Przedmowa
Książka, którą trzymasz w rękach, nie powinna istnieć. Nie dlatego, że opisuje rzeczy niemożliwe - choć opisuje. Nie dlatego, że jej bohaterowie robią rzeczy, których nikt przy zdrowych zmysłach by nie zrobił - choć robią. Nie powinna istnieć dlatego, że jest dowodem na coś, w co większość z nas nie chce wierzyć: że granica ludzkiej wytrzymałości nie przebiega tam, gdzie ją rysujemy, że mapa ludzkiego doświadczenia ma więcej terytoriów, niż podręczniki anatomii, psychologii i zdrowego rozsądku są skłonne przyznać, i że człowiek - ten kruchy, śmieszny, piękny organizm o masie kilkudziesięciu kilogramów, z kośćmi, które pękają, skórą, która się pali, i sercem, które bije osiemdziesiąt razy na minutę, nie pytając o pozwolenie - że ten człowiek jest zdolny do rzeczy, wobec których słowo "niemożliwe" brzmi jak nieśmiała sugestia, a nie jak fakt.
Piszę tę przedmowę jako człowiek, który spędził życie podróżując - po kontynentach, po oceanach, po mapach i po ludzkich historiach, które są bardziej rozległe niż jakikolwiek kontynent. Widziałem pustynie, na których ludzie budowali miasta. Widziałem góry, na których ludzie budowali drogi. Widziałem morza, przez które ludzie budowali mosty - dosłowne i metaforyczne - i widziałem, jak te mosty wyrastały nie z inżynierii, lecz z uporu, z desperacji, z tej samej siły, która każe drzewu rosnąć przez beton i rzece płynąć pod prąd. Ale nigdy - w czterdziestu latach podróży, pisania i obserwowania ludzkiej natury - nigdy nie widziałem czegoś takiego jak "Szokująca szkoła przetrwania". I nie wiem, czy chciałem zobaczyć. Ale zobaczyłem. I nie potrafię odwrócić wzroku. I nie chcę.
To, co trzymasz w rękach, jest reportażem. Reportażem w najprostszym, najszlachetniejszym sensie tego słowa - relacją z miejsca, w którym ktoś był, i z czasu, w którym coś się wydarzyło. Ale jest to reportaż z miejsca, w którym nikt wcześniej nie był, bo nikt wcześniej nie umieszczał ludzi w sytuacjach opisanych na tych stronach. Autor - którego nazwiska nie muszę wymieniać, bo wymieniło się samo w ciągu trzech miesięcy, które spędził z bohaterami tej książki, oddychając tym samym powietrzem, pijąc tę samą herbatę, notując na tych samych serwetkach - autor jest jednocześnie świadkiem, kronikarzem i uczestnikiem. Nie biernym uczestnikiem - nie stał z boku, z notatnikiem, z dystansem profesjonalnego obserwatora. Stał blisko. Za blisko, powiedzą niektórzy. Wystarczająco blisko, powiem ja. Bo reportaż, który utrzymuje dystans, jest fotografią. Reportaż, który go traci, jest życiem. I ta książka jest życiem - brudnym, mokrym, poparzonym, pokłutym, połamanym, ale żywym. Żywszym niż cokolwiek, co czytałem od lat.
Muszę ostrzec czytelnika: ta książka nie jest łatwa. Nie jest łatwa fizycznie - niektóre opisy wymagają żołądka mocniejszego niż przeciętny, skóry grubszej niż przeciętna i serca twardszego niż przeciętne, choć - paradoksalnie - serca jednocześnie miękkiego, bo to, co dzieje się z bohaterami tej książki, wymaga od czytelnika nie tylko wytrzymałości, ale i empatii, a empatia jest miękka z definicji. Nie jest łatwa emocjonalnie - bo emocje, które ta książka wywołuje, nie są proste. Nie są czarno-białe. Nie są "strach" albo "podziw", "obrzydzenie" albo "fascynacja". Są wszystkim naraz - jak kolory na palecie malarza, które osobno są czyste i rozpoznawalne, ale zmieszane tworzą coś, co nie ma nazwy, co nie jest żadnym kolorem z osobna, ale co jest bardziej prawdziwe niż którykolwiek z nich.
I nie jest łatwa intelektualnie - bo ta książka zadaje pytania, na które nie ma odpowiedzi. Pytania o granice. O to, gdzie kończy się odwaga, a zaczyna szaleństwo. Gdzie kończy się telewizja, a zaczyna okrucieństwo. Gdzie kończy się eksperyment, a zaczyna eksploatacja. Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna materiał. Te pytania nie są retoryczne - są realne, naglące, bolesne, i autor nie udaje, że zna na nie odpowiedzi, co jest - w czasach, kiedy każdy ma odpowiedź na wszystko - aktem odwagi równie wielkim jak cokolwiek, co robią bohaterowie tej książki.
Bohaterowie. Muszę o nich powiedzieć kilka słów, bo to oni - nie scenarzysta, nie reżyser, nie producent, nie telewizja - oni są sercem tej książki. Piątka ludzi, których imiona i historie czytelnik pozna na tych stronach, i których - obiecuję - nie zapomni. Nie dlatego, że są nadludźmi. Właśnie dlatego, że nie są. Są ludźmi - z mięśniami, które się męczą, z kośćmi, które pękają, ze skórą, która się pali, z sercami, które biją szybciej, kiedy się boją, i wolniej, kiedy śpią. Są ludźmi, którzy - postawieni w sytuacjach, w których większość z nas po prostu by umarła - nie umierają. Nie dlatego, że są silniejsi. Dlatego, że decydują, że nie umrą. I ta decyzja - ta absurdalna, nielogiczna, piękna decyzja - jest tematem tej książki. Nie wyzwania. Nie konkurencje. Nie rekordy. Decyzja, żeby żyć. Podejmowana co sekundę. W każdym rozdziale. W każdej sytuacji. Wbrew wszystkiemu.
Każdy z piątki bohaterów wnosi do tej książki coś innego - i nie chodzi tu o umiejętności fizyczne, choć te są imponujące, lecz o coś głębszego, coś, co autor opisuje z czułością i precyzją, jakiej nie spodziewałem się po reportażu o programie telewizyjnym. Jest tu kobieta, która oddycha tak, jakby oddychanie było sztuką, i która w każdej sytuacji - od pierwszej do ostatniej - pozostaje sobą z godnością, która jest cichsza niż heroizm, ale trwalsza. Jest tu mężczyzna, który przez piętnaście lat walczył ze wszystkim i który - w ciągu trzech miesięcy opisanych w tej książce - uczy się nie walczyć, co jest lekcją trudniejszą niż jakiekolwiek pole bitwy. Jest tu strażak, który nie zdążył uratować kogoś, kogo nie umie zapomnieć, i który ratuje innych, żeby uratować siebie. Jest tu pływaczka, która odkrywa, że jej żywioł - woda - nie jest jedynym żywiołem, i że ziemia, ogień i powietrze mają w sobie tę samą ciszę, której szukała pod powierzchnią. I jest tu kobieta, która zaczynała jako osoba żyjąca na oczach milionów, a kończyła jako osoba żyjąca na własnych oczach - co jest podróżą dłuższą niż jakikolwiek rurociąg, wyższą niż jakikolwiek Everest, głębszą niż jakikolwiek wieloryb.
Jest w tej książce postać, o której muszę powiedzieć osobno, bo bez niej - bez jego cichej, uporczywej, nieustępliwej obecności - ta książka byłaby czymś innym. Byłaby kroniką szaleństwa. Byłaby katalogiem obrażeń. Byłaby listem pożegnalnym ludzkiego rozsądku. Ale jest czymś więcej - jest świadectwem troski. Troski jednego człowieka o drugich, troski lekarza o pacjentów, troski kogoś, kto mógł odejść - i kto miał wszelkie powody, żeby odejść - ale kto został. Bo ktoś musiał. Bo bez niego byłoby gorzej. I ta motywacja - "zostaję, bo bez mnie byłoby gorzej" - jest, myślę, najprostszą i najszlachetniejszą definicją tego, co znaczy być lekarzem, być człowiekiem, być tu.
Ten lekarz - z wenflonami w kieszeniach, z książkami na kolanach, z herbatą w kubku, z drżącymi rękami i z nieruchomymi oczami - jest moralnym centrum tej książki. Nie scenarzysta, który wymyślał. Nie reżyser, który kręcił. Nie producent, który płacił. Lekarz, który ratował. I który - szwy po szwach, bandaż po bandażu, oddech po oddechu - trzymał tych ludzi przy życiu. Nie dlatego, że im się należało. Dlatego, że on tak postanowił.
Powinienem powiedzieć też o scenarzyście - o człowieku, który to wszystko wymyślił, i bez którego ta książka nie istniałaby, tak jak nie istniałyby blizny na ciałach bohaterów, kontrowersje w mediach ani pytania etyczne, które ta książka stawia. Scenarzysta jest postacią, którą łatwo potępić - i wielu potępi, i słusznie. Ale jest też postacią, którą trudno zrozumieć - i warto próbować, bo zrozumienie nie jest aprobatą, a próba zrozumienia jest jedyną drogą do prawdy. Autor tej książki próbuje - z honorem - i nie udaje mu się do końca, co jest jedynym uczciwym wynikiem, bo zrozumienie kogoś, kto podpala lasy i wrzuca ludzi do wielorybów, nie powinno być łatwe. Powinno być trudne. Powinno boleć. Jak wszystko w tej książce.
Czytając tę książkę - a przeczytałem ją trzykrotnie, za każdym razem odkrywając coś, czego wcześniej nie widziałem, jak pijawkę ukrytą w fałdzie skóry, jak gwiazdę ukrytą za chmurą, jak prawdę ukrytą za absurdem - czytając ją, myślałem o jednym: o tym, że literatura jest przetrwaniem. Że opowieść jest przetrwaniem. Że zapisanie tego, co się przeżyło, jest aktem nie mniejszym niż samo przeżycie - bo przeżycie bez opowieści jest biologią, jest pulsem i oddechem, jest minutami i godzinami, które mijają i znikają. Ale przeżycie z opowieścią - przeżycie zapisane, opowiedziane, podane dalej - to jest życie. Życie, które przetrwa dłużej niż ciało, które je przeżyło. Życie, które zostanie na półce, w rękach, w oczach kogoś, kto tego nie przeżył, ale kto - czytając - poczuje echo. Cień. Wspomnienie czegoś, co było prawdziwe.
Ta książka jest takim echem. Jest cieniem ognia, który płonął. Jest wspomnieniem strachu, który minął. Jest śladem stopy na roztopionym żelazie, który zastygł. Jest dźwiękiem serca, które biło - szybciej, kiedy się bało, wolniej, kiedy spało, zawsze, kiedy żyło. I jest dowodem - jedynym, ostatecznym, niezbity dowodem - że ludzie przetrwają. Że zawsze przetrwają. Że nie ma takiej ciemności, takiej głębokości, takiej temperatury, takiego ciśnienia, takiego szaleństwa, takiej telewizji - nie ma niczego, czego człowiek nie przetrwa. Nie dlatego, że jest silny. Dlatego, że jest. I że decyduje, żeby być. I że ta decyzja - ta prosta, codzienna, nieheroiczna decyzja, podejmowana co rano, kiedy otwierasz oczy, i co wieczór, kiedy je zamykasz - ta decyzja jest najodważniejszą rzeczą, jaką człowiek robi.
Codziennie.
Bez kamer.
I to wystarczy.
Rozdział 5: Gołymi rękami
W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku pewien mechanik samochodowy z Osaki, Takeshi Yamamoto, rozebrał i złożył z powrotem silnik Hondy Civic w trzy godziny, czterdzieści siedem minut i dwanaście sekund, ustanawiając nieoficjalny rekord Japonii w kategorii, która oficjalnie nie istniała, ale która w środowisku japońskich mechaników cieszyła się szacunkiem porównywalnym z mistrzostwami sumo - tyle że zamiast wyrzucać przeciwnika z ringu, wyrzucało się tłoki z bloku silnikowego, co wymagało podobnej kombinacji siły, precyzji i absolutnego braku litości wobec materii. Yamamoto wykonał ten wyczyn w warsztacie, na podnośniku hydraulicznym, przy dobrym oświetleniu, w temperaturze dwudziestu dwóch stopni Celsjusza, z pełnym zestawem narzędzi klasy profesjonalnej, z kubkiem zielonej herbaty na stole i z żoną, która przynosiła mu onigiri co godzinę.
Wspominam o Yamamoto, ponieważ warunki, w jakich piątka zawodników "Szokującej szkoły przetrwania" miała rozebrać i złożyć motocykl, różniły się od warunków w warsztacie w Osace w sposób, który najlepiej opisać przy pomocy analogii: to tak, jakby poprosić chirurga o przeprowadzenie operacji na otwartym sercu, ale nie w sali operacyjnej, lecz na karuzeli, podczas trzęsienia ziemi, z zawiązaną jedną ręką, w ulewie, i z zastrzeżeniem, że pacjent jedzie z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę. I że nie ma znieczulenia. I że karuzela jest na ogień. I że chirurg nie jest chirurgiem, tylko byłym komandosem, instruktorką freedivingu, strażakiem, pływaczką i influencerką, z których żadne nigdy nie rozkręcało motocykla, nie mówiąc już o rozkręcaniu go w ruchu na autostradzie podczas burzy.
Ale po kolei.
Pomysł na piątą konkurencję, jak wszystkie pomysły Bartosza Sikorskiego, miał swoją genezę w zdarzeniu pozornie banalnym, które w umyśle scenarzysty uległo mutacji tak radykalnej, że produkt końcowy przypominał materiał wyjściowy mniej więcej tak, jak Godzilla przypomina jaszczurkę, z której - według pewnej interpretacji filmu - powstała. Otóż Sikorski, jadąc pewnego wiosennego poranka motocyklem - Yamaha MT-07, rocznik dwa tysiące dziewiętnasty, kolor ciemnoszary, dwa cylindry, siedemdziesiąt pięć koni mechanicznych - autostradą A2 z Warszawy do Poznania, doświadczył usterki. Na wysokości Łowicza, przy prędkości stu trzydziestu kilometrów na godzinę, od motocykla odpadła osłona boczna - plastikowy panel mocowany trzema śrubami, który poluzował się od wibracji i oderwał z trzaskiem, który Sikorski opisał jako "dźwięk mojego serca pękającego, bo ten panel kosztował czterysta złotych".
Panel odleciał, uderzył w szybę jadącego za nim Opla Astry - nie powodując szkód, ale powodując atak paniki u kierowcy Opla, który zahamował tak gwałtownie, że za nim zahamowało dwanaście samochodów, a za dwunastym samochodem zahamowała ciężarówka z kurczakami, która nie zdążyła i wjechała w dwunasty samochód, co spowodowało karambol, który na szczęście nie miał ofiar śmiertelnych, ale miał cztery tysiące kurczaków, które wydostały się z uszkodzonej naczepy i przez trzy godziny blokowały autostradę A2 w obu kierunkach, co było - jak napisał jeden z komentatorów internetowych - "najdziwniejszym korkiem w historii polskiej motoryzacji, i mówię to jako człowiek, który pamiętał blokadę rolników w dwa tysiące dwudziestym czwartym".
Sikorski, który nie wiedział o kurczakach - bo odjechał, zanim doszło do karambolu, i dowiedział się o całym zdarzeniu dopiero z wiadomości, siedząc w restauracji pod Poznaniem - zapamiętał z tego incydentu jedno: jak łatwo motocykl traci części. I jak trudno byłoby te części przyłożyć z powrotem. W ruchu. Na autostradzie.
- I wtedy pomyślałem - opowiadał mi Sikorski, tym razem nie w kawiarni na Mokotowie, lecz w przyczepie produkcyjnej na parkingu za centrum handlowym, ponieważ kawiarnia odmówiła mu wstępu po tym, jak ostatnim razem rozlał espresso na laptop sąsiedniego gościa, gestykulując zbyt entuzjastycznie przy opisywaniu koncepcji "Biegu przez ogień" - pomyślałem: a gdyby tak odwrócić sytuację? Nie motocykl, któremu odpada część, ale człowiek, który rozbiera motocykl. Celowo. Systematycznie. Śruba po śrubie. W ruchu. Na autostradzie. A potem składa go z powrotem. Wszystko gołymi rękami. Bez narzędzi.
- Bez narzędzi - powtórzył Walczak, który w tym momencie kariery wyglądał nie tyle na zmęczonego, ile na kogoś, kto przeszedł przez wszystkie fazy zmęczenia i wyszedł po drugiej stronie, osiągając stan transcendentalnej rezygnacji, w której nic nie jest zaskoczeniem, bo wszystko jest szaleństwem, a szaleństwo, jeśli jest wystarczająco konsekwentne, staje się normą.
- Bez narzędzi. Gołymi rękami. Dlatego tytuł - "Gołymi rękami". I jeszcze jedno - dodał Sikorski, z uśmiechem, który wyglądał jak uśmiech dziecka pokazującego dorosłemu pająka znalezionego w ogrodzie, nie rozumiejąc, dlaczego dorosły krzyczy. - Burza. Chcę burzę.
- Chcesz burzę - powtórzył Walczak.
- Chcę burzę. Prawdziwą burzę. Deszcz, wiatr, pioruny. Na autostradzie, na motocyklu, w stu dwudziestu na godzinę, ręce mokre, śruby mokre, metal mokry, wszystko mokre i śliskie i niemożliwe. To jest telewizja. To jest -
- To jest czysty obłęd, Bartosz.
- To jest to samo, Andrzej. To jest dokładnie to samo.
I miał rację. Obłęd i telewizja - w kontekście "Szokującej szkoły przetrwania" - były synonimami tak ścisłymi, że słownik mógłby je zamienić miejscami i nikt by nie zauważył.
Kwestia prawna piątej konkurencji była, delikatnie mówiąc, labiryntowa. Rozebranie motocykla na autostradzie w ruchu nie mieściło się w żadnej kategorii polskiego prawa drogowego - nie dlatego, że było zakazane, lecz dlatego, że ustawodawca, projektując kodeks drogowy, nie przewidział sytuacji, w której ktokolwiek chciałby to zrobić. Prawo jest, z natury rzeczy, reaktywne - zakazuje rzeczy, które ludzie już robili, a nie rzeczy, które mogliby zrobić, gdyby byli wystarczająco kreatywni i wystarczająco niepoczytalnie finansowani. W kodeksie drogowym nie ma artykułu zakazującego rozkręcania pojazdu w ruchu, tak jak nie ma artykułu zakazującego jazdy na jednorożcu po pasie awaryjnym - nie dlatego, że jest to dozwolone, lecz dlatego, że nikt nie uznał za konieczne tego zakazywać.
Zespół prawny produkcji - troje prawników, z których jeden specjalizował się w prawie drogowym, drugi w prawie ubezpieczeniowym, a trzeci w prawie karnym, "na wszelki wypadek", jak powiedział Stępkowski, producent wykonawczy, z nonszalancją, która byłaby alarmująca, gdyby nie była w tym momencie już normalna - opracował strategię polegającą na zamknięciu odcinka autostrady A6 pod Szczecinem. Tak, zamknięciu autostrady. Całej autostrady. Obu pasów ruchu plus pasa awaryjnego, na odcinku dwudziestu kilometrów, na czas czterech godzin.
Jak zamyka się autostradę? Otóż, jak się okazało, łatwiej, niż można by sądzić, ale drożej, niż ktokolwiek chciałby zapłacić. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA) posiada procedurę zamykania odcinków autostrad na potrzeby - cytuję z regulaminu - "wydarzeń o charakterze specjalnym, w tym testów pojazdów, nagrań filmowych i ćwiczeń służb ratunkowych". Klucz leżał w słowach "nagrań filmowych" - producenci "Szokującej szkoły przetrwania" złożyli wniosek o zamknięcie odcinka autostrady na potrzeby "produkcji audiowizualnej o tematyce motoryzacyjnej", co technicznie było prawdą, w tym samym sensie, w jakim Titanic był "podróżą morską o tematyce nawigacyjnej".