Wyznania otrzeźwiałego ekologa - Paul Kingsnorth

Kup ebooka

45.00 zł
31.76 zł (31,66 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

W po­szu­ki­wa­niu rzeki

Trudno jest zo­ba­czyć lwa, który cię po­żera.

Carl Gu­stav Jung

Nie pa­mię­tam co prawda, kto to po­wie­dział, ale po­noć wszy­scy au­to­rzy przez całe ży­cie na różne spo­soby pi­szą o tym sa­mym i zwy­kle nie są tego świa­domi. Gdy wra­cam te­raz do tych ese­jów, po­tra­fię do­ce­nić sto­jące za nimi prze­sła­nie, a pa­trząc z dy­stansu na wła­sne ob­se­sje i na­tręc­twa, wi­dzę, jak pewne za­gad­nie­nia wy­try­skują tu na po­do­bień­stwo gór­skich stru­mieni. Pod­czas pi­sa­nia nie za­wsze by­łem tego świa­domy, lecz te­raz do­strze­gam w tym miej­scu pły­nącą rzekę i chyba wiem, w którą stronę ona zmie­rza.

Pierw­szy esej za­warty w tej książce na­pi­sa­łem w 2009 roku, a więc chwilę po końcu świata. Każdy bo­wiem świat kie­dyś się koń­czy - to wła­śnie je­den z mo­ich ulu­bio­nych te­ma­tów, ob­se­sji albo na­tręctw - a kry­zys ka­pi­ta­li­zmu, ja­kiego do­świad­czy­li­śmy w 2008 roku, był je­dy­nie naj­śwież­szym tego przy­kła­dem. Z per­spek­tywy czasu glo­balny szok, który wów­czas na­stą­pił, wy­gląda nie tyle na usterkę ma­szyny, co ra­czej na pierw­szą fazę pro­cesu wiel­kiego do­sto­so­wa­nia się. Wła­ści­wie tamta re­ce­sja była oznaką po­waż­niej­szej cho­roby, do­tąd ka­mu­flo­wa­nej lub też od­su­wa­nej w cza­sie przez po­prze­dza­jące ją lata krót­ko­trwa­łego do­bro­bytu (przy­naj­mniej dla nie­któ­rych), ani­żeli prze­ja­wem nie­po­wo­dze­nia me­cha­ni­zmów ryn­ko­wych. Szybki wzrost po­pu­la­cji, po­stę­pu­jący kry­zys żyw­no­ściowy i braki w do­stę­pie do wody, pod­po­rząd­ko­wa­nie rzą­dów in­te­re­som kor­po­ra­cji i ro­snąca prze­paść po­mię­dzy eli­tami a resztą oby­wa­teli - wszyst­kie te sprawy są ze sobą ści­śle po­wią­zane. U ich pod­staw leży rzecz naj­istot­niej­sza, mia­no­wi­cie nie­usta­jące na­tar­cie uprze­my­sło­wio­nego skrzy­dła ludz­ko­ści na ży­cie sa­mej Ziemi.

Pi­szę ten wstęp dwa dni po opu­bli­ko­wa­niu przez cza­so­pi­smo "Na­ture" ostat­nich ba­dań na te­mat przy­spie­sza­ją­cego pro­cesu top­nie­nia lodu na An­tark­ty­dzie. Wy­gląda na to, że prze­biega on szyb­ciej, niż ocze­ki­wano, a skutki tego będą praw­do­po­dob­nie gor­sze, niż są­dzono. W ciągu naj­bliż­szych osiem­dzie­się­ciu pię­ciu lat mo­żemy spo­dzie­wać się pod­nie­sie­nia po­ziomu mórz o po­nad pół­tora me­tra, pod­czas gdy pier­wot­nie za­kła­dano, że po­dobna zmiana zaj­mie setki, je­śli nie ty­siące lat. Jest to tylko wierz­cho­łek, pro­szę wy­ba­czyć po­nurą dwu­znacz­ność, eko­lo­gicz­nej góry lo­do­wej. Skala wy­mie­ra­nia ga­tun­ków osią­gnęła po­ziom naj­wyż­szy od sześć­dzie­się­ciu pię­ciu mi­lio­nów lat. Od za­ra­nia dzie­jów ludz­ko­ści at­mos­fera ziem­ska nie za­wie­rała ta­kiego stę­że­nia dwu­tlenku wę­gla jak obec­nie. Na sku­tek ero­zji wy­wo­ła­nej na­szym dzia­ła­niem w ciągu za­le­d­wie stu pięć­dzie­się­ciu lat po­łowa ziem­skich za­so­bów war­stwy upraw­nej gleby prze­stała ist­nieć. Po­zo­stała część może znik­nąć na prze­strzeni ko­lej­nych sześć­dzie­się­ciu lat z po­wodu trud­no­ści z wy­ży­wie­niem na­dę­tej jak ba­lon i co­raz bar­dziej wy­ma­ga­ją­cej po­pu­la­cji przy co­raz mniej uro­dzaj­nych grun­tach. Mógł­bym tak wy­li­czać da­lej, ale po­dej­rze­wam, że już to wszystko wie­cie i że po­dob­nie jak inni nie ma­cie po­ję­cia, co z tym zro­bić, o ile w ogóle można z tym co­kol­wiek zro­bić.

Każdy świat kie­dyś się skoń­czy, im­pe­ria upa­dają od za­wsze, kli­mat zmie­niał się już wcze­śniej, a je­dyną stałą rze­czą jest zmiana. Po­cie­szamy się ta­kimi nar­ra­cjami, aby ja­koś prze­bić się przez mrok. Dzięki nim mo­żemy na­dal uni­kać zmie­rze­nia się z ogro­mem tego, co zro­bi­li­śmy i co wciąż ro­bimy. Po­zwa­lają nam rów­nież uda­wać, choćby jesz­cze przez chwilę, że ży­jemy we wła­ściwy spo­sób, że to nor­malne i nie­unik­nione, że bę­dzie tak na­dal oraz że z pro­ble­mami tymi można się upo­rać dzięki roz­waż­nemu wy­ko­rzy­sta­niu osła­wio­nej ludz­kiej in­te­li­gen­cji. Ale czy na po­zio­mie pry­mar­nym, in­tu­icyj­nym, ktoś na se­rio w to wie­rzy? My­ślę cza­sem, że w głębi serca, czyli tam, gdzie wciąż je­ste­śmy dzi­kimi zwie­rzę­tami, każdy z nas wie, co zro­bi­li­śmy. To prawda, że każdy świat kie­dyś się skoń­czy, ale nie w taki spo­sób. Ten ko­niec jest inny. Ten prze­ra­sta wszyst­kie, któ­rych do­świad­czy­li­śmy od po­czątku ist­nie­nia na­szego ga­tunku. My je­ste­śmy za niego od­po­wie­dzialni i bę­dziemy mu­sieli go prze­żyć, o ile w ogóle bę­dzie to moż­liwe.

Wła­śnie do ta­kich wnio­sków do­sze­dłem, za­nim za­czą­łem pi­sać po­niż­sze eseje. Nie spo­dzie­wa­łem się, że któ­ry­kol­wiek z nich trafi do książki. Kiedy przy­pa­try­wa­łem się ru­inie, w jaką za­mie­niamy szczo­dry i pe­łen ży­cia świat, przez długi czas to­wa­rzy­szyły mi gniew, fru­stra­cja, de­pre­sja, złość, de­ter­mi­na­cja i masa in­nych, bar­dziej zło­żo­nych emo­cji. Dużo ener­gii w okre­sie po­mię­dzy dwu­dziestką a trzy­dziestką po­świę­ci­łem ak­tyw­nej dzia­łal­no­ści eko­lo­gicz­nej, po­nie­waż są­dzi­łem, że jest to spo­sób na ura­to­wa­nie lub co naj­mniej na zmianę świata. Wiarę tę po­rzu­ci­łem przed upły­wem 2008 roku. Te­raz czuję, że ruch Zie­lo­nych po­niósł po­rażkę, przy­naj­mniej je­śli mó­wimy o du­żej, glo­bal­nej skali, na którą, jak za­wsze są­dzi­łem, po­wi­nien był od­dzia­ły­wać. Wie­dzia­łem, co lą­duje w at­mos­fe­rze i oce­anach, wie­dzia­łem, jak to coś wpływa na mi­sterne po­wią­za­nia po­mię­dzy po­szcze­gól­nymi czę­ściami ży­wej pla­nety i jak za­czyna je zmie­niać. Zro­zu­mia­łem, że nie da się już za­trzy­mać roz­pę­dzo­nej ma­chiny ludz­kiej - jej kół zę­ba­tych, pro­duk­cji, kon­sump­cji i spie­nię­ża­nia przy­rody na­zy­wa­nego wzro­stem. Zresztą więk­szość lu­dzi wcale by tego nie chciała. Więk­szość jest za­do­wo­lona. Wszel­kie ar­gu­men­ta­cje, barwne kam­pa­nie, wszyst­kie do­brze udo­ku­men­to­wane ana­lizy koń­czyły jak me­duza wy­rzu­cona przez fale na brzeg mo­rza, gdzie po­woli umiera z wy­czer­pa­nia. Uwa­ża­łem, że nie ma szans na po­wstrzy­ma­nie tego, co roz­pę­ta­li­śmy. Przyj­dzie nam jeść co po­pad­nie, włą­cza­jąc w to nas sa­mych. Jest już za późno, sprawa za­mknięta.

Moja mo­ty­wa­cja, aby chwy­cić za pióro, była w tym mo­men­cie pro­sta - wy­pra­co­wać wła­sne zda­nie na te­mat tego wszyst­kiego, za­pla­no­wać, co chcę zro­bić, i wresz­cie, jak po­zo­stać zdro­wym na umy­śle, kiedy już tego do­ko­nam. Więk­szość po­wsta­łej w wy­niku tego prozy była pier­wot­nie pu­bli­ko­wana w ze­szy­tach albo na stro­nie in­ter­ne­to­wej The Dark Mo­un­tain Pro­ject, którą po­wo­ła­łem do ży­cia w 2009 roku. Za­in­spi­ro­wani ma­ni­fe­stami mo­der­ni­stów, które po­wsta­wały przed stu laty w cza­sach in­nego ro­dzaju glo­bal­nych wstrzą­sów, wraz z ko­legą po pió­rze, Do­ugal­dem Hine'em, przy­go­to­wa­li­śmy nie­wielki ma­ni­fest Nie-cy­wi­li­za­cja, który miał być swego ro­dzaju wy­zwa­niem dla ar­ty­stów i li­te­ra­tów. Ów ma­ni­fest gło­sił (ma­ni­fe­sty to szumna rzecz i za­wsze coś ogła­szają), że to, z czym się mie­rzymy, nie jest wcale kry­zy­sem eko­no­micz­nym, po­li­tycz­nym czy tech­no­lo­gicz­nym, lecz kry­zy­sem opo­wie­ści. Te, które na­wza­jem snu­li­śmy w od­nie­sie­niu do na­szego miej­sca w świe­cie, oka­zały się nie­bez­pieczną po­myłką, a jej skutki trzeba te­raz na­pra­wić. Przy­naj­mniej czę­ściowo jest to za­da­nie dla pi­sa­rzy, ar­ty­stów i dla każ­dego, kto bawi się wy­obraź­nią dla upo­zo­ro­wa­nia ży­cia. Czy mo­gli­by­śmy być lepsi? Czy ja mogę być lep­szy? Przy­pusz­czam, że w rów­nym stop­niu było to wy­zwa­nie dla in­nych, jak i dla mnie sa­mego.

Nad biur­kiem mam przy­piętą kar­teczkę z cy­ta­tem. Kartka jest brudna i po­pla­miona, jako że wisi tam od lat. Cy­tat po­cho­dzi z eseju Geo­rge'a Or­wella, po­świę­co­nego Henry'emu Mil­le­rowi, eseju no­szą­cego ty­tuł W brzu­chu wie­lo­ryba. Or­well, pi­sząc o be­le­try­styce Mil­lera, wy­cho­dzi z ty­po­wym dla sie­bie, po­zba­wio­nym upięk­szeń spo­strze­że­niem: "Do­brych po­wie­ści nie pi­szą bo­wiem ani tro­pi­ciele or­to­dok­sji, ani drę­czeni wy­rzu­tami su­mie­nia z po­wodu wła­snej nie­orto­dok­syj­no­ści. Au­to­rami war­to­ścio­wych utwo­rów są ci, któ­rzy się nie boją"[1].

Po­dej­rze­wam, że pi­sząc te słowa, Or­well rzu­cał wy­zwa­nie rów­nież sa­memu so­bie. A jest to do­bre wy­zwa­nie, które i ja pró­buję pod­jąć, nie tylko w od­nie­sie­niu do mo­jej be­le­try­styki. W ni­niej­szych ese­jach usi­ło­wa­łem nie bać się kon­se­kwen­cji wła­snych my­śli, nie okła­my­wać się w kwe­stii kon­dy­cji świata i nie mó­wić ani so­bie, ani in­nym tego, co chcie­liby usły­szeć. Nie za­wsze mi się to uda­wało, być może na­wet w ogóle się nie udało. Na pewno mo­głem być bar­dziej od­ważny, za to do­ło­ży­łem wszel­kich sta­rań, aby pa­trzeć w spo­sób ja­sny i trzeźwy.

Więk­szość za­war­tych w tej książce ese­jów była pier­wot­nie za­miesz­czana w róż­nego ro­dzaju pu­bli­ka­cjach w la­tach 2010 - 2016. Więk­szość też po­ja­wia się w nie­zmie­nio­nej for­mie, cho­ciaż w kilku przy­pad­kach zda­rzają się drobne po­prawki zwią­zane z uzu­peł­nia­niem me­ry­to­rycz­nych luk, które ujaw­niły się po cza­sie, oraz w celu unik­nię­cia po­wtó­rzeń. Z ko­lei esej Ucząc się, co z tym ro­bić pu­bli­kuję po raz pierw­szy.

Kiedy spo­glą­dam wstecz i usi­łuję od­na­leźć rzekę, wi­dzę, że prze­wija się przez tę książkę nar­ra­cja o ze­rwa­niu po­łą­cze­nia po­mię­dzy ludźmi i miej­scami, prze­szło­ścią i te­raź­niej­szo­ścią, in­stynk­tem i ro­zu­mem, ale także nar­ra­cja o daw­nych i przy­szłych tego kon­se­kwen­cjach. Prze­bija się wą­tek za­głu­sza­nia cze­goś, co Tho­mas Berry na­zwał "wspa­niałą roz­mową" mię­dzy ludźmi a po­zo­stałą czę­ścią świata na­tury, oraz tego, co to ozna­cza. Książka ta trak­tuje o po­czu­ciu za­gu­bie­nia i pró­bach po­now­nego od­na­le­zie­nia drogi w nie­wia­ry­god­nie szybko zmie­nia­ją­cym się świe­cie, który ucieka od tego, co re­alne, w sztucz­ność i ogra­ni­cze­nia wy­ni­ka­jące z ludz­kiego nar­cy­zmu. Kie­ru­nek, który ob­ra­li­śmy, jest znany - w prze­ci­wień­stwie do celu po­dróży. Stare umarło bądź umiera, a nowe jesz­cze nie zdą­żyło się na­ro­dzić. Wąt­pię, aby kto­kol­wiek w tych cza­sach miał ja­kieś sen­sowne roz­wią­za­nia, ale może cho­ciaż uda się po­sta­wić sen­sowne py­ta­nia? I to sta­ra­łem się ro­bić.

hrab­stwo Gal­way, Ir­lan­dia, kwie­cień 2016

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki