Rozdział 1 Aurora
Trzy tygodnie wcześniej...
Demi Lovato - Warrior
- Ale obiecujesz, że jak tylko będziesz mogła, to nas odwiedzisz?
Cichy, drżący głos sprawia, że mrugam kilkukrotnie, by odgonić łzy, zanim przenoszę spojrzenie na Mollie.
Dziewczynka ściska w dłoniach swojego ulubionego, wysłużonego misia, mocno zagryzając usta, żeby się nie rozpłakać. Padam przed nią na kolana, przyciągam do siebie i przytulam.
- Przyjadę, jak tylko będę mogła - mówię kojącym głosem. - Zawsze możesz poprosić którąś ciocię, żeby dała ci do mnie zadzwonić. Każdy z was może. - Odsuwam się i rozglądam po smutnych, dziecięcych twarzyczkach.
Wymuszam uśmiech, kiedy wstaję i zbieram wszystkie pożegnalne kartki, które dla mnie narysowali. Dla mnie jest to równie trudne, co dla nich, a może nawet bardziej. Gdy zatrudniałam się w tej placówce opiekuńczej, jako pomoc, obiecywałam sobie, że to tylko na chwilę, bym mogła uzyskać potrzebne mi informacje, a zaraz po tym zrezygnuję.
Zostałam rok.
Niełatwo jest zostawić grupę dzieci, które przywiązują się niewiarygodnie szybko, ale nadszedł mój czas.
Muszę wrócić do domu.
Po latach spędzonych w tym mieście przyszła pora, bym wróciła do Londynu.
Tutaj jest zbyt wiele wspomnień, z którymi nie mogę sobie poradzić. Zbyt wiele osób, które wiedzą, co mnie spotkało, i zbyt wielu ludzi, którzy patrzą mi na ręce.
W Londynie są moi rodzice i rodzeństwo. Jest również cmentarz, na którym pochowany jest kawałek mojej duszy. I ludzie, którzy nie chcą mnie spotkać, ale ja niewiarygodnie mocno pragnę spotkać ich.
To miasto jest dla mnie za małe.
Za małe dla wszystkiego, co jeszcze muszę zrobić.
A mam do wykonania sporo cholernej pracy.
***
Wchodzę do mieszkania, z pełną świadomością, że przekraczam ten próg po raz ostatni.
Decyzję o przeprowadzce przekładałam z tygodnia na tydzień, wciąż znajdując sobie tutaj nowy cel, ale teraz, kiedy w końcu uznałam, że to najwyższy czas, czuję jedynie ulgę.
Wzdycham ciężko, kładąc na podłogę wszystkie swoje rzeczy, które zabrałam z pracy, zanim niedbale skopuję tenisówki. Słyszę dzwonek telefonu i nawet nie muszę patrzeć na ekran, ponieważ od razu wiem, kto dzwoni.
- Wszystko dotarło? - rzucam, niespiesznie wchodząc do salonu, w którym stoi kilka ostatnich kartonów.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry, Alex - mruczę, opadając na sofę. - Będziesz łaskawy i powiesz mi, czy wszystkie moje rzeczy dotarły czy jednak muszę zadzwonić do firmy transportowej, aby uzyskać te cenne informacje? - sarkam, na co w odpowiedzi dosłownie zgrzyta zębami.
- Aurora - fuka, zanim słyszę, jak wypuszcza długi oddech. - Wszystko dotarło. Łącznie z twoją niemałą kolekcją noży, przez którą musiałem ściemniać facetowi, że jesteś zapaloną kolekcjonerką, a to wszystko jest legalne.
- To nie miało jechać. Musiałam niechcący pomylić karton. - Wzruszam ramionami, chociaż on nie może mnie zobaczyć. - I przestań robić z siebie świętego, braciszku. To nie tak, że to pierwsze kłamstwo, które musiało wyjść z twoich niewinnych ust - prycham, zarzucając nogi na stolik. - Poza tym kto dał wam prawo do grzebania w moich rzeczach?
- Taśma nie wytrzymała i wszystko się wysypało, kiedy facet go przenosił - tłumaczy niechętnie. - Aurora...
- Dajesz - wzdycham, słysząc jego poważny ton.
- Po co ci to wszystko?
Zważywszy na to, czym Alex zajmuje się dla Lloyda - czym zajmuje się od wielu lat - doskonale zdaje sobie sprawę, że nie ma prawa mnie pouczać. A biorąc pod uwagę fakt, iż od ośmiu lat, czyli odkąd wyjechałam z Londynu, wytworzył się między nami spory dystans, nie ma prawa wnikać w moje życie prywatne.
I chociaż czasami naprawdę chciałabym mu powiedzieć - powiedzieć komukolwiek - to po prostu nie mogę, ponieważ wiem, że gdyby się o tym dowiedział, to prędzej zamknąłby mnie pod kluczem, niż pozwolił kontynuować.
A ja muszę to robić.
- Jestem zapaloną kolekcjonerką, zapomniałeś? - pytam, cmokając znacząco. - Muszę kończyć. Będę na miejscu jutro koło południa. Na razie.
Rozłączam się, nie czekając na jego odpowiedź. Nie mam chęci teraz wdawać się w dyskusję, która i tak nie przyniosłaby nic oprócz jeszcze większego napięcia między nami.
Patrzę w stronę sypialni, po czym na moich ustach pojawia się szeroki uśmiech. Prawie zapomniałam, że w końcu nadszedł czas, bym pobawiła się prezentem, który sobie sprawiłam.
Ponoć każda kobieta powinna sobie od czasu do czasu kupić coś ładnego, dla lepszego samopoczucia.
Z nową energią wstaję i idę do sypialni, po czym otworzywszy drzwi szafy, wyciągam mojego pięknego, nowiutkiego chłopca.
- No witaj, skarbie.
Przerzucam kij bejsbolowy z ręki do ręki, przypatrując mu się przez chwilę, zanim wracam do salonu i rozglądam się wokół.
Mieszkanie, które wynajmuję, było puste, gdy się do niego wprowadzałam. Każdy mebel tutaj jest mój, a nowi najemcy, którzy zajmą to miejsce od przyszłego tygodnia, życzyli sobie, by wszystko zniknęło. Z kolei mieszkanie, które znalazłam w Londynie, jest w pełni umeblowane. Poza tym nie chcę zabierać tych rzeczy ze sobą. Wszystko, co chciałam zatrzymać, znajduje się w kartonach.
Okrążam powoli pomieszczenie, sunąc palcem wskazującym po komodzie, aż docieram do ściany, na której wciąż wiszą zdjęcia - te, których nie chcę wziąć ze sobą.
Przechylam głowę, przypatrując się swojej młodszej, roześmianej wersji i postanawiam, że to idealna rzecz, od której mogę zacząć.
Unoszę kij, ściskając go obiema dłońmi i przez sekundę się waham, kiedy myślę o ekipie sprzątającej, która ma się tutaj jutro pojawić.
Nawet jest mi ich żal... Ale siebie bardziej.
Więc uderzam.
Setki razy, wkładając w to całą swoją siłę, by ulżyć sobie chociaż odrobinę. Kiedy kończę w ostatnim pomieszczeniu, jest mi nawet trochę lepiej.
Przez całe pięć minut.
***
Gavin
- Nowy?
Przenoszę wzrok z talerza na Ronnie, która wskazuje widelcem na moją szyję.
- Zależy, o który pytasz. - Mrugam do niej, czując, jak Claudia kopie mnie pod stołem. - Nowy, nowy - przyznaję, ledwie zerkając na młodą, ponieważ bardzo dobrze wiem, o co jej chodzi. - Kończy mi się miejsce powoli, ale spoko, mam jeszcze trochę na dupie, na stopach, na fiu...
- Gavin! - krzyczy Veronica, zakrywając uszy dłońmi, na co wzruszam ramionami, szczerząc się.
Ciągle mnie zadziwia, jak po ponad dwóch latach z moim bratem wciąż się rumieni na każde wspomnienie o seksie. Nie straszne jej broń, lewe interesy czy opatrywanie mojej obitej gęby, z którą ostatnio dosyć często wracam, ale gdy tylko powiem coś o seksie albo czymkolwiek z nim związanym, od razu czerwieni się, jakby nigdy nie widziała członka.
Nieraz miałem głośne dowody na to, że ogląda go wyjątkowo często.
- Ale fajny? - rzucam mimochodem, opierając się wygodnie.
- Tak. Może też sobie kiedyś jakiś zrobię - stwierdza z lekkością, zerkając na Tobiasa, który zaprzecza ruchem głowy, nawet nie odrywając wzroku od posiłku.
- Nie zrobisz.
- Bo? - pyta hardo, a ja krzyżuję ręce, z radością obserwując jedną z ich sprzeczek.
- Bo nie.
- Lubi twoją gładką skórę, mała. - Mrugam do niej, lecz nie wydaje się przekonana. - Ale tak ogólnie, Tobias, to nie masz nic przeciwko, żeby kobieta robiła sobie tatuaże? - dopytuję się, kiedy mój brat usilnie stara się zignorować spojrzenie, jakie posyła mu Veronica.
- Oczywiście, że nie, dopóki tą kobietą nie jest moja żona.
- No i świetnie. - Klaszczę, zanim wskazuję na niego palcem. - Pamiętaj, co powiedziałeś - zaznaczam, na co mruży oczy. - Słyszałaś, młoda? Tobias nie ma nic przeciwko. Możesz się dziarać, ile dupa zapragnie.
- Dusza - poprawia Tobias, patrząc na mnie z mordem w oczach.
- O, nawet ile dusza zapragnie - zwracam się do Claudii. - I sprawa załatwiona. Jutro cię umówimy. - Wstaję, nim brat mnie sięgnie, i kieruję się do wyjścia, pogwizdując, zanim przypominam sobie, że nie zrobiłem dzisiaj losowania.
Wracam do stołu, nie zwracając uwagi na ich sprzeczkę na temat tatuażu Claudii. Robię sobie trochę miejsca, po czym kładę na środku nóż i zakręcam nim, jakbym grał w ruletkę.
- Co ty wyprawiasz? - wzdycha Tobias, jakby nie miał do mnie siły, ale ja skupiam się na kręcącym ostrzu.
- Plany na wieczór.
Ostatnio znalazłem sobie nową rozrywkę i pozwalam, by jedno zakręcenie nożem wybrało mi zajęcie na wieczór. To albo nuda, albo po prostu dostaję pierdolca... Z nudów.
- Wszystko gotowe w warsztacie? Pamiętasz o...
- Pamiętam - przerywam mu, obserwując kręcące się ostrze.
Pracy mam dużo, co nie zmienia faktu, że mam dziwne poczucie, iż czegoś mi brakuje. Jakiejś adrenaliny. Czegoś nowego, co sprawiłoby, że wyładuję się bądź na moment uciszę wieczny chaos w mojej głowie.
To się w końcu robi męczące, ciągłe myślenie o milionie spraw na minutę.
Trzeba sobie jakoś urozmaicać życie.
- A te rozliczenia, które...
- To już dawno zrobione. - Zerkam na niego wymownie.
Jeśli ostrze wskazuje na moją połowę domu, to idę postrzelać i poćwiczyć. Przynajmniej te umiejętności są dla mnie zawsze pożądane.
Jeśli na połowę Veroniki i Tobiasa, to idę znaleźć panienkę na noc... albo na kilkanaście minut w barowej łazience. To też ostatnio zawiewa nudą. Niczym mnie te kobiety już nie potrafią zaskoczyć. Nieraz nie zdążam machnąć palcem, a one już pochylone i zadowolone. No żadnego wyzwania.
Nuda w chuj i ciut-ciut.
Jeśli ostrze wskazuje ogród albo podjazd przed domem, to wtedy muszę dłużej poszukać swojej rozrywki, ale za to jaka później jest satysfakcja! I wykurwista adrenalinka, a przecież to ona sprawia, że człowiek czuje, że żyje! Dlatego najbardziej lubię tę możliwość - idę sobie wówczas do jakiegoś baru i z zacisza obserwuję, szukając śmiałka, który prosi się o wpierdol. A później ćwiczę swoje umiejętności. I to są wymarzone plany na wieczór...
Mrużę oczy na nóż, który wskazuje na moją połowę domu.
- To twoja wina. - Podnoszę go i ostrzem wskazuję na Tobiasa, zanim ponownie zaczynam swoją zabawę.
Wstrzymuję oddech, pochylając się blisko wirującego noża, jakbym samym spojrzeniem mógł sprawić, że wskaże to, czego sobie życzę.
Potrzebuję rozproszenia. Potrzebuję jakiejś zmiany. Potrzebuję, kurwa... Sam już nie wiem czego, ale wciąż szukam. I muszę to w końcu znaleźć.
Kiedy widzę, że nóż ponownie wskazuje na moją połowę domu, zaciskam usta, głęboko oddychając, nim pędem wychodzę z salonu.
No teraz to potrzebuję się napić.
Wredny skurwiel.