Wyszeptaj moje imię - Josephine Lys

Kup ebooka

35.90 zł
26.93 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Szko­cja, bar­dzo dawno temu

Ne­rys Mac­Leod spoj­rzała na swo­jego męża, na­czel­nika klanu. Wie­działa z do­świad­cze­nia, że kiedy Thane Mac­Leod mil­czy tak długo z za­gu­bio­nym spoj­rze­niem, twardo za­ci­śnię­tymi ustami i co­raz bar­dziej wzbu­rzo­nym od­de­chem, ozna­cza to, że coś go mar­twi tak bar­dzo, że wzbu­dza w nim gniew. Nie dało się za­prze­czyć, że w tej chwili Thane wy­glą­dał, jakby miał za­raz wy­buch­nąć.

Pró­bo­wała cier­pli­wie po­cze­kać do czasu, aż jej po­wie, w czym rzecz, do­szło jed­nak do tego, że ocze­ki­wa­nie wręcz ją za­bi­jało, a nie była w tej chwili w naj­lep­szym na­stroju.

- Thane, ko­cha­nie, mo­żesz mi po­wie­dzieć, co cię drę­czy? Boję się o cie­bie.

Ne­rys miała pew­ność, że te słowa wy­cią­gną jej męża z otę­pie­nia, w któ­rym się po­grą­żył. Wie­działa, że za nic w świe­cie nie chciałby jej nie­po­koić, dla­tego choć nie była dumna z ta­kiego za­ga­je­nia, uznała, że ma­leń­kie wspar­cie nie za­wa­dzi. A prawda była też taka, że miała dość ja­ło­wego cze­ka­nia.

Thane po­pa­trzył na żonę. Była tak samo piękna jak wtedy, kiedy ją po­znał i się z nią oże­nił, choć mi­nęło już osiem­na­ście lat. Ja­sne włosy, zło­ci­ście lśniące, się­gały jej do pasa, zwią­zane na ple­cach. Spra­wiały, że miał ochotę za­to­pić w nie palce i gła­dzić ich mięk­kość jak wtedy, gdy się ko­chali i oboje spo­wi­jało cie­pło. Pełne wy­razu nie­bie­skie oczy spo­glą­dały na niego py­ta­jąco, z nie­po­ko­jem. Za nic w świe­cie nie chciałby jej zmar­twić. Po tym, jak uro­dziła się ich córka Iso­bel, zda­rzyło się kilka sa­mo­ist­nych po­ro­nień, przez co nie są­dzili, że będą jesz­cze kie­dyś mieć dzieci. Jego żona po­stra­dała wszelką na­dzieję. Te­raz jed­nak była w ciąży, i to w pią­tym mie­siącu. Pierw­szych kil­ka­na­ście ty­go­dni mi­nęło wśród obaw, po­nie­waż po­przed­nie ciąże stra­ciła nie­spo­dzie­wa­nie wła­śnie na wcze­snym eta­pie. Nie­mniej świa­do­mość, że to nowe ży­cie może zo­stać prze­rwane, wy­wo­ły­wała u nich nad­mierną ostroż­ność i lęki. Thane nie mógł się nie cie­szyć z moż­li­wo­ści po­sia­da­nia jesz­cze jed­nego po­tomka i nie ukry­wał, że spra­wi­łoby mu prze­ogromną ra­dość, gdyby to był chło­piec. Przede wszyst­kim jed­nak pra­gnął, aby ta ciąża po­myśl­nie do­bie­gła końca ze względu na szczę­ście Ne­rys, którą ko­chał nad ży­cie. Bał się o zdro­wie żony, a ta wia­do­mość, ten per­ga­min z pie­czę­cią króla Wil­helma, za­pewne za­nie­po­koi ją tak samo, jak za­nie­po­koił jego sa­mego.

- To nic ta­kiego, Ne­rys, po pro­stu za­sko­czyła mnie wia­do­mość od króla Wil­helma.

Ne­rys nie dała się zwieść. Zbyt do­brze znała męża, by nie mieć wąt­pli­wo­ści, że taka wście­kłość, ści­ska­jąca go że­la­zną ręką, nie może być drob­nostką. Dla­tego po­de­szła do niego i de­li­kat­nie do­tknęła jego po­liczka. Thane spoj­rzał na nią z ża­ło­snym pół­u­śmie­chem.

- Nie oszu­kam cię, prawda?

Ne­rys uśmiech­nęła się sze­roko, wi­dząc, że ten wspa­niały, silny wo­jow­nik stara się ją chro­nić, na próżno pró­bu­jąc ukry­wać przed nią tro­ski.

- Nie - od­po­wie­działa ła­god­nie, pra­wie szep­tem.

Po­chy­liła się ku ustom męża i zło­żyła na nich de­li­katny, ku­szący po­ca­łu­nek, któ­rego Thane nie po­zo­sta­wił bez od­po­wie­dzi. Po­sa­dził so­bie żonę na ko­la­nach, oparł ją o sie­bie, oto­czył ra­mio­nami i po­ca­ło­wał żar­li­wie, po­nie­waż miękki do­tyk jej ust za­ra­zem za­spo­koił i za­ognił jego po­żą­da­nie, jak za­wsze, kiedy żona go do­ty­kała. Ne­rys z ci­chym ję­kiem prze­rwała po­ca­łu­nek, gdy przy­brał zbyt na­miętne tony.

- A te­raz po­wiesz mi w końcu, co się dzieje? Wiem, że je­steś wście­kły i że coś cię wy­jąt­kowo mocno gnębi. Wi­dzę to w two­ich oczach - po­wie­działa, do­ty­ka­jąc opusz­kami pal­ców miej­sca po­mię­dzy brwiami męża.

Thane lekko marsz­czył brwi pod wpły­wem na­pię­cia, które go ogar­nęło, gdy główne miej­sce w jego my­ślach znów za­jęło kró­lew­skie po­wia­do­mie­nie.

- Tak, ale mu­sisz mi obie­cać, że się nie zde­ner­wu­jesz ani nie bę­dziesz się mar­twić. Nie zniósł­bym, gdyby coś ci się przy­da­rzyło. Przy­się­gnij.

Moc, jaką za­warł w swych ostat­nich sło­wach, spra­wiła, że serce Ne­rys za­biło szyb­ciej. Za­drżała pod wpły­wem go­rąca, które za­lało jej pierś ze zmar­twie­nia wy­wo­ła­nego in­ten­syw­no­ścią uczuć męża. Choć byli ze sobą pra­wie od dwu­dzie­stu lat, Thane ko­chał ją tak jak pierw­szego dnia.

- Nie mogę ci tego obie­cać, naj­droż­szy, ale zro­bię, co w mo­jej mocy. A te­raz po­wiedz, co za­wiera ten nie­szczę­sny list, za­nim go cał­kiem po­rwiesz na ka­wałki - po­pro­siła Ne­rys, uno­sząc brew.

Thane spoj­rzał na per­ga­min, który wciąż ści­skał w dłoni. Ani je­den jego ka­wa­łek nie ostał się nie­na­ru­szony. Ca­łość była zmięta, star­gana, po­nadry­wana.

- Ech, i tak naj­le­piej bę­dzie, je­śli ci go stresz­czę. Naj­wy­raź­niej król po­sta­no­wił two­rzyć więzi po­mię­dzy kla­nami. Po tym, co się stało w ostat­nich mie­sią­cach w związku z kra­dzie­żami by­dła, przez które zgi­nęło kilku lu­dzi, Wil­helm oba­wia się, że choć wszystko roz­wią­zano i wśród kla­nów za­pa­no­wał po­kój, pew­nie nie­na­wi­ści ży­wione od tam­tego czasu nie wy­ga­sły i doj­dzie znowu do spo­rów i za­mie­szek. Dla­tego wy­my­ślił so­bie, że naj­lep­szym spo­so­bem za­pro­wa­dze­nia trwa­łego po­koju bę­dzie stwo­rze­nie so­ju­szy mał­żeń­skich mię­dzy po­szcze­gól­nymi kla­nami, tym bar­dziej że zwią­zek McA­li­ste­rów z McGre­go­rami udał się bar­dzo do­brze.

Wszyst­kim była znana za­daw­niona nie­na­wiść roz­wi­ja­jąca się mię­dzy tymi dwoma kla­nami od po­nad stu lat. Król, ma­jąc dość po­wta­rza­ją­cych się na­pa­ści McA­li­ste­rów na McGre­go­rów i od­wrot­nie, wy­dał de­kret na­ka­zu­jący na­czel­ni­kowi McA­li­ste­rów po­ślu­bić któ­rąś z có­rek na­czel­nika McGre­go­rów. A te­raz wy­glą­dało na to, że dzięki temu mał­żeń­stwu oba klany za­osz­czę­dziły so­bie wielu spo­rów, tym bar­dziej że za­le­d­wie kilka mie­sięcy póź­niej brat na­czel­nika McA­li­ste­rów oże­nił się z drugą McGre­go­równą.

- A co to ma z nami wspól­nego? Nasz klan nie ma pro­ble­mów ani z kra­dzie­żami, ani z na­pa­ściami. Miesz­kamy zbyt da­leko na pół­noc.

- My dwoje o tym wiemy i król też, ale ogar­nęła go go­rączka i na­ci­ska na mał­żeń­stwa po­mię­dzy kla­nami.

Ne­rys na­gle zro­zu­miała, do czego to wszystko zmie­rza.

- Iso­bel? - za­py­tała, czu­jąc ucisk w piersi.

Ich naj­droż­sza córka miała sie­dem­na­ście lat, była więc w od­po­wied­nim wieku do za­mąż­pój­ścia.

Thane, za­nim od­po­wie­dział, po­pa­trzył żo­nie w oczy, a ona w jego spoj­rze­niu uj­rzała od­po­wiedź.

- Tak, choć nie jest to de­kret kró­lew­ski. Nie roz­ka­zano, żeby wy­szła za ko­goś kon­kret­nego, lecz uprzej­mie za­chę­cono, aby spę­dziła kilka ty­go­dni na te­ry­to­rium Mac­La­re­nów. Ich na­czel­nik, Grant Mac­La­ren, ma przez ten czas go­ścić u sie­bie człon­ków róż­nych kla­nów po to, aby za­po­znali się z okre­ślo­nymi mło­dymi ko­bie­tami z in­nych ro­dów i po­my­śleli o moż­li­wo­ści ożenku. Jedną z tych ko­biet jest Iso­bel.

Ne­rys wie­działa, że kie­dyś na­dej­dzie ten dzień, lecz na­gle ogar­nął ją strach. Chciała dla swo­jej córki jak naj­le­piej. Była ko­bietą ży­wego uspo­so­bie­nia i czu­łego serca. Po­sta­no­wiła, że nie bę­dzie zmu­szała Iso­bel do za­mąż­pój­ścia wbrew jej woli i za żadne skarby nie zła­ma­łaby tego po­sta­no­wie­nia. Wie­działa, jak to jest wbrew wła­snym pra­gnie­niom być zmu­szoną do po­ślu­bie­nia ko­goś nie­zna­jo­mego. I cho­ciaż w jej przy­padku mał­żeń­stwo oka­zało się czymś naj­lep­szym, co ją spo­tkało w ży­ciu, miała świa­do­mość, że za­zwy­czaj tego ro­dzaju związki pro­wa­dzą do ży­cia peł­nego go­ry­czy i żalu.

- Wiesz, że nie po­zwolę, aby ktoś zmu­sił Iso­bel do cze­goś, czego ona nie chce - oznaj­miła twardo Ne­rys.

Thane uśmiech­nął się lekko. Oto cała jego nie­po­korna mał­żonka. Do dziś pa­mię­tał, jak ją po­znał. Onie­miał, gdy we­szła do du­żej sali w tym domu. Tak piękna, taka pro­wo­ku­jąca. Z za­dar­tym pod­bród­kiem, z peł­nym mocy, pew­nym sie­bie spoj­rze­niem i we­wnętrzną siłą, która spra­wiała, że pod jej wzro­kiem za­drżałby na­wet naj­bar­dziej sta­now­czy męż­czy­zna.

- Wiem. I ja też na to nie po­zwolę, ale nie mo­żemy nie przy­jąć tego za­pro­sze­nia. To pra­wie jak kró­lew­ski roz­kaz. Po­zwólmy jej po­je­chać, a je­żeli nie znaj­dzie ni­kogo, kto jej się spodoba, nikt i nic jej nie zmusi, żeby trak­to­wała za­lot­nika jako po­ten­cjal­nego mał­żonka. Po pro­stu wróci do domu. A zna­jąc twoją córkę, za­pewne wła­śnie tak bę­dzie.

Ne­rys po raz pierw­szy w tej roz­mo­wie po­zwo­liła so­bie na słaby uśmiech. Iso­bel bar­dzo wiele wy­ma­gała sama od sie­bie, ale także od in­nych i przy­się­gała już nie­raz, że ni­gdy nie wyj­dzie za żad­nego z tę­pa­ków, od któ­rych się roi wśród szkoc­kich gó­rali. Ne­rys wie­działa, że to nic pew­nego, ale w wieku Iso­bel nie­wiele można zro­bić, póki nie na­bę­dzie się wła­snych do­świad­czeń.

Thane znów spo­waż­niał. Żona po­pa­trzyła na niego uważ­nie, po czym za­py­tała:

- To nie wszystko, prawda?

Na­czel­nik Mac­Le­odów, za­nim od­po­wie­dział, ski­nął głową tak ener­gicz­nie, że po­ru­szyły się jego się­ga­jące do ra­mion kasz­ta­no­wate włosy.

- Kró­lew­ski list wspo­mina o kimś jesz­cze. De­li­kat­nie za­zna­cza, że po za­koń­cze­niu ża­łoby, która trwa już dłuż­szej, niż na­leży, w owym spo­tka­niu ma rów­nież wziąć udział twoja bra­ta­nica. Jest ważną człon­ki­nią na­szej ro­dziny, po­nadto, po­nie­waż wy­wo­dzi się z McE­we­nów, ją także za­in­te­re­suje moż­liwy przy­szły zwią­zek.

- Czy nie dość się wy­cier­piała? Dla­czego jej nie zo­sta­wią w spo­koju? - obu­rzyła się Ne­rys, za­ci­ska­jąc pię­ści w re­ak­cji na nie­spra­wie­dli­wość ży­ciową.

- Jak twoim zda­niem ona to przyj­mie? - za­py­tał Thane, pa­trząc na żonę, która zda­wała się zbyt wzbu­rzona. By­naj­mniej mu się to nie po­do­bało.

- Nie od­stę­puje Iso­bel na krok, więc za­pewne po­je­dzie z nią na to spo­tka­nie, choć bę­dzie wie­działa, co ono za sobą po­cią­gnie. Nikt jej w tym nie prze­szko­dzi. Ko­cha ją i chroni, jakby była jej star­szą sio­strą. Można być jed­nak pew­nym, że nie przyj­mie tego ra­do­śnie.

Ne­rys po­my­ślała o swej bra­ta­nicy. Mi­nęły cztery lata, od­kąd do nich przy­była, le­d­wie żywa. Ne­rys nie chciała my­śleć o tym, przez co prze­szła ta młoda ko­bieta, po­nie­waż za każ­dym ra­zem, gdy so­bie przy­po­mi­nała, co jej brat zro­bił wła­snej córce, na­cho­dziła ją po­tężna chęć, by go za­mor­do­wać. Edine miała za sobą praw­dziwą drogę przez mękę. Po­cząt­kowo Ne­rys bała się o jej ży­cie, ale bra­ta­nica wy­ka­zała się ol­brzy­mią we­wnętrzną siłą. Od tam­tej pory stop­niowo zo­sta­wiała za sobą okropną prze­szłość i za­mie­niała się w nie­zwy­kłą ko­bietę, jaką była te­raz. Ne­rys za­wsze bar­dzo po­ru­szały jej przy­ja­zne uspo­so­bie­nie, em­pa­tia i mi­łość do Iso­bel tak bez­wa­run­kowa, jakby ta była jej sio­strą. Nie było ni­kogo lep­szego, kto mógłby to­wa­rzy­szyć Iso­bel, bo cho­ciaż Edine miała za­le­d­wie pięć lat wię­cej niż ona, do­świad­cze­nia ży­ciowe ją na­zna­czyły, spra­wia­jąc, że przed­wcze­śnie doj­rzała.

- Tak czy ina­czej, niech je­dzie z Iso­bel. Ty w swoim sta­nie nie mo­żesz się wy­brać w tak długą po­dróż - orzekł Thane.

- Wiem, ale nie chcia­ła­bym się zna­leźć na twoim miej­scu, skoro mu­sisz jej po­wie­dzieć, że tym ra­zem nie tylko bę­dzie to­wa­rzy­szyć Iso­bel, lecz także sta­nie się moż­liwą kan­dy­datką na żonę.

- Ja mam jej to po­wie­dzieć? - Thane na znak zdzi­wie­nia uniósł brew. - Szcze­rze mó­wiąc, mia­łem na­dzieję, że ty to zro­bisz. Na­prawdę uwa­żam, że le­piej przyj­mie wia­do­mość, je­śli usły­szy ją od cie­bie.

Na ustach Ne­rys po­ja­wił się trium­falny uśmiech - za­równo uwiel­biany, jak i znie­na­wi­dzony przez męża, po­nie­waż ozna­czał, że żona za­mie­rza za­dać mu osta­teczny cios, któ­rym roz­łoży go na ło­patki.

- Żar­tu­jesz so­bie chyba. Prze­cież oboje wiemy, że wia­do­mość tej wagi po­wi­nien prze­ka­zać na­czel­nik klanu, a tak się szczę­śli­wie składa, że jest nim szwa­gier mo­jej bra­ta­nicy. Nie za­po­mi­naj, że była żoną two­jego brata Briana.

Przez oczy Thane'a prze­mknął cień smutku. Ne­rys wie­działa, że choć mi­nęły już trzy lata, jej mąż opła­kuje stratę Briana tak samo jak pierw­szego dnia. Brian był wy­jąt­ko­wym czło­wie­kiem. Ko­chała go jak wła­snego brata. Taki męż­czy­zna jak on, wy­kształ­cony, mą­dry i szczo­dry, nie za­słu­gi­wał na tak dłu­gie cier­pie­nie ani na taki ko­niec. Oże­nił się z Edine już zło­żony po­ważną cho­robą. Kiedy do nich przy­je­chała, on od mie­sięcy nie wsta­wał z łóżka, za je­dyne to­wa­rzy­stwo ma­jąc swoje książki. Jej bra­ta­nica za­fa­scy­no­wała go i urze­kła i choć nie mo­gli zo­stać mał­żeń­stwem w peł­nym sen­sie tego słowa, Brian, po­znaw­szy jej hi­sto­rię i jej sy­tu­ację, po­pro­sił ją o rękę. Chciał ją chro­nić swoim na­zwi­skiem, aby jej wła­sna ro­dzina nie ośmie­liła się ni­gdy o nią upo­mi­nać. Ne­rys była pewna, że to dało jej szwa­growi mo­ty­wa­cję, by po­żyć odro­binę dłu­żej, i dało mu cel przed śmier­cią.

- W ta­kim ra­zie za­po­mi­namy, że ty mo­gła­byś jej to po­wie­dzieć, tak? - spy­tał z po­wąt­pie­wa­niem Thane.

- Gdy­bym nie wie­działa, że je­steś naj­dziel­niej­szym wo­jow­ni­kiem, ja­kiego znam, mo­gła­bym po­my­śleć, że tchó­rzysz.

Spoj­rze­nie na­czel­nika Mac­Le­odów stward­niało, jakby te słowa za­brzmiały dla niego ni­czym naj­gor­sza ob­raza.

- Jak mo­żesz in­sy­nu­ować coś po­dob­nego? Sta­ram się tylko nie zra­nić jej de­li­kat­nych uczuć. Za­wsze to le­piej, je­śli nie­przy­jemne wia­do­mo­ści prze­ka­zuje nam naj­bliż­sza osoba, a dla niej je­steś nią ty, jej cio­cia. Czego niby miał­bym się bać? No czego...?! Na­wet nie za­mie­rzam po­wie­dzieć jej na głos tego, co my­ślę. Chyba nie uwa­żasz, żono, że na­leży jej to prze­ka­zać w ten spo­sób?

Ne­rys wpa­try­wała się w niego in­ten­syw­nie i Thane po­czuł cię­żar jej py­ta­ją­cego, peł­nego in­tu­icji spoj­rze­nia, któ­rym wy­ra­żała, że zna go na wy­lot, le­piej niż on sam sie­bie.

- Do dia­ska! Zgoda, nie chcę jej tego po­wie­dzieć, lecz nie dla­tego, że się jej boję, tylko przez to, że twoja bra­ta­nica ma ogni­ste uspo­so­bie­nie i kiedy się ze­zło­ści, wy­cho­dzi z niej ty­siąc dia­błów. Wszy­scy McE­we­no­wie tacy są. Nie­dawno Lane rzu­cił w jej stronę uwagę w złym gu­ście i do dziś nie może się po­zbie­rać z prze­stra­chu. Twoja bra­ta­nica, na­wet nie pod­no­sząc głosu, tak mu na­kła­dła do głowy, że zmy­kał, jakby go go­nił sam dia­beł. My­ślę, że nie­szczę­śnik do tej pory ucieka. Po­waż­nie są­dzę, żeby po­pro­sić Edine, aby pod­szko­liła młod­sze dziew­częta w tak­ty­kach za­stra­sza­nia.

Ne­rys par­sk­nęła śmie­chem.

- A może zro­bimy to ra­zem? - za­pro­po­no­wała wciąż z uśmie­chem na ustach.

Thane wie­dział, że nie może li­czyć na nic lep­szego.

- W po­rządku, moja piękna. Niech tak bę­dzie. Wiesz co? Ty mar­twisz się o na­szą córkę i Edine, a mnie jest żal po­ten­cjal­nych kon­ku­ren­tów. One we dwie będą jak praw­dziwa plaga.

Ne­rys na jego ostat­nie słowa ro­ze­śmiała się jesz­cze gło­śniej. Te­raz czuła się bar­dziej roz­luź­niona, a to w ja­kiś spo­sób spra­wiło, że znik­nął cię­żar, który przy­gnia­tał jej pierś po wy­słu­cha­niu wia­do­mo­ści od męża. Wie­działa, że Thane prze­sa­dza, ale za­ra­zem, że w tym, co mówi, jest tro­chę prawdy. Za­równo Iso­bel, jak i Edine - każda na swój spo­sób - były ener­giczne i re­zo­lutne. Przy­szli pre­ten­denci do ich ręki będą mu­sieli uwa­żać na swoje słowa i za­cho­wa­nie, w prze­ciw­nym ra­zie po­ża­łują. To ją zde­cy­do­wa­nie uspo­ko­iło. Bez wąt­pie­nia będą to in­te­re­su­jące ty­go­dnie i Ne­rys ża­ło­wała, że nie może w tym cza­sie to­wa­rzy­szyć córce, choć także - czemu by tego nie przy­znać - ża­ło­wała, że nie bę­dzie świad­ki­nią wy­trwa­ło­ści i siły Mac­Le­odów.

Roz­dział 2

Edine pod­nio­sła wzrok, sły­sząc po­śpieszne kroki. Nie mu­siała pa­trzeć, by wie­dzieć, kto się zbliża. Na jej ustach za­wi­tał uśmiech, za­nim tamta osoba się po­ja­wiła,

- Dzień do­bry. Za­mie­rza­łaś się dziś wy­mknąć na prze­jażdżkę beze mnie? - za­py­tała Iso­bel, uda­jąc, że się zło­ści.

Edine znała ją wy­star­cza­jąco do­brze, by wie­dzieć, że ta obu­rzona mina nie jest praw­dziwa. Zdra­dzał to błysk w oczach ku­zynki i uśmie­szek, który sta­rała się ukryć.

- Ja­sne! - za­wo­łała z po­wagą. - Na­prawdę my­śla­łam, że dziś mi się to uda. Za­wsze, gdy jeż­dżę z tobą, zo­sta­jesz w tyle i opóź­niasz mnie, a dziś rano na­szła mnie ochota, żeby po­pę­dzić szyb­ciej niż wiatr.

Iso­bel wy­buch­nęła śmie­chem, a Edine jej za­wtó­ro­wała.

"Pę­dzić szyb­ciej niż wiatr" to był żart znany tylko im dwóm. Cztery lata temu, kiedy Edine przy­była do krew­nych, Iso­bel miała trzy­na­ście lat. Gdy po raz pierw­szy wy­brały się na wspólną prze­jażdżkę i młod­sza ku­zynka zo­ba­czyła, jak star­sza świet­nie so­bie ra­dzi w sio­dle i jak szybko po­trafi ga­lo­po­wać, z wy­stra­szoną miną oświad­czyła, że umie pę­dzić szyb­ciej niż wiatr. Edine bar­dzo się tym uba­wiła i od tam­tej pory, kiedy miała ochotę po­ga­lo­po­wać na grzbie­cie Psot­nika, przy­po­mi­nała so­bie tamte słowa ku­zynki.

- Ależ nie martw się, mo­żesz spo­koj­nie pę­dzić, aż się bę­dzie ku­rzyło. Ja po­jadę twoim śla­dem i będę wdy­chała ten kurz - od­po­wie­działa Iso­bel z kwa­śną miną.

Edine znowu się ro­ze­śmiała. W tym mo­men­cie wspo­mniany Psot­nik trą­cił ją py­skiem w ra­mię. Wie­dział, że o nim mowa, i chciał zwró­cić na sie­bie uwagę.

- No jak, przy­stoj­niaku? Po­ga­lo­pu­jemy so­bie i spra­wimy, że Iso­bel i Plamka zo­ba­czą tylko twój za­dek? - za­gad­nęła go Edine, lekko gła­dząc szyję wierz­chowca, który stale szu­kał z nią kon­taktu.

- Ech...! Że też mu­sisz tak prze­sa­dzać. Plamka wcale nie jest taka po­wolna, a ze mnie zro­biła się do­sko­nała ama­zonka.

- I taka skromna - do­dała Edine, pusz­cza­jąc do niej oko.

- Je­steś okropna - oświad­czyła Iso­bel i po­ka­zała jej ję­zyk.

Edine ro­ze­śmiała się ser­decz­nie, po czym do­rzu­ciła:

- Bar­dzo doj­rzała.

- Taka wła­śnie je­stem. Wzór naj­szla­chet­niej­szych cnót.

Edine mu­siała przy­znać, że jej ku­zynka jest bli­ska tej de­fi­ni­cji. Edine ko­chała ją jak wła­sną sio­strę - sio­strę, którą co prawda kie­dyś miała, lecz ją stra­ciła z po­wodu za­zdro­ści i za­wi­ści. Iso­bel była dla niej kimś, kim Lesi ni­gdy już nie bę­dzie. Kiedy o tym my­ślała, w jej piersi nieco bar­dziej za­głę­biał się szty­let, który no­siła tam wbity od lat, od­kąd zdrada jej sio­stry od­biła się na niej tak samo bo­le­śnie jak to, czego do­znała ze strony wła­snego ojca i klanu.

Z roz­my­ślań wy­rwał ją Iain, który wszedł do stajni.

- Wi­taj, Ia­inie, czy ta dwójka przy­spa­rza ci ostat­nio kło­po­tów? - za­py­tała Edine, wska­zu­jąc Psot­nika i Plamkę.

- Dzień do­bry! - przy­wi­tała się jak zwy­kle ra­do­śnie Iso­bel.

Iain był u Mac­Le­odów sta­jen­nym. Choć sporo po­su­nięty w la­tach, cie­szył się godną po­zaz­drosz­cze­nia ży­wot­no­ścią. Bli­zna bie­gnąca na jego twa­rzy od gór­nej wargi przez po­li­czek oraz brak dwóch pal­ców u le­wej ręki świad­czyły o tym, że kie­dyś był za­wo­ła­nym wo­jow­ni­kiem.

- Prze­pra­szam, że pa­nien­kom prze­szka­dzam - od­po­wie­dział z uśmie­chem. - Nie mam żad­nych skarg na swo­ich pod­opiecz­nych.

