Wywiad z wampirem - Anne Rice

-
Proszę czekać

Część I

Rozumiem... - powiedział z namysłem wampir i powoli przeszedł przez pokój w stronę okna. Stał tam długo w bladym świetle ulicy Divisadero, co jakiś czas oblewany przez przejeżdżające samochody blaskiem reflektorów. Młody człowiek dostrzegał już teraz wyraźniej wyposażenie pokoju: okrągły dębowy stół, krzesła. Umywalkę z lustrem na jednej ze ścian. Położył neseser na stole i czekał.

- A ile kaset zabrałeś? - spytał wampir, obracając się profilem do chłopaka. - Dość dużo na historię życia?

- Pewnie, o ile to dobre życie. Czasem, jak mi dopisze szczęście, robię jednego wieczora wywiady z trzema albo i czterema osobami. Ale historia musi być dobra. To chyba uczciwe postawienie sprawy?

- Jak najbardziej - odparł wampir. - W takim razie chciałbym ci opowiedzieć historię mojego życia. Bardzo mi na tym zależy.

- Świetnie - stwierdził chłopak. Szybkim ruchem wyjął z nesesera mały magnetofon, po czym sprawdził, czy kaseta jest załadowana, a baterie sprawne. - Naprawdę mnie ciekawi, czemu pan w to wierzy. Czemu pan uważa, że...

- Nie - przerwał ostro wampir. - W ten sposób nie możemy zacząć. Urządzenie gotowe?

- Tak - potwierdził młody człowiek.

- W takim razie usiądź. Włączę światło.

- Myślałem, że wampiry nie lubią światła - powiedział chłopak. - Jeśli pan sądzi, że w półmroku jest lepszy klimat...

Nagle urwał. Wampir przypatrywał mu się, zwrócony plecami do okna. Chłopak nie widział teraz rysów jego twarzy, lecz coś w tej nieruchomej sylwetce go zaniepokoiło. Chciał się odezwać, ale milczał. Wreszcie odetchnął z ulgą, gdy wampir podszedł do stołu i sięgnął w górę, ku wiszącemu na kablu włącznikowi.

Pokój natychmiast zalało ostre żółte światło. Na widok wampira chłopak nie zdołał powstrzymać gwałtownego westchnienia. Cofnął dłonie po blacie i zacisnął palce na jego krawędzi.

- Dobry Boże - szepnął, przyglądając się w zdumieniu swojemu rozmówcy.

Wampir był zupełnie biały i gładki, jakby wyrzeźbiony z wyblakłej kości, a jego twarz wydawała się równie nieruchoma jak oblicze posągu, ożywiane tylko blaskiem dwóch zielonych płomieni oczu, które spoglądały uważnie na chłopaka. Nagle uśmiechnął się niemal melancholijnie, a wówczas rysunek białej materii jego twarzy nieznacznie drgnął.

- Widzisz? - spytał cicho. Chłopak zadrżał i uniósł rękę, jakby chciał się osłonić przed mocnym światłem. Z wolna przesunął spojrzeniem po doskonale skrojonej marynarce, na którą zwrócił uwagę już wcześniej w barze, po fałdach długiej peleryny, czarnym jedwabnym krawacie i jasnym kołnierzyku, równie białym jak skóra wampira. Zawiesił wzrok na fali jego gęstych czarnych włosów, zaczesanych za uszy i opadających niemal po krawędź kołnierza.

- Nadal chcesz przeprowadzić ten wywiad? - spytał wampir. Młody człowiek otworzył usta, lecz nie odezwał się od razu. Wreszcie pokiwał głową i powiedział:

- Tak.

Wampir usiadł powoli naprzeciw niego, nachylił się i łagodnym, poufałym tonem powiedział:

- Nie bój się. Zacznij nagrywać.

Nagle sięgnął ręką nad stołem. Chłopak cofnął się ze strużkami potu spływającymi po bokach twarzy. Wampir zacisnął mu dłoń na ramieniu i powiedział:

- Zaufaj mi, nic ci nie zrobię. Ja też chcę wykorzystać tę okazję. Zależy mi na tym bardziej, niż możesz sobie w tej chwili wyobrazić. A teraz zaczynaj.

Cofnął rękę i usiadł z powrotem w skupionym bezruchu.

Chłopak otarł czoło i usta chusteczką, wyjąkał, że mikrofon jest wbudowany w urządzenie, wcisnął przycisk i powiedział, że zaczął nagrywać.

- Nie zawsze był pan wampirem, prawda? - zaczął.

- Nie - odparł wampir. - Miałem dwadzieścia pięć lat, kiedy nim zostałem, a był to rok tysiąc siedemset dziewięćdziesiąty pierwszy.

Chłopak zdziwił się, słysząc tak dokładną datę. Powtórzył ją, po czym spytał:

- Jak do tego doszło?

- To proste, ale ja nie chcę udzielać prostych odpowiedzi - oznajmił wampir. - Wolę opowiedzieć prawdziwą historię...

- Tak - rzucił szybko chłopak. Machinalnie składał i rozkładał chustkę. Raz jeszcze otarł usta.

- Doszło do tragedii... - podjął wampir. - Mój młodszy brat... zmarł - zamilkł. Chłopak chrząknął, znów otarł twarz, po czym niecierpliwym gestem wepchnął chustkę do kieszeni.

- Czy to zbyt bolesny temat? - zapytał niepewnie.

- A tak się wydaje? - odparł wampir. - Nie. - Pokręcił głową. - Po prostu opowiadałem tę historię tylko jednej osobie. Dawno temu. Nie, to nie jest bolesny temat. Mieszkaliśmy wtedy w Luizjanie. Otrzymaliśmy nadział ziemi i założyliśmy dwie plantacje indygo nad Missisipi nieopodal Nowego Orleanu...

- To stąd ten akcent - powiedział cicho chłopak.

Wampir przez chwilę patrzył na niego zaskoczony.

- Ja mówię z akcentem? - Zaśmiał się.

Chłopak szybko wyjaśnił, podenerwowany:

- Wychwyciłem go w barze, kiedy spytałem pana o zawód. Trochę ostrzej wymawia pan spółgłoski, nic więcej. Nigdy bym się nie domyślił, że to wpływ francuskiego.

- W porządku - uspokoił go wampir. - Nie zaskoczyło mnie to tak bardzo. Po prostu czasem zapominam. Pozwól, że będę mówił dalej...

- Oczywiście - powiedział chłopak.

- Mówiłem o plantacjach. Odegrały wielką rolę moim przeistoczeniu w wampira, ale jeszcze do tego dojdę. Prowadziliśmy życie zarazem wykwintne, jak i proste. Bardzo je lubiliśmy. We Francji nigdy nie wiodłoby nam się tak dobrze. A może tylko przez porównanie z dzikością Luizjany takie można było odnieść wrażenie, ale wystarczało nam za prawdę. Pamiętam mnóstwo zamorskich mebli w domu. - Wampir uśmiechnął się. - Mieliśmy cudowny klawesyn. Grywała na nim moja siostra. W letnie wieczory siadała przy nim, zwrócona plecami do otwartych przeszklonych drzwi na werandę. Pamiętam tę subtelną, szybką muzykę, widok bagien za oknem i obwieszone oplątwami cyprysy kołyszące się na tle nieba. Słyszałem odgłosy bagna, chór stworzeń, krzyki ptaków. Myślę, że kochaliśmy to miejsce. Tym cenniejsze wydawały nam się palisandrowe meble, a muzyka tym bardziej finezyjna i pociągająca. Nawet gdy wisteria wyłamała okiennice okna na strychu i w mniej niż rok zapuściła pnącza w szczeliny pobielonych cegieł... Tak, kochaliśmy to miejsce. Wszyscy z wyjątkiem mojego brata. Nigdy chyba nie słyszałem, żeby na cokolwiek narzekał, ale wiedziałem, co czuje. Ojciec już nie żył, to ja byłem głową rodziny i musiałem go stale chronić przed matką i siostrą. Chciały zabierać go na różne spotkania towarzyskie i nowoorleańskie przyjęcia, ale on tego nie znosił. Przestał brać udział w takich wydarzeniach, nim skończył dwanaście lat. Interesowały go tylko modlitwa i oprawione w skórę żywoty świętych.

W końcu nieopodal domu zbudowałem mu kaplicę, a on zaczął w niej spędzać większą część każdego dnia, czasem aż po wieczór. O, ironio, on tak bardzo się od nas różnił, jak zresztą od każdego, a ja byłem taki zwyczajny! Nie było we mnie absolutnie nic szczególnego. - Wampir uśmiechnął się. - Wieczorami czasem wychodziłem poszukać brata i znajdowałem go na kamiennej ławce w ogrodzie przy kaplicy, gdzie siedział w całkowitym skupieniu. Opowiadałem mu o swoich kłopotach, o problemach z niewolnikami, o tym, że nie ufam nadzorcy, że pogoda jest kiepska albo że pośrednicy... O wszystkich sprawach, z jakich składało się wówczas całe moje życie. On zaś słuchał, sporadycznie wtrącał jakiś komentarz, okazywał mi współczucie, a gdy się rozstawaliśmy, ogarniało mnie to dziwne wrażenie, że rozwiązał wszystkie moje kłopoty. Chyba niczego nie potrafiłbym mu odmówić i poprzysiągłem sobie, że choć bardzo zaboli mnie jego strata, pozwolę mu zostać księdzem, gdy przyjdzie czas. Oczywiście się myliłem.

Wampir zamilkł. Młody człowiek przez moment na niego patrzył, po czym zapytał niepewnie, jakby szukał słów, wybudzony z głębokiego zamyślenia:

- Czy to znaczy, że postanowił nie zostawać księdzem?

Wampir przypatrzył mu się uważnie, jakby starał się dociec znaczenia wyrazu jego twarzy. W końcu się odezwał:

- Myliłem się co do siebie. Co do tego, że niczego nie potrafiłbym mu odmówić. - Zapatrzył się w okno. - Zaczął mieć wizje.

- Prawdziwe wizje? - zapytał chłopak, lecz w jego głosie znów zabrzmiała niepewność, jakby miał na myśli coś innego.

