Wywiad z władzą - Oriana Fallaci

Reflow text when sidebars are open.
Nazywano ją Błękitną Księgą ze względu na lśniącą okładkę w kolorze błękitnego nieba, ale dokładny tytuł brzmiał Przykazania ajatollaha Chomeiniego. Zawierała bowiem reguły codziennego życia, które zdaniem autora każdy dobry szyita powinien znać i sumiennie ich przestrzegać. Ajatollah pracował nad nią przez lata i osobiście nadzorował druk. W Teheranie sprzedawano ją nawet na chodnikach, każdy, kto umiał czytać, posiadał egzemplarz. Na Zachodzie natomiast dzieło odkryto przez przypadek i tylko najodważniejsze gazety ośmieliły się zaprezentować przekład najbardziej odrażających fragmentów: "Mężczyzna, który dopuścił się stosunków płciowych ze zwierzęciem, na przykład z owcą, nie może jeść jej mięsa, ponieważ jedząc je, dopuszcza się śmiertelnego grzechu. To samo jeśli owca piła świńskie mleko. W takim przypadku mężczyzna nie może odbywać z nią stosunków". Albo: "Jeśli mężczyzna poślubi nieletnią, która nie ukończyła dziewięciu lat, i odbywa z nią stosunki, nie powinien przebić jej błony dziewiczej, w przeciwnym razie nie może kontynuować z nią stosunków". Albo: "Matka lub córka, lub siostra mężczyzny, który odbywał stosunki analne z innym mężczyzną, nie może poślubić tego ostatniego. Ale jeśli małżeństwo zostanie zawarte, zanim dojdzie do stosunku analnego między mężem kobiety a jej synem lub ojcem lub bratem, wskutek czego dwaj mężczyźni stają się powinowatymi, małżeństwo jest ważne". Albo: "Jeśli podczas postu w ramadanie mężczyzna masturbuje się aż do osiągnięcia orgazmu, post jest nie ważny. Ale jeśli mężczyzna dozna mimowolnego wytrysku, nie popełnia grzechu. To samo jeśli po przebudzeniu stwierdzi, że miał wytrysk podczas snu. Post pozostaje ważny także wtedy, gdy po mimowolnym wytrysku w ciągu dnia mężczyzna stara się go zatrzymać. Nie jest ważny natomiast, kiedy mężczyzna, a także kobieta, umyślnie wymiotują albo myją sobie głowę, albo ją moczą".
Odłożyłam gazetę, w której przytoczono te fragmenty razem z zaleceniami na temat małżeństwa, rozwodu, win małżeńskich, grzechów jedzenia lub picia, próbując sobie przypomnieć, jak podczas pobytu w tunelu zareagowałam na wydarzenia w Iranie. Wszystko potoczyło się bardzo szybko i nieoczekiwanie. Kiedy byłam w tunelu, a w Teheranie przybywało zabitych w rozruchach przeciw szachowi, nagle zaczęto mówić o ajatollahu Chomeinim, który w wieku osiemdziesięciu lat kierował powstaniem ze swej siedziby na wygnaniu pod Paryżem. Uśmiechnęłam się, wyliczając powody, dla których ta wiadomość mnie rozbawiła, nic więcej. Po pierwsze, Amerykanie nie zgodziliby się stracić sojusznika, a raczej sługi tak cennego jak Reza Pahlawi, który nie kiwnął palcem bez ich zgody i, oprócz granicy ze Związkiem Radzickim długości pięciu tysięcy kilometrów, kontrolował Zatokę Perską oraz Ocean Indyjski, czyli szlaki, którymi transportowano ropę naftową przeznaczoną dla Zachodu. Po drugie, Reza Pahlawi, już raz zmuszony do ucieczki, nauczył się bronić. Jego armia, dobrze uzbrojona i opłacana, potrafiła stłumić wszelkie próby rewolucji, natomiast tajna policja działała wyjątkowo skutecznie, aresztując, torturując, eliminując każdego, kto domagał się choć odrobiny wolności. Po trzecie, choć Reza Pahlawi w swej szaleńczej megalomanii uważał się za następcę Kserksesa, nie był naiwny. Rozumiał, że świat się zmienia, w związku z tym także świat muzułmański musi się zmienić, było to nieuniknione i konieczne; problem każdego społeczeństwa polegał więc na odpowiednim pokierowaniu przemianą, na zaakceptowaniu jej i jednocześnie niedopuszczeniu, by zbyt drastycznie odwróciła ustalony porządek. Na swój sposób dokonała tego Biała Rewolucja. Szach rozdał trochę ziemi rolnikom, odebrał obszarnikom lasy i źródła, rozpoczął kampanię przeciw analfabetyzmowi, wprowadził nowoczesną technologię. Ale przede wszystkim odsłonił twarze kobiet, wytłumaczył im, że u progu XXI wieku czador jest nie do przyjęcia, że powinny wyzwolić się z niewoli rodziny i studiować, uczyć się zawodu, a nawet podjąć służbę wojskową. Innymi słowy, próbował przystosować kraj do rzeczywistości naszej epoki i nie było prawdą, że wszyscy go nienawidzili. Jedynie ci, którzy znali sens słowa demokracja i domagali się czegoś więcej niż postępu narzuconego przez tyranię, życzyli mu, by umarł, choćby na raka. Inni, czyli większość, z radością wylegali na ulice i gorąco go oklaskiwali, kiedy zmieniał żonę lub przychodził na świat jego potomek lub kiedy wracał z wakacji w Zermatt. Sytuacja, w której osiemdziesięcioletni duchowny obala szacha z użyciem meczetów i modłów, była wbrew wszelkiej logice.
Niedługo potem zobaczyłam Chomeiniego w telewizji. Miał wygląd nie tyle duchownego, ile świętego z fresku Michała Anioła, srogiego Mojżesza ze śnieżnobiałą brodą, w czarnym turbanie, o piorunującym spojrzeniu mściciela, który nie przebacza. Siedząc po turecku na niewielkim dywaniku, otoczony dworem służalczych wiernych, cichym głosem przeklinał szacha, jego siostrę, synów, ich przyszłych synów, po czym, nie poruszając się, wyjaśniał, dlaczego nikczemnik upadnie, dlaczego zostanie ukarany przez Allaha. Tym razem nie uśmiechnęłam się. Trudno było zrozumieć, o co mu chodzi, ale w tym człowieku, poza okrutnym, złowieszczym wyrazem, było coś, co przerażało. Coś, czego nigdy nie dostrzegłam u Rezy Pahlawiego: talent przywódcy, który potrafi dzierżyć władzę, zanim ją zdobędzie, pewność przewodnika, który nie ustępuje nawet wobec rzeczy niemożliwej, niebezpieczna charyzma człowieka kierującego się niewzruszoną wiarą, manipulującego tłumem z arogancją osoby nieomylnej. Nie bez powodu jego przesłania nagrane na taśmę i wysłane do Iranu wystarczyły do podtrzymania zdziesiątkowanej rzeziami rewolucji. Po usłyszeniu jego głosu buntownicy byli tak podnieceni, jakby zażyli kilogramy narkotyków. Dumni, że za niego zginą, rzucali się na karabiny maszynowe przeciwnika, krzycząc: "Strzelaj do mnie, strzelaj!". Kobiety, odrzuciwszy zachodnie ubrania, dzięki którym opuściły getto, popełniały samobójstwo owinięte czadorem, ukrywając pod nim kamienie i koktajle Mołotowa, przytrzymując go zębami, żeby się nie zsunął, dając się zastrzelić i padając na ziemię z głuchym uderzeniem niczym bezskrzydłe nietoperze. Były to te same kobiety i ci sami mężczyźni, którzy wcześniej wylegali na ulice, aby oklaskiwać szacha, kiedy zmieniał żonę lub przychodził na świat jego potomek lub kiedy wracał z wakacji w Zermatt. Z chwilą gdy zrozumiałam, że historia nie przebiega zgodnie z logiką, że fanatyzm potrafi uskrzydlić osły, że ludzie podążają zawsze za tym, kto ich lepiej oszuka, choćby w imię Boga, owego Boga, bez którego nie potrafią się obejść, musiałam liczyć się z możliwością, że diaboliczny starzec odniesie zwycięstwo.
Zwyciężył wcześniej, niż sądziłam. Na początku 1979 roku Reza Pahlawi, opuszczony przez Amerykanów, wyglądający jak cień człowieka, uciekł z rodziną do Egiptu. Armia, która powinna była bronić granicy ze Związkiem Radzickim długości pięciu tysięcy kilometrów oraz szlaków transportu ropy, rozpadła się. Diaboliczny starzec powrócił do Teheranu, przyjmowany niczym wskrzeszony Mahomet, aby proklamować Republikę Islamską. Podczas gdy jego mudżahedini rozstrzeliwali generałów, ministrów, urzędników państwowych, policjantów, nieszczęśników często niewinnych i postawionych przed plutonem egzekucyjnym bez procesu, niezwłocznie wyjaśnił, o co mu chodzi: o najbardziej przerażający skok w tył, jaki kiedykolwiek dokonał się na świecie. W krótkim czasie, po wygnaniu osób świeckich od lat zwalczających monarchię, rozwiązaniu partii i grup popierających demokrację, zlikwidowaniu wolności druku, przekonań, uczuć, rozpętaniu czystki Kurdów, codziennie mordowanych w prowincjach, Iran zmienił się w ogromny meczet, gdzie prymitywni, ciemni mułłowie czuwali nad ślepym przestrzeganiem praw spisanych tysiąc czterysta lat temu oraz przykazań zawartych w Błękitnej Księdze Chomeiniego. Rygorystyczne oddzielenie mężczyzn i kobiet, w domu i w urzędach, w pochodach i na plaży. Kobiety zobowiązane przykrywać się od stóp do głów żałobnym całunem o nazwie czador, także w wodzie, czyli podczas pływania, i biada temu, kto twierdził, że z ciałem owiniętym siedmioma metrami tkaniny nie da się pływać, ponieważ się tonie. Badanie ginekologiczne niezamężnych urzędniczek, aby upewnić się co do ich dziewictwa. Całkowity zakaz spożywania napojów alkoholowych, słuchania muzyki, tańczenia, wymieniania pocałunku, jeśli nie jest się małżeństwem, jak również wszelkich stosunków pozamałżeńskich. Pluton egzekucyjny dla osób, które nie podporządkują się zaleceniom. Po rozstrzelaniu generałów, ministrów, urzędników państwowych, policjantów szacha, ludzi mniej lub bardziej skompromitowanych współpracą z poprzednim reżimem, teraz strzelało się do cudzołożnic lub domniemanych cudzołożnic, do homoseksualistów lub domniemanych homoseksualistów, do narzeczonych zaskoczonych na niewinnych pieszczotach, do dziewcząt z odkrytą głową, całkowicie lub częściowo, do roztargnionych, którzy wypili piwo lub kieliszek wina. Procesy trwały cztery do pięciu minut, bez adwokata, bez możliwości obrony, skazanych tracono tuż po odczytaniu wyroku, przez rozstrzelanie lub ukamienowanie, które polegało na zakopaniu winnego lub winnej po szyję, a następnie zamordowaniu ich przez rzucanie kamieniami w głowę. Jedynie najwięksi szczęśliwcy wykręcali się publiczną chłostą przed bazarem: od pięćdziesięciu do trzystu uderzeń biczem, które zmieniały plecy w krwawą miazgę. Nikt nie protestował. Nikt nie buntował się, głośno mówiąc: dość, nie po to walczyliśmy z szachem, nie po to wystawialiśmy się na strzały z karabinów maszynowych.
Co do Zachodu, to obserwował wszystko z milczącym zakłopotaniem, a ci, którzy entuzjastycznie powitali ajatollaha, teraz, zacisnąwszy zęby, przyznawali się do pomyłki lub okazywali skruchę. Tak zwana lewica, zdaniem której każdą rewolucję należy usprawiedliwić, a ten, kto się z tym nie zgadza, jest faszystą, próbowała usprawiedliwić rzeź. "Zrozum, rewolucja nie jest zaproszeniem na wesele". "Pomyśl o Robespierze i tysiącach zgilotynowanych w czasach terroru, pomyśl o Leninie i setkach tysięcy wymordowanych podczas wielkich czystek". "Nie zapominaj, że nadużycia są niekiedy nieuniknione, konieczne. Nie pierwszy raz rewolucja pożera własne dzieci". Czyż nie użyto tych samych słów, kiedy stłumiono wolność w Polsce, Czechosłowacji, na Węgrzech, w Niemczech Wschodnich, kiedy zawiedziono nadzieje na Kubie i w Wietnamie? Czyż hipokryci nie splamili się tą samą złą wolą, czyż nie ukryli się za tą samą nieuczciwością, obawą przed posądzeniem o reakcyjność? Doskonale wiedziałam, że kiedy opowiem o potwornościach widzianych w Sajgonie, o winach Amerykanów, Wietnamczyków z południa, Loana i jemu podobnych, zdobędę tłumy wielbicieli i przyjaciół. "Wielka dziennikarka, wybitna pisarka, wspaniała kobieta". Ale zaledwie opowiedziałam o potwornościach widzianych w Hanoi, o przestępstwach Wietnamczyków z północy, żołnierzy Wietkongu, Giapa i jemu podobnych, trafiłam na łamy ich gazet. Wielbiciele zmienili się w krytyków, przyjaciele we wrogów: "Kanalia, pisze same oszczerstwa, sługuska Pentagonu. Obraża rewolucję!".
Rewolucja. Zachód wierzy w kłamstwo zwane rewolucją od zdobycia Bastylii. Od tej pory to dwuznaczne słowo szantażuje nas niczym świętość, ponieważ zostało nam narzucone jako synonim wolności-równości-braterstwa, symbol wyzwolenia i postępu, nadzieja ciemiężonych. Od tej pory rzezie dokonywane w imię rewolucji są rozgrzeszane, usprawiedliwiane, aprobowane. Morduje się jej dzieci, które także mordowały w przekonaniu, że jest lekarstwem na raka, panaceum na zło. Mówimy o niej z szacunkiem, uczymy się w szkole, analizujemy w traktatach politologicznych, w esejach filozoficznych. Z szacunku nie ośmielamy się jej zanegować, odrzucić, zdemaskować, plując w twarz głupcom i gwałtownikom, którzy posługują się nią, aby zrobić karierę. "Jeśli nie zdetonuje się kilku bomb, nie będzie rewolucji", powiedział mi przed wielu laty włoski rewolucjonista, zwolennik radykalnych metod stosowanych później przez Czerwone Brygady, obecnie bankier w Londynie. To bez znaczenia, że Mussolini nazywał swoją dyktaturę rewolucją, podobnie jak Hitler, Papadopulos czy Pinochet. To bez znaczenia, że rewolucja poniosła klęskę we Francji, Rosji i w innych krajach, wykrzykując hasła wolności, równości, braterstwa, sprawiedliwości, postępu. To bez znaczenia, że wszędzie, gdzie przelała i nadal przelewa niepotrzebne rzeki krwi, zniszczyła i nadal niszczy rzeczy warte ocalenia, zdobycze cywilizacji, wprowadziła i nadal wprowadza despotyczne reżimy, niekiedy gorsze od obalonych, usypiając świadomość ludzi strachem lub praniem mózgu. To wszystko nie ma znaczenia. Zdobycie Bastylii pozostaje wydarzeniem godnym szacunku, datą, którą należy świętować. A słowo rewolucja pozostaje świętością, aksjomatem, o którym nie można dyskutować bez popełnienia profanacji, dogmatem, bardziej niepodważalnym niż niepokalane poczęcie Najświętszej Maryi Panny.
Należało zatem kolejny raz udowodnić, że rewolucja jest kłamstwem, z którego rodzi się tyrania, oszustwem, któremu ulegamy z powodu lenistwa umysłowego, tchórzostwa lub nieśmiałości. Prawdziwa rewolucja jest cierpliwością, wytrwałością, inteligencją. Jest gąsienicą, która z wolna zmienia się w motyla, aby fruwać z kwiatka na kwiatek, żywić się pyłkiem, a nie krwią, cieszyć wzrok tych, którzy zazdrośnie zachwycają się jej wolnością. Dobrze wiadomo, ile potrzeba czasu, spokoju i wytrwałości, aby gąsienica stała się motylem. Jeśli będzie się ją ponaglać, zamęczać żądaniami, nie zmieni się nawet w poczwarkę. Kolejny raz należało zrozumieć, dlaczego zadziałało kłamstwo i za pomocą złej woli oraz głupoty zatriumfowała niegodziwość. Innymi słowy, należało jechać do Teheranu, przeprowadzić wywiad z Chomeinim, spytać go, jak śmie nazywać rewolucją dokonaną przez siebie rzeź i na jakiej postawie słuchanie muzyki czy odsłonięcie włosów jest grzechem, a zgwałcenie owcy zgodne z prawem, pod warunkiem, że później nie zjesz jej mięsa. Istniał jednak pewien problem: dotrzeć do niego i przekonać, żeby mnie przyjął. Nigdy nie udzielił prawdziwego wywiadu, w dodatku kobiecie. Jego dotychczasowe relacje z prasą polegały na krótkich spotkaniach z dziennikarzami płci męskiej. Dlatego też osłupiałam ze zdumienia, kiedy sprawdzając możliwości zrealizowania projektu, usłyszałam: "Jesteś jedyną osobą, która ma szansę na wywiad z Chomeinim, ponieważ w Iranie uważają cię za bohaterkę". "Mnie?! Z jakiego powodu?". "Bo przeprowadziłaś wywiad z szachem. Podczas powstania mułłowie cytowali go jak Koran, a dla rebeliantów był rodzajem sztandaru. Książka z wywiadem doczekała się w Teheranie czternastu różnych wydań i sprzedawana jest nawet na chodnikach. Zapytaj dziennikarkę Miriam Mafai, którą podczas wiecu wzięto za ciebie, przeniesiono na rękach i zmuszono do wygłoszenia przemówienia".
Wywiad z szachem! Kiedy powróciłam pamięcią do dwóch popołudni spędzonych z Rezą Pahlawim w jego gabinecie w Pałacu Lustrzanym jesienią 1973 roku, zaczęłam się zastanawiać, czy nie byłam dla niego trochę niesprawiedliwa i czy potępiając go z taką stanowczością, nie wpadłam w pułapkę manicheizmu, który pozwolił mi rozprawić się z Loanem. Kiedy siedzieliśmy przy stole pełnym cennych, bezużytecznych przedmiotów, szkatułek z litego złota z literą R wykonaną z najczystszych, największych szmaragdów, jakie kiedykolwiek widziałam, posążków wysadzanych szafirami, rubinami i brylantami tak doskonałymi, że każdy z nich wystarczyłby do wykonania klejnotu w cenie willi w Cannes, szach próbował zaskarbić sobie moją sympatię i wyrozumiałość. Zwierzał się, tłumaczył, próbując przełamać okazywaną przeze mnie wrogość: "Wyobrażam sobie, co pani myśli o karze śmierci i tak dalej. Ale, widzi pani, niektóre sądy wynikają z otrzymanego wychowania, kultury, klimatu, nie należy wychodzić z założenia, że to, co sprawdza się w jednym kraju, sprawdzi się też w innych. Proszę wziąć pestkę jabłka i zasiać ją w Teheranie, następnie wziąć drugą pestkę tego samego jabłka i zasiać ją w Rzymie; drzewo, które wyrośnie w Teheranie nie będzie podobne do drzewa wyrosłego w Rzymie". Kiedy zaniepokojony ostrością moich pytań zapytał, czy jestem na czarnej liście jego rządu, a ja odpowiedziałam mu, że to możliwe, gdyż jestem na czarnej liście we wszystkich krajach, uśmiechnął się z pobłażaniem: "Nieważne... Ja umieszczam panią na białej liście mojego serca". Tymczasem ja robiłam wszystko, żeby go dręczyć, nakłonić do mówienia głupstw. A powiedział ich bardzo dużo. Jak na przykład historię o wizjach świętych, którzy materializują się na jego oczach, aby przepowiedzieć mu przyszłość i potwierdzić jego boską misję. Kiedy miał pięć lat, ukazał mu się prorok Ali, ratując mu życie. "Upadłem na kamień, a on mnie uratował: położył się między mną a kamieniem. Był fizyczną rzeczywistością". "Wasza Wysokość, nie pojmuję tej historii o wizjach, o przywidzeniach". Nie pomagałam szachowi wyjść z tarapatów, w które go zapędziłam, nie dałam mu możliwości opowiedzenia, w jaki sposób starał się ulepszyć feudalne, zacofane społeczeństwo. Nienawidziłam jego absolutyzmu, bogactw, przepychu. Interesowało mnie wyłącznie sporządzenie portretu szaleńca, chorego na megalomanię.
Problem polega na tym, że nikt nie jest całkowicie zły, a jeśli nawet, to zawsze znajdzie się ktoś gorszy. Portret szacha z po minięciem cech pozytywnych sprzedawał się w czternastu różnych wydaniach na korzyść Chomeiniego, dlatego też reżim, sto razy gorszy od władzy szacha, uważał mnie za bohaterkę, co mnie przerażało. Jednocześnie kusiło mnie, by wysłać list do Rezy Pahlawiego, ciężko chorego na raka, przez wszystkich opuszczonego, który błąkał się od kraju do kraju, między Egiptem, Marokiem, Bahamami, Meksykiem, Panamą, Teksasem i Nowym Jorkiem, w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłby umrzeć. "Wasza Wysokość, w 1973 roku źle Waszą Wysokość potraktowałam, więc piszę z prośbą o wybaczenie. Wasza Wysokość był prawdziwym skurczybykiem, chciwym, okrutnym despotą, ale biorąc pod uwagę, jak wygląda sytuacja po tchórzliwej ucieczce Waszej Wysokości, muszę przyznać, że Wasza Wysokość był mniejszym złem i spokojnie mógł pozostać w Iranie ze swoimi szmaragdami, szafirami i głupimi wizjami. Za panowania Waszej Wysokości ludzie mieli przynajmniej marzenie, o które warto było walczyć, i nadzieję, której można się było uczepić: marzenie o wolności i nadzieję na lepszą przyszłość. Proszę przyjąć wyrazy szacunku, szczerze oddana etc., etc.". Nic jednak nie napisałam. Skontaktowałam się natomiast z Miriam Mafai, która potwierdziła to, co o niej słyszałam, i udzieliła mi kilku rad. Dotrzeć do Chomeiniego? Słuchał dwóch osób świeckich: ministra gospodarki Bani Sadra oraz dyrektora telewizji Gotzadeqa. Nie powinnam mieć trudności z uzyskaniem ich pomocy, ponieważ ich sługusem jest młodzieniec podający się za tłumacza moich książek na język perski Bagh?r Salami. Miałam do niego zadzwonić, oto numer telefonu. Zadzwoniłam i osiem dni później dotarłam do królestwa strachu.
*
Wszystkie dyktatury opierają się na strachu. Boimy się, że możemy być obserwowani, zadenuncjowani, w niebezpieczeństwie, aresztowani, więzieni, torturowani, ukarani w ten czy inny sposób. Boimy się, że zostaniemy zgilotynowani, powieszeni, pozbawieni głowy, rozstrzelani, ukamienowani. Strach podsycają żołnierze, policjanci, żandarmi, krótko mówiąc, każdy, kto nosi mundur i dzierży w ręce rewolwer, karabin lub miecz. Przywódca dyktatury na ogół także nosi mundur, jak Napoleon, Hitler, Mussolini, Reza Pahlawi, Fidel Castro, Pinochet, Kaddafi, Idi Amin, Bokassa. Jeśli nie nosi munduru, przypina sobie medale, jak dyktatorzy radzieccy. Jeśli nie przypina medali, ma bojową przeszłość lub teraźniejszość, jak Robespierre, Ho Szi Min, w każdym razie strach, jaki budzi, przekazują nam uzbrojeni ludzie w mundurach. Wystarczy popatrzeć na ich mundury, by poczuć się zagrożonym, nawet jeśli ponad nimi widnieją uprzejme twarze. Ale twarzy nie widzisz. Kiedy patrzysz na żołnierza, policjanta lub innego stróża porządku, widzisz tylko mundur. Od niego przechodzisz do beretu czy hełmu, pomijając twarz i głowę. Żołnierze, policjanci, żandarmi są bezgłowymi istotami z nakryciem niewidzialnej głowy. Dopiero w chwili, gdy umierają lub padają ranni w kałuży krwi, zauważasz, że są ludźmi, podobnie jak ty bezbronnymi, przerażonymi, są ofiarami despotyzmu i cynizmu. Nie czujesz już strachu, jesteś nawet zdolny ich opłakiwać, ale jest już za późno.
W Iranie Chomeiniego strach nie rozprzestrzeniał się w ten sam sposób. Choć istnieli uzbrojeni ludzie zwani pasdaranami, przekazywany był za pośrednictwem nieuzbrojonych ludzi bez munduru, lecz w strojach duchownych, czyli mułłów. Owi mułłowie służyli Chomeiniemu, czyli nieuzbrojonemu przywódcy bez munduru, bez medali, bez bojowej przeszłości czy teraźniejszości, ale w bezpośredniej styczności z Bogiem, który wybrał go na swojego przedstawiciela. Innymi słowy, w Iranie strach pochodził bezpośrednio od Boga, od Allaha. To Allah cię obserwował, denuncjował, zagrażał ci, aresztował, więził, torturował. To Allah cię rozstrzeliwał, kamienował, uśmiercał, karząc twoją duszę wraz z ciałem, skazując ją na wieczne potępienie. Obawa przed wiecznym potępieniem łączyła się z lękiem przed rozszarpaniem ciała. Żyłeś w strachu bez względu na to, co czyniłeś i gdzie przebywałeś, także w zaciszu pokoju zamkniętego na klucz, bez mikrofonów, jak również we własnym sumieniu. Jeśli przypadkiem zapomniałeś, że przez cały czas obserwują cię boskie oczy Allaha i słuchają jego boskie uszy, przypominał ci o tym Chomeini za pomocą swojego wszechobecnego wizerunku. Prędzej czy później zdradzałeś się, opowiadałeś o swoich przewinieniach komuś, kto powiadamiał o nich mułłę. Mułła wzywał pasdaranów, którzy pozbawiali cię życia ziemskiego i pozaziemskiego.
Oto szatańskie rozwiązanie diabolicznego starca, który zastąpił szacha. Oto nieprawdopodobny system jego nieograniczonej władzy. Aby znaleźć podobną tyranię, należało powrócić do mrocznego średniowiecza, kiedy królową nauk była teologia, a inkwizycja ćwiartowała heretyków, paliła na stosach nieszczęsne kobiety, upokarzała Galileusza, zmuszając go do twierdzenia, że ziemia jest nieruchoma. Kiedy królowie panowali za przyzwoleniem papieża, kultura i sztuka podlegały Kościołowi, a najwybitniejsze talenty musiały ulegać woli kardynałów i zakonników, rzeźbić i malować wyłącznie Jezusa Chrystusa, świętych lub Matkę Boską, wznosić wyłącznie katedry, kaplice i klasztory, komponować wyłącznie muzykę sakralną. Kiedy wszystko było grzechem i człowiekowi groziło piekło, jeśli w piątek zjadł kawałek kiełbasy. Z jedną wszakże różnicą - ów teokratyczny despotyzm w pewnym stopniu pobudzał inteligencję i ducha, poszerzał horyzonty myślowe, tworzył wspaniałe rzeźby, freski i malowidła z przedstawieniami Jezusa Chrystusa, świętych i Matki Boskiej, cudowne katedry, przepiękne kaplice, wspaniałe klasztory, podniosłe śpiewy gregoriańskie, krótko mówiąc, wdzięk, piękno i cywilizację. Teokratyczny despotyzm Chomeiniego natomiast prowadził do tępoty i bigoterii, poniżając inteligencję, przekreślając idee, eliminując piękno i wdzięk, zastępując cywilizację barbarzyństwem, wreszcie przeinaczając sens grzechu i sprowadzając go do obsesji na tle seksu, jakby życie nie było niczym innym, jak fallusem, waginą lub zwieraczem odbytu. Było to pierwsze odkrycie, jakiego dokonałam po przyjeździe do Teheranu.
- Przykro mi, to niezgodne z wolą Allaha - bąknął, unikając mojego wzroku, pracownik Iran Airlines, kiedy wyciągnęłam do niego prawą rękę, żeby podziękować mu za przybycie i oczekiwanie na mnie u stóp schodków. Na widok mojej wyciągniętej dłoni, którą zamierzałam uścisnąć jego dłoń, wystraszył się i schował obie ręce za plecami. Taki gest dziecka, przyłapanego na dotykaniu zakazanego przedmiotu.
Szybko cofnęłam zakazany przedmiot, położyłam go na piersi na znak, że przepraszam, że nie zamierzałam go urazić, ale natychmiast zrozumiałam, że popełniłam o wiele poważniejszy błąd. Kiedy moja dłoń była zwrócona w jego stronę, nie było widać paznokci, z chwilą, gdy oparłam ją o pierś, okazało się, że są pomalowane na gorszący, czerwony kolor. Mój rozmówca wpatrywał się w nie równie uporczywie jak drugi sekretarz ambasady, kiedy przyznał mi wizę, upominając mnie: "Czerwone paznokcie! Nie zamierza pani chyba jechać do Iranu z paznokciami pomalowanymi na czerwono!".
- Proszę mi dać paszport, sam go pokażę na kontroli - powiedział po chwili pracownik Iran Airlines, opanowując się i wyciągając palec wskazujący oraz kciuk, aby uniknąć kontaktu skórnego. Kiedy chwytał dokument, spojrzał mi w twarz. I zobaczył moje długie włosy powiewające na wieczornym wietrze.
- Oh, God! My God! Nie ma pani chusty do przykrycia głowy?
- Nie.
Oczywiście, że ją miałam. Któż odważyłby się przybyć do Iranu bez chusty, która mogła zastąpić czador przynajmniej po szyję? Ale za nic na świecie nie wyświadczyłabym mu grzeczności, okrywając się chustą na płycie lotniska.
- No, cóż. Zrozumieją, że jest pani cudzoziemką. A jeśli nawet ktoś będzie gderał, przypomnę mu o pani wywiadzie z szachem. Proszę za mną.
- Dziękuję.
Zdenerwowana jego słowami i gigantycznym portretem Chomeiniego na fasadzie terminalu, witającym nierozważnych przybyłych, poszłam za nim razem z kilkoma innymi pasażerami samolotu: dwoma Francuzami, trzema Niemcami, sześcioma Arabami z Kuwejtu i Amerykaninem, który importował świeży kawior i groził, że zerwie kontrakt. "Nie potrafią go już robić! Nie umieją nawet zamknąć puszek. Niewielka ilość kawioru, którą od nich dostaję, jest prawie zawsze zepsuta. Jak tak dalej pójdzie, będę go kupował od Rosjan". Roztaczający się wokół nas widok potwierdzał jego słowa. Lotnisko, które w czasach szacha było wzorem dobrego funkcjonowania i czystości, zmieniło się nie do poznania: ściany pokryte napisami i śladami palców, posadzki zaśmiecone papierzyskami, brudne od plwocin oraz mułłowie w ciągłym ruchu, którzy nie wiadomo po co i dlaczego tu byli. Sala przylotów była prawie pusta, w sali wylotów natomiast, widocznej przez szyby, kłębił się tłum ludzi: setki osób biwakujących z dziećmi i pakunkami wśród piekielnej wrzawy. W nadziei, że wyjadą z kraju, powiedział mi Amerykanin, tłoczyli się na lotnisku od świtu i przez cały dzień błagali o miejsce w którymś z samolotów, nieważne dokąd leciał. Było tu dużo kobiet i w porównaniu z ich czadorami moje włosy wydawały się jeszcze bardziej odkryte, a odmowa przykrycia ich chustą jeszcze bardziej zuchwała. Czyżby z tego powodu mieli mnie nie wpuścić? Niepokój nie trwał długo, przeklęty wywiad z szachem był cenną przepustką. Na posterunku policji pracownik Iran Airlines okazał mój paszport, który podstemplowano wyjątkowo szybko, na cle natomiast, gdzie dwunastu mniejszych Chomeinich straszyło osoby na tyle naiwne, że podróżowały z numerem "Playboya" lub butelką whisky, nie zapytano mnie nawet, czy mam ze sobą alkohol lub pisma pornograficzne. Byłam zatem bezpieczna. Obok dziewiątego Chomeiniego po lewej stronie czekał na mnie młodziutki okularnik z czarnymi wąsami i spiczastą bródką na modłę staroperską, innymi słowy Salami, który podawał się za mojego tłumacza, a od tej pory miał być moim opiekunem. Wyposażony w dokument rozwiązujący najwidoczniej wszelkie problemy torował sobie drogę wśród mułłów. Z rękami przyciśniętymi do boków, aby uniknąć uścisku dłoni, powitał mnie nienagannym skinieniem głowy i pozdrowieniem w moim języku.
- Allah jest wielki. Witam w Teheranie. Mój samochód jest do pani dyspozycji, zawiozę panią do miasta.
Droga prowadząca do miasta stanowiła przerażającą sekwencję wizerunków Chomeiniego, patrzących z każdego budynku, witryny sklepowej, skrzyżowania, a mój opiekun był ostatnią osobą, którą mogłam sobie wyobrazić jako towarzysza podróży w podobnej sytuacji. Sprawiał wrażenie, jakby dręczyły go tysiące obaw i obmyślał tysiące kłamstw, począwszy od tego, że umówił mnie już na spotkanie z ajatollahem. Wyznał też, że straszliwie wstydzi się swojego nazwiska. "Proszę nie nazywać mnie Salami, lecz Bagh?r. Wszystkim osobom z Zachodu mówię, że moje nazwisko brzmi Bagh?r". Kompleksu na punkcie nazwiska Salami nabawił się we Florencji, gdzie przez osiem lat studiował na uniwersytecie dla cudzoziemców, nie robiąc dyplomu magistra, i gdzie wyśmiewano się z niego z toskańskim okrucieństwem: "Chleb z salami, chleb z salami! Salami wiejskie, salami z dzika, salami myśliwskie, kiełbaska, aromatyzowana!". Był bardzo religijny, wymawiał słowo Allah gardłowym głosem, który wychodził z jego ust jak czknięcie i powracał jak kęs do przeżucia. Kochał ajatollaha niemal histeryczną miłością. "Nie ajatollah, tylko imam. Imam, czyli święty". Co do rewolucji, w której brał udział tylko w pierwszych dniach, zbierając rannych, mówił o niej z egzaltowaną żarliwością. Było to zrozumiałe, jako że dzięki niej zrobił karierę: wszedł w łaski Bani Sadra i Gotzadeqa, otrzymał miejsce urzędnika w telewizji. Jego zdaniem rewolucja była wielkim zwycięstwem ludzkości, początkiem szczęśliwej epoki, w której zasady islamu trafią do najodleglejszych zakątków świata. Za każdym razem, kiedy wspominał o heroicznych miesiącach powstania, rosła liczba poległych. Przy pierwszym skrzyżowaniu dróg było ich pięćdziesiąt tysięcy. Przy drugim sześćdziesiąt tysięcy. Przy bramach miasta osiągnęły liczbę stu tysięcy, która w następnych dniach doszła do stu dwudziestu, a później do stu pięćdziesięciu tysięcy. W chwilach szczególnej euforii dochodziła nawet do miliona.
- Czy nie powiedział pan - pięćdziesiąt tysięcy?
- Chyba mnie pani źle zrozumiała.
W imię tych poległych, których przybywało jak ryb w biblijnej opowieści i którzy, jak się wydawało, zginęli tylko po to, by Irańczykom stanęły penisy, tolerował wszelkie nadużycia i głupotę. Podzielał upomnienie pracownika Iran Airlines: "Nie należy ściskać ręki kobiety", wyraża to brak szacunku do kobiety. "Nie powinno się malować paznokci na czerwono", wyraża to brak szacunku do mężczyzny. "Nie chodzi się po ulicy z odkrytą głową", uzasadnienie było zbędne. Zastanówmy się, jaka część kobiecego ciała najbardziej pociąga mężczyznę? Nie, wcale nie wydatny biust, jędrne pośladki czy ładne nogi. Pewne atrybuty liczą się później, kiedy daje się upust zwierzęcości. Tym, co pociąga mężczyznę najbardziej, bardziej niż oczy i usta, są włosy. Zwłaszcza jeśli są długie i powiewające na wietrze. Należało zatem przykryć je w pierwszej kolejności, co tłumaczyło, dlaczego niekiedy zezwalano na zastąpienie czadora chustką, która zakrywa czoło i którą zawiązuje się na szyi podobnie jak barbet. Nic jednak nie zastąpi czadora, ponieważ nic nie pobudza fantazji tak jak czador. Kiedy widzisz piękną twarz okoloną czadorem, od razu się podniecasz, zastanawiasz, co jest pod spodem. Jeśli nie widzisz nawet twarzy, jako że kobieta jest tak oddana Bogu, że ją ukrywa, odbiera ci rozum. Dzisiaj rano o mało nie oszalał, kiedy natknął się na kobietę tak wstydliwą, że miała odkryte tylko jedno oko, nic więcej. Zaczął za nią iść w nadziei, że zobaczy przynajmniej drugie oko, wszystkie zmysły rozpaliły się na pytanie: jest młoda czy stara, gruba czy chuda, ładna czy brzydka? "Wy, kobiety Zachodu, to co innego! Od razu wszystko o was wiadomo: czy jesteście młode czy stare, grube czy chude, ładne czy brzydkie. Nic się do was nie czuje. Im bardziej się rozbieracie, tym mniej się czuje".
Niezbyt dobrze rozumiałam, czy te słowa były wyrazem przekonania, oportunizmu czy strachu. Tym samym tonem wygłaszał hymny pochwalne na cześć ajatollaha, przepraszam, imama. Wielki filozof, wybitny przywódca, mąż stanu, teolog. Jakże bez niego wytłumaczyć nieświadomym, że islam jest prawem, prawem Allaha, a więc jedynym, że tylko teologowie znają prawo i mogą rządzić społeczeństwem, rozwiązywać problemy prawne, wykonawcze, administracyjne, że żaden rząd muzułmańskiego kraju nie jest legalny, o ile nie rządzą nim teologowie? Jakże im powiedzieć, że poza Koranem nie ma sprawiedliwości, nie może jej być, że Koran nie jest przestarzały czy podupadły, że na przykład prawo o karach cielesnych doskonale nadaje się do zniechęcenia rabusiów, pijaków, narkomanów? Poza tym imam jest uczciwy, nie jest złodziejem jak Reza Pahlawi. Ma tylko dywanik, dywanik biało-niebieski, na którym siadał na wygnaniu w Neuilly-sur-Seine, a teraz siada w świętym mieście Kom. W tym momencie przyłapałam Bagh?ra na kłamstwie dotyczącym spotkania z Chomeinim.
- A propos, kiedy go zobaczę na tym dywaniku?
- Wkrótce. Proszę się nie martwić.
