Nota od Autora
Zawsze fascynowały mnie emocje, które rodzą się w kobietach, gdy zaczynają żyć w pełni własną siłą - tą spokojną, intuicyjną, czasem dziką, ale zawsze autentyczną. Pociąga mnie moment, w którym kobieta otwiera się na siebie, na swoje pragnienia, na swoje zasady. Właśnie wtedy dzieje się coś niezwykłego: kiedy stworzy się jej odpowiednie warunki, pojawia się w niej moc, której nic i nikt nie jest w stanie zatrzymać.
Ta książka powstała właśnie z tej inspiracji. To opowieść o wyzwoleniu, o budowaniu własnej siły, o decyzjach, które zmieniają nie tylko życie, ale także sposób postrzegania świata. Świat oczami kobiety - pełen niuansów, intuicji, pragnień i emocji, których nie da się zamknąć w prostych słowach.
Wierzę, że można pisać o seksie bez wulgaryzmów, zachowując jednocześnie intensywność i prawdę tego, co w nim najważniejsze. Seksualność w tej historii nie jest więc zbiorem dosłownych obrazów - jest emocją. Jest odczuciem. Jest subtelną, intymną grą, która zaczyna się długo przed fizycznym zbliżeniem. Bo akt miłosny, jakkolwiek piękny, jest jedynie zwieńczeniem rytuału, który rodzi się w spojrzeniach, w napięciu, w myślach, w wyobraźni.
Cała ta historia jest wytworem mojej wyobraźni. Mam nadzieję, że odnajdziesz w niej coś dla siebie - może poruszy, może zaintryguje, może zostanie w Tobie na dłużej. Starałem się przekazać, że prawdziwa namiętność zaczyna się w głowie, a gra między kochankami trwa na długo przed tym, zanim ich ciała dotkną się w ekstazie.
Dziękuję, że chcesz wejść w ten świat.
I proszę zapamiętaj czytelniczko bądź czytelniku....
Kobieta staje się wyzwolona w momencie, gdy przestaje szeptać o swoich pragnieniach - i zaczyna nimi rządzić. Wtedy jej mrok staje się blaskiem, a każdy, kto go dotknie, uczy się pokory wobec jej głodu
Zapraszam do poznania historii Luny.......
Mam nadzieje że Ci się spodoba.
Bartłomiej Gierut
Luna
Wrocław budził się powoli, jakby sam potrzebował jeszcze kilku minut, by zebrać siły przed kolejnym dniem. Poranna mgła oplatała ulice, gładziła pośpiesznych przechodniów i rozwlekała się na dachach kamienic przy Nadodrzu, tworząc miękką, niemal melancholijną scenerię.
Luna stała w kuchni, trzymając w dłoniach kubek czarnej kawy, której gorzki zapach unosił się leniwie, mieszając się z aromatem niewietrzonego od kilku dni mieszkania. Odchylona zasłona w jednym oknie pozwalała jej śledzić, jak świat za szybą nabiera kształtów. Dzień stawał się coraz wyraźniejszy, a jej myśli - wręcz przeciwnie.
Kubek był ciepły, solidny, a jednak nie wypełniał pustki w jej dłoniach tak, jak kiedyś robiły to ręce Mateusza. Dziesięć tygodni minęło od jego wyjazdu, a ona wciąż nie przywykła. Rok. Dwanaście miesięcy bez jego dotyku, spojrzenia, mruknięć pod nosem, gdy szukał w kuchni ulubionych musli. Dwanaście miesięcy, które miały ich uratować - finansowo, ale czy emocjonalnie? Na to już chyba nie liczyła. Problemy zwłaszcza te finansowe zabijały nie tylko wspólną namiętność ale przede wszystkim porozumienie które kiedyś ich tak bardzo połączyło.
Spojrzała na swoje odbicie w kuchennym oknie. Kobieta, którą widziała, nie była tą samą, która jeszcze kilka lat temu wchodziła na bankiet, mając pewność, że wszystkie spojrzenia są zwrócone ku niej. Choć wygląd... nie zdradzał upływu czasu w sposób oczywisty. Wysoka, smukła, z pięknie zarysowaną linią ramion, które zawsze były jej atutem. Włosy - długie, ciężkie, w ciepłym odcieniu głębokiego brązu - spływały po plecach jak jedwab. Oczy, ciemne i przenikliwe, patrzyły na świat z doświadczeniem, którego nie chciała, ale musiała zdobyć.
I choć wyglądała jak kobieta, która zna swoją wartość, dziś czuła się jak ktoś, kto stoi na pokruszonych fundamentach, na których chyba już nie ma sensu niczego budować.
Jej mieszkanie było... skromne, ale urządzone z klasą. Dwa pokoje, niewielka kuchnia otwarta na salon i mała łazienka. Nie było tu marmurów, drogich mebli ani designerskich lamp, które kiedyś wypełniały ich dom. Teraz dominowała prostota i funkcjonalność - ale każda rzecz była ustawiona z wyczuciem. Luna miała dar, którego wielu mogłoby jej pozazdrościć: potrafiła zrobić coś z niczego. Zwykła, biała komoda wyglądała jak element eleganckiej aranżacji, bo postawiła na niej trzy książki w ułożonym kolorystycznie stosie i jedną świecę o zapachu bergamotki. Stary stół w kuchni nabrał charakteru dzięki lnianemu obrusowi, który kupiła kiedyś na przecenie.
Salon wypełniała miękka, ciemnoszara kanapa, na której często zasypiała, nie mogąc wejść do sypialni bez ściśnięcia serca. Na jej oparciu leżała ulubiona poduszka Mateusza - ta trochę za duża, trochę za miękka. Niby nic, a jednak jak kotwica.
Wszędzie były jego ślady. Mokasyny pod łóżkiem, których nie miał czasu spakować.
Zegarek w łazience, zdjęty ostatniego wieczoru spędzonego razem.
Bluza, której szukała, zanim uświadomiła sobie, że przecież zostawił ją tu specjalnie, żeby "miała coś po nim".
Nie wiedział, że nie musi zostawiać rzeczy. I tak zostawił wszystko.
Luna powoli dolała sobie jeszcze trochę kawy, ale jej dłonie zawisły nad czajnikiem, gdy telefon zawibrował na blacie. Spojrzała: Nela.
Jej serce zawsze miękło na widok imienia córki.
- Hej, mamo - usłyszała w słuchawce dziewczęcy, lekko zmęczony głos.
- Co się stało, skarbie? - zapytała odruchowo, choć brzmiała zbyt spokojnie jak na narastający w niej niepokój.
- Nic, wszystko okej. Chciałam tylko powiedzieć, że zostaję dziś na noc u Kasi. Mamy projekt z historii, musimy go skończyć... wiesz.
Luna zamknęła oczy.
Jeszcze jedna noc w pustym mieszkaniu.
Jeszcze jedno miejsce przy stole niewypełnione.
- Dobrze, kochanie. Uważaj na siebie. Daj znać, kiedy dotrzesz.
- Jasne. Kocham cię.
- Ja ciebie też, Nelu.
Połączenie się zakończyło, a Luna przez chwilę słuchała ciszy, która opadła na kuchnię jak ciężka zasłona. Oparła się o blat i wzięła głębszy oddech. Jej córka radziła sobie dobrze, może nawet zbyt dobrze. W odróżnieniu od niej.
Sięgnęła do lodówki. Wyjęła butelkę swojego ulubionego czerwonego wina - tego, które kiedyś kupowała tylko na szybkie kolacje, bo uważała, że jest "zbyt przeciętne". Dziś było jedynym, na które mogła sobie pozwolić. Tanie, z Biedronki, ale miało w sobie coś, co lubiła: trochę słodyczy, trochę cierpkości, trochę szczerości.
Nalała sobie kieliszek. Usiadła na kanapie, wciągając w płuca powietrze przesiąknięte zapachem męskich perfum, które wciąż unosiły się z poduszki.
- Mateusz... - wyszeptała.
W myślach widziała go, jak stoi gdzieś na obczyźnie, może już po pierwszej zmianie, może w hotelowym pokoju, może zmęczony tak jak ona. Wyobrażała sobie, jak radzi sobie bez niej. Czy tęskni. Czy jest samotny. Czy minimalnie żałuje.
A może był tak zajęty pracą, że nie miał czasu czuć czegokolwiek?
Upiła łyk.
Ciepło wina rozlało się po jej klatce piersiowej, powoli rozluźniając ramiona.
Wróciła do laptopa, ale myśli nie chciały współpracować. CV, oferty pracy, maile bez odpowiedzi... wszystko to wyglądało jak labirynt bez wyjścia. A przecież kiedyś była kobietą, która organizowała wyjazdy firmowe dla setek osób, rozliczała budżety, tworzyła projekty, których inni jej zazdrościli. Dziś musiała tłumaczyć w CV, że "ma przerwę zawodową z powodu sytuacji rodzinnej".
Zamknęła laptop i wstała.
W salonie przeszła dłonią po kanapie, po poduszce, po pledzie, w którym czasem jeszcze wyczuwała Mateuszowe ciepło. Podłoga skrzypnęła cicho, a ona pomyślała, że nic w tym mieszkaniu nie jest naprawdę jej. Wszystko było wspólne. Nawet samotność.
W oknie znów zobaczyła własne odbicie. Tym razem spojrzenie miało w sobie coś innego - nie tylko melancholię.
Coś twardszego.
Coś odważniejszego.
Coś... pragnącego życia.
- Jeszcze nie jest dla mnie za późno - powiedziała do siebie. - Jeszcze mogę coś zmienić.
I choć nie wiedziała jeszcze, co przyniesie jutro, jedno było pewne:
Ten rok miał zmienić wszystko.
A samotność... czasem była pierwszym krokiem do przebudzenia.
Mirage Elite
Poranek był chłodny, niemal jesienny, choć kalendarz wciąż uparcie twierdził, że to jeszcze końcówka lata. Luna wysiadła z tramwaju kilka ulic od Sky Tower i przez chwilę po prostu stała, wpatrując się w szklany gigant wyrastający ponad miastem. Zawsze robił wrażenie - monumentalny, błyszczący, obcy, jakby wyrwany z innego świata. Tego dnia jednak patrzyła na niego inaczej. Jak na próg, który może zmienić coś w jej życiu... albo pozostawić ją dokładnie tam, gdzie była.
Im bliżej podchodziła, tym mocniej czuła ścisk w żołądku. "Jeszcze możesz zawrócić" - podszeptywał jej rozsądek. Ale ona nie chciała wracać. Nie do swojego milczącego mieszkania, nie do komputerowych formularzy i nieskończonych odmów. Nie do samotności krzyczącej do niej każdego dnia.
Chciała czegoś nowego. Czegokolwiek.
Drzwi obrotowe przyjęły ją chłodem klimatyzacji. Hol Sky Tower był przestronny, surowy i biały, tak czysty, że niemal sterylny. Marmurowa posadzka odbijała światła z góry, tworząc wrażenie, że wchodzi się do wnętrza jakiejś świątyni technologii. Po lewej stronie recepcja, elegancka, z minimalistycznymi lampami przypominającymi kryształowe stalaktyty. Ludzie przemykali w pośpiechu, w garniturach, w drogich płaszczach, pewni siebie i zajęci.
"A ja... ja się tu nie wpasowuję" - pomyślała.
Ale podeszła do recepcji.
- Dzień dobry, mam rozmowę w Mirage Elite - powiedziała, starając się brzmieć pewnie.
Recepcjonistka spojrzała na nią krótko, potem na monitor.
- Nazwisko?
- Kowalewska.
- Piętro czterdzieste szóste. Winda B. Proszę wjechać, drzwi otworzą się automatycznie.
Mirage Elite... i żadnego logotypu.
Nawet na liście firm przy wejściu ich nie było.
Luna poczuła lekki dreszcz.
Winda wjeżdżała w górę z taką prędkością, że aż lekko zaszumiało jej w uszach. W zamknięciu windy oczami wyobraźni patrzyła na miasto kurczące się pod nią, na rzekę wijącą się jak stalowa wstęga i na dachy budynków wyglądające coraz bardziej jak zabawki. Ta wysokość była piękna i niepokojąca jednocześnie - jakby każdy, kto tu pracował, musiał patrzeć na świat z dystansu.