- Wtedy uważałem, że nie - odparł wampir. - Zaczęły się, gdy miał piętnaście lat. Był wtedy bardzo przystojny. Miał gładką cerę i ogromne niebieskie oczy. Był krzepki, nie taki chudy jak ja, czy to wtedy, czy dziś. A te jego oczy... gdy w nie patrzyłem, stawałem samotnie na krawędzi świata... na omiatanej wiatrem morskiej plaży. Znikało wszystko poza odległym hukiem fal. I wtedy - ciągnął, nadal wpatrując się w okno - zaczął mieć wizje. Najpierw tylko o nich wspomniał. Przestał jeść. Zamieszkał w kaplicy. O każdej porze dnia i nocy można go było zastać klęczącego na gołej kamiennej posadzce przed ołtarzem. Zaniedbał kaplicę. Przestał wymieniać świece i dbać o obrusy na ołtarzu, nie zmiatał nawet liści. Pewnej nocy naprawdę się zaniepokoiłem. Obserwowałem go z różanej altany dobrą godzinę, a on przez cały ten czas nie wstał z klęczek ani nie opuścił skrzyżowanych nad głową ramion. Niewolnicy uznali, że oszalał. - Wampir uniósł brwi w wyrazie zadumy. - Ja sądziłem, że jest tylko trochę... zbyt pobożny. Że zabrnął trochę za daleko w swojej miłości do Boga. Wtedy opowiedział mi o swoich wizjach. Gdy był w kaplicy, przychodzili do niego Święty Dominik i Błogosławiona Dziewica Maryja. Powiedzieli mu, że ma sprzedać nasze włości w Luizjanie, wszystko, co posiada, i przeznaczyć pieniądze na Boże dzieło we Francji. Miał zostać wielkim przywódcą religijnym, przywrócić krajowi dawny żar, odeprzeć powódź ateizmu i rewolucji. Oczywiście nie miał swoich pieniędzy. To ja miałem sprzedać plantacje i nasze domy w Nowym Orleanie, a pieniądze oddać jemu. - Wampir znów przerwał. Młody człowiek siedział w bezruchu i wpatrywał się w niego zdumiony.

- Przepraszam... - wyszeptał. - Co takiego? Sprzedał pan plantacje?

- Nie - odparł wampir z tak wielkim spokojem malującym się na twarzy, jakiego nie okazywał od początku rozmowy. - Wyśmiałem go. A on... wpadł w gniew. Upierał się, że otrzymał polecenie od samej Dziewicy. Kim ja niby byłem, żeby je lekceważyć? No właśnie, kim? - spytał cicho, jakby znów wspominał tamte chwile. - Kim...? Im bardziej próbował mnie przekonać, tym głośniej się śmiałem. "To absurd", powiedziałem mu. "Wytwór niedojrzałego, wręcz schorowanego umysłu". Kaplica to był błąd, mówiłem, każę ją natychmiast zburzyć. Poślę go do szkoły w Nowym Orleanie, to mu wybije z głowy takie głupie pomysły. Nie pamiętam wszystkiego, co mówiłem, ale wiem, co czułem. Okazywałem mu lekceważenie i pogardę, w głębi jednak paliły mnie gniew i rozczarowanie. Byłem srodze zawiedziony. W ogóle mu nie wierzyłem.

- To przecież zrozumiałe - wtrącił szybko chłopak, gdy wampir przerwał, a wyraz zdumienia zniknął z jego twarzy. - Kto by mu uwierzył?

- Naprawdę zrozumiałe? - Wampir spojrzał na młodego człowieka. - A może raczej okazałem skrajny egoizm? Pozwól, że ci wyjaśnię. Jak mówiłem, kochałem mojego brata i czasami uważałem go za żywego świętego. Zachęcałem go do modlitwy i medytacji, chciałem pozwolić mu na kapłaństwo. A gdyby ktoś mi powiedział, że w Arles albo Lourdes pojawił się święty, który ma wizje, uwierzyłbym. Byłem katolikiem, wierzyłem w świętych. Zapalałem świeczki pod ich marmurowymi figurami w kościołach. Znałem ich postaci, atrybuty, imiona. Bratu jednak nie potrafiłem, nie mogłem uwierzyć. Nawet przez moment nie brałem go na poważnie. Dlaczego? Bo był moim bratem. Mógł być pobożny, na pewno wyjątkowy. Ale jaki z niego Franciszek z Asyżu? Nie, nie mój brat. Mój brat nie mógł być kimś takim. To właśnie egoizm. Teraz rozumiesz?

Chłopak pomyślał przez chwilę, po czym odpowiedział, że tak, chyba rozumie.

- Może on naprawdę miał wizje - odezwał się wampir.

- A więc pan... nawet teraz... nie jest tego pewny?

- Nie jestem, natomiast wiem, że on sam nie wątpił w to ani przez chwilę. Wiem to teraz i wiedziałem tamtej nocy, gdy wypadł z mojego pokoju, rozgniewany i rozżalony. Nie wątpił ani przez moment. Kilka minut później już nie żył.

- Jak to? - spytał chłopak.

- Po prostu wyszedł na taras, stał jeszcze przez chwilę u szczytu ceglanych schodów, a potem runął w dół. Gdy do niego dobiegłem, był martwy. Złamał sobie kark. - Wampir pokręcił głową, skonsternowany, lecz twarz nadal miał spokojną.

- Widział pan, jak spada? - spytał chłopak. - Potknął się?

- Ja nie, ale dwóch służących widziało. Opowiadali, że spojrzał w górę, jakby zobaczył coś w powietrzu, a potem rzucił się naprzód niczym porwany wiatrem. Jeden twierdził, że przed upadkiem mój brat chciał coś powiedzieć. Mnie też się tak wydawało, ale właśnie w tamtej chwili odwróciłem się od drzwi. Nie patrzyłem, gdy dobiegł mnie rumor upadku. - Popatrzył na magnetofon. - Nie mogłem sobie tego wybaczyć. Czułem się odpowiedzialny za jego śmierć - powiedział. - Wszyscy inni też tak chyba sądzili.

- Ale dlaczego? Powiedział pan, że widzieli jego upadek.

- Nie oskarżali mnie bezpośrednio. Po prostu wiedzieli, że zaszło między nami coś przykrego. Kłóciliśmy się na parę minut przed jego śmiercią. Służący to słyszeli, podobnie jak moja matka. Ciągle mnie pytała, co zaszło i dlaczego mój brat, zawsze taki cichy, pokrzykiwał. Potem przyłączyła się do niej moja siostra, a ja oczywiście niczego nie wyjaśniałem. Pogrążyłem się w tak głębokim szoku i cierpieniu, że nie mogłem znieść niczyjego widoku, podjąłem tylko nie do końca racjonalną decyzję, że nikt nie może się dowiedzieć o "wizjach" brata. O tym, że pod koniec życia nie został świętym, tylko... fanatykiem. Siostra wolała zostać w łóżku, niż znosić udrękę pogrzebu, natomiast matka rozpowiedziała wszystkim w parafii, że w moim pokoju wydarzyło się coś strasznego, o czym nie chcę mówić. Na jej wniosek przepytywała mnie nawet policja. Wreszcie przyszedł do mnie ksiądz i zażądał, żebym mu opowiedział, co się wydarzyło. Nie zdradziłem tego nikomu. "My tylko dyskutowaliśmy", mówiłem. "Nie było mnie na galerii, kiedy spadł", wyjaśniałem, a oni wszyscy patrzyli na mnie, jakbym go zabił. I sam też się tak czułem. Siedziałem w salce przy jego trumnie przez dwa dni, myśląc, że go zabiłem. Wpatrywałem się w jego twarz tak długo, aż zmącił mi się wzrok i prawie zemdlałem. Rozbił sobie tył czaszki o posadzkę i głowa na poduszce miała dziwny kształt. Zmuszałem się, by na nią patrzeć, skupiać na niej wzrok, bo inaczej nie potrafiłbym znieść własnej udręki i smrodu rozkładu. Ciągle nachodziła mnie pokusa, by otworzyć mu oczy. To były szalone myśli, szalone odruchy. Wiedziałem jedno: naśmiewałem się z niego, nie wierzyłem mu, nie byłem dla niego dobry. Upadł przeze mnie.

- To się naprawdę stało, czyż nie? - zapytał szeptem chłopak. - Pan mi opowiada prawdziwe wydarzenia.

- Tak - stwierdził wampir, spoglądając na niego bez zaskoczenia. - I nadal chcę ci je opowiadać. - Bez większego zainteresowania przesunął wzrokiem po młodym człowieku, który najwyraźniej prowadził jakieś ciche wewnętrzne zmagania, po czym znów zapatrzył się w okno.

- Ale mówił pan, że nie wiedział, czy te wizje... że pan, już jako wampir, nie był pewny, czy...

- Chcę zachować porządek w tej historii - przerwał mu wampir. - Przedstawiać ci sprawy kolejno, tak jak się wydarzyły. Nie, nie wiem, czy jego wizje były prawdziwe. Nie wiem do dziś. - Znów zamilkł, aż chłopak powiedział:

- Proszę, niech pan mówi dalej.

- No cóż, zapragnąłem sprzedać plantacje i nigdy więcej nie oglądać kaplicy. Ostatecznie wydzierżawiłem je pewnej agencji, która zarządzała nimi w moim imieniu, żebym już nie musiał tam jeździć, a następnie przeniosłem matkę i siostrę do jednego z naszych nowoorleańskich domów. Od brata oczywiście nie uciekłem nawet na moment. Nieustannie myślałem o jego gnijącym w ziemi ciele. Pochowaliśmy go na cmentarzu Świętego Ludwika w Nowym Orleanie i robiłem wszystko, co w mojej mocy, by nie przechodzić obok tych bram. Mimo to wciąż myślałem o bracie. Po pijaku i na trzeźwo widziałem jego gnijące w trumnie ciało i nie potrafiłem tego znieść. Ciągle sobie wyobrażałem, że stoi u szczytu schodów, a ja trzymam go za rękę, przemawiam do niego łagodnie, przekonuję, by wrócił do pokoju, mówię, że mu wierzę i że musi się modlić za moją wiarę. Tymczasem niewolnicy z Pointe du Lac (tak nazywała się moja plantacja) zaczęli opowiadać, że na galerii widują jego ducha, i nadzorca nie jest w stanie utrzymać porządku. Ludzie z towarzystwa zaczęli zadawać mojej siostrze obcesowe pytania o całe zajście, od czego stała się histeryczką. Nie, tak naprawdę nią nie była. Po prostu uznała, że histeria będzie na miejscu w tej sytuacji. Ja ciągle piłem i jak najrzadziej wracałem do domu. Żyłem jak ktoś, kto chce umrzeć, ale nie ma odwagi się zabić. Samotnie chodziłem po ciemnych ulicach i bocznych alejkach. Traciłem przytomność w kabaretach. Wycofałem się z dwóch pojedynków, bardziej z apatii niż tchórzostwa, i naprawdę liczyłem na to, że mnie zamordują. W końcu zostałem napadnięty. Mógł to zrobić każdy, spodziewałem się marynarza, złodzieja, szaleńca, wszystko jedno, ale zrobił to wampir. Pewnej nocy dopadł mnie kilka kroków od drzwi mojego domu i pozostawił na śmierć, a przynajmniej tak myślałem.

- To znaczy... wyssał panu krew? - zapytał chłopak.

- Tak. - Wampir się zaśmiał. - Wyssał mi krew. Tak to się odbywa.

- Ale pan przeżył - stwierdził młody człowiek. - Mówił pan, że zostawił pana na śmierć.

- Bo wypił tyle, że prawie umarłem, ale to mu wystarczyło. Gdy tylko mnie znaleziono, zabrano mnie do łóżka. Leżałem zupełnie zdezorientowany, nieświadomy, co zaszło. Chyba sądziłem, że od picia dostałem w końcu apopleksji. Spodziewałem się, że niebawem umrę, i nie widziałem sensu w przyjmowaniu posiłków czy badaniach lekarskich. Matka posłała po księdza. Miałem wtedy gorączkę i opowiedziałem mu o wizjach brata oraz o tym, co zrobiłem. Pamiętam, że ściskałem go za ramię, każąc w kółko przyrzekać, że nikomu nie powie. "Wiem, że go nie zabiłem", stwierdziłem na koniec. "Ale teraz, gdy on nie żyje, ja też nie chcę żyć. Nie po tym, jak go potraktowałem".

"To niepoważne", odparł. "Możesz żyć, to pewne. Poza hulactwem nic ci nie dolega. Matka cię potrzebuje, nie wspominając o siostrze. Za to ten twój brat... opętał go diabeł". Jego słowa tak mnie oszołomiły, że nie potrafiłem zaprotestować. Wyjaśnił, że to diabeł zsyłał wizje. Rozzuchwalił się. Cała Francja znalazła się pod jego wpływem, a rewolucja stanowiła jego największy triumf. Mojego brata mogłyby ocalić tylko egzorcyzm, modlitwa i post. Rozszalały czart tak miotałby jego ciałem, że silni mężczyźni musieliby go przytrzymywać. "Diabeł zrzucił go ze schodów, to zupełnie oczywiste", oznajmił. "Wtedy, w pokoju, nie rozmawiałeś z bratem, tylko z diabłem". Rozjuszyło mnie to. Wcześniej się myliłem - dopiero teraz dotarłem do granic wytrzymałości. Gadał dalej o diable, o kulcie wudu wśród niewolników, o przypadkach opętania na całym świecie. Wtedy wybuchłem. Próbując go zabić, zdemolowałem cały pokój.

- Ale pańska siła... siła wampira...? - wtrącił chłopak.

- Ogarnęło mnie szaleństwo - wyjaśnił wampir. - Robiłem rzeczy, do których nie byłbym zdolny w pełnym zdrowiu. Teraz ta scena wydaje mi się mętna, wyblakła, fantastyczna. Pamiętam jednak, że popędziłem za nim tylnym wyjściem przez podwórze, dopadłem go pod ceglaną ścianą kuchni i tłukłem jego głową o mur tak długo, że prawie go zabiłem. Wreszcie mnie powstrzymano, wycieńczonego do granic, i puszczono mi krew. Głupcy. Jednak mówię o tym nie bez powodu. Wtedy bowiem uświadomiłem sobie swój egotyzm. Przypuszczam, że ujrzałem jego odbicie w księdzu. Jego pogarda wobec mojego brata odzwierciedlała moją własną, podobnie jak jego bezrefleksyjna, prostacka gadanina o diable czy brak woli, by chociaż wziąć pod uwagę taką ewentualność, że święty mógł się pojawić wśród nas.

- Ale on wierzył, że człowieka może opętać diabeł.

- Racja, ale to jest znacznie bardziej prostacka myśl - odparł natychmiast wampir. - Ci, którzy zupełnie przestali wierzyć w Boga lub dobro, nadal wierzą w diabła. Nie wiem dlaczego. Chociaż mogę się domyślać. Zło wybiera się łatwo. Dobro jest zawsze trudne. Zrozum jednak, że gdy ktoś mówi o opętaniu, tak naprawdę chodzi mu o szaleństwo. W każdym razie księdzu o to chodziło. Na pewno oglądał szaleńców. Być może zdarzyło mu się stanąć nad jakimś obłąkańcem i stwierdzić, że jest opętany. Podczas egzorcyzmów wcale nie trzeba oglądać szatana. Lecz stanąć w obliczu świętego... Uwierzyć, że święty miał widzenie... Niezdolność do wiary, że świętość mogła trafić między nas, to egotyzm.

- Nigdy w taki sposób o tym nie myślałem - powiedział chłopak. - A co się stało z panem? Powiedział pan, że upuścili panu krew w ramach leczenia. Pewnie niemal pana zabili?

Wampir się roześmiał.

- Tak. Tak właśnie było. Ale tamtej nocy wampir powrócił. Bo widzisz, zależało mu na Pointe du Lac, mojej plantacji.

Było bardzo późno, siostra już spała. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Nadszedł od strony dziedzińca i otworzył drzwi balkonowe bez najmniejszego dźwięku. Był wysokim mężczyzną o jasnej skórze, gęstych blond włosach i wdzięcznych, niemal kocich ruchach. Ostrożnie położył szal na twarzy mojej siostry, po czym przykręcił knot lampy. Zasnęła przy miednicy, trzymając w ręku ściereczkę, którą wcześniej zwilżała mi czoło, i do rana nawet się nie poruszyła pod tym szalem. Lecz ja byłem już wówczas kimś zupełnie odmienionym.

- Na czym polegała ta zmiana? - spytał młody człowiek. Wampir westchnął. Odchylił się w krześle i powiódł wzrokiem po ścianach.

- Najpierw myślałem, że to nowy lekarz albo ktoś inny, kogo wezwała rodzina, żeby przemówił mi do rozsądku. Szybko pozbyłem się tego wrażenia. Stanął przy moim łóżku i nachylił się tak, że na jego twarz padł blask lampy, a wtedy zauważyłem, że nie jest zwykłym człowiekiem. Jego szare oczy płonęły żywym ogniem, a podłużne białe dłonie nie należały do istoty ludzkiej. Chyba w tamtej chwili wszystko zrozumiałem, a jego późniejsze wyjaśnienia tylko to potwierdziły. Otóż kiedy go zobaczyłem i poczułem jego niesamowitą aurę, zrozumiałem, że nie należy do znanego mi świata, i to mnie zupełnie zdruzgotało. Moja jaźń, która dotąd nie potrafiła pogodzić się z możliwością istnienia pośród nas kogoś niezwykłego, zupełnie się rozpadła. Wszystkie moje zapatrywania, a nawet poczucie winy i żądza śmierci, okazały się nagle zupełnie nieistotne. Całkowicie zapomniałem o sobie! - powiedział, delikatnie kładąc sobie zaciśniętą dłoń na piersi. - Zapomniałem całkowicie. W tym samym momencie zrozumiałem, jak wiele może się wydarzyć. Odtąd moje zadziwienie wciąż rosło. Kiedy opowiedział, kim mogę się stać, a także jak on sam niegdyś żył i jak się zmienił, moja przeszłość obróciła się w żużel. Oglądałem własne życie jakby z dystansu. Próżność, egoizm, ciągłe uciekanie od kolejnych drobnych utrapień, pozorna wiara w Boga, Dziewicę i gromadę świętych, których imiona wypełniały moje modlitewniki: wiara nieczyniąca najmniejszej różnicy w mojej ograniczonej, materialistycznej, egoistycznej egzystencji... Dostrzegłem moich prawdziwych bogów, bogów większości ludzi. Jedzenie, picie, bezpieczny konformizm. Żużel.

Na twarzy chłopaka rysowała się mieszanina napięcia, niezrozumienia i zdumienia.

- Wtedy postanowił pan zostać wampirem? - zapytał. Wampir milczał przez moment.

- Czy postanowiłem...? Nie ująłbym tak tego. Nie powiem jednak, że od chwili, gdy wszedł do pokoju, było to nieuniknione. Nie, z pewnością nie było. Choć zarazem nie mogę stwierdzić, że o tym postanowiłem. Powiem tyle, że gdy skończył mówić, nie mogłem już podjąć żadnej innej decyzji i poszedłem tą drogą bez wahania. Obejrzałem się za siebie tylko raz.

- Tylko raz? Po co?

- By zobaczyć swój ostatni wschód słońca - odparł wampir. - Tamtego ranka nie byłem jeszcze wampirem. I po raz ostatni oglądałem wschód. Pamiętam go bardzo wyraźnie, choć zarazem chyba nie przypominam sobie żadnego wcześniejszego. Najpierw blado pojaśniały wysokie drzwi wiodące na taras oraz firanki, a później poświata zaczęła się rozrastać wśród liści drzew. Wreszcie promienie wpadły przez okna i na podłodze pojawiły się koronkowe cienie. Słońce oświetliło postać mojej wciąż śpiącej siostry i szal okrywający jej głowę i ramiona. Zsunęła go przez sen, gdy poczuła ciepło. Słońce zaświeciło jej prosto w oczy i zacisnęła powieki. Zajaśniał blat stołu, na którym położyła głowę na przedramieniu, woda w dzbanie rozjarzyła się refleksami. Poczułem promienie na swoich spoczywających na narzucie dłoniach, a później na twarzy. Leżałem w łóżku, myśląc o wszystkim, co powiedział mi wampir, potem zaś pożegnałem wschód słońca i sam zostałem wampirem. To był... ostatni wschód.

Znów wpatrywał się w okno. Gdy zamilkł, cisza zapadła tak nagle, że młody człowiek niemal ją usłyszał. Później dobiegły go hałasy z ulicy. Ryk ciężarówki zdawał się wręcz ogłuszający. Kabel elektryczny zadrżał od jej łoskotu. Po chwili ciężarówka odjechała.

- Tęskni pan za tym? - spytał cicho.

- Niezbyt - odpowiedział wampir. - Jest tyle innych rzeczy. Ale na czym skończyliśmy? Chcesz wiedzieć, jak zmieniłem się w wampira?

- Tak - potwierdził chłopak. - Jak to dokładnie przebiegło?

- Nie potrafię opowiedzieć dokładnie - odparł wampir. - Mogę ująć to doświadczenie takimi słowami, by przekazać ci jego charakter, to, jak sam je odbierałem. Ale nie mogę opisać go dokładnie, tak jak nie umiałbym precyzyjnie wyjaśnić, czym jest seks, komuś, kto go nigdy nie zaznał. - Młodemu człowiekowi najwyraźniej przyszło w tym momencie do głowy inne pytanie, ale nim się odezwał, wampir podjął wątek. - Jak wspominałem, ten wampir, Lestat, chciał dostać plantację. Fakt, to błahy powód, by obdarzyć mnie życiem, które będzie trwać aż do końca świata, lecz on nie był szczególnie wybredny. Ujmę to tak: nie uważał małej światowej populacji wampirów za klub dla wybranych. Miał ludzkie problemy: jego niewidomy ojciec nie wiedział, że ma syna wampira, i nie mógł się dowiedzieć. Życie w Nowym Orleanie stało się dla Lestata za trudne, zważywszy na jego potrzeby i konieczność opieki nad ojcem, więc zapragnął Pointe du Lac.

Z nadejściem wieczora pojechaliśmy na plantację, umieściliśmy niewidomego ojca w głównej sypialni, ja natomiast doznałem przemiany. Nie odbyła się natychmiastowo, choć oczywiście od pewnego momentu nie miałem już możliwości odwrotu. Składało się na nią kilka aktów, a jednym z nich była śmierć nadzorcy. Umarł we śnie zabity przez Lestata, który kazał mi patrzeć na to wydarzenie i je zaakceptować, bo oglądanie zabójstwa miało stanowić dowód mojego oddania sprawie oraz część przeobrażenia. Była to dla mnie bez wątpienia część najtrudniejsza. Jak już mówiłem, nie bałem się umrzeć, tyle że nie potrafiłem sam się zabić. Najwyższym szacunkiem otaczałem jednak życie innych, a po stracie brata myśl o cudzej śmierci zaczęła wywoływać we mnie przerażenie. Musiałem patrzeć, jak nadzorca budzi się gwałtownie, obiema rękami próbuje odepchnąć Lestata, później szamocze się w jego uścisku, a wreszcie wiotczeje, pozbawiony krwi. I umiera. Nie stało się to od razu. Staliśmy w jego ciasnej sypialni przez prawie godzinę i patrzyliśmy na agonię. Jak powiedziałem, to była część mojej przemiany. Inaczej Lestat by odszedł. Później trzeba było pozbyć się ciała. Prawie mnie od tego zemdliło. Byłem już osłabiony i rozgorączkowany, brakowało mi sił. Dźwiganie zwłok, i to w takim celu, przyprawiło mnie o mdłości. Lestat się roześmiał i bezdusznie stwierdził, że gdy już zostanę wampirem, też będę się śmiał. Mylił się. Nigdy nie śmieję się ze śmierci, niezależnie od tego, jak często i regularnie ją zadaję.

Ale po kolei. Pojechaliśmy drogą wzdłuż rzeki na pola i tam zostawiliśmy nadzorcę. Rozerwaliśmy mu płaszcz, ukradliśmy pieniądze, a usta zwilżyliśmy alkoholem. Znałem jego żonę. Mieszkała w Nowym Orleanie i domyślałem się, jak bardzo będzie rozpaczać, gdy znajdą ciało. Żałowałem jej. Miała się nigdy nie dowiedzieć, że jej męża, pijanego, wcale nie zdybali bandyci na drodze, i to bolało mnie najbardziej. Gdy tłukliśmy zwłoki po twarzy i ramionach, ogarniało mnie coraz większe podniecenie. Oczywiście musisz rozumieć, że wampir Lestat przez cały ten czas wydawał mi się nadzwyczajną istotą. W moich oczach nie był bardziej ludzki niż biblijny anioł. Lecz pod ciężarem wydarzeń moje zauroczenie nie było pełne. Własne przeobrażenie w wampira oglądałem jakby z dwóch perspektyw. Przede wszystkim byłem po prostu odurzony: Lestat zdominował mnie na łożu śmierci. Równocześnie jednak dążyłem do zagłady. Chciałem zostać całkowicie potępiony. To przez bramę tego pragnienia Lestat przybył do mnie zarówno przy pierwszej, jak i drugiej okazji. Teraz jednak nie niszczyłem siebie, lecz kogoś innego. Nadzorcę, jego żonę, rodzinę. Ogarnęła mnie odraza i byłbym uciekł od Lestata z całkowicie zrujnowanym umysłem, gdyby za pomocą swojego niezawodnego instynktu nie wyczuł, co się szykuje. Ten niezawodny instynkt... - Wampir się zamyślił. - Tak, potężny instynkt wampira, dla którego nawet najdrobniejsza zmiana w wyrazie twarzy człowieka jest równie czytelna jak zamaszysty gest. Lestat działał z nadnaturalnym wyczuciem czasu. Pośpiesznie wepchnął mnie do powozu, smagnął konie i skierowaliśmy się ku domowi. "Chcę umrzeć", mamrotałem. "Nie mogę tego znieść. Chcę umrzeć. Przecież możesz mnie zabić. Daj mi umrzeć". Nie chciałem na niego patrzeć, by nie dać się oczarować jego pięknu. Miękko, ze śmiechem wypowiedział moje imię. Jak mówiłem, zależało mu na mojej plantacji.

- Czy on by pana uwolnił? - spytał chłopak. - Czy to w ogóle byłoby możliwe?

- Nie wiem. Znając Lestata tak dobrze, jak znam go teraz, sądzę, że raczej by mnie zabił, niż uwolnił. Ale przecież tego właśnie chciałem. Nic się nie liczyło. Choć tak naprawdę tylko myślałem, że tego chcę. Gdy dotarliśmy do domu, wysiadłem z powozu i jak zombi powlokłem się ku ceglanym schodom, z których spadł mój brat. Dom stał niezamieszkany od miesięcy, nadzorca bowiem miał własną chatę, i upał wraz z wilgocią Luizjany zaczęły już nadgryzać schody. Z każdej ich szczeliny wyrastały źdźbła trawy, a nawet dzikie kwiaty. Tamtej nocy usiadłem na dolnych stopniach, oparłem głowę o wilgotne, chłodne cegły i przesunąłem palcami po woskowatych łodyżkach. "Chcę umrzeć, zabij mnie. Zabij mnie", powiedziałem do wampira. "Teraz jestem winny morderstwa. Nie mogę dłużej żyć". Uśmiechnął się szyderczo, z irytacją kogoś, kto słyszy ewidentne kłamstwa. I nagle w jednej chwili dopadł mnie, tak jak wcześniej mojego pracownika. Miotałem się pod nim dziko. Wbiłem mu obcas w pierś i kopnąłem z całych sił. Ślad jego zębów piekł mnie w szyję, a skronie pulsowały gorączką. Zerwał się jednym ruchem, zbyt szybkim dla mojego oka, i nagle stał już w nonszalanckiej pozie na dolnych stopniach schodów.

"A myślałem, że chcesz umrzeć, Louis", powiedział. - Młody człowiek westchnął z zaskoczenia, gdy wampir wymówił swoje imię. - Tak, tak się nazywam - wtrącił szybko wampir, po czym ciągnął: - Leżałem bezsilny, znów mierząc się z własnym tchórzostwem i głupotą. Skoro dostrzegłem je w sobie tak wyraźnie, być może z czasem zdołałbym się zebrać na odwagę i faktycznie pozbawić się życia, zamiast skamleć i błagać innych, by mi je odebrali. Nagle ujrzałem samego siebie, jak zmieniam decyzję i dzień po dniu pogrążam się w cierpieniu nieuchronnym niczym pokuta spowiednika, ze szczerą nadzieją, że śmierć dopadnie mnie znienacka i uzna za godnego wieczystego ułaskawienia. Lecz także, niczym w wizji, ujrzałem siebie u szczytu schodów, tam, gdzie stał mój brat, i zobaczyłem, jak rzucam się w dół na cegły.

Nie było jednak czasu na odwagę. Czy raczej w planie Lestata nie było czasu na cokolwiek innego poza jego planem. "Posłuchaj mnie uważnie, Louis", powiedział, kładąc się obok mnie na schodach ruchem tak wdzięcznym i intymnym, że natychmiast pomyślałem o nim jak o kochanku. Odsunąłem się gwałtownie. On jednak otoczył mnie prawym ramieniem i przyciągnął sobie do piersi. Wcześniej jeszcze nigdy nie znalazłem się tak blisko niego i w półmroku dostrzegłem wspaniałe lśnienie jego oka oraz nienaturalną maskę twarzy. Próbowałem się poruszyć, lecz on przycisnął mi palce prawej dłoni do ust i powiedział: "Nie ruszaj się. Teraz wysączę z ciebie krew, aż znajdziesz się na samym progu śmierci, ale masz być cicho, tak cicho, byś zdołał usłyszeć szum własnej krwi: najpierw we własnych żyłach, a potem w moich. Twoja świadomość, twoja wola musi podtrzymać cię przy życiu". Chciałem walczyć, jednak pod naciskiem jego palców mogłem tylko leżeć, rozciągnięty, a gdy tylko porzuciłem skazane na niepowodzenie próby buntu, zatopił zęby w mojej szyi.

Chłopak otworzył szeroko oczy. Gdy wampir opowiadał, on coraz bardziej odsuwał się na krześle z wyrazem napięcia na twarzy, jakby szykował się na cios.

- Czy straciłeś kiedyś dużą ilość krwi? - zapytał wampir. - Znacz to uczucie?

Chłopak chciał zaprzeczyć, ale nie wydał żadnego dźwięku. Odchrząknął.

- Nie - powiedział w końcu.

- Świece płonęły w salonie na górze, gdzie wcześniej zaplanowaliśmy śmierć nadzorcy. Lampa naftowa kołysała się w podmuchach wiatru na galerii. Wszystkie te źródła światła zlały się w jedno i zaczęły migotać, jak gdyby unosiła się nade mną jakaś złocista istota, która wijąc się i skręcając niczym smugi dymu, delikatnie oplatała poręcze schodów. "Słuchaj mnie, nie zamykaj oczu", wyszeptał Lestat, poruszając ustami przy mojej szyi. Ich dotyk sprawił, że na całym moim ciele uniosły się włoski, i było to doznanie w jakimś stopniu namiętne... - Wampir zamyślił się i prawą dłonią delikatnie pogładził brodę. - W ciągu minuty sparaliżowała mnie słabość. Z panicznym przerażeniem odkryłem, że nie jestem w stanie wymówić nawet słowa. Lestat nadal oczywiście mnie trzymał, a jego ramię ciążyło mi jak żelazna sztaba. Wyszarpnął zęby tak gwałtownie, że dwie punktowe ranki wydały mi się ogromnymi dziurami obwiedzionymi bólem. Następnie uniósł się nade mną i ugryzł się w prawy nadgarstek. Krew popłynęła po mojej koszuli i żakiecie, on zaś przyglądał się temu zmrużonym, lśniącym okiem. Zdawało mi się, że patrzy tak od wieków na tle rozmigotanej widmowej scenerii. Chyba zrozumiałem, co zamierza zrobić, i czekałem, bezsilny, jakbym czekał już od lat. Przycisnął krwawiący nadgarstek do moich ust i powiedział stanowczym, trochę zniecierpliwionym głosem: "Louis, pij". Piłem. "Powoli, Louis", szeptał, albo: "szybciej". Piłem, wysysałem krew z dziurek. Po raz pierwszy od niemowlęctwa doświadczałem wyjątkowej przyjemności zaspokajania głodu ssaniem, skupiony całym ciałem i umysłem na tym jedynym źródle pożywienia. I nagle coś się wydarzyło.

Wampir wyprostował się w krześle, lekko marszcząc brwi.

- Jakie to żałosne, opisywać rzeczy, których nie da się naprawdę opisać - powiedział, zniżając głos niemal do szeptu. Chłopak siedział jak skamieniały.

- Ssąc krew, nie widziałem niczego poza światłem. A potem... potem pojawił się dźwięk. Odległy huk, który stopniowo zmienił się w rytmiczne dudnienie, coraz głośniejsze, jakby jakaś ogromna istota szła z wolna przez ciemny, obcy las, bijąc w wielki bęben. Chwilę później usłyszałem drugi bęben, jakby za pierwszym gigantem we własnym rytmie podążał drugi, nie zwracając uwagi na tamtego. Hałas narastał, aż w końcu wypełnił nie tylko moje uszy, lecz wszystkie zmysły, pulsował mi w ustach i w palcach, w skroniach i w żyłach. Tak, w żyłach przede wszystkim - najpierw jeden bęben, potem drugi. Raptem Lestat odsunął nadgarstek, a ja otworzyłem oczy i uświadomiłem sobie, że sięgam po jego rękę, chwytam ją, mocno, desperacko przyciskam sobie do ust. Ocknąłem się, gdy zdałem sobie sprawę, że pierwszy bęben to było moje serce, a drugi: jego. - Wampir westchnął. - Rozumiesz?

Chłopak chciał się odezwać, ale tylko pokręcił głową.

- Nie... Znaczy się tak - powiedział w końcu. - To znaczy...

- Tak sądziłem - powiedział wampir, odwracając wzrok.

- Zaraz, chwilkę! - wtrącił chłopak, zmieszany i podekscytowany. - Taśma prawie się skończyła. Muszę ją przełożyć na drugą stronę.

Wampir cierpliwie przyglądał się procedurze odwracania kasety.

- Co się stało później? - spytał chłopak. Twarz miał zroszoną potem, który pospiesznie otarł chustką.

- Patrzyłem oczami wampira - powiedział nieco zamyślonym tonem wampir. Wydawał się niemal rozkojarzony. Podniósł się z krzesła. - Lestat stał u podnóża schodów i widziałem go takim, jakim dawniej nie mogłem. Wcześniej wydawał mi się biały, zupełnie biały, a teraz w ciemnościach nocy prawie lśnił. Wypełniały go jego własne życie i własna krew. Nie, nie lśnił, lecz promieniował. I nagle spostrzegłem, że nie tylko on się zmienił, lecz wszystko wokół.

Miałem wrażenie, że po raz pierwszy widzę barwy i kształty. Tak mnie zachwyciły guziki czarnej marynarki Lestata, że przez długą chwilę nie patrzyłem na nic innego. Potem Lestat się roześmiał, a jego śmiech zabrzmiał w moich uszach jak żaden inny znany mi dźwięk. Wciąż słyszałem bębnienie jego serca, a teraz jeszcze dobiegł mnie ten metaliczny odgłos. Jeden dźwięk przechodził w inny niczym pomieszane echa dzwonów i początkowo słyszałem tylko jazgot, aż nauczyłem się te dźwięki rozdzielać. Wtedy nałożyły się na siebie, każdy subtelny, lecz odrębny, narastający, lecz osobny: kaskady śmiechu. - Wampir uśmiechnął się z upodobaniem. - Melodia dzwonów.

"Przestań się gapić na moje guziki", powiedział Lestat. "Idź do lasu. Opróżnij ciało z ludzkich resztek, tylko nie zakochaj się w nocy, bo się zgubisz".

Było to rzecz jasna mądre polecenie. Księżyc, gdy go ujrzałem, zauroczył mnie tak bardzo, że spędziłem chyba godzinę, stojąc na kamiennej posadzce podwórza. Minąłem kaplicę brata, w ogóle o nim nie myśląc, po czym stanąłem wśród topoli i dębów, nasłuchując nocy niczym chóru szepczących kobiet, z których każda chciała przycisnąć mnie do piersi. Mój organizm jeszcze nie doznał pełnego przeobrażenia i gdy jako tako przywykłem do nowych dźwięków i widoków, wszystko zaczęło mnie boleć. Ciało siłą wydalało z siebie wszystkie ludzkie ciecze. Umierałem jako człowiek, choć żyłem jako wampir, i z wyostrzonymi zmysłami musiałem doświadczyć własnej śmierci. Początkowo czułem lekkie zaniepokojenie, wreszcie ogarnął mnie strach. Wbiegłem schodami do salonu, gdzie Lestat już siedział nad dokumentami plantacji, analizując wydatki oraz zyski minionego roku.

"Jesteś bogaczem", powiedział, gdy wszedłem.

"Coś się ze mną dzieje?!", wykrzyknąłem.

"Umierasz, to wszystko. Nie wydurniaj się. Masz lampę oliwną? Tyle pieniędzy, a nie stać cię na olej z wieloryba - choćby tyle, co do tej latarni. Przynieś mi ją".

"Umieram!", zawołałem. "Umieram!"

"Każdemu się zdarza", stwierdził, nie robiąc nic, by mi pomóc. Gdy teraz wspominam tamte chwile, nadal nim gardzę z tego powodu. Nie dlatego, że się bałem, ale ponieważ mógł poprowadzić mnie przez te zmiany z należytą powagą. Mógł mnie uspokoić i powiedzieć, bym przyglądał się własnej śmierci z taką samą fascynacją, z jaką wcześniej obserwowałem i przeżywałem noc. Nie zrobił tego jednak. Lestat nigdy nie był takim wampirem jak ja. W żadnym razie. - W głosie wampira nie brzmiała przechwałka. Powiedział to tak, jakby naprawdę wolał, by było inaczej. Alors - westchnął. - Umierałem szybko, a więc moja zdolność odczuwania strachu gwałtownie malała. Szkoda, że uważniej nie obserwowałem tego procesu. Lestat zachował się jak skończony idiota.

"Och, niech to piekło pochłonie!", krzyknął. "Wyobraź sobie, że nie przygotowałem ci miejsca do spania. Ale ze mnie głupiec". Chciałem powiedzieć: "To prawda", ale się powstrzymałem. "Tego ranka będziesz musiał spać ze mną. Nie przyszykowałem ci trumny". - Wampir się zaśmiał. - Na wieść o trumnie ogarnęło mnie takie przerażenie, że w jednej chwili straciłem chyba wszelkie resztki zdolności odczuwania strachu. Potem czułem już tylko lekki niepokój na myśl o dzieleniu trumny z Lestatem. On tymczasem poszedł do sypialni swojego ojca, żeby się z nim pożegnać i powiedzieć, że wróci rano.

"Dokąd ty idziesz? Czemu musisz żyć w takich godzinach?!", zapytał stary człowiek, co zniecierpliwiło Lestata. Wcześniej okazywał mu kurtuazję, i to wręcz do mdlącej przesady, teraz jednak zachowywał się jak brutal. "A co, nie zajmuję się tobą? Zapewniłem ci lepsze warunki, niż ty kiedykolwiek zapewniłeś mnie! Jeśli chcę spać cały dzień i pić całą noc, będę to robił, niech cię szlag!" Starzec zaczął pojękiwać. Tylko wyjątkowy stan emocjonalny i niezwykłe wyczerpanie powstrzymało mnie przed głośnym sprzeciwem. Oglądałem tę scenę przez otwarte drzwi, zafascynowany kolorami kapy i burzą barw na twarzy starego mężczyzny. Błękitne żyły pulsowały pod różowoszarawym ciałem. Nawet żółć jego zębów mi się spodobała. Prawie zahipnotyzowało mnie drżenie jego ust. "Taki z ciebie syn, taki z ciebie syn", powtarzał, oczywiście nie podejrzewając, kim ten jego syn naprawdę jest. "Dobrze, idź. Wiem, że gdzieś tam masz kobietę. Spotykacie się, gdy jej mąż wychodzi rano z domu. Podaj mi różaniec. Gdzież on jest?" Lestat rzucił jakieś przekleństwo i spełnił prośbę ojca.

- Ale... - zaczął chłopak.

- Tak? - spytał wampir. - Chyba nie dopuszczam cię dostatecznie często do głosu.

- Chciałem spytać... różańce mają na sobie krzyż, prawda?

- Och, te pogłoski o krzyżach! - Wampir się zaśmiał. - Chodzi ci o to, że podobno boimy się krzyża?

- Myślałem, że nie możecie na niego patrzeć - powiedział chłopak.

- To absurd, mój drogi, kompletny absurd. Mogę patrzeć, na co mi się podoba. A na krzyże wyjątkowo lubię.

- A co z dziurkami od klucza? Podobno potraficie zamieniać się w dym i przez nie przenikać.

- Szkoda, że tego nie umiem. - Wampir się zaśmiał. - Czysta rozkosz. Mógłbym przeciskać się przez dziurki i czuć, jak łaskoczą mnie ich różnorodne kształty. Nie. - Pokręcił głową. - To... jak się dziś mówi? Gówno prawda?

Młody człowiek zaśmiał się mimowolnie. Po chwili spoważniał.

- Nie musisz się przy mnie tak krępować - powiedział wampir. - O co chodzi?

- Te historie o kołku przez serce... - odezwał się chłopak, lekko się czerwieniąc.

- To samo - odparł wampir. - Gów-no praw-da - powiedział, starannie wymawiając słowa, co wywołało uśmiech chłopaka. - Nie mają żadnej magicznej mocy. Nie chcesz zapalić papierosa? Widzę, że masz paczkę w kieszeni koszuli.

- O, dziękuję - powiedział młody człowiek, jakby usłyszał jakąś fantastyczną propozycję. Kiedy jednak włożył papierosa do ust, ręce tak bardzo mu się trzęsły, że zgniótł w dłoni pudełko zapałek.

- Pozwól - powiedział wampir, wziął zapałki i szybkim gestem przystawił płomyk do papierosa w ustach chłopaka, który zaciągnął się ze wzrokiem wbitym w palce wampira. Wampir odsunął się z cichym szelestem ubrań. - Na umywalce jest popielniczka - zauważył, a chłopak wstał nerwowo, by po nią pójść. Wyrzucił kilka niedopałków do małego kosza na śmieci, który dostrzegł na podłodze, i szybko postawił popielniczkę na stole. Gdy odkładał papierosa, jego palce zostawiły na nim wilgotny ślad.

- To pana mieszkanie? - spytał.

- Nie - odparł wampir. - Ot, pokój.

- Co się działo dalej? - spytał młody człowiek. Wampir przyglądał się smugom dymu snującym się pod żarówką.

- No tak... Pośpiesznie wróciliśmy do Nowego Orleanu - powiedział. - Lestat trzymał swoją trumnę w obskurnym pokoiku w kamienicy przy wale.

- Położył się pan w niej?

- Nie miałem wyboru. Błagałem go, żeby pozwolił mi zamknąć się w szafie, ale on roześmiał się, zdziwiony.

"Nie wiesz, kim jesteś?", spytał.

"Ale czy tu działa jakaś magia? Czy ten kształt jest konieczny?", dociekałem, ale on znowu tylko się zaśmiał. Nie potrafiłem znieść tej perspektywy, ale podczas dyskusji uświadomiłem sobie, że właściwie nie czuję strachu. Było to dziwne odkrycie. Zawsze bałem się ciasnych przestrzeni. Urodziłem się i wychowałem we francuskich domach o wysokich sufitach i oknach, bałem się przebywać w małych pomieszczeniach. Nie czułem się dobrze nawet w konfesjonale. To był dość typowy lęk. Teraz jednak, sprzeciwiając się Lestatowi, zauważyłem, że nie tyle go odczuwam, ile raczej sobie przypominam. Że trzymam się go z nawyku, bo nie potrafię dostrzec swej nowej, ekscytującej swobody.

"Zachowujesz się niepoważnie", powiedział na koniec Lestat, "a już prawie świta. Powinienem dać ci umrzeć. A to naprawdę może się stać. Krew, którą ci dałem, słońce wypali z każdej twojej żyły i każdej tkanki. Ale ty nawet nie powinieneś odczuwać strachu. Jesteś jak ktoś, kto stracił rękę albo nogę i upiera się, że ta kończyna nadal go boli". Cóż, to była najinteligentniejsza i najrozsądniejsza wypowiedź Lestata, jaką dotąd usłyszałem, więc szybko doszedłem do siebie. "Ja teraz idę do trumny", powiedział niemal lekceważącym tonem, "a ty położysz się na mnie, jeśli wiesz, co dla ciebie dobre". Tak zrobiłem. Położyłem się na nim na brzuchu, zdumiony brakiem lęku i zniesmaczony bliskością Lestata, mimo że był przystojny i intrygujący. Zatrzasnął wieko. Spytałem go wtedy, czy jestem zupełnie martwy. Czułem mrowienie w całym ciele, wszystko mnie swędziało.

"W takim razie nie jesteś", odparł. "Gdy umrzesz, czucie zniknie, a przemiany ciała będziesz tylko widział i słyszał. Powinieneś umrzeć, nim zapadnie noc. Teraz śpij".

- Miał rację? Czy pan był... martwy, kiedy się pan obudził?

- Tak, choć powiedziałbym raczej, że przeobrażony. Bo przecież żyję. Umarło moje ciało. Musiał minąć jeszcze jakiś czas, nim wyzbyło się wszystkich zbędnych płynów i resztek, lecz z pewnością było martwe. A gdy to sobie uświadomiłem, zacząłem coraz bardziej oddalać się od ludzkich emocji. Kiedy wraz z Lestatem ładowaliśmy trumnę na karawan i kradliśmy kolejną z domu pogrzebowego, zrozumiałem, że wcale go nie lubię. Jeszcze nijak nie mogłem się z nim równać, lecz byłem mu teraz zdecydowanie bliższy niż przed śmiercią ciała. Nie potrafię ci tego jasno wytłumaczyć, bo z oczywistego powodu przypominasz mnie z czasów, nim moje ciało zmarło. Nie zdołałbyś zrozumieć. Lecz zanim umarłem, kontakt z Lestatem był dla mnie zdecydowanie najbardziej doniosłym doświadczeniem życia. Twój papieros to już sam popiół.

- Och! - Chłopak szybko zdusił niedopałek w szklanej popielniczce. - Chodzi panu o to, że gdy przepaść między wami zniknęła, stracił dla pana... urok? - zapytał, uważnie wpatrzony w wampira, i tym razem zdołał wyjąć kolejnego papierosa oraz zapałkę znacznie sprawniej niż poprzednio.

- Tak, o to mi chodzi - powiedział wampir z nieskrywaną przyjemnością. - Podróż z powrotem do Pointe du Lac okazała się pełna wrażeń, za to ciągła paplanina Lestata niewyobrażalnie mnie nudziła i przygnębiała. Oczywiście, jak mówiłem, nie mogłem się z nim równać. Musiałem się pozbyć martwego balastu, by użyć jego słów. Przekonałem się o tym jeszcze tej samej nocy, gdy przyszło mi zabić po raz pierwszy. - Wampir sięgnął nad stołem i delikatnie strzepnął popiół z klapy marynarki chłopaka, a ten popatrzył zaniepokojony na jego odsuwającą się dłoń.

- Przepraszam - powiedział wampir - nie chciałem cię przestraszyć.

- To nic - odparł chłopak. - Odniosłem tylko wrażenie, że ma pan... nienormalnie długie ramię. Umie pan sięgnąć tak daleko, w ogóle się nie poruszając!

- Poruszyłem się, ale zbyt szybko dla twojego oka - wyjaśnił wampir. Skrzyżował nogi i położył dłonie na kolanie. - Dlatego tak ci się zdawało.

- Nie, nie poruszył się pan. Siedział pan cały czas tak jak teraz, oparty na krześle.

- Poruszyłem się - powtórzył zdecydowanie wampir. - Teraz zrobię to znowu. - Wykonał taki sam gest jak poprzednio, a chłopak popatrzył na niego z jednakową mieszaniną dezorientacji i niepokoju. - Znów nic nie widziałeś - stwierdził wampir. - Spójrz teraz na moje wyciągnięte ramię, wcale nie jest takie długie. - Uniósł rękę z palcem wskazującym skierowanym ku niebu, jakby był aniołem zwiastującym Słowo Pańskie. - Oto zasadnicza różnica między naszymi sposobami widzenia. Mnie mój gest wydawał się powolny, wręcz przewlekły, a dźwięk palca ocierającego się o twoją marynarkę wyraźnie słyszalny. Nie zamierzałem cię przestraszyć, ale może teraz zrozumiesz, dlaczego droga powrotna do Pointe du Lac była dla mnie ucztą nowych przeżyć: wystarczyło, żeby gałąź zakołysała się na wietrze, bym doznawał rozkoszy.

- Rozumiem - powiedział chłopak, wciąż ewidentnie poruszony. Wampir zerknął na niego, po czym kontynuował:

- Miałem ci powiedzieć...

- O swoim pierwszym zabójstwie - wtrącił chłopak.

- Tak. Najpierw powinienem jednak wyjaśnić, że na plantacji zapanowało prawdziwe pandemonium. Odkryto zwłoki nadzorcy, a w głównej sypialni znaleziono starego ślepca, którego obecności nikt nie potrafił wytłumaczyć. Ludzie nie wiedzieli, gdzie mnie szukać w Nowym Orleanie. Siostra powiadomiła policję i gdy przyjechałem do Pointe du Lac, czekało tam kilku oficerów. Było już oczywiście dość ciemno i Lestat szybko mnie poinstruował, że nie mogę pozwolić im się zobaczyć nawet w wątłym świetle, zwłaszcza że moje ciało było wówczas w dość szczególnym stanie. Rozmawiałem więc z nimi w alei dębów przed rezydencją, puszczając mimo uszu prośby, byśmy weszli do środka. Oznajmiłem, że poprzedniej nocy byłem w Pointe du Lac, a niewidomy starzec jest moim gościem. Co do nadzorcy, nie było go, ponieważ wyjechał do Nowego Orleanu w interesach.

Gdy już udzieliłem wyjaśnień, podczas których bardzo pożyteczny okazał się mój nowo nabyty dystans do świata, musiałem się zmierzyć z problemem samej plantacji. Moi niewolnicy byli zupełnie zdezorientowani i przez cały dzień nie pracowali. Mieliśmy wówczas wielką manufakturę wytwarzającą barwnik indygo i nadzorca pełnił w niej zasadniczą funkcję. Posiadałem też jednak kilku wyjątkowo inteligentnych niewolników, którzy już od dawna równie dobrze mogliby wykonywać jego pracę, gdybym wcześniej zdołał dostrzec ich umysłowe walory i nie bał się ich afrykańskiego wyglądu oraz sposobu bycia. Teraz przyjrzałem się im świeżym okiem i powierzyłem zarządzanie manufakturą. Najlepszego umieściłem w chacie nadzorcy. Dwie młode kobiety sprowadziłem z pól do rezydencji, aby opiekowały się ojcem Lestata, po czym oznajmiłem im, że potrzebuję całkowitej prywatności i zostaną wynagrodzone nie tylko za służbę, lecz także zapewnianie mnie oraz Lestatowi absolutnego spokoju. Wówczas nie zdawałem sobie sprawy, że niewolnicy staną się pierwszymi i prawdopodobnie jedynymi osobami, które nabiorą podejrzeń, że wraz z Lestatem nie jesteśmy zwykłymi ludźmi. Nie wiedziałem, że mają znacznie bogatsze doświadczenia w sprawach nadnaturalnych niż ludzie biali. Wtedy wciąż jeszcze myślałem o nich jak o dziecinnych dzikusach, ledwie udomowionych dzięki niewolnictwu. Popełniłem wielki błąd. Wróćmy jednak do historii. Miałem ci opowiedzieć o tym, jak po raz pierwszy zabiłem. Lestat spartaczył całą sprawę z właściwym sobie brakiem rozsądku.

- Spartaczył? - spytał chłopak.

- W ogóle nie powinienem był się brać za istoty ludzkie. Tego jednak musiałem sam się dowiedzieć. Kiedy załatwiliśmy sprawy z policją i niewolnikami, Lestat zarządził wyjście na bagna. Było bardzo późno, w chatach niewolników panowała ciemność. Wkrótce straciliśmy z oczu światła Pointe du Lac, a mnie ogarnęło wielkie poruszenie. Znowu to samo: nawykowe lęki, dezorientacja. Gdyby Lestat miał choć trochę wyczucia, mógłby mi cierpliwie i łagodnie wyjaśnić, że nie muszę bać się bagien, bo jestem zupełnie odporny na ugryzienia węży czy owadów, i powinienem się skupić na odkrywaniu mojej nowej zdolności widzenia w zupełnym mroku. Zamiast tego dręczył mnie krytyką. Zależało mu tylko na ofiarach, więc chciał szybko zakończyć moją inicjację i przejść do sedna.

Kiedy w końcu się do nich zbliżyliśmy, zagonił mnie do działania. Dotarliśmy do małego obozu zbiegłych niewolników. Lestat już wcześniej go nawiedzał i umniejszył całą gromadkę o jakąś jedną czwartą: czyhał pod osłoną ciemności, aż któryś odejdzie od ognia, albo porywał ich, gdy spali. Nie mieli pojęcia, że tam jest. Czekaliśmy grubo ponad godzinę, nim jeden z mężczyzn, byli to bowiem sami mężczyźni, w końcu opuścił polanę i wszedł na kilka kroków między drzewa. Rozpiął spodnie, by się załatwić, a kiedy odwrócił się, by odejść, Lestat potrząsnął mną i powiedział: "Bierz go". - Wampir uśmiechnął się na widok szeroko otwartych oczu chłopaka. - Byłem chyba równie porażony, jak ty byłbyś - powiedział. - Wtedy jednak nie wiedziałem, że zamiast na ludzi mogę polować na zwierzęta. Stwierdziłem krótko, że nie mogę go zabić. Niewolnik usłyszał moje słowa. Przystanął, obrócił się plecami do odległego ogniska i zaczął wpatrywać w ciemność. Szybko i cicho wyjął zza paska długi nóż. Miał na sobie tylko spodnie i był wysokim, szczupłym młodzieńcem o silnych ramionach. Rzucił coś w kreolskiej gwarze i wystąpił naprzód. Zdałem sobie wówczas sprawę, że nie dostrzega nas w mroku, choć ja widziałem go wyraźnie. Lestat zaszedł go od tyłu ze zdumiewającą zręcznością i przydusił ramieniem, unieruchamiając jego lewą rękę. Niewolnik krzyknął i próbował się uwolnić. Lestat wbił w niego zęby i chłopak zamarł, jakby ukąsił go wąż. Padł na kolana, gdy Lestat pożywiał się szybko, bo nadbiegali inni niewolnicy. "Brzydzę się tobą", stwierdził, gdy do mnie wrócił. Miałem wrażenie, że jesteśmy czarnymi, zamaskowanymi przez noc owadami, które obserwują, jak zupełnie nieświadomi ich obecności niewolnicy odkrywają rannego, odciągają go, po czym rozchodzą się w gąszcz w poszukiwaniu napastnika.

"Dalej, musimy dopaść kolejnego, zanim wszyscy wrócą do obozu", powiedział Lestat. Szybko ruszyliśmy za człowiekiem, który oddalił się od pozostałych. Wciąż byłem bardzo wzburzony i ogarnęła mnie pewność, że nie chcę i nie potrafię kogokolwiek zaatakować. Jak wspominałem, Lestat mógł wiele powiedzieć i zrobić, znacznie wzbogacając to doświadczenie. Ale nie zrobił nic.

- Co mógł zrobić? - spytał chłopak. - Co ma pan na myśli?

- Zabijanie nie jest czymś zwyczajnym - odpowiedział wampir. - Nie chodzi tylko o to, żeby się nażłopać. - Pokręcił głową. - Doświadczamy cudzego życia, a czasem jego utraty wraz z powolnym upływem krwi. Zawsze przypomina mi się wówczas utrata własnego, gdy ssałem krew z nadgarstka Lestata, czując rytm jego serca bijącego przy moim. Za każdym razem celebrujemy to doświadczenie. Dla wampira nie istnieje bowiem żadne donioślejsze - wypowiedział te słowa niezwykle poważnym tonem, jakby prowadził spór z kimś o odmiennych poglądach. - Lestat chyba tego nie rozumiał, choć nie wiem, jak to możliwe. Albo raczej miał tylko pewne prześwity zrozumienia i wiedzy. Tak czy inaczej, nie wpadł na to, by mi przypomnieć, co czułem, gdy wgryzłem mu się w nadgarstek i wysysając życie, nie chciałem go puścić. Nie wybrał też żadnego odpowiedniego miejsca, bym mógł doświadczyć pierwszego zabójstwa w spokoju i z godnością. Robił wszystko pośpiesznie, jakby chciał to mieć już za sobą, niczym nużącą podróż. Gdy złapał niewolnika, zakneblował go i przytrzymał, po czym obnażył jego szyję. "Zrób to", powiedział. "Teraz nie masz już wyjścia". Przepełniony odrazą i słaby z bezsilności, posłuchałem go. Uklęknąłem przy szamoczącym się mężczyźnie, ująłem go za barki, po czym wgryzłem mu się w szyję. Moje zęby jeszcze się do końca nie przeobraziły, dlatego nie przebiłem skóry, lecz musiałem ją rozerwać. Gdy już zadałem ranę, popłynęła krew. A kiedy to się stało, kiedy jej zasmakowałem i zacząłem pić... Wszystko inne zniknęło.

I on, i bagno, i hałasy odległego obozu zupełnie przestały się liczyć. Lestat równie dobrze mógł być owadem, który chwilę bzyczy i błyszczy, po czym traci wszelkie znaczenie. Zahipnotyzowało mnie ssanie, ciepło wyrywającego się człowieka koiło moje napięte ramiona, i znowu usłyszałem to bębnienie, bicie jego serca, lecz tym razem doskonale zestrojone z rytmem mojego własnego, oba rozbrzmiewające w każdej tkance mojego ciała, aż rytm zaczął zwalniać, uderzenia zmieniły się w cichy szmer, który nie chciał się skończyć. Traciłem świadomość, robiłem się nieważki. Wtedy Lestat mnie odciągnął.

"On nie żyje, idioto!", powiedział z właściwym sobie urokiem i taktem. "Nie pije się, gdy już umrą! Wbij to sobie do głowy!" Przez moment miotałem się rozgorączkowany, nie byłem sobą, przekonywałem, że serce tego człowieka jeszcze bije, i chciałem znowu do niego przypaść. Wgryzłbym się w jego nadgarstek, lecz Lestat mnie chwycił i uderzył w twarz. Cios był zdumiewający. Nie odczułem zwykłego bólu, lecz raczej jakiś niezwykły wstrząs, wibrację wszystkich zmysłów. Obróciłem się, zdezorientowany, oparłem plecami o cyprys i bezradnie wpatrywałem przed siebie, a noc tętniła mi w uszach dźwiękami owadów.

"Jeśli to zrobisz, umrzesz", mówił Lestat. "Jak będziesz się go trzymał, wessie cię za sobą prosto w śmierć. Zresztą wypiłeś już za dużo, pochorujesz się".

Jego głos mnie rozdrażnił. Naszła mnie ochota, by nagle się na niego rzucić, ale wtedy poczułem, co miał na myśli. Żołądek zabolał mnie ostro, jakby otworzył się w nim jakiś wsysający wnętrzności wir. To wypita krew zbyt gwałtownie łączyła się z moją własną, ale wtedy tego nie wiedziałem. Lestat ruszył przez noc jak kot, a ja poszedłem za nim z łupaniem w głowie. Ból żołądka wcale nie zelżał, gdy dotarliśmy do Pointe du Lac.

Gdy usiedliśmy przy stole w salonie, Lestat rozłożył pasjansa na wypolerowanym blacie, a ja wpatrywałem się w niego z pogardą. Paplał coś bez sensu. "Przywykniesz do zabijania", mówił, "to będzie błahostka". Twierdził, że nie mogę sobie pozwalać na takie wzburzenie i że zachowuję się tak, jakbym jeszcze nie do końca zrzucił "śmiertelną powłokę", ale szybko się do tego wszystkiego przyzwyczaję.

"Tak sądzisz?", spytałem w końcu. Na dobrą sprawę nie obchodziła mnie jego odpowiedź. Zrozumiałem, czym się różnimy. Dla mnie zadawanie śmierci było czymś druzgocącym, podobnie jak wysysanie krwi z jego nadgarstka. Doświadczenia te tak bardzo mnie przytłoczyły i w tak wielkim stopniu zmieniły mój ogląd rzeczywistości, począwszy od oglądania portretu mojego brata na ścianie salonu aż po widok pojedynczej gwiazdy w górnej szybce wysokich drzwi, że nie potrafiłem sobie wyobrazić, by jakikolwiek inny wampir mógł je uważać za coś błahego. Wiedziałem, że zostałem trwale przeobrażony. Zawładnęło mną uczucie głębokiego szacunku do całej rzeczywistości, nawet do dźwięku kart kładzionych jedna na drugą i tworzących lśniące rzędy pasjansa. Lestat czuł coś wprost przeciwnego. Lub zgoła nic. Był jak ta kaczka, która nigdy nie stanie się łabędziem. Nudny, banalny i nieszczęśliwy jak śmiertelnik, paplał podczas gry, umniejszając wagę moich doświadczeń, całkowicie zamknięty na perspektywę nabywania własnych. Nim nastał ranek, zrozumiałem, że jestem od niego pod każdym względem lepszy i spotkał mnie wyjątkowy pech, że trafił mi się taki nauczyciel. Miał mi udzielić niezbędnych lekcji, o ile faktycznie potrafił mnie nauczyć czegokolwiek pożytecznego, ja zaś musiałem znosić jego obraz świata, występny wobec samego życia. Ogarnęła mnie do niego zimna niechęć. Rozumiejąc własną wyższość, nie gardziłem nim. Czułem tylko głód nowych doświadczeń: pragnąłem poznawać wszystko, co piękne, i wszystko, co druzgocące jak zabijanie. Uzmysłowiłem sobie, że jeśli chcę w pełni zakosztować każdego doświadczenia, jakie mi się przydarzy, muszę samodzielnie pokierować własną nauką. Lestat nie był mi do niczego przydatny.

Było dobrze po północy, gdy wstałem z krzesła i wyszedłem na galerię. Księżyc ogromniał nad cyprysami, a przez otwarte drzwi wylewał się blask świec. Grube kolumny i ściany domu niedawno pobielono, podłogi świeżo umyto, a letni deszcz oczyścił nocne powietrze, zostawiając po sobie połyskujące kropelki. Oparłem się o ostatnią kolumnę na galerii, dotknąłem głową miękkich pędów jaśminu, który toczył tam nieustanną walkę z wisterią, i zastanawiałem się, co świat i czas mi szykują. Postanowiłem odkrywać to ostrożnie i z szacunkiem, do każdego następnego etapu nauki przechodząc lepszym. Sam nie byłem pewny, co to oznacza. Czy rozumiesz, kiedy mówię, że nie chciałem pędzić przez doświadczenia na złamanie karku, bo wszystko, co odczuwałem jako wampir, było stanowczo zbyt doniosłe, by to zmarnować?

- Tak - odpowiedział skwapliwie młody człowiek. - Wydaje mi się, że to trochę jak miłość.

Oczy wampira zalśniły.

- Właśnie tak. To przypomina miłość. - Uśmiechnął się. - Przedstawiam ci swój nastrój tamtej nocy, byś wiedział, że wampiry mogą się od siebie znacznie różnić, i zrozumiał, dlaczego przyjąłem inne nastawienie do rzeczywistości niż Lestat. Musisz wiedzieć, że nie traktowałem go z góry tylko dlatego, że nie doceniał własnych doświadczeń. Po prostu nie potrafiłem zrozumieć, jak można marnować te wszystkie uczucia. Wtedy jednak Lestat zrobił coś, co wskazało mi ścieżkę dalszej nauki.

Widać było, że dobrze się poczuł wśród dostatków Pointe du Lac. Spodobała mu się piękna porcelana, na której jego ojciec jadał kolację, lubił dotyk aksamitnych narzut i czasem wodził palcem stopy wzdłuż wzorów na dywanie. Teraz sięgnął do jednej z szafek z zastawą i wyjął kryształowy pucharek, mówiąc: "Brakowało mi kieliszków". Powiedział to jednak z jakimś psotnym entuzjazmem, więc spojrzałem na niego ostro. Jakże wielką niechęć do niego poczułem!

"Pokażę ci sztuczkę", powiedział, "jeśli i ty lubisz pić z kieliszka". Postawił naczynie na stoliku karcianym, wyszedł na galerię, gdzie przebywałem, i nagle coś się w nim zmieniło: przeobraził się w tropiące zwierzę, które wzrokiem przenikało ciemności pod łukami gałęzi dębów daleko poza kręgiem świateł domu. W jednej chwili przeskoczył barierkę, miękko wylądował na ziemi i pomknął w mrok. Chwycił coś obiema rękami. Gdy znów przede mną stanął, ze zdumieniem odkryłem, że w jego dłoniach szamocze się szczur.

"Nie gap się jak cholerny kretyn", powiedział. "Nie widziałeś szczura?" Gryzoń był wielki i miał długi ogon. Lestat trzymał go za szyję, by zwierzę nie mogło go ugryźć. "Szczury bywają niezłe", powiedział. Następnie zaniósł zwierzę nad kieliszek, rozerwał mu gardło i szybko wypełnił naczynie krwią. Chwilę potem trup poleciał w dal nad barierką, a Lestat triumfalnym gestem uniósł puchar ku światłu świec. "Może się czasem zdarzyć, że będziesz musiał wyżyć ze szczurów, więc przestań robić taką minę", oznajmił. "Szczury, kurczaki, bydło. Na statku lepiej się przyzwyczaj do szczurów, inaczej wywołasz panikę na pokładzie i zaczną szukać twojej trumny. Regularnie odszczurzaj statek". Następnie delikatnie upił łyk krwi, jakby to był burgund. Lekko się skrzywił. "Szybko stygnie".

"A więc możemy przeżyć na zwierzętach?", spytałem.

"Tak". Wypił resztę, po czym nonszalancko cisnął kieliszkiem w kominek. Wpatrywałem się w strzaskane kawałki. "Chyba ci to nie wadzi?" Wskazał rozbite naczynie z sarkastycznym uśmiechem. "Mam nadzieję, bo już za późno".

"Jeśli zacznie mi wadzić, mogę wyrzucić ciebie i twojego ojca z Pointe du Lac", oznajmiłem. Wtedy chyba po raz pierwszy wpadłem w złość.

"Ale jakże to?", spytał z udawanym przestrachem. "Jeszcze nie wiesz wszystkiego... prawda?" Zaczął ze śmiechem powoli krążyć po pokoju. Przesunął palcami po atłasowej wyściółce szpinetu. "Grywasz?", spytał. Rzuciłem coś w rodzaju "nie dotykaj", a on zaśmiał się drwiąco. "Będę dotykał, co mi się podoba!", stwierdził. "Nie wiesz na przykład, co może cię zabić. A śmierć w takim momencie byłaby wielkim nieszczęściem, prawda?"

"Na tym świecie musi być ktoś inny, kto może mi o tym opowiedzieć. Na pewno nie jesteś jedynym wampirem!", powiedziałem. "Twój ojciec ma jakieś siedemdziesiąt lat, zatem sam też nie jesteś wampirem od dawna. Ktoś musiał cię uczyć..."

"I myślisz, że uda ci się samodzielnie odnaleźć inne wampiry? Zobaczą, że się zbliżasz, ale ty ich nie dostrzeżesz. W tej chwili nie masz większego wyboru, kolego. Jestem twoim nauczycielem, potrzebujesz mnie i nic na to nie poradzisz. Zresztą obaj się o kogoś troszczymy. Mojego ojca musi zobaczyć lekarz, a ty masz matkę i siostrę. Gdybyś wpadł na pomysł, by jak ten śmiertelnik przyznać im się, że jesteś wampirem, lepiej wybij go sobie z głowy. Po prostu zapewnij tym kobietom i mojemu ojcu byt. Jutrzejszej nocy zabij szybko i zajmij się prowadzeniem plantacji. A teraz do łóżka. Będziemy spać w tym samym pokoju, w ten sposób znacznie mniej ryzykujemy".

"Nie, sam przygotuj sobie sypialnię", powiedziałem. "Nie zamierzam siedzieć z tobą w jednym pomieszczeniu".

To go rozwścieczyło.

"Nie rób nic głupiego, Louis. Ostrzegam cię. Gdy słońce wzejdzie, nie będziesz miał żadnej możliwości obrony. Żadnej. Oddzielne pokoje to konieczność podwójnych zabezpieczeń i podwójne ryzyko, że ktoś zauważy". Powiedział jeszcze inne rzeczy, by skłonić mnie do posłuszeństwa, ale równie dobrze mógł przemawiać do ściany. Wpatrywałem się w niego uważnie, ale nie słuchałem. Wydawał mi się kruchy i głupi - ot, człowiek z gałązek o cienkim, zrzędliwym głosiku.

"Śpię sam", oznajmiłem, po czym delikatnym gestem dłoni zgasiłem świece jedną po drugiej.

"Już prawie ranek!", ostrzegł.

"Więc idź się zamknąć", odparłem, po czym poszedłem po swoją trumnę i ruszyłem z nią w dół po ceglanych schodach. Z góry dobiegł mnie dźwięk zamków zatrzaskiwanych na wysokich drzwiach i szmer zasuwanych kotar. Niebo bledło, lecz wciąż usiane było gwiazdami, a bryza znad rzeki niosła kropelki deszczu, mocząc posadzkę. Rozgarnąłem pnącza róż i ciernie, które prawie zarosły drzwi kaplicy brata, wszedłem do środka, a następnie położyłem trumnę na kamiennej podłodze przed klęcznikiem. Na ścianach majaczyły obrazy świętych.

"Paul", cicho zwróciłem się do brata, "po raz pierwszy w życiu nic do ciebie nie czuję, a twoja śmierć jest mi obojętna. Jednocześnie po raz pierwszy wprost zalewają mnie uczucia do ciebie, a żal twojej straty dotyka mnie mocniej, niż wydawało mi się to możliwe".

- Bo widzisz - wampir zwrócił się do młodego człowieka - wtedy wreszcie w pełni i całkowicie zostałem wampirem. Zamknąłem drewniane okiennice na zakratowanych okienkach i zaryglowałem drzwi. Położyłem się w trumnie wyściełanej atłasem, którego połysk niemal ginął w ciemnościach, i zatrzasnąłem nad sobą wieko. W ten oto sposób stałem się wampirem.

Dalsza część w wersji pełnej