Pamiątka z Bielan
Idąc śladem praojców pan Konstanty Duch w drugi dzień Zielonych Świąt ubiegłego roku zapakował do kosza od bielizny przyzwoity baleron, dwa kilo kiełbasy, trzy babki domowego wypieku, słoik z ćwikłą, korniszony, garnek flaków z pulpetami oraz tuzin kwaszonych ogórków.
Luki zapełniły butelki wódki.
Po ukończeniu przygotowania pan Konstanty na czele bliższej i dalszej rodziny udał się statkiem na Bielany.
Zażywszy dorocznych rozkoszy odpustowych, po zlikwidowaniu połowy ogólnej zawartości kosza, rodzina legła w cieniu odwiecznych dębów, wspominając przedwojenne czasy. Najwięcej na ten temat miał do powiedzenia najstarszy w tym gronie wuj pana Konstantego, pan Walery Buraczewski, i byłby niezawodnie powiedział, gdyby nie to, że przez cały czas męczyła go uporczywa czkawka. Toteż opowieść o starej Warszawie ulegała częstym przerwom.
Wyglądało to mniej więcej tak:
- Hej czasy, czasy dawniejsze, które wy się już nie wrócicie... eu!... ktoś mnie wspomniał... Takie na ten przykład Bielany, czy to som teraz Bielany... cholerę w bok... euu!... a to mnie spomina!... Saski Ogród, Łazienki, jak pragnę zdrowia, ale nie odpust. Dawniej pod każdem drzewem obowiązkowo dwóch, trzech pijanych leżało, ale jak byli pijane... biała gorączka szczeniak!
Pod karozelom albo diabelskiem młynem przechodzić było niebezpiecznie... naród mgliło, a on jeździł, jeździł!... euu!... nic, tylko moja nieboszczka Józia... mnie spomina...
A jak się leli, jakie nieporozumienia zachodzili... trzy karetki pogotowia tam i nazad kursowali.
Umiał się naród bawić, nie to co dziś... eu!... Józia, daj spokój!
Pan Konstanty pasjami lubiał słuchać tego rodzaju historyj, jednak zbyt częste przerwy, spowodowane cierpieniem krewnego, psuły mu wrażenie, toteż po chwili zauważył cierpko:
- Albo wujo barłożysz, albo czkawkę odwalasz... jedno z dwóch... ni to, ni sio z tego wychodzi.
- Kostek, dla siwego włosa szaconku nie masz, ciocię Józię nieboszczkę w tromnie niepokoisz. Spomina męża, żeby dziadom za jej duszę ofiarował... takie jest krześcijańskie prawo! - zrobiła małżonkowi uwagę pani Duchowa.
- Jaka tam ciotka, korniszony się dziadowi bekają, bo towarzyskiego wychowania nie ma, na czczo taki kwas opycha.
- Było nie było, trza znaleźć radę. Zawsze rodzina! - wtrącił pojednawczo jeden ze szwagrów. - Na czkawkę nie ma jak danego osobnika przestraszyć. Wujo za grabarza na Bródnie robi w nocy, na cmentarzu sipia... A może by zajść po cichu od tyłu i w mordę go strzelić?
- Myśl jest niezła.
Czkawka tymczasem w panu Walerym szalała. Biedny człowiek, wstrząsany ustawicznymi drgawkami, był w rozpaczy: pił wodę, mleko... skutki były coraz straszliwsze.
Nagle podniósł się pan Konstanty, ukrył na chwilę za plecami szwagra, po czym jak błyskawica wyrżnął wuja w ucho.
Czkawka ustała momentalnie, ale przestraszony pan Buraczewski kopnął stojący przed nim garnek z flakami, którego cała zawartość chlusnęła na nowiuteńki jasny garnitur i kanarkowe półbuciki narzeczonego panny Aurelci Duchówny. Młody człowiek, otarłszy twarz z pulpetów, spojrzał po sobie, jęknął głucho i lunął wuja z drugiej strony.
To było hasłem do ogólnej bójki.
Zadawnione animozje rodzinne odżyły. Każdy uznał moment za odpowiedni do wyregulowania starych porachunków. W powietrzu latały butelki, baleron i figurki z napisem: Souvenir de Bielany.
Prawdziwą jednak pamiątką rodzinną, związaną z tym uroczystym dniem, będzie obszernie motywowany wyrok sądu grodzkiego, w którym czyny każdego z uczestników bezstronnie zostały opisane i wyróżnione bądź grzywną w granicach od 20 do 50 złotych, lub też aresztem od trzech dni do tygodnia.