Kiedy drzwi otworzyły się na czterdziestym szóstym piętrze, pierwsze, co poczuła, to zapach - chłodny, drogi, z nutą czegoś metalicznego. Wnętrze było surowe, ale idealnie dopracowane. Ciemny granit, szkło, czarne listwy podłogowe. Oświetlenie łagodnie odbijało się od połyskujących powierzchni. Czerwone, minimalistyczne akcenty tu i tam nadawały przestrzeni charakteru niczym w galerii sztuki.
A potem zobaczyła ją.
Alicję.
Kobieta wyglądała jak wyjęta z magazynu modowego: długa, smukła sylwetka, kobaltowy garnitur dopasowany jak druga skóra, blond włosy związane w gładki niski kok. Twarz harmonijna, elegancka - chłodna, a jednocześnie zachwycająca. Uśmiech profesjonalny, lecz pełen kontroli. W oczach błysk, którego Luna nie umiała nazwać.
- Pani Luna Kowalewska? - zapytała Alicja, podchodząc z wyciągniętą dłonią.
- Tak, dzień dobry.
- Miło mi. Zapraszam do pokoju rozmów.
Głos miała miękki, niski, hipnotyzujący.
Przeszły przez przestronne biuro, gdzie pracownicy - wszyscy w eleganckich, ciemnych strojach - poruszali się cicho, płynnie, jakby ich ruchy były ćwiczone. Nikt nie rozmawiał. Nikt nie śmiał się ani nie gestykulował. Było to piękne... ale nienaturalne.
"Jak teatr, a wszyscy grają tę samą sztukę" - pomyślała Luna.
Pokój rozmów był mniejszy, ale równie minimalistyczny: białe ściany, czarne krzesła, szklany stół. Na suficie mała, prawie niewidoczna kamera. Luna natychmiast ją zauważyła - jej obiektyw podążał za ruchem.
Alicja usiadła naprzeciwko niej.
- Niech się pani nie stresuje - powiedziała z lekkością, której Luna nie wyczuwała. - Zaczniemy od kilku zwykłych pytań.
Rozmowa zaczęła się jak standardowa rekrutacja: doświadczenie, umiejętności organizacyjne, praca z klientami. Luna odpowiadała szczerze, choć czuła, że Alicja już po kilku minutach wie o niej więcej, niż ona zdradzała słowami. Miała w sobie jakąś przenikliwość.
Potem rozmowa odbiła w inną stronę.
- Ma pani wyjątkowe wyczucie estetyki - zaczęła Alicja, zerkając na jej CV. - Interesuje mnie, jak patrzy pani na wnętrza. Co sprawia, że przestrzeń jest... przyjazna klientowi?
Luna uniosła brwi, zaskoczona.
- Myślę, że to kwestia harmonii - odpowiedziała po chwili. - Światła, proporcji, kolorów. Kiedy wnętrze budzi spokój i podkreśla obecność człowieka, a nie ją przytłacza.
Alicja uśmiechnęła się z aprobatą.
- Zgadzam się. W Mirage Elite dbamy o to, by każdy detal miał znaczenie. Nasi klienci oczekują doskonałości. Wystroju, atmosfery... intuicyjnego spełniania ich oczekiwań.
- A czym dokładnie zajmuje się firma? - zapytała Luna.
Alicja odchyliła się nieco na krześle.
- Organizujemy wydarzenia. Nietypowe. Bardzo prywatne. Tylko dla klientów z najwyższej półki. Dyskrecja jest fundamentem naszej działalności - każda informacja, każdy szczegół, każdy pracownik, o którym wiemy, i którego zatrudniamy musimy wiedzieć że potrafi milczeć. W naszym świecie zaufanie jest najcenniejszą walutą.
Luna wzięła powietrze, lekko niepewna.
- Brzmi... ekskluzywnie. A przede wszystkim niewiarygodnie tajemniczo.
- Bo takie jest - odpowiedziała Alicja i zaśmiała się cicho, elegancko. - Ale proszę się nie martwić. To w pełni legalna działalność. Nietypowa, ale legalna.
Luna zerknęła na kamerę, która od początku subtelnie za nią podążała.
- A to? - zapytała niepewnie. - Monitorują państwo rozmowy kandydatów?
Uśmiech Alicji zmienił się - teraz był bardziej znaczący.
- Oczywiście. - Złożyła dłonie na stole. - Kamera nie jest zwykłym narzędziem. Słucha i obserwuje nas... właściciel. Tony.
Imię zawisło w powietrzu jak cień.
- Tony? - powtórzyła Luna.
- Tak. - Alicja skinęła głową. - Człowiek, którego mało kto widział. Nie rozmawia z większością pracowników. Nie ufa łatwo. Jest... selektywny. Obserwuje kandydatów, zanim zdecyduje, czy w ogóle warto z nimi rozmawiać. A jeśli zadecyduje, że warto... wtedy zaprasza. Osobiście.
W tonie Alicji było coś, co zaintrygowało Lunę bardziej, niż powinno.
- I skąd mam wiedzieć, czy... obserwuje nas teraz? - zapytała cicho.
Alicja uśmiechnęła się lekko, jakby to pytanie zadawano jej często.
- On zawsze obserwuje.
Lunę przeszedł dreszcz - nie strachu, a czegoś w rodzaju fascynacji.
"Kim trzeba być, żeby kierować firmą w taki sposób?"
Ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Alicja zamknęła laptop i wstała.
- Dziękuję za rozmowę, pani Luno. - Jej ton był uprzejmy, ale nie dało się wyczytać, czy wynik był pozytywny. - Skontaktujemy się z panią, jeśli Tony uzna to za właściwe.
To brzmiało jak koniec.
Wyszły razem na korytarz. Luna raz jeszcze zerknęła na eleganckich pracowników, na szkło, metal i surowe światło. Czuła się tu jak w innym wymiarze. Fascynującym... ale nie swoim.
Droga powrotna dłużyła się. W tramwaju trzymała ręce zaciśnięte na torebce. Cały czas myślała o Tony'm, o zimnych korytarzach Mirage Elite, o sposobie, w jaki Alicja dobierała słowa - jakby miały za zadanie wciągnąć ją głębiej w tajemnicę.
"Co ja tam właściwie robiłam?"
"Dlaczego czuję... że chcę tam wrócić?"
Kiedy dotarła pod blok, zadzwoniła do Neli.
- Cześć, mamo! Jak było? - córka brzmiała energicznie.
- Dziwnie - odpowiedziała Luna od razu. - Naprawdę dziwnie.
- Dziwnie... źle?
- Nie wiem. Biuro było piękne. Ludzie jak z innej planety. Rozmowa... też inna. Ale szczerze? - Luna westchnęła. - Nie sądzę, żeby cokolwiek z tego było. To chyba nie miejsce dla takich jak ja.
- Mamo, nie mów tak - Nela od razu zareagowała. - Może właśnie szukają kogoś takiego jak ty.
- Nie wiem, kochanie. - Luna weszła po schodach na swoje piętro. - Po prostu... było tam coś, czego nie rozumiem.
Nela zachichotała.
- Czyli jest szansa, że cię zatrudnią.
- Zobaczymy - odpowiedziała Luna z półuśmiechem. - Albo i nie.
Gdy weszła do mieszkania, cisza uderzyła ją mocniej niż zwykle.
Ale tym razem... gdzieś pod powierzchnią tej ciszy było coś jeszcze.
Delikatne napięcie.
Przeczucie.
Jakby coś już się rozpoczęło.
Choć ona jeszcze o tym nie wiedziała.
Wideokonferencja
Telefon Luny zawibrował o 13:42, przypominając o wideokonferencji.
Zerknęła na ekran.
Czas: 14:00.
Spotkanie: M. - Klient(ka).
Zerknęła na swoje mieszkanie. Za małe. Za ciche. Za zwyczajne na to, co właśnie zaczynało się dziać w jej życiu.
Poprawiła czarną koszulę, rozpinając jeden guzik więcej, niż zwykle.
Delikatny makijaż, ale z akcentem na usta. Włosy w lekki nieład, taki, który wygląda na przypadkowy, choć wcale taki nie jest.
Poczuła w brzuchu znajome, drżące napięcie.
Alicja wczoraj powiedziała:
"Tony będzie obserwował wasze pierwsze spotkanie. Zawsze obserwuje."
To zdanie siedziało jej w głowie jak igła i cały czas nie dawało o sobie zapomnieć.
13:58.
Czas.
Kliknęła "Połącz".
Ekran najpierw pociemniał, a potem powoli rozświetlił się, jakby włączano światła za teatralną kurtyną.
I wtedy ją zobaczyła.
Kobieta siedząca w idealnie minimalistycznym gabinecie.
Światło padało tak, że twarz była częściowo w cieniu, ale wystarczająco widoczna, by Luna zobaczyła:
mocne kości policzkowe,
pełne usta, które układały się w półuśmiech,
długie, czarne włosy, gładkie i idealnie ułożone,
oczy ciemne, intensywne, skupione prosto na niej, jakby przeszywały ekran.
Na sobie miała białą jedwabną koszulę - lekko rozpiętą - i biżuterię z czarnego złota.
Wyglądała jak ucieleśnienie tajemnicy.
- Pani Luna - powiedziała głosem, który był jednocześnie miękki i chłodny, jak jedwab na lodzie. - Wreszcie mogę panią zobaczyć.
Luna... zamarła na pół sekundy.
Nie spodziewała się... aż takiej osoby.
Tego typu kobiety. Nie spodziewała się kobiety!!!
- Dzień dobry - odezwała się w końcu. - Miło mi panią poznać.
Kobieta przechyliła głowę.
- Ja również się cieszę. Tony bardzo panią chwali. A to rzadkość.
Luna musiała przełknąć ślinę.
Dlaczego to brzmiało tak... prowokująco?
- Chciałabym poznać szczegóły dotyczące samego wydarzenia - zaczęła profesjonalnie. - Żeby lepiej przygotować projekt, muszę wiedzieć, czego dokładnie pani oczekuje. Klimat, styl, dynamika...
Klientka uniosła brew.
- Spokojnie, Luno. - Powiedziała jej imię w sposób, który sprawił, że ciepło popłynęło Lunie w dół kręgosłupa. - Szczegóły pozna pani... w swoim czasie.
- W swoim... czasie? - powtórzyła Luna, marszcząc delikatnie brwi.
- Tak. Jeszcze nie teraz - Klientka uśmiechnęła się tajemniczo. - Nie jest pani gotowa.
To zdanie uderzyło ją bardziej, niż się spodziewała.
- Nie jestem gotowa?
Kobieta skinęła głową.
- To wydarzenie ma swoją naturę. Swoją energię. Swój... rytm. - Jej głos był jak dotyk jedwabiu na nagiej skórze. - Zanim poznaje się kulisy, trzeba najpierw nauczyć się patrzeć. Czuć. Nie mogę pani wszystkiego wyłożyć na tacy.
- Rozumiem - powiedziała Luna, choć tak naprawdę niczego nie rozumiała.
Klientka westchnęła lekko.
- Pani wrażliwość jest... intrygująca. Już zaczynam rozumieć dlaczego Tony wybrał właśnie panią.
"Wybrał".
To słowo Luna poczuła fizycznie, nisko, pod mostkiem.
- Ale mam jedno pytanie - dodała kobieta. - To, co pani mi opowie przez najbliższe godziny, dni, tygodnie... będzie szczere?
Luna zmarszczyła brwi.
- Oczywiście. Zawsze pracuję szczerze.
Klientka uśmiechnęła się - powoli, jakby smakowała tę odpowiedź.
- Mam nadzieję, że tak będzie.
Ich spojrzenia spotkały się.
Było w tym coś niebezpiecznego.
Zbyt intensywnego.
Zbyt... elektrycznego.
Lunę przebiegł dreszcz, którego sama się nie spodziewała.
To nie było zwykłe zawodowe spotkanie.
To było... coś znacznie bardziej osobistego.
- Na dziś to wystarczy. Chciałam po prostu Panią zobaczyć - powiedziała w końcu kobieta. - Proszę przygotować dla mnie trzy propozycje atmosfery wydarzenia. Ale proszę, by były... odważne. Wiem, że potrafi pani być odważna, Luno.
Luna poczuła, że robi jej się gorąco.
- Wyślę je jeszcze dziś - szepnęła.
- Dobrze. I pamiętaj... Tony patrzy. - Głos klientki był jak strzała, cicha, szybka, trafiająca w samo serce. - Zawsze patrzy.
Ekran zgasł.
Luna została sama, w ciszy, która nagle wydała jej się duszna. Pomieszczenia za małe. Ubranie za ciasne.
"Nie wszystko teraz. Jeszcze nie jest pani gotowa."
Kim była ta kobieta?
I jaki rodzaj imprezy wymaga takiej gry, takiej tajemnicy, takiego... napięcia?
Telefon zawibrował.
ALICJA:
Tony czeka na raport. Do 17:00. Z uwzględnieniem wrażeń osobistych.
Luna opadła na krzesło, zamknęła oczy i poczuła, jak jej puls wciąż przyspiesza.
To nie była zwykła klientka.
To nie była zwykła praca.
I ona sama... już była głębiej, niż powinna.
Noc w którj Luna przestała być "normalna"
W mieszkaniu panowała cisza, która wcale nie uspokajała.
Była pusta.
Zbyt pusta, jakby ściany znały wszystkie jej myśli i odbijały je echem.
Luna siedziała przy stole, laptop przed nią, segregator obok.
Telefon - jak bomba zegarowa - leżał po prawej stronie.
Co chwilę spoglądała na jego czarny ekran, jakby mógł ożyć w każdej chwili.
Tony.
Samo imię miało w sobie napięcie, które czuła jak elektryczność.
Trzy koncepcje.
Do 21:00.
"Mają ją wstrząsnąć."
Boże... ona nawet nie wiedziała, kim jest ta Klientka naprawdę.
Tajemnicza, dominująca, elegancka...
A jednocześnie zbyt spokojna, zbyt kontrolująca, zbyt pewna, by Luna mogła o niej zapomnieć.
Zacisnęła usta, otworzyła laptopa.
Pierwsza koncepcja powinna być klasyczna - luksus, złoto, czerń, szkło, dyskretne oświetlenie.
Drugą chciała zrobić bardziej mroczną - cegła, industrialny chłód, stal, ciężkie zasłony, welur.
Ale trzecia...
Trzecia miała wstrząsnąć.
Myślała, myślała, aż poczuła lekki zawrót głowy.
Wzięła łyk kawy, potem drugi.
Oczy paliły ją od patrzenia w ekran, ale tworzyła dalej, jakby nie mogła przestać.
Jej myśli uciekały do Klientki.
Do jej głosu.
Do sposobu patrzenia.
Do powściągliwości, która była bardziej erotyczna niż najodważniejsze słowa.
"Co to ma kurwa być... czemu ja tak reaguję?" - zbeształa się w myślach, rumieniąc się sama przed sobą.
Ale pracowała.
Rysowała światła.
Szkice mebli.
Układ sali.
Przestrzeń, która miała być luksusem, grzechem i elegancją w jednym.
O 20:18 telefon zawibrował.
Luna prawie podskoczyła.
TONY:
Masz 42 minuty.
Wyrobisz się?
Serce jej zamarło.
Napisała szybko:
LUNA:
Tak. Pracuję nad ostatnią koncepcją.
Po chwili:
TONY:
Już widzę.
Intensywnie.
Drgnęła.
Czy on...?
Czy on ją obserwował?
Zaraz. To przecież absurd.
To musiał być tylko jego sposób mówienia.
Styl.
Sposób budowania przewagi.
Ale mimo to poczuła jakąś dziwną... świadomość na karku.
LUNA:
Skąd pan-
Nie dokończyła.
Tony ją wyprzedził.
TONY:
Nie pytaj o to, czego nie chcesz wiedzieć.
Pracuj.
Ciarki przeszły jej po plecach, ale zamiast paniki poczuła... coś, czego nie potrafiła nazwać.