozdarł
kopertę, szybko, zanim nie podda się pragnieniu, by zwinąć papier w kulkę, rzucić za siebie i zanurkować w jej cudowną kobiecość.
Przeczytał wiadomość i cały świat stanął w miejscu, a z nim jego życie i serce.
- O Jezu. O matko. - Wino, które tak radośnie konsumował przez cały
wieczór, zaczęło mu teraz tańczyć w głowie, kotłować się w żołądku i zmieniać kolana w watę. Musiał oprzeć się o drzwi, żeby się nie
przewrócić. Jeszcze raz przeczytał tekst.
Cam, do cholery, dlaczego nie oddzwaniasz? Dobijamy się do ciebie od
kilku godzin. Tata wylądował w szpitalu. Jest źle, gorzej być nie może.
Nie mam czasu pisać więcej, ale on gaśnie w oczach. Pospiesz się.
Philip.
Cameron uniósł rękę - tę samą, która trzymała ster wielu łodzi,
samolotów, kierownicę tylu samochodów wyścigowych, tę samą, która
pozwalała kobietom znaleźć się na chwilę w niebie. Teraz trzęsła się,
gdy przeczesywał nią włosy.
- Muszę jechać do domu.
- Jesteś w domu. - Martine postanowiła dać mu drugą szansę. Podeszła
bliżej i zaczęła się o niego ocierać.
- Do Stanów. - Odsunął ją na bok i ruszył w stronę telefonu. -
Przepraszam cię, ale muszę zadzwonić w kilka miejsc.
- Uważasz, że możesz ot tak kazać mi wyjść?
- Przełóżmy to na inny termin. - Myślami był już daleko stąd. Z roztargnieniem wyjął z kieszeni plik banknotów, drugą ręką chwycił
słuchawkę. - Masz, na taksówkę - powiedział, zapominając, że Martine
mieszka w tym samym hotelu.
- Ty świnio! - Rzuciła się na niego naga i rozwścieczona, zamachnęła się
szybko i uderzyła go w twarz. W normalnych warunkach zdążyłby zrobić
unik, ale sytuacja nie była normalna. Zadzwoniło mu w uszach, policzek
zapłonął, a cierpliwość zupełnie się wyczerpała.
Objął ją, wzdrygając się, gdy wzięła to za grę wstępną, i zaciągnął do
drzwi. Pofatygował się nawet, żeby podnieść jej sukienkę, a potem
wyrzucił obie na korytarz - dziewczynę i jedwabną szmatkę.
Gdy zamykał drzwi, wrzasnęła tak, że aż go zęby rozbolały:
- Zabiję cię, ty świnio! Ty sukinsynu! Zabiję cię za to! Za kogo ty się
uważasz! Jesteś nikim, słyszysz? Nikim!
Zostawił ją wyjącą i walącą w drzwi, a sam poszedł do sypialni, żeby
spakować najpotrzebniejsze rzeczy.
Wyglądało na to, że szczęście właśnie się od niego odwróciło.
Rozdział 1
Cam obdzwonił rozmaite kontakty, uruchomił znajomości, błagał i sypał
groszem. Załatwienie środka transportu z Monako na wschodnie wybrzeże
Marylandu o pierwszej w nocy nie było łatwe.
Dotarł do Nicei, pędząc wijącą się wzdłuż brzegu autostradą, i podjechał
na niewielkie lotnisko, skąd znajomy obiecał zawieźć go do Paryża za
symboliczną kwotę tysiąca dolarów amerykańskich. W Paryżu wyczarterował
kolejny samolot, znów za połowę ceny, i następne godziny spędził nad
Atlantykiem, otępiały ze zmęczenia i paraliżującego strachu.
Tuż po szóstej rano wylądował na lotnisku Waszyngton-Dulles w Wirginii,
gdzie już czekał na niego wynajęty samochód. W chłodnej ciemności
poprzedzającej świt ruszył w drogę ku Chesapeake.
Kiedy wjechał na most przerzucony przez zatokę, słońce świeciło już
wysoko, odbijając się od tafli wody, rozświetlając łodzie, które zdążyły
wyruszyć na codzienny połów. Cam spędził znaczną część życia, pływając
po zatoce, jej odnogach i okolicznych rzekach. Ale człowiek, do którego
teraz tak gnał, nauczył go nie tylko żeglarstwa. Wszystko, co Cameron
posiadał, wszystko, co osiągnął i czym się szczycił, zawdzięczał
Raymondowi Quinnowi.
Miał trzynaście lat i pędził równią pochyłą w stronę piekła, kiedy Ray i Stella Quinn wyrwali go z tamtego świata. Młodzieńcza kartoteka chłopaka
już wtedy mogła stanowić podręcznik podstaw kryminalnej kariery.
Kradzieże, włamania, pijaństwo, wagary, napady, wandalizm i złośliwie
czynione szkody. Robił, co mu się żywnie podobało. Czasem nawet
dopisywało mu szczęście i nie dawał się złapać. Ale najszczęśliwszą
chwilą w jego życiu okazała się ta, kiedy w końcu został złapany.
Był wtedy chudy jak patyk, posiniaczony po ostatnim mancie, które
spuścił mu ojciec. Skończyło się piwo, nic dziwnego, że stary się
wściekł.
Tamtego upalnego letniego wieczoru, zanim jeszcze krew zastygła mu na
twarzy, obiecał sobie, że już nigdy nie wróci do zdezelowanej przyczepy,
do życia i człowieka, do którego system społeczny uporczywie go odsyłał.
Ruszył przed siebie, byle gdzie, bez celu. Może do Kalifornii albo do
Meksyku.
Marzeniami wybiegał daleko, czego nie można było powiedzieć o wzroku,
zamglonym w podbitym oku. Miał przy sobie pięćdziesiąt sześć dolców,
trochę drobniaków, ubranie na grzbiecie i żal do całego świata. Jedyne,
czego potrzebował, to środek transportu.
W Baltimore wskoczył do pociągu towarowego. Nie miał pojęcia, dokąd
zmierza, i mało go to obchodziło. Byle dalej od ojca. Skulony w ciemnym
wagonie, jęcząc z bólu przy każdym podskoku pociągu, obiecał sobie, że
prędzej zabije kogoś albo zginie, aniżeli wróci do domu.
Gdy w końcu wysiadł, okolica pachniała wodą i rybami. Poczuł złość, że
wcześniej nie pomyślał o skombinowaniu jakiegoś jedzenia. W żołądku mu
burczało z głodu. Zdezorientowany i otumaniony ruszył przed siebie.
W miasteczku nie było co oglądać. Ot, mała, przeciętna mieścina, która
zwija ulice na noc. Fale poruszały łodziami przycumowanymi do
zapadających się pomostów. Gdyby odzyskał jasność umysłu, być może
rozważyłby włamanie do któregoś ze sklepów stojących przy nadmorskim
bulwarze, ale wpadło mu to do głowy dopiero wtedy, gdy był już za
miastem i okrążał bagna.
Dziwne cienie i dźwięki dochodzące z mokradeł przyprawiały go o ciarki.
Słońce przebijało się już przez mgłę na wschodzie, rzucając złotą
poświatę na płaskie bajora i wysokie, mokre trawy. Z ziemi poderwał się
wielki, biały ptak. Serce mu zamarło. Nigdy wcześniej nie widział
czapli. Pomyślał, że wygląda jak książkowy stwór, nierealny, baśniowy.
Zatrzepotały skrzydła, ptak poszybował do góry. Z zupełnie
niezrozumiałych powodów chłopak szedł za nim wzdłuż krawędzi bagien, aż
zniknął w gęstwinie drzew.