- Właśnie, że się martwię. Muszę się przecież przygotować, pojechać do Komu.
- Do Komu pojedziemy razem. Samotnej kobiety nie wpuszczą do Komu.
- W porządku, ale kiedy?
- Nie wiadomo.
- Przecież mam spotkanie. Chyba jest jakiś umówiony termin?
- Nie ma spotkania.
- Jak to? Chce mi pan powiedzieć, że przyleciałam z Nowego Jorku do Teheranu bez umówionego terminu spotkania? Przez telefon mówił pan co innego. Okłamał mnie pan?
- Tak. Gdybym nie skłamał, nie przyleciałaby pani. Nie zobaczyłaby pani naszej wspaniałej rewolucji. Dla muzułmanina kłamstwo nie jest grzechem, o ile służy islamowi. Co więcej, dla dobra islamu kłamstwo jest obowiązkiem. Cnotą.
- Ty przeklęty łotrze, ohydny oszuście, podły hipokryto uganiający się za czadorami!
- Proszę mnie nie obrażać. Allahowi nie podoba się, kiedy niewierni obrażają jego wyznawców. A poza tym zobaczy się pani z Chomeinim, przysięgam. Zna panią, ma pani wywiad z szachem. Tymczasem mogłaby pani przeprowadzić wywiad z Gotzadeqiem.
- Mam w nosie Gotzadeqa!
- No to z Bani Sadrem.
- Jego też mam w nosie!
- Nie ma pani racji, obaj są ludźmi, o których usłyszy cały świat.
- Cały świat usłyszy o panu, jeśli nie umówi mnie pan na spotkanie z Chomeinim, jasne? Bo powieszę pana na czadorze!
Po tych słowach zostawiłam go przed hotelem, uderzając nosem w kolejnego gigantycznego Chomeiniego, który tarasował niemal całe wejście. W holu także był olbrzymi Chomeini, również w portierni, przy kasie, w restauracji. Telewizor w pokoju był włączony, pokazując Chomeiniego w ruchu i w kolorze, wygłaszającego przemówienie w Komie. Z wściekłością wyłączyłam odbiornik. Otworzyłam na oścież lodówkę, żeby poszukać czegoś do picia, czegoś, co mnie uspokoi i przepłucze gardło zdarte od krzyku. Osłupiałam na widok ogromnego bogactwa lemoniad, oranżad, wód mineralnych. Oczywiście, żadnego piwa. Poczułam gwałtowną potrzebę napicia się piwa, wina, likieru, jakiegokolwiek napoju z alkoholem. Ja, która zawsze piłam z umiarem i nigdy w życiu nie byłam pijana. Wezwałam pokojowego, zdecydowana złamać prawo i choć w ten sposób zemścić się na kłamliwym bigocie, który ze mnie zadrwił. Za kropelkę alkoholu byłam skłonna narazić się na areszt, zgorszenie, chłostę przed bazarem.
- Chcę się napić piwaaa!
- Nie piwo, nie piwo - odparł pokojowy, po czym czmychnął przerażony.
Zadzwoniłam więc do portiera, który wydał mi się gotowy na wszystko, byle zainkasować napiwek.
- Jak pan wie, jestem cudzoziemką i chciałabym napić się piwa.
- Przykro mi, w Iranie nie podajemy piwa - powiedział portier, pośpiesznie odkładając słuchawkę.
Zadzwoniłam więc do dyrektora, który serdecznie powitał mnie w hotelu, zapewniając, że spełni każde moje życzenie.
- Proszę mi załatwić butelkę piwa.
- To niemożliwe. Ale jeśli poprosi mnie pani o księżyc, dam go pani. Ponieważ księżyc jest. Ale niech mnie pani nie prosi o piwo. Ponieważ piwa nie ma - odparł dyrektor, dodając, że przyjdzie do mnie opiekunka i wszystko mi wyjaśni.
Po chwili przyszła opiekunka ze smutnym uśmiechem i egzemplarzem mojej książki. Z głową przykrytą przezroczystą chustką i miłym, przyjaznym spojrzeniem, wydawała się gotowa spłonąć na stosie, byle pohamować mój gniew.
- Proszę wystarać się o piwo. Niech pani będzie tak dobra i znajdzie dla mnie piwo.
Uśmiech zniknął z jej twarzy, a książka wysunęła się z rąk i upadła na łóżko, jakby nie miała siły jej utrzymać.
- Wiem, że chce się pani napić piwa. Wszyscy już o tym wiedzą. Ale nikt nie może spełnić pani życzenia.
- Nie jestem muzułmanką, więc nie muszę być posłuszna Mahometowi.
- To nie ma znaczenia. A nawet gdyby miało, na nic się nie zda. Wszystkie magazyny z piwem zostały zniszczone, podobnie jak butelki wina, szampana, koniaku, whisky, wódki i likierów. Przybyli pasdarani z mułłami i potłukli je. Potem podpalili: w hotelach, restauracjach, sklepach. Oszczędzono tylko ambasady. Całe miasto płonęło. W całym mieście unosił się odór alkoholu. Został tylko ten, którego używa się do dezynfekcji w szpitalach. Ale...
- Ale?
Uśmiechnęła się, mrugając porozumiewawczo. Podeszła do drzwi, sprawdziła, czy nikt nie podsłuchuje, zamknęła drzwi i podeszła do mnie. Zaczęła mówić ściszonym głosem.
- Podziwiam panią, a właściwie kocham, mimo że pani nie znam. Mam wszystkie pani książki i kiedy dowiedziałam się, że pani przyjeżdża, powiedziałam o tym mężowi, który też jest pani wiernym czytelnikiem. Ten egzemplarz należy do niego, prosiłabym o autograf. Mąż odparł: Trzeba podarować jej jakiś prezent. Dał mi go, żebym pani przyniosła. Jest na dole, w moim biurze.
- Bardzo dziękuję. Co to takiego?
Ponownie podeszła do drzwi, otworzyła je, sprawdzając, czy nikt nie podsłuchuje. Zamknęła drzwi i podeszła do mnie, szepcząc mi do ucha:
- Butelka szampana!
- Butelka szampana?!
- Pst! Proszę nie krzyczeć. Mąż uratował ją na swoje urodziny. Ale powiedział: Zanieś jej. I tak nie odważylibyśmy się go wypić. Nie było łatwo przynieść butelkę do hotelu. Bardzo się bałam. Nie wiedziałam, gdzie ją ukryć, potem zrobiłam paczkę i schowałam pod czadorem. Pozostaje problem, jak ją tu przynieść i gdzie ukryć.
- Ukryję szampana w środku: wypiję. A raczej razem wypijemy.
- Nie, przenigdy bym tego nie zrobiła. Czułabym się winna. A co potem?
- Potem, czyli kiedy?
- No, jak go pani wypije? Co pani zrobi z butelką?
- Wyrzucę.
- A jak ją znajdą? Jeśli przeprowadzą dochodzenie i odkryją, że to ja dałam pani butelkę? Nawet dyrektor o niczym nie wie. Trzeba bardzo uważać. Pokojówki mają obowiązek sprawdzać. To rozkaz mułłów. Każdy hotel jest nadzorowany przez mułłę, a kiedy gość wychodzi, pokojówki przeszukują pokój. Były przypadki, że wyłamały kłódkę przy walizce.
Sprawiała wrażenie, jakby pożałowała własnej śmiałości, wspaniałomyślności, więc teraz ja próbowałam ją uspokoić.
- Proszę się nie martwić, odkleję etykietkę z butelki w ciepłej wodzie, w łazience.
- Butelkę szampana można rozpoznać bez etykietki.
- Wyrzucę ją przez okno, na ulicę.
- Byłoby jeszcze gorzej. Trzask rozbijanej butelki wzbudziłby podejrzenia.
- Zostawię ją na innym piętrze, pod drzwiami jakiegoś zwolennika Chomeiniego. Oskarżą jego i będziemy mieć dobrą zabawę.
Moja propozycja spodobała się jej. Śmiejąc się, wyszła z pokoju, po chwili wróciła z zuchwałym prezentem schowanym w torbie, szczęśliwa, że się go pozbywa. Ale butelka była ciepła. Nie mogąc schować jej w lodówce, gdzie rano znaleźliby ją szpiedzy mułłów, schowałam ją w spłuczce, gdzie przynajmniej była zanurzona w zimnej wodzie. Następnie, pogodzona z tym, co przyniósł mi dzień, zażyłam środek nasenny i zasnęłam. Kiedy obudziłam się następnego dnia rano, w głowie kłębiły mi się myśli, pytania. Czy można zaryzykować stwierdzenie, że za-szacha-było-lepiej, uznać, że kolejny raz rewolucja poniosła klęskę i że właściwie nie można było mówić o rewolucji, lecz o regresie, a śmierć tylu ludzi przyniosła jedynie pogorszenie sytuacji, nic więcej? A jeśli mój umysł przyćmiewają zasady moralne i ideologiczne, w których wyrosłam, jeśli kult rozumu i wolności zaślepia mnie w takim samym stopniu, jak kult Allaha i jego przykazań zaślepia mułłów? Zgoda, moje doświadczenia tuż po przyjeździe do Teheranu były równie bulwersujące, jak to, o czym czytałam przed wyjazdem, ale czy można było wyciągać ostateczne wnioski na podstawie dwóch, trzech mało istotnych epizodów? Należało odczuwać wściekłość czy może raczej pogardę? Być może padłam ofiarą niefortunnych przykładów lub przejęłam się przesadnymi ocenami innych osób. Trzeba przyznać, że islam dał ludzkości wiele dobrego: wspaniałych poetów, genialnych matematyków, znakomitych filozofów, wybitnych myślicieli, jak Awerroes. Myśli mistycznej i religijnej na najwyższym poziomie nie mogła zastąpić klerykalna ciasnota umysłowa diabolicznego starca. Co do ciasnoty umysłowej duchownych, to występowała ona także w moim świecie: zasada postu przed przyjęciem komunii dorównywała ramadanowi, kiełbasa, której nie można jadać w piątek, znaczyła tyle, co zakazane piwo, a średniowieczny pas cnoty był okrutniejszy od czadora. Czy coś mogło wywołać moje zdziwienie? Zachód w swej zakłamanej arogancji wymyślił krucjaty, nazywając je szlachetnymi wyprawami, i nikt nigdy nie przyznał, że tak naprawdę były wojną kolonialną, ludobójstwem. Fakt, nasza inkwizycja powstała pięćset lat temu, lecz historia czarownic spalonych w Salem przez synów reformacji nie była tak odległa, a strach przed grzechem, którego doświadczyłam jako mała dziewczynka, sięgał czterdziestu lat wstecz. W gruncie rzeczy różnica polegała na datach, nie na słowach. Tu mówiło się, że w imię Koranu można kłamać, u nas, że cel uświęca środki. Czy Salami istotnie zasługiwał na moją pogardę i krzyki? Był przekonany, że dobrze postąpił, oszukując mnie, i że w końcu docenię ich rewolucję. Musiałam zatem patrzeć na tutejszą rzeczywistość z większym dystansem oraz elastycznością. Powinnam spróbować zrozumieć. Właściwie to dobrze, że termin spotkania z Chomeinim nie był jeszcze ustalony, miałam bowiem czas na sprawdzenie kilku informacji, przezwyciężenie szoku, jakim było moje niefortunne przybycie, przygotowanie się do wywiadu w Komie bez uprzedzeń i nieuzasadnionych obaw.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Po śmierci drogiego mi człowieka rozpoczęłam pracę nad powieścią, która miała nadać sens tragedii. Aby ją napisać, zamknęłam się w pokoju na pierwszym piętrze mojego domu w Toskanii. Czułam się tak, jakbym się pogrążyła w tunelu bez końca, bez jednego promyka światła. Pokój był właściwie krótkim korytarzem wyposażonym w półki na książki, stolik, krzesło, źle oświetlonym, z wąskim oknem wychodzącym na gaj oliwny. Na brzegu gaju, tuż pod oknem, rosła grusza, na którą padał mój wzrok, kiedy podnosiłam oczy w poszukiwaniu słońca. Nie wychodziłam z domu, by pójść do ogrodu czy popływać w basenie, z nikim nie rozmawiałam, nawet z osobami z rodziny. Wstawałam o świcie, zasiadałam przy stoliku, pracowałam do późnej nocy, układając w stertę zapisane strony, które czasem zachowywałam, czasem wyrzucałam. Przerywałam tylko po to, by zejść na dół, do matki, gasnącej niczym świeca, wyniszczanej przez niewidzialnego potwora, którego zwą rakiem. Identycznymi krokami, identycznymi ruchami schodziłam po schodach wiodących na parter, przechodziłam przez salon z dużym zegarem, który co sześćdziesiąt minut wybijał dźwięk Westminster Bell, i wchodziłam do pokoju, gdzie matka leżała z gniewną rezygnacją. Jej piękna twarz była coraz bardziej wychudzona, piękne dłonie coraz szczuplejsze. "Jak się masz?", "Źle". Rozmawiałyśmy niewiele, jakbyśmy bały się zdradzić nasze myśli. "Teraz i ty odchodzisz", "Teraz i ja odchodzę". Przerwy w pracy, które z nią spędzałam, były sekwencją ruchów zapożyczonych od pielęgniarki, służących zagłuszeniu ciszy: uniesienie jej do wygodniejszej pozycji, poprawienie poduszek, sprawdzenie butli z tlenem, dzięki któremu oddychała. Po zakończeniu obrzędu szeptała jedno zdanie, prawie zawsze jednakowe. "Oślepniesz nad tą książką". Odpowiadałam, żartując, że założę okulary, składałam delikatny pocałunek na czole barwy kości słoniowej, przemierzałam salon, wchodziłam po schodach i powracałam do swojej samotni, bez kontaktu ze światem.
Wewnątrz tunelu przestrzeń była pozbawiona przestrzeni, czas czasu, a Historia nie istniała. Nikogo nie widywałam, nie odpowiadałam na telefony, nie czytałam gazet. Mój mózg był mięśniem działającym w ścisłej zależności od wysiłku, w którym się wyniszczałam, od widma, któremu próbowałam przywrócić życie za pomocą wspomnień i wyobraźni. Gdzieś słyszałam, że Mao Tse-tung umarł ze starości w Pekinie i spoczywa zabalsamowany na placu Niebiańskiego Spokoju, gdzie wzniesiono mu mauzoleum, że w Teheranie szach Reza Pahlawi ma kłopoty, gdyż mułłowie zapełniają meczety ludem gotowym do rewolucji, że w Managui dyktator Somoza długo się nie utrzyma z powodu narastania ruchu sandinowskiego, że prezydentem Stanów Zjednoczonych został Jimmy Carter. Wiadomości, które niegdyś wzbudziłyby mój entuzjazm i zawiodły mnie do Chin, Iranu, Nikaragui, Nowego Jorku, gdzie miałam biuro i drugi dom, teraz jedynie muskały moją świadomość niczym przygłuszone, nieciekawe echa. Nie zwracałam uwagi na kalendarz. O upływie dnia powiadamiało mnie wyłącznie bicie zegara w salonie, powtarzane obsesyjnie co sześćdziesiąt minut, świadectwem zmiany pór roku była grusza pod wąskim oknem. Kiedy zasiadłam przy stoliku, była obsypana owocami, a więc musiało być lato, wkrótce jej liście pożółkły, a więc musiała nadejść jesień, po jakimś czasie straciła liście, a wokół leżał śnieg, więc musiała nadejść zima. Na pewno była zima, ponieważ zapanował chłód, padał deszcz, ktoś mówił o minionych świętach Bożego Narodzenia, choć nie przypominałam sobie, żebym obchodziła święta Bożego Narodzenia, ktoś mówił o minionym Nowym Roku, choć nie przypominałam sobie, żebym świętowała Nowy Rok. Może to było wówczas, gdy zostałam z matką dłużej i pomagałam jej jeść ciasto, którego nie mogła przełknąć?
W pewien mroźny wieczór zeszłam na dół, żeby sprawdzić butle z tlenem, poprawić poduszki, unieść ją do wygodniejszej pozycji, a kiedy poruszyła wargami, nie wyszedł z nich żaden dźwięk: niewidzialny potwór doszedł do strun głosowych. Przerażona podpowiedziałam jej zdanie: "Oślepniesz-nad-tą-książką". Poruszyła przecząco głową. Zadałam szereg pytań, które pomogłyby mi ją zrozumieć: chce jej się pić?, chce iść do łazienki?, nie może znieść bólu? Za każdym razem kręciła głową, żeby powiedzieć nie, nie, nie. Minęły całe wieki, zanim pielęgniarka wychwyciła słowo "ksiądz", zanim zrozumiała, że chce księdza. Przyszedł więc ksiądz z walizeczką flakonów wypełnionych święconą wodą, świętym olejem oraz innymi świętymi i opatentowanymi płynami do leczenia duszy. Niczym czarownik szykujący się do tajemniczych egzorcyzmów przystroił się czarnymi stułami, wyszywanymi złotą i srebrną nicią, chwycił w rękę krzyż, odmówił litanie, skropił świętymi płynami i odpuścił grzechy, których nigdy nie popełniła. Później wyszedł, zostawiając mnie samą z matką, która podniesiona na duchu po odpuszczeniu nigdy niepopełnionych grzechów, wskazała mi fotel obok łóżka. Usiadłam ze ściśniętym sercem i pozostałam tak przez sześć dni i sześć nocy, zapominając o widmie i książce, która mnie od niej oddaliła. Śmierci matki nie da się porównać ze śmiercią ukochanego człowieka: jest zapowiedzią twojej śmierci. Jest śmiercią istoty, która cię poczęła, nosiła w brzuchu, podarowała ci życie. Twoje ciało jest jej ciałem, twoja krew jej krwią. Kiedy umiera, fizycznie umiera część ciebie lub początek ciebie, nawet jeśli przecięto pępowinę, aby was rozdzielić. Aby oddalić tę śmierć, będącą zapowiedzią mojej śmierci, pilnowałam się, żeby nie zasnąć. Aby nie zasnąć, starałam się, żeby i ona nie spała, i mówiłam, mówiłam bez końca. Opowiadałam matce to, czego jej nigdy wcześniej nie mówiłam i nie opowiedziałabym nikomu innemu, o moich ranach, smutkach, wątpliwościach, składających się na cenne brzemię życia, mówiłam jej, że pomimo tych ran, smutków, wątpliwości lubię życie, cieszę się, że przyszłam na świat, i dziękuję jej na kolanach za to, że mnie urodziła. Nawet jeśli w swej dobroci i szczodrości nie dokonała innych dobrych rzeczy, fakt, że mnie urodziła, był dla mnie wystarczającym uzasadnieniem jej istnienia. Miałam nadzieję, że moja wdzięczność wynagrodzi jej przykrości, na które ją naraziłam. Pragnąc mi powiedzieć, że czuje się szczęśliwa, dumna ze swego czynu, ścisnęła moją dłoń, kierując na mnie spojrzenie orzechowych oczu. A kiedy przyszedł ojciec, z uśmiechem wskazała go palcem, jakby dla przypomnienia, że dar życia pochodził także od niego.
Siódmej nocy padłam z wyczerpania, zapadając w ciężki sen. Obudziłam się z niego potrząsana przez pielęgniarkę, która wołała ogarnięta paniką: "Proszę się obudzić, proszę się obudzić!". Matka prawie nie oddychała, a jej oczy, które nagle stały się błękitne, wpatrywały się w nicość. Odeszła w moich objęciach, niczym ptaszek zesztywniały z zimna. Aby odprowadzić ją na cmentarz, musiałam w końcu wyjść z domu, dostrzegając, że ulice nadal są ulicami, a ludzie ludźmi. Nie pociągało mnie to, więc czym prędzej powróciłam do tunelu, zmieniając samotnię w więzienie. Po śmierci tej, która odrywała mnie od stolika, skłaniając do zejścia po schodach, przejścia przez salon z zegarem i znalezienia się w pokoju teraz zamkniętym na klucz i przez wszystkich omijanym, nie miałam powodu, żeby opuszczać pokój z wąskim oknem wychodzącym na gaj oliwny. Podczas gdy widmo nieobecne przez sześć dni i sześć nocy ponownie brało mnie w posiadanie, a mózg ponownie stawał się mięśniem działającym w ścisłej zależności od pisanej przeze mnie książki, pokój przekształcił się w celę nad gruszą okrytą mgiełką białych kwiatów, a więc musiała przyjść wiosna, później była obsypana owocami, a więc musiało nadejść kolejne lato, później jej liście pożółkły, a więc musiała nadejść kolejna jesień, po jakimś czasie straciła liście, a wokół leżał śnieg, a więc musiała nadejść kolejna zima, następnie ponownie rozkwitła, okryta mgiełką białych kwiatów, a więc musiała nadejść kolejna wiosna, która wkrótce miała przejść w trzecie lato, trzecią jesień i trzecią zimę. Świat stał się odległym wspomnieniem, Historia rzeczywistością, której echa docierały do mnie coraz bardziej stłumione. Później odkryłam ze zdumieniem, że w Chinach zakończyła się rewolucja kulturalna, jej ofiara Deng Xiaoping zajął miejsce Mao Tse-tunga, że szach Reza Pahlawi uciekł z Iranu, pozostawiając kraj w rękach starego duchownego Chomeiniego, że w Nikaragui dyktator Somoza został obalony przez wojska sandinistów. Jak przewidziała matka, naprawdę oślepłam.
Nieoczekiwanie w ciemnym tunelu pojawił się promyk światła, przeniknął przez zasłonę ślepoty, niosąc tęsknotę za światem, który pochowałam wraz z dwiema ukochanymi osobami. Wydarzyło się to, sądzę, w okresie, kiedy grusza zakwitła po raz trzeci i pisałam ostatnie strony książki. Z każdą stroną rosło zainteresowanie wydarzeniami, które w swym szaleństwie pominęłam, jak również potrzeba wymazania z pamięci owego szaleństwa, niecierpliwe pragnienie powrotu do podróży, przygód, odkryć, innymi słowy, do dawnego życia. Cela, w której się zamknęłam, stała się nie do zniesienia, bicie zegara, który co sześćdziesiąt minut powtarzał dźwięki Big Bena, zmieniło się w koszmar, torturę raczej. Jak więzień, który rzuca się ze złością na strażnika, zeszłam do salonu i zatrzymałam mechanizm zegara. Zebrałam kartki i przeniosłam się do drugiego skrzydła domu, do dużego pokoju pełnego okien. Następnego dnia powróciłam do lektury gazet, oglądania telewizji, odpowiadania na telefony, wyszłam nawet do ogrodu, dotarłam do basenu, w którym nie zanurzałam się od dwóch lat, nie cieszyłam się słońcem. Ojciec wyrywał wyrosłe na brzegach chwasty. Uniósł głowę, spojrzał na mnie z niedowierzaniem i wykrzyknął: "Redivivi te salutant!". Parsknęłam śmiechem, którego dźwięk mnie przeraził: przez te wszystkie lata spędzone w towarzystwie widma i ciszy mówiącej wyłącznie o śmierci zapomniałam, czym jest śmiech, słyszałam go jakby pierwszy raz w życiu. Kilka tygodni później książka była ukończona, leciałam do Nowego Jorku. Wychodziłam z tunelu z oporem więźnia, który zbyt długo przebywał w ciemnościach. Co mam począć z tą rozległą przestrzenią, z tą ilością światła? Jak mam powrócić do zapomnianych nawyków, przerwanych doświadczeń, dawnego życia? Niedawno ukończona książka nie zwróci wolności utraconej w dniu, kiedy ją wymyśliłam. Podobnie jak nowo narodzone dziecko, trzeba ją prowadzić, bronić przed podstępem, perfidią, skazując się na wyniszczającą udrękę pisania. Słowem, dobrze wiedziałam, że koniec pracy oznaczał kolejną niewolę i wskrzeszał widmo, które odebrało mnie matce, kiedy byłam jej potrzebna.
*
- Nie mogę się od niego uwolnić - powiedziałam do przyjaciela, który zaprosił mnie na kolację, obiecując niespodziankę. Po wyjeździe z centrum Waszyngtonu prowadził samochód po autostradzie w Wirginii. - Podąża za mną, dokądkolwiek idę, cokolwiek robię, jakby był zazdrosny o mój powrót do życia i chciał mi w tym przeszkodzić.
Książka Un uomo, opublikowana we Włoszech w czerwcu, wywołała wrzawę dorównującą odniesionemu sukcesowi. Sprawdziło się to, czego się obawiałam: koszmar nadal trwał. Jakby tego było mało, książka miała być wkrótce przetłumaczona na piętnaście języków. W wielu krajach miał się powtórzyć przytłaczający ceremoniał reklamy, pochwał i polemik, ożywiających wskrzeszone widmo.
- Nie mogę, bo to zmarły, który nie chce umrzeć.
- Nie może umrzeć teraz, kiedy ocaliłaś go od zapomnienia - odparł przyjaciel. - Nie może spocząć, pozwolić, abyś o nim zapomniała. Zawsze będzie cię prześladował. Zawsze będzie u twego boku, w twoim łóżku i mózgu. Nie masz wyboru, musisz nauczyć się z nim żyć, nie pozwalając, by opanował twój umysł, inteligencję. Przestań o nim mówić, zajmij się czymś innym. Powróć do wywiadu z historią.
Pokręciłam głową:
- Wywiad z historią to wywiad z władzą, a ja mam dość pisania o władzy. Czyż ta książka nie mówi o władzy, nie jest bajką o człowieku, który walczył z władzą i został przez nią zamordowany?
- Zgoda, ale nie mówi wszystkiego o władzy. Nie mówi na przykład, kim stałby się człowiek walczący z władzą i przez nią zamordowany, gdyby przeżył i doszedł do władzy.
- Zachowałby się jak należy - oświadczyłam urażona.
- Nie jestem pewien, choć podoba mi się ta myśl. Władza jest chorobą, którą może zarazić się nawet ten, kto uważa się za uodpornionego. Jest diabłem prowadzącym do piekła nawet rajskie anioły. Gdyby przeżył i pewnego dnia doszedł do władzy, utraciłby niewinność, nieskazitelność. I postąpiłby tak jak inni: zdemoralizowałby się, stałby się zły.
- To niemożliwe! Nieprawda!
Uśmiechnął się, nie odwracając wzroku od autostrady.
- Możliwe i prawda. Z ludźmi, którzy w ten czy inny sposób zdobywają władzę, dzieje się coś dziwnego. Coś, co ich oszpeca, psuje, niszczy i zachęca do niszczenia, nawet jeśli pragnęli zbudować raj na ziemi. Dobrze o tym wiesz. Zaczynają kłamać, nawet jeśli przedtem byli szczerzy, stają się próżni, nawet jeśli byli skromni, apodyktyczni, choć wcześniej byli tolerancyjni. Zabijają, choć wcześniej nie byli zdolni skrzywdzić muchy. Dla nikogo, kto stoi u władzy, nie ma ratunku, bez względu na poziom, w każdym ustroju, w demokracjach, podczas rewolucji. Przyjrzyj się rewolucjonistom naszych czasów: nie uratował się Lenin, ani Tito, ani Mao Tse-tung, ani Fidel Castro. Choć początkowo nie mieli złych zamiarów.
- Chcieli zastąpić czyjąś władzę własną władzą!
- Nie, mieli marzenie. Marzenie, by zmienić świat, uczynić lepszym. Dlatego poświęcili spokojne życie, niekiedy dostatnie, skazując się na prześladowania, aresztowania, wygnanie. Nie mieli osobistych ambicji, przynajmniej nie zawsze. Nie zamierzali kłamać, zdradzać, zabijać. Mimo to, po obaleniu władzy, która kłamała, zdradzała, zabijała, sami zaczęli kłamać, zdradzać, zabijać. Stali się tyranami. Co do przywódców, których nikt dzisiaj nie ośmiela się nazywać tyranami, jak Churchill, Roosevelt czy de Gaulle, mógłbym ci udowodnić, że do pewnego stopnia także oni byli tyranami. W każdym razie nie nazwałbym ich wcieleniem niewinności, nieskazitelności. Zdradzali, kłamali i zabijali tak samo jak słynni tyrani.
- Może dlatego, że wcześniej też nie byli niewinni, nieskazitelni.
- W niektórych wypadkach nie byli. W innych natomiast tak. Przestali tacy być, kiedy tylko przejęli dowództwo. Gdyby Joanna d'Arc została królową Francji, również nie pozostałaby nieskazitelna ani niewinna. Podejrzewam, że jako przywódczyni dopuściłaby się kilku haniebnych czynów lub niesprawiedliwości. Nawet kierownik pociągu staje się arogancki, kiedy uświadomi sobie, że ma władzę nad pasażerami.
- Dokąd mnie wieziesz? - przerwałam mu zirytowana. Od pół godziny jechaliśmy w ciemnościach, widząc jedynie drzewa po obu stronach autostrady. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego wybrał tak odległe miejsce.
- Do miasteczka Burke - odparł tajemniczo.
- Restauracja musi być wyjątkowa, skoro warto odbyć tak długą podróż.
- Raczej interesująca - sprostował.
- Jaki rodzaj kuchni sprawia, że jest interesująca?
- Kuchnia nie ma znaczenia. Liczy się kucharz - oznajmił.
- Czy to jakiś znany kucharz?
- Był znany. Użyłem czasu przeszłego, gdyż nikt już o nim nie mówi.
- Nadal jest dobry?
- Nie wiem, czy jest lub był dobry, nigdy u niego nie jadłem.
- Jedziemy zatem do restauracji, w której nigdy nie byłeś i gdzie pracuje pewien kucharz, ale nie wiesz, czy jest dobry - wykrzyknęłam jeszcze bardziej zirytowana. - Wiesz przynajmniej, czy jest Francuzem, Włochem lub Chińczykiem?
- Wietnamczykiem - uściślił.
Moje zaciekawienie rosło. Ho Szi Min, który nie był kucharzem, lecz cukiernikiem, zmarł jakiś czas temu. Nie wiedziałam o istnieniu słynnego kucharza wietnamskiego. Co do restauracji wietnamskich, znałam tylko te w Sajgonie, a dobrą opinię miałam jedynie o knajpie odwiedzanej przez dziennikarzy u schyłku lat sześćdziesiątych i w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych. Nazywaliśmy ją "U Le Loi", ponieważ wchodziło się do niej od ulicy Le Loi, lubiliśmy tam jadać, gdyż znajdowała się w centrum, w pobliżu naszych hoteli i biur. Poza tym w czasach, gdy brakowało jedzenia, podawano tam przysmaki: langusty, homary, udka kurczaka w pikantnym sosie, suflet czekoladowy. Właścicielem był tajemniczy olbrzym, który beztrosko obsługiwał najgorsze szumowiny Sajgonu: kolaborantów, szpiegów, prostytutki polujące na Amerykanów, Zielone Berety na przepustce. Kiedy pytałeś go o opinię na temat wojny, odpowiadał ze złośliwym uśmiechem: "Tr?s bonne, la guerre. Tr?s bonne. Beaucoup money avec la guerre. Wojna bardzo dobra. Bardzo dobra. Można zarobić dużo pieniędzy dzięki wojnie". Ale żołnierze Wietkongu, zawsze gotowi wysadzić w powietrze lokale uczęszczane przez Zielone Berety, prostytutki polujące na Amerykanów, szpiegów i kolaborantów, nigdy go nie ruszali.
Opowiedziałam o tym przyjacielowi, który uśmiechnął się rozbawiony:
- Może on też należał do Wietkongu?
- Prawdopodobnie. Ktoś mi mówił, że nadal niewzruszony podaje langusty, homary, udka kurczaka w pikantnym sosie, suflet czekoladowy. Jedyna różnica polega na tym, że dzisiejsza klientela składa się z bogatych komunistów, a odpowiedź, jakiej udziela klientom, kiedy pytają go o opinię o czasach pokoju, brzmi: "Tr?s bonne, la paix. Tr?s bonne. Beaucoup money avec la paix. Pokój bardzo dobry. Bardzo dobry. Można zarobić dużo pieniędzy dzięki pokojowi". Podobno jednym z jego pomocników jest brat żołnierza Wietkongu, którego podczas ofensywy w Tet zastrzelił z rewolweru generał Loan, na oczach fotografów i operatorów telewizyjnych. Pamiętasz zdjęcie Loana strzelającego w skroń młodemu chłopcu w koszuli w kratę, ze związanymi rękami? Przerażające zdjęcie, głównie dlatego, że młodzieńca sfotografowano dokładnie w chwili, gdy kula trafiła w skroń, a jego twarz wykrzywiła się w straszliwym grymasie.
- Przypominam sobie.
Okrutny Loan, postrach Sajgonu. Podczas gdy jechaliśmy w ciemnościach, wśród drzew Wirginii, obraz łajdaka, który z jednakowym cynizmem zarabiał pieniądze na wojnie i na pokoju, rozmył się w mojej pamięci, ustępując miejsca twarzy Loana, poznanego w 1967 roku w biurze naczelnika policji. Pod względem fizycznym był najbrzydszym mężczyzną, jakiego widziałam. Jego brzydota polegała na tym, że miał drobne ciało, obciągnięte skórą jakby pozbawioną tkanek i przylegającą bezpośrednio do kości, oraz dużą głowę żółwia, z tak krzywą twarzą, że wydawała się złożona z dwóch połówek różnych twarzy połączonych przez szalonego chirurga. Dopełnieniem monstrualnego wyglądu były olbrzymie usta, które opadały ku szyi, zasłaniając podbródek. Patrzenie na niego źle wpływało na samopoczucie, jak napisałam w książce o Wietnamie. Poczułam się jeszcze gorzej, widząc, jak pieści róże: jedną po drugiej, płatek po płatku, z niezwykłą delikatnością.
- Kiedy weszłam do jego biura, pieścił róże. Trzy róże. Pieszcząc je, wyjaśnił mi, że na biurku zawsze chce mieć świeże róże, z kroplą rosy na płatkach. Tylko jedną. Bardzo kochał róże. Kochał je tak jak Brahmsa i Chopina, których utwory co wieczór grał na fortepianie. Kochał także Paryż, Wenecję i Florencję. "Je suis un romantique, madame, je ne peux pas vivre sans la beauté et la grâce. Kiedy pomyślę, że muszę zajmować się wojną, madame... Moi, un militaire! Madame, je deteste les militaires!".
- Przypominam sobie - powiedział przyjaciel. - Czytałem w książce.
- Kiedy wytknęłam mu popełnione zbrodnie, tortury, którym poddawał więźniów, odparł, że nigdy ich nie oszpecano. Kilka uderzeń pięścią, madame, kilka policzków, drobiazgi. Czasami trzeba było zastosować elektrowstrząsy, najbardziej opornych przydusić ręcznikiem. Ale dlaczego bije się złe dzieci? Aby stały się dobre, madame. A żołnierze Wietkongu byli złymi dziećmi, których trzeba było nauczyć, jak stać się dobrymi. Podobnie buddyści, chłopaczyska odurzone narkotykami. Nie wzruszali mnie ci, którzy się podpalali. Po odurzeniu narkotykami nie czuli bólu. Chce pani zrobić eksperyment, madame? Proszę wziąć żywego psa, polać go benzyną i podpalić. Natychmiast zaczyna się miotać, ucieka, wyjąc z bólu. Następnie proszę wziąć drugiego psa, ale odurzonego narkotykami, polać go benzyną i podpalić: przekona się pani, że znosi wszystko bez mrugnięcia okiem, bohatersko, jak mnich buddyjski.
- Przypominam sobie - oznajmił przyjaciel. - Nie pamiętam tylko, w jaki sposób doszedł do władzy i dlaczego.
- Przez przypadek, jak się wydaje, i wbrew własnej woli. Był synem milionera, studiował we Francji, w Akademii Wojskowej Saint Cyr. Przez pewien czas walczył z Francuzami u boku Viet Minhu, komunistów, później przeszedł na drugą stronę. Lubił latać samolotem, więc Cao Ky zlecał mu misje na północ. Pewnego dnia, kiedy powrócił z lotu nad Hanoi, Cao Ky zaproponował mu, żeby został naczelnikiem policji. Zgodził się przez subordynację, ale nienawidził tego stanowiska. Uważał je za pospolite. "Jestem najstarszy z jedenaściorga rodzeństwa, madame, i najgłupszy. Moje siostry i dwaj bracia są lekarzami, trzej są farmaceutami, dwaj inżynierami. Tymczasem ja jestem tylko generałem, naczelnikiem policji. Madame, quelle horreur".
- Tymi słowami nie zdobył sobie twojej przychylności?
- Nie, gdyż wbrew temu, co powiedział, zachowywał się tak, jakby to lubił. W ciągu trzech lat wymordował Bóg wie ilu buddystów i żołnierzy Wietkongu, aresztował dwóch wysłanników NFW, Narodowego Frontu Wyzwolenia, którzy przybyli do niego w celu pertraktacji. Zamierzał rozstrzelać trzech innych, choć Amerykanie próbowali mu to wyperswadować, tłumacząc, że to pogorszy sytuację. "Rozstrzelam ich, madame, czy to się Amerykanom podoba, czy nie". Trzy miesiące później wykonał wyrok na żołnierzu Wietkongu na oczach fotografów i operatorów telewizji. Wykonał wyrok, a raczej zamordował, ot tak, nagle, nie wiedząc, kim jest ten człowiek, nie pytając, w jakich okolicznościach został schwytany. Generał Loan był symbolem okrucieństwa. Nienawidziłam go. Nienawidziłam go do tego stopnia, że podczas tamtego spotkania odmówiłam papierosa, którym mnie częstował. Zostałam z pustą paczką, szukałam papierosa po kieszeniach, a wtedy on zaproponował mi gauloise'a. Odmówiłam. Oschle.
- Źle zrobiłaś. Gdyby to on znalazł się na miejscu tego żołnierza i trzech innych ludzi Wietkongu, to ów żołnierz i tamci trzej zastrzeliliby jego. W identyczny sposób.
- Wiem, nie przyjęłabym gauloise'a także od nich. W 1969 roku w Hanoi odmówiłam wielu papierosów.
- Źle robiłaś także wtedy.
- Nieprawda, postępowałam słusznie, gdyż okazali się takimi samymi draniami jak Loan. Nie musiałam jechać na północ, żeby się o tym przekonać. W majowej ofensywie dopuścili się potwornych zbrodni. Przed wycofaniem się z Hué zmasakrowali całe rodziny. Namalowali czerwone krzyże na domach rodzin, które odmówiły im pomocy, i dokonali rzezi. Pomordowali starców, kobiety, dzieci. Mam zdjęcia. Sama je zrobiłam tuż po przyjeździe do Hué.
- Dlaczego więc byłaś tak bezwzględna w stosunku do Loana?
- Nie byłam bezwzględna. Napisałam to, co mi powiedział, jak zwykle. Napisałam to, co widziałam i słyszałam.
- Istnieje wiele sposobów, aby zrelacjonować to, co się widziało i słyszało.
- Nie, jest tylko jeden. Polega na przedstawieniu dobrych jako dobrych, a złych jako złych. Nie przekonasz mnie, że jest inaczej.
Kiwnął głową, światła samochodu oświetliły tablicę informującą, że Burke jest niedaleko.
- Wiesz, co się z nim stało?
- Podobno nie żyje. Jakiś czas temu, we Włoszech, Wietnamczycy, którzy uciekli łodziami, powiedzieli mi, że został postawiony przed sądem i rozstrzelany. W każdym razie w ostatnich latach był na urlopie, ignorowany nawet przez swoich kolegów. Zrujnowało go zdjęcie z żołnierzem Wietkongu, przede wszystkim zaś strzały z karabinu, które strzaskały mu lewą nogę podczas ofensywy majowej. Kiedy zobaczyłam go w szpitalu Grall, rannego, przykutego do łóżka, był ruiną człowieka. Płakał, całował święty obrazek z wizerunkiem Jezusa, zastanawiał się, czy jego cierpienia są karą bożą. Twierdził, że chętnie porozmawia z Ho Szi Minem i Giapem, powie im, żeby zakończyć wojnę, przestać się wzajemnie zabijać i dojść do porozumienia. Skończył z Brahmsem i Chopinem, chcąc się zrelaksować, czytał komiksy o przygodach Myszki Miki i Kaczora Donalda.
- Także wtedy nie wzbudził twojej przychylności?
- Nie, jedynie litość. Nie wybaczyłam mu. Nie wybaczyłam nawet wtedy, gdy dowiedziałam się o jego śmierci.
- Nie ciąży ci na sumieniu, że nie wybaczyłaś komuś, kto umarł?
- Nie. Gdyby śmierć wystarczyła do przekreślenia popełnionego zła, powinno się przebaczyć także Attyli, Hitlerowi, Stalinowi i wszystkim bestiom, które dręczyły ludzi.
- Gdyby nie doszli do władzy, być może nie staliby się bestiami.
- A może doszli do władzy właśnie dlatego, że tacy byli? Nie traktuję władzy jak choroby czy diabła, który deprawuje świętych. Każdy człowiek jest odpowiedzialny za swoje czyny, a Loan ponosił większą odpowiedzialność niż ciemny żołnierz Wietkongu zabijający dzieci w Hué.
- Wrócimy do tej rozmowy - oznajmił przyjaciel. - Dojechaliśmy do Burke.
Nieoczekiwanie drzewa się przerzedziły, ustępując miejsca domom, po naszej prawej stronie pojawiło się centrum handlowe. Za nim, tuż przy autostradzie, znajdowała się restauracja oświetlona różnokolorowymi żarówkami, które układały się w napis "Les Trois Continents".
- To tutaj? - spytałam rozczarowana. Restauracja przypominała raczej bar dla spieszących się kierowców.
- Tutaj - odparł przyjaciel, parkując samochód.
Weszliśmy do środka, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Dostrzegłam szpetnego człowieczka bez marynarki, który stał przy kasie i rejestrował rachunek klienta. Miał twarz złożoną jakby z dwóch różnych połówek, połączonych przez szalonego chirurga. Był to generał Nguyen Ngoc Loan, okrutny Loan, postrach Sajgonu.
*
W życiu są takie chwile, które trudno pojąć, nawet kiedy odżywają w pamięci. Do dziś nie potrafię powiedzieć, co czułam na widok Loana żywego, stojącego przy kasie restauracji w Wirginii. Nie dlatego, że odkryłam, iż nie został rozstrzelany, ale dlatego, że nie potrafiłam powiązać człowieczka w samej koszuli, zajętego rejestrowaniem rachunku klienta, ze wspomnieniem generała w mundurze, który w swoim biurze masowego zabójcy zaproponował mi, żebym podpaliła psa odurzonego narkotykami, aby zrozumieć buddystów, skazujących się na śmierć w płomieniach. W scenie rozgrywającej się w restauracji było coś niesamowitego, upokarzającego, jakby spotkała go kara dotkliwsza od cierpień w szpitalu Grall, a nawet od śmierci. Musiał to rozumieć, skoro stał tak z gniewną rezygnacją i pośpiesznie wkładał do kieszeni pieniądze, jakby zawstydzało go przyjmowanie napiwku. Okrutny Loan, postrach Sajgonu, syn milionerów, playboy i enfant gâté. "Madame, nie sądzi pani chyba, że zgodziłem się przyjąć stanowisko naczelnika policji ze względu na pensję, którą wypłaca mi rząd? Dwadzieścia pięć tysięcy piastrów, madame! Nie wystarczy nawet na opłacenie kierowcy!".
W pewnej chwili podniósł wzrok, rozpoznał mnie. Wybuchnął szlochem, który w porównaniu ze łzami wylewanymi w szpitalu Grall przypominał śmiech. "C'est vous, c'est vous, c'est vous! To pani, to pani, to pani!". Przy każdym "vous" zawodził tak głośno, że klienci podskakiwali na krzesłach i szeptali przerażeni: "Co mu jest, źle się czuje?". Z twarzą mokrą od łez podszedł do mnie, kulejąc, a ja patrzyłam na niego bez słowa, nie mogąc się poruszyć ze zdumienia i zakłopotania. Objął mnie mocno: "Vous n'?tez pas changée! Vous ?tez bien! A więc pani żyje! Myślałem, że pani nie żyje!".
- Ja, generale?
- Oui, oui. W Sajgonie słyszałem, że zginęła pani w Meksyku!
- Ależ nie! Byłam tylko ranna! Ja również słyszałam, że... sądziłam, że... Doszły do mnie pogłoski o rozstrzelaniu pana przez Wietnamczyków z północy.
Wyprostował się i odsunął ode mnie, wypowiadając kilka grzecznościowych formułek. Żebym mu wybaczyła, jest uczuciowy. Zapewne przyszłam, żeby zjeść kolację, a on mi przeszkadza swoim wzruszeniem. Ale bardzo się ucieszył na mój widok, zawsze się wzrusza na widok osób przypominających mu o przeszłości. Czy pan, który mi towarzyszy, będzie jadł ze mną? "Tr?s bien, Monsieur, suivez-moi, ja vous prie". Po czym, kulejąc, zaprowadził nas do stolika, podał menu. "Polecałbym państwu langustynki w imbirze. Są bardzo smaczne, według mojego przepisu, dzisiaj przyrządziła je żona. Na początek proponuję crab au poivre et vinaigre. OK, crab au poivre et vinaigre, langustynki w imbirze. Co jeszcze? Może później. Powiedzą mi państwo, czy jeszcze sobie czegoś życzą. W Les Trois Continents serwuje się duże porcje". Odszedł, kulejąc na jedną nogę, która stukała o podłogę, jakby była z drewna, po chwili powrócił z dwiema porcjami krabów w occie. Wytarł stolik ściereczką, bardzo dokładnie, po czym delikatnie postawił na nim talerze, mówiąc: "A votre service. Do usług". Jakby chciał się upokorzyć, podkreślając swoją rolę troskliwego gospodarza.
Krab był wyśmienity, langustynki doskonałe, lecz uraza, jaką żywiłam do przyjaciela za zastawienie na mnie pułapki, odebrała mi apetyt. Na próżno się tłumaczył, twierdząc, że nie chciał mi dokuczyć, chodziło mu tylko o niespodziankę.
- Nie podobają mi się pewne niespodzianki. Są obraźliwe.
- Dlaczego? Jest taki uprzejmy, miły, traktuje nas z gorliwością perfekcyjnego kelnera. Widziałaś, jak ścierał stolik, stawiał talerze?
- Tak, ale nie podoba mi się to. Nie znoszę widoku człowieka, który się upokarza. Bez względu na to, kim jest.
- Nie upokarza się. Wykonuje swoją pracę. Czyni to z godnością.
- Mówisz tak, bo go nie znasz, nie poznałeś go, kiedy był u władzy. Miał w swoich rękach cały kraj, cieszył się autorytetem większym niż premier czy prezydent, jako jedyny stawił opór Amerykanom. Wolałabym, żeby nie żył. Dlaczego mnie tu przywiozłeś?
- Żeby ci udowodnić, że teraz jest inny, normalny, że wraz z utratą władzy człowiek staje się normalny.
- Zrozumiałam to w szpitalu Grall.
- Nie, w szpitalu Grall był jeszcze generałem, czyli najbardziej wpływowym człowiekiem Sajgonu. Fakt, że cierpiał na szpitalnym łóżku, nie pomniejszył jego pozycji przywódcy. Teraz jest nieszczęśnikiem, który przyrządza langustynki w imbirze i reklamuje obfite dania Trois Continents.
- Ho Szi Min również wykonywał swój zawód, co nie przeszkodziło mu zmienić biegu historii. Przywróć władzę Loanowi, a przekonasz się, że ponownie stanie się bestią.
- Wątpię. Człowiek nie przeżywa podobnych wstrząsów, nie zmieniając się. Ho Szi Min piekł ciasta, zanim zdobył władzę, nie potem. Nawet jeśli nie mam racji, dowodzi to, że władza demoralizuje ludzi, nie odwrotnie.
- Nie, dowodzi, że ludzie są źli.
Rozmawialiśmy tak do chwili, gdy restaurację opuścił ostatni klient i Loan, kulejąc, podszedł do nas. Smakowało nam? Świetnie, dziękujemy. Porcje były wystarczające? Wystarczające, dziękujemy. Czy mamy ochotę na deser? Nie, dziękujemy. Mamy ochotę napić się z nim, porozmawiać? Z przyjemnością, dziękujemy. Przysunął krzesło do stolika, usiadł, układając kulawą nogę, to znaczy zginając ją rękami w kolanie, po czym spytał: "Chce ją pani zobaczyć?". Nie czekając na odpowiedź, podciągnął nogawkę i gestem prestidigitatora wskazał na nogę.
- Voila, moja piękna noga. Czyż nie jest piękna?
Nie była piękna. Była to najbrzydsza proteza, jaką kiedykolwiek widziałam. Toczona, niczym noga tancerki o pełnej łydce, cienka w kostce, niezgrabnie zakończona w stawach i, nie wiedzieć czemu, pomalowana na niesamowity różowy kolor. Taki jaskrawy róż, nazywany różem Schiaparelli, w latach pięćdziesiątych modny wśród aktorek Hollywood, które upodobały go sobie na suknie wieczorowe i wystrój wnętrz. Zaskoczona i oszołomiona tym kolorem, bardziej niż widokiem okaleczenia, którego nie podejrzewałam, wpatrywałam się w nogę Loana przez kilka minut, zanim zdołałam powiedzieć:
- Nie wiedziałam, naprawdę. Nie miałam pojęcia. W szpitalu wydawało się, że ją uratują.
- Tymczasem obcięli mi ją. Gangrena zaatakowała także kość.
- Nie można było...
- Wybrać innego koloru i mniej komicznego kształtu? Mówiłem im. Odpowiedzieli, że jest to jedyna noga w moim rozmiarze, jaką dysponują. W tych dniach w Sajgonie protezy miały duże wzięcie. Dla mężczyzn potrzeba ich było dwa razy więcej niż dla kobiet, a ja nie cieszyłem się zbytnią sympatią, jak pani pamięta.
- Ale później...
- Później przyzwyczaiłem się. A teraz lubię tę protezę. Działa bez zastrzeżeń, nie ma powodu, żeby ją zmieniać. Porządna, męska noga koloru mojej skóry kosztuje ponad dziewięćset dolarów. Wie pani, ile ryb i warzyw mogę kupić do restauracji za tę sumę?
- Przykro mi, panie Loan.
- A mnie nie. To bez znaczenia, miałem większe problemy niż kobieca noga w różowym kolorze. Przez panią, na przykład.
- Przeze mnie?
- Tak. Przez pani książkę, przez okładkę. Okładkę do francuskiego wydania książki o Wietnamie. Pamięta ją pani?
Pamiętałam. Była na niej fotografia Loana strzelającego do żołnierza Wietkongu. Z powodu tej okładki strasznie pokłóciłam się z francuskim wydawcą. Krzyczałam, że to zła okładka, że nie odpowiada treści książki, mówiącej o podłościach, do których w czasie wojny dochodzi i po jednej, i po drugiej stronie, a zdjęcie Loana zabijającego żołnierza Wietkongu napiętnowało tylko podłości jednej strony i tyle. Mimo to uważałam, że przesadza, oskarżając mnie o przysporzenie mu dużo poważniejszych problemów niż utrata nogi i zastąpienie jej groteskową protezą. To nie ja zabiłam żołnierza Wietkongu, a fotografia nie była podrobiona. Nie była też nieznana. Wielokrotnie publikowano ją na łamach gazet całego świata, pokazywano w telewizji, używano na plakatach, stała się symbolem tragedii Wietnamu. Powiedziałam mu o tym, nie kryjąc złości.
- Nie ja ją wybrałam, panie Loan. A ten, kto ją wybrał, słusznie czy nie, użył powszechnie znanego obrazu.
- Ale w Sajgonie nikt jej nie widział. Poznano ją dopiero dzięki pani książce. W 1971 roku francuskie wydanie niespodziewanie zalało miasto. Była wszędzie: w księgarniach, prywatnych domach, biurach. Mieliśmy ją wszyscy, jak kalendarz. Nie wiedziała pani o tym?
Nie, tego nie wiedziałam. W 1971 roku byłam nie w Wietnamie, ale na wojnie indyjsko-pakistańskiej. Większą część roku 1972 także spędziłam gdzie indziej: w Indiach, Pakistanie, Jordanii. Dopiero koło Bożego Narodzenia powróciłam do Sajgonu, aby przeprowadzić wywiad z Thieu. Nikt mnie nie poinformował, że książka dotarła aż tam.
Loan uśmiechnął się gorzko:
- Nikt? Przecież wszyscy ją mieli, zapewniam panią. A jeśli nie mieli, to pożyczali. Przeglądali ją, nawet jeśli nie umieli czytać. Ze względu na okładkę. Wietkong używał książki do celów propagandowych, moi wrogowie w rządzie posługiwali się nią, aby udowodnić, że człowiek do tego stopnia skompromitowany nie zasługuje na prestiżowe stanowisko, że powinienem odejść z armii. Fakt, że zostałem ciężko ranny w walce, w której nie miałem obowiązku brać udziału, był dla nich bez znaczenia. Pewnego dnia dali książkę swoim dzieciom, żeby zaniosły ją do szkoły. Szkoły, w której uczyły się również moje dzieci. I moje dzieci ją zobaczyły. Wróciły do domu głęboko poruszone, mówiąc, że nie pójdą więcej do szkoły. Dlaczego, spytała moja żona. Bo w szkole jest książka, która pokazuje, jak tatuś zabija człowieka, odparły, a inne dzieci mówią, że tatuś jest zabójcą. Tatuś nie jest zabójcą, wyjaśniła im żona, jest żołnierzem; czy nie wstydzą się słuchać podobnych potworności? Nie, ponieważ żołnierze strzelają do ludzi, którzy strzelają, a tatuś strzelił do człowieka, który nie strzelał, do człowieka ze związanymi rękami, odparły dzieci. Widać było na okładce. Musiałem zabrać dzieci ze szkoły i upłynęło dużo czasu, zanim przekonałem je, że nie jestem zabójcą, tylko żołnierzem, że strzeliłem do człowieka, który strzelał. Nie w tym momencie, ale wcześniej. Jeszcze więcej czasu potrzebowałem, aby przekonać dzieci, że nawet jeśli popełniłem błąd, strzelając do niego, kiedy nie strzelał, zapłaciłem za ten błąd i nadal ciężko płacę. Czyż nie przysporzyła mi pani problemów?
- Dlaczego więc przywitał się pan ze mną, płacząc z radości i obejmując mnie? Dlaczego nie krył pan radości, widząc, że nie umarłam?
- Ponieważ ucieszyłem się i nadal się cieszę. Ponieważ jestem pani coś winien: dzięki pani zrozumiałam, do czego jest zdolna przyzwoita osoba. Kiedy siedziałem w domu z moją różową nogą, przez wszystkich opuszczony i odepchnięty, nie mając nic do roboty, ponieważ pozbawili mnie stanowiska i zmusili do wycofania się z armii, nieustannie czytałem tę książkę. Przede wszystkim rozdział o naszym spotkaniu. W końcu powiedziałem sobie: ta kobieta ma rację. Człowiek, który dowodzi, zawsze jest zły. Czyż nie traktują mnie tak, jak ja traktowałem innych, kiedy byłem generałem i naczelnikiem policji? O tym, że ma pani rację, przekonałem się w ostatnich dniach w Sajgonie. Ci, którzy mogli mi pomóc, nawet nie próbowali mnie szukać i zbyli mnie, kiedy ja ich szukałem. To cud, że zdołałem wyjechać.
Opowiedział mi, w jaki sposób wyjechał z Sajgonu, ściśnięty wśród ludzkiej masy próbującej wsiąść do helikopterów, w czym przeszkadzała mu różowa proteza, trzymający kurczowo żonę i dzieci, aby nie pogubili się w tłumie i nie zostali stratowani. Po opuszczeniu luksusowego domu milionera, porzuciwszy bogactwa, piękne meble, wazy, haftowane jedwabie, pieniądze odłożone w banku, miał ze sobą niewielką torbę ze szczoteczką do zębów i bielizną. Na myśl, że to on był generałem, człowiekiem dzierżącym w garści południe Wietnamu, ogarniało go uczucie wstydu. Opowiadając o tym, płakał, głośno szlochał, nie zważając na mnie, na mojego przyjaciela ani na swoją żonę, która w pewnym momencie do nas dołączyła, milcząca, głaszcząc go po ramieniu i wrogo na mnie patrząc. Słuchałam go w milczeniu, nie czując nienawiści, którą żywiłam przez wiele lat, wydawało mi się nawet, że jego winy nie mają już znaczenia. Myślałam o winach człowieka, który zajął miejsce Loana i w imię narodu, ojczyzny, komunizmu kłamał jak on, aresztował, rozstrzeliwał i terroryzował jak on. Czyżby to znaczyło, że teza mojego przyjaciela była słuszna, że zajmując miejsce Loana i jego następców, stałabym się tak samo nikczemna jak oni, że gdyby człowiek, którego kochałam, żył i zdobył władzę, dopuściłby się podłości, tracąc niewinność i nieskazitelność?
O drugiej nad ranem powiedziałam, że muszę iść.
- Chwileczkę, chciałbym pani coś podarować - oznajmił Loan. Wyciągnąwszy obiema rękami nogę, wstał. Poszedł w stronę kasy, stukając protezą o podłogę. Po chwili usłyszałam, że wraca. Kiedy był za mną, jakiś prostokątny przedmiot przeleciał w powietrzu i z cichym plaśnięciem upadł na stół. Z powodu ciemności panującej w restauracji nie od razu dostrzegłam, co to jest. Jak się okazało, była to paczka gauloise'ów.
*
- Nadal jesteś na mnie zła? - spytał przyjaciel, kiedy wracaliśmy autostradą z Burke do Waszyngtonu.
- Nie - odparłam, obracając w dłoniach paczkę gauloise'ów.
- Powrócisz do wywiadów z historią i władzą? - dodał z miną człowieka, który spełnił ważną misję.
- Tak - oznajmiłam, otwierając paczkę i zapalając gauloise'a.
- W gruncie rzeczy wywiady z historią i władzą są wywiadami z życiem - ciągnął, jakby pragnął się upewnić, że odniósł zwycięstwo.
- Wiem - odparłam. - Nie wiem tylko, co z tego wyniknie.
- Dlaczego? - spytał przyjaciel.
- Dlatego, że zrozumiałam życie i jestem osobą dręczoną wątpliwościami, które nasuwają się, kiedy się je rozumie. Zrozumienie życia nie jest pocieszające, ale przeciwnie, przerażające. Oznacza utratę punktów odniesienia, które dotąd były oparciem: dobro i zło, prawda i fałsz, sprawiedliwość i niesprawiedliwość. Kiedy życie było tajemnicą, czyli poszukiwaniem, owe punkty odniesienia stanowiły pewniki pozwalające bez wahania obrać drogę, wyrazić określone sądy. Ale kiedy zdajesz sobie sprawę, że dobro i zło są punktami widzenia, podobnie jak prawda i fałsz, sprawiedliwość i niesprawiedliwość, każda droga wydaje ci się niepewna, a każdy sąd arbitralny. Jedyną pewnością są twoje wątpliwości i samotność. Nie chciałabym wyjść z tunelu tylko po to, by znaleźć się w innym tunelu, dłuższym i ciemniejszym.
Tej nocy w Wirginii nie zdawałam sobie sprawy, że odkryłam jedyną prawdę.
Na kilka miesięcy przed śmiercią, która nastąpiła 15 września 2006 roku po wyczerpującej walce z rakiem, Oriana Fallaci przekazała swojemu siostrzeńcowi Edoardo Perazziemu pożółkłą teczkę o zniszczonych brzegach. Widniał na niej drukowany napis CORRIERE DELLA SERA, do którego Oriana dopisała: INT. CON LA STORIA II - KHOMEINI & GHEDAFFI (Wyw. z historią II - Chomeini & Kaddafi).
Od pewnego czasu pisarka rozmawiała ze swoim wydawcą o książce zawierającej nowe wywiady z wielkimi tego świata, które przeprowadziła jako wysłanniczka "Europeo" oraz "Corriere della Sera" i które zostały przetłumaczone przez największe dzienniki Europy, Stanów Zjednoczonych, Ameryki Łacińskiej i Azji. Prosiło o nie wielu czytelników we Włoszech i w innych krajach po olbrzymim sukcesie książki Intervista con la storia (Wywiad z historią). Autorka sama sporządziła listę osobistości, od Roberta Kennedy'ego, z którym przeprowadziła wywiad w roku 1964, po Ariela Szarona, z którym rozmawiała w roku 1982.
W tych latach Fallaci pamiętnymi tekstami, służącymi za wzorzec wielu dziennikarzom, dokumentowała największe konflikty drugiej połowy XX wieku, udając się na tereny działań wojennych i rozmawiając z przywódcami świata, którzy decydowali o losach ludzkości. Oriana pasjonowała się zagrożeniami równowagi geopolitycznej, podważała współczesne ideologie, z pozycji świeckiej myślicielki obserwowała wpływy islamu, z zaniepokojeniem przyglądała się Izraelowi.
Punktem wyjścia tekstu przekazanego siostrzeńcowi było przypadkowe spotkanie z generałem Loanem, postrachem Sajgonu, który został kucharzem w jednej z restauracji w Wirginii. Tekst ten obejmował także dwa zasadnicze elementy dorobku dziennikarskiego Fallaci: wywiad z ajatollahem Ruhollahem Chomeinim, przeprowadzony w Komie we wrześniu 1979 roku, po opuszczeniu Iranu przez szacha Rezę Pahlawiego z rodziną, oraz z pułkownikiem Muammarem Kaddafim w Trypolisie w listopadzie 1979 roku. "Corriere della Sera" opublikował wywiad z Kaddafim ze zdjęciami legendarnego namiotu 2 grudnia 1979 roku, w dniu pożaru w ambasadzie amerykańskiej w Trypolisie, 3 grudnia natomiast zamieszczono brakujące fragmenty oraz wnikliwą analizę Oriany Fallaci (wiele osób zastanawiało się, czy istniał związek między oświadczeniami pułkownika a atakiem na ambasadę). W kwietniu 1986 roku artykuł ponownie ukazał się na łamach "Corriere della Sera" w rozszerzonej formie, wzbogacony o nadzwyczajną opowieść, którą Czytelnik znajdzie na następnych stronach.
Książka składa się z dwóch części. Pierwsza to Wywiad z władzą, od której pochodzi tytuł całości. Jest utrzymana w formie rozważań zapoczątkowanych po śmierci Alekosa Panagulisa, kiedy Oriana odizolowała się od świata w swoim domu na wsi, opiekując się nieuleczalnie chorą matką Toscą. W tym czasie pracowała nad książką Un uomo (Człowiek), opublikowaną w czerwcu 1979 roku. Niedługo potem udała się w podróż do Iranu i Libii. Część druga, Wywiady, obejmuje ułożone chronologicznie rozmowy z: Robertem Kennedym (1964), Jamesem Farmerem (1967), Dalajlamą (1968), Raszidą Abhedo (1970), Farukiem Kadumim (1970), Sandro Pertinim (1973), Giovannim Malagodim (1974), Ugo La Malfą (1974), Giancarlo Pajettą (1974), Enrico Berlinguerem (1980), Deng Xiaopingiem (1980), Lechem Wałęsą (1981), Mieczysławem Rakowskim (1982), Arielem Szaronem (1982). W Suplemencie zamieszczono noty biograficzne w opracowaniu wydawnictwa Rizzoli. Nie są to dokładne życiorysy, służą jedynie przypomnieniu Czytelnikowi okoliczności, w jakich został przeprowadzony wywiad, i zawierają informacje o późniejszych wydarzeniach.
Warto przypomnieć, że we Wściekłości i dumie (2001) Oriana Fallaci wspomina podróż do Komu oraz epizod, w którym znalazła się w jednym pokoju ze swoim tłumaczem, co w myśl Koranu jest zakazane, o ile mężczyzna i kobieta nie są małżeństwem:
"Mułła odpowiedzialny za obronę moralności wtargnął do środka, wołając hańba-hańba, grzech-grzech. Był tylko jeden sposób, żeby uchronić się przed rozstrzelaniem: wziąć ślub [...]. Nie miałam zamiaru wychodzić za mąż, a już na pewno nie za Irańczyka, ożenionego z Hiszpanką, która z pewnością nie była skłonna przystać na poligamię. Z drugiej strony nie chciałam być rozstrzelana, tracąc tym samym wywiad z Chomeinim. Roztrząsałam ten problem [...]. Jestem pewna, że się śmiejesz. Traktujesz moją historię jak dobry dowcip, dykteryjkę do opowiadania podczas kolacji. Nie opowiem ci zatem dalszego ciągu tego epizodu. Nie dowiesz się, czy poślubiłam go, czy nie, choć z pewnością jesteś tym zaintrygowany".
Dalszy ciąg był już napisany, teraz udostępniamy go czytelnikom Oriany Fallaci.
październik 2009