Edine uśmiech­nęła się, gła­dząc Psot­nika z więk­szą uwagą.

- Przy­sze­dłem, by pa­nien­kom prze­ka­zać, że ma­cie się jak naj­szyb­ciej sta­wić w wiel­kiej sali.

- Oj­ciec chce mnie wi­dzieć? Nie przy­po­mi­nam so­bie, że­bym na­bro­iła - po­wie­działa Iso­bel, szu­ka­jąc w pa­mięci ja­kichś psot.

- Pa­nienki oj­ciec, to pewne, ale kiedy mi to po­wie­dział, była też tam pa­nienki matka.

- W ta­kim ra­zie to coś po­waż­nego - orze­kła Iso­bel, wciąż nie ma­jąc po­ję­cia, co mo­gło spo­wo­do­wać tak na­głe we­zwa­nie. Wtem coś jej przy­szło do głowy, twarz jej po­ja­śniała. - Cze­kaj! Może tym ra­zem nie cho­dzi o mnie, tylko o cie­bie - wy­ra­ziła przy­pusz­cze­nie, z chy­trą minką spo­glą­da­jąc na ku­zynkę.

Edine znów mo­gła się tylko na to uśmiech­nąć.

- Do­bra li­nia obrony, ale słaba, bar­dzo słaba. Wiesz, że je­żeli ja coś zbroję, ni­gdy mnie nie przy­ła­pią. A cie­bie wręcz prze­ciw­nie: je­steś młoda, nie­do­świad­czona, roz­trze­pana...

- Do­brze, do­brze, ro­zu­miem. To pew­nie moja sprawka, nie ma rady. Ale chcia­ła­bym przy­naj­mniej wie­dzieć, co ta­kiego zro­bi­łam, głów­nie po to, żeby so­bie przy­go­to­wać ja­kąś obronę.

Edine wzięła ją pod ra­mię.

- Nie martw się. Po­mogę ci.

- Zro­bi­ła­byś to dla mnie? - za­py­tała z re­ze­rwą Iso­bel, uno­sząc brew.

- Wła­ści­wie to... nie. Ale li­czą się do­bre in­ten­cje.

Iso­bel ro­ze­śmiała się ser­decz­nie, wi­dząc minę ku­zynki. Wie­działa, że Edine po­mo­głaby jej w po­trze­bie. Od­kąd do nich przy­je­chała, za­wsze trwała u jej boku, na­wet gdy była tak słaba, że nie mo­gła wstać z łóżka.

***

Thane Mac­Leod pa­trzył na dwie młode ko­biety, które miał przed sobą. Tak różne, a jed­no­cze­śnie tak bar­dzo do sie­bie po­do­bne.

Iso­bel miała dłu­gie, pro­ste włosy jak jej matka - gę­ste, ja­sne, się­ga­jące do bio­der. Nie­bie­skie oczy o kry­sta­licz­nie czy­stym spoj­rze­niu upo­dab­niały ją do de­li­kat­nego kwiatu. Wzrost nieco niż­szy od prze­cięt­nego i szczu­pła syl­we­tka skła­dały się na chłodny, aniel­ski wi­ze­ru­nek. Nic bar­dziej sprzecz­nego z jej cha­rak­te­rem.

Edine miała włosy ogni­ste: rude, krę­cone, się­ga­jące pasa. Do tego zie­lone oczy z brą­zo­wymi plam­kami, duże i pełne wy­razu, o in­te­li­gent­nym, czu­pur­nym wej­rze­niu. Wy­soka i smu­kła, nie była jed­nak po­zba­wiona krą­gło­ści. Od­zna­czała się ży­wym uspo­so­bie­niem i za­dzie­rzy­stą oso­bo­wo­ścią, którą na­uczyła się trzy­mać na wo­dzy że­la­zną ręką, dzięki czemu spra­wiała wra­że­nie osoby spo­koj­nej i uprzej­mej. Thane wie­dział jed­nak, że w środku kryje się wo­jow­ni­cza ko­bieta, która do­pro­wa­dzona do osta­tecz­no­ści, sprawi, że zie­mia za­drży.

- Oj­cze, dla­czego ka­za­łeś nas we­zwać?

Na­czel­nik Mac­Le­odów pró­bo­wał zna­leźć od­po­wied­nie słowa, by roz­po­cząć roz­mowę, co do któ­rej był pe­wien, że nie okaże się ła­twa i może wy­wo­łać wzbu­rze­nie.

- Do­brze by­łoby się tego do­wie­dzieć, nim dzień się skoń­czy.

Thane spoj­rzał smęt­nie na Edine. Uśmiech, który za­wi­tał na ustach szwa­gierki, kiedy wy­po­wie­działa te słowa, odej­mo­wał im zgryź­li­wość czy cy­nizm, ja­kich można by się w nich do­szu­ki­wać.

- To nie po­maga - bąk­nął Thane, uno­sząc brew.

Edine pu­ściła do niego oko, co spra­wiło, że on też mimo wszystko się uśmiech­nął, po­dob­nie jak Ne­rys, pa­trząca na bra­ta­nicę z czu­ło­ścią.

- Ale skoro tak wam śpieszno, by się do­wie­dzieć... Otóż we­zwa­łem was, żeby po­roz­ma­wiać o wia­do­mo­ści, która przy­szła od króla Wil­helma.

Usły­szaw­szy to, Edine za­marła. Szybko spoj­rzała na cio­cię i choć ta nie ode­zwała się ani sło­wem, w jej oczach aż nadto wy­mow­nie ma­lo­wały się nie­po­kój i zde­ner­wo­wa­nie. Co­kol­wiek Thane miał za­miar im oświad­czyć, nie za­po­wia­dało się na nic do­brego.

Iso­bel zer­k­nęła na nią z szel­mow­skim bły­skiem w oku, oka­zu­jąc ra­dość z tego, że omi­nęło ją ro­dzi­ciel­skie ka­za­nie. Ale gdy zo­ba­czyła po­ważną minę ku­zynki, za­częła po­dej­rze­wać, że może to, co za­mie­rza im po­wie­dzieć jej oj­ciec, bę­dzie gor­sze od spo­dzie­wa­nej re­pry­mendy.

- Wie­cie co, naj­le­piej, je­śli po­wiem to pro­sto z mo­stu. Zo­sta­ły­ście za­pro­szone, żeby spę­dzić kilka ty­go­dni w zamku La­irda Mac­La­rena. Król chce na dro­dze mał­żeństw za­wie­ra­nych mię­dzy człon­kami kla­nów za­pro­wa­dzić jed­ność i spo­kój w kraju.

- Oj­cze, co chcesz przez to po­wie­dzieć? - za­py­tała Iso­bel, jakby nie ro­zu­miała zbyt do­brze, do­kąd zmie­rza to ob­wiesz­cze­nie.

- Twój oj­ciec chce po­wie­dzieć, że za­pro­szono nas na ten za­mek w cha­rak­te­rze kart prze­tar­go­wych - wy­ja­śniła Edine. - Król oba­wia się na­wrotu wro­go­ści po­mię­dzy kla­nami i ko­lej­nych wo­jen. To za­kłóca po­kój w kraju i może cza­sami do­pro­wa­dzić do braku lo­jal­no­ści lub na­wet do prze­wro­tów. Aby tego unik­nąć, po­sta­no­wił za­chę­cić do za­wie­ra­nia mał­żeństw po­mię­dzy kla­nami. W związku z tym masz tam po­je­chać jako kan­dy­datka na żonę któ­re­goś z na­czel­ni­ków albo syna na­czel­nika jed­nego z kla­nów, które sta­wią się na we­zwa­nie króla. Mam ra­cję?

Thane za­ci­snął usta po zwię­złym stresz­cze­niu, któ­rego udzie­liła jego szwa­gierka. Ski­nął głową, przy­zna­jąc, że jest bar­dzo in­te­li­gentna.

- Oj­cze! - wy­krzyk­nęła Iso­bel, po czym z za­sko­czoną miną i zmarsz­czo­nym czo­łem skie­ro­wała spoj­rze­nie na matkę.

Ne­rys po­śpiesz­nie po­de­szła do córki i wzięła ją za ręce.

- Nie mu­sisz ro­bić nic, czego nie ze­chcesz - rze­kła. - Nikt cię nie zmusi do wyj­ścia za mąż za któ­re­goś z tych męż­czyzn. To tylko za­pro­sze­nie, nie ma mocy kró­lew­skiego na­kazu.

- A co za róż­nica? - wtrą­ciła Edine z przy­gnę­bioną miną. - Su­ge­stia, życz­liwe za­pro­sze­nie ze strony króla jest rów­no­znaczne z roz­ka­zem. Po­py­cha lu­dzi do oł­ta­rza dla do­bra cze­goś, co władca lub jego do­radcy uznali za ko­nie­czne. Kogo ob­cho­dzą uczu­cia lub ży­cie wplą­ta­nych w to osób? Oczy­wi­ście ni­kogo.

- Edine, pro­szę - ode­zwała się Ne­rys, pa­trząc na nią bła­gal­nie. - Po­wie­dzia­łam to jak naj­bar­dziej po­waż­nie. Nikt was nie zmusi do za­mąż­pój­ścia wbrew wa­szej woli.

Thane i Ne­rys do­kład­nie wie­dzieli, w któ­rej chwili jej słowa wy­wo­łały od­dźwięk w Edine. Oczy mło­dej ko­biety stały się zimne jak lód, a w jej spoj­rze­niu za­kłę­biły się pie­kielne hordy.

- Nas? - za­py­tała Edine spo­koj­nym, prze­szy­wa­ją­cym to­nem.

Ne­rys wie­działa, że to nie­moż­liwe, bo w prze­ciw­nym ra­zie przy­się­głaby, że jej mąż lekko pod­sko­czył, sły­sząc to py­ta­nie. Po­sta­no­wiła wziąć sprawy w swoje ręce. Nie chciała, by tego dnia po­lała się krew.

- Thane, po­daj mi, z ła­ski swo­jej, ten per­ga­min - po­pro­siła Ne­rys męża. Kiedy do­stała kró­lew­ski list, po­de­szła do Edirne i prze­ka­zała go jej. - Może le­piej prze­czy­taj sama - po­wie­działa, pa­trząc na bra­ta­nicę z całą mi­ło­ścią, jaką do niej czuła.

Wie­działa, że dla Edine bę­dzie to bar­dzo trudne. Po wszyst­kim, przez co prze­szła, po mał­żeń­stwie z Bria­nem, który udzie­lił jej swo­jego na­zwi­ska dla bez­pie­czeń­stwa, aby jako wdowa nie mu­siała się na­gi­nać do ni­czy­jej woli, te­raz, z na­dej­ściem kró­lew­skiego pi­sma, bez­pie­czeń­stwo to ulat­niało się ni­czym siwy dym. Ne­rys wie­działa, że Edine nie chce po­now­nie wy­cho­dzić za mąż. Wła­ści­wie na­wet za pierw­szym ra­zem trzeba ją było prze­ko­ny­wać i do zmiany zda­nia skło­nił ją do­piero Brian dzięki swo­jej do­brej woli i nie­skoń­czo­nej cier­pli­wo­ści.

Ne­rys nie zdo­łała nic wy­czy­tać w twa­rzy bra­ta­nicy, pod­czas gdy ta czy­tała li­nijki za­pi­sane na per­ga­mi­nie, który za sprawą ner­wo­wo­ści Thane'a za­mie­nił się w ka­wa­łek zwie­rzę­cej skóry, zmię­tej i pra­wie zu­peł­nie po­dar­tej. Ale kiedy Edine skoń­czyła czy­tać i pod­nio­sła wzrok, by po­pa­trzeć na nią i na po­zo­sta­łych, Ne­rys nie była przy­go­to­wana na uśmiech, który u niej uj­rzeli. Mu­sia­łaby znać ją le­piej, by wie­dzieć, że uśmiech ten skrywa wiele rze­czy. Spoj­rze­nie bra­ta­nicy, w któ­rym wi­dać było jej nie­stru­dzony umysł, nie­pod­da­jący się zmien­nym ko­le­jom losu, po raz pierw­szy na­tchnęło ją my­ślą, że wszystko ob­róci się na do­bre i że nie ma się czego oba­wiać.

- Je­żeli król Wil­helm uznał za sto­sowne, by nas za­pro­sić, bez wąt­pie­nia nie mo­żemy się od tego uchy­lić. Bę­dzie miał swoje dwie kan­dy­datki do za­mąż­pój­ścia pod­czas zjazdu kla­nów u Mac­La­re­nów, a my po­pi­szemy się do­sko­na­łymi ma­nie­rami god­nymi klanu Mac­Le­odów. Niech Bóg ma ich w swo­jej opiece.

Thane'a na­szła ochota, by po­mo­dlić się za du­sze uczest­ni­ków owego zjazdu, tak samo zresztą jak za wła­sną. Miał wy­słać swoją córkę i szwa­gierkę, aby za­gwa­ran­to­wać po­kój, któ­rego za wszelką cenę pra­gnął Wil­helm. Czego jed­nak władca nie prze­wi­dział, to moż­li­wość, że ten opa­trzony kró­lew­ską pie­czę­cią do­ku­ment sta­nie się za­rze­wiem krwa­wej wojny.

Roz­dział 3

Lo­gan usły­szał śmiech swo­jej sio­stry Aili i to go wy­rwało z roz­my­ślań - spra­wiło, że znów sku­pił się na roz­mo­wie.

Z uwagą po­pa­trzył na osoby sie­dzące wraz z nim przy stole. Ko­la­cja skoń­czyła się już ja­kiś czas temu i bie­siad­nicy je­den po dru­gim wsta­wali od stołu, aż zo­stało ich tylko sze­ścioro. Jego sio­stry, Meg i Aili, wraz z mę­żami, Eva­nem i An­drew McA­li­ste­rami, oraz ku­zyn tych ostat­nich, Ca­lum McA­li­ster, który w tej chwili że­gnał się z nimi do na­stęp­nego dnia.

- Mam na­dzieję, że szybko się zo­ba­czymy po­now­nie - po­wie­dział Ca­lum do Lo­gana, prze­cho­dząc koło niego i do­ty­ka­jąc lekko jego ra­mie­nia.

