Wyznania rzekomo porządnej dziewczyny - Joya Goffney

Kup ebooka

38.00 zł
29.64 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

DROGI CZY­TEL­NIKU,

kie­dyś by­łam na po­zór grzeczną dziew­czynką. Zdo­by­wa­łam do­bre stop­nie, nie prze­kli­na­łam, prze­strze­ga­łam za­sad i ni­gdy, prze­nigdy nie otrzy­ma­łam uwagi w szkole. Nie by­łam dziew­czyną, którą można było przy­ła­pać na ca­ło­wa­niu się z chło­pa­kami pod try­bu­nami. Nie by­łam dziew­czyną, którą można było przy­ła­pać na ca­ło­wa­niu się z chło­pa­kiem w ja­kim­kol­wiek miej­scu.

Słowo "seks" trak­to­wa­łam na równi z prze­kleń­stwem. Było czymś, co mo­gło znisz­czyć re­pu­ta­cję dziew­czyny, a jed­no­cze­śnie czymś, czego od niej ocze­ki­wano. Gdyby moja matka się do­wie­działa, że choćby my­ślę o sek­sie, urwa­łaby mi głowę. Moi ko­le­dzy z klasy za­kła­dali, że nie in­te­re­sują mnie te sprawy. Mój umysł był zbyt prze­ra­żony, by wy­mó­wić to słowo, a moje ciało... No cóż, ciało utknęło. Gdy w końcu zna­la­złam chło­paka i mo­głam od­kryć swoją sek­su­al­ność, fi­zycz­nie nie by­łam w sta­nie tego zro­bić i nie mia­łam po­ję­cia dla­czego.

Przez trzy lata ob­wi­nia­łam sie­bie, choć tak na­prawdę nie wie­dzia­łam, co ro­bi­łam źle. Do­piero na stu­denc­kiej im­pre­zie spo­tka­łam cu­downą dziew­czynę, która opo­wie­działa mi o do­le­gli­wo­ści zwa­nej po­chwicą. Wów­czas jed­nak nie są­dzi­łam, że do­świad­czam cze­goś, przez co prze­cho­dzi wiele dziew­cząt. Choć mój chło­pak był go­towy na mnie za­cze­kać, po­dej­rze­wa­łam, że ist­nieją dziew­częta po­dobne do mnie, które mu­siały so­bie ra­dzić z mniej wy­ro­zu­mia­łymi part­ne­rami.

Tak wła­śnie wpa­dłam na po­mysł na­pi­sa­nia tej książki.

Droga, którą prze­była Mo­ni­que, pró­bu­jąc ule­czyć swoje ciało i do­wie­dzieć się wszyst­kiego na te­mat po­chwicy, po­winna być rów­nież moją drogą. Cho­ciaż udało mi się "na­pra­wić" fi­zyczny aspekt mo­jego za­bu­rze­nia, ni­gdy nie za­głę­bi­łam się w przy­czyny na­tury men­tal­nej, które sta­no­wiły pod­łoże mo­jej do­le­gli­wo­ści. Przede mną wciąż więc jesz­cze sporo pracy.

Na­pi­sa­łam tę książkę, aby zwró­cić uwagę na pro­blem po­chwicy. Może uda mi się w ten spo­sób po­móc ko­muś, kto nie ro­zu­mie, co się dzieje z jego cia­łem. Po­nadto za­le­żało mi na uka­za­niu tego nie­zwy­kle trud­nego te­matu (dla mnie i dla osób do mnie po­dob­nych) w spo­sób nieco lżej­szy, pe­łen mi­ło­ści i hu­moru. Mam na­dzieję, że książka ta sprawi, że seks prze­sta­nie być po­strze­gany jako coś tok­sycz­nego, a Cie­bie za­in­spi­ruje do od­zy­ska­nia wła­snej toż­sa­mo­ści sek­su­al­nej bez po­czu­cia wstydu oraz lęku.

Bar­dzo dzię­kuję za prze­czy­ta­nie mo­jej książki!

JOYA

Roz­dział 1

TO JUŻ TRA­DY­CJA. Tata za­wsze znaj­dzie spo­sób, aby prze­dłu­żyć po­ranne na­bo­żeń­stwo do po­po­łu­dnia. Na­wet je­śli wcze­śniej obie­cał, że tym ra­zem bę­dzie ono krót­kie. Dzi­siaj pod­czas ka­za­nia przez dwa­dzie­ścia mi­nut udo­wad­niał, że Je­zus po­maga tym, któ­rzy sami o sie­bie dbają. Po­wta­rzał to zda­nie wiele razy, prze­ła­mu­jąc je głę­bo­kimi wes­tchnie­niami, ak­cen­tami per­for­ma­tyw­nej ra­do­ści oraz fra­zo­wa­niem z wier­nymi chwały Pana na za­sa­dzie za­wo­ła­nie-od­po­wiedź.

Nie tylko on w tym sie­dzi. Ber­tha, dy­ry­gentka chóru, oraz panna An­na­belle, na­sza so­listka, rów­nież biorą udział w tym spi­sku. Przy­się­gam, oni pró­bują za­mie­nić każdą nie­dzielę w ko­lejny od­ci­nek re­ality show pod ty­tu­łem Sun­day Best, któ­rego ce­lem jest wy­ło­nie­nie naj­lep­szego chóru go­spel. Nie każda pieśń po­winna trwać dzie­sięć mi­nut i nie każda musi koń­czyć się eks­ta­tycz­nym tań­cem wy­chwa­la­ją­cym Pana.

Czę­ściowo winę za to po­nosi Dom. Gdy za­siada przy per­ku­sji, a jego naj­lep­szy przy­ja­ciel, Ter­rence, chwyta za gi­tarę ba­sową, za­wsze po­ry­wają wier­nych do śpiewu, wzy­wają Du­cha Świę­tego i sta­rają się na­kło­nić sio­strę Betsy do pod­ska­ki­wa­nia. Tak na­prawdę jed­nak ro­bią, co mogą, by znowu spa­dła jej z głowy pe­ruka. Po­wie­dzia­łam Do­mowi, że naj­praw­do­po­dob­niej po tym wsty­dli­wym in­cy­den­cie, do któ­rego do­szło pew­nej pięk­nej nie­dzieli, Betsy zna­la­zła spo­sób, aby umo­co­wać ją dużo le­piej. On jed­nak na­dal ma na­dzieję na po­wtórkę.

Tata "otwo­rzył już wej­ście do świą­tyni", mamy za sobą ofia­ro­wa­nie i ogło­sze­nia dusz­pa­ster­skie, ale z ja­kie­goś po­wodu śli­ma­czy się z roz­po­czę­ciem ka­za­nia. Nie mam na to czasu. Jak tak da­lej pój­dzie, nie zdążę wy­pro­sto­wać wło­sów przed przy­jaz­dem Doma, który wie­czo­rem ma za­brać mnie na randkę. Dziś wy­pada druga rocz­nica na­szego związku. Rano, przed wyj­ściem z domu, wy­ja­śni­łam to ta­cie. "Ta­tu­siu", po­wie­dzia­łam, "dzi­siej­szy dzień jest dla nas ważny. Mu­simy wyjść punk­tu­al­nie. Pro­szę". On jed­nak jak zwy­kle od­po­wie­dział: "Nie można po­śpie­szać mo­dli­twy, Mo-Mo, ale dla cie­bie zro­bię, co w mo­jej mocy".

Na­prawdę, ta­tu­siu? Zro­bisz, co w two­jej mocy?

- Nie ma zna­cze­nia kto! - woła do mi­kro­fonu, koń­cząc na­bo­żeń­stwo w ulu­biony przez sie­bie spo­sób. Dzięki Bogu, zbli­żamy się do mety.

- Nie ma zna­cze­nia co! - Na jego twa­rzy ma­luje się sze­roki uśmiech, a na czole błysz­czą kro­ple potu. To jego ulu­biona chwila ty­go­dnia, to jego ulu­biona chwila dnia, ulu­biona chwila w ży­ciu. Uwiel­bia prze­by­wać w swoim ko­ściele, na­wet bar­dziej, niż pra­co­wać w na­szym ogro­dzie przy bu­do­wie ta­rasu, a trzeba wie­dzieć, że to dru­gie spra­wia mu na­prawdę dużo przy­jem­no­ści.

Wiem, że po­sługa pa­stora to jego naj­więk­sza ra­dość, ale nie ro­zu­miem tego. Po pro­stu nie poj­muję dla­czego. Czy mu się to nie nu­dzi? Każ­dej nie­dzieli, od cza­sów jego dzie­ciń­stwa, w ko­ściele dzieje się to samo. W la­tach osiem­dzie­sią­tych, gdy był mło­dym, ubo­gim chłop­cem, zna­lazł się pew­nego razu w tym za­byt­ko­wym bu­dynku z wi­tra­żami w oknach, przej­mu­ją­cymi ob­ra­zami przed­sta­wia­ją­cymi Je­zusa i po­grze­bo­wymi kwia­tami. Do­szedł wów­czas do wnio­sku, że to miej­sce bar­dzo mu się po­doba. Ale jak ktoś tak młody może za­pa­łać uczu­ciem do su­ro­wych za­sad typu "ciii, słu­chaj uważ­nie" lub "le­piej za­mknij oczy pod­czas mo­dli­twy", które sta­no­wią fun­da­ment każ­dego ko­ścioła czar­no­skó­rych bap­ty­stów na Po­łu­dniu? Jak ktoś w tym wieku może się za­ko­chać w czymś ta­kim?

Po śmierci pa­stora B.D. Jack­sona tata otrzy­mał wszystko - ko­ściół, kon­gre­ga­cję oraz ty­tuł. Mia­łam wów­czas pięć lat. W tam­tym cza­sie wierni nie byli co do niego prze­ko­nani. Oba­wiali się, że ze względu na swój młody wiek może oka­zać się eks­cen­tryczny. Tak przy­naj­mniej twier­dzi tata, po­nie­waż ja wi­dzę w oczach wier­nych je­dy­nie po­dziw dla niego. Wiel­bią zie­mię, po któ­rej stąpa pa­stor T. Ja na­to­miast co nie­dzielę ro­bię, co mogę, by mieć oczy otwarte.

Uwiel­biam mo­jego tatę, ale nie zno­szę ko­ścioła.

Je­dy­nym plu­sem od­wie­dza­nia tego miej­sca oraz sie­dze­nia w pierw­szej ławce obok mo­jej za­sad­ni­czej i de­spo­tycz­nej matki jest oka­zja do oglą­da­nia Doma. Jego per­ku­sja stoi przed pul­pi­tem, więc znaj­duje się do­słow­nie przede mną. To przez niego nie mogę sku­pić wzroku na mo­jej Bi­blii.