Stracił zupełnie orientację, nie wiedział, ile już przeszedł i w jakim
kierunku zmierza, jednakże instynkt kazał mu trzymać się wąskiej polnej
drogi, gdzie z łatwością mógłby ukryć się za drzewem czy kucnąć w wysokich trawach, gdyby napatoczył się wóz policyjny.
Marzył o jakimś schronieniu, o miejscu, w którym mógłby zwinąć się w kłębek i spać, przeczekując ataki głodu oraz paskudne mdłości. Słońce
wschodziło coraz wyżej i powietrze gęstniało od upału. Koszulka
przylgnęła mu do pleców, stopy miał już zakrwawione od marszu.
Najpierw zobaczył samochód, błyszczącą białą corvettę, sam wdzięk i moc.
W mglistym świetle budzącego się dnia połyskiwała niczym puchar
zwycięzcy. Obok stał pick-up, zardzewiały, toporny, niedorzecznie
wiejski w porównaniu z arogancką finezją sportowego wozu.
Kucnął za obficie kwitnącą hortensją i zaczął się uważnie przyglądać
corvetcie. Ach, jak jej pożądał! Ta bestia zawiozłaby go bez problemu do
Meksyku albo gdziekolwiek indziej, dokąd chciałby jechać. Cholera, przy
prędkości, jaką rozwijała, byłby już w połowie drogi, zanim ktokolwiek
by się pokapował, że samochód zniknął.
Poruszył się i zamrugał mocno, żeby odzyskać przejrzystość widzenia.
Spojrzał na budynek. Zawsze zadziwiało go, że ludzie żyją tak schludnie.
W czystych domach, z pomalowanymi okiennicami, kwiatami i przyciętymi
krzewami w ogrodzie. Fotele bujane na tarasie, siatki w oknach. Dom
wydał mu się olbrzymi - współczesny biały pałac z błękitnymi
wykończeniami.
Muszą być bogaci, uznał. W brzuchu zaburczało mu nie tylko z głodu, ale
i z rozżalenia. Stać ich było na super domy, super samochody i super
życie. Jakaś jego cząstka - ta, którą wyszkolił mężczyzna żywiący się
wyłącznie nienawiścią i budweiserem, pragnęła zniszczyć to wszystko,
skopać krzaki, wybić błyszczące szyby i rozłupać na drobne kawałki
ślicznie pomalowane drewno.
Chciał ich skrzywdzić za to, że mają wszystko, a on nic. Kiedy jednak
wstał, gorzka furia przerodziła się w mdłości i zawroty głowy. Próbował
się ich pozbyć, zacisnął zęby i czekał tak długo, aż i one zaczęły go
boleć, ale w końcu rozjaśniło mu się w głowie.
A niech sobie śpią, bogate sukinsyny, pomyślał. Zabierze im tylko ten
boski wóz. Zauważył, że nawet go nie zamknęli, i otworzył drzwi,
wyśmiewając ich głupotę. Jedną z cenniejszych umiejętności, jakie
przekazał mu ojciec, było ciche i sprawne odpalanie auta na styk. Bardzo
przydatna sztuczka, kiedy facet zarabia na życie, sprzedając kradzione
samochody na części.
Wsunął się na siedzenie, usiadł za kierownicą i zabrał się do roboty.
- Trzeba mieć niezły tupet, żeby próbować zwinąć komuś samochód spod
domu - odezwał się czyjś głos.
Zanim zdołał zareagować lub choćby zakląć, czyjaś ręka chwyciła go za
tył spodni i wyciągnęła z auta. Zamachnął się, ale miał wrażenie, że
zwinięta w pięść dłoń odbija się od skały. Wtedy po raz pierwszy
zobaczył Raya Quinna. Mężczyzna był potężny, miał co najmniej metr
dziewięćdziesiąt pięć i sylwetkę napastnika drużyny Baltimore Colts.
Szeroką, ogorzałą twarz otaczały gęste, jasne włosy z połyskującą tu i ówdzie srebrną siwizną. Przeszywająco niebieskie oczy wpatrywały się w niego z wściekłością.
Po czym nagle się zwęziły.
Nie trzeba było wiele siły, żeby przytrzymać chłopaka. Pewnie nie waży
więcej niż pięćdziesiąt kilo, pomyślał Quinn. Miał potwornie brudną i paskudnie obitą twarz. Jedno oko praktycznie się nie otwierało, tak było
opuchnięte, a w drugim, zmrużonym w ciemnoszarą szparkę, kryła się
gorycz, jakiej żadne dziecko nie powinno odczuwać. Zaschnięta krew
widniała na wargach, które mimo to ułożyły się w pogardliwy uśmieszek.
Mężczyzna poczuł litość i gniew, lecz nie poluzował uchwytu. Dobrze
wiedział, że ten zając od razu by mu uciekł.
- Wygląda na to, chłopcze, że z tego starcia nie wyszedłeś obronną ręką.
- Zabieraj ode mnie te pieprzone łapy. Nic złego nie zrobiłem.
Ray uniósł nieznacznie jedną brew.
- Siedziałeś w sobotę tuż po siódmej rano w nowym samochodzie mojej
żony.
- Szukałem drobniaków. To chyba nie jest jakieś pieprzone groźne
przestępstwo?
- Lepiej nie nadużywaj słowa "pieprzenie" w znaczeniu przymiotnikowym.
Przejdzie ci koło nosa cała gama jego innych znaczeń.
Lekko moralizatorski ton głosu mężczyzny przelał czarę goryczy.
- Słuchaj, Jack - odezwał się Cameron. - Ja tylko chciałem znaleźć parę
dolców w drobniakach. Nawet byście nie zauważyli ich braku.
- Nie, ale za to Stella z pewnością zauważyłaby brak swojego ukochanego
auta, gdybyś skończył odpalanie na styk. Poza tym nie mam na imię Jack,
tylko Ray. No dobra, chłopcze. Ja to widzę tak: masz kilka opcji do
wyboru. Pozwól, że opiszę ci pierwszą. Zaciągam twoje żałosne dupsko do
domu i dzwonię po gliny. Co byś powiedział na spędzenie kilku
najbliższych lat w poprawczaku dla takich samych bandziorów jak ty?
Jeżeli jakikolwiek kolor utrzymywał się do tej pory na twarzy chłopaka,
to teraz całkowicie zniknął. Cam poczuł, jak pusty żołądek podchodzi mu
do gardła, a dłonie pokrywają się potem. Nie zniósłby niewoli. Był
pewien, że umarłby zamknięty w klatce.
- Przecież mówiłem, że nie kradłem tego cholernego auta. Jasna dupa, to
czterobiegowy wóz. Jak do cholery miałbym go poprowadzić?
- No cóż, mam wrażenie, że poradziłbyś sobie doskonale. - Ray wciągnął
powietrze w policzki, zastanowił się nad czymś przez chwilę, po czym je
wypuścił. - Opcja numer dwa...
- Ray! Co ty tam robisz z tym chłopcem?
Ray odwrócił się w stronę tarasu, na którym z rękami wspartymi na
biodrach stała kobieta o burzy rudych włosów, ubrana w starą,
zniszczoną, niebieską suknię.
- Omawiam z nim pewne życiowe wybory. Kradł twój samochód.
- Na litość boską!
- Ktoś stłukł go na kwaśne jabłko. I to, zdaje się, całkiem niedawno.
- No dobrze. - Westchnienie Stelli Quinn poniosło się przez pokryty rosą
zielony trawnik. - Przyprowadź go do domu, zaraz go obejrzę. Co za
beznadziejny początek dnia. Beznadziejny. Nie, ty, głupi psie, wracasz
do środka. Super z ciebie obrońca, nawet nie zaszczekałeś, kiedy kradli
mi auto!
- To moja żona, Stella. - Uśmiech Raya rozciągnął się od ucha do ucha i rozjaśnił mu twarz. - Właśnie zaprezentowała ci opcję numer dwa. Jesteś
głodny?
Głos wibrował w głowie chłopaka. Jakiś pies ujadał w oddali, wydając z siebie piskliwe, radosne dźwięki. Ptaki śpiewały przenikliwie, zbyt
blisko, zdecydowanie za blisko. Nagle poczuł, jak oblewa go brutalnie
fala gorąca, a potem zimna. Pociemniało mu w oczach.
- Spokojnie, dzieciaku. Zaraz cię zaniosę do domu.
Zapadł się w smolistą czerń i nie usłyszał już cichego, siarczystego
przekleństwa.
Kiedy się obudził, leżał na twardym materacu w pomieszczeniu, w którym
delikatny wiaterek poruszał przewiewnymi firankami, niosąc zapach
kwiatów i wody. Ogarnęła go panika i uczucie poniżenia, ale gdy próbował
się podnieść, powstrzymały go czyjeś ręce.
- Leż spokojnie przez chwilę.
Ujrzał nad sobą szczupłą, podłużną twarz kobiety, która właśnie się nad
nim pochylała, dźgając go i kłując. Miała tysiące złotych piegów i nie
wiedzieć czemu, bardzo go to zafascynowało. Jej zielone oczy mrużyły się
z namysłu, a usta układały w wąską, poważną linię. Związała włosy z tyłu
i pachniała delikatnie talkiem.
Nagle zdał sobie sprawę, że został rozebrany do zniszczonych gatek. Lęk
i upokorzenie wybuchły w nim ze zdwojoną siłą.
- Odpieprz się ode mnie. - Głos, który wydostał mu się z gardła, brzmiał
jak przerażony skrzek, co go tylko rozeźliło.
- Spokojnie. Spokojnie. Jestem lekarką. Popatrz na mnie. - Stella
przysunęła twarz. - Spójrz na mnie i powiedz, jak masz na imię.
Serce załomotało mu w piersi.
- John.
- Zapewne Smith - powiedziała sucho. - No cóż, skoro masz na tyle
przejrzysty umysł, żeby kłamać, nie jest z tobą aż tak źle. - Poświeciła
mu latarką w oczy i coś mruknęła pod nosem. - Powiedziałabym, że to
tylko lekki wstrząs mózgu. Ile razy zemdlałeś od czasu pobicia?
- To był pierwszy raz. - Chłopak poczuł, że rumieni się pod jej
natarczywym spojrzeniem, i ledwo pohamował chęć ucieczki. - Chyba. Nie
jestem pewien. Muszę już iść.
- Oczywiście. Do szpitala.
- Nie! - Przerażenie dodało mu sił i chwycił ją za rękę, zanim zdążyła
wstać. Jeśli znajdzie się w szpitalu, pojawią się pytania. A z pytaniami
gliny. A potem przyjdzie opieka społeczna i nim się obejrzy, znów trafi
do śmierdzącej starym piwem i szczynami przyczepy, do faceta, który
wyżywa się na o połowę mniejszym od siebie synu. - Nie idę do żadnego
szpitala. Absolutnie nie. Proszę oddać mi moje ubranie. Mam forsę,
zapłacę za fatygę. Ale muszę już iść.
Kobieta znów westchnęła.
- Powiedz mi, jak masz naprawdę na imię.
- Cam. Cameron.
- Cam, kto ci to zrobił?
- Ja nie...
- Nie kłam - warknęła.
Jak się okazało, nie był w stanie. Paraliżował go zbyt wielki strach, a w głowie pulsował mu tak potężny ból, że musiał powstrzymywać się od
jęku.
- Mój stary.
- Dlaczego?
- Bo lubi.
Stella przycisnęła palce do oczu, a potem opuściła ręce i wyjrzała przez
okno. Widziała wodę, błękitną jak całe lato, drzewa pokryte grubą koroną
liści oraz niebo, bezchmurne i cudowne. I w tak pięknym świecie istnieją
rodzice, którzy tłuką swoje dzieci tylko dlatego, że lubią to robić,
pomyślała. Tylko dlatego, że mogą. Że mają je pod ręką.
- No dobrze, to może po kolei. Miałeś zawroty głowy i trudności z widzeniem.
- Może trochę - potwierdził ostrożnie Cam. - Ale dawno nie jadłem.
- Ray już się o to zatroszczył. Jest lepszy w gotowaniu ode mnie. Masz
poobijane żebra, jednak nie widzę złamań. Najgorsze jest oko - mruknęła,
przesuwając delikatnie palcem po opuchliźnie. - Możemy tutaj się tobą
zająć. Opatrzymy cię, podleczymy i zobaczymy, co z tego będzie. Jestem
lekarką - powtórzyła i uśmiechnęła się, a jej dłoń, tak błogo chłodna,
odsunęła mu włosy z twarzy. - Pediatrą.
- To lekarz dziecięcy.
- Nadal się kwalifikujesz, twardzielu. A jeśli coś mi się nie spodoba,
trzeba będzie jechać na prześwietlenie - oznajmiła i sięgnęła do torby
po środek odkażający. - Może trochę szczypać - ostrzegła.
Skrzywił się i wciągnął powietrze z sykiem, gdy zaczęła przemywać mu
twarz.
- Dlaczego pani to robi?
Nie była w stanie się powstrzymać. Wolną ręką odgarnęła do tyłu szopę
jego ciemnych włosów.
- Bo lubię.
*
Zatrzymali go u siebie. Ot tak, po prostu. A przynajmniej wtedy wydawało
mu się to proste. Musiało upłynąć wiele lat, zanim zrozumiał, ile pracy,
wysiłku i pieniędzy włożyli najpierw w stworzenie rodziny zastępczej, a potem w adopcję. Dali mu dom, nazwisko i wszystko to, co było cokolwiek
warte w jego życiu.
Niecałe osiem lat temu Stellę pokonał nowotwór, który wkradł się do
organizmu i powoli ją wykończył. Tamtego dnia sporo radości zniknęło z domu na przedmieściach nadmorskiego miasteczka St. Christopher, zgasł
blask w oczach Raya, Cama i dwóch innych zagubionych chłopców, których
przygarnęli Quinnowie.
Cam zaczął się ścigać - pędził na wszystkim, na czym się dało i gdzie
się dało. Teraz gnał do domu, do człowieka, którego uważał za swojego
jedynego ojca.
W szpitalu bywał niezliczone razy, kiedy mama miała dyżur. Także potem,
gdy leżała, zjadana przez śmiertelną chorobę. Wszedł teraz do środka,
zmęczony i przerażony. W recepcji zapytał o Raymonda Quinna.
- Leży na intensywnej terapii. Tylko rodzina ma wstęp.
- Jestem jego synem - odparł, po czym odwrócił się i skierował ku
windzie. Nie musiał pytać o piętro. Dobrze je znał.
Philipa zobaczył w tej samej chwili, w której drzwi windy otworzyły się
na oddział intensywnej terapii.
- Jak bardzo źle? - zapytał.
Philip podał mu jeden z dwóch trzymanych w ręku kubków kawy. Był blady
ze zmęczenia, co chwilę targał ręką zwykle zadbane włosy. Na podłużnej,
nieco anielskiej twarzy pojawiła się męska szczecina, a w złocistobrązowych oczach krył się cień wyczerpania.
- Bałem się, że nie zdążysz, Cam. Jest naprawdę źle. Jezu, muszę usiąść
na chwilę.
To powiedziawszy, wszedł do niewielkiej poczekalni i osunął się na
krzesło. Zachlupała cola w puszce, którą miał w kieszeni szytego na
miarę garnituru. Przez moment wpatrywał się w poranny program
wyświetlany na ekranie telewizora.
- Co się stało? - zapytał Cam. - Gdzie on jest? Co mówią lekarze?
- Wracał do domu z Baltimore. To znaczy, Ethan sądzi, że pojechał do
Baltimore. Po coś. Uderzył w słup telefoniczny. Czołowo. - Philip
przycisnął nasadę dłoni do serca, bo za każdym razem, gdy opisywał
wypadek, czuł ból w klatce piersiowej. - Twierdzą, że być może miał
zawał albo udar i stracił panowanie nad kierownicą, ale na razie to nic
pewnego. W każdym razie jechał szybko. O wiele za szybko.
Musiał zamknąć oczy, bo żołądek próbował wskoczyć mu do gardła.
- Za szybko - powtórzył. - Prawie godzinę wyciągali go z wraku. Prawie
godzinę. Lekarze z pogotowia powiedzieli, że co chwilę tracił i odzyskiwał przytomność. To wszystko zdarzyło się parę kilometrów stąd.
Przypomniał sobie o coli w kieszeni, otworzył puszkę, napił się.
Próbował zablokować tamten obraz, skupić się na tym, co teraz i co
potem.
- Udało mi się szybko skontaktować z Ethanem - ciągnął. - Kiedy tu
dotarł, tata leżał na stole operacyjnym. Teraz jest w śpiączce -
powiedział i podniósł wzrok, żeby spojrzeć bratu w oczy. - Uważają, że z niej nie wyjdzie.
- Bzdura. Jest silny jak byk.
- Powiedzieli... - Philip znów zamknął oczy. W głowie czuł pustkę, musiał
odszukiwać każdą myśl. - Rozległe obrażenia. Uszkodzenie mózgu.
Obrażenia wewnętrzne. Sztucznie podtrzymują jego życie. Chirurg... On...
tata zarejestrował się jako dawca organów.
- Chyba cię pogięło - powiedział Cam z wściekłością.
- Myślisz, że mam ochotę w ogóle brać to pod uwagę? - Philip wstał z miejsca, wysoki, smukły mężczyzna w pogniecionym garniturze za tysiąc
dolców. - Twierdzą, że to najwyżej kwestia kilku godzin. Oddycha dzięki
aparatowi. Cam, do cholery, przecież wiesz, że rodzice o tym
dyskutowali, kiedy mama zachorowała. Żadnego sztucznego utrzymywania
przy życiu. Podpisali stosowne oświadczenia, a my nie chcemy ich
realizować, bo... nie mieści nam się w głowie, że moglibyśmy to zrobić.
- A więc chcesz go odłączyć? - Cam chwycił brata za klapy marynarki. -
Ty gnoju, chcesz go odłączyć?
Philip pokręcił głową, czując tylko znużenie i rozpacz.
- Wolałbym odciąć sobie rękę. Ja też, tak jak ty, nie chcę go stracić.
Lepiej sam zobacz. - Odwrócił się i poprowadził brata korytarzem do
części, w której unosił się zapach beznadziei, nie do końca zamaskowanej
środkami odkażającymi. Przeszli przez podwójne drzwi, minęli stanowisko
pielęgniarek i niewielkie sale z przeszklonym frontem, w których pikały
urządzenia i uparcie tkwiła wiara w cud.
Kiedy weszli, Ethan siedział na krześle przy łóżku. Wielką, pokrytą
odciskami rękę wsunął przez barierkę i położył na dłoni Raya. Pochylał
wysokie, żylaste ciało nad łóżkiem, jakby rozmawiał z nieprzytomnym
mężczyzną. Podniósł się powoli z miejsca i popatrzył uważnie na Cama
oczami podpuchniętymi z niewyspania.
- A więc jednak postanowiłeś ruszyć tyłek i zaszczycić nas wizytą?
- Przyjechałem najszybciej jak się dało.
Cameron nie chciał przyznać, nie chciał wierzyć w to, że ten stary,
przeraźliwie wątły mężczyzna, leżący na wąskim łóżku, to Ray Quinn -
potężny, silny, niezwyciężony. Facet z twarzą jego ojca wydawał się
zapadnięty w sobie, trupio blady i nieruchomy jak nieboszczyk.
- Tato - powiedział, podchodząc do łóżka i pochylając się niżej. - To
ja, Cam. Przyjechałem. - Odczekał chwilę, dziwnie pewien, że za moment
ojciec otworzy oczy i mrugnie do niego przebiegle.
Ale nic nie drgnęło, nie rozległ się żaden dźwięk, nie licząc
monotonnego pikania urządzeń.
- Chcę pogadać z lekarzem.
- Opiekuje się nim Garcia. - Ethan przejechał dłońmi po twarzy, a potem
po wypłowiałych od słońca włosach. - Chirurg, o którym mama mówiła, że
ma czarodziejskie ręce. Pielęgniarka go poprosi.
Cam wyprostował się i dopiero teraz zauważył śpiącego na krześle
skulonego chłopca.
- Co to za dzieciak?
- Najświeższy nabytek Raya Quinna, kolejny poharatany przez los chłopak.
- Ethan zdobył się na delikatny uśmiech, który w normalnych
okolicznościach złagodziłby poważne rysy jego twarzy i rozjaśnił
spokojne, niebieskie oczy. - Mówił ci o nim. To Seth. Tata zabrał go do
siebie jakieś trzy miesiące temu. - Chciał dodać coś więcej, ale
zauważył ostrzegawcze spojrzenie Philipa, więc tylko wzruszył ramionami.
- Później pogadamy o szczegółach.
Philip stanął w nogach łóżka i zaczął kołysać się na piętach.
- Jak było w Monte Carlo? - zapytał, a widząc tępe spojrzenie brata,
uniósł jedno ramię w geście, który cała ich trójka stosowała zamiast
słów. - Pielęgniarka powiedziała, że powinniśmy rozmawiać z nim i ze
sobą. Może wtedy... Ale to nic pewnego.
- Fajnie było. - Cam usiadł i tak samo jak Ethan sięgnął pod barierką i chwycił ojca za rękę. Była taka bezwładna, pozbawiona życia. Przytrzymał
ją delikatnie, pragnąc poczuć, jak go ściska. - Wygrałem sporo w kasynie
i właśnie zabawiałem się w apartamencie hotelowym z niezwykle seksowną
francuską modelką, kiedy przyszedł wasz faks. Szkoda, że jej nie
widziałeś - zwrócił się bezpośrednio do ojca. - Niesamowita laska. Nogi
do samego nieba, fantastyczne sztuczne cycuszki.
- Twarzy nie miała? - zapytał sucho Ethan.
- Miała, miała. Idealnie komponującą się z resztą ciała. Mówię wam,
zabójcza piękność. Ale kiedy oznajmiłem, że muszę wyjechać, wyszła z niej wredna suka. - Postukał się palcem w policzek, gdzie widniały ślady
zadrapań. - Musiałem wyrzucić ją z pokoju na korytarz, bo rozszarpałaby
mnie na kawałki. Nie jestem draniem, sukienkę też wyrzuciłem.
- Była naga? - zainteresował się Philip.
- Goła jak święty turecki.
Philip uśmiechnął się, a potem zaśmiał się, po raz pierwszy od niemal
dwudziestu godzin.
- Niezły z ciebie numer - powiedział i położył rękę na stopach ojca,
spragniony kontaktu. - Spodoba mu się ta historia.
*
Seth tylko udawał, że śpi. Słyszał, jak Cam wchodzi do sali, i domyślił
się, kto to. Ray często o nim opowiadał. Miał dwa grube zeszyty
wypełnione po brzegi wycinkami, artykułami i zdjęciami z różnych
wyścigów.
Teraz uznał, że Cameron wcale nie wygląda na takiego ważnego twardziela.
Wydawał się blady i smutny. Będzie musiał wyrobić sobie własne zdanie na
jego temat.
Ethana nawet już polubił, chociaż dawał ostry wycisk, kiedy wypływało
się z nim na połów małży albo ostryg. Nie prawił ciągłych kazań i ani
razu go nie uderzył, nawet gdy popełnił błąd. No i w sumie był taki,
jaki zdaniem dziesięcioletniego Setha powinien być marynarz. Szorstki,
opalony, z czupryną gęstych, brązowych loków, poprzetykanych tu i ówdzie
jaśniejszymi pasemkami, muskularny i gniewny. O tak. Musiał przyznać, że
lubi Ethana.
Philip też mu specjalnie nie wadził, chociaż był zwykle taki odprasowany
i wypucowany. Miał chyba ze sześć milionów krawatów, Seth nie wyobrażał
sobie, po co komu jeden krawat, a co tu mówić o takiej liczbie. Ale
Philip pracował w jakimś wypasionym biurze w Baltimore. W reklamie.
Wymyślał różne sprytne koncepcje, żeby sprzedawać rzeczy ludziom, którzy
pewnie i tak ich nie potrzebują. W gruncie rzeczy super pomysł na
oszustwo.
No i Cameron. To on błyszczał, balansował na krawędzi i podejmował
ryzyko. Nie, nie wyglądał wcale na twardego faceta. Nie sprawiał
wrażenia macho. Wtem Cam odwrócił głowę i spojrzał mu prosto w oczy. Nie
opuszczał wzroku ani na chwilę, wpatrywał się w niego bez mrugnięcia, aż
Seth poczuł drżenie w żołądku. Żeby uciec przed spojrzeniem, po prostu
zamknął oczy i wyobraził sobie siebie w domu nad wodą, jak rzuca patyki
niezdarnemu szczeniakowi, którego Ray nazwał Głuptasem.
Pomimo że chłopak obudził się i był świadomy jego spojrzenia, Cam nadal
go obserwował. Ładny dzieciak, przyznał, z burzą jasnych włosów i wydłużającą się sylwetką. Sądząc po rozmiarze buta, wyrośnie z niego
kawał drągala. Zauważył posępną minę oraz wysunięty podbródek, wyraźnie
mówiący "pocałujcie mnie w dupę". W tym swoim udawanym śnie sprawiał
wrażenie niewinnego jak mały psiak i równie słodkiego. Tylko oczy... Nie
zapamiętał koloru; były ciemne, niebieskie albo brązowe. Rozpoznał
jednak czające się w nich napięcie, niemal zwierzęcą czujność. Dobrze je
znał, tyle razy widział je w lustrze.
- Nie powinniśmy odstawić gdzieś dzieciaka? - zapytał.
- Przecież nie przeszkadza. - Ethan spojrzał na niego przez ramię. -
Zresztą i tak nie mamy z kim go zostawić, a sam tylko wpadnie w jakieś
tarapaty.
Cam wzruszył ramionami, odwrócił wzrok i zapomniał o chłopaku.
- Chcę porozmawiać z Garcią. Na pewno mają już jakieś wyniki badań. Tata
jeździ jak zawodowy kierowca, więc jeśli miał zawał albo udar... -
zawiesił głos, bo nie był w stanie o tym myśleć. - Musimy wiedzieć.
Bezczynne stanie wokół łóżka w niczym mu nie pomoże.
- Jeżeli czujesz, że musisz coś zrobić - w cichym głosie Ethana słychać
było powstrzymywaną złość - to idź i rób. Liczy się to, że tu jesteśmy -
powiedział i posłał bratu spojrzenie ponad nieprzytomnym ciałem ojca. -
Zawsze się liczyło.
- Niektórzy z nas nie mają ochoty wygrzebywać ostryg ani marnować życia
na łowienie krabów - odpyskował mu Cam. - Dostaliśmy od nich życie i mieliśmy zrobić z nim to, co chcieliśmy.
- No i zrobiłeś to, co chciałeś.
- Wszyscy zrobiliśmy - wtrącił się Philip. - Ale jeśli przez ostatnie
miesiące coś było nie tak z tatą, powinieneś był nam powiedzieć.
- A skąd, do cholery, miałem wiedzieć? - rzucił Ethan. Coś jednak
wiedział, tylko nie potrafił tego rozpoznać i nazwać. Pozwolił, by mu
się wyślizgnęło. Teraz siedział i słuchał urządzeń podtrzymujących życie
ojca, zjadany przez poczucie winy.
- Bo byłeś blisko - odparł Cam.
- Owszem, byłem. Za to ciebie nie było, i to przez całe lata.
- A gdybym został w St. Chris, tata nie wjechałby w ten cholerny słup?
Jezu. - Cam przeczesał włosy palcami. - To dopiero logika.
- Gdybyś tu był, gdybyście obaj nie wyjechali, tata nie robiłby
wszystkiego sam. Ledwo się odwróciłem, a on już stał na cholernej
drabinie, pchał taczkę albo malował łódź. I ciągle jeszcze uczy, trzy
razy w tygodniu jeździ na uczelnię, poprawia prace... Na litość boską,
przecież on ma prawie siedemdziesiąt lat!
- Tylko sześćdziesiąt siedem. - Philip poczuł, jak przechodzi go
lodowaty, przenikliwy dreszcz. - Zawsze był zdrowy jak koń.
- Ostatnio nie był. Schudł, wyglądał na zmęczonego i wykończonego. Sam
widziałeś.
- No dobra, dobra. - Philip potarł twarz dłońmi, wyczuwając jednodniową
szczecinę na brodzie. - Może faktycznie powinien był zwolnić tempo. Za
dużo wziął na siebie, kiedy przygarnął dzieciaka, ale nie dało mu się
tego wyperswadować.
- Ciągłe sprzeczki. - Na dźwięk głosu, słabego i niewyraźnego, trzej
mężczyźni aż podskoczyli.
- Tato! - Ethan zareagował jako pierwszy. Pochylił się nad ojcem z bijącym szaleńczo sercem.
- Pójdę po lekarza.
- Nie. Zostań - wymamrotał Ray Quinn, zanim Philip zdążył wybiec z sali.
Powrót do życia, choćby tylko na chwilę, był dla niego niewyobrażalnym
wysiłkiem. Rozumiał, że ma tylko chwilę. Miał wrażenie, że jego ciało i umysł to dwie odrębne istoty, chociaż czuł na dłoniach dotyk rąk synów,
słyszał ich głos, wyczuwał strach i gniew. Był zmęczony. Boże, jaki był
zmęczony. I tak bardzo pragnął zobaczyć Stellę. Ale przed odejściem
musiał wypełnić jeszcze jeden, ostatni, obowiązek. - Słuchajcie...
Każda powieka zdawała się ważyć kilka kilogramów, zmusił się jednak do
otwarcia oczu i z trudem skupił wzrok. Moi synowie, pomyślał. Trzy
cudowne dary od losu. Zrobił, co mógł, by pokazać każdemu z nich, jak
zostać mężczyzną. Teraz byli mu potrzebni do uratowania jeszcze jednego
chłopca. Musieli utworzyć jeden zespół, już bez niego, i zająć się
dzieciakiem.
- Seth... - Nawet słowa miały swój ciężar. Krzywił się z wysiłku,
wypychając je z głowy do ust. - Jest mój. Teraz wasz. Zatrzymajcie go,
bez względu na wszystko, zajmijcie się nim. Cam, ty go najlepiej
zrozumiesz. - Ogromna dłoń, kiedyś tak silna i energiczna, rozpaczliwie
próbowała uścisnąć rękę syna. - Daj mi słowo.
- Zajmiemy się chłopakiem. - W tej chwili Cam gotów był obiecać, że
ściągnie z nieba księżyc i gwiazdy. - Zajmiemy się nim, dopóki nie
staniesz na nogi.
- Ethan. - Mężczyzna wciągnął powietrze, które zaświszczało w respiratorze. - Będzie mu potrzebna twoja cierpliwość i serce. To dzięki
nim jesteś taki dobry na wodzie.
- Nie martw się o Setha, zaopiekujemy się nim.
- Philip...
- Tu jestem. - Podszedł bliżej i pochylił się nad łóżkiem. - Wszyscy
jesteśmy.
- Świetny umysł. Dojdziesz do tego, co zrobić, żeby wszystko działało
jak trzeba. Nie zostawiaj chłopca. Jesteście braćmi. Pamiętajcie, że
jesteście braćmi. Taki jestem z was dumny. Z was wszystkich. Moi
Quinnowie. - Uśmiechnął się nieznacznie i przestał walczyć. - Teraz
pozwólcie mi odejść.
- Idę po lekarza. - Ogarnięty paniką Philip wybiegł na korytarz.
Cam i Ethan próbowali przywrócić ojcu przytomność. Nikt nie zwracał
uwagi na chłopca, który siedział skulony na krześle i zaciskał mocno
powieki, żeby powstrzymać palące łzy.
Rozdział 2
Ludzie wchodzili na cmentarz pojedynczo i w grupach, by pożegnać i pochować Raya Quinna. Był kimś więcej niż tylko mieszkańcem kropki na
mapie zwanej St. Christopher. Był nauczycielem, przyjacielem i powiernikiem. W chudych latach, kiedy ostrygi nie obrodziły, pomagał
organizować zbiórki pieniężne albo nagle wynajdował mnóstwo dorywczych
prac, dzięki którym rybacy byli w stanie przetrwać ciężką zimę.
Jeśli któryś ze studentów kiepsko sobie radził, Ray potrafił wykroić
dodatkową godzinę na indywidualne spotkanie. Podczas zajęć z literatury,
które prowadził, sala zawsze była pełna i wszyscy studenci ciepło go
wspominali. Wierzył w ludzkość - była to silna wiara podparta licznymi
czynami. Ray wprowadzał w życie najistotniejsze przejawy
człowieczeństwa. Dotykał ludzkiego bytu.
A ponadto wychował trzech chłopców, których nikt nie chciał.
Trzej dorośli mężczyźni wyszli z cmentarza, zostawiając za sobą mnóstwo
kwiatów i łez. Pojawiły się szepty i plotki, lecz szybko zostały
uciszone. Mało kto chciał słuchać pogłosek zniesławiających Raya Quinna.
Nawet ci, co chętnie nadstawiali uszu, nie kwapili się do tego przyznać.
Skandal seksualny, zdrada małżeńska, nieślubne dziecko. Samobójstwo. Co
za idiotyzm. Przecież to niemożliwe. Większość naprawdę tak uważała. Ale
byli i tacy, którzy przysuwali się bliżej, żeby usłyszeć każdy szept,
zmarszczyć czoło, a potem przekazać plotkę dalej, z ust do ust.
Do Camerona nic z tego nie docierało. Czuł taką rozpacz, tak głęboką
żałobę, że ledwo słyszał własne mroczne myśli. Kiedy zmarła mama, jakoś
sobie poradził. Był przygotowany. Patrzył, jak cierpi, i modlił się,
żeby się to wreszcie skończyło. Śmierć ojca była zbyt nagła, zbyt
przypadkowa i nawet nie mógł winić za nią żadnego nowotworu.
W domu pojawiło się mnóstwo ludzi. Przyszli podzielić się wspomnieniami
albo złożyć kondolencje. Cameron nie chciał słuchać ich wspomnień, nie
był w stanie się z nimi zmierzyć, dopóki nie upora się z własnymi.
Siedział samotnie na pomoście, który tylokrotnie pomagał ojcu reperować.
Obok cumował piękny jacht, siedmiometrowy slup, na którym pływali
niezliczone razy. Pamiętał jeszcze keta z tamtego pierwszego lata u Quinnów - aluminiową żaglówkę przypominającą swoją wielkością korek od
butelki.
Z jaką cierpliwością Ray uczył go żeglować, zmieniać kurs, zajmować się
takielunkiem... Dobrze pamiętał euforię, która go ogarnęła, gdy przybrany
ojciec pozwolił mu po raz pierwszy chwycić za ster.
Dla chłopaka, który wyrastał w trudnych, brutalnych warunkach, było to
niesamowite doświadczenie - słone powietrze na twarzy, wiatr łopoczący
białym płótnem, prędkość i wolność, jaką dawało ślizganie się po falach.
Ale przede wszystkim zaufanie. Proszę, powiedział Ray. Zobaczymy, jak
sobie poradzisz.
Może właśnie dzięki tamtej chwili, tamtemu mglistemu popołudniu, gdy
wszystko porastało bujną zielenią, a słońce przebijało się zza mgły jak
rozgrzana do białości kula, chłopiec zaczął stawać się tym, kim w końcu
został. Jeden gest Raya wykonany z uśmiechem na twarzy.
Usłyszał czyjeś kroki na pomoście, ale się nie odwrócił. Nadal wpatrywał
się w wodę, kiedy Philip stanął obok niego.
- Prawie wszyscy już pojechali.
- To dobrze.
- Pojawili się tutaj ze względu na tatę. - Philip wsunął ręce do
kieszeni. - Tata by to docenił.
- No. - Cam przycisnął palce do oczu, a potem je puścił. Czuł się
zmęczony. - Doceniłby. Ale mnie się skończyła wena, nie wiem, co mam im
mówić i jak.
- Tak... - Chociaż Philip zarabiał na życie za pomocą mądrze dobranych
słów, doskonale rozumiał brata. Przez chwilę napawał się ciszą. Niosący
się znad zatoki wiatr szczypał w policzki, co przynosiło mu ukojenie po
tłocznych pomieszczeniach wypełnionych gorącymi ciałami. - Grace sprząta
kuchnię. Seth jej pomaga. Chyba czuje do niej miętę.
- Jest ładna. - Cam z trudem skupił się na kimś innym. Na czymkolwiek
innym, co nie było ojcem. - Aż ciężko sobie wyobrazić, że ma dziecko.
Rozwiodła się, tak?
- Rok czy dwa lata temu. Jej mąż zwiał tuż przed urodzeniem Aubrey. -
Philip wypuścił powietrze między zębami. - Cam, musimy omówić pewne
kwestie.
Cameron rozpoznał ten ton, oznaczający, że czas zająć się poważnymi
sprawami. Natychmiast poczuł, jak wzbiera w nim niechęć.
- Myślałem o tym, żeby popływać. Dzisiaj jest dobry wiatr.
- Możesz popływać później.
- Mogę popływać teraz - powiedział bez emocji.
- Chodzą pogłoski, że tata popełnił samobójstwo.
Cam przybrał obojętną minę, ale chwilę później zalała go fala potężnej
wściekłości.
- Porąbało ich?! - zawołał, podrywając się na równe nogi.
No proszę, pomyślał Philip. Chociaż coś zwróciło twoją uwagę.
- Niektórzy podejrzewają, że celowo wjechał w słup.
- Pieprzone bzdury! Kto, do diabła, rozpowszechnia takie rzeczy?
- Ludzie. I niektórzy w to wierzą. Ponoć ma to związek z Sethem.
- Co ma związek z Sethem? - Cam zaczął maszerować po wąskim pomoście
długimi, wściekłymi krokami. - Ojciec był wariatem, bo wziął dzieciaka?
No był, w końcu przygarnął nas wszystkich, ale co to ma wspólnego z wypadkiem?
- Chodzą słuchy, że Seth to jego syn. Rodzony.
Cam zatrzymał się w pół kroku.
- Mama nie mogła mieć dzieci.
- Wiem.
- Chcesz powiedzieć, że ją zdradził? - Furia rozpalała mu wnętrzności. -
Że przespał się z inną i zrobił jej dziecko? Jezus Maria, Philip!
- Ja tak nie twierdzę.
- A co właściwie twierdzisz, do kurwy nędzy? - Cam przysunął się bliżej,
stali twarzą w twarz.
- Powtarzam ci tylko, co słyszałem - odparł Philip spokojnie. - Żebyśmy
mogli coś z tym zrobić.
- Gdybyś miał jaja, tobyś dał w kłamliwą mordę temu, kto rozpuszcza
takie plotki.
- Tak samo jak ty masz ochotę dać w mordę mnie? Tak właśnie załatwiasz
sprawy? Walisz pięścią, aż znikną? - Philip popchnął lekko brata, też
już wkurzony. - Do cholery, to był także i mój ojciec. Pojawiłeś się
jako pierwszy, ale nie byłeś jedyny!
- Więc dlaczego, do diabła, go nie bronisz, tylko wysłuchujesz spokojnie
tego gówna? Boisz się, że pobrudzisz sobie paluszki? Zniszczysz
manicure? Gdybyś nie był taką pieprzoną cipą, mógłbyś...
Zwinięta w pięść dłoń Philipa trafiła go prosto w szczękę. Siła
uderzenia była taka, że głowa poleciała mu do tyłu i zrobił dwa czy trzy
chwiejne kroki. Szybko jednak odzyskał równowagę. Popatrzył na brata
pociemniałymi oczami i pokiwał głową.
- A więc tak? To dawaj.
Philip poczuł, że w żyłach buzuje mu gorąca krew. Szybko ściągnął
marynarkę. Cios dosięgnął go jednak znienacka, od tyłu. Ledwo zdążył
zakląć, a już leciał z pomostu prosto do zatoki.
Wynurzył się na powierzchnię, wypluł wodę i odgarnął mokre włosy z oczu.
- Ty sukinsynu. Ty pieprzony sukinsynu.
Ethan stał z kciukami zatkniętymi w kieszenie spodni i przyglądał się,
jak brat młóci wodę.
- Wyluzuj - zasugerował łagodnie.
- To jest garnitur od Hugo Bossa - wydusił z siebie Philip, podpływając
do pomostu.
- Nie mam gównianego pojęcia, co to oznacza. - Ethan spojrzał przez
ramię na Cama. - A ty masz?
- Ja tylko wiem, że zapłaci cholernie wysoki rachunek za czyszczenie.
- Ty też - odparł Ethan i zepchnął go z pomostu. - To nie pora na
spuszczanie sobie nawzajem łomotu. Jak już przywleczecie swoje tyłki na
brzeg i trochę przeschniecie, porozmawiamy o tym wszystkim. Chwilowo
wysłałem Setha z Grace.
Cam przeczesał włosy palcami i popatrzył na brata, mrużąc oczy.
- A więc nagle ty tu rządzisz - powiedział.
- Wychodzi na to, że tylko ja nie straciłem głowy. - Ethan odwrócił się
i pomaszerował w stronę domu.
Cameron i Philip chwycili jednocześnie za skraj pomostu. Wymienili
długie, ciężkie spojrzenie, po czym Cam westchnął.
- Potem go wrzucimy - powiedział.
Philip skinął głową, przyjmując przeprosiny. Podciągnął się i usiadł na
pomoście, szarpiąc za zniszczony jedwabny krawat.
- Ja też go kochałem. Tak samo mocno jak ty. Jak wszyscy.
- Wiem. - Cam zrzucił z nóg mokre buty. - Nie mogę tego znieść -
powiedział. Trudno było mu przyznać się do słabości, sprzecznej z wizerunkiem faceta, który wybrał życie na krawędzi. - Nie chciałem tu
dzisiaj być. Nie chciałem stać i patrzeć, jak wkładają go do ziemi.
- Ale byłeś. A to by znaczyło bardzo wiele dla taty.
Cam zdjął skarpety, krawat i marynarkę, czując na ciele chłód wczesnej
wiosny.
- Kto ci powiedział o... kto wygadywał to wszystko o tacie?
- Grace mi powtórzyła. Słyszała, jak ludzie gadają, i uznała, że
powinniśmy wiedzieć. Powiedziała dzisiaj rano mnie i Ethanowi. Płacząc.
- Philip uniósł brew. - Nadal uważasz, że powinienem był dać jej w mordę?
Cam cisnął zniszczonymi butami o trawę.
- Chcę wiedzieć, kto to zaczął i dlaczego.
- Przypatrzyłeś się może Sethowi?
Wiatr przeszywał go na wylot. To dlatego nagle przeszedł mu dreszcz po
plecach.
- Jasne - odparł i ruszył do domu.
- To popatrz uważniej - mruknął Philip.
*
Kiedy dwadzieścia minut później Cam wszedł do kuchni, rozgrzany w ciepłym swetrze i dżinsach, Ethan zdążył już przygotować kawę i whisky.
Pomieszczenie było duże, rodzinne, z długim drewnianym stołem pośrodku.
Białe blaty mebli nosiły ślady wieloletniego użytkowania. Kilka lat
wcześniej mówiło się o wymianie starej kuchenki, ale potem Stella
zachorowała i na tym się skończyło.
Na stole stała duża, płaska misa, którą Ethan zrobił w liceum na
zajęciach z techniki. Zajmowała to miejsce od dnia, w którym przyniósł
ją do domu, wypełniona nie owocami, do czego miała być przeznaczona,
lecz listami, notatkami i rozmaitymi drobiazgami. Na jednej ze ścian
były trzy szerokie, pozbawione firan okna, wychodzące na ogród i znajdującą się za nim zatokę. Szafki miały przeszklone drzwiczki, w środku stały zwykłe, białe ceramiczne naczynia, starannie poukładane.
Tak samo jak i zawartość wszystkich szuflad, pomyślał Cam. Stella tego
pilnowała. Kiedy potrzebna jej była łyżka, nie miała zamiaru wszędzie
jej szukać.
Tylko lodówka była pokryta miszmaszem zdjęć, wycinków z gazet, notatek,
pocztówek i dziecięcych rysunków, przymocowanych byle jak za pomocą
wielokolorowych magnesów.
Serce mu drgnęło, gdy wchodził do kuchni ze świadomością, że już nigdy
nie zobaczy w niej rodziców.
- Kawa jest mocna - oznajmił Ethan. - Whisky też. Sam wybierz.
- Jedno i drugie. - Cam nalał sobie kawy do kubka, dodał nieco Johnnie
Walkera i usiadł. - Mnie też zamierzasz walnąć?
- Już to zrobiłem. Ale mogę jeszcze raz. - Ethan uznał, że napije się
czystej whisky. Nalał sobie podwójnie. - Chociaż niespecjalnie mam teraz
ochotę - dodał. Stanął przy oknie i zapatrzył się na coś, trzymając w ręku nietkniętą szklankę. - Być może nadal uważam, że za rzadko tu
bywałeś w ostatnich latach. Być może nie mogłeś. Teraz to już nie ma
znaczenia.