- Tego mo­żesz być pe­wien - wtrą­cił z po­nurą miną Evan, na­czel­nik klanu McA­li­ste­rów. - Od­kąd je­ste­śmy ro­dziną, nie mo­żemy się go po­zbyć z domu. Tę­sk­nię za tam­tymi cza­sami, kiedy McA­li­ste­ro­wie i McGre­go­ro­wie nie mo­gli się na­wet wi­dy­wać.

Jego żona Meg i jego szwa­gierka Aili zmarsz­czyły czoła, na co reszta gruch­nęła śmie­chem.

Ca­lum też się ro­ze­śmiał, za­nim wy­szedł.

- Wiem, że w głębi du­szy mnie ce­nisz, McA­li­ster - rzekł Lo­gan, pa­trząc po­waż­nie na męża swo­jej młod­szej sio­stry.

Evan za­krztu­sił się wi­nem, które do­pi­jał ze swo­jego kie­li­cha.

Za­le­d­wie kilka mie­sięcy temu taka scena by­łaby nie do po­my­śle­nia. Uzna­liby się za sza­leń­ców za samą myśl o ta­kim spo­tka­niu, po­nie­waż klany McA­li­ste­rów i McGre­go­rów od kilku wie­ków dzie­liła za­ja­dła nie­na­wiść. Do tego stop­nia, że król Wil­helm, ma­jąc dość krwa­wych spo­rów, na­ka­zał de­kre­tem, aby na­czel­nik McA­li­ste­rów oże­nił się z jedną z có­rek na­czel­nika McGre­go­rów. Osta­tecz­nie Evan po­jął za żonę młod­szą z dwóch sióstr McGre­gor, Meg. Nikt nie prze­wi­działby, że kilka mie­sięcy póź­niej star­sza McGre­go­równa, Aili, w ta­jem­nicy wyj­dzie za młod­szego McA­li­stera. A te­raz, kilka ty­go­dni po tam­tym dru­gim ślu­bie, Lo­gan prze­by­wał w to­wa­rzy­stwie swo­ich dwóch sióstr i ich mę­żów w sie­dzi­bie klanu McA­li­ste­rów. Miał z nimi do­sko­nałe re­la­cje, choć do­piero się po­zna­wali.

- Na pewno chcesz je­chać już ju­tro rano? - za­py­tała Meg, spo­glą­da­jąc na brata peł­nymi uwiel­bia­nia, wiel­kimi bursz­ty­no­wymi oczami, które zda­wały się roz­świe­tlać po­kój.

Meg no­siła pod ser­cem swoje pierw­sze dziecko i stan bło­go­sła­wiony mocno od­bi­jał się na jej emo­cjach. Naj­młod­sza z ro­dzeń­stwa, wiecz­nie zbun­to­wana i nie­po­słuszna, wa­leczna. Od­kąd zo­sta­wiła za sobą dzie­ciń­stwo, nie wi­dział, żeby pła­kała, ale ostat­nio czę­sto wy­glą­dała na bli­ską łez, co do­pro­wa­dzało Evana do szału, po­nie­waż cho­ciaż był McA­li­ste­rem, ko­chał ją do sza­leń­stwa. Lo­gan nie mu­siał na­wet wi­dzieć, jak ten czło­wiek pa­trzy na jego sio­strę, by wie­dzieć, że jest w niej bez pa­mięci za­ko­chany, tak samo jak drugi z braci, An­drew, jest za­ko­chany w Aili.

W swo­jej star­szej sio­strze, Aili, Lo­gan miał przy­ja­ciółkę i po­wier­niczkę. Były mię­dzy nimi tylko dwa lata róż­nicy i kiedy ich matka przed­wcze­śnie zmarła, zjed­no­czyli siły dla Meg, dla swo­jego ojca i dla ca­łego klanu. Aili i Lo­gan byli do sie­bie bar­dzo po­do­bni fi­zycz­nie. Ciem­no­włosi, o nie­bie­skich oczach, róż­nili się mocno od Meg, która miała ru­do­brą­zowe włosy i kasz­ta­no­wate oczy o zło­ci­stym po­ły­sku.

- Na pewno - od­parł Lo­gan, śmie­jąc się w du­chu na wi­dok drżą­cej dol­nej wargi Meg, po­nie­waż sio­stra ro­biła taką minę, kiedy była mała i chciała w ten spo­sób coś osią­gnąć. - Gdyby to za­le­żało ode mnie, zo­stał­bym jesz­cze kilka dni - cią­gnął, tym ra­zem uśmie­cha­jąc się, po­nie­waż McA­li­ste­ro­wie jęk­nęli na tę de­kla­ra­cję. - Ale nie po­dró­żuję dla przy­jem­no­ści. Król Wil­helm chce, że­bym był obecny na zjeź­dzie, który ma się od­być u Mac­La­re­nów.

- A cóż to za zjazd? - za­in­te­re­so­wał się An­drew, uno­sząc brew.

Lo­gan nie mógł nie spoj­rzeć na młod­szego McA­li­stera z nie­ja­kim uzna­niem. An­drew, ze swoim wiecz­nym uśmie­chem i co­kol­wiek iro­nicz­nymi uwa­gami, był bar­dzo prze­ni­kliwy.

Lo­gan nie chciał wspo­mi­nać o swo­jej mi­sji, po­nie­waż wie­dział, że sio­stry za­sy­pią go py­ta­niami, ale był też prze­ko­nany, że i tak prę­dzej czy póź­niej o tym usły­szą, le­piej więc, żeby do­wie­działy się od niego.

- Naj­wy­raź­niej król pod­eks­cy­to­wał się do­brym wy­ni­kiem swo­jego de­kretu i wa­szych związ­ków, bo stwier­dził, że skoro za­dzia­łało dwa razy, to czemu nie mia­łoby za­dzia­łać jesz­cze raz i jesz­cze?

- Kró­lew­ski de­kret do­ty­czył tylko Evana. Co to ma wspól­nego z na­szym ślu­bem? - za­py­tała Aili, uno­sząc brew.

- Cho­dzi o to, że gdyby nie jego de­kret, nie po­zna­li­by­ście się wcale i nie za­war­li­by­ście mał­żeń­stwa, prawda? Wil­helm do­szedł do wnio­sku, że po­bra­li­ście się dzięki niemu, i dla­tego uważa to za swój oso­bi­sty suk­ces - wy­ja­śnił Evan, pa­trząc Lo­ga­nowi pro­sto w oczy.

- Wła­śnie tak - po­twier­dził Lo­gan, nie chcąc wcho­dzić w dal­sze szcze­góły.

- No i...? - do­py­tała Meg z za­in­te­re­so­wa­niem.

Lo­gan za­czerp­nął po­wie­trza, za­nim ob­wie­ścił:

- Wil­helm chce po­że­nić na­czel­ni­ków kla­nów albo sy­nów na­czel­ni­ków z cór­kami lub naj­bliż­szymi krew­nymi na­czel­ni­ków in­nych kla­nów, tak by po­wstały so­ju­sze, a moż­liwe ist­nie­jące ani­mo­zje wy­ga­sły.

Dwie pary oczu sku­piły się na nim z za­sko­cze­niem i za­nie­po­ko­je­niem, a dwie po­zo­stałe z roz­ba­wie­niem.

- Król oba­wia się, że spo­tka­nie pod jed­nym da­chem osób z tylu róż­nych kla­nów wy­woła na­pię­cia, zwłasz­cza że nie­któ­rych z nich po­dej­rzewa o udzie­la­nie wspar­cia McNa­il­lowi.

Kilka mie­sięcy temu Clave McNa­ill, wąt­pli­wymi spo­so­bami wy­brany na­czel­ni­kiem klanu, spi­sko­wał pod bo­kiem władcy. Wy­sy­łał na­jem­ni­ków, żeby kra­dli by­dło róż­nym kla­nom i mor­do­wali ich człon­ków, tak aby wina spa­dała na są­sied­nie klany. Sta­rał się je wza­jem­nie skłó­cić, wy­wo­łać nie­po­koje, kon­flikty i walki. Gdyby spi­sku nie od­kryto w porę, mógł do­pro­wa­dzić do wojny po­mię­dzy kla­nami. Lo­gan nie­na­wi­dził tego czło­wieka całą du­szą, nie tylko za knu­cie, ale głów­nie za to, że tam­ten pró­bo­wał zgwał­cić Aili, i gro­żąc, że zrobi krzywdę wszyst­kim jej bli­skim, zmu­sić ją do mał­żeń­stwa.

- Wil­helm po­pro­sił mnie, że­bym tam po­je­chał i po­mógł Mac­La­re­nowi w utrzy­my­wa­niu po­koju na jego ziemi pod­czas zjazdu.

- W ta­kim ra­zie nie bę­dziesz je­dy­nym z moż­li­wych kan­dy­da­tów do ożenku? - za­py­tała Meg, znów spo­glą­da­jąc na niego z nie­po­ko­jem.

Lo­gan po­pa­trzył na nią, czu­jąc, że Aili też nie spusz­cza z niego wzroku.

- W za­sa­dzie nie - od­rzekł z nie­prze­nik­nioną miną.

Lo­gan był wiel­kim wo­jow­ni­kiem, ale też do­sko­na­łym dy­plo­matą. Nikt nie mógł z jego twa­rzy od­czy­tać żad­nej emo­cji, je­żeli on sam tego nie chciał. Zna­ko­mi­cie ukry­wał wszel­kie swoje re­ak­cje czy uczu­cia i tylko jedna z obec­nych tu osób, w do­datku wciąż na niego pa­trząca, pró­bo­wała do­ciec, czy Lo­gan mówi prawdę, czy kła­mie. Aili spu­ściła wzrok, on jed­nak wie­dział, że za­pyta go póź­niej.

- A ja my­śla­łem, że się tro­chę po­śmie­jemy - ode­zwał się Evan, spo­glą­da­jąc na An­drew. Ten uśmiech­nął się, zer­ka­jąc na Lo­gana. - Tak czy ina­czej kilka dni czy wręcz ty­go­dni spę­dzo­nych tam, pod jed­nym da­chem, z moż­li­wymi kan­dy­dat­kami na żonę, mogą spra­wić, że na­wet ty się oży­wisz, prawda, Lo­gan?

Lo­gan, za­nim od­po­wie­dział, zdo­był się na słaby uśmiech.

- Cza­sami, gdy na coś wiele po­sta­wisz i prze­grasz, zo­sta­jesz sam i ni­gdy nie mo­żesz się po tym po­dźwi­gnąć. Mi­łość nie jest dla mnie.

Aili po­pa­trzyła na brata. Znała zna­cze­nie tych słów. Lo­gan po­sta­wił wszystko na mi­łość do jed­nej ko­biety. Wło­żył w to całe serce i du­szę. I prze­grał w naj­gor­szy spo­sób. Edine McE­wen ode­brała mu wszystko z dnia na dzień, zo­sta­wia­jąc je­dy­nie kilka li­ni­jek li­stu. Zro­biła to, mimo że byli już za­rę­czeni, a za­rę­czyli się w se­kre­cie, po­nie­waż ich kla­nów nie łą­czył ża­den so­jusz. Kil­koma ską­pymi li­nij­kami tek­stu zbyła Lo­gana, by zro­bić, co naj­lep­sze dla jej klanu, to zna­czy opu­ścić ro­dzinny dom i wyjść za in­nego - męż­czy­znę z kla­nów pół­noc­nych. Nie po­dała Lo­ga­nowi ani na­zwi­ska, ani żad­nych na­mia­rów. Kiedy wró­cił po jed­nej z pierw­szych kró­lew­skich mi­sji, trwa­ją­cej kilka mie­sięcy, od­krył, że Edine znik­nęła ze swo­jego domu, po­zo­sta­wia­jąc tylko tych kilka li­ni­jek jako je­dyną od­po­wiedź na jego py­ta­nia. Lo­gan o mało nie osza­lał. Szu­kał dal­szych od­po­wie­dzi, a te, które otrzy­mał w roz­mo­wie z sio­strą Edine, spra­wiły, że wró­cił do domu z ser­cem roz­dar­tym na strzępy. Aili ni­gdy wię­cej nie wi­działa brata w ta­kim sta­nie jak wtedy. Jego że­la­zna de­ter­mi­na­cja, po­wścią­gli­wość i hart du­cha - wszystko to w jed­nej chwili się roz­chwiało. Lo­gan, któ­rego znała, omal się nie za­ła­mał, cho­ciaż pró­bo­wał to ukry­wać przed wszyst­kimi, na­wet przed sa­mym sobą. Głę­boki ból po­zo­stał, a rana za­dana po­rzu­ce­niem jesz­cze się nie za­go­iła i Aili wąt­piła, czy kie­dy­kol­wiek się za­goi.

Od tam­tej pory jej brat ni­gdy już nie był taki sam jak daw­niej. Róż­nice były nie­wiel­kie, lecz dało się je za­uwa­żyć w jego uśmie­chu, który te­raz nie obej­mo­wał oczu, oraz w spo­so­bie, w jaki Lo­gan wy­ra­żał swoje uczu­cia lub zmar­twie­nia. Te­raz stał się ni­czym ka­mienny mur pra­wie nie­moż­liwy do sfor­so­wa­nia i Aili mu­siała wręcz wa­lić pię­ściami w ten mur, żeby brat jej co­kol­wiek po­wie­dział.

- My też tak my­śle­li­śmy i zo­bacz, do czego to do­pro­wa­dziło - rzekł An­drew, co Evan skwi­to­wał wy­bu­chem śmie­chu, a obie młode żony - na­dą­sa­nymi spoj­rze­niami.

Lo­gan uśmiech­nął się lekko, lecz Aili wie­działa, że jego do­świad­cze­nia są zu­peł­nie inne niż u braci Ma­cA­li­ste­rów. Ani Evan, ani An­drew nie stra­cili na­gle mi­ło­ści swo­jego ży­cia, nie po­czuli się przez nią oszu­kani czy wręcz zdra­dzeni.

- Przy­je­dziesz, kiedy wy­peł­nisz tam swoje za­da­nia? - za­py­tała Meg zbyt słod­kim to­nem jak na małą ro­dzinną bun­tow­niczkę.

Lo­gan do­strzegł w jej wzroku nie­jaką kru­chość i za­nie­po­ko­je­nie.

- Oczy­wi­ście, ślicz­notko - od­parł, pusz­cza­jąc do niej oko.

Ulga, jaką zo­ba­czył w jej wiel­kich oczach, za­lała go falą czu­ło­ści - w tych wy­mow­nych źre­ni­cach za­wsze od­bi­jały się serce i du­sza jego młod­szej sio­stry.

- Co za męka - bąk­nął pod no­sem Evan.

An­drew par­sk­nął śmie­chem, a Meg lekko do­tknęła swo­jego męża w nogę, po czym wstała. Lo­gan za­uwa­żył, że ten ruch kosz­to­wał ją sporo wy­siłku. W za­awan­so­wa­nej ciąży i po dłu­gim dniu zmę­cze­nie naj­wy­raź­niej dra­stycz­nie po­zba­wiło ją ty­po­wej dla niej ener­gii.

- Idę do łóżka - oznaj­miła, mru­żąc senne oczy. - Obie­ca­łeś, że przy­je­dziesz, za­tem ocze­kuję cię za kilka ty­go­dni - do­dała, po czym po­ca­ło­wała brata w po­li­czek i wcią­gnęła w niedź­wie­dzi uścisk, który Lo­gan od­wza­jem­nił z ogromną czu­ło­ścią.

Evan uści­snął szwa­growi rękę, pod­czas gdy Meg z unie­sioną brwią stu­kała stopą w pod­łogę, aby za­zna­czyć swoje znie­cier­pli­wie­nie.

- Skoro nie ma in­nej rady... - stęk­nął na­czel­nik McA­li­ste­rów z prze­sa­dzoną nie­chę­cią.

Żona spoj­rzała na niego, na­gle sze­roko otwie­ra­jąc oczy.

- Eva­nie McA­li­ster, jak mo­żesz mó­wić w ten spo­sób do mo­jego...?

Nie zdo­łała do­koń­czyć zda­nia, po­nie­waż prze­szko­dziły jej usta Evana. To było tylko mu­śnię­cie, lecz wy­star­czyło, żeby wes­tchnęła po za­koń­cze­niu po­ca­łunku.

- Uwiel­biam, kiedy sta­jesz się taka wład­cza - po­wie­dział jej mąż do ucha, po czym po­now­nie zwró­cił się do szwa­gra: - Cie­szymy się z two­ich od­wie­dzin, przy­jeż­dżaj, kiedy ze­chcesz. To rów­nież twój dom - rzekł z uśmie­chem.

Lo­gan nie spo­dzie­wał się tego, ale w oczach Evana do­strzegł szcze­rość, więc od­po­wie­dział, rów­nież się uśmie­cha­jąc.

- Je­steś pe­wien tego, co po­wie­dzia­łeś, McA­li­ster? Bo mogę być bar­dzo uciąż­liwy, kiedy...

Evan prze­wró­cił oczami, wziął żonę pod ra­mię i wy­szedł z nią z sali, nie cze­ka­jąc, aż gość do­koń­czy zda­nie.

An­drew i Lo­gan spoj­rzeli po so­bie i obaj wy­buch­nęli śmie­chem.

- Ła­two go ura­zić - stwier­dził An­drew, też wy­cią­ga­jąc rękę do szwa­gra.

Lo­gan wcze­śniej za­po­wie­dział im, że woli się po­że­gnać wie­czo­rem, po­nie­waż za­mie­rza wy­je­chać o świ­cie.

- Spo­dzie­wamy się wkrótce cię zo­ba­czyć, po­wo­dze­nia na zjeź­dzie - do­dał An­drew i po­pa­trzył na żonę z obiet­nicą w oczach. Obiet­nicą, którą ro­zu­mieli tylko oni dwoje.

- Cze­kam na cie­bie na gó­rze.

Aili uśmiech­nęła się do męża. Nie umiała opi­sać wszyst­kiego, co do niego czuje. Była w nim za­ko­chana do sza­leń­stwa, a naj­bar­dziej nie­zwy­kłe i cu­do­wne w tym wszyst­kim było to, że on też ją ko­chał. Te­raz to wie­działa. An­drew oka­zy­wał jej mi­łość sło­wami, za­cho­wa­niem, ustami, rę­kami i ca­łym cia­łem. Czuła to każ­dym ka­wa­łecz­kiem skóry, a fakt, że on po­znał ją tak do­brze w ciągu za­le­d­wie kilku ty­go­dni, tylko po­świad­czał, że mi­łość, którą od niego do­stała, była cenna i nie­ła­twa do zna­le­zie­nia. Aili bez słów po­dzię­ko­wała mę­żowi za to, że ten ro­zu­mie jej po­trzebę i daje jej moż­li­wość po­roz­ma­wia­nia i po­że­gna­nia się z bra­tem sam na sam.

Lo­gan spoj­rzał na nią, po czym usiadł po­now­nie i Aili uśmiech­nęła się, zaj­mu­jąc miej­sce na­prze­ciw niego.

- Da­waj - za­chę­cił ją z pół­u­śmie­chem. Znał ją do­sko­nale.

- Nie po­wie­dzia­łeś nam wszyst­kiego, prawda? - za­gad­nęła, pa­trząc mu ba­daw­czo w oczy. Brat ni­gdy nie uni­kał jej spoj­rze­nia. - Lo­gan, wi­dzę w twoim wzroku ból, mnie nie okła­miesz. Mo­żesz oszu­kać wszyst­kich do­okoła, ale nie mnie. Po­wiedz mi, pro­szę - na­le­gała gło­sem peł­nym tro­ski.

Lo­gan ujął w ręce jej dłoń.

- Nikt by cię nie oszu­kał, co, ma­leńka?

Aili się uśmiech­nęła.

- Ma­leńka jest Me­gan - od­po­wie­działa z na­dą­saną miną.

- Je­stem naj­star­szy, więc ty dla mnie też je­steś ma­leńka - od­parł, pusz­cza­jąc do niej oko. - I bar­dzo by­stra, w do­datku znasz mnie aż za do­brze - cią­gnął, pa­trząc na nią z dumą.

Aili wy­pu­ściła od­dech, który wstrzy­my­wała.

- Co się dzieje, Lo­gan? Co z tobą? Ta­kie spoj­rze­nie mie­wa­łeś tylko wtedy, kiedy cho­dziło o coś zwią­za­nego z Edine. - Ostat­nie słowa wy­po­wie­działa po­woli, przy­ci­szo­nym gło­sem. - Mój Boże, Lo­gan! Czy to do­ty­czy Edine? - za­nie­po­ko­iła się, wi­dząc nie­wielką zmianę w jego twa­rzy. Ko­muś in­nemu za­pewne by to umknęło, ale nie jej. - Wiesz coś o niej? - za­py­tała nie­cier­pli­wie.

- Za­wsze coś o niej wie­dzia­łem, Aili - od­parł zwięźle twar­dym to­nem.

- Ale... wi­dzia­łeś ją? Skon­tak­to­wa­łeś się z nią?

Lo­gan po­krę­cił głową, za­nim od­po­wie­dział.

- Nie, jed­nak już od dawna wiem, gdzie prze­bywa. Do­wie­dzia­łem się, że wy­szła za brata na­czel­nika klanu Mac­Le­odów, a kilka mie­sięcy po tym owdo­wiała.

Aili spoj­rzała mu pro­sto w oczy, za­da­jąc py­ta­nie bez słów.

- Skoro wiesz o tym już od dawna, dla­czego nie­po­ko­isz się te­raz?

Spoj­rzał na nią, za­nim od­po­wie­dział.

- Zjazd, na który się udaję, bę­dzie u Mac­La­re­nów.

- No i? - po­na­gliła go Aili, po­nie­waż za­milkł na dłuż­szą chwilę.

- Wiem, kto ma się na nim sta­wić. Król po­dał mi spis za­pro­szo­nych osób, że­bym się przy­go­to­wał do pil­no­wa­nia po­rządku i unik­nął tarć mię­dzy skłó­co­nymi kla­nami. Wśród go­ści jest córka na­czel­nika Mac­Le­odów.

Aili za­czy­nała poj­mo­wać, do czego zmie­rza jej brat.

- I są­dzisz, że Edine przy­je­dzie tam z nią? - do­py­tała, po czę­ści bo­jąc się od­po­wie­dzi Lo­gana.

- Wła­ści­wie wiem, że tam bę­dzie. Ją też wcią­gnięto na li­stę moż­li­wych kan­dy­da­tek do za­mąż­pój­ścia. Jako wdowa i szwa­gierka na­czel­nika Mac­Le­odów, po­nadto córka na­czel­nika McE­we­nów ide­al­nie się na­daje do kró­lew­skiego planu.

- Mój Boże, Lo­gan! - wy­krzyk­nęła Aili, moc­niej ści­ska­jąc dłoń brata.

Lo­gan zdo­był się na uśmiech.

- Nic ci nie mó­wi­łem, bo do­kład­nie wie­dzia­łem, jak za­re­agu­jesz, a nie ma się o co mar­twić. Edine ode­szła z mo­jego ży­cia kilka lat temu.

Aili zro­biła taką minę i spoj­rzała w taki spo­sób, że Lo­gan ro­ze­śmiał się mimo woli.

- Mów so­bie, co chcesz. Wiem, że je­steś naj­sil­niej­szym męż­czy­zną, ja­kiego znam, ale to nie ozna­cza, że nic cię nie ru­szy albo nic nie uczyni ci krzywdy. Je­steś czło­wie­kiem, Lo­gan, a ona była mi­ło­ścią two­jego ży­cia - po­wie­działa Aili z tro­ską.

Spoj­rze­nie Lo­gana stało się tak zimne, że zmro­ziło po­kój.

- Czło­wiek doj­rzewa i pa­trzy na różne rze­czy z per­spek­tywy. Edine była pierw­szą ko­bietą, w któ­rej się za­ko­cha­łem, ale poza tym nic już dla mnie nie zna­czy. Je­śli kie­dyś ży­wi­łem wzglę­dem nie ja­kieś uczu­cia, dawno są już mar­twe i po­grze­bane.

Aili za­ci­snęła zęby, by nie wy­pu­ścić słów, które miała na końcu ję­zyka.

Edina była pierw­szą i je­dyną ko­bietą, w któ­rej za­ko­chał się jej brat, i cho­ciaż Lo­gan pra­gnął wi­dzieć to ina­czej, ona do­brze wie­działa, że była to mi­łość jego ży­cia i że część tej mi­ło­ści wciąż tkwi w jego sercu ni­czym szty­let, a gdy się po­ru­szy na wi­dok Edine, serce Lo­gana znów za­cznie krwa­wić. Tego była pewna.

Nie­stety, znała też wy­trwa­łość i de­ter­mi­na­cję brata. Wie­działa, że skoro wy­gnał Edine ze swego ży­cia, bez wąt­pie­nia nie było już dla niej po­wrotu. Lo­gan po­tra­fił być bar­dzo twardy wo­bec tych, na któ­rych się za­wiódł, nie wspo­mi­na­jąc o ko­bie­cie, do któ­rej mi­łość rzu­ciła go na ko­lana.

- Zgoda - rze­kła Aili, pa­trząc na niego ciem­no­nie­bie­skimi oczami, tak po­dob­nymi do jego oczu, lecz tym ra­zem o jakże in­nym wy­ra­zie. Duże oczy sio­stry spo­glą­dały ła­god­nie, pod­czas gdy mig­da­ło­wate oczy brata mru­żyły się z groź­nym, za­gad­ko­wym bły­skiem, który mógłby spa­ra­li­żo­wać, nie­uchron­nie przy­cią­gać do niego roz­mówcę. - Obie­caj mi, że za­cho­wasz ostroż­ność.

Spoj­rzał na nią z unie­sioną brwią i py­ta­jącą miną.

- Przed czym twoim zda­niem miał­bym się strzec?

Aili od­po­wie­działa spoj­rze­niem, któ­rym wy­ra­ziła, że sam do­sko­nale wie, o co cho­dzi, ale po­nie­waż Lo­gan naj­wy­raź­niej nie zwró­cił na to uwagi, po­wie­działa z całą szcze­ro­ścią:

- Uda­jesz się na zjazd, na któ­rym mają się sta­wić ko­biety i męż­czyźni z róż­nych kla­nów w celu za­war­cia związ­ków mał­żeń­skich, i mó­wisz mi, że bę­dzie tam Edine, po­nadto jako jedna z kan­dy­da­tek do za­mąż­pój­ścia. To zna­czy, że nie tylko bę­dziesz mu­siał znów zo­ba­czyć się z ko­bietą, którą ko­cha­łeś i która zła­mała ci serce... i nie mów mi, że nie, Lo­gan - za­strze­gła, gdy naj­wy­raź­niej chciał za­opo­no­wać - lecz także bę­dziesz mu­siał pa­trzeć, jak ko­kie­tuje in­nych męż­czyzn lub in­te­re­suje się nimi albo co gor­sza, jak któ­ryś z tych męż­czyzn za­leca się do niej. A ty chcesz, że­bym uwie­rzyła, że to cię w ogóle nie ru­szy. Wy­bacz, ale za­wsze są­dzi­łam, że sza­nu­jesz moją in­te­li­gen­cję.

Trudno było do­pro­wa­dzić Aili do gniewu, jed­nak tym ra­zem wy­da­wała się go bar­dzo bli­ska. Lo­gan uśmiech­nął się sze­roko.

- Bar­dzo sza­nuję in­te­li­gen­cję mo­ich sióstr. Ni­gdy nie po­peł­nił­bym tego błędu, żeby jej nie usza­no­wać. Nie tylko ją sza­nuję, lecz także po­dzi­wiam. W tym du­chu mam na­dzieję, że ty usza­nu­jesz moją. Wiesz, że dam so­bie radę.

Aili wie­działa, że jej brat jest bar­dzo in­te­li­gentny, o tym nie trzeba było jej prze­ko­ny­wać, jed­nak in­te­li­gen­cja i mi­łość rzadko mają ze sobą po dro­dze.

- Dasz so­bie radę - po­twier­dziła, pró­bu­jąc się zdo­być na uśmiech.

- Ni­gdy nie wi­dzia­łem bar­dziej fał­szy­wego uśmie­chu, choć sta­rasz się jak mo­żesz - rzekł Lo­gan z szel­mow­skim bły­skiem w oku.

Aili ro­ze­śmiała się ser­decz­nie.

- Tak le­piej - cią­gnął brat, pa­trząc na wciąż za­tro­skaną twarz sio­stry. - Daję ci słowo, że nie masz się czym mar­twić, zgoda?

Kiw­nęła głową bar­dziej prze­ko­nana, tym­cza­sem jed­nak Lo­gan prze­mil­czał pewną ważną in­for­ma­cję.

Udział w zjeź­dzie nie tylko był dla niego mi­sją po­wie­rzoną mu przez króla. Wil­helm mia­no­wi­cie za­su­ge­ro­wał Lo­ga­nowi, że oprócz czu­wa­nia nad spo­koj­nym prze­bie­giem spo­tka­nia po­wi­nien sam po­waż­nie roz­wa­żyć że­niaczkę i wresz­cie się z kimś zwią­zać.

Lo­gan ob­jął sio­strę i na po­że­gna­nie po­ca­ło­wał ją w po­li­czek. Le­piej, żeby roz­mowa za­koń­czyła się w tym miej­scu - nie chciał, żeby Aili za­uwa­żyła to, co przez cały wie­czór przed nią ukry­wał, po­nie­waż cho­ciaż wie­dział, że Edine opu­ściła jego ży­cie na za­wsze, po czę­ści wciąż ją ko­chał, po czę­ści zaś jej nie­na­wi­dził.

Roz­dział 4

Edine roz­grzała się nieco, gdy we­szła do zamku Mac­La­re­nów. Bu­dy­nek spra­wiał wra­że­nie twier­dzy. Wy­so­kie mury obronne i don­żon zda­wały się rzu­cać wy­zwa­nie ży­wio­łom. Je­żeli po wy­glą­dzie miej­sca na­le­ża­łoby oce­niać za­miesz­ku­ją­cych je lu­dzi, byli oni silni, pewni sie­bie i za­mknięci w so­bie.

Deszcz, któ­rym im to­wa­rzy­szył przez kilka ostat­nich dni po­dróży, spra­wił, że prze­mar­zła do szpiku ko­ści, aż całe jej ciało ję­czało w mil­cze­niu. Edine kich­nęła kilka razy i choć nie chciała o tym my­śleć z po­wodu nie­for­tun­nej sy­tu­acji, była wręcz pewna, że się prze­zię­biła.

Skie­ro­wała spoj­rze­nie na Iso­bel, która z ko­lei z uwagą roz­glą­dała się po oto­cze­niu, jakby ni­gdy nie mo­gła za­spo­koić cie­ka­wo­ści. Wie­działa, że ona też jest nie w hu­mo­rze - mina ku­zynki nie po­zo­sta­wiała co do tego wąt­pli­wo­ści.

Ja­kaś nie­wy­soka, sym­pa­tycz­nie wy­glą­da­jąca ko­bieta po­pro­wa­dziła je do wiel­kiej sali. Edine, wi­dząc nad ko­min­kiem go­be­lin przed­sta­wia­jący herb i za­wo­ła­nie klanu Mac­La­re­nów, do­my­śliła się, że to naj­waż­niej­sze miej­sce w zamku.

Po­miesz­cze­nie było ogromne, pra­wie kwa­dra­towe, je­śli nie li­czyć lek­kiego wy­dłu­że­nia z jed­nej strony. Po chwili we­szło trzech na­le­żą­cych do klanu Mac­Le­odów męż­czyzn, któ­rzy to­wa­rzy­szyli ko­bie­tom w po­dróży, a za­ba­wili chwilę na ze­wnątrz, zo­sta­wia­jąc ko­nie pod do­brą opieką w staj­niach Mac­La­re­nów. Naj­wyż­szy z nich, po­stawny, za­ufany czło­wiek Thane'a, usta­wił się po pra­wej stro­nie Edine, gdy do po­koju wkro­czył nie­znany im męż­czy­zna i skie­ro­wał się w ich stronę. Barwy jego ubra­nia wska­zy­wały na przy­na­leż­ność do Mac­La­re­nów, a na bro­szy spi­na­ją­cej na ra­mie­niu kra­cia­sty strój, fe­ile­adh mor wid­niał herb tego klanu, co ozna­czało, że mają przed sobą na­czel­nika klanu i za­ra­zem go­spo­da­rza zjazdu. Edine po­pa­trzyła na niego z więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem. Był młody i im­po­nu­jący, wy­soki, bar­czy­sty, mu­sku­larny, o prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu oraz mę­skich i atrak­cyj­nych ry­sach twa­rzy. Miał włosy w ko­lo­rze miodu i sza­ro­nie­bie­skie oczy, a gdy się uśmiech­nął, Edine mu­siała przy­znać, że dla pa­nien szu­ka­ją­cych męża bę­dzie to je­den z naj­lep­szych kan­dy­da­tów. Spoj­rzała na ku­zynkę i siłą stłu­miła uśmiech.

- Za­mknij bu­zię - szep­nęła, tak żeby nikt nie usły­szał.

Iso­bel utkwiła wzrok w tym męż­czyź­nie i Edine mu­siała ją lekko szturch­nąć łok­ciem, żeby ku­zynka za­re­ago­wała.

Grant Mac­La­ren sta­nął jak wryty, gdy uj­rzał dwie ko­biety, któ­rym szedł na­prze­ciw. W ostat­nich dniach do jego domu na­pły­nęło sporo róż­nych za­pro­szo­nych osób. Nie­które z dam gosz­czą­cych już pod jego da­chem na­prawdę były atrak­cyjne i piękne, ale na wi­dok tej drob­nej dziew­czyny o wiel­kich oczach i zło­ci­stych wło­sach po­czuł w piersi cios, jakby na chwilę zga­sło dla niego słońce. Nie był przy­zwy­cza­jony do ta­kich re­ak­cji wła­snego ciała - coś ta­kiego ni­gdy mu się nie przy­tra­fiło - i stwier­dził, że winę za­pewne po­nosi ciężka noc, którą miał za sobą. Za­czy­nały się na nim od­bi­jać zmę­cze­nie na­ra­sta­jące w ciągu ostat­nich dni i od­po­wie­dzial­ność za zjazd, z roz­kazu króla od­by­wa­jący się na jego zie­miach oraz w jego domu.

Grant pod­szedł do przy­by­łych ko­biet, te­raz zwra­ca­jąc uwagę rów­nież na drugą z nich. Od­zna­czała się nad­zwy­czajną urodą - bar­dziej ziem­ską niż u anioła, który stał u jej boku, ale spoj­rze­niem mo­gła zmro­zić pie­kło albo roz­pa­lić tam pło­mie­nie. Świad­czyło o tym coś w jej po­sta­wie i oczach.

- Wi­taj­cie. Je­stem Grant Mac­La­ren, na­czel­nik klanu Mac­La­re­nów i go­spo­darz tego zjazdu.

Edine uśmiech­nęła się i od­po­wie­działa:

- Je­stem Edine Mac­Leod, szwa­gierka na­czel­nika klanu Mac­Leod. A to moja ku­zynka Iso­bel, jego córka. I Thorne Mac­Leod, za­ufany czło­wiek na­szego La­irda - do­dała, wska­zu­jąc męż­czy­znę po swo­jej pra­wej stro­nie.

Grant spoj­rzał na Mac­Le­oda, któ­rego mu wska­zała Edine. To był praw­dziwy chłop jak dąb. Szramy na ra­mio­nach oraz po pra­wej stro­nie twa­rzy nada­wały mu wy­gląd za­cie­kłego, sko­rego do bitki wo­jow­nika. Kiedy Edine mó­wiła, na jego ustach za­go­ścił lekki uśmiech, a przez jego oczy prze­mknął błysk dumy, gdy prze­ma­wiała pew­nym sie­bie, bez­po­śred­nim to­nem. To wszystko po­twier­dziło po­dej­rze­nia go­spo­da­rza: z tą damą na­le­żało się li­czyć. Grant przy­wi­tał Thorne'a krót­kim ski­nie­niem głowy, na co tam­ten od­po­wie­dział tym sa­mym. Po­zo­stali dwaj to­wa­rzy­sze ko­biet stali za nimi w mil­cze­niu na­wet po tym, kiedy Edine wy­mie­niła ich imiona.

- Z góry dzię­ku­jemy za wa­szą go­ścin­ność - cią­gnęła Edine z całą szcze­ro­ścią.

Grant uśmiech­nął się sze­roko na te słowa.

- Mam tylko na­dzieję, że miło spę­dzi­cie czas na mo­jej ziemi. Je­śli bę­dzie­cie cze­goś po­trze­bo­wać, je­stem do wa­szej dys­po­zy­cji - rzekł, pa­trząc na obie damy.

Z ust Iso­bel wy­rwało się par­sk­nię­cie, ja­kie ra­czej nie ucho­dzi da­mie, na co Grant uniósł brew.

- Bio­rąc pod uwagę cel tego zjazdu, tylko męż­czy­zna mógłby po­wie­dzieć coś ta­kiego - rzu­ciła dziew­czyna o aniel­skiej uro­dzie. - Nie je­stem tu z wła­snej woli, dla­tego nie są­dzę, że­bym się miała do­brze ba­wić, tym bar­dziej w to­wa­rzy­stwie nie­okrze­sa­nych tę­pa­ków...

- Iso­bel! - wy­krzyk­nęła Edine, wy­raź­nie zdra­dza­jąc to­nem obu­rze­nie wo­bec braku taktu i do­brego wy­cho­wa­nia u ku­zynki.

Wie­działa, że Iso­bel mimo swej za­pal­czy­wo­ści nie jest taka. Była młoda i po­ryw­cza pod róż­nymi wzglę­dami, lecz za­wsze pa­no­wała nad sobą i miała nie­na­ganne ma­niery. Ow­szem, wy­gła­szała swoje opi­nie oraz prze­my­śle­nia. Ku­zynce po­do­bała się ta jej ce­cha i wszy­scy po­pie­rali jej swo­bodę wy­ra­ża­nia wła­snych uczuć w każ­dej chwili, ale tu za­szło coś, czego Edine się nie spo­dzie­wała. To prawda, że pod­czas kil­ku­dnio­wej po­dróży ob­ser­wo­wała, jak Iso­bel wy­co­fuje się i gubi w prze­my­śle­niach, co nie było dla niej nor­malne. Edine przy­pi­sy­wała to fak­towi, że ku­zynka po­woli uświa­da­mia so­bie, co ta wy­prawa ozna­cza, i że trudno jej się z tym po­go­dzić. Ni­gdy jed­nak nie ocze­ki­wa­łaby ta­kiego wy­bu­chu. Kiedy pójdą do przy­dzie­lo­nej im kwa­tery i zo­staną we dwie, po­roz­ma­wia z nią. Iso­bel za­cho­wała się nie­współ­mier­nie za­pal­czy­wie w sto­sunku do sy­tu­acji, a jej sło­wom wy­raź­nie to­wa­rzy­szyła gwał­towna emo­cja po­do­bna do gniewu czy nie­na­wi­ści. Ani jedno, ani dru­gie nie było ty­powe dla Iso­bel.

- Pro­szę o wy­ba­cze­nie, La­ir­dzie Mac­La­ren. To było nie­grzeczne z mo­jej strony. Nie mam nic na swoje uspra­wie­dli­wie­nie - po­wie­działa po­śpiesz­nie Iso­bel. Ale choć wy­glą­dała na pełną skru­chy, jej oczy wy­ra­żały cał­kiem co in­nego.

Grant mil­czał przez kilka se­kund, za­nim się ode­zwał. Iso­bel prze­łknęła ślinę, wi­dząc, jak ten męż­czy­zna in­ten­syw­nie na nią pa­trzy. Przez całą tę kil­ku­dniową po­dróż nie­ustan­nie roz­my­ślała o tym, co ten zjazd wła­ści­wie ozna­cza i jak nie­wiele warte jest jej oso­bi­ste szczę­ście w rę­kach ob­cych. Po raz pierw­szy w ży­ciu przy­szło jej się mie­rzyć z rze­czy­wi­sto­ścią i uświa­do­miła so­bie, że cho­ciaż ro­dzice i klan do tej pory ota­czali ją ochroną i da­wali jej wię­cej swo­body, niż zwy­kle miały inne młode osoby, zwy­kły kró­lew­ski list może spra­wić, że jej wola, pra­gnie­nia i po­trzeby ob­rócą się w po­piół. To ją pchnęło na skraj prze­pa­ści. Po­czu­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści i wła­sna bez­sil­ność wo­bec za­ist­nia­łej sy­tu­acji spra­wiły, że owład­nęło nią coś na po­do­bień­stwo gniewu. I kiedy tylko zo­ba­czyła tego męż­czy­znę, ich go­spo­da­rza, wez­brały w niej wszyst­kie urazy, znaj­du­jąc uj­ście w po­staci ostrych słów. Było jej przy­kro, po­nie­waż na­czel­nik Mac­La­re­nów w ni­czym nie za­wi­nił, sta­no­wił jed­nak część tego oszu­kań­czego przed­się­wzię­cia.

Co ją naj­bar­dziej za­bo­lało, to spoj­rze­nie ku­zynki, jakby ta się na niej za­wio­dła. I Iso­bel ją ro­zu­miała. Sama się na so­bie za­wio­dła. Po­zwo­liła so­bie na wy­buch, nie miar­ku­jąc wła­snych słów i nie ba­cząc na kon­se­kwen­cje. Pod tym wzglę­dem za­wsze po­dzi­wiała ku­zynkę. Edine prze­szła w ży­ciu wię­cej, niż Iso­bel zdo­ła­łaby znieść - na­cier­piała się tyle, że można by tym cier­pie­niem ob­dzie­lić nie­jedno ży­cie, a oto stała tu, u jej boku, z uśmie­chem i trzy­mała wła­sne uczu­cia na wo­dzy że­la­zną ręką. Iso­bel po­winna się od niej uczyć.

Grant spo­glą­dał na młodą ko­bietę, którą po­cząt­kowo wziął za anioła. Za­pewne wy­glą­dała aniel­sko, ale kiedy otwo­rzyła usta, po­pły­nęły z nich słowa pie­kiel­nego gniewu. Okre­śle­nie "nie­okrze­sane tę­paki" wciąż pie­kło ży­wym ogniem, choć w głębi du­szy roz­ba­wiło go tak, że mu­siał siłą woli po­wstrzy­my­wać ci­snący mu się na usta uśmiech. Ta ko­bieta miała od­wagę i bar­dzo mocno wy­ro­bione po­glądy - mu­siał to przy­znać, choć czuł, że tro­chę ra­nią jego dumę.

- Pro­szę się nie mar­twić. Znana mi jest nad­mierna im­pul­syw­ność mło­do­ści. Zna­ko­mite wy­kształ­ce­nie, ja­kie pani naj­wy­raź­niej ode­brała, sta­wia pa­nią po­nad wszyst­kimi moż­li­wymi uczest­ni­kami zjazdu. Upra­szam pa­nią za­tem o cier­pli­wość i wy­ro­zu­mia­łość dla nas, ze­bra­nych tu nie­okrze­sa­nych tę­pa­ków. Ra­czy nam pani wy­ba­czyć na­szą ogra­ni­czoną in­te­li­gen­cję i wie­dzę. Zro­bię wszystko, co w mo­jej mocy, aby nie mu­siała pani zbyt długo zno­sić mo­jego nie­okrze­sa­nia. A te­raz Anne za­pro­wa­dzi pa­nie do po­koju. Po­my­śle­li­śmy rów­nież o za­kwa­te­ro­wa­niu dla to­wa­rzy­szą­cych pa­niom męż­czyzn. I znów mam na­dzieję, że po­byt pań w na­szym zamku okaże się moż­li­wie zno­śny. Pa­nie wy­ba­czą... - Grant skło­nił głowę na znak sza­cunku i wy­szedł z sali.

Iso­bel stała z pię­ściami za­ci­śnię­tymi po bo­kach ciała. Za­słu­gi­wała na każde z jego słów, nie spo­dzie­wała się jed­nak, że ją tak mocno za­bolą.

***

Edine po­roz­ma­wiała z to­wa­rzy­szą­cymi im Mac­Le­odami. Mieli się za­trzy­mać do na­stęp­nego dnia, a po­tem od­je­chać z wy­jąt­kiem jed­nego, który miał zo­stać z nimi dwiema do końca ich wi­zyty.

Kiedy Edine po­że­gnała się z nimi, ru­szyły za Anne do po­koju, który dla nich przy­go­to­wano. Ich prze­wod­niczka pa­plała ra­do­śnie, z oży­wie­niem. Po­wie­działa im, że ko­la­cja bę­dzie za kilka go­dzin i że ogromna więk­szość za­pro­szo­nych go­ści już jest na miej­scu.

Wspięły się po scho­dach, prze­szły ko­ry­ta­rzem z kil­koma oknami wy­cho­dzą­cymi na ze­wnątrz i do­tarły do swo­jego po­koju. Był pro­sty, ale miał wszystko, co po­trzebne: dwa łóżka, stół i dwa krze­sła.

W no­gach oby­dwu łó­żek stały już ich ku­fry. Iso­bel na­wet nie zdała so­bie sprawy z tego, kiedy je przy­nie­siono. Za­pewne wtedy, kiedy roz­ma­wiały z Gran­tem Mac­La­re­nem.

Na wspo­mnie­nie tego męż­czy­zny po­czuła ucisk w żo­łądku.

Gdy drzwi się za­mknęły i ku­zynki zo­stały we dwie, Iso­bel po­pa­trzyła na swoją to­wa­rzyszkę, a ta jed­no­cze­śnie zwró­ciła wzrok na nią. Iso­bel my­ślała, że w oczach Edine do­strzeże gniew, lecz na jej twa­rzy ma­lo­wała się szczera tro­ska.

- Co się stało?

Edine w oczach ku­zynki zo­ba­czyła skru­chę. Z ust Iso­bel wy­mknęło się lek­kie wes­tchnie­nie, za­nim od­po­wie­działa:

- To, co wy­pa­li­łam... Wiem, że to coś nie­wy­ba­czal­nego. Nie mam po­ję­cia, co mnie na­pa­dło. Ostat­nie, czego bym chciała, to cię za­wieść.

Edine w każ­dym z jej słów usły­szała ból. Po­de­szła do niej i ob­jęła ją.

- Wiem, że ci trudno. Nie spo­dzie­wa­łaś się, że czeka cię coś ta­kiego, ale daję słowo, że wszystko do­brze się skoń­czy. Nie po­zwolę, aby kto­kol­wiek cię do cze­goś zmu­sił. To tylko zjazd. Nie masz obo­wiązku za­wrzeć tu umowy mał­żeń­skiej. I cho­ciaż tamto, co po­wie­dzia­łaś, na­prawdę jest nie­wy­ba­czalne, po­ło­ży­łaś pod­wa­liny pod to, jak cię będą po­strze­gać. Do­wie­dzieli się, że twój aniel­ski wy­gląd to tylko fa­sada skry­wa­jąca roz­pusz­czoną pan­nicę.

Iso­bel od­su­nęła się od ku­zynki i po­pa­trzyła na nią ze zmarsz­czo­nym czo­łem i gnie­wem tań­czą­cym w oczach.

- Nie je­stem roz­pusz­czona i do­brze o tym wiesz - oświad­czyła z na­dą­saną miną, po czym po­my­ślała dwie se­kundy, wes­tchnęła i do­koń­czyła z nie­ja­kim ża­lem: - No, może tro­chę.

To ostat­nie wy­po­wie­działa to­nem re­zy­gna­cji, aż Edine ści­snęło się serce i spoj­rzała na nią z czu­ło­ścią.

- Może masz jedną czy dwie wady - po­wie­działa na po­cie­sze­nie i dwoma pal­cami po­ka­zała, jak małe są te przy­wary, je­śli w ogóle ist­nieją. - Ale pod żad­nym wzglę­dem nie je­steś roz­pusz­czona.

- La­ird Mac­La­ren nie za­słu­gi­wał na to, co mu na­wy­my­śla­łam - rze­kła Iso­bel, a jej głos tchnął szcze­rym ża­lem.

Edine spoj­rzała na nią z dziw­nym bły­skiem w oku.

- W rze­czy sa­mej - po­twier­dziła. - Jest bar­dzo przy­stojny, prawda? - za­gad­nęła.

Ku­zynka skwi­to­wała to zdu­mioną miną.

- Prawda jest taka, że nie za­uwa­ży­łam. A je­śli już, nie wiem, co by to miało do rze­czy! - za­wo­łała, bez po­wo­dze­nia si­ląc się na obo­jęt­ność.

Edine par­sk­nęła ci­chym śmie­chem.

- Roz­ma­wiasz ze mną, nie z ja­kąś nie­zna­jomą. Wi­dzia­łam, jak ci opa­dła szczęka na jego wi­dok. Gdy­bym cię nie szturch­nęła ukrad­kiem, pew­nie da­lej byś tam stała, śli­niąc się do tego nie­okrze­sa­nego tę­paka z gór, jak­byś zo­ba­czyła wy­jąt­kowo wy­śmie­nity ką­sek. Cho­ciaż z od­po­wie­dzi, ja­kiej ci udzie­lił, wno­szę, że dla niego zro­bi­ła­byś wy­ją­tek od re­guły, nie są­dzisz? - za­py­tała Edine z roz­ba­wie­niem. Wie­działa, że jej ku­zynka zdaje so­bie sprawę ze swo­jej nie do końca traf­nej oceny. Grant Mac­La­ren wcale nie oka­zał się nie­okrze­sa­nym tę­pa­kiem, za ja­kiego uznała go Iso­bel, za­kła­da­jąc, że bę­dzie taki sam jak więk­szość jego go­ści.

Isa­bel za­trzy­mała się na sło­wach "śli­niąc się" oraz "wy­jąt­kowo wy­śmie­nity ką­sek". Po­czuła, że się czer­wieni po uszy.

- Edine! - wy­krzyk­nęła ci­cho, jakby ją ktoś miał usły­szeć.

- Cooo? - od­po­wie­działa Edine jesz­cze ci­szej, z szel­mow­ską miną, co spra­wiło, że Iso­bel mu­siała so­bie przy­gryźć wargę, żeby nie wy­buch­nąć śmie­chem.

Iso­bel po­krę­ciła głową na znak, że się pod­daje. Edine już taka była, a ona ko­chała ją za to jesz­cze bar­dziej. Za­bawna, szczera, praw­do­mówna, nie owi­jała w ba­wełnę. Za­wsze na­tu­ralna we wszyst­kich aspek­tach ży­cia, na­wet tych in­tym­nych. I od­po­wia­dała na jej wszyst­kie py­ta­nia ze szcze­ro­ścią, za którą ku­zynka była wdzięczna.

Edine po­czuła się tro­chę winna, wi­dząc za­ró­żo­wione po­liczki swo­jej to­wa­rzyszki, ale mu­siała się prze­ko­nać, czy prawdą jest to, co pod­po­wie­działa jej in­tu­icja, gdy Iso­bel po raz pierw­szy zo­ba­czyła Granta Mac­La­rena. A obecna re­ak­cja ku­zynki nie po­zo­sta­wiała wąt­pli­wo­ści.

- W po­rządku, nic już wię­cej nie po­wiem - obie­cała Edine i za­raz spo­waż­niała. - Ro­zu­miem, że to, co się stało tam, w sali... że na­prawdę taka nie je­steś. Nie za­wio­dłam się, ale też nie spo­dzie­wa­łam się tego. Po­win­nam była się do­my­ślić, na co się za­nosi, po­nie­waż wiem, jak się czu­jesz. Sama to już prze­ży­łam i te­raz od­czu­wam na nowo w związku z tym, że inni mogą de­cy­do­wać o moim ży­ciu, mo­jej przy­szło­ści i moim szczę­ściu, a ja nie mam prawa na­wet się ode­zwać. I wiesz co? Je­stem zła, wła­ści­wie wręcz wście­kła, ale na­uczy­łam się na wła­snych błę­dach, że to uczu­cie tylko za­ciem­nia nam umysł. Po­win­naś wy­bie­rać wojny, w któ­rych mu­sisz wal­czyć, a to nie był wła­ściwy wy­bór, Iso­bel.

- Wiem - przy­znała z ża­lem ku­zynka.

Edine znowu się uśmiech­nęła.

- Je­steś znacz­nie in­te­li­gent­niej­sza. Nie po­zwól, żeby wła­sne emo­cje za­kłó­cały ci zdrowy osąd. Twoi ro­dzice i ja je­ste­śmy z cie­bie bar­dzo dumni, ty mała ję­dzo - za­koń­czyła Edine i pu­ściła do ku­zynki oko, żeby tro­chę roz­luź­nić na­strój. Ro­ze­śmiała się, wi­dząc, że Iso­bel ma za­miar zła­pać ją i od­pła­cić jej za to, że ją na­zwała ję­dzą. Tak, ła­sko­ta­nie bę­dzie od­po­wied­nią karą.

Roz­dział 5

Lo­gan i Grant Mac­La­ren uści­snęli so­bie przed­ra­miona na znak po­wi­ta­nia. Wielka sala w zamku Mac­La­re­nów pre­zen­to­wała się im­po­nu­jąco. Na ca­łej jej dłu­go­ści usta­wiono kilka du­żych sto­łów, które w tej chwili naj­wy­raź­niej były za­sta­wione do zbli­ża­ją­cej się ko­la­cji.

- Już my­śla­łem, że nie przy­je­dziesz - po­wie­dział Grant, pa­trząc na przy­ja­ciela ze szcze­rym uśmie­chem.

Po­znali się na kró­lew­skim dwo­rze dawno temu, gdy byli bar­dzo mło­dzi, ner­wowi i pełni ocze­ki­wań. Szybko się za­przy­jaź­nili. Oby­dwaj mieli silne cha­rak­tery i Grant, mimo po­cząt­ko­wej nie­uf­no­ści, ze swoim po­zy­tyw­nym i szla­chet­nym na­sta­wie­niem do świata, do­brze się do­ga­dy­wał z Lo­ga­nem, któ­rego ce­cho­wały lo­gika my­śle­nia, po­wścią­gli­wość i cy­nizm.

In­nym punk­tem przy­jaźni stała się in­te­li­gen­cja jed­nego i dru­giego. Obaj byli wy­kształ­ceni i od­zna­czali się cię­tym dow­ci­pem, a cho­ciaż Lo­gan nie­wąt­pli­wie wy­prze­dzał Granta na polu wni­kli­wo­ści i stra­te­gii pla­no­wa­nia, nic nie umniej­szało zdol­no­ściom jed­nego w po­rów­na­niu z dru­gim.

Ży­cie po­pro­wa­dziło ich róż­nymi dro­gami. Pod­czas gdy Lo­gan na­dal dość re­gu­lar­nie od­wie­dzał dwór kró­lew­ski, przy­zy­wany sza­cun­kiem i za­ufa­niem, któ­rymi da­rzył go władca, Grant mu­siał się za­jąć wła­snym kla­nem, po­nie­waż jego oj­ciec zmarł rok po tym, jak dwaj mło­dzieńcy się po­znali.

- Nie mia­łem in­nego wyj­ścia - rzekł Lo­gan ze zre­zy­gno­waną miną, którą Grant znał aż nadto do­brze.

- Spójrz na to z dru­giej strony: ja mam go­rzej niż ty. Zo­sta­łem go­spo­da­rzem zjazdu, któ­rego na­wet nie umiem na­zwać. Jak Wil­hel­mowi mo­gło przyjść do głowy coś ta­kiego? I czemu, u dia­bła, nie po­wie­dzia­łeś mu, że to po­ro­niony po­mysł? - za­py­tał Grant z unie­sioną brwią.

Lo­gan uśmiech­nął się na to ostat­nie py­ta­nie.

- Tak mó­wisz, jak­bym miał ja­kiś wpływ na de­cy­zje króla. Nic po­dob­nego. Wil­helm ma swo­ich do­rad­ców i swoją prawą rękę od ta­kich rze­czy. Mnie pro­sił, że­bym ci po­mógł i uwa­żał na ewen­tu­alne kon­flikty, gdyby się wciąż tliły.

Grant po­pa­trzył na niego uważ­nie.

- Po­wie­dzia­łeś mu, prawda? Że ten cały zjazd to po­ro­niony po­mysł. Lo­gan, któ­rego znam, nie prze­mil­czałby tego.

McGre­gor od­wza­jem­nił spoj­rze­nie. Młody Mac­La­ren za­wsze był pie­kiel­nie do­bry w ana­li­zo­wa­niu ludz­kich za­cho­wań.

- I co ci od­po­wie­dział? - spy­tał Grant, za­kła­da­jąc, że po­przed­nie py­ta­nie spo­tkało się z po­twier­dze­niem.

Lo­gan po­krę­cił głową, choć wie­dział, że przy­ja­ciel nie da za wy­graną.

- No, da­waj - za­chę­cił Grant i szturch­nął go lekko w ra­mię.

Lo­gan spoj­rzał na niego, za­nim od­po­wie­dział. Miał świa­do­mość, co się za­raz sta­nie, wie­dział, że Grant ubawi się jego kosz­tem, ale do dia­ska, co mu po­zo­sta­wało? Ta­kie rze­czy ni­gdy nie miały dla niego zna­cze­nia, je­śli cho­dziło o przy­ja­ciół czy wła­sną ro­dzinę.

- Po­wie­dział, że skoro już tu będę, mógł­bym też zna­leźć so­bie żonę.

Grant wy­buch­nął śmie­chem i Lo­gan chcąc nie chcąc, mu­siał mu za­wtó­ro­wać.

- Ciesz się moim nie­szczę­ściem. Nie krę­puj się - po­wie­dział z uśmie­chem, pod­czas gdy Grant wciąż pę­kał ze śmie­chu.

- Pa­mię­taj, że je­stem w tej sa­mej sy­tu­acji - rzekł, kiedy już prze­stał się śmiać i mógł nor­mal­nie mó­wić.

- Czy nie jest to po­etyc­kie i cu­do­wne? - za­gad­nął Lo­gan, znowu z po­ważną miną, wi­dząc, że w sali za­czy­nają się scho­dzić za­pro­szeni go­ście.

Grant za­śmiał się jesz­cze moc­niej.

- Śmiej się, ale to nie jest za­bawne - po­wie­dział Lo­gan z uśmie­chem.

Grant usi­ło­wał spo­waż­nieć, lecz bez więk­szego suk­cesu. Stę­sk­nił się za Lo­ga­nem. Był to bez wąt­pie­nia naj­lep­szy czło­wiek i naj­groź­niej­szy wo­jow­nik, ja­kiego znał. Do dziś pa­mię­tał tamtą chwilę, gdy się spo­tkali po raz pierw­szy.

- Mac­La­ren, prawda?

Grant spoj­rzał na nie­zna­jo­mego, który pa­trzył na niego tak, jakby wi­dział jego skry­waną ner­wo­wość.

Wil­helm za­we­zwał go na dwór, a jego oj­ciec nie miał in­nego wyj­ścia, jak wy­słać syna zgod­nie z kró­lew­skim roz­ka­zem. Gor­don Mac­La­ren nie był pro­stym czło­wie­kiem, nie miał też po­ko­jo­wego na­sta­wie­nia. Nie po­do­bało mu się, kiedy ktoś mó­wił mu, co ma ro­bić, a tym bar­dziej nie ucie­szył się, gdy roz­po­rzą­dzano ży­ciem jego je­dy­nego syna. Od­kąd Grant przy­był na miej­sce, wi­dział, jak re­agują lu­dzie, kiedy po­znają jego na­zwi­sko. Dla­tego te­raz gotów był wy­słu­chać ko­lej­nej znie­wagi.

- Ja­kiś pro­blem? - za­py­tał twar­dym, nie­ugię­tym to­nem.

Był przy­go­to­wany na wszystko, tylko nie na słaby uśmiech tego nie­zna­jo­mego.

- Nie, je­śli dla cie­bie nie sta­nowi pro­blemu, że je­stem McGre­go­rem - od­parł tam­ten nie­wzru­sze­nie, z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem i spoj­rze­niem wy­ra­ża­ją­cym cha­rak­ter, oso­bo­wość i moc tego czło­wieka.

Grant też się uśmiech­nął i przy­jął przed­ra­mię wo­jow­nika z klanu McGre­go­rów, ści­ska­jąc je na po­wi­ta­nie.

- Nowy na dwo­rze? - spy­tał Lo­gan, sta­jąc obok niego i roz­glą­da­jąc się po sali zam­ko­wej peł­nej człon­ków róż­nych kla­nów i za­gra­nicz­nych dy­gni­ta­rzy, któ­rzy tego dnia mieli au­dien­cję u króla.

Grant przy­tak­nął.

- Lo­gan McGre­gor. Ja też je­stem tu po raz pierw­szy - przed­sta­wił się nowy zna­jomy. A po­nie­waż Grant mil­czał, cią­gnął: - Nie wiem jak ty, ale ja, choć je­stem tu krótko, już mam dość tego ca­łego osą­dza­nia i wy­ko­ny­wa­nia wy­ro­ków. Nie za­szko­dzi­łoby mieć przy­ja­ciela.

Grant zer­k­nął na jego pro­fil. Mło­dzie­niec był wyż­szy od niego o kilka cen­ty­me­trów i pew­nie mniej wię­cej w jego wieku, jed­nak swoją po­stawą i pew­no­ścią sie­bie spra­wiał wra­że­nie kilka lat star­szego.

- Nie­ła­two za­wie­ram przy­jaź­nie, a w do­datku, od­kąd przy­je­cha­łem, spo­ty­kam się z na­sta­wie­niem da­le­kim od przy­ja­znego. Nie ob­raź się, ale cię nie znam - oparł Grant su­cho i zwięźle.

Z na­tury był to­wa­rzy­ski i znaczne życz­li­wiej od­no­sił się do nie­zna­jo­mych, jed­nak wo­bec nie­przy­chyl­no­ści, z jaką go przy­jęto na dwo­rze - gdzie raz po raz wy­słu­chi­wał do­cin­ków w ro­dzaju: "syn sza­leńca", "obłą­ka­niec" lub "bę­kart po­my­leńca", i nic nie mógł na to po­ra­dzić - jego do­bre ma­niery i do­bra wola były na wy­czer­pa­niu. Miał ochotę po­sta­wić się któ­rejś z ob­ra­ża­ją­cych go osób, wie­dział jed­nak, że nie po­wi­nien. Na dwo­rze bez przy­zwo­le­nia kró­lew­skiego i z gar­ścią świad­ków, z któ­rych każdy wspie­rałby jego prze­ciw­ni­ków, a nie jego, ozna­cza­łoby to sa­mo­bój­stwo dla jego klanu.

- Je­śli tak się na­je­żasz przy naj­mniej­szej pró­bie roz­mowy, nie dziwi mnie, że ci bra­kuje przy­ja­ciół. Ale wi­dzisz, mam taki pro­blem, że ła­two się nie pod­daję mimo tej two­jej gadki: "Je­stem wo­jow­ni­kiem, który ma naj­dłuż­szego". Nie wiem czemu, ale chyba cię lu­bię. W każ­dym ra­zie je­śli bę­dziesz po­trze­bo­wał ko­goś, kto ci osłoni tyły, nie uchylę się od tego.

Lo­gan po­słał mu spoj­rze­nie, które mo­głoby zmro­zić pie­kło, po czym się od­da­lił. W tym mo­men­cie Grant uświa­do­mił so­bie, że ten czło­wiek jest nie tylko ja­sno­wi­dzem, lecz także groź­nym prze­ciw­ni­kiem.

Nie mi­nęło wiele czasu, gdy rze­czy­wi­ście po­trze­bo­wał jego po­mocy.

- Słu­chasz mnie? Nie ob­raź się, ale nie naj­le­piej wy­glą­dasz.

Lo­gan pa­trzył na przy­ja­ciela, który zda­wał się wra­cać do rze­czy­wi­sto­ści.

- Ten zjazd wy­wo­łuje za­męt, a or­ga­ni­zo­wa­nie wszyst­kiego przy­pra­wia mnie o ból głowy. Ale poza tym czuję się do­brze. Może ju­tro rano spraw­dzi­li­by­śmy twoją spraw­ność w walce? Do­brze mi zrobi, gdy dam ci wy­cisk.

Grant wie­dział, że wy­gląda na co­kol­wiek wy­czer­pa­nego. Miał wielu go­ści i wiele spraw mo­gło pójść nie tak jak trzeba. Nie­któ­rzy z obec­nych przed­sta­wi­cieli kla­nów wciąż mo­gli wsz­cząć burdy. Stare ani­mo­zje nie zni­kają z dnia na dzień na ży­cze­nie króla.

- Mo­żesz so­bie po­ma­rzyć, Grant. Ni­gdy ze mną nie wy­grałeś, ale je­śli chcesz, że­bym ci po­zwo­lił zwy­cię­żyć, abyś się po­czuł le­piej, po­my­ślę o tym. - Lo­gan na dwie se­kundy zro­bił taką minę, jakby in­ten­syw­nie my­ślał, po czym cią­gnął: - Wy­cho­dzi na to, przy­ja­cielu, że jed­nak nie masz szczę­ścia. Bę­dziesz się mu­siał spo­cić, a po­tem prze­łknąć pył, który się wzbije, gdy pad­niesz na zie­mię.

Grant jęk­nął ci­cho, a Lo­gan ro­ze­śmiał się gło­śno.

- Już za­po­mnia­łem, jaki z cie­bie bez­czelny skur­czy­byk. Ale ow­szem, raz z tobą wy­gra­łem.

Lo­gan znów spoj­rzał na niego z unie­sioną brwią.

- By­łem pi­jany.

- Nie przy­po­mi­nam so­bie - od­rzekł Grant z sze­ro­kim uśmie­chem.

Lo­gan też się uśmiech­nął, za­nim prze­szedł do po­waż­niej­szych py­tań.

- Na­po­tka­łeś ja­kieś pro­blemy albo wi­dzia­łeś coś dziw­nego?

Grant ru­szył z miej­sca i Lo­gan po­dą­żył za nim na prze­ciwny ko­niec sali. Tu nie było żad­nego wyj­ścia i nikt nie mógłby ich pod­słu­chać z ukry­cia.

- Wła­ści­wie nic, czym na­le­ża­łoby się mar­twić. Mu­sia­łem roz­dzie­lić kilku McDo­nal­lów i Camp­bel­lów, ale na­czel­nik tych dru­gich, Alec Camp­bell, za­pa­no­wał nad sy­tu­acją, za­nim jego lu­dzie zro­bili coś, z czego póź­niej mu­sie­liby się tłu­ma­czyć, a McDo­nal­lo­wie... Cóż, sam wiesz, że Ian nie jest z tych, któ­rzy dają so­bie coś wy­per­swa­do­wać. Trzeba bę­dzie pil­no­wać obu tych kla­nów. Tak samo Col­my­nów i Da­ro­chów. Na­szel­nik tych ostat­nich ma w so­bie coś, co mi się nie po­doba.

Lo­gan kiw­nął głową, no­tu­jąc so­bie w niej wszystko, co mu mó­wił Grant. Wie­dział, że Mac­La­ren ma nosa i umie wy­kryć kłam­stwa oraz fał­szywe za­cho­wa­nia.

- I jesz­cze dziś rano pewna dzie­we­czka wy­glą­da­jąca jak anioł na­zwała nas nie­krze­sa­nymi tę­pa­kami, a to... wrrrr! Ura­ziło moją dumę.

Lo­gan wy­słu­chał uważ­nie spra­woz­da­nia o tym, co może im gro­zić w naj­bliż­szych dniach, ale nie spo­dzie­wał się, że Grant za­koń­czy re­la­cję ta­kim zda­niem. Aż się mu­siał od­wró­cić i spoj­rzeć na przy­ja­ciela.

- Nie­okrze­sa­nymi tę­pa­kami? No, nie prze­biera dziew­czyna w sło­wach. A skoro wy­gląda jak anioł, zdaje się, że zro­biła na to­bie wra­że­nie, dla­tego chciał­bym po­znać ten wzór cnót dziew­czę­cych.

- Nie po­le­cam. Ma ostry ję­zyk, a jej ku­zynka: nie­zły cha­rak­te­rek. Ra­zem pew­nie by­łyby w sta­nie ob­ciąć ci jaja.

- Przy­je­chały we dwie? - za­cie­ka­wił się Lo­gan.

- Tak. Wy­glą­da­jąca jak anioł młódka z pięk­nymi nie­bie­skimi oczami i nie­wy­pa­rzo­nym ję­zy­kiem oraz jej ku­zynka, tro­chę od niej star­sza. Ta dama ma bar­dziej ziem­ską urodę i silną oso­bo­wość. Nie­wiele mó­wiła, tylko się przed­sta­wiła: sie­bie, swoją ku­zynkę i wo­jow­ni­ków, któ­rzy im to­wa­rzy­szyli. I nie cho­dzi o słowa, tyko o to, jak je wy­po­wie­działa. Z tą ko­bietą, mimo jej opa­no­wa­nia, na pewno trzeba się li­czyć. Jej oczy wy­dają się prze­szy­wa­jące. Iso­bel i Edine Mac­Leod. Tak się te pa­nie na­zy­wają.

Lo­gan po­czuł się tak, jakby go ktoś wal­nął pię­ścią w brzuch. Wie­dział, że ona tu przy­je­dzie, a on bę­dzie się mu­siał z nią zo­ba­czyć. Wie­dział i my­ślał, że jest na to przy­go­to­wany, ale moż­liwe, że prze­li­czył swoje siły, po­nie­waż go­rycz, która mu na­pły­nęła do ust, wska­zy­wała na to, że może, po pro­stu może jego sio­stra miała ra­cję i mimo wszystko czas nie za do­brze wy­ko­nał swoją ro­botę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki