Wytrwaj. Znieś. Przetrzymaj. Listy z wyspy Tyflonii, miejsca internowania dotkniętych Utratą - Halina Bortnowska

Kup ebooka

29.99 zł
26.99 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Tyflos (gr.) - ślepy. Stąd funkcjonujące już wyrazy: tyflologia - nauka o niewidzeniu - i tyflopedagogika - o wychowaniu i kształceniu dzieci niewidomych. Stąd też nazwa wyspy - ośrodka internowania: TYFLONIA.

 
 
1. Gdy już chyba wszyscy, którzy mieli kontakt z Wydarzeniem...
[O Tyflonii]
TYFLONIA

Gdy już chyba wszyscy, którzy mieli kontakt z Wydarzeniem, zaczęli tracić centralne widzenie, odkąd w zasadzie widzimy tylko postacie bez znaków szczególnych - z zamazaną twarzą i dłońmi o niewiadomej liczbie palców - stało się też coś ciekawego z naszą tożsamością. Kiedyś, nim doszło do Utraty, każdy człowiek wołał drugiego najchętniej po imieniu, bo go poznawał z daleka lub gdy się nieco przybliżył. A jeśli nie, to mógł krzyknąć: chłopcze albo: proszę pani, kolego, koleżanko, dziewczyno! Teraz, gdy jakaś grupa czy tłumek mocno się przybliży, wołamy do nich "Wy, tam!". A do pojedynczych postaci zwracamy się, wskazując ręką: "Ty, tam!" albo: "człowieku!". Przedtem trzeba jednak przeanalizować postać, upewnić się, że to naprawdę żywy człowiek, a nie coś człekopodobnego, jakiś manekin, rzeźba, a może zwierzę, bo i zwierzęta są poruszającymi się postaciami i łatwo je pomylić z dziećmi.

Chciałabym móc nadal wyróżniać kogoś wołaniem po imieniu, robić to samodzielnie, ochoczo, gdy tylko wejdzie w moje pole widzenia. Tak jak jest teraz, muszę czekać, aż usłyszę szept. Od czasu Utraty, aby zachować tożsamość, pomagamy sobie szeptem. Szepczemy swoje imię - ustawicznie, na wszelki wypadek, bo często nie jesteśmy pewni, czy jakaś postać się zbliża, czy to inny szmer, a nie szurające badawcze kroki. Więc ten szept nam się wyrywa, dajemy sygnał: To ja, to ja-Habor. Tworzymy swoje nowe imiona dostosowane do Utraty; nie mogą się powtarzać, jak kiedyś powtarzały się seryjne imiona: Marcin, Agnieszka czy Marta. Szept imion towarzyszy wszystkim naszym spotkaniom, mijaniu się na drogach - dość opustoszałych. W naszym świecie mało jest ciszy. Zewsząd sygnały akustyczne, ich obfitość utrudnia odbiór, ale bez nich wykończyłoby nas poczucie dezorientacji. Uczymy się łowić uchem to, czego potrzebujemy. Chyba wzrokowo było to łatwiejsze. Można zamknąć oczy, odpocząć. Robimy to często, by odpocząć od wysiłku rozpoznawania postaci wśród powodzi barwnych plam, blasków i błysków. Lepiej widzimy coś, co się porusza, zwłaszcza gdy czyjaś Utrata jest niezupełna. Są tacy, dla których istnieją tylko postacie w ruchu - znieruchomieć to zniknąć. Wykorzystując te właściwości naszego wzroku (my mamy wzrok, utraciliśmy tylko niektóre jego właściwości!), tworzymy wokół siebie barwny, ruchliwy świat znaków, innych niż te, które były przydatne przed Utratą. Niektórzy usiłują zastąpić szept imion wyraźnym oznaczaniem swojej postaci jakimś zestawem barw. Są kombinacje, które można by było nawet zarejestrować w Urzędzie Ułatwiania Identyfikacji. Taki urząd warto byłoby stworzyć. Ale na razie robi się to taniej i prościej. Pary umawiają się na kolory, po których się rozpoznają. Pomyłka byłaby przykra, ale zostaje szept jako uzupełnienie. Ci, którzy chcą się rozpoznać, nie rozgłaszając swojej obecności w tłumie, mogą się umawiać, po jakich szeptanych słowach rozpoznają się z całą pewnością. Słuch tępieje. Aby go oszczędzać, ludzie stosują klapki i stopery, ale to niebezpieczne, jeśli ktoś chce się jednak poruszać. Chodzimy w znacznej mierze na słuch, choć wielu używa też lasek. My, Utraceńcy, wolimy jednak nie upodabniać się do niewidomych. Niewidomi od wieków używają białych lasek-czujników. Nasze powinny być barwne.

 

Czytając ten list, pewnie się dziwisz, drogi Viso, jak też ja mogę go pisać. Gdy nadeszła Utrata, byłam jedną z pierwszych dotkniętych skutkami Wydarzenia, o którym nie chcę Ci opowiadać; w każdym razie nie teraz, jeszcze nie teraz. Dość na tym, że pisać umiałam dobrze, tak dobrze, że jeszcze teraz moja ręka kreśli litery, których nie widzę. Długo było tak, że widziałam je jeszcze w chwili, gdy powstawały na dobrze oświetlonym papierze. Bywały wtedy dość kształtne i nieźle czytelne. Ale i wtedy, a tym bardziej teraz, nie mogę ich dojrzeć i odczytać. Dlatego mój tekst jest tak urywany, niekiedy zdań nie kończę, bo do zaczętych i urwanych nie mogę powrócić.

Ach, Viso, czasem się boję, że moje pisanie już nie jest pisaniem, że kreślę niezrozumiałe dla nikogo zawijasy. Przyznam Ci się: marzę o tym, by przy użyciu najsilniejszego imaginoskopu sprawdzić, czy piszę słowa, czy tylko tak mi się wydaje.

Zapamiętaj, że imaginoskop może Ci pomóc w odczytywaniu. To jest ważne, byście znali świat po Utracie. Może zdołacie jej uniknąć. Słusznie unikacie kontaktu z Utraceńcami, sprawdzacie na granicach, kto jest kim.

Kadab niepokoi się, że tak długo zajmuję się niewidzialnym pisaniem. Wie, bo mu powiedziałam, że piszę list do Nieuszkodzonego, list, który ma dotrzeć poza Tyflonię. "List powinien być krótki, a ty skrobiesz i skrobiesz".

 

Napisałam, że nie chcemy być myleni z niewidomymi. Pamiętam, że rzuciłam taką uwagę, którą pewnie trudno Ci zrozumieć. A Ty, Viso, chciałbyś być uznany za takiego samego jak ktoś, kto jest od Ciebie inny? Nam zależy, by ktoś taki, jak na przykład Ty, widział w nas szczególne ofiary pewnego Wydarzenia - niewidomi nimi nie są! Nie widzą w ogóle, a my przecież dużo możemy spostrzec, żyjemy pozostałym nam wzrokiem! Oni żyją jakby w nocy, noc wciska się im do mózgu, nie wiedzą, że jest dzień, chyba że usłyszą ptaki. Proszę, zrozum, ja im współczuję i zazdroszczę jednocześnie, bo oni lepiej umieją żyć niż my, to znaczy - na ogół radzą sobie z tym, z czym my sobie nie radzimy.

 

O czym to ja pisałam, zanim przerwałam, bo przyszła pora na obiad? Czasem gotuję dla siebie i dla Kadaba. Nie mogą to być bardzo precyzyjne potrawy, zresztą nie docenilibyśmy ich widoku. Ważny jest zapach, potem smak. Najtrudniej jest dokładnie obrać jarzyny, na przykład ziemniaki. Nienawidzę ich za to, że mają nieraz zepsute części, czego nie widać i nie czuć pod palcami, tylko przy gotowaniu śmierdzą i potem je się je z przykrością. Jak sobie z tym radzą niewidomi? Niewidomi mają swoje pismo, a my nie.

Czy Utraceńcy w ogóle będą mieć dzieci, a jeżeli, to czy z takim wzrokiem jak oni mają? Będą spory, czy te dzieci mają się uczyć pisma niewidomych, czy też w ogóle nie pisać i nie czytać.

Pytaj mnie, Viso, o coś, pytaj, kiedy już będziesz miał Twoją audycję dla Tyflonii. Na pewno to prędko nie będzie. Pytaj właśnie nas, Utraceńców. Nie daj się ogłupić niewidomym od urodzenia, też nic nie rozumieją, może jeszcze bardziej niż Ty. Ten, kto nie miał, to nie utracił. Nie może wiedzieć, jak to jest, jak z nami było i co się w nas teraz odbywa.

Myślę, że jesteś młody, Viso. Jeśli tak, a nawet jeśli masz dużo zwykłego doświadczenia, Twoje audycje według mnie będą pełne naiwności (wybacz szczerość, ale dla nas, Utraceńców, wszystko wydaje się naiwne). Więc chciałabym, żebyś poznał Kas-Kas. To ona powinna do Ciebie pisać i przesłać Ci swoje nowe fotografie. Kas-Kas przed Utratą była rysowniczką. Teraz raczej fotografuje. Wyłączyła w swoim aparacie wszystkie automaty, nie chce, aby to były zdjęcia dla widzących inaczej niż my. To mają być fotografie spoza Utraty. Kas-Kas wybiera coś palcami (jeśli to jest małe), stosuje pierścienie, jak to robiono dawniej, a potem na wielkich powiększeniach postacie małych rzeczy stają się dla nas dostępne. Przeżywamy ich piękno po naszemu. Kas-Kas jest niezwykłą artystką i u Was wciąż mogłaby być sławna. My w Tyflonii ją podziwiamy. Nie musi szeptać "ja-Kas-Kas". Poznajemy ją po samym "ja", po dzwoneczkach i po szeleście jej sukni.

 

Czuję Twoje pytanie, Viso. Czuję je we wszystkim, co opowiadasz w radiu o swoich reporterskich podróżach. Myślenie o Tobie, Viso... no, powiedzmy tak: przypomina mi coś sprzed Utraty. Czytanie gazet. W gazetach zawsze szukałam reportaży. Nie powiem Ci, kiedy to było, bo wolę Ci nie zdradzać (nie przypominać?), jaka jestem stara. Tyle możesz wiedzieć: szukałam reportaży nawet w bibule (kim byłam wtedy, gdy krążyła bibuła? Może małą nad wiek rozwiniętą dziewczynką?). Prowadzi to do tego, że rozumiem, czym interesuje się reporter taki jak Ty. Chcesz wiedzieć i pisać o tym, jak doszło - jak mogło dojść - do Wydarzenia, które Cię interesuje. To pozwala Ci ukazywać - albo raczej sugerować - że ukazujesz coś donioślejszego niż jakaś historyjka. O tak, Viso, zgaduję, że słuchającym Twoich audycji chcesz dać wgląd w tryby i trybiki świata. Mają wierzyć, że dzięki Tobie trochę wiedzą, jak to wszystko działa.

Nie potrafię - przynajmniej na razie - donieść Ci czegoś o samej Utracie. Viso - to po prostu nie jest temat. Utrata nastąpiła kiedyś, naprawdę już dawno temu, i z tym jej nastąpieniem żyję teraz, każda minuta jest minutą z Utratą. Już nie rozumiesz - prawda? Już Cię mierzi patos. Mnie też. Więc zostawmy to. Nie twierdzę, że do tego nie wrócę. Może mnie do tego zmusi chęć dalszego kontaktu z Tobą? Może coś nastąpi we mnie albo tu, w Tyflonii, co mnie do tego zmusi. Poczekaj! Za to spróbuję teraz zapisać dla Ciebie wspomnienie o drodze do Tyflonii.

 
 
2. Dotknięci Utratą zaczęli w końcu trafiać do szpitali...
[Wywózka]

Dotknięci Utratą zaczęli w końcu trafiać do szpitali - na obserwację. Mało kto z lekarzy łudził się, że da się nam pomóc. Podawano nam zestawy witamin, środki polepszające stan naczyń krwionośnych odżywiających siatkówkę. Z początku troszczono się o naszą psychikę: miłe wnętrza, dobrani współmieszkańcy sali, odwiedziny psychologów i duchownych (jeszcze Ci je opiszę). Ale wkrótce zaczęło być tłoczno, łóżko przy łóżku, dostawki, w sali klubowej brak krzeseł. Znikł z niej telewizor (uznano, że jego blask może nam szkodzić). Eksperymentalnie część z nas miała przebywać cały czas w półmroku, niektórym przepisano ciemne gogle - były w różnych barwach, odcieniach, z różnych materiałów. To jeszcze nic, chociaż te okulary były jakieś złowrogie. Świat i tak zarastał jakąś mgłą, utracanie posuwało się dalej, a do tego ludzkie twarze zmieniały się w jakieś maski. Nikt się już nie przejmował, że niektórzy Utraceńcy nie chcą wstawać, całymi dniami płaczą. Jeszcze dobrze, jeśli robią to cicho. Psychiatrzy po tygodniach wahań wkroczyli ze swoją bronią. Prochy, zastrzyki (jeśli zaszkodzą siatkówkom, trudno; nie można pozwolić, by ludzie wyli albo zaciskając zęby, szykowali się do samobójstwa). To jasne: przestaliśmy przebywać w szpitalu dobrowolnie. Nikomu nie udało się stąd wydostać. Okna szybko zaopatrzono w kraty. Uzasadnienie: były przypadki wyskakiwania z wysokich pięter. Moim zdaniem chodziło raczej o zapobieganie ucieczkom.

Spytasz, jak to było możliwe w demokratycznym państwie (państwach, bo Utrata objęła chyba więcej niż jeden kraj)? Naprawdę jesteś jednak naiwny. Z początku była troska o nas - potem już tylko strach przed nami. Ci i owi (na przykład ordynator) jeszcze próbowali coś dla nas zrobić, starali się o te lekarstwa, których zaczęło brakować, dostawali je tylko nowi pacjenci. Dla wcześniej przyjętych została witamina C, wapno, jakiś tran, jak sto lat temu obrzydliwy i nieskuteczny jako placebo. Bali się nas, bo doszli do wniosku - do podejrzenia, że Utrata może być zaraźliwa, że jej przyczyną jest może wirus, a może priony (znajdź sobie w encyklopedii historię o BSE). Sprawa z teoriami Utraty zaczęła się nie wśród nas, pacjentów, ale nad nami, w pracowniach i laboratoriach, głównie wojskowych. O tych teoriach my, Tyflonijczycy, nie mamy prawa wiedzieć.

Tak czy owak, któregoś dnia - chyba to było w grudniu trzeciego roku naszego "leczenia" - w niedzielę zaczął się pierwszy transport Utraceńców. Wywózka - zaraz to tak nazwano. Ciekawe, jak słowa wracają z głębin historii. O, nie! Nie było żadnych ponurych rekwizytów. Zorganizowano mniej więcej pasującą ciepłą odzież sportową, dresy, wiatrówki z kapturami, skarpety i adidasy na nogi, często opuchnięte od bezruchu i leków. Wywózkę musiała poprzedzić jakaś selekcja. Wyraźnie pominięto tych na prochach.

Obowiązkowo kryjąc oczy za ciemnymi okularami (wydano nam nowe, grubsze, ciemniejsze), przeszliśmy z opustoszałego holu szpitala do autobusów. Jeszcze raz zapewniono nas, że jedziemy do sanatorium. Przyjęliśmy to spokojnie, choć niektórzy, a ja wśród nich, z niedowierzaniem. Szyby autobusu zmatowiały, nim zdążyliśmy się rozejrzeć. Na lotnisku czekał już gotowy do odlotu samolot. Cztery pielęgniarki ze szpitala wsiadły z nami. Przespaliśmy dość długi i pod koniec chwiejny lot. Skąd w nas przez cały czas ta bierność? Wybierz sobie teorię: niejawnie podawane psychotropy albo też działanie Utraty, jakieś dokonujące się w nas wypalenie, zamieranie. Nie wiem, czy mi to naprawdę minęło. Gdy piszę do Ciebie o tym, to dziwne samopoczucie wraca. Walczę z nim, chcąc sobie zjednać Twoją uwagę. Jest mi potrzebna.

Właśnie. Wspominałam Ci o tym, że przed wywózką znikł ze szpitala telewizor. Miał ogromny, nowoczesny ekran, jeszcze widziałam na nim sporo, można też było po prostu słuchać wiadomości. Ja się nimi wciąż interesowałam, choć większość od tego odeszła. Wiadomości? W naszej sytuacji wiele z nich nie miało sensu. To był już jakby obcy świat, świat odwrócony od Utraty, milczący o niej, jakby się nie liczyła dla nich.

Pod koniec lotu przypominam sobie o pigułkach od ordynatora. Dał mi fiolkę tuż przed wywózką; powiedział, że może pomogą mi, gdy cała przytomność umysłu będzie mi potrzebna. Połykam małą czerwoną pastylkę - klasyczne placebo! - i rzeczywiście przytomnieję.

Orientuję się, że lądujemy gdzieś wśród gór na małym, jakby opuszczonym lotnisku. Nikogo. Pielęgniarki prowadzą nas znów do autobusu. Ma przezroczyste okna! Widzę, widzę ośnieżone zbocza, drzewa. Zaryzykowałam, uniosłam gogle. Widzę, widzę cudowne barwy, skały szare, różowawe, na nich plamy jaskrawo żółte - porosty. Czy jeszcze ktoś to ogląda bez przeklętych gogli? Ściągam je, dziewczyna siedząca obok mnie robi to samo. Patrzę na jej twarz. Prawie nie rozróżniam rysów, a jednak: ciemne brwi, wyraźny łuk, duże usta, uśmiech - to pamiętam, choć zaraz potem dziewczyna zniknęła z horyzontu w rozgardiaszu wysiadania, szybkiego załadunku na prom w opustoszałym porcie. Morze szumiało i klaskało o falochrony. Szeptało, sącząc się przez żwirek. Szare, zielonkawe fale z grzebieniami piany. Odczuwałam radość, że to widzę, choć nieostro, jakby bez konturów.

Na promie jesteśmy sami i bez kontaktu z załogą. Pielęgniarki rozdają zabrane ze szpitala kanapki, buteleczki wody. Wywózka jakby zmienia się w podróż. To mogę wspominać bezpiecznie.

* * *

Musiałam przerwać pisanie i nie dokończyłam relacji o "wywózce". Musisz zrozumieć, Viso, że chociaż pisanie do Ciebie stało się ważne, ja mam przecież także zupełnie inne obowiązki i przeżycia. Zagłębianie się we wspomnieniach to zajęcie nie dla mnie. Ja żyję teraz, naprawdę żyję tym, co wokół mnie. Trudno mi wracać do tego, co było. Męczy mnie to.

Viso, męcząca jest sama droga wstecz, połączona z ożywianiem tego, czego już nie doznaję. Pisałam o górach po drodze do portu. Czy napisałam, że nad plamami porostów na skałach dostrzegłam śnieg, białe, wyraźnie zarysowane spłachetki, pólka, kopce... Ja to widziałam prawie-prawie tak jak przed Utratą. Tak, mogę do tego wrócić, ale potem jest mi trudniej robić to, co nam zalecają terapeuci, to znaczy uznać świat za taki, jaki nam się przedstawia obecnie. Świat nieostry, mętny, niepewny. Tak, nasz świat nie jest pewny swoich kształtów. Usiłuję wierzyć, że już jakiś czas temu osiągnęłam moje dno Utraty. Ale nie wiem tego na pewno - może wszystko będzie jeszcze uciekać za gęstniejącą mgłę. Chociaż to wcale nie jest dobre porównanie. Jaka tam "mgła". Mgłę ja jeszcze widzę czasem, gdy naprawdę jest mgła na dworze. W Tyflonii często jest mglisto. Ale Utrata jest czymś innym. To jest jakby rozsiąkanie tego, co naprawdę jest twarde (możesz sprawdzić ręką, że ręce dana jest twardość albo zwykła, nieskrzywiona i nieprzerywana linia - krawędź stołu, brzeg brulionu, w którym piszę). Świat przerywany, świat z zanikami, poczęty został przez Utratę, która się w nas wszczepiła.

Zebrało mi się na skargi? Nie, po prostu pomyślałam, że od znajomości "historycznych" początków Tyflonii ważniejsze jest zrozumienie natury Utraty. To jest bardzo trudne, kto wie - może niemożliwe. Tu natrafia się na barierę: podstawowe doznania są nieprzekazywalne. Dwóch widzących nie może naprawdę porównać tego, jak widzą kolor niebieski. Jak więc wyjaśnić, na czym polega, jakie jest niewidzenie czy widzenie z Utratą? Pewna znawczyni sztuki, była znawczyni - gdy ją spytałam, czy znawczynią pozostaje się jeszcze po latach Utraty? - powiedziała: tak. Widzimy świat taki, jak przedstawiony na impresjonistycznych obrazach, na obrazach, zdaje się, kolorystów. Coś w tym jest. Widziałam kiedyś reprodukcje takich obrazów (przed Utratą, oczywiście). Podobały mi się znacznie bardziej niż to, co teraz oglądam w rzeczywistości. Impresjonistyczne obrazy? Może tak, ale ciężko uszkodzone, z ogniskami złośliwej pustki. Mózg scala podziurawione dane w znośną całość, ale w tych pustych miejscach może tkwić coś ważnego, coś, czego nam potrzeba, by rozpoznać czyjąś twarz, czyjąś postać. Nie możemy się obyć bez ja-Habor.

Napisałam to zdanie i jeszcze widzę swoje imię - Habor, ale poprzednie wyrazy już znikły. I tak należę do szczęśliwców, że u mnie tak jest. Na razie.

Dla porządku dokończę opowiadanie o finale wywózki. Prom dobijał do krótkiego mola w małym porcie. Znów nikogo i ciemne okna, choć już głęboki zmierzch. Mieszkańców wysiedlono albo uciekli na wiadomość, że zawitają Utraceńcy i przywloką ze sobą swoje nieszczęście. W gruncie rzeczy - zarazę, której ulegli. Wysiedleni dostali odszkodowanie, my odziedziczyliśmy ich domy i osiedle baraków za nimi. Baraki zapełniły dawne pastwiska, te bliższe wyległy prawie na plaże. Ocalał cmentarz i podmokłe łąki (na razie, bo pewnie będą osuszone i też zabudowane). W pobliżu portu trawa i krwiste wrzosy zostały tylko w szczelinach skał. Zostało też Opactwo, ale o nim później, choć to bardzo ważne.

Tak czy owak, nie ma już dawnej wyspy Ajony, jest Tyflonia. Nasz oficjalny adres. Chcesz, żebym opowiedziała o sobie? No cóż, zamieszkałam z początku w baraku obok Opactwa w towarzystwie kilkunastu kobiet. Kilka z nich tworzyło grupę, reszta, jak ja - z przydziału. W baraku obok naszych izb kilkuosobowych był też pokoik dla terapeutki. Nie było jej. Same zorganizowałyśmy sobie życie - oczywiście tymczasowe, bo wkrótce nastanie prawdziwy reżim sanatoryjny, zacznie się obiecane leczenie. Tak miało być, ale niezupełnie było. Wkrótce ktokolwiek trochę myślał, musiał dojść do przekonania, że wcale nie chodziło o leczenie, lecz o odosobnienie nas, o internowanie, by zatrzymać pochód Utraty.

 

Dlaczego właściwie chcesz wiedzieć, jak to z nami było? Czy z opowiedzenia o tym, z tego, że ja, Habor, opowiem Tobie, Viso, a potem Ty, Viso, opowiesz dalej - czy z tego będzie jakiś pożytek? Dla kogo? Nie wiem. Czuję bezsens. Ale gdy przede mną pusta godzina, więcej niż jedna - sięgam po to pisanie. To jest jakby rodzaj czytania, czytania w sobie książki może przykrej, takiej jakiej by się nie kupiło, nie wybrało w czytelni. Ale gdy to jest jedyna książka albo prawie jedyna; nie! istotnie jedyna, której nie muszę słuchać, mogę bez jednego dźwięku widzieć jako film? Muszę wracać do tej książki we mnie. Ale Ty, Viso, jesteś ważny. To nie powinna być książka jednego czytelnika, mnie samej.

Wywózka, podróż, wciąż dla mnie ważne spotkanie z Olgą w autobusie, to, że tak wyjątkowo wyraźnie zobaczyłam jej twarz, gdy powiedziała: "Jestem Olga". Nie było jeszcze idiotycznego ja-Habor. To się zaczęło w Tyflonii w barakach, potem w Osiedlu. My przedstawiłyśmy się sobie nie na sposób utraceński, tylko jak zwykli ludzie. A za oknem busa lśniły góry. Dalej są tam, lśnią, ale ja zobaczę je tylko przecedzone przez dziurawą siatkówkę. Był nas spory tłum, z promu kilkaset osób, a jeszcze czekali na brzegu Utraceńcy zwiezieni i przeprawieni na Wyspę wcześniej. Zmarznięci, bo wiał ostry wiatr, jak tu zawsze. Szarość, mgła, nie tylko ta tkwiąca w naszych oczach, ale rzeczywista, bo mokra, słona w posmaku. Czemu wybrano na nasze "leczenie" właśnie takie miejsce? Jakoś nas liczono. Swoi trzymali się swoich, ale sporo było takich bez towarzystwa. Jakoś trafiłam do baraku. Było dość blisko, drogą wzdłuż kamiennego muru.

 
 
3. Styczeń, całkiem jego koniec. Nie chce mi się sprawdzać, jaka data...
["Badania lekarskie". Szanse kontaktu]

Styczeń, całkiem jego koniec. Nie chce mi się sprawdzać, jaka data. Nagle poczułam znowu chęć kontaktu z kimś spoza Tyflonii. Mało takich kontaktów mamy. Pewnie chciałbyś wiedzieć, jakie? To jeszcze może o tym napiszę, muszę się zastanowić, czy to pewnym sprawom nie zaszkodzi. Skąd mam wiedzieć, kto będzie czytał napisane do Ciebie informacje. Kto je będzie czytał poza Tobą? Gdzie powędrują?

Drogi Viso, potrzebuję, chcę kontaktu z Tobą - niezależnie od innych możliwości, które może mam, a może ich nie mam.

Nie dziw się niedopowiedzeniom i temu, że nieraz nie spełniam obietnic, że coś opowiem, że wyjaśnię, co dalej się stało. Żeby komuś coś powiedzieć, trzeba najpierw powiedzieć to sobie. Czy Ty zawsze masz na to dość odwagi?

A w ogóle, jak długo ja tak potrafię? Twoja nieobecna obecność? Nieznośny fakt, że odpisuję na listy, których nie ma? Bo jest tak, jakby ich nie było, no nie istnieją, nie wolno im istnieć.

Co ja robię, odpisując na listy, które są spalone, nim do końca dotarły. Które czytam w pamięci, której nie wolno być pamięcią? Muszę Ci to dać do zrozumienia. Nie, raczej do odczucia, nie da się zrozumieć nic z tego, co jest częścią Utraty albo od Utraty zależy.

 

No więc jeszcze Ci powiem: nie pisałam do Ciebie, bo przeżywałam okres kontrolnych badań. Musimy się na takie badania zgłaszać z różną częstotliwością, zależnie od tempa zmian w siatkówce. To się waha od stagnacji po szybki wzrost Utraty.

To dziwna rzecz: normalnie Utrata jest właściwie niezauważalna. Dziś na pewno widzę mniej niż wcześniej, ale tego nie stwierdzam, nie czuję. Coś się musi wydarzyć, żeby człowiek mógł dostrzec, że nie widzi już tego, co dostrzegał dawniej, kiedyś - jak dawno temu? Nie wie się, co odpowiedzieć. Każdy się przyzwyczaja, że widzialnych detali jest mniej. Badania to okazja, by tę wiedzę przyszpilić. Czasem po badaniu zmienia się kategorię Utraty - zawsze na wyższą w otwartej skali od pół do nieskończoności. A może skala ma dla nas kres, tylko przemilczany albo dotąd niestwierdzony.

Badanie jest tak zwane standardowe. Już nie fotografują naszych siatkówek, nie opisują pola widzenia, nie wstrzykują kontrastów, nawet nie rozszerzają źrenicy. Dno oka oglądają krótko albo i wcale. "Wielkie Badanie" - jak za króla Ćwieczka: "Ile palców widzisz?". I wierzą ci, że tyle, ile zgadniesz, zobaczysz. I po wszystkim, odfajkowane. Jest materiał do raportu o dynamice Utraty wśród... powiedzmy: "mieszkańców Tyflonii".

Moje badanie? Wynik? Jak poprzednio. Nie zmieniam kategorii. "Chyba osiągnęłaś swoje dno" - mówi Kontroler. Wolę tak go nazwać, nie lekarzem. Kiedyś bywali tu lekarze. Teraz tylko Kontrolerzy Utraty. Oczywiście Kontrolerzy w sensie sprawdzaczy, a nie panujących nad zjawiskiem.

"Moje dno". To piękne. Byłoby piękne, gdyby było prawdziwe. Bo ja wiem, że moja Utrata nie jest taka znów stabilna. Zmienia się, ale tymi zmianami Kontroler się nie interesuje. Nie wpływają na stwierdzenie, jaką ilością palców popisuje się przede mną. Używa do tego jednej ręki. Co by zrobił, gdybym powiedziała, że widzę ich sześć? Czy to oznaczałoby dotarcie do końca otwartej skali?

* * *

Viso! Tylko przypadkiem nie planuj pojawienia się tutaj. Nie! To nie miałoby sensu, zresztą - na szczęście trudno byłoby Ci to załatwić. Właściwie to niemożliwe. Ale na wszelki wypadek wolę Ci to teraz napisać: nie zgadzam się, nie chcę! Co z tego, że chcesz mnie zobaczyć czy też zwiedzić sobie nasz świat! A ja nie chcę, żebyś to zrobił. To byłoby jak spotkanie w realu ludzi znających się tylko z internetu. Właściwie to z nami tak właśnie jest.

Chcesz mnie zobaczyć, a ja Ciebie nie zobaczę - będziesz postacią jak wszyscy, aż powiesz "ja-Viso". I co z tego. Ty, Viso! Ty! A skąd mam wiedzieć, że tak jest? Ty, owszem, zobaczyłbyś mnie, a ja postać, nic więcej. Więc chcę być przed Tobą też tylko postacią.

No więc tak. Nie chcę, abyś tu się zjawił, nawet gdyby jakimś cudem mogło Ci się to udać. Żeby Ci ułatwić pogodzenie się z tym, wbrew własnym oporom i naruszając różne zakazy, coś Ci jednak wyjaśnię.

Po pierwsze: to dla Twojego dobra. Bo taka jest prawda: nie wiadomo, czy Utrata już się skończyła, to znaczy, że kto miał jej doznać, to doznał albo wciąż doznaje, ale nie będzie nowych ofiar. Nie jest pewne, czy rzeczywiście nie ma "czynnika zakaźnego", czy też jest, tylko nie wiemy, co może go aktywizować i kto z nas - Utraceńców - nosi wciąż w sobie to coś, co powoduje Utratę, i ktoś nowy może to w siebie wziąć. Czasem wierzę, że jest takie niebezpieczeństwo (prawie wszyscy tak myśleli na początku). Ale też przekreślam tę hipotezę, wymazuję ją. Nie jest udowodniona, nie ma żadnych podstaw, a my jesteśmy internowani (niech to słowo padnie) po to, aby Was chronić, Viso. Więc wybij sobie z głowy ambitne reporterstwo. Nie byłby to żaden pożyteczny eksperyment.

To możesz sobie prześledzić nie tu, tylko w swoim świecie. Tam u Was muszą być jakieś ślady eksperymentów, raporty, doniesienia. Zachowano się w końcu tak, jakby Utrata była nieporozumieniem, które da się schować pod dywan. Bardzo gruby, wielokilometrowy dywan. Ja-Habor tkwię pod dywanem jak śmieć.

Wolę myśleć, że jestem niebezpieczna i dlatego odizolowana, a nie że pokutuję za nieporozumienie, za bezsensowną panikę, do której nikt nie ma odwagi się przyznać. Ktoś, kto odsiedział dożywocie, musi być winny, bo inaczej jakie należałoby mu się odszkodowanie?

 

Viso, właściwie to przepraszam Cię za to gwałtowne odwodzenie Cię od przyjazdu do naszego Ośrodka, a raczej - już od samego ubiegania się o to. Nawet nie wiem na pewno, czy w ogóle myślisz o czymś takim. Tylko to sobie wyobraziłam. Bo my tutaj tak mało wiemy naprawdę, że mamy pokusę wciąż sobie wyobrażać różne sytuacje, których nie ma na horyzoncie nawet najdalszym. Bo my po prostu nie widzimy żadnego horyzontu. "Horyzont" to pojęcie puste, opustoszałe, objęte Utratą. My zamiast horyzontu mamy rodzaj mgły. Wiemy, że gdy pójdziemy tam daleko, to wciąż będzie przed nami ta mgła zamiast horyzontu, ale żadnej wilgoci na twarzy, nic prawdziwego, nic rzeczywistego. No, może się okazać, że stoi mur, ściana, płot, zasiek albo żywopłot z czegoś kłującego.

Viso, ja nie jestem normalnie jakąś wariatką. To okres "badań kontrolnych" tak mnie wyprowadził z równowagi. Wiesz, czasem czuję, że z Utratą jest inaczej, niż nam kiedyś trochę wyjaśniano. Kiedyś, to znaczy na etapie "leczenia" w szpitalu. Oko, oczy... tam się szuka Utraty, jej śladów starych i nowych. To wiesz Ty także, to wie każdy: siatkówka oka to część mózgu. Taka jakby wypustka. Utrata jest do stwierdzenia w siatkówce. Ale jest przecież to połączenie, nerw. Viso, ja się obawiam, tak na serio, że Utrata jest bardziej w mózgu niż w oku. Tam jest jakiś brak, coś zniszczone. Czynnik Utraty może działać jak wirus w komputerze. Ja się tego boję, chociaż "tam", to znaczy w myśleniu, kombinowaniu i pamięci, nie obserwuję ubytków takich jak w widzeniu. Ale czemu tego nikt naprawdę nie sprawdza? My po sobie samych nic nie widzimy. Nic dziwnego, bo przecież niczego nie widzimy dokładnie. Może tak jak do uszkodzonego widzenia przyzwyczajamy się też do swojego zdziwaczenia, do braków myślowych, do tej jakiejś bierności.

Z biernością - sprawa trudna. Z początku była naprawdę chorobliwa, ale jakby minęła czy przytaiła się, gdy przestano nas uspokajać chemią. Już nie jest tak, że nikt niczego nie chce. A jednak? Czy chcemy tak samo jak ci, których Utrata w ogóle ominęła? Skąd to mogłabym teraz wiedzieć?

 

Doradzano nam, kiedy psychologowie jeszcze próbowali zajmować się naszymi problemami, dobre zajęcie: wspominać, odpoczywać w świecie dobrych wspomnień. Jeśli ktoś je miał, no i jeśli było się w stanie karmić wspomnieniami, czerpać z nich jakąś wiarę. Wspomnieniami też dobrze się karmi poczucie Utraty. Więc może Utrata, ta zaraza, też puchnie, rozkłada się na nowych obszarach. "Utrata centralnego widzenia" - to tylko twarda jak kamyk, konkretna przyczyna różnych naszych Utrat i Utratek. Przez nią nie jestem tym, kim byłam, i nie będę tym, kim mogłabym się stać. Granica między wspomnieniami a marzeniami prawie nie istnieje. Jest tak mgława jak nasz "horyzont", tak bliski, coraz bliższy - jakby Ziemia kurczyła się codziennie odrobinę. Rzadko, ale jednak czasem, wspominamy sobie coś z Kadabem. Mogę i dla Ciebie coś wyłowić, Viso. Oczywiście nie sprzed Utraty. To jest teren zastrzeżony.

 
 
4. Dobre wspomnienie z okresu po Utracie?...
[Helen]

Dobre wspomnienie z okresu po Utracie? Są takie. Na przykład to z epoki internowania w barakach z pozorami tymczasowości. Trudno tam było wytrzymać w niewybranym towarzystwie. Pewien kapelan kiedyś nazwał podobne ośrodki "klasztorami bez powołania". Trafne porównanie, może nieprzypadkowe, bo przecież ta Wyspa była kiedyś Wyspą klasztorów. I teraz dalej majaczą nad wschodnim brzegiem zabudowania Opactwa - dla nas były wtedy nieosiągalne.