- Ethan, ja nie jestem rybakiem. Robię to, w czym jestem dobry. Tego od
nas oczekiwali.
- Taaa. - Ethanowi nie mieściła się w głowie potrzeba ucieczki z miejsca, które było domem i ostoją. Miłością. Jednakże kwestionowanie
tego, pielęgnowanie w sobie urazy, nie miało przecież sensu. Tak jak i zrzucanie winy na kogokolwiek. - Trzeba przeprowadzić remont.
- Zauważyłem.
- Powinienem był częściej się tu zjawiać. Człowiek zawsze wychodzi z założenia, że ma mnóstwo czasu, a potem przychodzi koniec. Schody z tyłu
domu zupełnie przegniły, trzeba je wymienić. Ciągle chciałem to zrobić -
powiedział i odwrócił się, bo do kuchni wszedł Philip. - Grace idzie
wieczorem do pracy, może zająć się Sethem najwyżej przez dwie godziny.
Ty wszystko wyjaśnij, Phil. Mnie zajmie to zbyt długo.
- W porządku. - Philip nalał sobie kawy, nie ruszając whisky. Nie usiadł
przy stole, stanął oparty o blat. - Wygląda na to, że kilka miesięcy
temu tatę odwiedziła pewna kobieta. Przyszła do niego na uczelnię i narobiła zamieszania, na które początkowo nikt nie zwrócił większej
uwagi.
- Jakiego zamieszania?
- Zrobiła mu scenę w gabinecie, krzyczała i płakała. A potem poszła do
dziekana i próbowała wnieść skargę na tatę za molestowanie seksualne.
- Co za brednie!
- Dziekan najwyraźniej pomyślał to samo. - Philip nalał sobie kolejny
kubek kawy, ale tym razem przyniósł go do stołu. - Kobieta twierdziła,
że tata ją napastował, gdy była studentką. Nie znaleziono żadnych
papierów potwierdzających, że kiedykolwiek tam studiowała. Ponoć
przychodziła jako wolna słuchaczka, bo nie stać jej było na czesne, ale
i tego nikt nie potwierdził. Reputacja taty nie ucierpiała i wyglądało
na to, że sprawa została zamknięta.
- Tata był jednak wstrząśnięty - wtrącił się Ethan. - Nie chciał ze mną
o tym rozmawiać. Z nikim nie chciał rozmawiać. A potem wyjechał na jakiś
tydzień, mówiąc, że wybiera się na Florydę łowić ryby. Wrócił z Sethem.
- Chcecie mi wmówić, że wszyscy uważają go za ojca dzieciaka? Na litość
boską, twierdzicie, że tata miał młodą dupcię, która odczekała dziesięć
czy dwanaście lat i dopiero teraz zaczęła pyskować?
- Początkowo nikt nie zwracał na to większej uwagi - wyjaśnił Philip. -
Ostatecznie Seth nie był jego pierwszym wychowankiem. Ale pojawiła się
kwestia pieniędzy.
- Jakich pieniędzy?
- Wypisał czeki, jeden na dziesięć tysięcy dolarów, drugi na pięć, a potem jeszcze jeden na kolejne dziesięć. I to wszystko w ciągu ostatnich
trzech miesięcy. Każdy czek na nazwisko Glorii DeLauter. Ktoś w banku to
zauważył i puścił dalej, bo to właśnie Gloria DeLauter próbowała go
oskarżyć o molestowanie seksualne.
- Dlaczego, do jasnej cholery, nikt mi wcześniej nic nie powiedział?
- Dopiero parę tygodni temu dowiedziałem się o tych pieniądzach. - Ethan
wbił wzrok w szklaneczkę whisky, po czym uznał, że bardziej mu się
przysłuży od środka niż na zewnątrz, wychylił więc zawartość duszkiem,
krzywiąc się. - Gdy go zapytałem, powiedział mi, że najważniejszy jest
chłopak. I że mam się nie martwić, bo kiedy tylko wszystko załatwi,
wyjaśni mi całą sprawę. Poprosił, żebym dał mu trochę czasu, i wydawał
się przy tym taki... bezbronny. Przestraszony, stary i kruchy. Nie macie
pojęcia, jaki to był dla mnie szok. Nie było was tu, nie mogliście go
zobaczyć. Postanowiłem poczekać. - Whisky i poczucie winy połączone z pretensjami zaczęły wypalać mu dziurę we wnętrznościach. - Podjąłem złą
decyzję.
Cam, najwyraźniej wstrząśnięty tym, co usłyszał, odsunął swoje krzesło
od stołu.
- A więc uważasz, że to szantaż? Wierzysz, że paręnaście lat temu
stuknął jakąś studentkę i teraz jej płacił za milczenie? Za to, żeby
oddała mu dzieciaka na wychowanie?
- Mówię ci, co się wydarzyło i o czym wiem. - Głos Ethana brzmiał
spokojnie i takie samo było jego spojrzenie. - A nie co o tym myślę.
- A ja sam nie wiem, co o tym myśleć - odezwał się cicho Philip. - Wiem
tylko, że Seth ma jego oczy. Wystarczy, że na niego popatrzysz, Cam.
- Nie ma mowy, żeby pieprzył się ze studentką, i absolutnie nie wierzę,
że zdradził mamę.
- Ja też nie chcę w to wierzyć. - Philip odstawił kubek. - Ale był tylko
człowiekiem. Mógł popełnić życiowy błąd. - Ktoś z nich musiał okazać się
realistą. Philip uznał, że jemu przypada ta rola. - A jeśli tak
faktycznie było, nie zamierzam go potępiać. Naszym zadaniem jest zrobić
to, o co nas prosił. Musimy znaleźć sposób, żeby zatrzymać Setha. Dowiem
się, czy tata rozpoczął już procedury adopcyjne. Z pewnością nie są
zakończone, będzie nam potrzebny prawnik.
- A ja mam zamiar dowiedzieć się czegoś więcej o tej Glorii DeLauter. -
Cam z rozmysłem rozprostował palce, żeby w nic, a tym bardziej w nikogo,
nie uderzyć pięścią. - Chcę wiedzieć, kim ona, do cholery, jest. I gdzie, do diabła, przebywa.
- To już jak chcesz. - Philip wzruszył ramionami. - Ja osobiście nie mam
ochoty się do niej zbliżać.
- O co chodzi z tymi bredniami o samobójstwie?
Philip i Ethan spojrzeli po sobie, a potem Ethan wstał i podszedł do
szuflady. Otworzył ją i wyjął dużą, zaklejoną torebkę foliową. Bolał go
sam fakt, że musi ją trzymać w ręku, a po tym, jak pociemniały oczy jego
brata, wiedział, że Cam rozpoznał należący do taty zielony emaliowany
breloczek w kształcie koniczynki.
- To wszystko znaleźli w samochodzie po wypadku - powiedział. Otworzył
torebkę i wyjął kopertę. Na białym papierze widać było plamki
zaschniętej krwi. - Ktoś, może gliniarz, facet z lawety albo sanitariusz
z karetki, zajrzał do środka i przeczytał list. Ten ktoś postanowił
podzielić się wiedzą z innymi. To od niej. - Ethan postukał palcem w kopertę i podał ją bratu. - Od DeLauter. Pieczątka z Baltimore.
- Tata wracał z Baltimore. - Cam z niepokojem rozłożył kartkę. Pismo
było duże i niechlujne, pełne zawijasów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki