Wyznanie - Jessie Burton

Reflow text when sidebars are open.
1.
Tamtego wczesnozimowego popołudnia w Hampstead Heath Elise czekała tak naprawdę na kogoś innego. Spotkanie zaaranżował John, jej współlokator i zarazem gospodarz domu, w którym mieszkała. Sama nie była pewna, dlaczego zgodziła się pójść na randkę z mężczyzną, którego nigdy nie widziała, trzeba jednak przyznać, że często ulegała namowom znajomych. Koniec końców facet się nie zjawił, a gdy już miała ruszyć z polany prosto w snop gasnącego blasku słońca, ujrzała kobietę - stała samotnie przy skupisku drzew o cynamonowych liściach, wyróżniających się wyraźnie na tle nieba w kolorze tureckiego błękitu. Drzewa górowały nad jej sylwetką, przytłaczające, choć przecież nie mniejsze ani nie większe niż zwykle. Zdawały się tworzyć coś w rodzaju wspaniałego nakrycia głowy, jakby kobieta była boginią czy królową natury. Spojrzała w stronę Elise i posłała jej z oddali uśmiech - jak paziowi ze swojego dworu, którego nieoczekiwanie postanowiła obdarzyć uwagą.
Kto wie, może spóźniony amant przybiegł w końcu do parku, może gnał zdyszany w szaliku i watowanej kurtce, brodząc w powodzi zwiędłych liści. Elise nigdy się o tym nie przekonała, bo odwzajemniła uśmiech nieznajomej, która ruszyła w jej stronę - i plan został zakłócony. Elise obróciła się na pięcie i zaczęła iść, gdy jednak obejrzała się przez ramię, dostrzegła, że nieznajoma podąża za nią. Właściwie to nic nowego; Elise była przyzwyczajona do tego, że ludzie za nią chodzą. Jako dziesięciolatka podsłuchała w kuchni rozmowę - jej mama powiedziała wówczas znajomemu, że Elise będzie w przyszłości łamać chłopcom serca, a ona nigdy tego nie zapomniała. Dorośli lubią mówić dzieciom, co w nich widzą: jakie są i kim będą w przyszłości, a dzieci przeważnie to zapamiętują. Wszyscy jej powtarzali, że los obdarzył ją urodą, ale ona nie rozmawiała o tym ani nie próbowała tego wykorzystać, chociaż niejednokrotnie, gdy miała trzynaście, czternaście lat, zaczepiano ją na ulicy, by zaoferować jej pracę w modelingu. Nigdy nie przyjęła żadnej z tych propozycji, nigdy nie oddzwaniała na podawane numery telefonów. Ba, pomimo zainteresowania jej osobą czuła się niewidzialna - do chwili, gdy spod cynamonowych drzew w parku Hampstead Heath spojrzała na nią Constance Holden.
Po wyjściu z parku szły wzdłuż długiego ogrodzenia okalającego cmentarz, a Elise rozmyślała nad tym, co się zaraz stanie. Nigdy wcześniej nie była z kobietą. Przystanęła, lecz nie spojrzała za siebie - czekała jak wiedźma w zabawie w raz, dwa, trzy, Baba-Jaga patrzy. Wyobraziła sobie, że rzuca prętem ogrodzenia niczym oszczepem, daleko jak olimpijka, a ten trafia w przypadkowy grób i roztrzaskuje zakopane kości. Pokazałaby tej nieznajomej, jaka jest silna.
W końcu postanowiła się odwrócić. Kobieta stała nieopodal z rękami założonymi na piersi i lekkim zmieszaniem malującym się na twarzy. Z całą pewnością była od Elise starsza, ale to samo można by powiedzieć o większości dorosłych osób, jakie Elise napotykała w swoim życiu, sama miała bowiem dopiero dwadzieścia lat. Tamta była prawdopodobnie po trzydziestce. Elise przyjrzała się z zaciekawieniem jej strojowi: męskiej koszuli, długiemu, rozpiętemu płaszczowi, który odsłaniał obcisłe, proste dżinsy, oraz parze brogsów. Żadnego ostentacyjnego makijażu, dwie srebrne kuleczki w uszach i delikatny zegarek na pięknym nadgarstku. Elise zacisnęła dłoń na ogrodzeniu cmentarza i postanowiła się odezwać, przekonana, że w miejscu publicznym nic jej nie grozi. Kimkolwiek była ta osoba, nie będzie jej molestować ani nie przebije prętem. Zresztą odwołano zajęcia z malarstwa, na których pozowała, więc i tak nie miała dziś nic lepszego do roboty.
- Któregoś dnia umrę i tyle po mnie zostanie. - Wskazała palcem za ogrodzenie, w żaden sposób nie komentując tego, że nieznajoma zdawała się ją śledzić.
Kobieta mocniej objęła się ramionami i zaśmiała w sposób, który w oczach Elise dodał jej pewności siebie. Lisica stojąca na zadnich łapach. Elise spojrzała ponad jej ramieniem na nagrobki, sterczące z ziemi jak krzywe zęby. Stały po biednej stronie cmentarza, z dala od marmurowych grobowców pionierów przemysłu i towarzyszących im żon, skulonych w czarnej ziemi. Za nimi zaś znajdowało się krematorium z wysokim ceglanym kominem, który na szczęście dziś nie dymił.
- Kiedyś z pewnością umrzesz, ale to się nie stanie prędko - odparła nieznajoma, a jej głos przeszył Elise jak stal.
Wpatrywały się w siebie przez chwilę.
- Czy mogę pani w czymś pomóc? - zapytała w końcu Elise.
Szybko znalazły jakiś tani bar, otwarty do późna, ale nie zamówiły nic do jedzenia. "Connie", przedstawiła się nieznajoma; "Elise Morceau", odpowiedziała Elise. Siedziały po przeciwnych stronach stołu z kubkami parującej herbaty, rozgrzewając skostniałe palce na taniej porcelanie. Kobieta przyglądała się Elise, jakby ta była istotą ze snu.
- Zwykle tego nie robię - oznajmiła szczerze. - A ty?
- Nic się nie stało - zapewniła ją Elise, a następnie dla pewności spytała: - To znaczy, czego nie robisz?
Connie uniosła wzrok znad herbaty.
- No wiesz... Tego. Nie zaczepiam ludzi na ulicy. I nie wałęsam się z nimi po mieście.
- Ja chyba też nie. - Elise zauważyła, że Connie bardzo stara się ukryć palącą ciekawość. - Raczej mi się to nie zdarza - dodała, a Connie wyraźnie się rozluźniła.
Rozmawiały przez chwilę o tym, gdzie mieszkają - Connie nieopodal, Elise w Brixton.
- Zawsze tam żyłaś? Po południowej stronie rzeki? - dociekała Connie.
- Tak.
- Urodziłaś się tam?
Elise przyglądała się jej zaintrygowana.
- Aha.
- Ile masz lat?
- Dwadzieścia osiem.
Connie zmarszczyła brwi.
- Nie wierzę ci. Ile masz tak naprawdę?
- A ty?
- Trzydzieści sześć. To mój prawdziwy wiek, a Connie to prawdziwe imię.
- Ja mam dwadzieścia lat. I jestem Elise.
- Pracujesz w Londynie?
Elise pokiwała głową.
- W Sadzonce, kawiarni w Pimlico. Dorabiam też jako bileterka w National Theatre i pozuję do aktów w Royal College of Arts.
- Zróżnicowane portfolio - skomentowała Connie.
- A ty? Robisz w centrum? - zapytała Elise, a kobieta wyprostowała się, jakby uznała ten osobliwy dobór słów za drwinę.
- Pracuję w domu. Jestem pisarką.
- Co piszesz?
- Opowieści.
- W porządku, ale jakie?
- Cholernie dobre! - Connie parsknęła głośnym śmiechem.
- Jesteś tego pewna? - zapytała Elise.
- Czasami.
- To znaczy, że znajdę cię w bibliotece?
- W bibliotece, w księgarniach...
- Fajnie - stwierdziła Elise.
Connie wbiła wzrok w kubek z herbatą.
- No. Chyba całkiem fajnie. - Uniosła głowę. - Słuchaj, dasz się zaprosić na kolację?