Trudno było wytrzymać w zagęszczeniu, które najpierw narastało z nowymi transportami i dopiero znacznie później okazało się niekonieczne. Sama bardzo prędko odkryłam, że zupełnie łatwo jest wymknąć się poza oficjalny obszar - pod drutem kolczastym, potem po prostu zwyczajnie otwierając stare drewniane bramki zamknięte tylko na skoble. Na północ można było iść wygodnie starym kamiennym gościńcem, zwłaszcza odkąd pozyskałam - znalazłam pod celtyckim krzyżem - długi masywny kij rozdwojony na końcu. Chodziłam prawie codziennie w tamtą stronę, obok opuszczonej farmy aż do piaszczystej zatoki - "plaży mnichów", jak się później dowiedziałam. Było zimno, do wiosny daleko, ale pastwiska w tym klimacie nie tracą zieloności. Któregoś dnia na tle tej zieloności, blisko kamiennego murku, zobaczyłam dziwną poruszającą się postać, duże zwierzę. Ogromna rudobrązowa krowa. Nie widząc dokładniej, nie mogłam ocenić, czy wygląda na opuszczoną (jak psy pozostawione przez uchodźców i żerujące czasem koło baraków). Przyglądałam się jej potężnym kształtom z jakąś fascynacją. Innego dnia krowa znów tam stała. A przy niej kobieta. Też bez ruchu. Patrzyłyśmy na siebie. Ona musiała czuć mój wzrok wlepiony w siebie, tak jak my patrzymy, starając się rozpoznać. W końcu pomachała mi ręką. Zobaczyłam tę rękę wyraźniej niż palce Kontrolera podczas badania. Jeszcze następnym razem, stojąc przy krowie, kobieta miała w ręce blaszankę czy kubek. Postawiła to na murku, pokazując, że dla mnie. Posługiwanie się gestami nie jest najlepszą metodą dialogu z Utraceńcami. Ale zobaczyłam dość, by zrozumieć. Wzięłam kubek i szybko wypiłam dziwne, gęste, śmietanowate mleko. Ukłoniłam się kobiecie i ona powtórzyła mój ukłon, wciąż bez słowa. Tak powstał rytuał, nie codzienny, ale częsty.

Miał on mieć dalszy ciąg, ale to już inna historia.

* * *

Viso, Viso. No, hej! Jesteś daleko. Dalej niż przedtem.

To jest dziwna rzecz między nami. Bliżej, dalej. Dawniej, teraz. A może jutro? Może kiedyś? Czy już pisałam do Ciebie o słowie "kiedyś"? Kiedyś, kiedy o tym napiszę, zobaczysz jeszcze inną Habor. Ja-Habor dziś to mówię do Ciebie, żebyś wiedział na pewno, kogo właśnie spotykasz.

Pomyślałam, że przecież jest tak, że oddalenie, ta "wirtualność" naszych spotkań (wirtualność?, listowność?, pośredniość?) sprawia, że Ty też jesteś jakby dotknięty Utratą, to znaczy niedowidzisz mnie. Nie jesteś świadkiem mojego zmieniania się, to ja jestem tego świadkiem i przekonuję Cię o tym, co ze mną, co we mnie następuje albo następowało wtedy, kiedyś.

Wciągnęłam Cię w zdarzenie, w dzień spotkania Helen, kontaktu z Helen, jeszcze w całej jej milczącej anonimowości. Dla Ciebie na cały czas mojego niepisania pozostała kobietą częstującą mlekiem. Sądziłam, domyślałam się, że się zastanawiasz, jak dowiem się jej imienia. A Ty wcale nie zgadywałeś tego, uważając, że wkrótce zacznę rozmawiać z milczącą. Ośmielimy się do siebie, wymienimy znajomością imion. Ja też nie od razu wiedziałam, jak głębokie jest jej milczenie, że żyje od zawsze w świecie bez dźwięku. Że inaczej, skądinąd, przez inny nerw, w innej części mózgu nastąpiła dla niej Utrata inna niż moja. Helen czekała na nas jak jej krowa, jak owce, które gdzieś się pochowały na wrzosowisku, na manowcach, wśród szarobiałych głazów. Chodząc na dalekie spacery, natykałam się na nie, śpiące chyba, miękkie, ciepłe. Były płochliwe, ale moje - nasze - powolne stąpanie po ścieżce sprawdzanej kijem nie budziło w nich odruchu ucieczki. Może zresztą tęskniły za ludźmi? Zostały z nimi jeszcze psy - pisałam Ci o psach? Widuję je często - jak biało-czarne smugi, czasem dokładniej dojrzę białą łapę. Czarne uszy czujnie uniesione. Te psy podobno lubią ludzi, tak się łaszą do Helen. Jeśli z nią idę, ze mną są ostrożne.

Viso, to było dawno. To fragment niepisanego pamiętnika. O wiele łatwiej otwierać go przed Tobą, niż pisać o tym, co teraz, jak wygląda teraz życie.

Helen jest cała w przeszłości. Imię napisane na piasku. Mleko, które mi dawała, wierząc, że powstrzyma Utratę.

Może Ci jeszcze więcej opowiem o Helen, to się stanie wtedy, kiedy będzie to potrzebne. Któregoś dnia, kiedyś w dzień wrześniowy, krótki tutaj, Helen odeszła. Poszła na wrzosowiska, na plażę, na ulubione swoje okrążenie Wyspy w milczeniu, śpiesznie, z rzadka odpoczywając w jakiejś kotlince, w jamce pod głazami. Nie wróciła. Ja, Habor, musiałam zająć się krową. Nie znaleziono Helen.

My, z naszą Utratą, niczego i nikogo nie potrafimy szukać. Kontrolerzy nie mieli Helen w swoich spisach. Właściwie to jej nigdy tu nie było, powinna była opuścić Wyspę przed naszym przybyciem.

Wyspa jest mała. To niemożliwe, by ktoś zniknął tu bez śladu. Chyba żeby odpłynął albo sam przykrył swoją jamkę kamieniami i mchem. Z przyjemnością myślę o takim przykryciu, bardzo, bardzo szczelnym, takim, że nawet psa zmyli woń torfu.

Krowa jest stara i nie lubi dalekich spacerów. Ale staram się od czasu do czasu wyciągać ją na wrzosowiska. Kłaki brązowej sierści czepiają się wrzosów. Nie ma tu czym się paść. Lepsze są bele siana przywożone promem. Skoro krowa żyje, należy jej się pasza. Tak było zawsze.

 

[...]