Gdy wierni wo­łają w od­po­wie­dzi: "Tak", Dom ude­rza w bę­ben ba­sowy i kilka razy w ta­le­rze. Na­stęp­nie po­woli unosi wzrok i spo­gląda w moje oczy.

Do­mi­nic Hud­son to pro­te­go­wany mo­jego taty. Świet­nie so­bie ra­dzi pod­czas wy­stę­pów w trak­cie na­bo­żeństw. Po­nadto jest wspa­nia­łym spor­tow­cem, więc znają go wszy­scy miesz­kańcy mia­steczka. I choć jest bar­dziej za­an­ga­żo­wany w ży­cie ko­ścioła niż ja, córka pa­stora, nie ma re­pu­ta­cji po­boż­ni­sia. Wy­nika to praw­do­po­dob­nie z faktu, że gdy je­ste­śmy poza ko­ścio­łem, za­cho­wuje się zu­peł­nie ina­czej. Kiedy prze­klina, w po­bliżu nie ma do­ro­słych, któ­rzy mo­gliby to usły­szeć.

Dom jest moim chło­pa­kiem ma­rzeń. Jest prze­cu­downy, słodki, wszy­scy go lu­bią i na­prawdę za mną sza­leje. Kiedy pa­trzymy so­bie w oczy, nic in­nego nie ma zna­cze­nia. Głos mo­jego taty oraz to­wa­rzy­szące mu wy­zna­nia wiary giną gdzieś w tle. Moje serce dudni i za­czyna bić szyb­ciej niż bę­ben per­ku­sji Doma. Mam ogromne szczę­ście, że się ze mną zwią­zał. Każdy tak mówi. Mam szczę­ście, że zdo­by­łam serce Do­mi­nika Hud­sona. I mają ra­cję. Trak­tuje mnie tak, jak tata trak­tuje mamę. Jak kró­lową. Jak klej­not. Jak coś wła­snego.

Dom uśmie­cha się zło­śli­wie i wska­zuje głową w kie­runku dia­kona Han­sona, który sie­dzi z za­mknię­tymi oczami i twa­rzą zwró­coną ku su­fi­towi, jakby pła­wił się w Sło­wie Bo­żym. Dom wy­wraca oczami i po­ru­sza ustami w górę i w dół, jak ryba. Nie­zły z niego nu­mer. Wie, jak mnie roz­śmie­szyć.

Na­gle, roz­chi­cho­tana, milknę, bo mama pstryka pal­cami przed moją twa­rzą.

Mój żo­łą­dek się kur­czy, a mo­tyle, które czu­łam przed se­kundą, zni­kają w jed­nej chwili. Gdy na nią pa­trzę, to jak­bym miała przed sobą Me­duzę. Jej ciemne, zwę­żone oczy i roz­sze­rzone noz­drza za­mie­niają mnie w ka­mień. Dzi­siaj już po raz drugi przy­ła­puje nas na wy­głu­pach. Po­chyla się nad moim uchem i mówi:

- Przy­rze­kam, Mo­ni­que, że je­śli jesz­cze raz cię upo­mnę, ni­g­dzie dziś nie wyj­dziesz.

Po tych sło­wach pro­stuje się i krzy­żuje nogi w kost­kach, a na­stęp­nie przy­wo­łuje na swo­jej twa­rzy ła­godny ko­ścielny uśmiech. Moja mama nie na­leży do słod­kich osób, ale w ko­ściele jest wy­jąt­kowo ry­go­ry­styczna. Nie po­zwoli, abym przy­no­siła jej wstyd przed wszyst­kimi ze­bra­nymi tu­taj ludźmi.

Za­wsze per­fek­cyjna i ele­gancka - jest do­kład­nym ucie­le­śnie­niem wy­obra­żeń o ty­po­wej "czar­no­skó­rej ko­bie­cie z Po­łu­dnia". Za­cho­wuje się jak kró­lowa i trzeba przy­znać, że w tej nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści, gdzie czar­no­skó­rzy sta­no­wią je­dy­nie dzie­sięć pro­cent miesz­kań­ców, w pew­nym sen­sie za­li­czamy się do ary­sto­kra­cji. Mój tata jest pa­sto­rem w je­dy­nym ko­ściele dla czar­no­skó­rych w mia­steczku. Pełni też rolę men­tora dla wszyst­kich czar­no­skó­rych spor­tow­ców oraz przy­jaźni się z tre­ne­rami. Wszy­scy go znają, po­dob­nie jak moją matkę - na­uczy­cielkę na­ucza­nia po­cząt­ko­wego, trzy­krotną zwy­cięż­czy­nię Kon­kursu na Naj­lep­sze Cia­sto pod­czas Do­rocz­nego Fe­stynu Je­sien­nego. Swój ty­tuł za­wdzię­cza plac­kowi ze słod­kich ziem­nia­ków.

Ja na­to­miast je­stem po pro­stu ich córką. Ozna­cza to, że dzie­ciaki w szkole za­cho­wują przy mnie ostroż­ność. Uwa­żają na słow­nic­two, nie za­pra­szają na im­prezy, bo wie­dzą, że ro­dzice i tak mnie nie pusz­czą. Do tego trak­tują, jak­bym była cho­dzą­cym wzo­rem wszel­kich cnót oraz ka­pu­siem, cho­ciaż ni­gdy w ży­ciu na ni­kogo nie do­nio­słam. Chcia­ła­bym, aby dali mi kre­dyt za­ufa­nia, po­dob­nie jak ro­bią to w sto­sunku do Doma. Po­mimo iż jest prak­tycz­nie po­strze­gany jako syn pa­stora, wszy­scy uwa­żają, że jest w po­rządku.

- Amen - mówi tata, uci­sza­jąc ze­bra­nych wier­nych i wy­cie­ra­jąc czoło chu­s­teczką. - Chwalmy Pana. Jak wie­cie, każ­dej pierw­szej nie­dzieli mo­dli­twę na za­koń­cze­nie pro­wa­dzi przed­sta­wi­ciel mło­dzieży - ak­cen­tuje ostat­nie słowo, a we mnie wzbiera lęk, bo mama kła­dzie mi dłoń na karku i za­czyna wy­py­chać mnie do przodu.

Nie. Nie stanę przed tymi wszyst­kimi ludźmi, aby się mo­dlić. Tu­taj są pra­wie wszyst­kie czar­no­skóre dzie­ciaki uczęsz­cza­jące do mo­jej szkoły. Nie ma mowy. Po pierw­sze, mam już przy­piętą łatkę po­boż­nisi i to tylko po­gor­szy sy­tu­ację, a po dru­gie, kiep­sko ra­dzę so­bie z ta­kimi wy­stą­pie­niami. Tata twier­dzi, że mo­dli­twa jest po pro­stu roz­mową z Bo­giem, ale oczy­wi­ste jest, że trzeba mieć do tego dryg.

- Ktoś chętny? - pyta tata, roz­glą­da­jąc się po ko­ściele.

- Idź - po­na­gla mama i wy­py­cha mnie jesz­cze moc­niej. Nie ru­szam się jed­nak z miej­sca. Ist­nieje duże praw­do­po­do­bień­stwo, że je­śli te­raz nie wstanę, dziś wie­czo­rem za­broni mi wyj­ścia z Do­mem, ale więk­sze są szanse na to, że wy­dzie­dzi­czy mnie, je­śli zde­cy­duję się wy­stą­pić i za­cznę się przy wszyst­kich ją­kać. Mama musi so­bie od­po­wie­dzieć na py­ta­nie - co jest mniej że­nu­jące: moja bier­ność czy du­ka­nie mo­dli­twy przed ze­bra­nymi tu­taj wier­nymi?

Za­nim przy­cho­dzi jej do głowy, by wy­cią­gnąć mnie za włosy przed pul­pit, Sa­sha How­ser, młod­sza sio­stra Ter­rence'a, wstaje i idzie na śro­dek ko­ścioła. W ten spo­sób ra­tuje mnie, a jed­no­cze­śnie po­grąża. To wła­śnie ją moja mama daje mi za­wsze za przy­kład, gdy kry­ty­kuje moje za­cho­wa­nie. "Dla­czego nie mo­żesz zro­bić tego czy tam­tego jak Sa­sha?". Po dzi­siej­szym dniu bę­dzie jesz­cze go­rzej.

Ni­gdy nie wi­dzia­łam, aby ktoś tak młody był tak bar­dzo od­dany Je­zu­sowi. Ni­gdy też nie pa­ła­łam do ni­kogo taką nie­na­wi­ścią jak do niej. Sie­dzi za­wsze z no­sem wci­śnię­tym mię­dzy kartki Bi­blii, a pod­czas mo­dli­twy trzyma dło­nie równo zło­żone.

- Za­pra­szam, Sa­sha. Ko­chani, za­chęćmy ją bra­wami - prosi tata, prze­cho­dząc obok pul­pitu, by wrę­czyć Sa­shy mi­kro­fon. Wierni za­czy­nają kla­skać i wy­chwa­lać jej ini­cja­tywę. Mama nie­chęt­nie za­biera rękę z mo­jego karku i łą­czy dło­nie w mo­dli­tew­nym ge­ście.

Sa­sha idzie w swo­jej skrom­nej wor­ko­wa­tej su­kience z przy­kle­jo­nym uśmie­chem na ład­nej twa­rzy. Trzy­ma­jąc mi­kro­fon w dłoni, za­czyna:

- Dzię­kuję, pa­sto­rze T. Pro­szę wszyst­kich ze­bra­nych, po­chyl­cie głowy i mó­dl­cie się ra­zem ze mną.

Po­chy­lam głowę, ale nie mam za­miaru się z nią mo­dlić. Je­stem wście­kła. Wy­szło go­rzej, niż gdy­bym po­szła tam i za­częła się ją­kać. Po pro­stu wiem, że przez całą drogę do domu mama bę­dzie mó­wiła w kółko o tym, że Sa­sha jest dużo lep­sza ode mnie.

- Boże Oj­cze, przy­cho­dzimy do Cie­bie po­korni i wdzięczni za ko­lejny dzień, by od­dać Ci cześć. Nie mu­sia­łeś nas oca­lić, ale to zro­bi­łeś, o do­bry Boże. Do­tkną­łeś nas dziś rano i tchną­łeś w nas ży­cie.

- Tak, Pa­nie - szep­cze moja mama obok mnie.

Mam po­chy­loną głowę, a moje dło­nie leżą zło­żone na ko­la­nach. Wy­glą­dam jak po­rządna córka pa­stora. Na­gle czuję wi­bra­cje na ławce. Otwie­ram sze­roko oczy i wbi­jam wzrok w kostki dłoni. Od razu się orien­tuję, że to nie mój te­le­fon. To te­le­fon Reg­giego.

Pra­wie za­po­mnia­łam, że sie­dzi obok mnie. Za­cho­wy­wał się dziś za­dzi­wia­jąco ci­cho i grzecz­nie, aż do te­raz. Ob­ser­wuję ką­tem oka, jak sięga do kie­szeni i wyj­muje te­le­fon. Na ekra­nie wi­bru­ją­cego smart­fona wid­nieje słowo "La­ser". Czuję, jak mama za­czyna się de­ner­wo­wać, czuję, jak z każdą ko­lejną se­kundą trwa­ją­cego po­łą­cze­nia jej ciało sztyw­nieje.

O mój Boże, pod­czas gdy Sa­sha wy­po­wiada słowa mo­dli­twy do mi­kro­fonu, a wierni od­po­wia­dają "Tak, Pa­nie", "Amen" i "Dzięki Ci, Pa­nie", Reg­gie od­biera te­le­fon.

- Hej, La­ser.

A po­tem wy­bu­cha śmie­chem.

Mama po­chyla się, na­pie­ra­jąc na moje ra­mię, i sięga przeze mnie w jego kie­runku.

- Nie, stary, póź­niej do cie­bie za­dzwo­nię...

Mama wy­rywa te­le­fon z ręki Reg­giego, rzu­ca­jąc mu pełne dez­apro­baty i nie­do­wie­rza­nia spoj­rze­nie.

Czuję pa­lący wstyd. Nie je­stem jed­nak pewna, z czego on wy­nika. Z tego, że wszy­scy na nas pa­trzą? Oczy­wi­ście, ale rów­nież z tego, że moja mama nie ma pro­blemu z upo­mi­na­niem ob­cego dzie­ciaka. Reg­gie jest co prawda pod na­szą opieką pod­czas na­bo­żeństw oraz w dro­dze do i z ko­ścioła. Ale mimo wszystko.

Spo­gląda na moją mamę zdu­miony jej śmia­ło­ścią, a na­stęp­nie na mnie, jak­bym miała ja­ki­kol­wiek wpływ na to, co się stało. Nie mam żad­nego. Opusz­czam więc szybko wzrok z po­wro­tem na ko­lana, skła­dam dło­nie jesz­cze moc­niej i w my­ślach dzię­kuję Bogu za to, co za­szło. Żadne moje prze­wi­nie­nie nie równa się z nu­me­rem, który wy­wi­nął Reg­gie. Mama nie bę­dzie na­wet pa­mię­tała, żeby przy­cze­pić się do mnie i Doma. Nie bę­dzie pa­mię­tała, że to ja po­win­nam tam stać i od­ma­wiać mo­dli­twę za­miast Sa­shy, a to tylko dla­tego, że Reg­gie ode­brał te­le­fon w środku na­bo­żeń­stwa.

Reg­gie nie po­cho­dzi stąd. Naj­wi­docz­niej rów­nież nie otrzy­mał jesz­cze wy­star­cza­ją­cej dawki mści­wych spoj­rzeń mo­jej mamy, po­nie­waż każ­dej nie­dzieli wy­wija ja­kiś nu­mer. Po­przed­niej przy­ła­pano go na śpie­wa­niu "Mój Bóg jest ża­ło­ścią", za­miast tra­dy­cyj­nego "Mój Bóg jest mi­ło­ścią". Ty­dzień wcze­śniej pró­bo­wał ukraść coś z ko­szyka na ofiarę, co za­krawa na lekką iro­nię, po­nie­waż to wła­śnie z po­wodu kra­dzieży się tu­taj zna­lazł - w na­szym mie­ście i ko­ściele.

Z tego, co sły­sza­łam, Reg­gie miesz­kał kie­dyś w Hunt­sville, które są­sia­duje z na­szym mia­stecz­kiem, ale zo­stał wy­rzu­cony ze szkoły za wła­ma­nie się do niej i wy­nie­sie­nie kilku mało war­to­ścio­wych sprzę­tów, wśród któ­rych zna­la­zły się bez­na­dziejne te­le­wi­zory, które na­uczy­ciele wwożą na wóz­kach do klasy, gdy nie chce im się pro­wa­dzić lek­cji. Można by po­my­śleć, że do­stał na­uczkę. Jed­nak na­uczki spły­wają po tym chło­paku jak woda po kaczce. Nic go nie pe­szy. Nie ro­bią na nim wra­że­nia co­dzienne mo­dli­twy taty przed ko­la­cją przy na­szym ro­dzin­nym stole, obo­wiąz­kowe uczest­nic­two we mszy czy też nie­od­płatne prace wo­kół ko­ścioła - jakby już samo prze­by­wa­nie w tym bu­dynku miało od­mie­nić jego za­cho­wa­nie. Jest z nami od mie­siąca i już zy­skał so­bie okropną re­pu­ta­cję. Je­stem prze­ko­nana, że Bóg po­rzu­cił już na­dzieję wzglę­dem Reg­giego i za­czy­nam my­śleć, że tata po­wi­nien zro­bić to samo.

Sa­sha koń­czy mo­dli­twę i Reg­gie wy­krzy­kuje naj­gło­śniej ze wszyst­kich: "Amen".

Moja mama wrzuca te­le­fon do swo­jej to­rebki i szep­cze:

- Po­roz­ma­wiamy po mszy.

Reg­gie w od­po­wie­dzi uśmie­cha się do niej słodko i mówi:

- Oczy­wi­ście.

Chyba nie zdaje so­bie sprawy, w co się pa­kuje. Moja mama nie sto­suje ta­ryfy ulgo­wej dla ni­kogo i z całą pew­no­ścią nie po­zwoli, by ja­kieś dziecko oka­zy­wało jej brak sza­cunku - zwłasz­cza taki ło­buz jak Re­gi­nald Tur­ner. Po­siada po­nad­dwu­dzie­sto­let­nie do­świad­cze­nie w pracy z ta­kimi dziećmi. Nie dla­tego zy­skała re­pu­ta­cję naj­bar­dziej sza­no­wa­nej na­uczy­cielki w okręgu, że po­zwa­lała uczniom wła­zić so­bie na głowę.

Po na­bo­żeń­stwie mama za­trzy­muje Reg­giego jak za­kład­nika na tyl­nym sie­dze­niu swo­jego ca­dil­laca, a sama wraz z tatą robi tra­dy­cyjny ob­chód wszyst­kich wier­nych. Kiedy za­trzy­mują się przy dia­ko­nie Han­so­nie i roz­po­czy­nają mo­gącą trwać na­wet cały dzień roz­mowę o jego cią­głym ocze­ki­wa­niu na przy­zna­nie renty, Dom od­ciąga mnie na bok i pro­wa­dzi na tyły ko­ścioła.

Idziemy, trzy­ma­jąc się za małe palce u rąk. Spo­glą­dam przez ra­mię na tłum sto­jący na traw­niku, a na­stęp­nie na jego krót­ko­przy­strzy­żone włosy oraz łań­cu­szek na szyi. W jego wol­nej dłoni do­strze­gam czer­woną to­rebkę pre­zen­tową. Za­gry­zam wargę. Ku­pił mi pre­zent? Są­dząc po roz­mia­rze pa­kunku, spo­dzie­wam się bi­żu­te­rii. Może to pier­ścio­nek, który sta­nie się sym­bo­lem na­szej bli­sko­ści do czasu, aż bę­dziemy w od­po­wied­nim wieku, by się po­brać. Pój­dziemy wów­czas w ślady mo­ich ro­dzi­ców.

Zwią­zali się ze sobą w wieku sie­dem­na­stu lat, po­dob­nie jak my. Po szkole śred­niej po­szli do tego sa­mego col­lege'u, skoń­czyli stu­dia cztery lata póź­niej, po­brali się i na świat przy­szła moja sio­stra. Ich ży­cie było po­ukła­dane. Tego wła­śnie wszy­scy (zwłasz­cza moi ro­dzice) pra­gną dla mnie i dla Doma - po­ukła­da­nego ży­cia.

Przy­ci­ska moje plecy do pnia wy­so­kiego dębu ro­sną­cego za bu­dyn­kiem, na­sze stopy za­plą­tują się w ko­rze­nie. Sta­jemy się nie­wi­dzialni. W ca­łym mia­steczku mamy kilka ta­kich miejsc. Miejsc, w któ­rych mo­żemy się ca­ło­wać i nikt (moja mama) nie po­wie nam, że za­cho­wu­jemy się nie­od­po­wied­nio, że "pró­bu­jemy być do­ro­śli" albo że owład­nęły nami de­mony po­żą­da­nia. Po­ca­łunki Doma spra­wiają, że się roz­pa­dam na ka­wałki. Staję się de­mo­nem po­żą­da­nia. Staję się uoso­bie­niem sza­le­ją­cych hor­mo­nów odzia­nych w ko­ścielną su­kienkę.

- Mam coś dla cie­bie - mówi, trzy­ma­jąc usta tuż przy mo­ich. Otwie­ram oczy, gdy Dom od­suwa się ode mnie. Spo­gląda na mnie swo­imi wiel­kimi brą­zo­wymi oczami o bar­wie mro­żo­nej her­baty roz­świe­tlo­nej pro­mie­niami sło­necz­nymi. Moje serce wali, gdy wi­dzę, jak unosi małą czer­woną to­rebkę. - Nie mo­głem się zde­cy­do­wać, czy wrę­czyć ci ją te­raz czy wie­czo­rem. Ale do­sze­dłem do wnio­sku, że dam ci ją po mszy, abyś mo­gła ją wło­żyć na na­szą randkę.

Wy­ba­łu­szam oczy ze zdzi­wie­nia. To na pewno jest bi­żu­te­ria.

No­sze­nie kurtki Doma to jedno - gdy idę w niej szkol­nym ko­ry­ta­rzem, czuję, jak jej rę­kawy cał­kiem po­chła­niają moje ra­miona, a na ple­cach wid­nieje jego na­zwi­sko, "Hud­son". Ale pier­ścio­nek? Sta­ła­bym się wów­czas kimś wię­cej niż tylko sym­pa­tią ze szkoły śred­niej. Sta­ła­bym się czę­ścią jego przy­szło­ści.

Od­bie­ram od niego to­rebkę z głup­ko­wa­tym uśmie­chem na twa­rzy.

- My­śla­łam, że nie ro­bimy so­bie pre­zen­tów.

Wzru­sza ra­mio­nami.

- Nie mo­głem się oprzeć.

W środku znaj­duje się po­je­dyn­czy ar­kusz czer­wo­nej bi­buły. Po jej wy­ję­ciu moje palce na­tra­fiają na coś dużo bar­dziej mięk­kiego i de­li­kat­nego niż fil­cowe pu­dełko, któ­rego się spo­dzie­wa­łam. Sta­ram się za­cho­wać spo­kój na twa­rzy, gdy wy­cią­gam czer­woną ko­ronkę.

- Czy to... bie­li­zna? - py­tam prze­ra­żona, roz­cza­ro­wana i zdez­o­rien­to­wana, ale na­dal z uśmie­chem na ustach.

- Tak. Dziś wie­czo­rem mie­li­śmy znowu spró­bo­wać, prawda?

Moje wargi po­zo­stają w bez­ru­chu. Tak? Na­prawdę? Mia­łam na­dzieję, że dzi­siej­szy wie­czór bę­dzie wolny od zma­gań. Opusz­czam wzrok na jego czarne la­kierki za­plą­tane w ko­rze­nie drzewa, pró­bu­jąc po­zbyć się na­głego lęku, który chwyta mnie za gar­dło.

- Mo, to na­sza druga rocz­nica. - Jego ton staje się ostrzej­szy. - Naj­wyż­sza pora, aby­śmy raz na za­wsze roz­wią­zali nasz pro­blem.

- Wiem - od­po­wia­dam, po­ta­ku­jąc, ale nie na­wią­zuję kon­taktu wzro­ko­wego. Kiedy po­now­nie spo­glą­dam w górę, na jego twa­rzy ma­luje się po­łą­cze­nie fru­stra­cji i zło­ści.

- Chcesz prze­cież upra­wiać seks, prawda? - pyta.

Tak mi się wy­daje. To zna­czy, tak. Chcę. Bar­dzo chcę. Ale z ja­kie­goś po­wodu chęci mi wy­star­czają. Ki­wam głową i mimo wszystko zmu­szam się do uśmie­chu, po­nie­waż za­leży mi, aby Dom na­dal we mnie wie­rzył.

- Za­łożę to dla cie­bie - obie­cuję.

- Tak? - W jego oczach po­now­nie po­ja­wia się ra­dość. Ca­łuje mnie prze­lot­nie. - Nie mogę się do­cze­kać, aż cię w tym zo­ba­czę. Wiesz co?

- Co? - od­po­wia­dam z uda­wa­nym en­tu­zja­zmem.

- Mam po­mysł, jak spra­wić, aby tym ra­zem nam się udało. - Py­tam go, o co cho­dzi, ale on tylko wtula swoją twarz w moją szyję. - Opo­wiem ci póź­niej. - Ła­sko­cze mnie, więc za­czy­nam się śmiać, a na­stęp­nie od­naj­duję jego pod­bró­dek i po­now­nie przy­su­wam usta do jego warg. Ca­łu­jemy się w akom­pa­nia­men­cie od­gło­sów roz­mów i śmie­chu do­cho­dzą­cych sprzed ko­ścioła. Ca­łu­jemy się po­mimo mo­jego lęku i nie­po­koju. Ca­łu­jemy się jak mał­żeń­stwo.

Tata mówi, że dzie­ciaki ta­kie jak my po­winny trzy­mać ję­zyki w swo­ich ustach. Twier­dzi rów­nież, że po­ca­łunki po­winny trwać nie dłu­żej niż kilka se­kund. Dłuż­sze sta­no­wią za­chętę do czyn­no­ści, któ­rymi nie po­win­ni­śmy się in­te­re­so­wać - do czasu za­war­cia mał­żeń­stwa. Je­ste­śmy jed­nak z Do­mem bar­dzo w so­bie za­ko­chani. To je­dyny chło­pak, na któ­rego przez ostat­nie dzie­sięć lat spo­glą­da­łam. W końcu i tak się po­bie­rzemy. Po co więc cze­kać? Je­śli mamy skoń­czyć w tym sa­mym miej­scu, co moi ro­dzice, ja­kie ma zna­cze­nie to, co się dzieje tym­cza­sem?

Dom mu­ska ustami moją szyję, prze­suwa dło­nie w dół po mo­ich ple­cach, ła­pie za po­śladki i ści­ska. Prze­chy­lam szyję na prawo, by mógł po­ca­ło­wać mnie ni­żej. Gdy jego usta znaj­dują się przy moim de­kol­cie, sły­szę głos do­cho­dzący zza na­szych ple­ców:

- Mo­ni­que?

Otwie­ram sze­roko oczy i wi­dzę Reg­giego, który stoi kilka me­trów od nas i ob­ser­wuje, jak po­zwa­lamy so­bie na zbyt wiele na te­re­nie ko­ścioła. Za­bie­ram szybko dłoń Doma z mo­jego tyłka.

- Tak? - py­tam pi­skli­wym gło­sem.

- Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, ale twój tata pro­sił, abym cię za­wo­łał.

Ki­wam głową i czuję pa­lący ru­mie­niec na po­licz­kach.

- Do­brze. Już idę.

Po raz ostatni rzuca okiem na na­sze splą­tane ciała, a na­stęp­nie od­wraca się na pię­cie i wraca przed bu­dy­nek ko­ściół. Bóg je­den ra­czy wie­dzieć, jak długo tam stał i jak wiele wi­dział.

Dom zsuwa dłoń po­now­nie na moje po­śladki.

- Uwiel­biam two­jego tatę, ale nie ro­zu­miem, dla­czego tak bar­dzo się stara, by po­móc temu chło­pa­kowi. To prze­grana sprawa.

- Tata uważa, że z Reg­giem jest wszystko w po­rządku.

Dom od­suwa się od drzewa, ła­pie mnie za rękę, po czym pro­wa­dzi mnie wo­kół ko­ścioła.

- Z Reg­giem zde­cy­do­wa­nie coś jest nie w po­rządku. Kto od­biera te­le­fon w środku mszy? - Kiedy do­cie­ramy przed front bu­dynku, moi ro­dzice stoją obok ca­dil­laca. Gdy tylko tata do­strzega Doma, uśmie­cha się od ucha do ucha. Za­wsze tak re­aguje na jego wi­dok. Ła­pie go za kark i przy­ciąga do sie­bie.

- Świet­nie ci po­szło, chłop­cze.

- Dzię­kuję, pa­sto­rze T. - Dom śmieje się nie­śmiało i wy­suwa się z uści­sku mo­jego taty. - Za­sta­na­wia­łem się, pa­sto­rze, czy tak jak wcze­śniej za­po­wia­da­łem, mogę wie­czo­rem za­brać Mo na randkę. Dzi­siaj na­sza rocz­nica.

Tata spo­gląda na mnie, jakby roz­wa­żał jego słowa.

- No, nie wiem.

Prze­krę­cam głowę w wy­ra­zie znie­cier­pli­wie­nia.

- Ta­tu­siu. - Omó­wi­li­śmy to szcze­gó­łowo przed na­bo­żeń­stwem. Wie, że nie mogę się do­cze­kać wyj­ścia.

- Mó­wię po­waż­nie, ko­cha­nie. Cio­cia i wu­jek przy­jeż­dżają na ko­la­cję. Może po­win­ni­ście do nas do­łą­czyć, za­miast wy­cho­dzić na mia­sto.

- Ta­tu­siu, nie.

- Poza tym leci film, który tak chcia­łaś obej­rzeć. Jaki ma ty­tuł? - pyta mnie. - A, tak. Bunt dwu­latka.

- Ta­tu­siu, to ty chcesz go obej­rzeć! Od ty­go­dni pró­bu­jesz mnie na niego na­mó­wić!

Wy­bu­cha śmie­chem i szczy­pie mnie w po­li­czek.

- Dro­czę się z wami. - Otwiera drzwi od strony pa­sa­żera i sięga po dłoń mamy. - Oczy­wi­ście, że mo­że­cie wyjść. Ja­kie ma­cie plany na dziś?

To­re­beczka pre­zen­towa w mo­jej dłoni na­gle waży tonę.

- Pew­nie pój­dziemy na ko­la­cję w Spring - od­po­wiada Dom. - Od­wie­dzimy ja­kąś re­stau­ra­cję, w któ­rej jesz­cze nie by­li­śmy. Spring leży w po­bliżu Ho­uston, więc mo­żemy wró­cić tro­chę póź­niej. - Pró­buje ugrać nieco wię­cej czasu w ra­zie, gdyby na­sze "raz na za­wsze" za­jęło nieco wię­cej czasu, niż pla­no­wa­li­śmy.

Tata prze­krzy­wia głowę.

- Pro­sisz o prze­dłu­że­nie go­dziny po­wrotu? - Uśmie­cha się.

- Ta­tu­siu, to na­sza rocz­nica - od­po­wia­dam.

I gdy już się wy­daje, że jest go­towy się zgo­dzić, wtrąca się mama i psuje całą za­bawę. Jak zwy­kle.

- Mo­ni­que musi wró­cić do dzie­sią­tej. Żad­nych wy­jąt­ków, Dom.

Spo­glą­damy z Do­mem na tatę, ocze­ku­jąc, że zmieni de­cy­zję mamy, ale ona jesz­cze nie skoń­czyła.

- I ko­niec z gra­niem w ko­ściele. Prze­stań roz­pra­szać moją córkę pod­czas mszy, bo w prze­ciw­nym wy­padku to - wska­zuje pal­cem mnie, a po­tem Doma - się skoń­czy.

Pro­szę bar­dzo - oto jej ul­ti­ma­tum. Dom kiwa głową.

- Do­brze, pro­szę pani. Ro­zu­miem. Od­wiozę ją punkt dzie­siąta.

Dom zna mo­ich ro­dzi­ców rów­nie do­brze jak swo­jego ojca. Wie, kiedy nie ma sensu na­ci­skać na moją mamę. Spę­dził z nią wy­star­cza­jąco dużo czasu, by się zo­rien­to­wać, że ona nie ma w zwy­czaju ble­fo­wać.

Tata od­pro­wa­dza ją na miej­sce dla pa­sa­żera, za­myka drzwi i wraca na swoją stronę od przodu auta.

- Do zo­ba­cze­nia, synu.

- Tak, pro­szę pana.

Kiedy wsia­dam do sa­mo­chodu, Reg­gie sie­dzi już na tyl­nym sie­dze­niu z za­pię­tymi pa­sami. Dom po­chyla się i szep­cze mi do ucha:

- Przy­jadę po cie­bie o szó­stej. Nie za­po­mnij wło­żyć pre­zentu. - Po czym ca­łuje mnie w po­li­czek. - Do zo­ba­cze­nia - do­daje i za­myka drzwi od mo­jej strony.

Sie­dzę ze wzro­kiem wbi­tym przed sie­bie. Nie wy­glą­dam przez okno, by po­pa­trzeć, jak mój chło­pak znika w od­dali, nie spo­glą­dam w dół na pa­lącą moje ko­lana kon­tra­bandę, sta­ram się igno­ro­wać jego słowa roz­brzmie­wa­jące w mo­ich uszach: "raz na za­wsze".

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki