"Wywieziono nas bydlęcymi wagonami" . Relacje deportowanych z Górnego Śląska do Związku Sowieckiego w 1945 roku - Sebastian Rosebaum, Dariusz Wegrzyn

Kup ebooka

35.00 zł
10.00 zł (35,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przypisy

Wprowadzenie

1 Zob. Deportacje Górnoślązaków do ZSRR w 1945 roku, red. A. Dziurok, M. Niedurny, Katowice 2004; Z przeklętego raju. Zapiski Górnoślązaków deportowanych w 1945 r. do ZSRS, oprac. K. Banaś i S. Rosenbaum, Katowice 2009; Wywózka. Deportacje mieszkańców Górnego Śląska do obozów pracy przymusowej w Związku Sowieckim w 1945 roku. Faktografia - konteksty - pamięć, red. S. Rosenbaum i D. Węgrzyn, Katowice 2014; E. Borkowska, U. Dylong, A. Jonderko, "Mieli wrócić za czternaście dni". Mieszkańcy Ostropy w obozach pracy przymusowej w Związku Sowieckim (19 45-1949), wstęp i oprac. naukowe D. Węgrzyn, Katowice-Gliwice 2014; S. Rosenbaum, D. Węgrzyn, Deportacje z Górnego Śląska do Związku Sowieckiego w 1945 roku. Katalog wystawy stałej w Centrum Dokumentacji Deportacji Górnoślązaków do ZSRR w 1945 roku w Radzionkowie, Katowice 2015; Deportacje do Związku Sowieckiego z ziem polskich w latach 1944-1945. Perspektywa porównawcza, red. S. Rosenbaum i D. Węgrzyn, Katowice 2015. D. Węgrzyn, Księga aresztowanych, internowanych i deportowanych z Górnego Śląska do ZSRR w 1945 roku, t. 1-3, Katowice-Warszawa 2021; D. Węgrzyn, "Internirung". Deportacja mieszkańców Górnego Śląska do ZSRS na tle wywózek niemieckiej ludności cywilnej z Europy Środkowo-Wschodniej do sowieckich łagrów pod koniec II wojny światowej, Katowice-Warszawa 2024. Z innych opracowań zob. np. Z. Woźniczka, Z Górnego Śląska do sowieckich łagrów, Katowice 1996; Z. Gołasz, Śląska Tragedia w Zabrzu w 1945 r. Internowania i deportacje, Zabrze 2005.

2 E. Borkowska, U. Dylong, A. Jonderko, "Mieli wrócić za czternaście dni"..., ­s. 101-112.

3 Opublikowana własnym sumptem przez jego syna Franza, zob. J. Ploch, Wilder Wermut. Die Chronik eines Russlandinternierten. 1945, Wolfsburg 2003. Oryginalne notatki autora znajdują się w posiadaniu rodziny.

4 Na temat problemów z ustaleniem tożsamości autora zob. Z przeklętego raju..., s. 10-11, 82-83.

Augustyn Szołtysik

1 Augustyn Szołtysik, syn Franciszka i Matyldy, ur. 22 VIII 1927 r. w Suchej Górze.

2 Informacje o poszczególnych miejscowościach znajdują się w wykazie miejscowości zamieszczonym pod koniec tomu.

3 Volkslista, Deutsche Volksliste, DVL, Niemiecka Lista Narodowa - forma zdywersyfikowanej, kilkustopniowej (IV grupy) niemieckiej przynależności państwowej, przewidzianej dla byłych obywateli polskich zamieszkujących tereny wcielone do Rzeszy. Grupy I i II - dla osób o zdeklarowanej narodowości niemieckiej. DVL była mieszkańcom byłego województwa śląskiego nadawana administracyjnie arbitralną decyzją władz.

4 Informacje na temat kopalń znajdują się w wykazie kopalń pod koniec tomu.

5 Lokalizacja nieznana. Być może któryś z niemieckich obozów z czasu wojny, np. filia KL Auschwitz III (cztery filie w Gliwicach).

6 Obóz NKWD na terenie tzw. Dużego Osiedla (niem. Große Siedlung) w Łabędach w obrębie dzisiejszych ulic Wolności, Partyzantów i Henryka Wieniawskiego. Osiedle składa się z wielorodzinnych, przypominających bloki domów z lat trzydziestych. W innych relacjach wzmiankuje się także domki jednorodzinne.

7 Trafili do któregoś z dwóch obozów NKWD, jakie funkcjonowały w Oświęcimiu i Brzezince, kierowanych przez płk. Masłobojewa.

8 Do tamtejszego dworca kolejowego doprowadzone były tory o szerokim rozstawie, łączące się z siecią kolejową w ZSRS.

9 Autor trafił do batalionu roboczego nr 1063, zlokalizowanego na terenie osiedla górniczego nr 5 Bis Trudowskaja, znajdującego się przy kopalni o tej samej nazwie. Obszary te wchodzą obecnie w skład miasta Donieck. Przebywało tam ok. 1,1 tys. deportowanych.

10 Prawdopodobnie byli to internowani Niemcy z terenu Europy Południowo-Wschodniej (głównie Rumunii i Węgier), zatrzymani i przewiezieni do ZSRS na przełomie 1944 i 1945 r.

11 Symbolem pracy kobiet w kopalniach Donbasu czasu II wojny światowej i okresu powojennego jest Jewdokja Fiedorowna Koroljowa, nazywana "Matką górników". Miała 75 lat stażu pracy w kopalni, na emeryturę odeszła w wieku 97 lat. Zmarła w 1981 r. w wieku 102 lat.

12 Dur brzuszny, inaczej tyfus - zakażenie pałeczkami salmonelli, spowodowane np. przez picie brudnej wody; objawia się gorączką i wyczerpaniem organizmu, bólami, wysypką i szeregiem deformacji organów wewnętrznych.

13 Brakuje informacji o liczbie zmarłych w batalionie roboczym nr 1063.

14 Emil Knychała, ur. 9 IV 1916 r., górnik z Suchej Góry, deportowany do ZSRS, powrócił już w 1945 r., 1 VIII 1945 r. podjął pracę w kopalni.

15 Feliks Knychała, syn Leopolda, ur. 30 V 1912 r.

16 Ryszard Knychała, ur. 1909 r., deportowany do ZSRS.

17 Edmund Knychała, ur. 27 X 1927 r., mieszkaniec Suchej Góry (w innych źródłach Bytomia), deportowany do ZSRS, powrócił, 10 VIII 1945 r. podjął pracę jako górnik.

18 Fabian Lipok, ur. 19 I 1903 r., górnik z zawodu, deportowany z Suchej Góry (w innych źródłach z Radzionkowa) do pracy przymusowej w ZSRS, powrócił i 24 XI 1945 r. podjął pracę w kopalni.

19 Z Suchej Góry deportowano do ZSRS nie mniej niż 69 osób. Tyle nazwisk wywiezionych z tej miejscowości do sowieckich łagrów udało się ustalić (stan na grudzień 2015 r.).

Gerard Morgała

1 Gerard Morgała, syn Ludwika i Klary, ur. 24 II 1929 r. w Szopienicach, aresztowany i w 1945 r. deportowany do łagru w ZSRS.

2 Generalne Gubernatorstwo (Generalgouvernement).

3 Więzienie w Katowicach przy ul. Mikołowskiej, powstałe w 1891 r. jako Królewskie Pruskie Więzienie przy zlokalizowanym w sąsiedztwie Sądzie Okręgowym (Amtsgericht). W 1945 r. więzienie I klasy, przewidziane na ok. 700 osób. Czasowo wykorzystywane przez formacje sowieckie.

4 Więzienie w Bytomiu powstało przy miejscowym Sądzie Okręgowym w 1862 r. Po 1945 r. zaklasyfikowane jako więzienie I klasy (na 1 tys. więźniów), największe po placówkach w Strzelcach Opolskich i Raciborzu w powojennym województwie śląskim. Czasowo wykorzystywane przez formacje sowieckie.

5 Właśc. Żezkazgan.

6 Najczęściej osadzeni mieszkali w brakach posadowionych na fundamentach. Na obszarach wschodnich ZSRS zdarzały się również ziemianki wkopane w ziemię. Tak było np. w niektórych podobozach obozu nr 503 w Kemerowie na Syberii.

7 Czerwonka, inaczej dyzenteria - ciężka choroba jelit, spowodowana zwykle infekcją bakteryjną, przejawiająca się częstym oddawaniem luźnego stolca z krwią.

8 Malaria, inaczej zimnica - zakażenie spowodowane przez gatunki komara, występuje głównie w krajach tropikalnych, powoduje gorączkę i obrzęki, bóle mięśni, kręgosłupa oraz zaburzenia świadomości.

9 Pominięto powtórzenia.

10 Władysław Rylski, ur. w 1921 r., szklarz, aresztowany w Częstochowie 8 II 1945 r., odesłany do Bytomia, skąd 23 III 1945 r. deportowany do obozu w ZSRS.

11 W świetle przepisów groby miały być oznaczone palikiem z numerem z księgi cmentarnej, do której wpisywano imię, nazwisko, imię ojca, datę zgonu, datę pochówku oraz numer grobu. Normatywy te jednak często nie były przestrzegane.

12 W zaświadczeniu przesłanym ze Stowarzyszenia "Memoriał" w Moskwie widnieje data zwolnienia - 8 VII 1945 r. Gerard Morgała mówi zaś o terminie znacznie późniejszym, czyli październiku tego roku. Ta właśnie data jest wiarygodna. W świetle sowieckiej dokumentacji Morgała nie mógł zostać zwolniony z obozu nr 39 Żezkazgan w dniu 8 VII 1945 r., gdyż wyodrębnił się on formalnie jako samodzielna jednostka dwa miesiące później.

13 PUR - Państwowy Urząd Repatriacyjny, powstały 7 X 1944 r. dekretem PKWN, zajmujący się masowymi przemieszczeniami ludności na terytorium Polski. W sierpniu 1945 r. dysponował 259 punktami etapowymi, m.in. w Białej Podlaskiej.

14 Brak informacji.

15 Brak informacji.

16 Franciszek Czopa, ur. 23 V 1900 r. w Szopienicach, aresztowany przez NKWD i wysłany do obozu w Żezkazganie, gdzie zmarł 23 IV 1945 r. Świadkiem na procesie o stwierdzenie jego zgonu przed Sądem Grodzkim w Mysłowicach był Gerard Morgała.

17 Mógł to być Piotr Kawa, ur. 13 II 1897 r. w Szopienicach, syn Wincentego, aresztowany przez NKWD w Szopienicach i deportowany do ZSRS, gdzie zmarł 31 V 1945 r.

Wprowadzenie

Tematyka deportacji mieszkańców Górnego Śląska do ZSRS w 1945 r. doczekała się w ostatnich latach szerokiej prezentacji, głównie w publikacjach wydanych przez Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach1, w których dokonano próby przeanalizowania tego zjawiska z różnych punktów widzenia, np. poprzez charakterystykę ogólnych procesów decyzyjnych i przebiegu zdarzeń (Dariusz Węgrzyn), pamięci o deportacjach wśród społeczności górnośląskiej (Sebastian Rosenbaum), losów deportowanych w sowieckich łagrach i ich rodzin pozostałych w kraju (Marcin Niedurny, Jarosław Neja). Pisano z perspektywy globalnej, regionalnej, ale też w ujęciu typowego studium przypadku (casus Ostropy i Zabrza). Na marginesie tych wydawnictw pojawiły się również wypowiedzi odautorskie samych ofiar, które jednak z reguły stanowiły margines, a nie element dominujący narracji. W przypadku niniejszej książki redaktorzy zdecydowali o odwróceniu tych proporcji. W efekcie głos oddano bezpośrednim świadkom, a zarazem ofiarom wywózek do sowieckich łagrów. Zgromadzono kilkadziesiąt dokumentów życia osobistego, powstałych podczas pobytu na robotach przymusowych w ZSRS, tuż po powrocie z nich, ale przede wszystkim - wywołanych w ostatnim 25-leciu, tj. po przełomie politycznym 1989 r.

Na publikację składa się 46 relacji osób deportowanych do ZSRS w 1945 r. Przy ich doborze redaktorzy kierowali się jednym podstawowym wyznacznikiem: aby były one głosem samych wywiezionych. Dlatego też nie uwzględniono wspomnień członków rodzin deportowanych oraz innych sprawozdań z drugiej ręki, będących pośrednią opowieścią o historii wywózki konkretnej osoby. Wbrew pozorom takich relacji autorstwa ludzi dotkniętych deportacją do łagru nie zachowało się zbyt wiele. Główny rezerwuar tego typu sprawozdań, z którego czerpali redaktorzy, to zbiór zeznań świadków przesłuchiwanych w ramach śledztwa wszczętego przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach w dniu 27 czerwca 1991 r., kontynuowanego później przez Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Instytucie Pamięci Narodowej w Katowicach pod numerem 8/00/ZK i nazwą "[Śledztwo] w sprawie deportacji w 1945 roku do ZSRR mieszkańców Górnego Śląska i Śląska Opolskiego połączonej ze szczególnym udręczeniem" (obecnie zakończone). Są to oczywiście materiały specyficzne, mające swoje pozytywne i negatywne strony. Dominują wśród nich protokoły przesłuchań, w których deportowani odpowiadają na te same bądź zbliżone zestawy pytań, co prowadzi do pewnej schematyzacji ich wypowiedzi. Z drugiej strony sztywne ramy wyznaczone przez owe pytania pozwalają zestawiać losy osób wywiezionych do różnych części Związku Sowieckiego, co ułatwia analizę porównawczą poszczególnych przypadków. Zarazem ta forma zebrania relacji na ogół uniemożliwia wprowadzenie przez przesłuchiwanych bardziej osobistych tonów i prezentację zindywidualizowanej perspektywy. Składający zeznania dopasowują się do oczekiwań przesłuchujących, skupiając się na prezentacji podstawowej faktografii, rzadko natomiast pozwalając sobie na przedstawienie własnych odczuć, sądów i opinii. Tego typu zeznania nie są wszakże jedynym typem relacji zachowanych w aktach śledztwa. Zdarzają się bowiem (choć rzadko) załączone jako materiał dowodowy klasyczne, typowe wspomnienia, spisane przez deportowanych niekoniecznie w związku z toczącym się śledztwem. Kilka z nich zamieszczamy w niniejszym tomie. Ze względu na formę i okoliczności powstania są one bardziej zindywidualizowane, bogatsze w warstwę emocjonalną, zawierają też więcej opinii odautorskich, aczkolwiek należy pamiętać, że po pierwsze, powstały zwykle kilka dziesięcioleci po opisywanych wydarzeniach i siłą rzeczy ich wiarygodność faktograficzna powinna być traktowana z należytą ostrożnością (dotyczy to rzecz jasna także zeznań, które można uznać za bardziej oszczędne i ostrożne niż swobodnie snute wspomnienia), po drugie jednak, i to stanowi o ich sporej wartości, spisano je najczęściej krótko po roku 1989, kiedy temat deportacji był jeszcze słabo rozpoznany badawczo, w efekcie czego autorzy wspomnień nie sugerowali się, jak to zwykle się dzieje w sytuacji dobrze opisanych tematów, wiedzą ustaloną w toku badań historycznych. Dzięki temu ich relacje cechuje wysoki walor autentyczności.

Z akt wspomnianego śledztwa pochodzi główny korpus zamieszczonych w tym tomie materiałów - aż 33 dokumenty, w tym 3 relacje dołączone do zeznań jako materiał dowodowy (wspomnienia Maksymiliana Harazima, Stefana Przybyły i Wandy Szlosarczyk). Kolejną większą grupę stanowią wspomnienia powstałe w różnych okolicznościach i pozyskane przez redaktorów tomu z innych niż śledztwo źródeł. To np. materiały przekazane (udostępnione) przez rodziny deportowanych Instytutowi Pamięci Narodowej w Katowicach na potrzeby badawcze bądź wystawiennicze - wspomnienia Ludwiga Klimczoka, Ignacego Kowola, Ludwiga Poloka, Aloisa Widery. Dokumenty Klimczoka, Poloka i Widery są szczególnie cenne, powstały bowiem albo w trakcie pobytu na deportacji (dziennik Poloka), albo wkrótce po powrocie z niej. Z kolei relacja Kowola zebrana została przez historyczkę Elżbietę Borkowską w ramach jej badań nad wywózką mieszkańców Ostropy (obecnie części Gliwic), prowadzonych w ostatnich kilku latach, a podsumowanych publikacją książkową2. Dwa kolejne sprawozdania powstały także w okresie bezpośrednio powojennym bądź w trakcie deportacji, redaktorzy tomu nie mieli jednak dostępu do ich oryginalnych wersji - to obszerna książka Josefa Plocha3 i na poły anonimowy dziennik Gerharda K.4 Trzeci tego typu tekst, autorstwa pochodzącego z Wilamowic Jana Foksa, spisany został już po przełomie 1989 r. Do tej grupy można też dołączyć dwie krótkie relacje pochodzące z bogatego, bo liczącego ok. 26 tys. jednostek (relacji i ankiet), zasobu tzw. Ost-Dokumentation, zdeponowanego przy Lastenausgleichsarchiv w Bayreuth w Niemczech. Relacje te zaczerpnięto z opublikowanego po raz pierwszy w latach pięćdziesiątych tomu Dokumentation der Vertreibung. Ostatnią część niniejszego zbioru stanowią notacje z dwoma żyjącymi świadkami-ofiarami wywózek - Alojzym Hadamem i Wiktorem Kikiem, przeprowadzone przez pracowników Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Katowicach w latach odpowiednio 2009 i 2015. Nie są to dosłowne transkrypcje nagranych wypowiedzi, ale zapisy nieco przetworzone dla uzyskania większej czytelności tekstów. Z kolei pozostałe dokumenty zamieszczone zostały dosłownie, bez zmian, aczkolwiek niekiedy z drobnymi skrótami oraz korektą rażących błędów stylistycznych i językowych.

Zamieszczone w niniejszym tomie wypowiedzi opatrzono przypisami wyjaśniającymi podstawowe terminy i prostującymi błędy zawarte w relacjach. Redaktorzy zadecydowali o pozostawieniu w przedrukowanych dokumentach oryginalnego nazewnictwa geograficznego, które w odniesieniu do miejscowości np. w Rosji czy na Ukrainie, gdzie trafili deportowani, zwykle podawane jest błędnie, tak jak zachowało się w pamięci wywiezionych przez kilkadziesiąt lat od tych traumatycznych wydarzeń. W przypisach oraz w poszerzonym wykazie miejscowości (znajdującym się na końcu publikacji) zamieszczono poprawne brzmienia nazw miejscowości, obozów, batalionów roboczych, zakładów pracy oraz właściwe ich lokalizacje. Podobnie udało się dla części wspomnianych w relacjach osób (innych deportowanych) dokonać rekonstrukcji ich personaliów i losów. Nie prostowano często popełnianego błędu pojęciowego: operowania przez deportowanych terminami "Rosja", "Rosjanie", "rosyjski" itp., zamiast, co z oczywistych względów byłoby poprawne, "Związek Sowiecki/Radziecki", "Sowieci" itd. We wspomnianym wyżej wykazie miejscowości uwzględniono te, które w ścisły sposób związane są z konkretnymi relacjami, szczególnie miasta i gminy, z których pochodzili deportowani i do których ich wywieziono.

Całość zgromadzonych w tym tomie relacji uporządkowano wedle kryterium geograficzno-politycznego. W pierwszej części zamieszczono 22 wypowiedzi osób zamieszkujących przedwojenne województwo śląskie w II Rzeczypospolitej (bądź, jak w przypadku Jana Foksa z Wilamowic, małopolskie pogranicze Śląska). W części drugiej znalazły się relacje 24 mieszkańców rejencji opolskiej, stanowiącej przed 1 września 1939 r. integralną część Rzeszy Niemieckiej. Proporcje są więc niemal równe, choć w rzeczywistości trzon deportowanych stanowili przedstawiciele drugiej grupy, czyli przedwojenni obywatele Rzeszy.

Sebastian Rosenbaum, Dariusz Węgrzyn

Relacje deportowanych: konteksty

Relacje zgromadzone w niniejszym tomie przynoszą bogaty i wielopłaszczyznowy obraz dramatu deportacji z Górnego Śląska do Związku Sowieckiego w 1945 r. Są o tyle przekonujące, że stanowią osobiste świadectwa, będąc opowieściami o własnych przeżyciach. Niemniej recepcja relacji pozostawionych bez komentarza ukazującego konteksty wywózki mogłaby być utrudniona. Stąd poniższe uwagi, powstałe niejako na marginesie zamieszczonych tu relacji, aby umożliwić lepsze osadzenie historii indywidualnych w zbiorowym, masowym zjawisku, jakim były deportacje.

Internowania, aresztowania

Operacja internowań na terenach przedwojennego Górnego Śląska znajdujących się w granicach Rzeszy Niemieckiej rozpoczęła się od wywieszenia afiszy, najczęściej w języku niemieckim i rosyjskim. Widniał na nich tzw. rozkaz nr 2 władz sowieckich, który nakazywał stawić się mężczyznom w wieku 17 do 50 lat w wyznaczonych miejscach w celu skierowania ich do prac porządkowych na zapleczu frontu. Mieli zabrać ze sobą zapas żywności i odzieży na kilkanaście dni, stąd ich przekonanie, że zostaną wysłani do prac na miejscu. Zgłoszenie było przymusowe, pod rygorem sankcji karnych. Po stawieniu się byli natychmiast pozbawiani wolności na podstawie decyzji administracyjnej (internowani).

Z reguły obwieszczenia o konieczności zgłoszenia się mężczyzn w wieku produkcyjnym były wywieszane przez władze sowieckie po 12 lutego 1945 r. Operacja internowania mężczyzn na niemieckim Górnym Śląsku była przygotowywana od początków lutego tego roku, ale Józef Stalin czekał na jej wcielenie w życie do zakończenia konferencji mocarstw w Jałcie. W mniejszych miejscowościach funkcjonariusze NKWD mogli się pospieszyć, dlatego w niektórych relacjach (np. Wiktora Kika) pojawia się wcześniejsza data wywieszenia ogłoszeń.

Największa liczba internowanych pochodziła z terenów uprzemysłowionych. Trzeba pamiętać, że na obszarach rolniczych Górnego Śląska większość mężczyzn w sile wieku została powołana do służby w wojsku niemieckim. Część zatrzymanych kierowano do pracy na miejscu, np. do demontażu przemysłu. Zjawisko to miało zdecydowanie mniejszą skalę w rejonach przemysłowych, gdzie część robotników nie służyła w armii z racji pracy w zakładach kluczowych dla przemysłu zbrojeniowego. Tak więc np. w okolicy Nysy czy Olesna w tamtejszych wsiach pozostali młodzi chłopcy oraz osoby starsze. Natomiast na obszarze przemysłowym (głównie Bytom, Gliwice, Zabrze) Sowieci zagarnęli wielu mężczyzn w wieku produkcyjnym - 20-, 30-, 40-latków.

Internowani przez okres ok. miesiąca przebywali na terenie Górnego Śląska, zanim wyruszyli do ZSRS. Przetrzymywano ich w specjalnych punktach - obozach przejściowych i filtracyjnych. Jeden z największych znajdował się w Łabędach, obecnej dzielnicy Gliwic, ważną rolę odgrywały też m.in. trzy kompleksy koszarowe w Gliwicach. W tym czasie, o ile rodzina wiedziała, gdzie przebywał internowany, dożywiali ich krewni, którzy podawali jedzenie przez płot, co sowieccy strażnicy traktowali zwykle z pobłażliwością.

Na dawnym polskim Górnym Śląsku nie dochodziło do internowań, lecz odbywały się aresztowania w ramach akcji tzw. oczyszczania tyłów frontów Armii Czerwonej. Zdarzały się jednak sytuacje nietypowe. O jednej z nich opowiada w tym tomie Augustyn Szołtysik. Był on przed wojną obywatelem polskim, podobnie jak wielu innych górników z kopalni "Bytom" ("Beuthengrube"), pochodzących np. z Radzionkowa, ale został internowany tak samo jak obywatele niemieccy. Nastąpiło to zapewne dlatego, że kopalnia, w której pracował, położona była w "starej" Rzeszy Niemieckiej. Można przypuszczać, że obwieszczenia na terenie zakładu były standardowe dla obszarów Rzeszy i nakazywały zgłosić się mężczyznom w wieku produkcyjnym, co też zatrudnieni uczynili bez względu na swe przedwojenne polskie obywatelstwo. Być może jednak afisze, o których wspomina Szołtysik, nie były kolejną odsłoną operacji internowań. Po zatrzymaniu mężczyzn z terenu przedwojennej Rzeszy władze NKWD postanowiły sięgnąć po tych górników, którzy pracowali na terenie Bytomia, aczkolwiek mieszkali po "polskiej" stronie granicy i posiadali volkslistę grup I-IV. Argumentem za tym może być późniejszy termin omawianej akcji zatrzymań, czyli marzec 1945 r.

Podczas aresztowań na terytorium przedwojennego województwa śląskiego widać wyraźnie służebną rolę MO i UB wobec NKWD. Sowieci zaraz po wkroczeniu na ten teren pozwolili na formowanie się administracji "Polski Lubelskiej" oraz organów milicji i aparatu bezpieczeństwa. Na obszarze przedwojennego niemieckiego Górnego Śląska całość operacji aresztowań oraz internowań realizował NKWD, traktujący te ziemie jako okupowane. Polskiej administracji w momencie tych operacji jeszcze tam nie było, uciekano się więc do pomocy miejscowych niemieckich aktywistów komunistycznych bądź działaczy przedwojennej mniejszości polskiej w Niemczech. Oczywiście potem zatrzymany był już tylko i wyłącznie w gestii Sowietów i to oni samodzielnie decydowali o jego losie (wypuszczenie na wolność, przekazanie stronie polskiej czy też wysyłka do obozu na terenie ZSRS).

Transport

Władze NKWD, prowadząc akcje masowej deportacji mieszkańców Górnego Śląska do pracy przymusowej w ZSRS, wykorzystywały wszelki zastany tabor kolejowy, w którym pospiesznie zmieniano rozstaw kół. Zwykle stosowano wagony do przewozu bydła i koni, stąd w niektórych relacjach wspomniane są żłoby, znajdujące się na ich wyposażeniu. Niekiedy, by zwiększyć ładowność wagonu, zbijano prowizoryczne prycze z desek.

Do wagonów towarowych dwuosiowych, tzw. krowioków, pakowano na siłę po 40 osób, natomiast duże wagony towarowe czteroosiowe mogły pomieścić ich nawet 80.

Jednym z głównych punktów, z którego ekspediowano deportowanych na Wschód, był dworzec w Pyskowicach. Z uwagi na demontaż zakładów przemysłowych w niedalekich Łabędach Sowieci musieli doprowadzić w ten rejon szeroki tor, przeznaczony do transportu "trofiejnych" (zdobycznych) maszyn i urządzeń do ZSRS. Być może ów tor wykorzystano także do transportu ludzi do sowieckich łagrów. Podobnym przypadkiem był Bytom.

Kilka relacji z tego tomu dotyczy aresztowanych na południu przedwojennego województwa śląskiego, w powiecie bielskim, cieszyńskim, a nawet na pograniczu małopolskim (Wilamowice). Były to obszary zaplecza IV Frontu Ukraińskiego. W przypadku zatrzymanych tam osób ważnym punktem przystankowym w drodze na Wschód było więzienie w Sanoku. Wynikało to z faktu, że operacja aresztowań nie miała tak masowego charakteru jak internowania w przedwojennej "niemieckiej" części Górnego Śląska. Dlatego też grupy aresztowanych nie były na tyle liczne, by np. w Bielsku skompletować transport kolejowy z grupą przynajmniej 1,5 tys. osób. Rozwiązaniem było przesyłanie aresztowanych w regionie do Sanoka lub Nowego Sącza, gdzie kompletowano już pełny skład transportu kierowanego do ZSRS. Inny szlak do obozów w Związku Sowieckim wiódł z Górnego Śląska przez Kraków. W pamięci żołnierzy AK, którzy również jechali na Wschód tymi transportami, zapisały się osoby z regionu górnośląskiego określane jako "volksdeutsche ze Śląska".

W czasie jazdy na Wschód pojawiły się pierwsze zgony. Sowieci nie przejmowali się grzebaniem zwłok. Najczęściej pozostawiano je w pobliżu torów, w miejscu gdzie pociąg miał dłuższy postój. Były też przypadki gromadzenia zmarłych w osobnym wagonie, tzw. trupiarni, i wyładowywania ich na stacjach kolejowych. Pochówków miała dokonywać okoliczna ludność, w zamian za co mogła zatrzymać rzeczy osobiste ofiar, w tym szczególnie cenne w warunkach wojennej biedy ubrania.

Funkcjonowanie obozów

Internowani trafiali do obozów systemu GUPWI NKWD/MWD (Główny Zarząd ds. Jeńców Wojennych i Internowanych), drugiego obok GUŁagu wielkiego systemu obozowego w ZSRS. Niemniej ze wspomnień wynika, że w warunkach syberyjskich odrębne systemy obozowe GUPWI i GUŁag się przenikały. W teorii deportowani powinni przebywać w odrębnych obozach, by nie stykać się ze sobą. Jak widać na przykładzie niektórych podobozów i np. obozu w Artiomowskij - tak nie było. Miejscowe czynniki podchodziły do spraw pragmatycznie: jeśli istniał obóz z infrastrukturą, to trzymano w nim zesłańców wszystkich kategorii.

Po przybyciu do obozu najczęściej stosowano okres karencji. Był to czas, w którym deportowani nie byli kierowani do pracy. Dokonywano ich selekcji pod kątem sprawności fizycznej i stanu zdrowia. Wynikało to nie tylko z konieczności aklimatyzacji, ale również z kiepskiego stanu zdrowia przybyłych do obozu, co było skutkiem katastrofalnych warunków transportu.

Obozy miały być zabezpieczone podwójnym rzędem drutu kolczastego. W rzeczywistości, z uwagi na ciągły deficyt materiałów, stosowano różne zabezpieczenia. Mógł to więc być płot z desek, a nawet wał ziemny. Bataliony robocze, do których kierowano osoby zatrzymane w ramach operacji internowań na dawnym "niemieckim" Górnym Śląsku, w pierwszym okresie istnienia niekiedy ograniczane były jedynie przez słupki połączone liną. Przed nimi zawsze jednak znajdowało się przedpole z zaoranej ziemi. Była to "strefa śmierci": wkroczenie na nią więźnia traktowane było jako próba ucieczki i strażnik mógł użyć broni, także bez ostrzeżenia.

W obozach-batalionach roboczych brakowało często jakiejkolwiek infrastruktury w postaci baraków, izb chorych, łaźni czy stołówki. De facto deportowani sami musieli je wybudować. Było to trudne, w związku ze skomplikowaną formą nadzoru nad tymi obozami, sprawowaną wspólnie przez GUPWI i dyrekcje zakładów, gdzie zatrudniano więźniów. Owa dwuwładza powodowała, że żadna ze stron nie kwapiła się do dostarczenia niezbędnych materiałów i narzędzi, dlatego stan owej "prowizorki" się przedłużał. To z kolei przekładało się na katastrofalne warunki bytowe osadzonych w batalionach roboczych, szybką degradację ich stanu zdrowia i wysoką śmiertelność.

Początkowo obsadę straży obozowej stanowili ludzie starsi oraz inwalidzi, którzy nie mogli wziąć udziału w walkach frontowych. Gdy w maju 1945 r. skapitulowała Trzecia Rzesza, zostali zastąpieni przez demobilizowanych żołnierzy sowieckich, którzy po powrocie do domów otrzymywali zajęcie jako strażnicy obozowi. W kolejnych latach straż obozowa była już prawie wyłącznie rekrutowana spośród miejscowej ludności. Częściowo ochronę osób wychodzących do pracy przejmowali sami jeńcy bądź internowani, tworzący tzw. drużyny pomocnicze. Powoływano je na podstawie rozkazu NKWD z 27 czerwca 1945 r. Kierowali nimi ci więźniowie, których władze obozowe kwalifikowały jako antyfaszystów. Także spośród osadzonych wybierano starszych baraków, którzy mieli odpowiadać za ład i porządek w budynkach zamieszkałych przez łagierników. Starano się w ten sposób organizować pracę w obozie, powołując starszych oddziałów, plutonów, kompanii i batalionu, jednostek, na które dzieliły się nie tylko obozy jenieckie, ale również bataliony robocze dla cywilów.

Ważnym dylematem osadzonych w łagrach mieszkańców Górnego Śląska była kwestia deklaracji narodowościowej. Władze obozowe podczas przesłuchań pytały ich o narodowość. Były dwie opcje: polska i niemiecka. Dla łagierników-Górnoślązaków kluczowe było, by wydostać się z ZSRS, dlatego nierzadko gotowi byli zadeklarować każdą narodowość, byle tylko wyrwać się z "sowieckiego raju". Problemem było to, że nie było pewności, która grupa narodowościowa miała być w danym momencie zwalniana z obozu. Okazywało się bowiem, że deklarujący się w danym momencie jako "Polacy" pozostawali w łagrze, podczas gdy tzw. grupa niemiecka była zwalniana (lub na odwrót). Dla władz sowieckich najczęściej prostym wyznacznikiem narodowości osadzonych było miejsce urodzenia i zamieszkania na Górnym Śląsku. Osoby urodzone i zamieszkałe przed wybuchem II wojny światowej na obszarze województwa śląskiego II Rzeczypospolitej były przez nich określane jako osoby narodowości polskiej, chyba że chodziło o etnicznych Niemców z wysoką grupą volkslisty. Właśnie taką kategorię osób deportowanych z Górnego Śląska i osadzonych w Dnieprodzierżyńsku zwolniono w pierwszej kolejności.

W każdym obozie, batalionie pracy i szpitalu specjalnym pracowali funkcjonariusze NKWD/MWD. Najczęściej tworzyli oni tzw. grupę operacyjną. Ich zadaniem było operacyjne rozpracowanie osadzonych w obozie, polegające na budowaniu w nim sieci agenturalnej, poszukiwaniu informacji o osobach "źle ustosunkowanych do ustroju socjalistycznego" czy zdobywaniu danych o przygotowywanych ucieczkach.

Internowanym zezwolono na korespondencję od czerwca 1946 r. Ten przywilej przysługiwał tylko osobom wypełniającym lub przekraczającym normy produkcyjne. Początkowo listy do obozów miały być kierowane do Moskwy do Czerwonego Krzyża, a stamtąd wysyłano je do konkretnego batalionu roboczego, którego numer należało umieścić na przesyłce. Od 1 kwietnia 1947 r. wszystkie obiekty, w których byli przetrzymywani jeńcy lub internowani, otrzymały numery poczty polowej od 1000 do 9999. Korespondencja była kierowana za pośrednictwem poczty głównej w Moskwie. Napisanie listu przez internowanego nie było jednak gwarancją, że (oczywiście po ocenzurowaniu) zostanie on wysłany na Górny Śląsk.

W niektórych relacjach pojawia się wątek nieprzyjaznego stosunku okolicznej ludności do osadzonych w obozach. Co symptomatyczne, odnosiło się to do terenów położonych daleko na Wschodzie, do których nigdy nie dotarł front. Na obszarach Ukrainy ów stosunek był albo neutralny, albo nawet przychylny.

Praca w obozach

Deportowanych dzielono na cztery kategorie przydatności do pracy. Do I kategorii należeli ci, których można było kierować do każdej pracy, II kategoria oznaczała tylko prace o średnim wysiłku fizycznym. Kwalifikowani jako III kategoria mogli wykonywać wyłącznie lekkie prace, bardzo często na terenie samego obozu; osoby te wyrabiały zazwyczaj tylko 50 proc. normy zdrowego człowieka. Ostatnią grupą (IV kategoria) byli tzw. nieprodukcyjni, czyli ci, którzy nie nadawali się do żadnej pracy. Choć sprawozdania sowieckie zawierają szczegółowe podziały kontyngentu osadzonych w łagrze na cztery podstawowe kategorie przydatności, to w rzeczywistości obsługa obozu najczęściej dość dowolnie ustalała, kto musiał pracować i w jakich warunkach.

Zjawiskiem często pojawiającym się we wspomnieniach deportowanych była właśnie uznaniowość przy ustalaniu norm i ich wypełnianiu przez więźniów. Decydował o tym najczęściej brygadzista i od jego dobrej czy też złej woli zależała ta niezwykle istotna decyzja, która oznaczała zwiększenie albo zmniejszenie norm wyżywienia dla danego osadzonego.

Poszczególne bataliony robocze/obozy dysponowały internowanymi, których kierowano w miarę potrzeb do okolicznych zakładów pracy. Przedsiębiorstwa te na bieżąco raportowały o zapotrzebowaniu na siłę roboczą, stąd tak częste zmiany składów poszczególnych tzw. rot (oddziałów) i ich przydziałów do określonych zadań. Modyfikacja składu rot także wynikała z kwalifikacji, jakie były potrzebne do realizacji określonych prac zlecanych przez przedsiębiorstwa (np. murarz, kamieniarz itp.).

Tworząc system obozowy dla cywilów z Europy Środkowo-Wschodniej w ZSRS, władze zakładały, że bataliony robocze będą wypracowywać spore zyski, z których część po odtrąceniu kosztów utrzymania, wyżywienia i obsługi miała trafiać do rąk osadzonych. Reszta miała być gromadzona w komendanturze obozu na indywidualnych "kontach" i wypłacana w chwili zwolnienia do domu. Te założenia szybko rozminęły się z obozową rzeczywistością. Bataliony robocze były deficytowe (duża grupa chorych niezdolnych do pracy, niskie kwoty wypłacane przez przedsiębiorstwa za pracę więźniów, nota bene marnotrawioną na potęgę). W efekcie deportowani z Górnego Śląska zwłaszcza w okresie 1945-1947 otrzymywali skromne kwoty pieniężne, które w całości przeznaczali na zakup towarów żywnościowych.

Jak już wspomniano powyżej, obozy dysponowały pulą robotników przymusowych, których mogli wykorzystać dyrektorzy okolicznych zakładów pracy. Zgłaszali oni zapotrzebowanie na określoną grupę osadzonych, a czasami składali "zamówienie" na zawody, jakimi winni się oni wykazać. Stąd dosyć często łagiernicy byli przerzucani z miejsca na miejsce. Generalnie organizacja ich pracy miała ciągle charakter prowizoryczny, a częste zmiany stanowisk nie sprzyjały poprawie wydajności pracy, która była marnowana przez poszczególne zakłady.

W przypadku cennych dla sowieckiego przemysłu fachowców władze obozowe próbowały zatrzymać ich w ZSRS, proponując osiedlenie się oraz wysokie zarobki. Po doświadczeniach wielu lat pobytu w łagrze brakowało chętnych do przyjęcia tej propozycji.

Dosyć częstym zjawiskiem spotykanym w obozach było kierowanie fachowców do realizacji zadań wymagających szczególnego zaangażowania lub kwalifikacji. Nagrodą miało być wypuszczenie na wolność po zakończeniu realizacji określonego celu. Co ciekawe, komendantura obozów często wywiązywała się z tych obietnic, wysyłając osoby zaangażowane w owe projekty już pierwszym transportem powrotnym, jaki wyruszał na Zachód.

Internowani traktowani jako darmowa siła robocza byli często przerzucani z obozu do obozu w zależności od zapotrzebowania na siłę roboczą okolicznych zakładów przemysłowych bądź realizację zadań związanych ze wznoszeniem nowych budynków mieszkalnych lub przemysłowych. Możemy w tym wypadku mówić o relokacji siły roboczej w ramach systemu obozowego GUPWI NKWD/MWD. Likwidowano mniejsze obozy lub placówki znacznie oddalone od zakładów mogących zatrudnić osadzonych.

Wśród łagierników nie było wiedzy o strukturze obozowej, w jakiej się znaleźli. Tak więc nie mieli oni pojęcia, że trafiali do licznych podobozów jednego obozu. Stąd niekiedy ich zdziwienie, gdy w latach dziewięćdziesiątych XX w. otrzymywali zaświadczenia o pobycie w sowieckich łagrach oparte na dokumentach sowieckich, a przesyłane za pośrednictwem Stowarzyszenia "Memoriał" w Moskwie, gdzie wymienia się nieznane im miejsca pobytu. Wynika to z faktu, że owe dokumenty podają główną siedzibę obozu, a nie jego podobozy.

Choroby, śmiertelność

Ciężka praca połączona z bardzo skromnym i mało kalorycznym jedzeniem doprowadziły szybko do osłabienia fizycznego osadzonych w obozach. Na to nakładały się fatalne warunki sanitarne. Najczęściej w łagrach w 1945 r. nie było łaźni i więźniowie korzystali z możliwości kąpieli w zakładach, w których pracowali, w ograniczonym jednak stopniu. Zwykle kąpiel możliwa była raz na dwa tygodnie i połączona z mało skuteczną dezynsekcją ubrań (w których osadzeni zarówno pracowali, jak i spali) za pomocą gorącej pary. Efektem splotu tych czynników były choroby zakaźne, zbierające obfite żniwo. Na przełomie 1945 i 1946 r. władze obozowe podjęły starania w kierunku uruchomienia łaźni i stołówek.

Poważnie chorzy jeńcy i internowani cywile, których leczenie przekraczało możliwości obozowych izb chorych, trafiali do szpitali. Praktyka wskazywała jednak, że władze obozu dosyć niechętnie wysyłały chorych, zwłaszcza cywilów, poza swój teren, co w praktyce oznaczało dla wielu więźniów śmierć z uwagi na brak podstawowego wyposażenia medycznego i kadry w obozowych izbach chorych.

Należy ostrożnie podchodzić do danych dotyczących śmiertelności w obozach podawanych przez tych, którzy je przeżyli. Z reguły wskaźniki śmiertelności były przez nich zawyżane. Nie wszystkie bowiem osoby, które trafiły do danego obozu, przebywały w nim cały czas. Część osadzonych kierowano do podobozów. Stosowano też wydzielanie grup do realizacji określonych zadań w oddalonych zakładach pracy, kierując ich na tzw. komandirowki (delegacje). Cały czas trwała rotacja więźniów, a część z nich przerzucano z danego podobozu do innego łagru. Stąd nie da się tu zastosować prostej arytmetyki, odejmując od grupy, która przybyła do łagru, tych, którzy w nim zostali, i przyjmując, że cała reszta zmarła.

Osoby, które zmarły w transporcie, nie były ewidencjonowane. Dopiero gdy łagiernik przybywał do obozu, zakładano mu teczkę personalną, która podążała za nim w momencie, kiedy był przenoszony do innego obozu. Wypełniano również karty ewidencyjne. Tym samym ofiary transportów na Wschód są niezwykle trudne do uchwycenia.

Bardzo zła kondycja fizyczna jeńców wojennych i cywilów była olbrzymim problemem dla sowieckiego systemu obozowego. Osoby chore albo nie pracowały, albo były zatrudniane na terenie obozu do prac porządkowych. Tym samym nie przynosiły zysku i dla władz sowieckich stanowiły balast. By ratować sytuację, od października 1944 r. zaczęto tworzyć obozy dla rekonwalescentów i oddziały ozdrowieńcze, do których kierowano ludzi osłabionych lub rekonwalescentów, którzy potrzebowali lepszych warunków, by dojść do siebie i wrócić do pracy. Często formą rekonwalescencji było wysłanie więźnia do innego obozu. Osadzeni bardzo sobie "cenili" skierowanie do prac w kołchozie, ponieważ zawsze wiązało się to z możliwością pozyskania dodatkowych racji żywnościowych, co w warunkach permanentnego niedożywienia miało kluczowe znaczenie.

Wyżywienie podawane jeńcom cywilnym w sowieckich obozach drastycznie odbiegało od norm, jakie wyznaczono w aktach prawnych GUPWI NKWD/MWD. W tym przypadku normę dziennego wyżywienia ustalał rozkaz nr 00540 z 19 maja 1945 r., dotyczący szeregowców i osób cywilnych. W samym tylko przypadku przydziału chleba spotykamy się z drastycznym naruszeniem powyższego przepisu. Więźniowe mieli otrzymywać dziennie nie mniej niż 600 gramów żytniego chleba. Do tego dochodziły inne produkty, których osadzeni w obozach przez wiele miesięcy nie dostawali, np. 100 gramów ryby i 30 gramów mięsa dziennie. Oczywiście praca w ciężkich warunkach (np. w kopalniach) lub przekroczenie dziennej normy pracy miało skutkować zwiększeniem racji żywnościowych. Taka była teoria; w praktyce wyżywienie w obozach było na poziomie głodowych racji, a zaopatrzenie w żywność przeznaczone dla osadzonych regularnie uszczuplała obsługa obozu. Odbiciem tego zjawiska były sankcje karne dla oficerów odpowiedzialnych za ten segment pracy, pojawiające się zawsze po kontrolach dokonywanych w obozach przez pracowników centrali. Generalnie jednak władze GUPWI NKWD/MWD, złożone z osób pracujących wcześniej np. w obozach GUŁagu, musiały doskonale zdawać sobie sprawę z tego, jak ów system funkcjonował i jakie dotykały go patologie.

Skrajnie trudne warunki klimatyczne powodowały, że np. na Uralu pochówki w znacznym stopniu odbiegały od wytycznych określonych normatywami GUPWI NKWD/MWD ZSRS. Główna różnica polegała na tym, że osoby zmarłe grzebano w mogiłach zbiorowych, a nie pojedynczo. Przyczyny tego odstępstwa zostały wskazane we wspomnieniach - zamarznięta ziemia i trudności z wykopaniem dołów na mogiły.

W wielu wspomnieniach deportowanych do sowieckich łagrów pojawia się problem braku jakichkolwiek medykamentów niezbędnych do leczenia chorób, zwłaszcza zakaźnych. W tej sytuacji łagiernicy musieli radzić sobie sami, stosując środki de facto z zakresu medycyny ludowej. Jednym z najbardziej rozpowszechnionych "lekarstw" był spalony na węgiel chleb, podawany osobom cierpiącym na różnego rodzaju choroby żołądkowe i biegunki.

W roku 1945 władze obozowe przykładały niewielką wagę do kwestii leczenia więźniów. Izba chorych była więc zwykłym barakiem, który wyróżniał się tylko tym, że był lepiej ogrzewany. Funkcję lekarza spełniali najczęściej miejscowi felczerzy, a pozostała obsługa rekrutowana była spośród osadzonych. Brakowało elementarnego wyposażenia medycznego i leków. Takie zaniedbania doprowadziły na przełomie 1945 i 1946 r. do licznych epidemii i olbrzymiego wzrostu zachorowalności, co skutkowało drastycznym spadkiem liczby osób zdolnych do pracy. To właśnie aspekt ekonomiczny (szybko spadające dochody obozu) wymuszał zmiany w opiece nad chorymi, która i tak zawsze była na bardzo niskim poziomie.

Problem dzieci urodzonych w obozach pojawia się w niewielu relacjach i dokumentach. Większość z nich to skutek zabrania z Europy Środkowo-Wschodniej kobiet, które w momencie aresztowania były w pierwszych tygodniach ciąży, chociaż władze NKWD starały się nie wysyłać do łagrów matek małych dzieci i ciężarnych. Mogły się zdarzać ciąże będące skutkiem gwałtów, względnie związków obozowych. Z drugiej strony kobiety po pobycie w obozie wskutek ustawicznego głodu, niedożywienia, znacznej utraty wagi wśród wielu zmian w organizmie zostały dotknięte zahamowaniem cyklu miesiączkowego i nie mogły później zajść w ciążę.

Zwalnianie i repatriacja

Pierwsze powroty rozpoczęły się w sierpniu 1945 r. Zwalniano wyłącznie osoby chore, słabe i wycieńczone, czyli takie, które były systemowi pracy przymusowej w ZSRS niepotrzebne, bo nie generowały zysku, a wręcz przeciwnie - straty. Pozbywano ich się tylko z tego powodu - względy humanitarne nie miały tu większego znaczenia. W efekcie ludzie ci wsiadali do transportów powrotnych jako chorzy. Notowano bardzo wysoką śmiertelność w trakcie powrotów, chociaż trzeba przyznać, że podróż odbywała się w warunkach lepszych niż ta z początków 1945 r. na Wschód. Z reguły każdy transport kierowany do Frankfurtu nad Odrą posiadał oddzielny wagon sanitarny.

Były też inne powody decyzji o zwolnieniu. W toku kontroli w batalionie roboczym nr 1063 w połowie 1945 r. ustalono ponad 500 osób posiadających przed wojną polskie obywatelstwo lub deklarujących się jako Polacy, pochodzących głównie z rejonu Tarnowskich Gór czy Radzionkowa. Zorientowano się zapewne, że nie mogą one być kwalifikowane jako "internowani Niemcy" ani "aresztowani" w ramach oczyszczania tyłów, bowiem najczęściej nie stawiano im żadnych zarzutów. Wśród komentarzy przy poszczególnych nazwiskach w sowieckim spisie zamieszczono zapis "w filtracji", co oznaczało, że sprawdzano ich okupacyjną przeszłość. Po zakończeniu tych czynności szybko się okazało, że oprócz posiadania DVL, najczęściej III grupy, nie należeli oni do żadnych organizacji hitlerowskich. Stąd decyzja o wypuszczeniu ich na wolność. O takim scenariuszu zdarzeń może też świadczyć punkt docelowy transportu - Poznań, co wskazuje, że strona sowiecka definiowała zwalnianych jako Polaków. W przeciwnym razie zostaliby skierowani do obozu we Frankfurcie nad Odrą.

Dosyć często przy przewożeniu internowanych do kolejnych obozów rozpuszczano plotki, że był to transport powrotny do domu. Dla obsługi likwidowanego obozu był to doskonały sposób na przyspieszenie załadunku wagonów, gdyż więźniowie podekscytowani informacją o wysyłce do ojczyzny chętnie i szybko wsiadali do pociągu.

Mieszkańców "niemieckiego" Górnego Śląska Sowieci traktowali jako Niemców i odsyłali ich do obozu nr 69 Frankfurt nad Odrą/Gronenfelde. Powodowało to często kuriozalne sytuacje, gdy Górnoślązacy przejeżdżali pociągiem obok swych domów i jechali dalej na zachód, by dopiero potem podjąć starania o powrót do swych rodzin. Zwykle władze polskie nie czyniły większych przeszkód w realizacji tej swoistej operacji "łączenia rodzin", zwłaszcza gdy wracającymi byli górnicy - niezwykle pożądana dla polskiego przemysłu grupa zawodowa. Trzeba pamiętać, że Frankfurt nad Odrą był punktem docelowym transportów nie tylko z cywilami, ale również z jeńcami wojennymi wracającymi z ZSRS. Oczywistym było, że owe tysiące ludzi trzeba było rozlokować w okolicy w celu rekonwalescencji. Wszystkie okoliczne szpitale były zajęte przez chorych, a powracający z ZSRS w lepszej kondycji mogli trafić albo do mniejszych obozów przejściowych lub - tak jak Cecylia Plewnia - do tamtejszych mieszkańców, którzy zgodzili się pomóc, przyjmując ich na jakiś czas. Następował wtedy proces rekonwalescencji, ale był to także czas na nawiązanie kontaktów z rodziną i podjęcie kluczowej decyzji: czy zostać w Niemczech, czy też wracać na Górny Śląsk. Często powrót do domu odbywał się z pominięciem odpowiednich procedur (przypadek Franza Koletzki w tym tomie). Standardowo internowany powinien zwrócić się do Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie po odpowiednie dokumenty, jak wynika z akt Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Należy pamiętać, że władze polskie były zainteresowane powrotem mieszkańców Górnego Śląska deportowanych do ZSRS i przekazanych do sowieckiej strefy okupacyjnej Niemiec, dlatego przymykały oko na braki w dokumentacji powracających.

Dokumentem upoważniającym do przekroczenia granicy była przepustka w języku niemieckim i rosyjskim (Ausweis, справка), wystawiana w obozie nr 69 i informująca, że internowany wraca z niewoli/internowania do swego miejsca zamieszkania. Dokument nie zawierał natomiast żadnych informacji o okresie pobytu w łagrze czy nazwy miejscowości, w której obóz się znajdował.

Osoby zwalniane z ZSRS, a traktowane przez władze sowieckie jako Polacy, były kierowane w 1945 r. wprost do Polski, do obozu NKWD nr 177 w Poznaniu, gdzie wypuszczano je na wolność. W późniejszym okresie kluczowym punktem powrotów do domów tej grupy deportowanych nie był Poznań, ale Brześć nad Bugiem, gdzie funkcjonował obóz transportowo-przesyłowy MWD nr 284. Tam grupy Polaków przygotowywano do przekazania ich w ręce Państwowego Urzędu Repatriacyjnego (PUR).

Po wielu latach badań udało się ustalić personalia 46,2 tys. internowanych na Górnym Śląsku, co stanowi zapewne absolutną większość dotkniętych tymi represjami sowieckimi. Mniej niż 10 proc. tych osób pozostało w regionie, demontując dla Sowietów infrastrukturę przemysłową, całą resztę wywieziono na "nieludzką ziemię". Z nich znaczna część nigdy nie powróciła do domu. Ustaliłem nazwiska 10 082 osób, które zmarły podczas deportacji.

Dariusz Węgrzyn

Augustyn Szołtysik1

Urodziłem się w 1927 r. w Suchej Górze2 w rodzinie polskiej. W domu rozmawialiśmy po polsku. Moja wieś należała przed II wojną światową do Polski. W wieku 14 lat poszedłem do pracy w kopalni "Bytom". W czasie okupacji rodzice otrzymali III [grupę] volkslisty3. Byłem wówczas niepełnoletni. Nie służyłem w wojsku niemieckim i nie należałem do organizacji hitlerowskich. Po wyzwoleniu Bytomia w dalszym ciągu pracowałem w kopalni. Na początku marca 1945 r. na terenie naszej kopalni pojawiły się obwieszczenia, iż mężczyźni w wieku od 17 do 50 lat, którzy posiadali I-III grupę volkslisty, mają się stawić w kopalni "Dymitrow"4 w celu wykonania prac przy poszerzaniu torów kolejowych. Trzeba było zabrać ze sobą koc i żywność. Stawiennictwo było obowiązkowe. Nie pamiętam już, czym grożono w obwieszczeniach w przypadku odmowy stawienia się, ale wszystko odbywało się pod przymusem. Udałem się na "Dymitrow", a w zasadzie do szkoły przykopalnianej, razem z bratem Pawłem. Na miejscu działała komisja złożona z lekarzy. Kazali wszystkim się rozebrać i nas badali. Brat był ranny na froncie, więc uznano go za niezdolnego do pracy. Takich niezdolnych było więcej - ich puszczano do domów. Natomiast pozostałych ok. 50 mężczyzn żołnierze rosyjscy zabrali do tramwaju i zawieźli do Gliwic5. Tam zostaliśmy umieszczeni w baraku, który był otoczony drutem kolczastym. Pilnowali go żołnierze rosyjscy. Kazano nam się ustawić w szeregu i wyrzucić na ziemię wszystkie posiadane przedmioty. Zabrano m.in. brzytwy, nożyczki, golarki. Dostaliśmy herbatę i chleb. Noc spędziliśmy w baraku. Skoro świt zrobiono nam pobudkę. Pomaszerowaliśmy do Łabęd6. Nadmieniam, iż w tym baraku w Gliwicach zastaliśmy już jakichś zatrzymanych mężczyzn.

W sumie wymaszerowało ok. 100 osób. Kobiet z nami nie było. W Łabędach był utworzony obóz w blokach mieszkalnych, ogrodzonych drutem kolczastym. Poprzednich mieszkańców wyrzucono z tych bloków. Zastaliśmy tam już bardzo wielu mężczyzn, których osadzono wcześniej. Wszyscy spali na podłogach, gdyż wszystkie meble usunięto. Nie jestem w stanie podać liczby osób przebywających w tym obozie. Nie wiem również, ile w nim było bloków. Pamiętam jedynie, że sporo. Każdego dnia robiono apele, podczas których oficerowie sowieccy wydawali polecenia, aby wszyscy partyjni i członkowie innych organizacji hitlerowskich występowali i ustawiali się w innym miejscu. Zabierano ich później do innych bloków. Potem dopiero się dowiedziałem, że zabrano ich do obozu w Oświęcimiu7. Ja w Łabędach przebywałem tylko trzy dni. Karmiono nas pęczakiem i chlebem. Głodu nie odczuwałem. Po trzech dniach wyczytano z list nazwiska ponad 1 tys. mężczyzn i poprowadzono nas do Pyskowic na dworzec kolejowy8. Szliśmy co najmniej trzy godziny. Po drodze nikt nie uciekł, bo ze wszystkich stron pilnowali nas sowieccy żołnierze z bagnetami na karabinach. Czekał już na nas pociąg składający się z bydlęcych wagonów. Było ich ok. 30. Do każdego załadowano po 46 mężczyzn. Czekaliśmy do nocy. Dano nam pęczaku i chleba. W transporcie tym był wagon-kuchnia. W nocy pociąg ruszył. Rano obudziliśmy się na bocznym torze pod Krakowem. Tam staliśmy przez całą sobotę i niedzielę. W każdy dzień byliśmy karmieni, a wieczorem dawano do picia herbatę. W miarę upływu czasu dostawaliśmy coraz mniej jedzenia. W wagonach po obu stronach były zabudowane prycze. Część ludzi leżała na nich, a część na podłodze. Było zimno, gdyż wagon nie był ogrzewany. Zabrałem z domu ciepłą odzież oraz koc i nie było mi zimno. Potrzeby załatwiało się do dziury wybitej w podłodze. Wody do mycia nie dostawaliśmy. W moim wagonie nikt nie chorował i wszyscy dojechali na miejsce. Nie wiem, czy w transporcie była zapewniona opieka medyczna.

Podczas postojów pociągów wypuszczano jedynie ludzi, którzy pod konwojem szli po żywność. Nie słyszałem, żeby ktoś uciekł z transportu. W dniu 26 marca 1945 r. dojechaliśmy do Donbasu po blisko dwutygodniowej podróży. Wagony podzielono i po kilka rozesłano do obozów przy poszczególnych kopalniach. Mój wagon razem z pięcioma innymi trafił do kopalni nr 7 w miejscowości Trudowskaja. Było nas ok. 300 górników. Jakieś 10 minut drogi od tej miejscowości znajdował się obóz9. Był ogrodzony drutem kolczastym z zabudowanymi wieżyczkami wartowniczymi. Wartownicy byli uzbrojeni w zwykłe karabiny. Jego wymiary to może 150 x 150 metrów. Nie wiem, ile w sumie było w nim baraków. Znajdowało się w nim już sporo internowanych, którzy mieszkali w parterowych barakach położonych w dole obozu. Pochodzili chyba z głębi Niemiec i nie byli górnikami. My z naszego transportu nie utrzymywaliśmy później z nimi kontaktów10. Kobiet w obozie nie było. W barakach nie było żadnych sprzętów. Spaliśmy na podłogach. Naszemu transportowi przypadły dwa baraki piętrowe z dużymi i mniejszymi salami. Trafiłem do dużej sali, gdzie umieszczono ok. 150 mężczyzn. Dopiero po upływie tygodnia sporządzono piętrowe drewniane prycze (z mokrego drewna, które suszyło się od naszych ciał). Na każdej kondygnacji spało po czterech ludzi. Było bardzo ciasno i trzeba było spać na boku. Innych sprzętów nie było. Sale były chyba ogrzewane, ale tego już dobrze nie pamiętam. Myliśmy się w kopalni lub w wiaderkach na terenie obozu. Tutaj była jednakże tylko zimna woda z rurociągu. Do chwili rozpoczęcia pracy dostawaliśmy po pół kilograma czarnego, gliniastego chleba oraz kapuśniak złożony z kapusty i zielonych pomidorów. Do takiego wyżywienia nasze żołądki nie były przyzwyczajone. Kapuśniak dawano rano, po przyjściu z pracy i wieczorem. 1 kwietnia [1945 r. - przyp. red.] poszliśmy do pracy. Zwiększono nam wówczas rację chleba do 1 kilograma na osobę. Na obiad dawano codziennie tzw. "omlety" z jajka. Kto wyrobił w kopalni normę, dostawał talon na 100 gramów chleba ze słoniną. Nic za to nie płaciliśmy. W sumie przez cały okres pobytu w Donbasie otrzymałem tylko wynagrodzenie za jeden miesiąc w wysokości 300 rubli. Można było za nie kupić na pobliskim bazarze trochę żywności w postaci chleba, konserw i oleju. Bazar był przy samych drutach, więc nie wychodziliśmy z obozu. Ponadto sprzedawaliśmy tam części naszej odzieży i również nabywaliśmy jedzenie. Wartownicy pozwalali na handel wyłącznie za dnia. Wieczorami krzyczeli, że będą strzelać.

Pracowałem na dole kopalni, początkowo nr 7, a później nr 12. Do pracy chodziliśmy pod konwojem żołnierzy. Robota nie była zbyt ciężka. Pokłady znajdowały się już na głębokości 60 metrów. Zjeżdżaliśmy klatką po pięciu. Pracowałem przy ścianie przy wybieraniu odstrzelonego węgla, przy jego transporcie oraz donoszeniu drewna do zabudowy. Pracowaliśmy w zasadzie przez cały tydzień. Teoretycznie mieliśmy "kalendarzyki" z wypisanymi dniami, które miały być dla nas wolne od pracy. Nie przestrzegano jednakże tego i goniono do pracy wszystkich, bo było zapotrzebowanie. Zmiana trwała osiem godzin. Ponieważ brakowało miejscowych mężczyzn, w kopalni zatrudniano również młode ukraińskie kobiety. Nie słyszałem, żeby ktoś uległ wypadkowi w pracy. Stosunki z miejscową ludnością były dobre. Współczuto nam11.

Latem w obozie zaczęły się choroby. Zaczął panować dur brzuszny12, na który ludzie umierali. Był jeden barak pełniący rolę szpitala obozowego. Pojawili się również rosyjscy lekarze. Spośród tych, którzy trafili do szpitala, niewielu przeżyło. Zmarłych grzebano gdzieś poza obozem. Zmarło sporo osób, ale nie jestem w stanie podać orientacyjnej liczby. Najwięcej umierało Niemców. Musieli być mniej odporni niż my, górnicy. Z naszego transportu niewielu umarło13.

Nie wiem, czy w baraku szpitalnym były jakieś lekarstwa. Wszyscy otrzymaliśmy zastrzyki przeciwko durowi brzusznemu. Ja nie zachorowałem. Raz uderzył mnie w głowę kawałek węgla i przez kilka dni pozostawałem w baraku. Nie zmuszano mnie wtedy do pracy. W obozie nie byłem przesłuchiwany. Zdarzały się ucieczki, zwłaszcza z miejsca pracy. Wszystkich uciekinierów przeważnie łapano i przekazywano do innych obozów. Rosyjscy żołnierze nikogo z internowanych nie zabili ani też nie pobili. Zdarzało się jedynie, że na nas pokrzyczeli. Nie otrzymywałem żadnej korespondencji, nie mogłem też pisać do domu. Nie świadczono nam również posług religijnych.

W listopadzie 1945 r. zrobiono poranny apel. Rosyjscy oficerowie wskazywali na poszczególnych mężczyzn, aby wystąpili. Okazało się, że wskazani mają wracać do domu. Nie wiem, czym się wówczas kierowali. Nazwisk nie wymieniali żadnych. Wybrali ok. 80-90 osób. Pozwolono nam się wykąpać i dwoma chyba wagonami pojechaliśmy do miejsca, gdzie formowano transport. Było to w mieście Stalino. Zbierano górników z różnych kopalń. Tego samego dnia wyruszyliśmy do Polski. Pociąg składał się może z 40 wagonów. Do Przemyśla jechaliśmy ok. dwóch tygodni. W transporcie była kuchnia i karmiono nas całkiem nieźle. Pilnowali nas uzbrojeni rosyjscy żołnierze. Oni również przesiedli się w Przemyślu na podstawiony polski pociąg i jechali nim aż do Poznania. Po drodze, w Tarnowskich Górach, uciekłem i wróciłem do domu. Ci, co pozostali w transporcie, w domach pojawili się dopiero po Nowym Roku.

Z Suchej Góry deportowano w 1945 r. czterech Knychałów - Emila14, Feliksa15, Ryszarda16 i Edmunda17 oraz Fabiana Lipoka18. Wydaje mi się, że jeden z Knychałów (nie pamiętam imienia) nie powrócił. Wszyscy już zmarli. Nie pamiętam nazwisk innych mężczyzn, ­którzy pochodzili z innych miejscowości i przebywali w moim ­obozie19. Wiem, że z Radzionkowa zabrano dużo ludzi. Nie znam żyjących osób, które mogą mieć wiadomości w sprawie będącej przedmiotem śledztwa.

Źródło: OKŚZpNP IPN Katowice, Śledztwo 8/00/ZK "W sprawie deportacji w 1945 roku do ZSRR mieszkańców Górnego Śląska i Śląska Opolskiego połączonej ze szczególnym udręczeniem", Tom XXV, Protokół przesłuchania świadka, Katowice, 7 VIII 2003 r.

Gerard Morgała1

Urodziłem się w 1929 r. w Szopienicach w polskiej rodzinie. Mój ojciec trzykrotnie brał udział w powstaniach śląskich. Był z zawodu kolejarzem. W czasie okupacji byliśmy prześladowani przez hitlerowców. Ojciec przebywał w Generalnej Guberni2, gdyż wyrzucono go z pracy. Siostra Helena została wywieziona na roboty przymusowe do Rzeszy. Wydaje mi się, że matka nie przyjęła volkslisty. Byłem wówczas bardzo młody. Po zajęciu Śląska przez wojska radzieckie w dniu 24 lutego 1945 r. przyszedł do nas milicjant, wzywając mnie do zgłoszenia się w Komisariacie Milicji w Szopienicach. Tam zostałem zatrzymany i osadzony w celi. Po jakimś czasie zarzucono mi, iż brałem udział w wysadzeniu mostu na Brynicy i przecinałem linie telefoniczne, sowieckie. Było to oczywiście nieprawdą. Nie przesłuchiwano mnie i nie bito. Następnego dnia przetransportowano mnie wraz z 20 innymi zatrzymanymi do więzienia w Katowicach3. Chciałbym nadmienić, iż w komisariacie była rosyjska komendantura. Pisano i mówiono po rosyjsku. Polacy nie mieli tam nic do powiedzenia. W więzieniu byłem do 14 marca 1945 r. 15 marca w kolumnie 14 osób popędzono nas do Bytomia, do więzienia przy ul. Sądowej4.

23 marca 1945 r. załadowano nas do wagonów bydlęcych po 80 osób. W wagonie takim, w połowie jego wysokości, po lewej i po prawej stronie drzwi były zabudowane drewniane półki. Na takiej półce siedziało 20 osób, a pod nią na podłodze również 20. To samo było po drugiej stronie. Drzwi zaryglowano. Wagon miał tylko dwa małe zakratowane okienka. Nie było szyb. Panował wówczas siarczysty mróz. Byłem tylko w sweterku i dotkliwie odczuwałem zimno. Transport składał się z dwudziestu kilku wagonów. W obozie dowiedziałem się, że liczył 1,8 tys. osób, w tym 120 kobiet. Pociąg wyruszył z Bytomia chyba 24 marca. Znalazłem skrawek gazety, na którym napisałem "Jadę do Rosji", podpisałem się i umieściłem mój adres. Wiedziałem, że wywożą nas do Rosji, gdyż strażnicy straszyli nas wyjazdem na "białe niedźwiedzie" na Syberię. Wagon miał okienka, jak już mówiłem, i przez jedno z nich wyrzuciłem kartkę. Znalazł ją mój kolega szkolny i doręczył rodzicom. Na miejsce przeznaczenia jechaliśmy prawie sześć tygodni. Po drodze zmarło pięć-sześć osób. Przyczyną zgonów było wycieńczenie i zimno. Wagon nie był bowiem opalany. Podczas postojów roznoszono jedzenie. Była to chochla zupy na osobę. Chleba nie dostawaliśmy. Zdarzyło się, że przez kilka dni nie otrzymywaliśmy nic do jedzenia. Do picia również nic nie podawano. Tego jednakże nie jestem pewny, gdyż dzisiaj już nie pamiętam.

Rolę ubikacji pełniła dziura wycięta w deskach podłogi. Nie mieliśmy wody do mycia ani żadnych środków higieny osobistej. Wystąpiła plaga wszy. Jechaliśmy przez Kraków, Lwów, Kijów, Woroneż, Penzę, Czelabińsk na Uralu, Kujbyszew. Dojechaliśmy do Karagandy w Kazachstanie. Po drodze ciała zmarłych wyrzucano z wagonów na pobocza. W Karagandzie po raz pierwszy pozwolono nam opuścić wagony. Przewracaliśmy się, bo obolałe i wycieńczone mięśnie nie pozwalały ustać na nogach.

Po kilku godzinach ponownie zapędzono nas do wagonów i powieziono do obozu w Dżezkazganie5. W tym obozie rozładowano cały transport. Usytuowany był on w stepie. Umieszczono nas w barakach zbudowanych z gliny i trzciny. Część takiego baraku znajdowała się w ziemi, a część nad ziemią6. Spaliśmy na drewnianych pryczach (zwykłe deski), bez sienników. Przykrywano się jedynie własnym odzieniem. Obozu pilnowali żołnierze sowieccy. Był otoczony podwójnym drutem kolczastym. Na wieżyczkach czuwali strażnicy uzbrojeni w pistolety maszynowe. Powiedziano nam, iż w pobliżu obozu są tartak i huta szkła. Podzielono ludzi do pracy w tych zakładach. Początkowo trafiłem do kuchni. Byłem tam pomocnikiem. Jedzenie przygotowywało się w ten sposób, że do kotłów wlewano wodę, stawiano je na piecach, a potem dorzucano solone warzywa. Zesłani otrzymywali po chochli takiej zupy dwa razy dziennie, przed pracą i po powrocie. Do zupy nie dodawano żadnego mięsa ani tłuszczu. Dodatkowo raz dziennie otrzymywano po 400 gramów chleba, który wypiekano w obozie. Był on gliniasty i ciężki do strawienia. Jednostajne i złe pożywienie przez cały okres pobytu w obozie powodowało występowanie czerwonki7, która dziesiątkowała ludzi. Dodatkowo wystąpiły również tyfus i malaria8.

Do naszego obozu nie przywożono więcej ludzi, natomiast w połowie roku 1945 część ludzi przeniesiono do innego obozu. Nie wiem, do jakiego i ile osób. Ja przebywałem tylko w tym jednym obozie. Z rosyjskiego Centrum Przechowywania Materiałów Historycznych i Dokumentalnych otrzymałem pismo, że byłem również w innych obozach, lecz nie jest to prawdą.

Z kuchni mnie wyrzucono, bo dawałem kolegom dodatkowe porcje. Zostałem ukarany jednym dniem karceru. Ponieważ dalej tak robiłem, przeniesiono mnie do huty szkła. Pracowałem tam na dwie zmiany. Huta produkowała szklanki. Jedynym fachowcem, który potrafił je wydmuchiwać, był dyrektor tej huty. Podawałem mu płynne szkło na rurce. W ciągu zmiany produkowano ok. 120 szklanek. Na zmianie pracowało natomiast ok. 40 osób. Warunki pracy były bardzo ciężkie. Było gorąco. [...]9

Strażnicy nie znęcali się nad nami. Nie słyszałem o przypadku zastrzelenia kogoś z uwięzionych. Prób ucieczki nie było, gdyż wokoło rozciągał się pustynny step i do najbliższych siedzib ludzkich były setki kilometrów.

Spośród więzionych Rosjanie wyznaczali starszego obozu. Był nim pan Rylski Władysław,10 rzemieślnik z Częstochowy. Znał on język rosyjski. Ponadto funkcjonowała tzw. Rada Obozu. Tworzyli ją starszy obozu i kilka innych osób. Zajmowali się oni takimi sprawami organizacyjnymi, jak np. kolejność udawania się do łaźni i ­odwszawiania, reklamowanie osób chorych i niezdolnych do pracy, zgłaszanie zgonów.

W obozie mogło umrzeć ok. 300-400 osób. Przyczynami zgonu były głównie wycieńczenie, tyfus i czerwonka. Po powrocie do kraju ważyłem 38 kilogramów, przy wzroście 175 centymetrów.

Chyba w lipcu 1945 r. nabawiłem się ciężkiego zapalenia płuc. Umieszczono mnie w szpitalu obozowym. Był to wydzielony barak, ogrodzony drutem kolczastym. Warunki były w nim takie same jak w innych barakach. Chorzy nie byli leczeni. Leżeli tam jedynie i nie musieli pracować. Kto wyzdrowiał, ten opuszczał szpital, a czyj organizm był zbyt słaby, ten umierał. Zdarzało się, że w ciągu jednego dnia grzebano poza drutami obozu kilkanaście osób. Wykopywano dół, wrzucano do niego ciała i zasypywano je piaskiem. Wykonywali to zesłańcy. Mogił nie oznaczano11. W obozie była wojskowa lekarka w stopniu majora. Dysponowała bandażami, jodyną i plastrami. Dodatkowo mogła jeszcze doradzić chorym, co mają robić, aby przeżyć i pokonać chorobę. Miałem to szczęście, że byłem podobny do jej syna, który poległ na froncie. Dawała mi zastrzyki, które przynosiła z części wojskowej obozu. Opiekowała się mną jak matka. Dzięki temu przeżyłem, chociaż nabawiłem się jeszcze tyfusu. Mówiła mi później, że to, iż żyję, to jakiś cud. Około połowy października 1945 r. cały obóz ewakuowano. Załadowali nas, tj. ok. 400 osób, do wagonów bydlęcych i transport wyruszył na zachód. Nie powiedziano, dokąd nas wiozą. Jechałem w wagonie sanitarnym, bo nadal byłem chory. Warunki w wagonie były takie same jak podczas jazdy do Kazachstanu. Dali nam jednak piecyk. Ponadto na postojach kilkakrotnie wypuszczano nas z wagonów. Wyżywienie również było złe. [...] Nie mam pewności, czy wszystkich zesłanych zabrano z obozu do transportu12.

W dniu 29 listopada 1945 r. przyjechaliśmy do Poznania. Tutaj transport podzielono. Tych, którzy czuli się Niemcami, wysłano do Frankfurtu nad Odrą. Około 300 osób pozostało w Polsce. Z PUR-u13 otrzymaliśmy żywność, 100 złotych, zezwolenie na bezpłatną podróż koleją do miejsca zamieszkania i zaświadczenie o przybyciu do Polski. W Szopienicach musiałem się zgłosić w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego. W Polsce leczyłem się jeszcze przez półtora roku i powoli wracałem do zdrowia. Potem się uczyłem.

Ze mną w obozie były następujące osoby: Ernest Stebel z Szopienic - sklepikarz14, Gerard Janot z Szopienic - hurtownik (byli to chłopcy w moim wieku, a zawody, które podałem, dotyczą rodziców)15, Czopa z Szopienic - pracownik huty16, Kawa - posiadał sklep, również pochodził z Szopienic17. Wszyscy już nie żyją. Nazwisk innych osób nie pamiętam.

Źródło: OKŚZpNP IPN Katowice, Śledztwo 8/00/ZK "W sprawie deportacji w 1945 roku do ZSRR mieszkańców Górnego Śląska i Śląska Opolskiego połączonej ze szczególnym udręczeniem", Tom VI, Protokół przesłuchania świadka, Katowice, 24 I 2001 r. Pierwodruk: Wywózka. Deportacje mieszkańców Górnego Śląska do obozów pracy przymusowej w Związku Sowieckim w 1945 roku. Faktografia - konteksty - pamięć, red. S. Rosenbaum i D. Węgrzyn, Katowice 2014, s. 382-385.

Dalsza część w wersji pełnej